
Ilustracja: OpenArt
Za stołem siedziała kobieta w mundurze polowym. Żaden szczegół jej ubioru nie wskazywał, jaki rodzaj sił zbrojnych reprezentuje. Nie wstała na jego widok. Oczy, zadziwiająco niebieskie pod ciemnymi brwiami i w opalonej na kolor mahoniu twarzy, z zainteresowaniem spoglądały na Harry’ego. Ciemne włosy miała związane w kok, co tylko dodawało jej uroku. Pod dłońmi, swobodnie spoczywającymi na blacie stołu, leżała brązowa tekturowa teczka z przebiegającym na skos czerwonym pasem.
– Proszę usiąść, profesorze. – Wskazała na stojące po drugiej stronie stołu krzesło.
Głos miała miękki, melodyjny, lecz uchwycił w nim ostrą nutę, jak u kogoś, kto nawykł do wydawania poleceń.
Rozejrzał się po brudnych szarych ścianach. Farba odchodziła płatami od spękanej powierzchni. Nisko zawieszona lampa, oświetlająca niewiele więcej niż metalowy blat, dopełniała całości wyposażenia. Ścianę naprzeciw wskazanego miejsca zajmowało ogromne lustro. Poczuł się jak w sali przesłuchań widzianej w starych filmach. Powietrze było ciężkie, przesycone zapachem, którego nie potrafił rozpoznać. Za jego plecami pod sufitem szumiał cicho klimatyzator.
Odstawił neseser na podłogę i usiadł.
– Jestem pułkownik Sandra Ford – przedstawiła się i zaraz spytała: – Może pan życzy sobie coś do picia?
Od chwili, gdy w drzwiach jego domu stanęło dwóch oficerów marynarki wojennej, nie miał nic w ustach. Wręczyli mu kopertę z rozkazem natychmiastowego stawienia się do jednostki macierzystej. Zabrał najpotrzebniejsze rzeczy i wsiadł do czarnego suwa z uniemożliwiającymi wgląd do wnętrza szybami. Przez kilka godzin nieprzerwanej jazdy zastanawiał się, w jakim celu został wezwany. Służbę zakończył wiele lat temu. Zmęczony życiem, przybity niepowodzeniami, nie potrafił znaleźć żadnego sensownego powodu tej decyzji. Eskortujący go żołnierze byli uprzejmi, lecz powściągliwi w udzielaniu odpowiedzi na jego dociekania.
Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo zaschło mu w gardle.
– Kawę poproszę, jeżeli można – odchrząknął i powiedział z trudem.
Kobieta wstała i podeszła do drzwi za jego plecami. Dwie kawy – rzuciła do kogoś w głębi. Po sekundzie dodała: – Czarne niesłodzone. Taką pan pije, profesorze? – bardziej stwierdziła, niż zapytała.
Nie odwracając się, skinął głową.
Wróciła na miejsce i tak siedzieli w ciszy, mierząc się spojrzeniami. Platynowa blondynka wniosła dwa naczynia z parującym naparem, zerkając na niego kilka razy. Wydawała się podenerwowana, w wyraźnie widoczny sposób drżała jej ręka, gdy stawiała przed nim napój. Tak jak cicho weszła, tak i zniknęła. Przyjemny zapach rozszedł się po pomieszczeniu. Sięgnął po naczynie i upił ostrożnie łyk.
– Czy mógłbym…. – rozpoczął niepewnie, odrywając kubek od ust i zamilkł, gdy weszła mu w słowo.
– Profesorze, musimy uściślić kilka spraw, zanim będziemy mogli przejść dalej. – Otworzyła teczkę i wyciągnęła jakiś dokument, który przez moment uważnie studiowała.
– Imię? – rozpoczęła przesłuchanie.
– Harry.
– Nazwisko?
– Thompson.
– Data i miejsce urodzenia?
– Dwudziesty czwarty września dwa tysiące dwudziestego piątego roku, Nowy Orlean.
– Aktualne miejsce zamieszkania?
Pytania były coraz bardziej szczegółowe. Odpowiadał machinalnie, nie zastanawiając się ani chwili. Między odpowiedziami popijał kawę małymi łykami.
– Czy jest ktoś, kto będzie się interesował pana zniknięciem? – Padło kolejne pytanie.
Aż się zakrztusił.
– Co takiego?! – Mimowolnie podniósł głos z nieukrywanym zaskoczeniem, próbując równocześnie zebrać myśli.
– Czy jest ktoś, z kim jest pan związany emocjonalnie lub ma pan podpisany kontrakt, umowę czy temu podobne zobowiązania powodujące, że będzie pan poszukiwany? – powtórzyła beznamiętnie.
– Dziwne – skwitował, po czym odpowiedział: – Nie. Nie jestem w związku i nie mam podpisanych żadnych umów. To chyba jednak wiecie – dodał z nutą sarkazmu.
Wyciągnęła z teczki kolejny dokument, plik zszytych kartek z wyraźnie widocznym dużym, odręcznym, czerwonym napisem; „ABSURD” i zamaszystym podpisem.
