Brama Bogów II: Rekonesans (Batavia)  4.7/5 (10)

14 min. czytania

Źródło: OpenArt

Wyrwał go ze snu koszmar. Spadał w otchłań, w ciemność bez końca – to jedno utkwiło mu w pamięci, a reszta – wspomnienie czegoś nieokreślonego, groźnego, strach przed nieuniknionym upadkiem – teraz odpłynęło, pomimo że starał się je zatrzymać. Uchwycić choć koniuszek myśli, by zrozumieć… jednak umknęło, przepadło, pozostawiając go bezpowrotnie zdezorientowanym. Gdy uspokoił się oddech, a serce przestało bić jak oszalałe, zdał sobie w pełni sprawę, gdzie się znajduje. Uniósł się na łokciu i skupił wzrok na ciemnowłosej dziewczynie śpiącej na sąsiednim łóżku. Jej oddech był miarowy, spokojny.

Podzielono ich na dwuosobowe zespoły. Elen bez wahania dołączyła do Harry’ego. Carmora z Brownem, a Mac Alister z komandorem. Wszystko odbyło się bez jakichkolwiek protestów czy dąsów – zupełnie, jakby tak miało być.

To dziwne – zastanowił się, patrząc na nią – że po dziesięciu dniach nieprzerwanego snu nadal mamy chęć spać…

Tak półleżąc zaczął rozmyślać nad tym, co do tej pory zobaczył i usłyszał. Hoyster zademonstrował im w głównej sali holograficzny, trójwymiarowy obraz dziwnej konstrukcji, którą nazwał „Dyskiem”. Twór był sztuczny, wykonany z nieznanych ludziom materiałów. Bezwolnie, majestatycznie dryfował w pustce kosmosu. Przytłaczał swoim ogromem, poryty kraterami od uderzeń meteorytów. Mierzył około ośmiu i pół tysiąca mil średnicy, jak poinformował ich Carmora. Z wyglądu przypominał Harry’emu posadowioną na nóżce szklaną paterę, której ktoś utrącił podstawę. Taką, jaką widział w dzieciństwie, gdy sięgał po kawałek truskawkowego ciasta. Z jednej strony prawie płaski teren pokryty w części zabytkowymi obiektami, a z drugiej strony stopniowo zwężająca się i osiągająca wysokość około sześciuset mil szpica. Komandor zastrzegł jednak, że jeszcze nie wszystko zostało zmapowane. Napotkano budowle zupełnie nieznane, prawdopodobnie do chwili obecnej nie odkryte na Ziemi, a może tak zniszczone, że już nierozpoznawalne. Były tam też konstrukcje wyglądające jak niedokończone projekty. Nagle z nieznanego powodu przerwano ich realizację. Jednak największym zaskoczeniem na miejscu było ciążenie. Grawitacja zbliżona do ziemskiej przy kompletnym braku atmosfery. Siedząca obok, przyglądająca się projekcji, zafascynowana Elen cicho wymieniała nazwy ziemskich zabytków, rozpoznając pojedyncze charakterystyczne piramidy i kompleksy, stworzone przez różne kultury.

