Winda (SANJA NIKO)  5/5 (10)

20 min. czytania

Ilustracja: Tomp na bazie Pexels.com

Jestem bardzo zwyczajną osobą, kobietą niewiele przed czterdziestką, rozwiedzioną, bez dzieci, przeciętnej urody i dosyć zadowoloną z życia. Racjonalną, zrównoważoną, spokojną, lubiącą porządek, myślącą zanim coś powie, nielubiącą niespodzianek. Miłą, niebrzydką, ale bez powodzenia u płci przeciwnej. Z wzajemnością – mężczyźni okazali się zbędni. Wyszłam za pierwszego miłego chłopaka, który mi się trafił, ale po kilku latach się rozwiodłam. Nie żeby okazał się damskim bokserem, albo żeby mnie zdradzał. Po prostu stwierdziłam, że wolę być sama.

Pracuję w instytucie, a moje chyba jedyne osiągnięcie to doktorat na temat recyklingu polimerów.

 

Taka jestem i to nie jest wyliczenie moich zalet, a przeciwnie – wad. Przynajmniej według mojego byłego męża.

Sama, przewidywalna i nudna. Tak bym myślała o sobie do dziś, gdyby nie pewien ciąg wydarzeń. To on sprawił, że spojrzałam na siebie inaczej. I… przestraszyłam się.

Bo ujrzałam, że jest nas dwie. Jedna ta opisana wyżej. A druga…

 

Zaczęło się zwyczajnie, jak zaczyna się prawie wszystko. Weszłam do windy na moim dwunastym piętrze, niżej ktoś się dosiadł, potem doszła para sąsiadów, a potem jeszcze jedna osoba z walizami i zrobił się tłok. W ścisku jakiś człowiek popchnął innego, a ten wpadł na mnie… i utknął głową w moim biuście. Trwało to chwilę, może za długą. Spojrzałam na tę głowę. Nieznany chłopak. Zawstydził się, zarumienił i bąknął: „Przepraszam”, a ja, chcąc mu pomóc, powiedziałam: „Nic nie szkodzi, cała przyjemność po mojej stronie” i uprzejmie dodałam uśmiech. I tyle. To wszystko.

Na parterze wychodzili kolejno; ja ostatnia, bo byłam najdalej od drzwi. Normalka.

Potem, po kilku tygodniach, zauważyłam, że tego zawstydzonego chłopca spotykam w windzie nierzadko. Dosyć zwyczajny, niewysoki, wyglądał na licealistę z drugiej, najwyżej czwartej klasy. Stawał w kącie ze spuszczoną głową. Bywało, że winda była przepełniona, na ogół jednak podróżowaliśmy nią sami.

Kiedyś, gdy jechaliśmy do góry, nie wysiadł na swoim piętrze, a pojechał ze mną na dwunaste. Stał cichutko, nic nie mówiąc. Gdy krótko potem sytuacja się powtórzyła, dało mi to do myślenia.

Wkrótce zauważyłam, że celowo staje blisko, aby móc mnie dotykać. Najpierw pomyślałam, że to przypadek spowodowany tłokiem w kabinie, ale wkrótce się okazało, że robi to, nawet gdy jesteśmy w windzie tylko we dwoje.

Nie reagowałam, a niech tam! On milczał, ja milczałam. Żadnego „Dzień dobry” ani „Do widzenia”. Zupełna obcość, a jednocześnie nieśmiałe dotknięcia i moja milcząca obojętność. Taki głupi mały sekret o którym nikt nie wie, tylko my. Młody, nieśmiały; pewnie takie dotknięcia są u niego aktem odwagi. Mnie to nie przeszkadzało. Nie chciałam go peszyć.

 

Po czasie dostrzegłam ze zdziwieniem, że to mi się podoba. Coś się działo, coś nowego. Podświadomie zaczęłam wyczekiwać tych tête-à-tête w windzie. Obróceni w różne strony – ja, a niby nie ja, on – niby nie on. Jednak zawsze znalazł okazję do przelotnego muśnięcia.

Mijały miesiące. Czasami go nie widywałam przez dłuższy czas. Dziwiłam się, że to zauważam, że mi tych spotkań brakuje. Miło być dla kogoś obiektem tajonego pożądania, gdy nie doznało się tego dotąd mimo dojrzałego wieku.

Nadeszło lato, wakacje, urlopy. Wyjeżdżałam ja, a chyba i on.

We wrześniu wszystko zaczęło się od nowa.

Stał się odważniejszy. Gdy byliśmy w windzie sami, kładł mi ręce na plecach i biodrach. Nie wiedziałam, co robić. Moje dotychczasowe milczące przyzwolenie uniemożliwiało mi oburzoną reakcję. Dalej więc udawałam, że nie zauważam, ale czułam się z tym nieswojo. Moje postępowanie stało w sprzeczności z dotychczasowym. Zauważyłam nowy, niepasujący element w obrazie samej siebie.

Zaczęła się między nami gra, udawanie, wręcz spisek. Jego dłoń, moje ramię, jego ramię, moje plecy. Ja obojętnie odwrócona, on dotykający mojego biodra. To już nie był przypadek, on wiedział, że ja wiem i że się na to zgadzam. A ja musiałam przestać udawać przed sobą, że nie mam z tym nic wspólnego.

Znienacka poczułam się młoda i sztubacko lekkomyślna. A co mi tam, przecież to nikomu nie szkodzi! Polubiłam to, gdy drzwi windy otwierały przede mną nadzieję lub rozczarowanie, zawód, gdy wchodzili do niej inni ludzie, a także ulgę, gdy wychodzili, zostawiając nas samych.

W moim uczuciowym życiu coś się działo. Sama siebie nie poznawałam. Bywałam podniecona! Odkryłam, jak bardzo przez ostatnie lata byłam stęskniona dotyku drugiego człowieka. Czekałam nań, chciałam go.

A chłopak poczynał sobie coraz śmielej.

Winda, ja i on – nas troje. Oczekiwanie. Emocje. Ciekawość. Obawa. I rozczarowanie, gdy się nie spotkaliśmy. Nie mogłam uwierzyć, że ja, kobieta w średnim wieku, flirtuję z licealistą.

Ile może mieć lat? Czy już robi maturę?

Złapałam się na tym, że akceptując jego dotyk, podświadomie nie traktuję go jak osobę, a jak ręce. Jak oddech. Nie jak KOGOŚ, a jak COŚ.

By utrzymać się w tej konwencji, unikałam go wzrokiem. Stawałam to tyłem, to przodem do niego, ale wtedy z półprzymkniętymi oczami udawałam, że nie wiem, co się dzieje. Starałam się zarówno nań nie patrzeć, jak i by on nie widział mej twarzy, a co najmniej mych oczu. Uważałam, że wtedy i on będzie mnie traktował jak oderwane elementy: pupę, biust, biodra, a nie jak CZŁOWIEKA. Nie jak kobietę, za jaką się uważałam – nieatrakcyjną, niemłodą i nieciekawą.

Nie dopuszczałam do spotkania osób, skupiając się na samych ciałach.

Czasem ktoś do nas dołączał. Przez chwilę jechał z nami, a my staliśmy niby sobie obcy. Odsuwaliśmy się od siebie i tylko wspólny rytm oddechu mógł nas zdradzać.

Za każdym razem, gdy wchodziłam do windy na parterze, chciałam, aby on tam już był. Jadąc w dół, marzyłam, by dosiadł się na swoim piętrze. Czekałam na te spotkania, które przestawały być przypadkowe. Gdy go nie było dwa, trzy dni, byłam zawiedziona i przygaszona. Z każdym dniem przerwy w spotkaniach bardziej brakowało mi tych dotknięć, tego niepokoju, gdy on stoi w pobliżu; tej gry, że on mnie niby nie widzi, i że ja niby nie mam o niczym pojęcia.

Odkrył, że wynoszę śmieci około północy. Zaczął wjeżdżać ze swojego niższego piętra na moje i tam na mnie czekał. Otwierałam drzwi kabiny, a tam on. W nocy mało kto jeździł windą, więc bywaliśmy sami w ciszy już śpiącego bloku.

Długą trasę z dwunastego piętra na parter mieliśmy tylko dla siebie. Tam czekał mnie bieg ze śmieciami, a potem wspólny powrót przez wszystkie piętra aż na moje dwunaste. Tyle czasu dla siebie!

