Przysięgam uroczyście, że knuję coś niedobrego – totalnie J. K. Rowling (Ferrara)  4.97/5 (19)

24 min. czytania

Źródło: Pixabay

Była jasna, listopadowa noc, kiedy Rose w koszuli nocnej wymknęła się z pokoju na piętrze gospody. Północ musiała minąć niedawno; On zawsze zjawiał się po północy. Stryj Rose, właściciel gospody, chrapał donośnie, kiedy mijała drzwi jego pokoju, ale dla młodej kobiety liczył się w tamtej chwili tylko jeden dźwięk – niski pomruk, przechodzący chwilami w niecierpliwy warkot, dobiegający zza tylnych drzwi budynku, wychodzących na mały, zagracony ogródek.

Z bijącym sercem zeszła ostrożnie po skrzypiących schodach, tak cicho, jak tylko potrafiła. O tej porze roku nieliczni goście gospody wcześnie kładli się spać, więc nie oczekiwała nikogo w głównej sali przy wygasłym palenisku, ale nie chciała ryzykować. Omiótłszy ostrożnie spojrzeniem skąpane w cieniu stoliki i upewniwszy się, że jest sama, przekradła się na tyły budynku i odsunąwszy ciężkie rygle z gobliniego żelaza, otwarła tylne drzwiczki i wyjrzała na zewnątrz.

Był tam.

Wielki, czarny pies. Ponurak. Czekał na nią.

Zadrżała, choć noc była ciepła. Oparła się plecami o półprzymknięte drzwi, kiedy przeszył ją spojrzeniem i leniwie stawiając łapy, ruszył bezszelestnie w jej kierunku.

Wiedziała, że to był Ponurak. Babcia opowiadała jej o nich, od kiedy Rosmerta była małą dziewczynką. Powszechnie traktowane jako omen śmierci, dla dwudziestoletniej Rosmerty był to zwiastun czegoś zupełnie, ale to zupełnie innego, czegoś, co od kilku lat z wolna rodziło się w jej piersi… I nie tylko piersi. Czegoś, czego jeszcze nie chciała do końca nazwać.

Mogła przysiąc, że tak, jak tych kilka razy w zeszłym roku, Ponurak chciwie przyglądał się jej okrytym jedynie cienkim materiałem kształtom. „Czemu on musi się gapić właśnie TAM?” – pytała rozpaczliwie sama siebie w rozgorączkowanych myślach. Pies podszedł bliżej, bardzo, bardzo blisko, tak, że nosem prawie dotykał jej łona. I węszył. A potem, mogłaby przysiąc, zobaczyła, jak uśmiecha się szelmowsko. Westchnęła, kiedy, tak jak to ostatnio miał w zwyczaju, nagle wspiął się na tylne łapy, a przednie oparł po obu stronach jej głowy, chwytając ją w czarny, futrzasty, ciepły potrzask. Ale w powietrzu zionącym z zębatej paszczy nie czuła smrodu surowego mięsa i krwi, tylko coś innego, znajomego, jakby… sok dyniowy? I szałwiowa pasta do zębów…?

Ponurak powąchał jej szyję, a potem przejechał jęzorem od dekoltu koszuli nocnej aż po ucho. Ale nie zrobił tego jak zwykły pies – szybko i byle jak, o nie. Lizał jej szyję powoli, jak kochanek, nie jak zwierzę. Znów zadrżała i westchnęła. Nie miała pojęcia, co oznaczają te nocne spotkania, ale odkryła, że myśli o nich w samotne noce w Hogsmeade, a myśląc o nich, dłonie zawsze wędrowały pod kołdrę, i, jakby z własnej woli, podwijały koszulę nocną aż do bioder, a potem… Tymczasem Ponurak złapał zębami guziki jej koszuli i jednym ruchem rozpruł dekolt, po czym rozchełstał materiał pyskiem, aż odsłonił nad wiek obfite piersi Rosmerty. Te same, na które gapili się wszyscy chłopcy z Hogwartu i Hogsmeade odkąd skończyła piętnaście lat. Rosmerta poddała się temu, co miało się za chwilę zdarzyć i zamknęła oczy, jakby to mogło choć trochę oczyścić jej sumienie. I kiedy poczuła gorący jęzor na swoich sutkach, a coś twardego i bardzo, bardzo żywego otarło się o jej udo, tylko resztką woli zdołała powstrzymać się od jęku.

* * *

Brązowy szczur zeskoczył z uda blondynki na ziemię, i korzystając z wpółprzymkniętych drzwi, niezauważony wbiegł do gospody Pod Trzema Miotłami. Jego umysł pracował na najwyższych obrotach. Zlokalizował spiżarkę i przecisnął się przez wąską szparę pod drzwiami. Wreszcie bezpieczny w ciasnym, ciemnym pomieszczeniu, przyjrzał się kaprawymi oczkami licznym butelkom leżakującym na drewnianych stojakach i jego szybko bijące serduszko zatrzepotało triumfująco. Rozejrzał się jeszcze raz, powąchał powietrze, po czym jakby zwinął się w sobie, spuchł, rozrósł i… nagle na jego miejscu stanął szesnastoletni chłopak, nieco przy kości, niewysoki, ze strzechą jasnych włosów i nieciekawą, szczurzą twarzą. Był zupełnie nagi, nie licząc konopnego sznurka, którym był obwiązany w pasie, oraz różdżki, którą miał wetkniętą w jedną z licznych pętelek z owego sznurka zwisających jak miniaturowe szubieniczki.

– Lumos – szepnął, wyciągając różdżkę.

W nikłym blasku wydobywającym się z końca różdżki przyglądał się półkom z kremowym piwem i innymi trunkami. Zawahał się, sięgając po Ognistą Whisky. Na półce w najciemniejszym kącie na zielono mieniły się cztery butelki czegoś, co zdawało się przyciągać jego uwagę. Podszedł bliżej i na etykiecie dostrzegł nagą wilę pięknie wymalowaną w kuszącej pozie na tle zielonego lasu. Miała białe włosy i figurę, od której drgnął jego nieco już zmarznięty, drobny członek. „Vilavinho” i „est. 1812” głosiła etykieta, a kiedy chłopak spojrzał na procentową zawartość alkoholu, podjął ryzykowną decyzję. Syriusz powiedział wyraźnie: Ognista Whisky, ale to pewnie dlatego, że nie wiedział, jakie skarby Peter zdoła znaleźć w spiżarce.

Złapał więc różdżkę w zęby i zaczął przywiązywać butelki za szyjki do pętli w sznurku, którym był przepasany.

– Jeżeli to nie wypali, James, to pożałujesz… – mamrotał.