Zakres robót wykonanych przez sześcioosobowy oddział, który dotarł przed nimi, budził uznanie. We wnętrzu gigantycznej kopuły posadowionej blisko centralnej części Dysku rozmieścili kontenery z pełnym wyposażeniem badawczym oraz modułami mieszkalnymi umożliwiającymi przetrwanie. Zautomatyzowane systemy zasilania w energię, filtry oczyszczające powietrze, mechanizmy odzyskiwania wody i wiele innych nieznanych im urządzeń wypełniało zaledwie ułamek powierzchni wnętrza. Jak poinformował ich na pierwszej odprawie Carmora, który dotarł tu wcześniej, zbudowana z nieznanego materiału konstrukcja skutecznie chroniła ich przed promieniowaniem kosmicznym i ewentualnymi uderzeniami mikrometeorów. Na zewnątrz wojskowi zainstalowali ogromną ażurową antenę nadawczą. Każda para dostała swoje lokum, połączone korytarzem z głównym pomieszczeniem pełniącym równocześnie funkcje sali odpraw, jadalni i przejścia do modułów laboratoryjnych. Do dyspozycji mieli cztery samowystarczalne pojazdy przystosowane do eksploracji terenu. Zbudowane z metalu i kompozytów, mierzyły po około trzydzieści stóp długości. Dwa osadzono na sześciokołowym podwoziu, a w pozostałych zamontowano gąsienicowy napęd. Najeżone wieżyczkami czujników i kamer z pancernymi klapami otworów strzelniczych, wyraźnie wskazywały militarne przeznaczenie. Na tylnej płaszczyźnie każdego z nich, zamocowane były dwa łaziki do zdalnej penetracji terenu. Ich kanciaste konstrukcje niczym spakowane plecaki zwisały ze ściany. Żołnierze nie znaleźli wejścia w głąb Dysku, ale zajrzeli tylko do najbliższych konstrukcji. Jedyny sukces to taki, że udało im się odkryć coś na kształt tuneli technicznych. Niewielkich rozmiarów szyby wiodące do wnętrza, które spenetrowali miniaturowymi robotami. Jak wstępnie ocenili, na głębokości ponad dwóch mil dotarły one do ogromnego pomieszczenia wypełnionego nierozpoznawalną aparaturą. Inżynier i doktor jednomyślnie stwierdzili, że w nieznany dla nich sposób, te urządzenia generują sztuczną grawitację. Było oczywistym, że takiej wielkości obiekt w kosmosie sam nie mógł wytworzyć istniejącego ciążenia. Pałali więc chęcią ich zbadania, rozważając przy tym różne, hipotetyczne warianty dotarcia pod powierzchnię.

W Newadzie przed opuszczeniem ośrodka, gdzie szkolili się z obsługi sprzętu i uczyli się korzystać ze skafandrów, zasypano ich zdjęciami, danymi różnego rodzaju w liczbie wystarczającej na wiele lat analiz. Jednak na miejscu, wobec ogromu tego, co zastali, wszystko straciło sens. Zdawali się być nic nieznaczącymi drobinkami na tle gigantycznych wytworów ziemskiej i obcej cywilizacji.

To właśnie na Dysku unoszącym się w pustce kosmosu Harry zdał sobie sprawę, że technologia otworzyła ludzkości oczy i uzmysłowiła, jak wiele jesteśmy w stanie się dowiedzieć. Wiedza o obcych jest na Ziemi w każdym miejscu – jest jej tak dużo, że nikt nie jest w stanie jej przyswoić. Są tacy, którzy nie próbują tego robić. Zniechęceni ilością informacji, zrezygnowali, karmieni sprzecznymi dowodami. A jednak zawsze, ale to zawsze chcieliśmy wiedzieć: po co i dlaczego przybyli? To ironiczne, że teraz, kiedy tu na Dysku odpowiedzi są w zasięgu ręki, ogarnia go niepokój, czy nie przeżyje rozczarowania.

Podniósł się i usiadł na brzegu łóżka. Przypomniał sobie, jak po raz pierwszy, stojąc na Dysku u stóp piramidy w panującym półmroku krystalicznie czystej próżni, poczuł się nic nieznaczącą istotą zagubioną w tej kosmicznej pustce. To niezrozumienie sensu i celu powstania takich obiektów było jednym z najistotniejszych powodów powstania religii. Wiary w ponadludzkie możliwości. Potrzeby wyjaśnienia i zrozumienia: kto, dlaczego i kiedy je stworzył?

Elen poruszyła się, wysuwając stopę spod koca.

Na moment oderwał się od rozważań. Spojrzał na nią, a potem na majaczący w półmroku mały stół, przesłonięty stosem dokumentacji. Długie wstęgi, pokryte nieznanymi hieroglifami i symbolami, kładły się na podłodze.

Zawsze, ale to zawsze jako ludzkość baliśmy się nowego – wrócił do przerwanej myśli – z nieufnością i obawą podchodziliśmy do odkryć, rozwiązań czy materialnych wytworów naszej własnej cywilizacji. A pomimo to, nie ustawaliśmy w poszukiwaniach kolejnych, chcąc je poznać, przeanalizować, a nade wszystko zrozumieć ich cel i przeznaczenie. A kiedy zawodziły mierzalne i logiczne próby, szukaliśmy alternatyw, często uciekając w legendy i mistycyzm.