– Napisał pan pracę o technologiach i narzędziach stosowanych przez starożytne cywilizacje. Co poszło nie tak?
Z wyraźnym zainteresowaniem spoglądała na Harry’ego, wyczekując odpowiedzi. Na jego twarzy pojawił się bliżej nieokreślony grymas; na chwilę zacisnął usta, a oczy się zwęziły.
– Wyśmiano mnie – odpowiedział cicho, lekko się przy tym garbiąc.
Przyglądała się w milczeniu, jak reaguje. Nie dopytywała więcej. Położyła na stole opatrzoną sygnaturami państwowymi kartkę.
– To zobowiązanie do zachowania tajemnicy – oznajmiła. – Nasze spotkanie, jak i wszystko, co pan tu zobaczy, musi pozostać niejawne. Proszę przeczytać i podpisać.
Przeleciał tekst wzrokiem, sięgnął po podsunięty usłużnie długopis i złożył zamaszysty podpis. Kobieta wstała i schowała dokumenty do teczki.
– Zapraszam. – Wskazała ręką kierunek. – Poprowadzę.
Zostawili za sobą zajmowany przez platynową blondynkę pokój i szli przez pusty korytarz. Mijali kolejne śluzy z panelami cyfrowego dostępu, oznaczone nieznanymi symbolami. W panującej tu ciszy jej wojskowe buty uderzały nienaturalnie głośno w metalową posadzkę. Co kilkadziesiąt metrów mijali zwisający ze stropu, wyblakły, wykonany grubą żółtą czcionką w czerwonym obramowaniu napis: POZIOM – 1. Stare lampy zamocowane pod sufitem mrugały, a cienie tańczyły na ścianach. Na końcu długiego korytarza wsiedli do windy o rozmiarach dźwigu towarowego, równie obskurnego jak pokój przesłuchań. Uchwycił poręcz. W środku kabiny tylko ona lśniła – wytarta przez setki, a może tysiące dłoni na niej wspartych. I tylko w jednym z czterech zakurzonych kloszy działała żarówka. Panujący półmrok łaskawie skrył mankamenty wystroju. Dostrzegł kilka napisów, ale już tak zatartych przez czas, że nie mógł ich odczytać. Pomknęli w dół. Nie było żadnych światełek odliczających kondygnacje. Odruchowo napiął mięśnie, ale nic się nie wydarzyło; poczuł tylko wibracje i uczucie lekkości. Na końcu wędrówki w głąb, drzwi się otworzyły, ukazując dużą salę. Dostrzegł, że – podobnie jak w przypadku reszty pomieszczeń – i jej czas świetności dawno już minął.
– Powodzenia, profesorze. – Sandra położyła mu dłoń na ramieniu i po raz pierwszy się uśmiechnęła.
Za długim stołem siedziało pięć osób. Kiedy Harry wszedł do środka, jeden z mężczyzn wstał i ruszył ku niemu z szerokim uśmiechem. Barczysty, ubrany w mundur polowy bez dystynkcji – podobnie jak pozostali zebrani. Jak na komendę wszyscy podnieśli się z miejsc. Wśród nich dostrzegł niską kobietę; jej twarz wydała mu się znajoma. Nie zdążył się nad tym zastanowić, gdy witający go mężczyzna wyciągnął dłoń na powitanie i przedstawił się:
– Jestem Mac Alister, Frank Mac Alister – poprawił się. – Miałem przyjemność być na pańskich odczytach. Ale pan mnie pewnie nie pamięta…
– Przepraszam, ale sobie nie przypominam. – Profesor odpowiedział zakłopotany, słysząc za plecami szmer zamykającej się windy.
– Drodzy państwo – Mac Alister zwrócił się do obecnych. – Oto profesor Harry Thompson, ekspert od starożytnych artefaktów. A to pańscy nowi współpracownicy: pani profesor Elena Kerhowen, astronomka i językoznawczyni specjalizująca się w starożytnych systemach pisma; doktor Andy Brown, mikrobiolog; inżynier Jan Carmora, specjalista w zakresie sprzętu i infrastruktury wojskowej, oraz komandor Peter Hoyster, odpowiedzialny za nasze bezpieczeństwo. Ja natomiast jestem astrofizykiem i współorganizatorem tego spotkania.
Harry podawał każdemu po kolei rękę, a potem wszyscy zebrani usiedli. Przez kilka minut panowała cisza. Zebrani taksowali nowoprzybyłego spojrzeniami, jakby oceniając jego wartość. Milczenie donośnym głosem przerwał Mac Alister.
– Na początku chciałem przeprosić, że ściągnęliśmy pana w tak… –zawiesił na chwilę głos, po czym dodał: – zaskakujący sposób. Nim ujawnimy cel i szczegóły naszej misji, chciałbym żeby porównał pan kilka zdjęć.