Pomysł Jamesa był prosty – skoro magiczna przemiana animaga w zwierzę obejmowała również ubrania, okulary, nakrycia głowy oraz drobne przedmioty noszone w kieszeniach, to nagiemu człowiekowi obwieszonemu butelkami również powinno się udać. Zaklęcie założy, że butelki stanowią jego odzienie i bezrefleksyjnie również i je transfiguruje w ciało szczura, wraz z animagiem. Potem wystarczy się odmienić i, proszę bardzo, butelki również wrócą do swojej prawdziwej formy.

Remus wyśmiał pomysł Jamesa, ale Syriusz bardzo się do tej hipotezy zapalił. I od razu zgłosił Petera na idealnego kandydata do tej misji. Teraz, czując się wyjątkowo głupio z butelkami dyndającymi u pasa i siurem na wierzchu, Peter podejrzewał, że zaklęcie zadziałałoby świetnie również, gdyby nie paradował na golasa, ale chłopaki potrafili namówić Petera do najdziwniejszych rzeczy, a on, jak ten idiota, zawsze się zgadzał. Tak naprawdę jedyną zachętą i nagrodą, jakiej potrzebował, była akceptacja w oczach Syriusza. I jeżeli musiał się dla tego rozebrać do naga, to dla Syriusza był gotów to zrobić. W każdej chwili. Ta myśl sprawiła, że się zaczerwienił i otrząsnął z dziwnego transu.

Otrząsając się, potrącił łokciem półkę z kremowym piwem.

– Oż – zdążył tylko powiedzieć i wyjął różdżkę z ust…

* * *

Psi ozór przestał drażnić jej pępek i właśnie sunął niżej, kiedy Rosmerta usłyszała brzęk tłuczonej butelki, a potem jeszcze jednej. I jeszcze jednej. Przez chwilę panowała cisza. Nawet Ponurak postawił uszy i rozglądał się, jakby nerwowo.

– NA BRODĘ MERLINA, CO SIĘ TAM DO CHOLERY DZIEJE?!

Stryj Rosmerty był wielkim mężczyzną z bardzo donośnym głosem. W oknach pobliskich domów zaczęły zapalać się pojedyncze światła. Dziewczyna usłyszała jeszcze ciężkie kroki stryja schodzącego po skrzypiących schodach, kiedy bardzo wiele rzeczy wydarzyło się na raz.

Czarny pies spojrzał Rosmercie w oczy, po czym już bez delikatności przejechał jęzorem po jej rozchylonych ustach i opadłszy na cztery łapy, odbiegł w stronę lasu, a dziewczyna mogłaby przysiąc, że coś małego i futrzastego wybiegło z gospody i wskoczyło mu na futro. Z pobliskich krzaków wyskoczył galopem ogromny jeleń z imponującym porożem i przebiegł obok tylnych drzwi tak blisko, że powiew wiatru zadarł rozchełstaną koszulę nocną dziewczyny aż do talii, odsłaniając blade podbrzusze i zadbaną kępkę włosów na jej łonie. Rosmerta pisnęła w tej samej chwili, kiedy stryj uzbrojony w różdżkę wypadł na zewnątrz, a zad jelenia znikał w lesie tuż za pędzącym Ponurakiem.

Mogła przysiąc, że kiedy zwierzęta znikały w cieniach, słyszała melodyjny, młodzieńczy śmiech.

* * *

Huncwoci pędzili przez las, poddając się nieco instynktom swoich zwierzęcych form. Znali ryzyko, wiedzieli, że zbyt długie przebywanie w tej postaci grozi nieodwracalną transformacją, ale pokusa była zbyt wielka. W postaci zwierzęcej wszystkie uczucia stawały się jakby mniej skomplikowane, myśli prostsze, jedyne, czego potrzebowali, to biec i biec przez księżycową noc…

Upewniwszy się, że nikt ich nie śledzi, James Potter otrząsnął się jako pierwszy i galopując, zatoczył półokrąg, po czym wybiegł na kamienisty brzeg skryty pośród skał w zatoczce jeziora. Zamek Hogwart majaczył w oddali na tle księżyca w pełni.

Zatrzymał się zziajany, a po chwili z lasu wybiegł Syriusz Black w swej psiej postaci. Peter Pettigrew rozpaczliwie trzymał się ucha Syriusza swoimi szczurzymi pazurkami.

– Puszczaj, parchu! – syknął Syriusz (choć pozostali Huncwoci usłyszeli jedynie gromkie „hau-hau!”) i potrząsnął głową. Szczurek wystrzelił w powietrze, po czym odbiwszy się od skały, wylądował wcale zgrabnie na miękkiej trawie. Jego kształty zawirowały i po chwili na jego miejscu siedział rozkraczony nagi chłopak rozmasowujący sobie solidnego guza na czubku głowy. James parsknął jelenim śmiechem.

Obaj z Syriuszem przemienili się w tym samym momencie. W przeciwieństwie do Petera obaj byli ubrani.

James przeczesał włosy palcami, z niesmakiem wydłubując z nich listopadowe liście oraz wyskubując drobne gałązki zza oprawek okularów, po czym zaśmiał się ponownie, patrząc na spoconego Syriusza.

– Wiedziałem! Totalnie lecisz na Rosmertę!

– Chyba śnisz, Rogaliński! Tę lafiryndę?! – Syriusz łypnął na niego groźnie, ale James wciąż się śmiał. – No co? W łeb chcesz?!

– W takim razie co cię tak podnieca, bo chyba nie goły tyłek biednego Glizdka? – spytał James, wskazując na krocze kumpla. Syriusz, ubrany jedynie w spodnie od piżamy, spojrzał w dół i zauważywszy swój potężny wzwód napinający czarny materiał niczym namiot, pokazał brzydki gest kolegom i odszedł na bok, udając, że musi się odlać. Tak naprawdę był cały czerwony na twarzy i miał nadzieję, że w blasku księżyca nie będzie nic widać.

James miał rację. Wciąż był totalnie napalony. Miał tylko odwrócić uwagę Rosmerty, ale Huncwoci nie mieli pojęcia o jego samotnych eskapadach i tym, jak powoli urabiał sobie dziewczynę. W formie psa wszystko było prostsze. Również jego myśli i pragnienia transfigurowały się w ich bardziej zwierzęce odpowiedniki. Teraz, w jego na powrót chłopięcej, szesnastoletniej głowie uczucie zwierzęcego podniecenia i nieprzystojne myśli o jego czarnym ciele pokrywającym delikatną, różową skórę Rosmerty powoli odparowywały, zostawiając po sobie ledwie ciepły posmak… i ten cholerny wzwód, którego wciąż nie mógł się pozbyć.

Tymczasem James gonił przerażonego Petera, który wołał bez przerwy „sam odwiążę, sam odwiążę!”. Syriusz roześmiał się i postanowiwszy zignorować namiot, wrócił do chłopaków.

– Umiesz czytać, Glizdek? Miała być Ognista Whisky!

– Sam nie umiesz czytać, James! Zobacz etykietę! To prawie sam alkohol! I dawajcie mi moje spodnie, zimno mi!