Jego ręce coraz intensywniej błądziły po moim ciele, a ja wciąż milczałam i nie protestowałam. Stałam odwrócona plecami, poddawałam się jego dłoniom i chciałam, aby to trwało jak najdłużej. Niech dotyka, muska, gładzi, drapie i niech nie przestaje! Moje plecy były jak mapa, na której mogłabym zaznaczać miejsca już dotknięte i te puste, niecierpliwie czekające na swoją kolej.

Rano rozpamiętywałam poprzedni dzień. Wracałam z pracy i planowałam, w co się ubrać, aby jak najwięcej mojego ciała było dostępne jego rękom. Nie do wiary, jakie miałam myśli, a on je odgadywał. Jakbym marzeniami prowadziła jego ręce po swoim ciele!

Trwało to i trwało. Chyba pół roku tak tą windą jeździliśmy na dół i do góry. Wiedziałam, że powinnam to przerwać, ale nie potrafiłam. Po raz pierwszy w życiu poczułam tę freudowską troistość, w którą zawsze wątpiłam. Zobaczyłam jak to jest, kiedy robisz to, czego nie chcesz, nie robisz tego, co chcesz, i masz w sobie jeszcze trzecią część siebie, która się temu przygląda zdumiona.

Bo niby nie chciałam, ale jednak wchodziłam do tej windy. Milczałam, zamiast zaprotestować, gdy dotykał moich włosów, pleców, bioder, pośladków i przytulał się do mnie swoim ciałem. Na swojej szyi czułam jego przyśpieszony oddech i zaczynałam oddychać w jego rytmie. Docieraliśmy do mojego ostatniego piętra i tam odwlekałam moment opuszczania windy, bo czekałam na więcej.

Nie miałam dość śmiałości, by przerwać to udawanie. By wreszcie poczuć jego ręce na nagim ciele. Czekałam, chciałam, by to on był bardziej zdecydowany, ponieważ ja sama tego nie potrafiłam.

 To się zdarzyło dopiero wiosną. O północy jechaliśmy sami na górę i wtedy znienacka poczułam jego ręce wsunięte pod moją bluzkę.

Zamarłam, a gwałtowna fala podniecenia zatrzymała mi oddech w płucach. Rozum chciał zaprotestować, ale przegrał z ciałem. A ono wołało: „Nareszcie”!

Objął mnie, przesunął dłonie w górę, musnął niezdecydowanie moje żebra. Drżałam ze zniecierpliwienia, bojąc się, że jego palce nie zdążą przed dwunastym piętrem dotrzeć do moich stwardniałych sutków. Łasiłam się do jego rąk w słodyczy i lęku pożądania, marząc, że winda zawiśnie na zawsze między piętrami. Gdy wreszcie delikatnie je chwycił, jednocześnie z moim jękiem spełnienia oszołomiła mnie rozkosz pomieszana ze strachem, wstydem i radością.

Wysiadłam. Ledwo dotarłam do własnych drzwi. Nie wierzyłam, że to jestem ja i że to mnie się wydarza. Jedyne, co chciałam, to poczuć to jeszcze raz i jeszcze raz. Zapamiętać się w tym niemyśleniu, zatonąć w niewyrażalnych słowami emocjach, w ciemności własnego umysłu i nie kalkulować, co będzie dalej.

Na następny dzień przygotowałam bluzkę z guzikami. Od samej myśli, że będzie je rozpinał, słabłam i nie umiałam zadecydować, czy bardziej się tego boję, czy bardziej tego pragnę. Czekałam na kolejną północ. Myślałam o niej cały dzień.

Aż nadeszła.

W bezsłownym porozumieniu tylko stałam z zamkniętymi oczami, nic nie mówiąc, i czekałam, aby to on wybierał, których miejsc dotknie.

To się powtarzało w kolejne noce.

Czytał sygnały mojego pożądania. Nie potrafiłam ukryć reakcji ciała. Drżało pod jego palcami. Nie umiałam powstrzymać jęków, gdy błądził po żebrach, gdy w drodze ku piersiom znajdował inne miejsca, a ja wstrzymywałam oddech w oczekiwaniu, aż do nich dotrze.

Wiedział, kiedy być delikatnym, a kiedy do pieszczot dołączyć budzący rozkosz ból. Czasem przerywał i wtedy zmuszał mnie do ujawnienia aktualnego pragnienia. Nie wytrzymując czekania, sama się wsuwałam pod jego ręce, przysuwałam bliżej i ocierałam się o niego.

Co noc wyczekiwałam kolejnej pieszczoty, jak gdybym nie znała ich porządku. Gdy pierwszy raz zdecydowanie i sprawnie odpiął mi biustonosz, a ja go nie odtrąciłam, moje udawanie, że nie mam pojęcia, co się dzieje, stało się absurdalne. Jednak graliśmy przed sobą dalej.

Nie mogłam się z tym pogodzić, że ta rozpustna kobieta akceptująca w windzie pieszczoty nastolatka, to ja, przyzwoita pani doktor w średnim wieku. Jak w ogóle uwierzyć, że to ja? To było do mnie zupełnie niepodobne! Chciałam myśleć, że to się nie dzieje naprawdę, że to jakaś inna ja wchodzi do windy, a inna, ta rzeczywista, mieszka w moim mieszkaniu i pracuje w instytucie.

Dzień, gdy przestałam wkładać biustonosz, aby mógł efektywniej wykorzystywać te krótkie odcinki czasu między startem windy i parterem, powinien zakończyć udawanie, że nie mam pojęcia, co się dzieje z jego rękoma i moim ciałem.

Nie zakończył.

Dalej milczałam z zamkniętymi oczami. Nie patrzyłam na niego. Zapytywałam siebie, czy poznałabym go na ulicy. Jaki jest? Przystojny. Jaki ma wyraz twarzy? Wyobrażałam sobie, że w windzie jest podniecony. Ale na ulicy? Pogardliwy, a może obojętny? Czy patrzyłby na mnie, czy na moje plecy? Na włosy? A może oboje pozostajemy w mroku opuszczonych powiek, a dotykiem porozumiewamy się nie my, tylko nasze ciała?

Wkładałam rozpinane bluzki, zarzucałam szale, by mógł szybko piersi odsłonić lub je zasłonić, gdyby ktoś wszedł do windy. Wpadłam w obsesję – od rana myślałam o wieczornym spotkaniu, a całe moje ciało czekało niepewne, które miejsca tym razem zostaną wyróżnione w tej szalonej podróży palców i windy z góry na dół, a potem z dołu do góry. Przez plecy i piętra.

Migały światła korytarzy i przy każdym kolejnym on musiał być ostrożny i przygotowany, by dać znak, gdybyśmy nagle musieli przyjąć pozycje zwyczajnych przypadkowych pasażerów windy. Jakże podniecające było to jednoczesne przeżywanie wstydu i pożądania!

Po pracy przygotowywałam się na tę nocną jazdę. Kapałam się w przeróżnych piankach, których dotychczas nigdy nie używałam. Nacierałam kremem każde miejsce, aby było przygotowane do pieszczoty: plecy, piersi, sutki, by były gotowe do ssania, wylizywania, ściskania.

Wymyśliłam, że potrzebne są mi markowe perfumy. Że będę je rozpylać w windzie, aby wypełniały zapachem powietrze wokół nas i na zawsze skojarzyły się mu ze mną. Niech zapamięta ten zapach i niech go potem, w przyszłości, daremnie szuka. Wybrałam się do Sephory. Oglądałam flakoniki. Nie wiedziałam, że mają takie erotyczne i podniecające nazwy: Poison. Sauvage, Soif, Chopard, Obsessed, Euphoria. Mogłam wybrać, jaką chcę być: dziką, spragnioną, obsesyjną, toksyczną, czy w euforii. Wybrałam Euphorię, bo to zdawało się najbardziej do mnie niepodobne.

Mojemu ciału zostawiłam własny zapach. Tu postawiłam tamę udawaniu. Będę pachnieć tylko sobą.

W windzie przybierałam odpowiednie pozycje, by mu ułatwić rozpinanie guzików bluzki. Chciałam, by zdążył, nim winda przebędzie te dwanaście pięter.

Wyobrażałam sobie to jego patrzenie, to przesuwanie spojrzeniem po skórze. Niemal czułam, gdy zatrzymuje wzrok na brodawkach sutkowych, a one pod jego wpływem prężyły się i wysuwały ku niemu.