Mówiąc to, manipulował już przy aparaturze zamontowanej na stole. Światło przygasło i na ogromnym ekranie wypełniającym ścianę na wprost windy pojawiły się dwie fotografie. Na obu zdjęciach widniała imponująca budowla – Piramida Słońca – będąca najbardziej znany obiektem Teotihuacan. Nadano jej formę pięciu stopni, które przyozdobiono małymi, stwardniałymi kawałkami lawy w różnych odcieniach czerwieni, brązu i czerni. Harry wstał i zbliżył się do ekranu. Obydwa zdjęcia przedstawiały metropolię z lotu ptaka w zapadającym zmroku, a jednak coś je różniło. Nie potrafił na pierwszy rzut oka określić, co wpływało na tę odmienność.
– Czy można powiększyć zdjęcia? – rzucił, marszcząc czoło i nie odrywając wzroku od obrazów.
Coś brzęknęło cicho i już tylko same piramidy wypełniły ekran. Drgnął, dostrzegając różnice.
– Ta z prawej wygląda, jakby zbudowano ją z bloków kamienia, podobnie jak egipskie piramidy – rzekł zaskoczony. – To jakaś rekonstrukcja?
Mac Alister bez słowa zmienił prezentację. Jedna plansza ukazała ruiny, druga przedstawiała obiekt w stanie nieuszkodzonym.
– To Puma Punku – mruknął Harry, zerkając na zebranych, oczekując jakiejś reakcji. – Świetnie odbudowane, ktoś się napracował.
Jednak nikt ze zgromadzonych się nie odezwał.
– A co tutaj jest? – Wskazał centralny plac. – Można przybliżyć?
Ruiny znikły, a widok nienaruszonego kompleksu wypełnił ścianę. W centrum placu stał kanciasty, wielopłaszczyznowy obiekt, pokryty mało czytelnymi z tej odległości hieroglifami.
– Możemy jeszcze raz wyświetlić Teotihuacan? – zapytał spokojnie Harry, podczas gdy wszyscy nadal milczeli.
Uważnie analizował widok miasta.
– Ten fragment – Piramidę Księżyca – z bliska, poproszę.
Ktoś za jego plecami chrząknął.
– Ten sam obiekt jest również na pierwszej półce piramidy. – Wskazał palcem.
Dwa kolejne zdjęcia ukazywały piramidy w Gizie. Podczas gdy po lewej prezentował się stan aktualny, po prawej obiekty wyglądały, jakby przed chwilą zakończono ich budowę. Harry studiował je z rosnącym zainteresowaniem i zanim zdążył się odezwać, obraz uległ zmianie. Przed nieuszkodzoną zębem czasu piramidą Cheopsa dostrzegł podobną formację.
– Fantastyczne rekonstrukcje! Ale o co tu chodzi? – Obrócił się do zebranych.
Wszyscy się poruszyli. Elena Kerhowen wstała od stołu i zbliżyła się do ekranu.
Poruszała się z gracją, stawiając miękko stopę przed stopą niczym modelka na wybiegu. Źle dopasowany kombinezon nie zdołał ukryć ładnej figury. Gdy szła, kołyszące się biodra przyciągały wzrok i to nie tylko Harry’ego, jak sam zdołał zauważyć. Próbował odszukać w zakamarkach pamięci, kiedy mogli się spotkać. Zastanowił się ale zrezygnował, gdy tylko się odwróciła. Drobna, mała kobietka ze śliczną, przejętą buzią. Rozpuszczone opadające na ramiona ciemne, kręcone włosy podkreślały woskową bladość jej twarzy. Szeroko otwarte zielone oczy z zaciekawieniem spoglądały na zebranych. Ściągnęła brwi w zamyśleniu nim rozpoczęła.
– Zanim wyjaśnię cokolwiek, gratuluję spostrzegawczości, profesorze. – Odkaszlnęła i wreszcie się uśmiechnęła. – Chciałabym… – Zawahała się przez kilka sekund. Poprawiła włosy, odsuwając opadające na twarz kosmyki. – Opowiem państwu pewną historię. Proszę, niech pan usiądzie profesorze – dodała, poważniejąc.
Głos kontrastował z filigranową urodą. Był zdecydowany, mocny, jak u kogoś, kto ma pełną świadomość swojej racji.
Zajął miejsce, podczas gdy Elena tłumaczyła.
– Na początku tego wieku, a dokładnie w dwa tysiące dziewiątym roku pojawiły się w Internecie zdjęcia pary na tle prekolumbijskich zabytków. Niejaki Hector Siliezar wraz z żoną i dzieciakami sfotografował El Castillo, świątynię boga Majów. Może nie byłoby to nic szczególnego – ot, pamiątka z wakacji. Jednak – kontynuowała – na jednym z trzech zdjęć zarejestrowany został wypływ energii w postaci snopu światła wydobywającego się z piramidy. Na ekranie za jej plecami pojawiła się wzmiankowana fotografia.