Teraz sam, w niezamierzony, nieoczekiwany dla siebie sposób, znalazł się w środku tej alternatywy, biliony kilometrów od domu, naprzeciw pozornie mu znanych obiektów, a jednak odtworzonych przez niezrozumiałą obcą cywilizację. Jedna myśl go dręczyła. Czy dysponując całym zasobem ziemskiej wiedzy będziemy w stanie zrozumieć, jaki cel im przyświecał?

Do takich zadań stworzyliśmy na Ziemi skomplikowane algorytmy mogące wykonać dowolną analizę czy operację – snuł dalej rozważania – serwujące na każde zawołanie optymalną odpowiedź, przetwarzając przy tym miliony danych w pikosekundach.

Przypomniał sobie wypowiedź Jana: „Sztuczna inteligencja pomoże nam rozwiązać wszystkie tutejsze zagadki”. I jego szczery, pełen wiary uśmiech.

Tak jakby własne, logiczne myślenie i wyciąganie na tej podstawie wniosków odeszło gdzieś na bok. Staliśmy się zależni od tych elektronicznych pomocników – zmarszczył brwi – a zarazem nie mamy najmniejszego pojęcia, w jaki sposób działają. Tylko garstka spośród ludzkiej populacji potrafi w nie ingerować. To niebezpieczne – ciągnął myśl – dlatego, że nie zauważymy różnicy w realizowanych przez nie procesach i podsuwanych usłużnie odpowiedziach. Być może przez ich własną wewnętrzną inteligencję, kierującą nas tylko w jej znanym kierunku. Wszakże wsadem tych sztucznych mózgów jest zgromadzona przez człowieka na przestrzeni wieków wiedza i tylko w takim zakresie mogą ją interpretować. Wiara w pojawienie się na ekranie jednoznacznego wyjaśnienia będącego właściwym rozwiązaniem celu i powodu istnienia Dysku – jest złudna. Chociaż znajdą się tacy, którzy potraktują to jako pewnik, niepodważalny i jedyny słuszny argument. A przecież będzie to tylko optymalny z matematycznym prawdopodobieństwem wyliczony wniosek. Jest tylko jedna rzecz – nagle zdał sobie sprawę ze smutkiem – która została niezmiennie naturalna… Ludzka głupota.

Wziął głęboki oddech, który zamienił się prawie w wes­tchnienie. Uderzyła go świadomość, że nie wnioski maszyn, a poleganie na własnej intuicji, może być kluczem do wyjaśnienia postępowania Obcych.

Wszystko w pomieszczeniu zlewało się z dookólną ciemnością i tylko kontrolki aparatury podtrzymania życia tworzyły słabą seledynową poświatę. Spojrzał na nią, a przez twarz przemknął jakby lekki cień bólu. Śniła. Koc zsuwał się z niej, sięgając podłogi. Wstał nagle, kierowany jakimś pierwotnym ludzkim impulsem. Chwycił materiał i w tym upiornym zimnym świetle błysnęło mu nagie udo dziewczyny. Pomyślał o tym, że ona ma miękką, pachnącą skórę… że chciałby jej dotknąć, przytulić… Zastygł z tą myślą przez sekundę, nim okrył ją porządnie.

Miał wrażenie, że zamieszkali w wozie kempingowym. Miniaturowa łazienka z prysznicem i toaletą, główne pomieszczenie ze składanymi łóżkami i niewielkim stołem do pracy z aparaturą komputerową oraz śluza ze skafandrami na wypadek awarii. Ściany i sufit zapełniono niezbędnymi urządzeniami do tego stopnia, że chwilami mieli wrażenie pobytu w magazynie. To rozwiązanie wymuszało bliskość fizyczną. Z przyjemnością spoglądał na jej smukłe i delikatne ciało, gdy ona ze skrywanym uśmiechem zakładała bieliznę. Nie wstydziła się tej wymuszonej nagości. Traktowała ją jak coś naturalnego, nieuniknioną konsekwencję warunków, w jakich się znaleźli. Przypadkowe niespodziane zetknięcia rąk, dotyk ciał, wyciągnięta pomocna dłoń, która zatrzymywała się wpół drogi… Wszystko to zmieniało coś nieuchwytnego pomiędzy nimi. Już wiedział, skąd ją zna, sama mu powiedziała w Newadzie. Była jego studentką. Przypomniał sobie wtedy kontrowersyjne, buntownicze poglądy wyrażane przez nią podczas wykładów. To wszystko w jakiś niewytłumaczalny sposób przyciągało go do niej. Powodowało, że pragnął jej bliskości i czegoś…