Ignorując Petera, Syriusz złapał najbliższą butelkę, gwizdnął cicho na widok cycatej wili, po czym wczytał się w treść etykiety.

– Wiesz co, James, może Pan Glizdogon nie jest wcale taki głupi. To może być niezłe. – Podał butelkę Jamesowi, który przyjął ją z powątpiewaniem odmalowanym na twarzy.

– „Wilowino”. Brzmi jak jakieś babskie siki – mruknął, ale po chwili uniósł brew. – Oż ty, ale mocne!

– Dobra, nie ma co się pieścić. Dawaj! – Syriusz chwycił drugą butelkę i wycelował różdżką w korek. – Cistem aperio!

Korek wystrzelił jak z armaty, a fontanna wina trysnęła na całą trójkę.

– Pewnie, Panie Łapa. Po co się ograniczać do zwykłego zaklęcia otwierającego – skontestował James, otrzepując szatę.

– Zimno! – jęczał Peter, więc Syriusz, rechocząc, przywołał jego portki i koszulę schowane za pobliskim kamieniem.

Chłopcy otworzyli trzy z czterech butelek i niespiesznie szli w stronę opuszczonej chaty na skraju Hogsmeade. Wino faktycznie smakowało lekko i słodko, ale jednocześnie bardzo trudno było im się od niego oderwać. Nawet James przestał sarkać, że „to nie Ognista” i pił najbardziej łapczywie z całej trójki. Szybko zaczęło im też szumieć w głowach. O wiele zbyt szybko. Jednak zamiast zwyczajnego zamglenia umysłu, Syriusz miał wrażenie, że wino wywołuje raczej pobudzenie… Cieszył się, że szli w ciemnościach, bo jego wzwód nie tylko nie zniknął, ale stał się jeszcze bardziej pokaźny. Nie zastanawiał się jednak nad tym zbyt długo, pewien, że to naturalna reakcja na przyjemną, dość ciepłą noc i ekscytujące eskapady w zwierzęcej skórze.

No i fakt, że obchodził dziś urodziny.

– Słyszałem, że Rosmerta była totalną cnotką w Hogwarcie – zaczął James, wiedząc, że to drażliwy temat dla Syriusza.

– Cnotliwa Puchonka? – zaśmiał się Syriusz.

– Z takim ciałem to straszna szkoda. Ma fantastyczne cycki i świetny tyłek. Ja bym jej z łóżka nie puścił.

– Ani ja – dodał Peter. – Ale widzieliście, jak leciała na Łapę? Zboczona, czy co?

– Przymknij się, Glizdek.

– Oho, tu cię mamy! Czyli ciebie to po prostu kręci, tak? – śmiał się rozochocony James. – Chcesz dobrać się Rosmercie do majtek jako pies?

– Tak jakbyś sam nie marzył o braniu Lily jako jeleń– mruknął tylko Syriusz, co na chwilę zamknęło Jamesowi usta. Wspominanie o Lily Evans zawsze tak na niego działało, niezależnie od tego, ilu dziewczynom zawracał w głowach.

Odkąd zakochał się w niej, coraz częściej hamował swoje szaleństwa. Odmówił nawet szybkiego numerku wybrednej Alyssie Wolpers, o której cały piąty rok plotkował, że robi najlepsze laski, a która była dobrą kumpelą Jamesa z drużyny quidditcha. Alyssa przestała się potem do nich odzywać na tydzień, co szczególnie ubodło Syriusza, który miał nadzieję na sprawdzenie prawdziwości plotki na własnej skórze.

– Ej, ale serio, tobie się ona tak bardzo podoba? – spytał nagle Peter z dziwnym błyskiem w oku.

– Niech będzie – odparł zwyczajnie Syriusz. – To najpiękniejsza dziewczyna, jaką znam. I jak dla mnie, to jest w niej coś więcej, niż tylko świetne cycki.

James już miał wybuchnąć śmiechem, ale najwyraźniej przypomniał sobie o swoich własnych uczuciach wobec pewnego rudzielca i jednak odpuścił. Zamiast tego wyszczerzył perfekcyjne, zupełnie nie brytyjskie ząbki i wzniósł butelkę w górę.

– No, to za Rosmertę, panowie! Oby oszczędzała cipkę dla kutasa panicza Blacka!

Zgodnie wychylili ten toast. Syriusz wyrzucił butelkę za siebie, wzniósł palec do góry, jakby miał powiedzieć coś ważnego, po czym beknął solidnie, wywołując chichot u Petera.

– Jakbym miał dostać jeden, jedyny prezent na urodziny, chciałbym właśnie ją. – Uniósł obie ręce na wysokość bioder, schwycił solidnie powietrze i pokazał, co dokładnie miał zamiar z nią zrobić.

– Chyba raczej… – zaczął James, po czym upuściwszy pustą butelkę, przemienił się w jelenia i zaczął wykonywać posuwiste ruchy, trącając Syriusza w półmroku.

– Ej, odwal się!

Syriusz natychmiast opadł na cztery łapy, przemieniając się w psa i, oszołomiony zarówno winem, jak i przemianą, wskoczył na jeleni grzbiet kąsając i drapiąc. Rogacz zaryczał głośno i ruszył galopem, uderzając bokami o drzewa i zahaczając porożem o gałęzie – wszystko, aby tylko zrzucić Syriusza.

Biegli przez noc, budząc leśne zwierzęta, a myszy i pająki buszujące w krzakach umykały im z drogi. Wreszcie James wypadł na polanę, przez którą płynął wartki strumień, zatrzymał się gwałtownie i pochylił głowę, a pies, straciwszy chwyt, przetoczył się przez jeleni grzbiet i wpadł do wody. Przemienił się natychmiast, prychając i otrząsając się, a jeleń rżał z rozbawieniem i dyszał jednocześnie.

Syriusz wygramolił się z wody i przemienił w trakcie bardzo psiego otrząsania. Na moment ogarnęły go mdłości. Zachwiał się.

– Wiesz, wypiliśmy chyba jednak trochę za dużo na raz – zachichotał, opierając głowę o bok jelenia.

* * *

Powrót do chaty, którą mieszkańcy Hogsmeade już powszechnie nazywali „wrzeszczącą”, zajął im kolejny kwadrans, ale upojenie nie tylko nie zelżało, wręcz przeciwnie. Z każdym krokiem ich umysły stawały się coraz bardziej zamglone. Mdłości nie powróciły; w ogóle czuli się całkiem nieźle, choć ich myśli chętnie wymykały się spod kontroli i wędrowały rozochocone w nieznanych, ale bardzo ekscytujących kierunkach.

Podpierając się nawzajem i rycząc „Wiedźmy dwie, jeden kociołek” dowlekli się na skraj śpiącego miasteczka i przeskoczyli rachityczny płotek. Byli w domu.