– Autor – ciągnęła – twierdził, że chciał tylko uchwycić błyskawicę nadciągającej burzy. Obrazy przeanalizowali niezależni eksperci, którzy stwierdzili, że to typowe zachowanie iPhone’a, którym robiono zdjęcia. Jeden z techników misji w Mars Space Flight Facility na Uniwersytecie Stanowym Arizony stwierdził jednoznacznie, że jest to efekt ustawienia kamery; sposobu, w jaki zniekształca ona obraz na skutek wpadającego światła. Wydawałoby się zatem, że sprawa została wyjaśniona i zakończona. – Przerwała i sięgnęła po szklankę. Upiła trochę napoju i odstawiając naczynie, kontynuowała: – Pewien młody astronom amator, nie zwracając uwagi na zamieszczane wyjaśnienia, zadał sobie trud obliczenia, do jakiej najbliższej znanej ludzkości planety dotarłby promień lub w którym miejscu powinna się ona znajdować, gdyby był faktycznie celowym sygnałem. Trzeba przyznać, że poświęcił na to bardzo dużo czasu. Jak sam napisał – ponad rok. Uwzględnił w swojej pracy wszystkie implikacje wynikające z położenia Ziemi na chwilę emisji sygnału, ruchy gwiazdozbiorów i znanych ludzkości planet w nich zlokalizowanych. Całość tych obliczeń wysłał do NASA. Tam przeleżały wiele lat, zanim przez przypadek nie zainteresowałam się tym zgłoszeniem. Po dogłębnym przeanalizowaniu materiału z wykorzystaniem mocy obliczeniowej komputerów agencji, musiałam stwierdzić, że są zadziwiająco precyzyjne. Co, przyznam szczerze, bardzo mnie zaskoczyło. Tym większym jednak zdziwieniem był zakaz publikowania i objęcie całości materiałów klauzulą tajności przez wojsko. – Tu wymownie spojrzała na komandora Hoystera.
– Poproszę planszę – zwróciła się do Mac Alistera.
– To gwiazdozbiór Łabędzia. – Wskazała na ekran. – A tu jest interesująca nas planeta Kepler-452b.
Całą powierzchnię zajął układ gwiezdny ze strzałką skierowaną na jedną z planet.
– W dwa tysiące siedemnastym roku NASA udało się określić, że jest tu planeta, która ma średnicę jedynie o sześćdziesiąt procent większą niż Ziemia i okrąża swoją gwiazdę co trzysta osiemdziesiąt pięć dni. Średnia odległość od gwiazdy wynosi około jednej jednostki astronomicznej, a gwiazda jest typu widmowego G2, czyli takiego jak Słońce. Ma sześć miliardów lat, taką samą temperaturę jak Słońce oraz jest o dwadzieścia procent jaśniejsza i dziesięć procent większa. Przypuszczamy, że jest to planeta skalista i jest starsza od Ziemi o półtora miliarda lat.
Na chwilę zamilkła ze szklanką w dłoni.
– Planeta leży na linii wyznaczonej przez astronoma amatora w odległości tysiąca czterystu lat świetlnych od Ziemi. – Przez jej twarz przebiegł bliżej nieokreślony grymas. – Czyli daleko, bardzo daleko poza naszym zasięgiem.
– A jaki związek z tym mają te zdjęcia? – Jakby od niechcenia rzucił doktor Andy Brown miękkim modulowanym barytonem.
Harry przyjrzał mu się uważnie. Szczupły, siwowłosy mężczyzna z blizną na policzku. Leniwie rozparty na krześle, zdawał się bez szczególnego zainteresowania podchodzić do całego wywodu Elena.
– Pokazane wcześniej zdjęcia pochodzą z Keplera-452b – odezwał się Mac Alister.
Przez twarz Browna przebiegł grymas niedowierzania; niespokojnie poprawił się na krześle. Reszta towarzystwa przy stole wyraźnie się zdziwiła. Tylko komandor i inżynier Carmora nie wydawali się być zaskoczeni.
– Są sprzed miesiąca… – dodał prowadzący spotkanie, jakby pragnął sprawdzić, jaki jest efekt tych słów, po czym dorzucił: – Tak poinformował mnie pan komandor, a kolejne napływają w sekwencjach kwartalnych.
Na sali nikt się nie odezwał, tylko Elena usiadła obok Harry’ego.
Pierwszy otrząsnął się Andy.
– Jak to możliwe? Ktoś może to wytłumaczyć? Wyglądają jak zdjęcia z drona lub satelity – mówił spokojnie, ale w jego głosie dało się wyczuć niepewność.
– Nie wiem, jak zdobyto te zdjęcia i skąd pochodzą – odezwała się Elena. – Dostałam je dwa tygodnie temu do analizy. Przyznam, że profesor mnie zaskoczył.
Teraz jej głos nabrał miękkości. Spojrzała na Harry’ego wzrokiem pełnym uznania.
– Dopiero tydzień temu zwróciłam uwagę na te obiekty. Nie potrafię określić, czym są i czemu mają służyć.