Nad ich głowami rozległ się w panującym półmroku cichy gong, przerywając rozmyślania Harry’ego. Głośnik pod sufitem zatrzeszczał i rozległ się głos Mac Alistera:

– Wstajemy, panie i panowie. Czas odkrywać nieznane. Odprawa o siódmej.

W głośniku stuknął wyłączany mikrofon i znów zapadła cisza, tylko światło w pomieszczeniu rozbłysło – najpierw nieznacznie, a w miarę upływu czasu coraz mocniej.

Dziewczyna zsunęła koc i przeciągnęła się, unosząc ręce za głowę. Ten naturalny gest, gdy w niezamierzony sposób eksponowała swoje ciało, zdał mu się czymś prowokacyjnym, czy wręcz lubieżnym.

– Już wstałeś? – spytała lekko zdziwiona, otwierając oczy. – Która godzina?

– Kilka minut po szóstej – usłyszał się, jakby mówił z oddali. – Niedługo odprawa.

Z trudem powstrzymał się, aby nie klepnąć jej w tyłek, gdy wstała z uśmiechem i zniknęła w łazience, prowokacyjnie ocierając się o niego. O wpół do siódmej siedzieli w głównej sali, jedząc śniadanie i popijając czymś, co zdecydowanie na wyrost nosiło nazwę kawy.

Generalnie był zaskoczony – spodziewał się pastylek odżywczych czy też skondensowanych papek w tubkach, a tu zorganizowano coś na podobieństwo szwedzkiego stołu. Każdy mógł wybrać to, na co ma ochotę. Co prawda asortyment nie był duży, ale na pewno kłócił się z zapowiedzią spartańskich warunków, o których mówił komandor. Pomieszczenie było okrągłe, pod ścianami zabudowane nieznanymi mu urządzeniami. Z kontrolnych paneli ciągle coś mrugało różnokolorowymi lampkami, emitowało stłumione sygnały przypominające szpitalną aparaturę. Na ekranach monitorów zielone linie skokami krzywych obrazowały nieustannie zachodzące procesy. Przy głównym stole siedziało dziesięć osób, z wyraźnie widocznym zadowoleniem spożywając śniadanie.

– Nadal ćwiczysz? – Przyglądała się jego umięśnionej sylwetce i dodała: – Tu raczej nie będziesz miał możliwości.

Skinął bez słowa potakująco głową, nadal rozglądając się po sali. Po chwili chciał coś powiedzieć, ale odezwał się komandor.

– Drodzy państwo. Myślę, że te kilka dni pobytu pozwoliło się wam zaaklimatyzować i poznać dostatecznie warunki pracy. – Hoyster wstał z kubkiem kawy w ręku. – A teraz ustalimy dzisiejszy plan działania. Lecz zanim to zrobimy: porucznik John Lange… – Wskazał dłonią na szczupłego, młodego człowieka o pociągłej, zmęczonej twarzy. – …zrelacjonuje dotychczasowe osiągnięcia i swoje spostrzeżenia, bo przebywa tu najdłużej.

Hoyster wrócił na miejsce. Porucznik podniósł się zza stołu i odłożył na talerz kanapkę, którą już zbliżał do ust, poprawił bluzę kombinezonu i zaczął mówić.