Sam dyrektor Dumbledore, oczywiście nieoficjalnie, przygotował tę chatę dla Remusa. Tak naprawdę prawnie należała do niego, choć nikt o tym nie wiedział. Jakiś zwariowany czarodziej zostawił ją w spadku „estymowanemu koledze”, a Dumbledore, jak to Dumbledore, zwyczajnie zapomniał o jej istnieniu, póki nie była potrzebna. Wspólnie z Remusem „poprawili” ją jeszcze za pomocą magii w taki sposób, żeby jak najbardziej zniechęcała miejscowych i przyjezdnych do wizyty. Dyrektor umiejętnie rozpuścił też w Hogsmeade plotkę o wyjątkowo paskudnych duchach zamieszkujących posiadłość; w efekcie nikt nie kwapił się na przypadkowe odwiedziny.

– Kurde, zapomnieliśmy o Glizdku! – Syriusz pacnął się w mokre czoło.

James rozejrzał się nieprzytomnie. Rzeczywiście, ich kumpel zapadł się pod ziemię.

– Znajdzie nas. – Machnął ręką James, otwierając skrzypiące drzwi do przedsionka.

– Tyle, że to on miał ostatnią butelkę…

– A. Fakt. Czekaj. – James wyciągnął różdżkę i wyjrzał przez okno. Zezując nieco, bo wizja mu się rozpływała, wycelował ni to w Hogsmeade, ni w Zakazany Las tylko gdzieś pomiędzy i…

Accio Wilowino Petera! – zawołał.

Syriusz przewrócił oczami i patrzył z miną sceptyka, jak James powtarza zaklęcie jeszcze dwa razy, kiedy nagle z cichym brzękiem butelka oblepiona trawą i jesiennymi liśćmi wylądowała w wyciągniętej dłoni kumpla. Pokręcił głową z niedowierzaniem.

– Jak to jest, że będąc takim leserem, rzucasz najlepsze zaklęcia przywołujące w Hogwarcie, to ja nie mam pojęcia.

James zachichotał, poprawiając okulary.

– Flitwick też się dziwi.

– Sekret leży nie tylko w odpowiednim geście i artykulacji – perorował James, bełkotliwie naśladując głos Flitwicka, kiedy leniwym krokiem ruszyli po schodach na piętro – ale też we właściwym nazwaniu przywoływanego obiektu.

Syriusz udał, że wymiotuje z nudów, ale James niespeszony, już swoim własnym głosem, kontynuował wykład.

– Powiedziałem „wino Petera”. W ten sposób magia wiedziała, że oczekuję wina, które zgarnęliśmy już z Glizdogonem, a nie butelkę z dowolnego domu w Hogsmeade. Przedmiot był więc dostępny w zasięgu i wręcz „chętny”, żeby…

Przerwał mu nieludzki warkot, kiedy dotarli na szczyt schodów i stanęli przed drzwiami salonu na piętrze.

– Oho. Kolega nie w humorze.

Syriusz trzepnął go w głowę, żeby go uciszyć, po czym powoli nacisnął klamkę.

– Lunuś, przechero, kopę lat – powiedział miękko, ostrożnie zaglądając do salonu.

Po podłodze walały się stare, porozbijane meble. Dywan był rozszarpany, tapety na ścianach rozdrapane. Na środku, w półmroku, przy zasłoniętym, wielkim oknie stał Remus Lupin, ich najlepszy przyjaciel. Najłagodniejszy, najbardziej rozsądny i, jednocześnie, najbardziej niebezpieczny. Wychudzony, ubrany w podarte łachmany, łypnął na nich zaczerwienionymi oczami, po czym, rozpoznając Syriusza, rozluźnił się nieco, a zły cień zszedł z jego nawet przystojnej twarzy.

– Tak lepiej! Pamiętaj, co obiecałeś, Luniaczku! – zawołał Syriusz, prostując się i dziarsko klepiąc Remusa w plecy.

– Żadnego wilkołacenia w twoje urodziny. Pewnie. Tak jakbym miał nad tym jakąś kontrolę – odpowiedział Remus smętnie, choć z błyskiem rozbawienia w zielonym oku.

– Prefektowi nieprzystoi – dodał poważnie James, jednym ruchem różdżki zapalając ze dwa tuziny odrastających świec, które kupili kiedyś u Zonka i rozstawili po całej chacie, a które miały tę magiczną właściwość, że wypalone, powoli cofały się w czasie aż całkowicie odrosły.

– Jesteście pijani – skontestował Remus z niesmakiem. – Jest ledwo pierwsza w nocy, a wy już jesteście nabzdryngoleni jak Hagrid na stypie.

– Bo się plan nasz udał, Luniaczku! Peter zgarnął… – zaczął James.

– Ukradł – przerwał mu Lupin, mimo wszystko rozbawiony.

– Nabył drogą szabrunku – sprostował Syriusz, opadając na miękką i, pomimo poharatanej narzuty, wciąż bardzo wygodną kanapę.

– …zgarnął cztery butelki najlepszego trunku, jaki kiedykolwiek piłeś! – dokończył James, lewitując różdżką butelkę wysoko pod sufitem.

– Tak jest! – ryknął Syriusz i transmutował brudny, metalowy kubek w kącie w trochę koślawy kieliszek. Wspólnie z Jamesem nalali więc koledze, wiedząc, że ten będzie kręcił nosem na picie z gwinta.

Remus chwycił kieliszek z lekką tylko odrazą malującą się na twarzy. Podejrzewał, że metalowy kubek służył poprzedniemu właścicielowi chaty jako spluwaczka. A przynajmniej miał nadzieję, że nie było to nic gorszego. Spodziewał się Ognistej Whisky, za którą nie przepadał, więc z pewnym zaskoczeniem przywitał owocowy aromat lekkiego wina, który unosił się z kieliszka.

– Urodziny to urodziny. – Wzruszył ramionami. – Zdrowie panicza Blacka!

Wychylił toast, a wino okazało się tak słodkie i przyjemne, że wypił do dna, a potem dostał jeszcze jeden kieliszek, nim opadł na kanapę obok Syriusza.

Już dawno nie czuł się tak odprężony. Wino działało natychmiastowo. Zwykle odmawiał alkoholu podczas pełni. Dość było problemów z trzeźwym wilkołakiem, a co dopiero z pijanym. No, ale tej nocy była nie tylko pełnia. To były urodziny Syriusza. Obiecał.

Jednak oprócz lekkiego upojenia, poczuł też coś innego. Wino obudziło coś w jego wnętrzu, jakiś płomień, którego natura wciąż mu się wymykała. Dopił drugi kieliszek i zmarszczył czoło. Wyciągnął wyświechtaną różdżkę z rękawa i przywołał do siebie butelkę, podczas gdy James i Syriusz zabawiali się strzelaniem iskrami w wiszący na przeciwległej ścianie brzydki, zupełnie niemagiczny obraz.