– A w zasadzie to dlaczego nas tu ściągnięto? Jakoś nikt tego jeszcze nie wyjaśnił… – spytał z nieukrywaną ironią doktor. – Do analizowania obrazków?
Komandor poruszył się na krześle i obojętnym tonem, stukając miarowo palcami o stół, oznajmił: – Mamy dotrzeć tam za miesiąc i zbadać te artefakty – czym wprawił wszystkich w osłupienie.
Elena chwyciła pod stołem udo Harry’ego i mocno ścisnęła. Spojrzał na nią zaskoczony – wyraźnie pobladła z wyrazem zdziwienia na twarzy.
– To jakieś mrzonki! – wykrzyknął wyraźnie zirytowany Andy, pochylając się nad stołem. – Czy na przylądku już szykują statek kosmiczny? A może nas teleportujecie na Keplera?
– Nie. Wyruszymy ze Strefy 51 – oświadczył flegmatycznie Hoyster, ignorując podenerwowanie doktora, po czym wstał wraz ze zgrzytem energicznie odsuwanego krzesła.
– Zostaliście wybrani i zaproszeni jako jedni z najlepszych specjalistów w swoich dziedzinach, którzy podchodzą w nieszablonowy sposób do rozwiązywania problemów. Tu muszę przeprosić wszystkich, a w szczególności profesora Thompsona, za celowe dyskredytowanie waszych ostatnich osiągnięć. Proszę nam wybaczyć, ale było to konieczne, byśmy mogli zebrać państwa w tym gronie i utrzymać w tajemnicy tę misję.
Harry, nadal zdezorientowany, mimowolnie skinął głową, jakby akceptując przeprosiny. Rozpraszała go kobieca dłoń, która nieznacznie przesunęła się ku górze, nadal ujmując jego udo. Ten dotyk podrażniał jego skórę, mięśnie, włókna nerwowe i… Kątem oka chciał spojrzeć na Elenę, lecz wzrok – ten zdrajca – zatrzymał się na wypukłościach w rozchylonych połach bluzy. Przez niemierzalną chwilę gapił się tam, nim głos komandora przywołał go do rzeczywistości.
– Zanim zacznę, muszę powiedzieć, że to ostatni moment, kiedy możecie się państwo wycofać z tego projektu…
Zamilkł na kilka minut, wodząc spojrzeniem po zebranych.
– Pytanie brzmi: czy jesteście gotowi na nieznane?
– A co się stanie, jeżeli ktoś zrezygnuje? – niespodziewanie dla wszystkich zapytał cicho Mac Alister.
– No cóż… Ta osoba lub osoby pozostaną w tej bazie przez trzy lata – bez jakiejkolwiek widocznej emocji oświadczył komandor. – Po tym okresie zostaną zwolnione.
– Czyli, jak rozumiem, wszyscy akceptują udział w tej misji – stwierdził po dłuższej chwili milczenia.
Po raz pierwszy na twarzy oficera zagościł cień uśmiechu.
– A więc tak… – zaczął Hoyster. – Muszę uściślić kilka spraw. Po pierwsze: to misja wojskowa i proszę nie oczekiwać luksusów. Po drugie: nie zmierzamy na Keplera, a znacznie, ale to znacznie bliżej. Prezentowane zdjęcia zrobiono w odległości około dwóch lat świetlnych od Ziemi. To przypadkowy efekt nacisków pani profesor, aby wykorzystać teleskop Webba do sprawdzenia obliczeń astronoma amatora. Jest tam obiekt – sztuczny twór obcej cywilizacji.
Harry poczuł, że blednie, ale nie tylko on przeżył zaskoczenie. Brown chciał coś powiedzieć, ale zamarł z otwartymi ustami. Mac Alister kilkukrotnie przesunął dłonią po głowie, jakby tym sposobem chciał odgonić natrętną myśl. Dłoń Eleny dotarła do szczytu uda, lecz początkowe napięcie ulotniło się bezpowrotnie wobec serwowanych przez komandora rewelacji. Jedynie Jan zachował zimny spokój, nie okazując gestem czy miną zaskoczenia.
– Dlatego też nie wyprowadzaliśmy nikogo z błędu na temat miejsca wykonania zdjęć.
Rozejrzał się po zebranych i zamilkł, widząc, jaką reakcję wywołał.
– Zbyt wiele państw – wznowił monolog – skierowałoby swoje teleskopy w ten obszar kosmosu. Mamy zamiar pozostać jedynymi, którzy zbadają tajemniczy obiekt, na którym posadowiono budowle widoczne na zdjęciach i wszystko inne, co tam znajdziemy. Są one – te architektoniczne perełki – identyczne w każdym parametrze wymiarowym z ziemskimi i można powiedzieć, że znajdują się w stanie prawie idealnym. Przez kogo i dlaczego zostały zbudowane? Czemu miały służyć? Gdzie podziali się ich twórcy? Czy pozostały inne artefakty? Zobaczymy… Pytań jest wiele, ale na ten moment jedyne, co wiemy z całą pewnością, to to, że obiekt, na którym się znajdują, robi wrażenie opuszczonego.