– Zorganizowaliśmy bazę wewnątrz tej kopuły z uwagi na fakt, że całkowicie zabezpiecza nas przed zagrożeniami zewnętrznymi. Ustaliliśmy, że na powierzchni jest osiem identycznych obiektów, przy czym tylko do dwóch można się dostać. Mają po około sto mil średnicy. Pozostałe są pozbawione widocznych wejść. – Wyświetlił holograficzny obraz nad stołem i pokazał ich lokalizację. – Po wstępnym rekonesansie najbliższego terenu wiemy, że w niektórych budowlach znajdują się… – zawahał się przez chwilę – …wnęki, trudno to jednoznacznie nazwać. Mają kształt sześcianu o boku długości dziesięciu stóp. – Obraz przybliżył jedną z piramid, pokazując u jej podstawy to, o czym mówił. – Jak zapewne już się zorientowaliście, w budowlach na Ziemi nie ma czegoś takiego. Badaliśmy ściany, stropy i podłoże, lecz nie udało nam się stwierdzić, czy za nimi cokolwiek się znajduje – ciągnął równym pewnym głosem, który wyraźnie kontrastował z jego zmęczoną twarzą. – Nie stosowaliśmy jednak żadnych inwazyjnych technik. Jest tam jakaś anomalia. Na powierzchni jednej ze ścian w każdej ze zbadanych komór znajduje się obszar pokryty skomplikowanym wzorem, przypominającym ułożoną z bardzo drobnych ziarenek mozaikę. Wpatrywanie się wywołuje początkowo tylko ból głowy, ale wystawienie na długą ekspozycje może spowodować nawet konieczność poddania się leczeniu. Jeden z naszych kolegów, dokumentując i analizując zawiły rysunek, spędził przed nim kilka godzin. Musieliśmy odesłać go na Ziemię. Z wyraźnym trudem zaczął porozumiewać się z nami i miał kłopoty ze wzrokiem. Ostrzegam państwa, żeby podchodzić do badań z rozwagą, nie wiemy, co jeszcze może nam zagrażać.

Ta informacja wywołała poruszenie wśród zebranych.

– Czy jeszcze gdzieś dostrzegliście podobne… – Brown zawahał się, jakiego użyć określenia – grafiki, anomalie?

– Tak – odpowiedział porucznik, wyświetlając nad stołem zawiłą kompozycje, o której mówił. – Na powierzchniach niektórych obiektów znajdują się podobne niewielkie płaszczyzny.

Dał wszystkim czas, żeby się dokładnie przyjrzeli. Po chwili widok się zmienił, ukazując powierzchnię z góry.

– Dzięki analizie materiałów z satelity… – Wskazał ręką. – …możecie dostrzec jednakowe, koncentrycznie rozmieszczone wieże w odległości około tysiąca czterystu trzydziestu mil od centrum. To tam na ich szczycie przy pomocy robotów odkryliśmy niewielkie szyby emitujące ciepło i – jak się okazało – prowadzące do wnętrza. Niestety sygnał radiowy nie przenika przez tę strukturę i dysponujemy tylko zapisami z automatów, które wróciły na powierzchnię. Wysłaliśmy sześć kolejnych, które dokumentują wszystko, co napotkają i mają zaprogramowany powrót za miesiąc. Na tą chwilę wiemy tylko, że działają tam nieznane nam urządzenia. Zgromadzone materiały przekazałem inżynierowi Carmorze.

– Poruczniku – odezwała się Elen. – Analizując zdjęcia, dostrzegliśmy wielokształtne obiekty niespotykane na Ziemi usytuowane przy niektórych kompleksach. Czy coś wiadomo na ich temat?

Chwilę się zastanowił.

– Nie ustaliliśmy, czym są i jakie jest ich przeznaczenie. Zdalnie przeprowadziliśmy wszelkie możliwe pomiary i badania jednego z nich. Jest z tego działania pełna dokumentacja. Są też zapisy video – zawahał się i dodał: – Nie wiem, czy to ważne, ale na nich też znajduje się podobna, niewielka, kwadratowa mozaika.

– To bardzo interesujące – odezwał się Mac Alister. – Ma pan jakieś sugestie?