 Fantazjowałam, że jestem pierwszą kobietą, którą ogląda, że moje piersi są te najpierwsze i że pierwszy raz takie podnosi i oblizuje ich słoność. Że do mojego smaku będzie porównywał skórę innych kobiet. Że tym, co wyznaczy erotyczny standard jego przyszłych flirtów i miłości, będzie mój zapach.

I Euphoria.

Będąc przy nim, czułam się jak harfa, która dopiero rozpoznaje, ile ma strun i jakie dźwięki one wydają, gdy wirtuoz je potrąca. Dotykał ich, pocierał je, muskał, lizał, wąchał, całował, ssał, a ja mu podsuwałam swoje żywe struny pojękiwaniami, wzdechami, stłumionymi okrzykami podpowiadałam melodię, jaką ma na nich grać.

Fascynowały mnie jego palce, oddech, zęby, wargi…

Często nie wiedziałam nawet, co robi; wymyślał dodatkowe niespodzianki – miękkie, łaskoczące, nagle zimne lub gorące, znienacka drapiące. Jak ja przygotowywał się na spotkania i stosował nowe pieszczoty. Razem wymyślaliśmy, co jego ręce mogą zrobić mojemu ciału, mojej skórze, nowemu zakątkowi, który na mnie odkrywał.

Nauczył się zatrzymywać windę, więc czasem nocami tkwiliśmy w ciszy jakiegoś międzypiętrza, co wiązało się z ekscytacją przyłapania nas przez zniecierpliwionych sąsiadów, gdyby zajrzeli do unieruchomionej kabiny i odkryli naszą tajemnicę.

Czasem specjalnie, albo może nie, nie pokazywał się przez kilka dni, a po powrocie patrzył, jak zamykam oczy, stoję odsłonięta, błagam i jęczę ze wstydliwej żądzy.

Od samego jego spojrzenia moje piersi, sutki, szyja wibrowały i wysuwały się w jego stronę. Nieraz sama od razu rozpinałam bluzkę. Czasami w ciszy naszych oddechów miałam pokusę, by uchyliwszy przymknięte powieki, przez rzęsy sprawdzić, co dzieje się z nim. Zwalczałam ją; nie chciałam, aby się stał zbyt rzeczywisty, konkretny. Wolałam, by pozostał tylko rękoma, językiem, oddechem, wargami. W mojej wyobraźni był zawsze elegancki, uważający na niespodziewane wejście do windy obcej osoby i to mi wystarczało.

W końcu nie był osobą – był rękami, oddechem, językiem. Ciałem.

Nasza gra – niegra trwała. Nie liczyłam dni ani tygodni. Czasem spotykaliśmy się codziennie, czasem nastawała niewyjaśniona przerwa. Może przygotowania do jakichś klasówek, egzaminów. Czasem bywały to jego wakacje lub mój urlop.

Gdy się nie spotykaliśmy, byłam rozdwojona. Bo drżałam, że nie wróci. Że znalazł sobie dziewczynę. Że ten flirt się wyda w jakiś kompromitujący mnie sposób. Ale i truchlałam, że jestem odeń chorobliwie uzależniona. Że on wróci i wszystko się zacznie od początku.

Lęk, że może go już nie spotkam, walczył ze strachem – co będzie, gdy wróci?

I czekanie, i obawa, że może minie to magiczne mrowienie ciała i zgaśnie ogień jego dotyku. Wyczekiwałam, czy wolałam nie doczekać? Sama nie umiałam w sobie znaleźć odpowiedzi.

Gdy czasowe rozstania zmieniały się w pasma spotkań, odczuwałam wstyd. Ja, dojrzała stateczna kobieta, zachowuję się jak napalona nastolatka! Prowokuję chłopca, który mógłby być moim synem, do zachowań moralnie wątpliwych. W imię własnej chorej żądzy wykrzywiam seksualność nastolatka. Wystawiam na szwank swoją reputację i ryzykuję karierę pracownika akademickiego. Ta ponura świadomość odstręczała mnie swoją jednoznacznością, ale wtedy moje niedotykane jeszcze i niepieszczone miejsca protestowały przeciw porzuceniu ich w samotności. Te dotykane i pieszczone też im wtórowały w chóralnym buncie.

Ciało i ja poróżniliśmy się. Ono chciało, ja byłam pełna obaw. Nas dwoje – ciało i ja, czy ja i rozum? Biłam się z myślami. Nie mogłam się zdecydować, więc pozostawałam w rozterce. I w tej rozterce poczułam pewnego wieczoru, jak coś wierci się i pulsuje między moimi nogami we wstydzie i bezwstydzie jednocześnie. To coś pragnęło, chciało i ciągnęło mnie w stronę windy. Moje ciało zdecydowało, co zrobi, ale moja głowa nie ogarnęła szybkości podejmowanych decyzji.

W ostatniej chwili zdjęłam majtki. Zostały porzucone na korytarzu; świadomości pokonanego rozumu nie starczyło nawet, by je wrzucić do kosza na pranie.

Czy zauważy? Czy zrozumie, że nie tylko moje piersi, plecy, szyja i płatki uszu są gotowe?

Szłam w stronę windy, a moje drugie ja łudziło wizją, że może jednak go nie będzie i nie stanie się nic, czego nie można by cofnąć. Nagość, ledwie maskowana spódnicą, paliła, a ta bezsłowna seksualna propozycja przerażała mnie.

Może się nie zorientuje?…

Przesunął dłonią po spódnicy i nie poczuł rąbka majtek, a wtedy już byłam pewna, że zauważył. Dotknął moich gołych pośladków, a ja stałam przed nim z zamkniętymi oczami, udając, że nie wiem, co robię, że nie wiem, co będzie i co chcę, aby było. Poczułam, że ostrożnie wsuwa się cały pod moją szeroką spódnicę, gładzi mnie po łydkach, kolanach, potem po udach i wyżej. Powolutku, jakby i chcąc, i nie chcąc; ale ja już czekałam, aby mnie dotknął tam, gdzie jest to niedotykalskie miejsce. Byłam gotowa krzyczeć, gdyby nie przesunął dłoni wyżej.

Kabina zatrzymała się na parterze. Moja spódnica opadła, a ja, milcząc, poszłam w stronę śmietnika. Jeszcze będziemy mieli turę z parteru na dwunaste piętro i musi się zdarzyć, co się zdarzyć musi.

Za chwilę znów oboje weszliśmy do windy, ale za nami wsiadł sąsiad. We troje ruszyliśmy w górę, więc jego ręka tylko lekko na pożegnanie dotknęła mojego pośladka.

Przez spódnicę.

Wróciłam do mieszkania półprzytomna i rozgorączkowana niezaspokojonym pożądaniem. Musiałam coś zrobić natychmiast, aby uśmierzyć ten ogień między nogami.

W tych okolicznościach stać mnie było tylko na jedno. Zdjęłam z siebie wszystko i okryłam gołe ciało samym płaszczem. Wróciłam do windy.

Jeżeli on czuje to samo, to będzie tam już czekał.

 

Nie było go. Psiknęłam Euphorią i jeździłam to na dół, to do góry, czekając na niego. Gdy wreszcie wsiadł, plecami oparłam się o metalową ściankę i z zamkniętymi oczami rozchyliłam płaszcz.

Było cicho. Nie czułam żadnego dotyku. Stałam, drżąc od rąk do stóp, czekając na jakiś znak, dotkniecie, dźwięk…

W końcu popatrzyłam w dół przez zmrużone rzęsy. Klęczał i wpatrywał się. We mnie. W TO miejsce. Na włosach łonowych czułam jego oddech, a ten podmuch był dla mnie jak zefir i jak burza. Równocześnie. Wtedy ja, która przy obowiązkach małżeńskich przez całe życie walczyłam o gaszenie światła, odczułam, jak moje uda same się rozchylają, aby ukazać mu to moje najsekretniejsze miejsce, które aż bolało od słodkości i aż piekło z niecierpliwości. Z którego coś się rozchodziło pulsującym promieniście ogniem ku dłoniom i stopom.

Było rozkosznie i strasznie. Słuchając instynktu, zaczęłam się rytmicznie poruszać, przysuwając się do jego oddechu i patrzących oczu i odsuwając. Na przemian. Wiedziałam, że już nie byłabym w stanie znieść niczego więcej. Zbliżałam się do mrocznej przepaści.