Remus zamrugał i przyjrzał się etykiecie. Zaraz też oblał się rumieńcem na widok obfitych wdzięków wili na etykiecie i przysiągłby, że dziewczę mrugnęło do niego zalotnie. Zaraz także poczuł przypływ krwi do lędźwi i już po chwili musiał poprawić się na kanapie, bo wzwód był tak potężny, że prawie bolesny, a w każdym razie – niewygodny.

Zaniepokojony odwrócił butelkę i wczytał się w skład oraz opis…

– O nie – jęknął.

Syriusz właśnie trafił iskrą w namalowane jabłko, wypalając w nim potężną dziurę i śmiał się głośno, kiedy James próbował wytrącić mu różdżkę z ręki.

– Idioci – syknął Remus. Zatkał butelkę i cisnął ją w kąt kanapy.

– Au! – zawył James, trafiony boleśnie pod żebro. – No co?!

– To jest Wilowino, półgłówki!

– I co z tego? – burknął Syriusz.

– A to z tego, że to nie tylko mocny alkohol, ale też potężny, magiczny afrodyzjak!

Remus zerwał się na równe nogi i złapawszy się za głowę, zaczął przemierzać salon wte i we wte nerwowym krokiem. Syriusz i James, mimo upojenia zdołali wymienić niepewne spojrzenia.

– Afro-co znowu?

– AFRODYZJAK, palanty! Coś, co sprawia, że czujecie się wyjątkowo napaleni! Wilowino dojrzewa w beczkach, w których wcześniej kąpią się wile! Wyobrażacie sobie, co to robi z winem?! Dlatego… Dlatego… – parsknął i rozpaczliwie wskazał na swoje krocze. Jego wzwodu nie dało się w żaden sposób ukryć.

Pozostali dwaj Huncwoci znów spojrzeli po sobie, po czym zerknęli w dół, a ponieważ mieli na sobie jedynie spodnie od piżamy, efektom działania wilowina nie sposób było zaprzeczyć.

Parsknęli gromkim śmiechem.

– To wiele wyjaśnia!

– Nie bój nic, Luniaczku! Wystarczy pójść gdzieś na boczek, wypolerować miotłę i wszystko będzie w porząsiu! Jak nie wiesz jak, to Syriusz ci pomoże…

– Wal się, Rogacz!

– Nie rozumiecie, co do was mówię! To nie jest ZWYKŁY afrodyzjak! W grę wchodzi pot wili! Nie mamy pojęcia, co to robi człowiekowi! Tu jest napisane – przywołał do siebie butelkę, która tym razem trąciła Syriusza – „nie zaleca się pić na raz więcej niż jeden kieliszek”! Ja wypiłem prawie trzy!!!

Syriusz i James znów wybuchli śmiechem. Lupin łypnął na nich groźnie.

– A wy?! Ile?!

Chłopcy nagle przestali się śmiać. Syriusz głośno przełknął ślinę, a James poprawił okulary.

– Yyy… Tego…

– ILE?!

Spojrzeli po sobie.

– Eee… Każdy po butelce…?

Remus schował twarz w dłoniach.

Na dole zaskrzypiały drzwi wejściowe, po chwili usłyszeli kroki Petera na schodach.

– Wróci-em! – zawołał, a w jego głosie pobrzmiewała wyjątkowa wesołość.

– A Peter? Ile? – spytał rozpaczliwie Remus, z twarzą wciąż ukrytą w dłoniach.

– Co najmniej pół – powiedział Syriusz, drapiąc się w głowę.

– O co ta cała afera, Remus… Jak mówiłem, wystarczy trochę wypolerować…

– Nie, nie wystarczy, kretynie! – Teraz Remus znów był wściekły, a chłopakom zdało się, że widzą nieco dłuższe niż zazwyczaj kły u kolegi. – To tak, jakbyś umierającego z pragnienia człowieka chciał napoić naparstkiem wody!

– Wchodzę! – ostrzegł Peter, stukając energicznie w drzwi. – Lupin jest bez futra…?

– Na szczęście jesteśmy na odludziu… Efekty na pewno zelżeją do rana… – próbował się uspokoić Remus.

Peter wgramolił się do salonu, wyjątkowo z siebie zadowolony. Nie zorientowawszy się w sytuacji, zasalutował towarzyszom butelką, po czym podniósł ją do ust i wypił ostatnich kilka łyków. Beknął radośnie i wskazał drobnym palcem na Syriusza.

– Mam dla ciebie niespo-yps-dziankę, Srriuszu! Będziesz baaardzo zadowolony!

Po czym, ku ogromnemu zdumieniu pozostałych Huncwotów, otworzył drzwi, którymi przed chwilą wszedł i skinął na kogoś głową. Jednocześnie nerwowo zerkając na dziwnie milczących i bladych kolegów i, uśmiechając się przepraszająco, jął przywoływać kogoś ręką.

– No, chodźże!

I rzeczywiście, Huncwoci usłyszeli niepewne plaśnięcia bosych stóp na

skrzypiących schodach, a po krótkiej chwili do salonu weszła… Młoda Rosmerta. Ubrana jedynie w tę samą koszulę nocną. Bose stopy i tyle łydek, ile koszula odsłaniała, były utytłane jesiennym błotem. Młoda kobieta stała wyprostowana, beznamiętna. Jej blond loki były wilgotne i gdzieniegdzie przylepiały się do twarzy. Wyglądała jak lalka. Uśmiechała się nawet nieznacznie, choć jej mętny wzrok utkwiony był w ścianie, gdzieś nad głowami chłopców.

– Ta-daaam! Szyskiego naj- hep! Leszego, Syrszszu! – zawołał Peter radośnie.

– CZY TO JEST IMPERIUS, GLIZDOGONIE?! RZUCIŁEŚ IMPERIUSA?! – ryknął Remus, łapiąc się za głowę, ale nim zdążył poddać się całkiem swojej wściekłości i rzucić na kolegę, zupełnie inne uczucie zapłonęło w nim z taką mocą, że wszystko inne przestało być istotne.

Żądza, jakiej jeszcze nigdy nie poczuł w swoim szesnastoletnim życiu wypełniła cały jego umysł i ciało. Przez moment zapomniał całkowicie kim jest, zapomniał o swoich problemach, marzeniach, wyzwaniach – zapomniał o wszystkim. Jedyne, czego pragnął, to rzucić się na tę dojrzałą, piękną kobietę i zrobić z nią wszystko to, o czym śnią nastoletni chłopcy, a nawet więcej.

Najwyższym wysiłkiem woli, zahartowanej latami kontrolowania swojej wilkołaczej natury, zdołał się powstrzymać; dowlókł się jedynie do kanapy i schwycił jej oparcia tak mocno, że przebił narzutę paznokciami.

Ale ani James, ani Syriusz nie mieli takich zahamowań.