Po raz kolejny przerwał i przesunął dłonią po krótko ostrzyżonych włosach, przyglądając się uważnie słuchaczom.
– Dwa lata temu wysłaliśmy tam sondy – rzekł dziwnie powoli, ostrożnie dobierając słowa. – Transmitują dane w pakietach co kwartał. To nie jedyne konstrukcje. Spójrzcie na ekran. Co wam to przypomina?
Oczy zebranych skupiły się na ogromnej płaskiej powierzchni pooranej nieregularnymi dziurami, na której w jednym rzędzie stało kilka wielopłaszczyznowych obiektów, podobnych do tych znajdujących się pod piramidami. W oddali widać było wzgórza lub wydmy. Niektóre z kanciastych form wyglądały na uszkodzone.
– Wygląda jak płaszczyzna startowa. Czy to są leje po bombach? – Bez przekonania odezwał się Harry. – I dlaczego na horyzoncie widać tylko czerń kosmosu?
Oficer nie skomentował i kontynuował wyjaśnienia:
– Przejdziecie szkolenie z obsługi sprzętu, broni i… – zawahał się – innych urządzeń. Więcej informacji i dostęp do całości danych zebranych przez sondy otrzymacie w Nevadzie.
Milczał przez chwilę, jakby nad czymś się jeszcze zastanawiał.
– Zapraszam państwa do kantyny, bo za godzinę ruszamy. Jeżeli są jeszcze jakieś pytania, to chętnie odpowiem.
Ucisk na udzie zniknął, ale Harry – zafascynowany i pełen niepokoju przedstawioną wizją międzygwiezdnej podróży – nawet tego nie poczuł.
Andy już się otrząsnął i uniósł rękę jak uczniak w szkole.
– Tak, słucham, doktorze.
– W jaki sposób mamy tam dotrzeć? Na ten kosmiczny twór. To wydaje się niemożliwe…
– Z określeniem „niemożliwe” radziłbym panu być ostrożnym. – Komandor uśmiechnął się i zwrócił do inżyniera Carmory: – Może kilka słów wyjaśnienia, panie Janie.
Inżynier wstał. Był wysokim, żylastym, dobrze zbudowanym mężczyzną o pociągłej surowej twarzy i przenikliwym spojrzeniu.
– Wiem – rozpoczął inżynier – że wydaje się to państwu niemożliwe – zresztą jak większości ludzi. A jednak jest możliwe. Uprzedzając państwa pytania, ta… – zawahał się – procedura została już wielokrotnie przez nas sprawdzona bez szkody dla podróżujących. Dotarcie na miejsce zajmie nam… kilkanaście dni.
– Nigdy nie myślałem, że postęp techniczny jest taki szybki – wtrącił Mac Alister, pocierając dłonią czoło. – Kosmiczna podróż do innego świata. Nie mogę w to uwierzyć.
– Nawet jeżeli będzie to prawda, to żaden znany mi pojazd kosmiczny nie podróżuje z taką prędkością – upierał się nieprzekonany Andy.
– Żaden pojazd znany panu i ludzkości. – Jan odpowiedział z uśmiechem, a w jego głosie pobrzmiewała nieukrywana nutka satysfakcji. – Co nie znaczy, że tak jest faktycznie. Militarne osiągnięcia na taką skalę rzadko są znane opinii publicznej. Spotkamy na miejscu niewielki oddział wojskowy, który zapewni nam wsparcie logistyczne, a także zadba o nasze bezpieczeństwo. Inne niezbędne… – zawahał się, jakiego użyć słowa – informacje poznacie na miejscu.
– A teraz chodźmy coś zjeść – uciął dalszą dyskusję komandor.
Przejdź do kolejnej części – Brama Bogów II: Rekonesans
Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.
Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.


Blog Comments
Velaya
2026-02-17 at 09:21
Od dawna nie było na Najlepszej fajnego science-fiction. Mam nadzieję, że teraz to się zmieni, bo początek jest obiecujący.
Czy dobrze wyczuwam inspiracje twórczością niedawno zmarłego Ericha von Dänikena?
Skoro obiekty podobne do Piramidy Słońca znajdowane są na innych ciałach niebieskich, wyjaśnienie może być tylko jedno: KOSMICI!
Megas Alexandros
2026-02-17 at 10:53
Początek tej historii zaciekawił mnie, przypominając o serialach SF z lat 90-tych, szczęśliwej epoki kiedy jeszcze marzenie o eksploracji kosmosu i nawiązaniu kontaktu z innymi cywilizacjami nie umarło, stłumione blaskiem wszechobecnych telefonów komórkowych.
Wystąpiła jednak pewna niejasność, której nie potrafię rozwikłać.