Zasłoniłam rękoma twarz. Ale to, co niżej, już działało niepowstrzymanie. Rozkwitało między moimi nogami i miarowymi skurczami biegło po całym ciele. Nie tylko do dłoni, ale po koniuszki palców, nie tylko do czoła, ale po koniuszki włosów, nie tylko do stóp, ale po paznokcie.

Wypełniało mnie coś ogromnego i dotychczas nieznanego. Jęcząc, poruszałam biodrami do przodu i do tyłu, ocierałam się sama o siebie i na koniec zaczęłam płakać z rozkoszy.

Czy on rozumiał, co się ze mną dzieje?

Nie wiem.

Dotarło do mnie, że to musi być orgazm. Mój pierwszy w życiu.

Jakżeż niewiele było potrzeba, bym poznała, co to szczytowanie! Nie musiałam nic widzieć, nie musiałam nic słyszeć – potrzebne było tylko moje ciało, oddech podnieconego mężczyzny i spojrzenie muskające moją łechtaczkę.

I zaczarowana winda z zapachem Euphorii.

Dowiedziałam się, może oboje, że do orgazmu nie tak wiele potrzeba. Człowiek ma w sobie i w swoim mózgu tyle sfer erogennych, że winda, zapach, oddech, dotyk i dwa lata krótkich ukradkowych pieszczot potrafią się skumulować w jednej chwili w nieopisanym wybuchu doznań.

Wypadłam na moim dwunastym piętrze. Biegłam do siebie w panicznym odruchu ukrycia… Czego? Słabości? Ekstazy? Swojego ja cielesnego, czy przeciwnie – rozumowego?

Traciłam równowagę. Osłabiona powracającymi spazmami chwiałam się na nogach w drodze do swego mieszkania, by tam bez przeszkód poddać się tym słodkim skurczom, które nadchodziły kolejnymi falami, które wciąż rodziły się we mnie. Wpadłam do środka, ale słabość, słodycz i zagubienie się w tych reakcjach własnego ciała sprawiły, że nie dotarłam do łóżka. Leżałam na dywanie, poruszając się miarowo, czując zamierające drżenie i pulsowanie.

Nie mogłam się nawet umyć, bo obawiałam się dotknąć. Czułam, że nawet przypadkowe muśnięcie piersi czy wzgórka łonowego znów mnie poniesie w następne spazmatyczne skurcze.

 

Przez kilka wieczorów nie wychodziłam z domu. Bałam się używać windy. Lękałam się własnego ciała, które wyzwoliło się spod mojej kontroli. Dostrzegłam, jak bardzo jest to niebezpieczne.

Nadeszło lato, urlopy, ferie. On chyba wyjechał, bo przestałam go widywać. Inna rzecz, że wciąż unikałam windy. Śmieci wynosiłam w dzień, chodząc po schodach, a bluzki z guzikami leżały zapomniane w szafie. Uspokoiłam się i zaczęłam myśleć o tym, co zaszło, jako o bardzo dziwacznej przygodzie.

Świat stał się znów zrozumiały, a ja byłam sobą – panią doktor w średnim wieku, przyzwoitą i dobrze wychowaną, pracownikiem szanowanej instytucji. Wmówiłam sobie, że rezygnacja z używanie windy przysłuży się mojemu zdrowiu. Na powrót rozgościłam się w swojej ciszy i spokoju. Byłam taka sama jak dawniej. Niedoceniana przedtem nuda stała się akceptowaną na powrót towarzyszką. Starą dobrą znajomą.

Minęło lato. Przestałam o nim myśleć.

Na drzwi windy przestałam nawet patrzeć.

Nic się nie działo.

 

Wracałam po pracy. Wszedłszy do mojej klatki, zahaczyłem wzrokiem o rozsuwające się drzwi windy i zobaczyłam go jakby po raz pierwszy. Nie wysiadł. Wysoki przystojny chłopak; już nie dziecko, a młody mężczyzna.

Do kabiny weszłam jak w transie. Jak zwykle stanął za mną i muskał oddechem mój kark, mierzwił mi nim włosy. Czułam jego tchnienie na płatku ucha. Gdy delikatnie dotknął wnętrza mojej dłoni, wszystko wróciło; natychmiast, tak jakby z tej dłoni pobiegł prąd do wszystkich zakątków ciała. Zamknęłam oczy. Sutki mi stwardniały i wróciło do mnie echo tamtego orgazmu razem ze słodkim skurczem między nogami.

Wjechał za mną na moje dwunaste piętro i wiedziałam, że będzie czekał na mnie około północy, tak jak tamtego wieczoru.

Wyciągnęłam z szuflady te specjalne perfumy. Nazywały się Euphoria, ale oprócz euforii oczekiwania czułam strach.

I niepewność.

Niepewność, bo to już nie był dzieciak i może mu nie wystarczą enigmatyczne pieszczoty. Czy ja chcę czegoś więcej? Czy pozwolić mu, aby robił, co zechce, czy tylko to, co ja chcę?

Co robić? Co robić, co robić, co robić…

Może nic nie robić?

A może wystarczy nic nie myśleć, a dwa ciała niech poczynają sobie same instynktownie?

Cieszyłam się i bałam. Chciałam i… nie chciałam. Wróciło do mnie wspomnienie naszego ostatniego spotkania, a z nim rosło moje podniecenie, ale i obawa.

Wykąpałam się, znalazłam zapomnianą rozpinaną bluzkę i szeroką spódnicę na gumce. Spojrzałam… i odrzuciłam. Moje bezwstydne i spragnione ciało nie chciało już udawanych guzików i zasłon.

O północy weszłam do windy w samym prochowcu. Czekał na mnie. Rozchyliłam płaszcz, znów udostępniając mu bezwstydnie całą siebie, i zamknęłam oczy. Stał przede mną, przesuwał dłońmi po moim ciele, dotykając szybko i delikatnie wszystkiego, co muskał kiedyś, jak gdyby sprawdzając, czy instrument jest gotowy do wygrania kolejnych taktów melodii.

Moje wspomnienia biegły razem z jego rękami, ustami, wydychanym powietrzem.

Głaskał mi plecy, równocześnie dotykając wargami moich sutków. Znienacka uszczypnął mnie w pośladek, aż jęknęłam zaskoczona. Przesuwał dłonie od kolan w górę po wewnętrznej stronie ud. Dotknął wzgórka łonowego. Wsunął palce w kędziorki; na jeden z nich nawinął kosmyk i pociągnął.

Zabolało słodko.

Poczynał sobie delikatnie, jakby niepewny, a we mnie wszystko wołało: „Nie przestawaj! Dalej! Mocniej!”.

Poczułam oddech między nogami. Dmuchnął leciutko, jakby chcąc mnie rozchylić, ale ja już byłam zwrócona do niego wszystkim, co miałam najtajniejszego. Jęczałam w oczekiwaniu. Dłonią zatykałam sobie usta, aby nie krzyczeć.

Moje, ale jak nie moje, pożądliwe ciało odnalazło w sobie pierwotny zwierzęcy instynkt. Odwróciło się do niego tyłem, wypięło pośladki i pochyliło się nisko, by to, co znajduje się pomiędzy udami i pośladkami, mogło być bardziej dostępne drugiemu. Ręce odgarnęły płaszcz na bok, a to gorące, mokre, nienasycone futrzaste stworzenie wołało o jego oczy, o ręce, o…

W nieopanowanym podnieceniu przysuwałam się do niego, jakbym na cały głos wołała: „Dotykaj mnie, patrz na mnie, pieść mnie, rób mi, co chcesz i nie przestawaj, nie przestawaj, nie przestawaj…”.

Winda jeździła w dół i w górę.

Ile razy?

Nie wiem. Wiłam się, ocierając się o jego spojrzenie, starając się wciągnąć jego wzrok jak najgłębiej w siebie, rozchylić przed nim wszystkie zakamarki. Niech patrzy, niech widzi to, co najsekretniejsze, niech znów mi da orgazm!…

Dał!

Najpierw miałam wrażenie, że jego wzrok mnie otwiera, że spojrzeniem dotyka mych warg, potem pulsującej dziureczki. Rozchyliła się ku niemu, by wciągnąć go głęboko w wilgotne wnętrze. Ja i ona, obie czekałyśmy, aż wniknie w nas, by dać wszystko, na co czekałyśmy, i czego żadna z nas tak naprawdę dotąd nie doświadczyła. Otworzyłyśmy się ku niemu w obopólnym pożądaniu.