Syriusz pierwszy wstał z kanapy i powoli, krok za krokiem, niczym jakeś ponure zombie, zbliżał się do starszej i nieco wyższej od niego dziewczyny.

Peter, zbity z tropu wybuchem Remusa, otrzeźwiał w jednej chwili. Cofnął się o krok i uniósł ręce w obronnym geście.

– No co… Syriusz ma urodziny i mówił… Przecież nikt się nie dowie…

Brak skupienia na zaklęciu spowodował, że oczy Rose na ułamek sekundy straciły zamglony wyraz. Peter natychmiast nakazał jej w myślach być „grzeczną dziewczynką” i „usługiwać chłopcom” oraz „być doskonałym prezentem urodzinowym dla Syriusza”.

To nawet nie było tak, że Peter odczuwał jakieś szczególne ciągoty do czarnej magii, nie. Ale zaklęcie niewybaczalne Imperius jakoś utkwiło mu w myślach, odkąd przeczytał o nim w zakazanej księdze na czwartym roku, w trakcie jednej z Huncwotowych, nocnych eskapad do biblioteki. Szukali wtedy informacji na temat animagii, ale Peterowi bardzo spodobała się idea zaklęcia, które sprawiłoby, że ktoś byłby posłuszny jego rozkazom. Zazwyczaj to on był tym mniejszym, słabszym, tym, który musiał się wszystkim podporządkowywać…

Zaczął ćwiczyć na szczurach, wiewiórkach i na wszelkim robactwie, jakie tylko napotkał. Nigdy nikomu nie powiedział o tym, że ćwiczy Imperiusa – nawet pozostałym Huncwotom mówił, że po prostu powtarza zaklęcia na transmutację. Nie, to zaklęcie i wprawa, jaką zdobywał w rzucaniu go, były jego jedynym sekretem. Jego tajemnicą. Za każdym razem, kiedy zmuszał zaczarowanego ptaszka do niemożliwych powietrznych akrobacji albo sprawdzał, z jak wysoka może spaść kot nim zrobi sobie krzywdę, odczuwał gdzieś głęboko dziwną satysfakcję. Miło było być tym, który rozkazuje. Kimś, kto ma władzę.

„Niewybaczalne”. Też coś. Wraz z Jamesem i Syriuszem od samego początku pobytu w Hogwarcie zrobili już tyle „niewybaczalnych” rzeczy, z zostaniem nielegalnymi animagami na czele, że jedna więcej nie powinna nikomu zrobić różnicy. Zresztą, kto się dowie? Peter był mały, brakowało mu talentu, o czym wiedział doskonale, ale był sprytny. Sprytniejszy niż inni.

Dlatego nawet teraz, pijany i poddany działaniu Wilowina, nie dał się zbić z tropu. Niech Lupin sobie krzyczy. Remus zawsze był najsłabszym ogniwem Huncwotów, z jego zamiłowaniem do porządku, rozsądku i regulaminów. Syriusz miał urodziny, i jeżeli to właśnie on, Peter Pettigrew, mógł spełnić największe marzenie swojego najlepszego kumpla, to on to zrobi i już. Spojrzał z błyskiem w oczach na Syriusza stojącego przed Rosmertą. Na jego zwichrzone, czarne włosy, na jego śniadą skórę, szare oczy… Peter nie znał słowa „homoseksualista”, ale nawet, gdyby je znał, nie określiłby tak siebie. Jego uwielbienie dla Syriusza zdawało mu się czymś większym, głębszym, niż powierzchowna, erotyczna fiksacja… Jednak, gdy tylko Wilowino zaczęło działać i na niego, Peter spocił się jak mysz, zerknąwszy raz na napięty materiał spodni od piżamy Syriusza. Wiedział, czego pragnie Syriusz. Wiedział, czego pragnie James, on też prawie ślinił się na widok Rosmerty. Nawet Lupin nie był w stanie powstrzymać się od pożerania kobiety wzrokiem.

I bardzo dobrze. I to on, mały, niemądry Peter Pettigrew da im to, czego najbardziej pragną.

Skinął głową ku Rosmercie, w myślach wydając jej serię ni to rozkazów, ni to pijackich, szalonych, wyuzdanych wizji, od których po krótkiej chwili zrobiło mu się wstyd i przerwał. Ale jego lalka, jego Rosmerta, raz nakręcona, już działała.

* * *

Rose, z błędnym wzrokiem i błogim uśmiechem błąkającym się w kącikach pełnych ust, wyciągnęła ramiona i przyciągnęła Syriusza do siebie. Pochłonęła go w namiętnym, gorącym, głębokim pocałunku. On, cały drżący od chuci, oszalał. Jego dłonie błądziły po jej ciele, tak jakby w ogóle nie okrywała go nocna koszula. Uklękła przed nim, a ślina z ich pocałunku rozciągnięta między jej brodą a jego wargą i leniwie opadła na podłogę. Zsunęła mokre portki z bioder chłopaka, a naprężony do granic kutas wystrzelił zza gumki jak sprężyna, trącając ją w brodę. Płyn nasienny ciągnął się z czubka penisa niczym srebrna nić. Rosmerta uśmiechnęła się znów, prawie patrząc Syriuszowi w oczy, a potem otworzyła usta najszerzej jak umiała i wysunęła język. To wystarczyło za jakąkolwiek zachętę. Złapał ją za głowę i zaatakował usta, traktując je niczym drugą cipkę. Wchodził i wychodził pełnymi ruchami, szybko, bezlitośnie, a ona poddawała się temu miękko, z gracją, której przeczyły jedynie odgłosy wydawane przez jej gardło.

Cały ten spektakl wyrwał Jamesa z otępienia. Rzucił się na podłogę za Rosmertą, poderwał jej koszulę nocną w górę i odsłonił krągły, blady tyłeczek. Rose przesunęła się tak, by jednocześnie obsługiwać Syriusza i kusząco wypiąć się dla Jamesa, odsłaniając wszystkie swoje zakamarki. Sięgnęła nawet jedną ręką w tył i odsunęła pośladek, tak, że James widział bardzo dokładnie całą cipkę. Nie zastanawiał się nawet chwili; nie był w stanie. Wyszarpnął fiuta i, klęknąwszy za kobietą, wbił się w jej waginę na całą długość. Schwycił obfite piersi przez materiał koszuli nocnej i dopasował się do rytmu przyjaciela.

Peterowi tak się ta scena spodobała, że wydał Rose mentalny rozkaz by jęczała jak dziwka. Sam nie wiedział, co bardziej go podnieca – widok tyłka Jamesa, gra mięśni na brzuchu Syriusza, czy czysta satysfakcja, jaką dawała mu kontrola nad ciałem młodej kobiety. Przez chwilę wyobraził sobie, że zamienia się z nią miejscami i poczuł mały wytrysk, który zostawił plamę na jego spodenkach. Wyciągnął krótkiego, grubego penisa i zaczął masturbować się jak zwierzę, podziwiając efekty swojej pracy.