– Nie – zdecydowanie stwierdził oficer. – Ale chciałbym tu obecnym zwrócić uwagę na pewne szczegóły. Wiemy, że pod naszymi stopami nadal działają jakieś nieznane urządzenia. Natomiast nie wiemy, czy w którymś momencie nasza ingerencja nie uruchomi czegoś na kształt mechanizmów obronnych. Chociażby najprostszych. Przykładem mogłoby być wyłączenie grawitacji. A druga sprawa to postrzeganie odległości. Niezależnie jak będziecie się starali, nie ocenicie jej prawidłowo. Ostrzegam przed próbowaniem przeskakiwania nad kraterami po meteorytach. Istniejące ciążenie tworzy złudne poczucie pewności, a jednak poruszamy się w próżni. Wokół panuje ciemność – niedosłowna i nie w pełnym tego słowa znaczeniu, bo rozświetlana przez blade światło odległych konstelacji i mgławic. Jednak brak atmosfery wypacza nasz wzrok, a ponadto za otaczającymi nas ścianami panuje temperatura około minus dwieście siedemdziesiąt stopni. Tego, kto uszkodzi skafander, próżnia zabije w ciągu kilku minut. Dlatego jeszcze raz apeluję o ostrożność.

Gdy usiadł przy stole i sięgnął po odłożoną wcześniej kanapkę, każdy zastanawiał się nad słowami Langego.

– Na którymś ze zdjęć pokazano nam kilka takich obiektów skupionych w jednym miejscu – Elen zwróciła się do Langego. – Niektóre wyglądały na uszkodzone. Może one przybliżyłyby nas do poznania, czym są lub jaką funkcje tu pełnią? Czy wie pan, gdzie się znajdują?

Przełknął kęs kanapki i nie wstając, odpowiedział:

– Wiemy, że znajdują się w pobliżu tego, co nazywamy na Ziemi świątynią Jowisza w Baalbek. To stąd jakieś tysiąc trzysta mil w linii prostej. Wysłaliśmy tam łazik. Czekamy na pierwszy przekaz. Powinien dotrzeć na miejsce za tydzień.

Hoyster podniósł się z miejsca. Dało się dostrzec, że porucznik z zadowolonym wyrazem twarzy kontynuował przerwane śniadanie.

– Proponuję, żeby inżynier Carmora i doktor Brown zostali na miejscu i zajęli się analizą dotychczas zebranych materiałów.

Brown skinął głową z aprobatą

– Profesorowie Tomphson i Kerhowen wraz z porucznikiem zapoznaliby się ze stanem najbliżej położonych obiektów. Wybór celu pozostawiam waszemu uznaniu. Ja wraz z doktorem Mac Alisterem wyruszymy w kierunku egipskich piramid. Ustalamy, że wyjeżdżamy o dziewiątej i nie przebywamy poza bazą dłużej niż osiem, dziesięć godzin. Regularnie nawiązujemy łączność i informujemy dyżurnego oficera, gdzie się dokładnie znajdujemy.

Komandor uśmiechnął się, spojrzał na hologram i powiedział zagadkowym tonem:

– Nikt z was nie spytał, co my tu właściwie robimy?

Wśród siedzących nastąpiło lekkie poruszenie.

– Zapewne domyślacie się, że nie chodzi o inwentaryzację budowli – ciągnął równym poważnym głosem. – To zrobią za nas maszyny. Interesują nas wszystkie anomalie, artefakty techniczne, a także to, co się stało z twórcami tego architektonicznego zbioru. Skąd pochodzą?

Po chwili dodał, nadal się uśmiechając:

– Skłamałbym, gdybym powiedział, że wgląd do wnętrza Dysku nie jest priorytetem. Myślę, że tam znajdują się odpowiedzi na każde intrygujące nas pytanie.