Rozpoczęłam szczytowanie, czując, jak mnie rozszerza, jak się we mnie wsuwa i delikatnie porusza, a my przyjmujemy go z ochotą i entuzjazmem, jak nigdy nikogo przedtem.

Poruszałyśmy się rytmicznie; moje wnętrze na przemian to zwierało się, to rozwierało. Wciągałyśmy i wypychałyśmy jego cielesną obecność coraz mocniej i szybciej, docierając do tego momentu, gdy w jęku i stłumionym krzyku wszystko wybuchło w pulsującym rytmicznie świecie naszych wnętrz.

Odleciałam! Zniknęłam nie wiadomo gdzie w orgazmie, jakiego nie znałam. Nie wiedziałam, że może być taki kosmiczny, porywający moje ciało w transcendencję poza wszystko znane i rzeczywiste. Jakbym przekraczała prawa fizyki, biologii, nawet astronomii. Cały wszechświat kręcił się wokół mnie, a moje wnętrze było jego wirującym środkiem.

Nie pamiętam, jak wróciłam do mieszkania, w jaki sposób, szlochając, odnalazłam swoje drzwi i dotarłam do własnego łóżka. Zapadłam w sen, wciąż wsłuchana jaźnią w cichnące rytmiczne pulsowanie krwi, w drganie mięśni, w doznawanie jego rozpierającej mnie obecności.

 

To był koniec. Koniec wszystkiego. Koniec jeżdżenia windą. Tym razem definitywny. Więcej się nie widzieliśmy.

Wyjechał. Podobno na studia. Ożenił się. Chyba. Kilka razy próbowałam ostrożnie wypytać sąsiadów, ale mało o nim wiedzieli.

Czasami wracam do tamtej chwili. Czy poza patrzeniem, którego oczekiwałam, i dotykiem, na który zezwalałam, zdarzyło się coś jeszcze?

Czy poczułam jego zęby na wargach sromowych, a język na łechtaczce?

Całował, lizał, wsunął we mnie… coś? Co?

Naprawdę nie wiem…

Wtedy, gdyby winda się urwała i spadła, mogłabym tego nie zauważyć.

Co jest prawdą, a co tylko fantazją?

Dziś niewiele z jego zachowań pamiętam. Jednak wierzę, że wiedział, że ma być tylko tyle, ile było, że zamykając oczy, odgradzałam się od kontaktu z prawdziwą osobą, która ma imię i nazwisko. Myślę, że i ja byłam dla niego tylko ciałem sąsiadki z dwunastego piętra, na którym się uczył, czym jest kobieta, co z nią można robić, gdzie dotykać i jak to działa.

Nigdy przecież nie zadzwonił do moich drzwi, jakby i on uznawał, że tylko winda była tym miejscem, gdzie się spotykamy. Nawet nie my, tylko nasze ciała. Jakbyśmy byli wprzęgnięci w ten ruch w dół i do góry, w te przystanki na piętrach, niepokój, pożądanie, słodycz, pośpiech i ciągły strach, że ktoś wejdzie i przeszkodzi.

 

Nieraz we śnie przychodzi do mnie. Sprawdza, czy wszystko w porządku, a ja nie protestuję.

Wtedy zmieniam się w tę rozpustną ja z windy. Pozwalam sobie na krótki półsen, by pod kołdrą skorzystać z jego łaskotliwych pieszczot.

Czasem w weekendy, gdy nie muszę wstawać do pracy, pozwalam mu zostać dłużej; rozpylam perfumy i pozwalamy sobie oboje na rozkoszne wyrafinowane fantazje.

To dla niego od czasu do czasu dokupuję nowy flakon Euphorii.

Wiem jednak dobrze, która z nas jest tą prawdziwą, realną. To ta, która w szare dni tygodnia wstaje o siódmej, pije kawę, je śniadanie i potem śpieszy do pracy.

Okazuje się, że zawsze byłyśmy we dwie, tylko tamtej, a może siebie, bo nie mam tu pewności, kto jest kto, nie chciałam w sobie dostrzec.

Staram się nie dopuszczać jej zbyt blisko – nie byłoby to rozsądne. Gorzej, to mogłoby być niebezpieczne! Nie wiadomo, na co odważyłaby się tamta ja.

Mamy wspomnienia. Traktuję je trochę jak nie moje. One są przecież jej, tej z windy, ale cieszę się, że ją poznałam.

 

Czy te wydarzenia mnie zmieniły?

Tak. Niby teraz znów jestem jak przedtem, ale odkryłam, że i ja, tak jak większość ludzi, jestem nieprzewidywalna. Że nie da się kontrolować wszystkiego. Ciało potrafi samo decydować, nie pytając o zdanie.

Teraz już wiem, że po tym, co mi się wydarzyło, już nie jestem bezpieczna sama dla siebie.

Ale za to ciekawsza. Nie wiem, jaka będę za chwilę, za rok, i to mnie trzyma w radosnej nadziei, że stanie się coś równie nieoczekiwanie pięknego, jak wtedy.

 

Od roku, gdy wchodzę na górę, robię już dwa przystanki. Wczoraj musiałam zrobić trzeci. Czyżby nadeszła pora, by się z windą przeprosić? Przecież tyle jej zawdzięczam! Może ta czarodziejska klitka jeszcze mnie, nas, czymś zachwyci?

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

Winda to zaskakująco niejednoznaczne urządzenie.
Dla niektórych bywa „Windą do nieba”, choćby niebo mieściło się w pewnym mieszkaniu na dwunastym piętrze. Sanja Niko pisze, że jazda w dół – choćby ze śmieciami – może być równie ekscytująca jak w chmury i, mimo że prowadzi na parter, może wieść do nieba.
Bo gdy jest odpowiednie towarzystwo, na niebo możemy natrafić wszędzie. Nawet na parterze. Nawet w windzie. Nawet w fantazjach.
To trzecie opowiadanie Sanji Niko, która specjalizuje się w ukazywaniu obsesji. Kolejny raz z wielkim podziwem czytam, jak prostymi i delikatnymi słowami, ale nieodmiennie celnie i frapująco ją opisuje.
W Windzie w klitce podróżującej na linach buzują w oparach Euphorii emocje i rodzą się wspomnienia, które zostaną z bohaterką opowiadania na zawsze.
Ta winda potrafi zmienić człowieka…!
Zaraz: winda czy Winda?

Ech, Tompie, juz sama nie wiem gdzie chwalisz mnie a gdzie siebie, bo w Windzie chyba jesteśmy połączeni ściśle, euforycznie i na zawsze.

Piękna, subtelna opowieść o romansie-nie romansie. O fascynacji, którą pewnie uznanoby za chorobliwą, a przecież majacej takie pozytywne, uskrzydlające działanie. O odnalezieniu w dojrzałym wieku własnej zmysłowości, a nawet rozkoszy. O tym, że nic nigdy definitywnie się nie kończy. A czasem nawet niespodziewanie się zaczyna.

Lubię. Zwłaszcza w ten przedświateczny czas.

WINDA – jako autorka podpisana jest Sanja Niko, ale prawda jest taka, że powinien być i drugi autor –Tomp. Nie było by Windy bez jego pracy. Przesłałam Tompowi coś co uważałam za opowiadanie, a on dostał to, co czym było naprawdę – szkic, pomysł, brudnopis wymagający pracy. Zrobił więc sam wszystko to co doskonale potrafi – poprawił co do poprawienia, połączył co do połączenia, rozdzielił co powinno być rozdzielone, wyrzucił co trzeba wyrzucić, wyprostował to co niepotrzebnie zaplatane, oraz przypilnował poprawności i urody tekstu. Skromnie nie zgodził się do dołączenia jako autor, chociaż w imię prawdy powinien. Dziękuję Ci Tompie – nie byłoby Windy gdyby nie było Ciebie, tam w tej Windzie! Bo któż inny by mi uświadomił, że moje patetyczne zakończenie opowiadania, w którym to pani doktórka od polimerów przechodzi gładko od seksu w windzie do kosmicznego seksu z całą tablicą Mendelejewa, jednak nie nadaje się do tego opowiadania. W zamian zaś zostawia ją na zawsze na schodach przed winda, ale litościwie dodaje jej trochę nadziei na nowe przygody. Trudno, Tompie masz racje, niech tam stoi i czeka, a może …..
.