Również Remus, choć wypił najmniej Wilowina, powoli tracił nad sobą kontrolę. Zarówno Syriusz, jak i James, mieli już różne doświadczenia z dziewczynami ze szkoły, ale Remus, stroniący od ludzi, blady dziwak, nie. A teraz miał przed sobą tę cudowną, cudowną istotę, kobietę o ciele jak ze snów, gotową spełnić wszelkie jego zachcianki… Resztki samokontroli, rozsądku, poczucia winy i wstydu wyparowały w wypełnionym wyuzdanymi jękami powietrzu. Trzęsącą się ręką wyjął kutasa i podszedł do splątanej trójki. Chwycił Rosmertę za włosy i sycąc swoje czułe, wilkołacze nozdrza zapachem kobiecego ciała, potu i wszechobecnego seksu, zaczął ocierać się członkiem o jej twarz, szyję i loki. Wytrysnął, nim zdążył to poczuć.

Zalał falą nasienia jej policzek i nos, a ona wynagrodziła go, wypluwając sztywnego penisa Syriusza i wchłaniając w zamian drgający i wciąż sączący spermę członek Remusa. Miał wrażenie, że kobieta wysysa z niego kolejne wytryski i nie zmiękł ani na chwilę. James szalał z tyłu, cały czerwony na twarzy. Ściskał Rosmertę za pośladek, posuwając ją w szalonym tempie, a drugą ręką przytrzymywał okulary, które zsuwały mu się raz po raz ze spoconego nosa. Zdołał tylko jęknąć, kiedy wytrysnął po raz pierwszy, zanurzony głęboko w pochwie. Wyszedł z niej i ostatni łuk spermy posłał na jej plecy i pośladki. Syriusz szybko zajął jego miejsce i po chwili i on szczytował w już przepełnionej nasieniem kolegi cipce. Również i Peter podszedł bliżej, i choć chciwiej zerkał na przyrodzenia kolegów, niż na Rosmertę, on także doszedł i wytrysnął na kobietę. Nie stracił wzwodu ani na chwilę i wciąż masował i obciągał swojego fiutka, czując tylko coraz mocniejszą i mocniejszą chuć.

Nie wiedział, czy to on jej rozkazał, czy Rosmerta po prostu wyczytała z jego podświadomości polecenie. Zdjęła koszulę nocną przez głowę i zupełnie naga położyła się na plecach na dywanie. Wciąż uśmiechała się i pojękiwała nieprzytomnie, a jej zamglony wzrok przesuwał się po twarzach chłopców. Wiła się, unosząc i rozkładając nogi, splatając ręce nad głową, wyginając plecy w łuk, a jej fantastyczne ciało rozpalało krew Huncwotów do czerwoności. Na polecenie Petera Rosmerta sięgnęła między uda i uniosła dłoń całą lepką od nasienia do ust i wylizała ją do czysta. Jej pełne, perfekcyjne piersi kołysały się leniwie, pokryte potem i kropelkami spermy; ciemne sutki sterczały bezwstydnie. Czwórka przyjaciół stała nad nią, ze spuszczonymi do kostek spodniami, obciągając sobie czerwone i nabrzmiałe kutasy szybko i mocno, jak w jakimś szaleńczym transie. Wilowino zabrało ich w podróż, w długi taniec, na który nie byli zupełnie gotowi. Nastoletnie ciała co chwilę porażały kolejne orgazmy, a wytworzona w ich magicznie pobudzonych jądrach sperma zalewała wijącą się kobietę kolejnymi, lepkimi strugami.

Nie mogąc znaleźć ostatecznego spełnienia, brali ją po kolei, albo wszyscy na raz, tylko Peter trzymał się na uboczu, bardziej podniecony tym, co z nią robili, niż samą kobietą.

Noc płynęła, a doznania, obrazy i ciała zaczęły się zlewać w jedną, gorącą, tętniącą, lepką wizję, która litościwie odebrała im świadomość.

* * *

Wielokrotnie później, kiedy wracali myślami do tego zdarzenia, nie potrafili powiedzieć, jak długo trwało. Nie rozmawiali też o tym nigdy więcej. Remusowi zdawało się, że pod wpływem frustracji zaczęli przemieniać się w zwierzęta i… że nie przerywali.

Peter był pewien, że w plątaninie ciał odnalazł Syriusza, a ten nie był w stanie oponować, więc Peter wziął to, czego najbardziej pragnął, ale nie śmiał pytać czy Syriusz to pamięta. Pomimo solennych obietnic nie zaprzestał też eksperymentowania z zaklęciem Imperius.

James tak się wstydził całego tego wydarzenia, że od tamtej pory zaczął omijać gospodę w Hogsmeade szerokim łukiem, kiedy tylko Rosmerta tam przebywała.

Syriusz natomiast był tak rozochocony po tym epizodzie, że jego kolejne erotyczne ekscesy i eskapady przeszły do szkolnej legendy. I jako jedyny z Huncwotów wziął Rosmertę ponownie, zaledwie kilka miesięcy później, i to w postaci psa. Sama do niego przyszła.

Zgodni byli co do jednego: gdy tylko odzyskali świadomość i resztki godności, rzucili na Rosmertę wszystkie zaklęcia czyszczące, regenerujące i antykoncepcyjne, jakie James poznał podczas swoich licznych przygód w szkolnych toaletach. Po wszystkich tych wyczerpujących zabiegach, Rosmerta wyglądała jakby spędziła całkiem przyjemną noc we własnym łóżku. Peter kazał jej wrócić cichaczem do domu, jakby nigdy nic, i (czego już kolegom nie powiedział) uznać całe wydarzenie za przyjemny, erotyczny sen, przez co płoniła się za każdym razem, kiedy ich widziała w Hogsmeade.

Poprzysięgli sobie solennie, że to wydarzenie NIE MIAŁO MIEJSCA.

Minął czas. Sumienia przycichły. Wkrótce Huncwoci znów byli sobą, a to, co stało się w szesnaste urodziny Syriusza Blacka we Wrzeszczącej Chacie na zawsze pozostało ich tajemnicą.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

No i proszę. Przysięgałem, zaklinałem się, że nigdy czegoś takiego nie popełnię, a tu – proszę.

Fanfic. Erotyczny. W świecie HP.

Świat się kończy, moi drodzy. Świat się kończy.

Ale nie przygody Huncwotów! Bo pomysłów mam jeszcze sporo, więc jeśli to jest coś, czego chcielibyście więcej, to wołajcie i proście a będzie Wam dane.