Przez dłuższą chwilę się nie odzywał, a tajemniczy uśmiech nie schodził mu z twarzy

– Oczywiście nie będziemy się wałęsać po tym muzeum antyczności i szukać na oślep – kontynuował. – Skupimy się na obiektach nie będących pamiątkami z przeszłości. Na pewno jesteście rozczarowani, że nie ma tu żadnych zaawansowanych, technicznych pomocy, sztucznej inteligencji analizującej w mgnieniu oka zebrane materiały, gadających komputerów, usłużnie podsuwających rozwiązania i tym podobnych stosowanych powszechnie elektronicznych pomocników. Zdecydowaliśmy się na wojskową prostotę i korzystanie z wielokrotnie sprawdzonych na polu walki urządzeń i środków technicznych – przerwał na moment. – Stawiamy na indywidualną, trzeźwą ocenę każdego z was, a analizami niech się zajmą na Ziemi. Jeżeli wszystko jest jasne, to ruszajmy.

Zrobił się mały rumor, bo wszyscy obecni zaczęli wstawać.

Pojęcie „płaska powierzchnia” okazało się być tylko teoretycznym określeniem – transporterem trzęsło niemiłosiernie. We wnętrzu wszystko jęczało, a słabo zamocowane wyposażenie zgrzytało, przesuwając się w swoich wiązaniach. Rozrzucone różnej wielkości odłamki spowalniały ich jazdę. Z bliska przed tępo ściętym dziobem pojazdu, patrząc przez pancerną szybę czołową, dostrzegali w świetle reflektorów uszkodzenia spowodowane przez meteoryty. Maszyna prowadzona pewną ręką porucznika od prawie trzech godzin przemykała przez to rumowisko, omijając większe kratery. Nad oknami zamontowano ekrany ukazujące całe otoczenie wokół pojazdu. Zmierzali do El Castillo. Uzgodnili przed wyjazdem, że celem będzie właśnie ten obiekt. Wszak od niego się wszystko zaczęło, a ponadto usytuowany był tylko w odległości około pięćdziesięciu mil. Z tego, co mówił Lange, znajdowała się tam też dziwna komora. Prawie nie rozmawiali w czasie podróży. Wstrząsy i przechyły skutecznie do tego zniechęcały. Rzucali tylko jakieś zdawkowe uwagi na temat mijanych artefaktów. Elen co jakiś czas klęła pod nosem na twarde wojskowe siedzenie. W końcu wjechali na niewielki placyk i pojazd się zatrzymał.

– Jesteśmy na miejscu. – Mówiąc to, John wskazał ręką na majaczącą w półmroku budowlę.

– Jest piękna, ale wydaje się być w gorszym stanie niż ta na Ziemi… – niepewnie stwierdziła Elen, spoglądając przez szybę czołową.

– Możemy podjechać jeszcze trochę? – przerwał jej Harry. – Tak, żeby stanąć na wprost wejścia, o którym mówiłeś.

Gdy pojazd się przemieszczał, Harry skomentował:

– Musisz pamiętać, że na Ziemi przez wiele lat archeolodzy prowadzili zabiegi konserwacyjne.

– Dlaczego akurat ta piramida jest tak niezwykła? – spytał John zza kierownicy.

– Stworzyli ją Majowie ku czci boga Kukulkana, a pierwszy opis pojawił się w tysiąc pięćset sześćdziesiątym szóstym roku. Jest kwintesencją ich wiedzy z zakresu astronomii, matematyki i geometrii. – Słowa wypowiadał powoli i miękko, zupełnie jakby na chwilę zalazł się w sali wykładowej. – Zawiera tak dużo zbieżności z kalendarzem słonecznym Majów i Tolteków, że aż trudno uznać to za przypadek. Na szczyt – snuł swoją opowieść – do posadowionej tam świątyni, wiodą schody z każdej strony. Mają dziewięćdziesiąt jeden stopni, co daje łącznie trzysta sześćdziesiąt cztery plus platforma świątynna – razem trzysta sześćdziesiąt pięć. To liczba dni w ich kalendarzu słonecznym. Posiada pięćdziesiąt dwie uwydatnione płyty na każdej ze ścian – to pięćdziesiąt dwa lata. Tyle co cykl Tolteków. Ponadto jest dziewięć platform przedzielonych schodami na dwie części – łącznie to liczba miesięcy w kalendarzu Majów. Trzeba było mieć dużą wiedzę astronomiczną, aby tak zaprojektować obiekt, żeby narożnik piramidy rzucał wężowaty cień na północnej ścianie podczas wiosennej i jesiennej równonocy. Robi złudzenie, jakby pełzł po schodach. Teraz niestety, to tylko atrakcja dla turystów.