Twoja pani doktor od polimerów, jak wszystkie kobiety, ma coś wspólnego z windą: guzik. Wystarczy odpowiednio (i odpowiedni) nacisnąć, by pojechała do nieba.
Dziękuję za docenienie pracy zwykłego redaktora, za jakiego się uważam.

A ja zawsze w prostackich żartach słyszałam, że to mężczyźni mają tylko dwa guziki – sex i piwo.

Odpowiedz

Absurdalna Namietnosc

Niemal całość rozgrywa się w windzie i wokół niej (klatka schodowa, mieszkanie bohaterki). To przestrzeń zamknięta, anonimowa, przejściowa (między piętrami, co w kontekście tej pracy można porównać do przejścia między stanami świadomości). Uważam to za bardzo dobry wybór symboliczny: winda działa jak metafora zejścia/wznoszenia w głąb siebie, utraty kontroli, zawieszenia między „rozumem a ciałem”.

Zasadniczo bohaterkę można odczytywać w duchu freudowskiej struktury (id–ego–superego). Na poziomie deklaratywnym jest ona: racjonalna, spokojna, przewidywalna, „nudna”. Na poziomie doświadczenia: ma głęboko stłumioną seksualność, ogromną potrzebę dotyku oraz wewnętrzne rozszczepienie: „ja racjonalna” i „ja cielesna”. W życiu prywatnym unikam tego typu kobiet, bo to oznacza duże kłopoty i średni seks. Jednak w tym opowiadaniu rozszczepienie świadomości bohaterki jest najważniejszym motywem. Ona sama to nazywa: „jest nas dwie”.

To, co najbardziej mnie poruszyło w tym tekście, to świadomy zabieg autorki w tworzeniu obrazu mężczyzny. To jeden z najciekawszych elementów. On jako postać jest: bezimienny, pozbawiony psychologii, bez głosu (dosłownie – prawie nic nie mówi), widziany fragmentarycznie. Tak naprawdę nie jest bohaterem — jest projekcją, narzędziem doświadczenia, nośnikiem pożądania. Bohaterka sama to mówi: „Nie traktuję go jak KOGOŚ, tylko jak COŚ”. W efekcie czyni go to bardziej symbolem niż człowiekiem, elementem jej odkrywania siebie. To dość rzadkie w tekstach erotycznych.

Można zatem postawić pytanie: kto tu tak naprawdę kogo zdobywa? 🙂

Jeśli zaś chodzi o kwestie literackie, to wydaje się, że w trakcie orgazmu jest momentami za dużo opisu, co prowadzi do poczucia przegadania kulminacji sceny seksu. Traci się intensywność na rzecz metaforyki. Natomiast powtarzalność wielu podobnych fraz (dotyk, oddech, drżenie) uważam akurat za plus w tej scenie.

Zwrócę jeszcze uwagę na zakończenie sceny seksu, które jest wiarygodne psychologicznie i spójne z profilem bohaterki. Zdanie: „nie jestem już bezpieczna sama dla siebie” to trafna puenta psychologiczna. Dlatego warto w życiu unikać takich kobiet 🙂

Masz rację Absurdalna Namiętności – w sprawach seksu zawsze najbardziej przydaje się Freud. Przez około trzy tysiące lat brakowało odpowiedzi na pytanie – dlaczego człowiek robi to czego nie chce i dlaczego nie robi tego czego chce. Dopiero Freud ujawnił tę tajemnicę, że nigdy nie jesteśmy sami, a jest nas od zawsze troje, więc wewnętrzne kłótnie, nieporozumienia, pożądania, wstręty i wojny są czymś nie do uniknięcia. Superego i Id w ontologicznym konflikcie walczą o nasze Ego i do zgody dojść nie może. Biedne Ego próbujące racjonalnie pogodzić te przeciwstawne siły skazane jest na przeróżne wymyślne i kłamliwe wykręty „odwracania kota ogonem”, aby zjeść to ciastko którego pożąda Id, a jednocześnie pozostawić je nietknięte jak nakazuje Superego. Id ciągnie więc panią doktor do tej windy, zgorszone Superego zabrania, a Ego udaje, że nie ma pojęcia o niczym i tylko chce wynieść te śmieci o północy. I cokolwiek się zrobi zawsze będzie niedobrze.

Wydaje się, że zyskaliśmy profesjonalnego komentatora psychologii bohaterów opowiadań. Świetnie! Analiza psychologiczna postaci jest na pewno bardziej wartościowa od porad, co bohater powinien zrobić w kolejnym odcinku. Przynajmniej dla mnie.

Bardzo przyjemne opowiadanie, według mojej oceny- Najlepsze Sanji.
Akcja płynie w odpowiednim tempie, odczucia bohaterki opisane w plastyczny, naturalny sposób, bez zbędnych przymiotników i „uatrakcyjniaczy”.
Czytając, płynąłem tekstem, a to wielki plus. No i bohaterka – naturalna kobieta, taka przeciętną, mająca do siebie dystans, dająca się polubić, a że nieco wychodzi z niej szaleństwa… w każdym z nas tkwi jego pierwiastek, czasami tylko brakuje odwagi lub odpowiedniego bodźca.
Skoro Sanjo, twierdzisz że spora zasługa Tompa, i winien być dodany jaki współautor (choć znając owego, to w warstwę fabularną nie ingeruje), to widzę w Was płodną parę Autorów i proszę o więcej.
Zarzuć Tompie tematy fantazy, tęczowe jednorożce, hobgobliny, elfy i inne stwory. Wiem, odpowiesz mi, że chciałeś spróbować, zmierzyć się z wyzwaniem. Wolę Cię w historycznych opowiadaniach i teraźniejszości, tu przodujesz, będąc jednym z niedoścignionych wzorców w tej materii na tym portalu.
Pozdrawiam.

Dziękuję za uznanie. W swoim imieniu; za wyrazy uznania wobec autorki niech podziękuje Sanja Niko.
Wybacz jednak, że na Twoją petycję, w której chcesz mieć we mnie Tompa Twoich marzeń, nie zareaguję pozytywnie. Pisanie pod publiczkę byłoby tym, co zohydziłoby mnie w moich oczach, a to byłby koniec Tompa jako kreatywnego i eksperymentującego autora.
A skoro ponownie krytykujesz pewne wyrzucone z NE przez jej szefów opowiadanie, zwrócę Ci uwagę, że jestem jego zaledwie współautorem, a za warstwę fabularną akurat nie ja odpowiadam. Co nie znaczy, że jej nie akceptuję – przeciwnie, bardzo mi się podoba, a całość oceniam jako znakomitą.
Ot, różnica ocen, gustów itp. Szkoda, że osobiste preferencje zastępują bardziej zobiektywizowaną ocenę jakości literackiej i uniemożliwiają pochylenie się nad przesłaniem wynikającym z tekstu.
Na konkurencyjnym portalu, gdzie przez cały czas to opowiadanie wisi, gdy ostatni raz patrzyłem na oceny, były bardzo wysokie (98%, co stanowi matematyczny odpowiednik 4,91 na NE) i wszystkie komentarze były pozytywne i na temat. Mimo że tam też przeważają zwolennicy opisów bara-bara.