Najpierw Mac Alister twierdzi: „Pokazane wcześniej zdjęcia pochodzą z Keplera-452b”, a potem jeszcze dodaje, że „są sprzed miesiąca…” i kolejne napływają co kwartał. Jak stwierdzono w tekście, Kepler-452b znajduje się ok. 1400 lat świetlnych od ziemi (usłużna Wikipedia podaje nawet, że 1800 lat świetlnych). W okolicy nie ma żadnych ziemskich sond, które mogłyby sfotografować jego powierzchnię. A nawet gdyby były – to informacja porusza się z szybkością światła, więc sprowadzenie fotografii na Ziemię zajęłoby… 1400/1800 lat. Więc to naprawdę nie są fotki sprzed miesiąca 🙂
Potem dowiadujemy się jednak, że „Prezentowane zdjęcia zrobiono w odległości około dwóch lat świetlnych od Ziemi. To przypadkowy efekt nacisków pani profesor, aby wykorzystać teleskop Webba do sprawdzenia obliczeń astronoma amatora. Jest tam obiekt – sztuczny twór obcej cywilizacji.”
Czyli jak rozumiem, poprzednie twierdzenia, że zdjęcia pochodzą z Keplera to nieprawda (ku mojej uldze,oznacza to, że mają jedynie 2 lata i miesiąc). W takim razie po co podawać taką informację? Kogo ona ma właściwie zmylić i w jakim celu, skoro spotkanie już odbywa się w wąskim, ściśle wyselekcjonowanym gronie?
Albo nie zrozumiałem tego fragmentu, albo coś się tutaj nie klei 🙂
Pozdrawiam
M.A.
Batavia
2026-02-17 at 11:23
„– Dlatego też nie wyprowadzaliśmy nikogo z błędu na temat miejsca wykonania zdjęć.”
Tu jest wyjaśnienie.
Megas Alexandros
2026-02-17 at 12:36
Ok, ale kogo mieli nie wyprowadzać z błędu, skoro (nieprawdziwa) informacja o zdjęciach z Keplera została przedstawiona wyłącznie w wąskim gronie naukowców i po chwili skorygowana?
Łamię sobie nad tym głowę i nie rozumiem, skąd ten zabieg 🙂
Batavia
2026-02-17 at 17:48
Zwróć uwagę, że prawdziwa lokalizacja celu zostaje ujawniona dopiero, gdy wszyscy akceptują udział w misji.
Gdyby którekolwiek odmówiło udziału w wyprawie, to nadal myślałoby, że celem jest Kepler.
Przypadkowy wyciek informacji prowadziłby do fałszywego celu.
Megas Alexandros
2026-02-17 at 21:32
No i tego właśnie było mi trzeba 🙂 Teraz już rozumiem całą intrygę…
Pozdrawiam
M.A.
Ania
2026-02-18 at 14:35
Zdecydowanie liczę, że w kolejnych częściach będzie więcej erotyki…
Uśmiechy
A.
Batavia
2026-02-18 at 18:14
Hmm… można się przeliczyć… czasami.
Lucas
2026-02-19 at 10:30
Dobrze się zaczyna, ale czemu tak krótko? Liczę, że drugi rozdział będzie dłuższy!
Androidka
2026-02-19 at 15:39
Nie sposób zgodzić się z Aleksandrem co do tego, że tekst ma wyraźnie charakter seriali s-f z ubiegłego wieku (choćby czy nawet głównie Gwiezdne Wrota). Powiedziałabym, że nawet ich nie tyle naśladuje, ile stanowi wobec nich pastisz. I to nie wada, a coś, co bardzo lubię – nieoczywiste kierunki budowania historii.
Aż szkoda, że nie pociągnięto tego trochę dalej i nie zaczynamy wprost od sceny „uprowadzenia” samego Harrego (przez którego pryzmat prawdopodobnie będziemy głównie oglądać historię). Robił to wielokrotnie Indiana Jones, gdzie do pracującego jako wykładowcy tytułowego bohatera przychodził ktoś ze specjalnym zadaniem (a to odnaleźć Arkę Przymierza, a to tata zaginął, kiedy szukał Graala). Dzięki temu poczulibyśmy większe przywiązanie do niego jako głównego protagonisty.
Subiektywnie, trochę nużącymi naleciałościami tego typu produkcji jest fakt, jak bardzo wszystko musi być wyjaśniane. Działająca w audiowizualnej formie scenka odprawy i przygotowań, tutaj jest ciężkim kawałkiem ekspozycji „dla czytelnika” wypowiadanej ustami narratora lub bohaterów. Współcześnie bardziej jesteśmy od początku wrzucani w akcję i w locie pojmujemy, co się dzieje.
Równie osobliwe zdaje mi się zachowanie Eleny względem Harrego (macanie go po udzie). Ciężko sobie go nie wyobrażać jako typowego okularnika, który poświęcił się swojej nauce niż samca-alfa, do którego nowo poznane kobiety lgną w sytuacjach stresowych.
Być może przyszłościowo dowiemy się, o jakiej ich wspólnej przeszłości, ale na tym momencie sprawia to wrażenie trochę wepchniętego na siłę. Jakby obowiązkowego elementu quasi erotycznego lub ponownie jakąś dziwną naleciałość z produkcji dawnych czasów, gdzie była obowiązkowa relacja romantyczna między śledzonym przez nas protagonistą a ładną, kobiecą postacią.