Pewnie, że chcemy, choć osobiście wolałabym bardziej zaangażowane w akcję bohaterki 😉

Jak ja bardzo chciałem to przeczytać! Ba nawet sam mam całkiem zaawansowany FanFick z tego świata w szufladzie! Którego oczywiście nigdy nie skończyłem 🙁 Ale ten świat ma olbrzymi potencjał. Zamykasz w magicznym zamku kilkuset nastolatków płci obojga i przez siedem lat dwa pocałunki i seria głupawuch dowcipów? No proszę ja Was,,,, Ja się domagam kontynuacji, wychowałem się w tym świecie, ale… Jestem już duży i z dziką rozkoszą poczytałbym o seksualnych ekscesach w tym uniwersum. Sama Autorka mi tego nie zapewni, ale mamy na pokładzie znakomitego pornografa.

Trochę mi się nie podobało, że mając do dyspozycji całą magię świata poszedłeś w jednak dość klasycznie niekonsensualny seks. Tyle możliwości rozwoju rozpustnego czarodziejskiego uniwersum.! Zostawiam 5.
Lis

O ile kolejne opowiadania będą „śmielsze” międzygatunkowo, to jednak będą o wiele łagodniejsze, niż moje inne teksty. Chciałbym stworzyć tymi tekstami wrażenie, jakby one naprawdę mogły się zdarzyć gdzieś między stronami książek autorki. Wszystko kanoniczne.

Dobry wieczór, Ferraro!

Zawsze z zainteresowaniem siadam do Twoich nowych prac – i tym razem również ukończyłem lekturę wielce usatysfakcjonowany. Fanfik nie jest prostym gatunkiem – można łatwo przegiąć i sprawić, że osnuta na motywach choćby twórczości J. K. Rowling opowieść całkiem straci wiarygodność.

Dlatego dobrze, że swoimi bohaterami nie uczyniłeś Harry’ego czy Hermionę (co by się narzucało niejako intuicyjnie) lecz postacie, z dalekiej przeszłości, które nawet jeśli pojawiają się w powieściach/filmach, to w znacznie postarzonej wersji – albo istnieją jedynie we wspomnieniach bohaterów. To daje Ci więcej swobody, którą należycie wykorzystałeś.

Podobało mi się użycie atrybutów magicznych tego świata – zaklęć i artefaktów (wilowino 🙂 ) którym dodałeś właściwy dla siebie, erotyczny spin. Sama fabuła jest prosta i uroczo niemoralna, ale cóż – władza absolutna korumpuje absolutnie, a Glizdek chyba nigdy nie miał szczególnych oporów.

Jak rozumiem planujesz więcej opowiadań fanfikowych? W uniwersum stworzonym przez Rowling czy również w innych? Osobiście chętnie poznałbym alternatywną wersję Gwiezdnych Wojen (może między Lukiem i Leią doszło do czegoś więcej, niż tylko pocałunku?) z pełnym wykorzystaniem możliwości, jakie daje Moc. Wszak jej Ciemna Strona otwiera drogę do wielu umiejętności, niektóre z nich uważa się za… nienaturalne.

Cóż, pozostaje chyba czekać na to, czym znowu nas uraczysz. Jednego jestem pewien – nie zawiedziesz.

Pozdrawiam
M.A.

Bardzo dziękuję! Na razie zamierzam zostać w świecie HP na przynajmniej kilka tekstów.

To zdecydowanie najlepszy fanfic sagi o Harrym Potterze, który czytałem. Oddałeś znakomicie klimat, trafnie ekstrapolowałeś młodzieńcze przygody i charaktery Huncwotów, stworzyłeś pomysłową, prawdopodobną fabułę, wplotłeś liczne elementy humorystyczne. A przede wszystkim, zapuściłeś się na wody, które J.K. Rowling konsekwentnie omijała – czyżby z powodu staroświeckich, purytańskich przekonań? Erotyka oraz wykorzystanie w niej umiejętności magicznych to temat rzeka, zdecydowanie warty eksploracji. Swoją drogą, nie jestem wielkim fanem twórczości J.K. Rowling. Uważam jej powieści za przegadane, pełne niekonsekwencji logicznych, dłużyzn oraz mielizn fabularnych. Zdobyła sławę dość przypadkowo, kwestia szczęścia. Znacznie lepiej wypadają adaptacje filmowe (od których zacząłem zresztą poznawanie świata Hogwartu – może stąd późniejsze rozczarowanie literackim pierwowzorem?). Ale ocena oryginalnej sagi to odrębna sprawa. Tobie gratuluję udanego, twórczego rozwinięcia.
Po tych wyrazach, odrobina krytyki: dopracowanie języka. Zdarzają się powtórzenia wyrazów, zbędne zaimki, trafił się też akapit, w którym króluje czasownik „być”. Nie umniejsza to zamysłu, w lekturze tu i tam tekst nieco jednak zgrzyta.

Dzięki, Nefer!
Ja akurat nie przepadam za adaptacjami – brytyjscy dziecięcy aktorzy (w tym troje głównych bohaterów) to straszne aktorskie drewno, no i zmiany wynikające z potrzeby skracania scenariuszy to coś, czego nie znoszę. Może serial zrobi to lepiej…?

Przyznam, że jestem bardzo ciekaw tego serialu.

Z jednej strony, za sprawą wzmożenia moralnego (czy jak kto woli: wokizmu, który wszedł za bardzo) J. K. Rowling została gremialnie potępiona i otoczona kordonem sanitarnym, nawet wytwórnia Warner Bros, choć zarobiła na jej twórczości miliardy dolarów, próbowała się od niej dystansować. Z drugiej jednak, reguły kapitalizmu są nieubłagane i ktoś musiał wrócić do tego materiału, by jeszcze na nim zarobić.

Serial daje nieporównanie lepsze warunki do adaptacji długich i rozbudowanych fabularnie dzieł, myślę też, że produkcja otrzyma stosowny budżet. Próby bojkotów ze strony usual suspects skończą się jak w przypadku wydanej w tym roku gry komputerowej „Hogwart’s Legacy” – ogromnym zainteresowaniem produkcją. Sukces frekwencyjny przynajmniej pierwsze odcinki będą miały zapewnione… a potem? To już zależy od jakości serialu. Ogromny budżet często nie wystarczy, by przyciągnąć i utrzymać rzesze widzów – o czym przekonali się showrunnerzy Amazonowych „Pierścieni Władzy”, ale też netflixowego „Wiedźmina”. Z drugiej strony „Ród Smoka” nie tylko przyciągnął tłumy, ale jeszcze je w ciągu 10 tygodni wyświetlania pomnożył. W każdym razie HBO daje znacznie lepszą gwarancję wysokiej jakości, niż streamingowa konkurencja. Tak więc może jeszcze wrócimy z przyjemnością do tego uniwersum.

Pozdrawiam
M.A.

Harry Potter to nie moja bajka, ale opowiedziana historia podoba mi się, może poza sporadycznymi aluzjami do zoofilii. Nocne spotkanie Rosmerty z Huncwotami opisane smakowicie. Czekam więc na kolejne fanfiction z tego świata!

Napisz komentarz