Tompie,
Wyraziłem swoje subiektywne zdanie. Jak Toma Cruisa cenię jako aktora bardziej w serii „Top Gun”, a nie leży mi w „Mission Impossible”, tak Ty bardziej odpowiadasz moim gustom w mocno osadzonych historycznych opowiadaniach i tych wspólczesnych (patrz to o emerytce) i nie mam zamiaru Cię odwodzić od wyzwań i prób zmierzenia się z nowymi tematami i zagadnieniami. Sam dobrze wiem, co to jest się „zaszufladkować”.
Nie krytykuję wiadomej serii. Jeżeli dobrze pamiętam, napisałem komentarz, ale w nim ze względu na szacunek do Ciebie, nie wyrzuciłem, „co mi na wątrobie leżało”., stwierdzając tylko że byłoby to niepochlebne. Możemy dysputy na temat owej serii poprowadzić na priv, bo tu naśmiecimy tylko, pod znamienitym opowiadaniem Sanji.
Nie wiem czy „naczalstwo” tego portalu ma prawo wyrzucić opowiadanie. Zostało opublikowane, przeszło moderację, ktoś klepnął dając publikację. Czy to sito tutaj ma aż tak duże oczka? Bardziej skłonny jestem uwierzyć, że to Autor/ Autorzy zdecydowali, by wycofać dzieło, a dlaczego? Sam pisałem do moderatora prośbę o wycofanie „Strażniczki”, nie zrobił tego Megas, czy Atena, czy ktokolwiek zarządzający ot tak. Odradzano mi taki ruch i przemyśliwszy sprawę, nie podjąłem, aż tak radykalnych kroków. Publikuje na trzech portalach (cześć opowiadań na czterech) i naprawdę do rzadkości należy, by moderacja usuwała opowiadanie, bo jednemu Czytelnikowi coś nie leży i dojrzał coś nie tak. Dwóch, trzech, pięciu – tu zadziałają, bo i moderator coś w tekście przepuści.
Na temat ocen u konkurencji i komentarzy, wyrobiłem sobie zdanie. Komentarz, komentarzowi nierówny, w szczególności gdy jest lakoniczny typu „Fajne”, „Kiedy kontyunuacja?”, a oceny – proszę Cię, moje „wypociny” tutaj mają podobną lub lepszą notę niż kultowych Autorów, z których biorę przykład, jak Ty, Megas, Ania, czy Fox, o innych nie wspominając. Każde urządzenie generuje ocenę, mogę w przeciągu paru minut z komórki swojej, żony i syna, nawet się nie logując podbić, lub spuścić swoje opowiadanie i każde inne. Wyświetlenia – klika się kontrowersja (mówię o LOL i P-tne), na tym ostatnim największą ilość wyświetleń ma opowiadanie marnej klasy, ale występuje pierwiastek zoofilii.
Dla mnie, wymierną oceną pracy są komentarze zacnych Autorów (do których Ciebie zaliczam) i Czytelników. Rozbudowane, wskazujące plusy i minusy, wytykające błędy wszelakiego rodzaju, ale i wskazujące plusy, i to co mi wychodzi.
Pozdrawiam.

Szef może wszystko i w przypadku wiadomego opowiadania to okazał. Zapewniam, że nie autorzy je usunęli. Co do reszty masz rację.

Z poczatku myślałem, że to będzie opowiadanie w stylu Historyczki, a bohaterka, dojrzała, samotna kobieta, będzie przez młodziana coraz bardziej napastowana, aż do dramatycznego prawie-że-gwałtu podczas awarii dźwigu. Ale nie, autorka poszła inną drogą,bardziej w kierunku literatury pisanej przez duże L. Pewnie to dobrze, ale nie mogę przestać myśleć o tym, co mogło być, a w końcu się nie stało.

Całe szczęście, że mamy autorkę, która tworzy w duchu Literatury przez duże „L”. I na dodatek pisze klasyczne erotyki, które rozgrzewają umysły czytelników obsesyjną fabułą, duszną atmosferą, niedopowiedzeniami i niejednoznacznymi bohaterami. To ją odróżnia od tła i za to ją cenię.

Szanowny Tompie, nawet autokrytyczne osoby lubią byc chwalone! Aż mam chęć na napisanie czwartego opowiadania, aby znów zobaczyć to duże „L”.

Bardzo Cię do tego zachęcam, Sanjo, bo to co już od Ciebie otrzymaliśmy było bardzo udane! A że apetyt rośnie w miarę jedzenia…

Dziękuję Thorinie za to żartobliwe „L”, pochlebiłeś mi. A przy okazji, uważam że gwałt nie należy do erotyki, no chyba ze taki dogadany i udawany dla zabawy. Tutaj, w tej windzie nawet by mogło być, bo wtedy łatwiej przyzwoita pani by się mogła sama przed sobą usprawiedliwić, że wcale nie chciała. Jednak chciała. Chciała i sama prowokowała stwarzając tyle okazji do erotycznego flirtu.

Jest pewien cytat: „Nie próbuj zrozumieć kobiety. Kobiety rozumieją siebie nawzajem i dlatego się nie znoszą”. I zaczynam od niego nie bez powodu.
Seksualność jest skomplikowana, ale jak wówczas określić tę kobiecą? Chyba czymś na zasadzie: „Nierozwiązywalny problem matematyczny, nad jakimi głowimy się od czasu jego dostrzeżenia”.
Spotkałam się ze stwierdzeniem, że to nie kobiety stworzyły Conana jako swoje przedstawienie ideału mężczyzny i coś w tym jest. Zostałyśmy w pewien sposób przyuczone „co wolno, a co nie wypada”. I widać to u lwiej części twórczyń, które powielają pewne kody kulturowe swoich mam, babć i prababć na temat relacji damsko-męskich – wytworzone przez mężczyzn.
Ale od czasu do czasu, niczym diabeł z pudełka, wyskakuje coś przełamującego ten marazm, mogącego zaintrygować. Kobiety tworzące historie wymykające się z tych ram i tworzone z myślą o innych, będących dziełem abstrakcyjnym zawieszonym w sali renesansowego klasycyzmu? Dwa lata temu dostaliśmy genialne Substancja czy Babygril, a wcześniej niezwykle ważne dla mnie Carol, Portret kobiety w ogniu czy Duke of Burgundy. Ba, w chwili pisania tego komentarza, z afiszu nie znika serial Gorąca rywalizacja oparte na powieści napisanej przez kobietę dla kobiet, ale traktujący o związku pary gejów! Rewersem tej monety pozostają niesławne 50 twarzy Greya i popłuczynach-powieściach YA, które chcą go kontynuować. Takie rzeczy nie sposób nazwać krzywdzącymi, sączoną trucizną.

I to wszystko sprowadza mnie do Windy. Tekstu, który w moim odczuciu, bardzo mocno kolibie na kancie między „wybitny i niebezpiecznie przyjemny” a „słaby i do szybkiego zapomnienia”.
Mam naprawdę dużą słabość do tekstów o dojrzałych kobietach i ich młodych kochankach, ale te zwykle są do bólu waniliowe lub tworzone przez męską optykę. Zbyt często to „matka w średnim wieku odkrywa, że koledzy nastoletniego syna istnieją” lub znudzona życiem wdaje się w romans, jaki na koniec musi ją ugryźć w dupę.
Ty, Sanju (mam wielką nadzieję, że dobrze deklinuje pseudonim), operujesz kobiecą perspektywą niczym wróżka swoją różdżką zwieńczoną brokatową gwiazdką! Umiejętnie wydobywasz kontrast wynikający z dylematu „kim jestem i co powinnam”, a „czego pragnę i co czuję”, bez zgrywania taniego dramatyzmu lub posuwania się do borderline. Doskonale pogłębia to w krótkiej formie autoportret narratorki i jej miejsce w tej znajomości bez choćby jednej linijki dialogowej.
I cholera, sam pomysł na ustawienie tego, co się dzieje, przez swoją nie oczywistość jest tak genialny, że go zazdroszczę! Dwoje nieznajomych, ciasna przestrzeń kabiny windy, eksplorowanie i przekraczanie kolejnych granic doprawiona moim ulubionym smakołykiem?! No na diabła kosmatego z rozdwojonym siurem!

Ale napisałam, że stoi na kancie, prawda?
Bo przez to, jak cholernie dobry to tekst, jego wady kolą jeszcze mocniej. Grzechy widzę dwa – duży i preferencyjny. Sadzę po reakcjach pozostałych komentatorów, raczej będę odosobniona.