Mimo wszystko z chęcią będę wypatrywać kolejnych odcinków tej sagi, bo znów: lubię nieoczywiste tropy literackie, które nie są kolejną opowieścią o everymanach z realnego świata, którzy zderzają się genitaliami.
A ten „pilot” wskazuje, że takową historię mogę tutaj dostać.
Pozdrawiam i dziękuje za przyjemnie spędzony czas,
Androidka′
Batavia
2026-02-19 at 17:30
Dzięki za poświęcony czas i komentarz.
Pozdrawiam
Batavia.
Nefer
2026-02-21 at 00:56
Lubię literaturę SF, szczególnie w „twardej” wersji i z zainteresowaniem przyjąłem tekst zaliczający się do tego gatunku. Zawiązanie akcji, tajemnicze artefakty, wyczuwalbe napięcie seksualna wśród członków zespołu ( bo nie sama Elena może wzbudzić pożądanie), wszystko go zapowiada intrygującą przygodę. Czekam na ciąg dalszy.
Tomp
2026-02-21 at 23:04
Wprowadzenie akcji jest trochę zbyt… szkolne. Wątek erotyczny w postaci trzymania ręki na udzie doczepiony na siłę. Sama treść coś może zapowiada, ale co, okaże się w następnych częściach.
To poczekamy.
Krytycznie oceniam zakończenie odcinka. „A teraz idźmy coś zjeść” zżera cały z trudem budowany nastrój S-F i zapada w pamięć czytelnika w lekceważącym „E tam… Poszli do baru”. Czuję analogię z balladą-skeczem Chyły o polskim rzemieślniku: „Czyżby szedł się doszkolić? Gówno! Skręcił do baru”.
Wg klasyka najważniejszą informację umieszcza się na końcu. W tym kontekście „Idźmy coś zjeść” wydaje się dla kompozycji zabójcze.
Są różne rodzaje zakończeń częściowych. Niektórzy (jak Szecherezada) zawieszają narrację w najciekawszym momencie, by czytelnik (w jej wypadku słuchacz) nie mógł się doczekać kontynuacji. Inni zamykają jeden wątek, obiecując kontynuację innych. Jeszcze inni zwalniają akcję – usypiają czytelnika, by w kolejnej części (klasycznie trzeciej) wprowadzić przekierowanie. Jeszcze inni wykorzystują podział dla zmiany scenerii lub osoby bohatera pierwszoplanowego.
Jak w tych znanych schematach uplasuje się „A teraz idźmy coś zjeść”?
Zobaczymy.
No i ilustracja. Tak (pozornie) realistycznie odtwarzająca scenę opisaną w pierwszych akapitach, że czytelnik później dziwi się, trafiając na dysonans niezgodności. Pal pies, że twarz pani pułkownik nie tylko nie jest mahoniowa, lecz wręcz blada. Pal pies, że lampa w ogóle nie wisi nad stołem, w ogóle nie oświetla jego blatu, tylko wtapia się w ścianę 2 m od niego. Gorzej, że pomieszczenie ma być ciemne, a wisząca lampa ma być jedynym źródłem światła, tymczasem lustro ukazuje typowy kaseton ze świetlówkami potwierdzający mdłe, ale jasne oświetlenie ogólne. I brak jest cienia.
Lustro też nie jest naprzeciw wskazanego profesorowi miejsca, a za nim.
Podsumowanie: czekam, co z tej poczwarki powstanie: motyl, ćma czy pchła.
Batavia
2026-02-22 at 09:01
Dzięki za recenzję obrazka.
Pozdrawiam
Batavia
MRT_Greg
2026-02-27 at 22:32
Od pierwszego zdania wiedziałem, że muszę doczytać ten odcinek do końca. Napisane dokładnie tak, jak powinno; wyważone sekwencje opisowe i dialogi, wprowadzenie… ten tekst to jedno wielkie wprowadzenia a w zasadzie fragment wprowadzenia. Mam nadzieję, że utrzymasz to tempo. Opisy pozwalają sobie wyobrazić lokacje, resztę uzupełniając wg własnego widzimisię. Czyli taki scenariusz, który jednak jest czymś mocno więcej niż suchy opis gry aktorskiej. Fabuła sci-fi, którą bardzo lubię, taka właśnie w formie kosmologicznej a nie baśniowej. Erotyka jest miło zarysowana, operowana niuansami zrozumiałymi dla osób, które w tej sztuce szukają czegoś więcej niż prosta rąbanka. Również nie zrozumiałem intencji Kepler vs tajemniczy obiekt, ale doczytałem tłumaczenie dla wodza.
Czekam na kolejne odcinki.
Cieszę się, mogąc Cię znowu poczytać.
Pozdrawiam ciepło,
GB
Batavia
2026-02-28 at 20:25
Dzięki, że przeczytałeś.
Pozdrawiam
Batavia.