– Nie wszyscy podzielają takie postrzeganie tej piramidy – wtrąciła Elen, gasząc jego entuzjazm.

– Hmm… jak zwykle, wieczna oportunistka – mruknął niezadowolony.

– To bardzo ciekawe – odezwał się John, kierując ich uwagę na inny aspekt, jakby zdawał sobie sprawę, że zapobiega akademickiej kłótni. – No dobrze, to po co Obcy umieścili w niej tę komorę. Ma zupełnie inne wejście niż pozostałe.

– Masz rację, obejrzyjmy ją. W końcu po to przyjechaliśmy. – Zdecydował nieco urażonym tonem.

Pojazd dotoczył się na wprost wejścia i stanął. John włączył dodatkowe reflektory, oświetlając całą konstrukcję.

– O mój Boże! – wyszeptała Elen. – To przecież…

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Nadal wieje nudą. Nic się nie dzieje, ale tym razem autor z listy typowych zakończeń częściowych wybrał wersję Szeherezady, co budzi nadzieję, że coś się stanie w części III. To plus.
Na ile części zaplanowano całość?
Czy na pewno właściwie użyto słowa „oportunistka”?

Hmmmm…

Najpierw nieco przydługa ekspozycja, a zaraz potem historia urywa się na cliffhangerze. Przyznaję, że finał lepszy niż w rozdziale 1, gdy towarzystwo poszło coś przekąsić, ale wciąż… mam wrażenie, że trochę za mało otrzymaliśmy w tej części. I nie chodzi mi tylko o śladową ilość erotyki.

Podobają mi się natomiast opisy bazy ekspedycji i cała ta rekwizytornia science-fiction. Pojazdy, autonomiczne łaziki itd. Tylko nie rozumiem, czemu kwatery badawczy są tak ciasne, skoro zajmują tylko niewielką część przestrzeni pod kopułą 🙂

Kilka pytań i wątpliwości:

„To niezrozumienie sensu i celu powstania takich obiektów było jednym z najistotniejszych powodów powstania religii. ”

Czy na pewno? Mam wrażenie, że właśnie religia dała impuls do wznoszenia takich budowli.

„znalazł się w środku tej alternatywy, biliony kilometrów od domu, naprzeciw pozornie mu znanych obiektów, a jednak odtworzonych przez niezrozumiałą obcą cywilizację.”

Czy mam z tego wnioskować, że obiekty na Ziemi powstały najpierw, a dopiero potem odtworzyli je kosmici? Mam wrażenie, że to duży spoiler w w sumie skąd główny bohater ma to wiedzieć, nie przeprowadziwszy jeszcze na miejscu jakichkolwiek badań?

Czy ekspedycja badawcza w ogóle domyśla się, jak stary jest dysk i kiedy mniej więcej powstał?

No i skład ekspedycji: mają astronomów, mikrobiologów, inżynierów, astrofizyków, żołnierzy. Ale skoro celem jest eksploracja pozaziemskiej megastruktury zbudowanej z nieznanego surowca i dostanie się do tych urządzeń w jej głębi, to chyba nie powinni byli zapomnieć o geologach, materiałoznawcach oraz specjalistach od odwiertów, a może nawet saperach? Jakoś przecież muszą się dostać do tych wciąż funkcjonujących cudów techniki?

Pozdrawiam
M.A.

Szkoda, że nie została opisana sama podróż na dysk. Trochę też nie rozumiem zakończenia rozdziału. Napięcie nie zostało aż tak wzmożone, by cliffhanger pozostawił mnie spragnioną ciągu dalszego jak wody na pustyni. Na to trzeba sobie zapracować, a na razie za mało wiemy o tych pozaziemskich konstrukcjach, by przejmować się szokiem, jakiego doznała Elen.

Kawałek solidnej, twardej SF. Elementy erotyczne w zasadzie nie pojawiają się, ale mnie osobiście to nie przeszkadza. Dopracowany, szczegółowo pzredstawiony sztafaż. Czekam na ciąg dalszy.

Leave a Comment