Duży: forma. Mogę chwalić obraz postaci kobiecej, brak dialogów i zamysł na historię, ale całościowe przedstawienie jest bliższe czemuś średniemu, a czasem niebezpiecznie toczy się ku poprawnemu. Sposób opowiadania kojarzy mi się z pikatnym listem opisujący jakiś problem do działu poradnikowego babskiego pisemka lub (miejmy nadzieje) zamierzchłych czasów usilnego stylizowania takich dziełek na rzeczywiste podboje seksualne autorów. W drugim wypadku, gdyby był to bardziej zabieg samoświadomy (pastisz) lub dekonstrukcja zapewne gotowa byłabym go docenić.
In plus: nie zaczęłaś tekstu od „Cześć, jestem Kasia, mam 42 lata. Moje wymiary to 32D-24-34. Opowiem wam o rzeczach, które uznacie za niewiarygodne, ale przydarzyły mi się naprawdę”.
Również przez to uwypukla się kolejny problem. Jednostajność, która czyni tekst niemal monochromatycznym i miejscami długawym. Rozumiem chęć (czy wręcz: potrzebę) nakreślenia szerokiego kontekstu, ale chwilami on dominuje i przytłacza. Przez to nawet chwile pewnych przełamań, kamienie milowe zanikającej pruderii (rezygnacja z biustonosza, zakup perfum, pierwszy orgazm) nie są wystarczająco wyraziste, a stanowią tylko kolejne akapity długiego wypracowania z laniem wody. Trochę lepiej wypada sama ostateczna eksplozja, ale przez to, jak długo do niego szliśmy, to już jesteśmy zbyt zmęczeni na oglądanie widoków. Wręcz da się przespać te fajerwerki. Ta jest napisana ok – nie uderza w przesadną pornografię, umiejętnie skupia się na przeżyciach wewnętrznych bez etapowania didaskaliami „a teraz ci powiem, jak wygląda seks”, co lubią uprawiać gorsi autorzy.

Grzech preferencyjny mocno wynika z powyższego zarzutu. Przeraźliwie wprost wszystko jest przedstawiane i nazywane, przez co wyraźnie brakuje miejsca ku jakimś interpretacjom stanów, emocji lub czegokolwiek przez samego czytelnika. Zapewne (nasz wspólny) redaktor był szczęśliwy z tego powodu, ale w moim odczuciu odziera to pewną warstwę intymności i enigmatyczności doznań, jaka tu byłaby tą wisienką na torcie. Chwil, gdy to doznania płynące z treści przejmują kontrolę ponad chęcią dalszego zagłębiania się w lekturę.
Tylko, jak już zostało to napisane przeze mnie, to bardzo indywidualna kwestia: dla jednej to będzie słuchanie Enigmy Sadeness i długiej kąpieli, dla innej puszka z bitą śmietaną i miseczka truskawek, a jeszcze inna potrzebuje obydwu. Więc może po prostu to nie był mój Tom Hardy w sweterku i ze szczeniaczkiem.

I to chyba z tego kiełkuje myśl przewodnia, którą zacytowałam na początku. Rozumiem ten tekst i go nie znoszę. A jak tłumaczyłam to kiedyś Tompowi, dużo fajniej jest coś poczuć niż to zrozumieć.

W ostatecznym rozrachunku: Winda jest świetna i świeża, wybitnie oddając właśnie skomplikowaną naturę pożądania, przez co nie umiem przejść obok niej obojętnie i nie docenić co chce pokazać, ale nie wystarczająco dobry jakby tego chciała przez swoją prostotę i pewną ociężałość narracyjną.
Zostawia mnie z poczuciem niedosytu na zasadzie palucha upapranego kremem, ale nie kawałka torciku na talerzu. To jednak zajebiście dobry krem i dlatego mam żal, że go nie mam.
Stąd, jeśli przyszłościowo pojawi się twój kolejny tekst, to z całą pewnością po niego sięgnę, choćby dla samej przyjemności dobrej lektury.
Ta, niewątpliwie, była i za nią jestem wdzięczna.

Jako że czuję się powołany tylko do krytyki warstwy językowej, poniższe uwagi należy uważać za nieobiektywny głos w dyskusji.
Jednostajność i „monochromatyczność” tekstu stanowią dla mnie zaletę. Taka jest obsesja: stale nawracające myśli o tym samym i powolne testowanie, jak daleko można się posunąć, gdy jedno JA mówi: „stop”, a drugie JA judzi: „a może jednak?”.
Niewątpliwie dobry tekst wymaga starannego czytania, by czegoś nie przegapić. O takie u Sanji Niko mi nietrudno i dziwi mnie, Androidko, twój zarzut, że coś jest mało uwypuklone. Spójrz na korespondencję redakcyjną między nami; ileż razy czegoś nie rozumiałem? Ileż ważnych punktów fabuły nie było uwypuklonych?
Może uważamy, że inne rzeczy są ważne? Może Ty (jak Absurdalna Namiętność) uważasz, że scena seksu jest istotna? Odnoszę wrażenie, że autorka tak nie sądzi (ja też). Ważna jest obsesja, proces walki dwóch JA, który obserwujemy przez sceny w windzie. Kręcą się wokół erotyki i wieńczy je seks, ale czy ważny jest jego opis, czy opis psychiki bohaterki? W umyśle bohaterki dojrzał pewien kryzys, a ten, jak każdy (wg prof. Kazimierza Dąbrowskiego) należy uważać za dezintegrację pozytywną: stanowi bazę do budowy zmienionej osobowości. Bohaterka w efekcie odkrycia w sobie drugiego JA doceniła swoją seksualność i zaakceptowała ją w jej własnej, nienarzuconej żadnymi konwencjami postaci. Z obrazu nakreślonego przez Sanję Niko wynika, że jest szczęśliwsza niż przedtem.
„Brakuje miejsca na interpretację […] przez czytelnika. Mi nie brakuje i dobrze, że wszystko jest tak jasne, bym ja, tępak, mógł to zrozumieć. Proporcje słów autorki z dopowiedzeniami czytelnika, które dokonują się pod ich wpływem, uważam za właściwe, dobrze zbalansowane.

Tompie, jakże mi miło że jeszcze istnieją tacy, którzy pamiętają tę „Dezintegrację Pozytywną” !

Gdzież mi do krytyki warstwy językowej, zwłaszcza spod znaku mojego własnego redaktora! Jaki niemądry ptak by kalał własne gniazdo swym guanem?!
W tym rzecz, Tompie, że twoje wskazania dotyczące popadania w obsesję widzę i rozumiem. Ba, pochwaliłam nawet (i jeszcze raz pochwalę, a co mi tam: Doskonała robota, Sanju!) ten dysonans między powinnością a pragnieniem.
Problemem dla mnie są decyzje i środki artystyczne podjęte do przekazania nam tego, a właściwie ich brak. Bo cały czas bardziej słyszę o tym od narratorki przemawiającej z przyszłości, która wspomina bardzo dziwny okres swojego życia. Poddaje go własnej ocenie prawdopodobnie już na zimno. To nie jest złe, ba, sama mam na co najmniej kilka tekstów, w jakich narratorzy podsumowują „co mnie zaprowadziło do tego”. Conajmniej jeden nawet czytałeś.
Tylko całość omawia w tej samej tonacji, bez względu czy jest to autoprezentacja bohaterki, przypadkowe wsunięcie twarzy w piersi po raz pierwszy, rozważania o naturze tajemniczego adoratora, decyzja o zmianie sposobu ubierania się tylko dla niego, próba normalności, zarzucenie noszenia bielizny. Wszystko to jest jak serwowane przez lektora z tła jako objaśnienie rzeczy, a nie niosące realny wpływ na bohaterkę. Przez to rodzi się we mnie poczucie, że tworzy to trochę podbudówka pod finalny akt, jak u gorszych autorów te pięć linijek dialogu na krzyż, by przejść do opisu stosunku. I nie, Sanja nie wpada w tę pułapkę – przelatuje ją na swoich skrzydłach motylka, co też pochwaliłam (I mogę jeszcze raz: Brawo, Sanja, pisz wincyj!).
I nie, nie ta scena seksu jest ważna. Właściwie mogłabym skopiować większą część twojego komentarza i zapytać: „Dlaczego tego jest tak mało? Czemu to nie stanowi najważniejszych elementów, które mam wynieść z tej lektury jako swoją interpretację, o czym on traktuje?”.
Bo widzę sposobności ku temu, aby takowe prowadzić bez nazywania ich wprost, to narrator zaraz mnie koryguje i prowadzi ku odpowiedniej ku temu interpretacji. I nie, to nie jest złe – po prostu odbiera czytelnikowi możliwość samemu dociekania pewnych elementów. Bo gdyby rzeczywiście pójść w tę stronę, to sam finalny seks mógłby się nie odbyć. Jestem w stanie wyobrazić sobie zakończenie po tym pierwszym rozkosznym doznaniu, jak później narratorka wsiada w samych prochowcu do tej windy, a piętro niżej wsiada pełno ludzi – i wśród nich nie ma jej adoratora, który po prostu zniknął. Pozostawienie z pytaniem: „Czy uznał ten moment za przesadę to co zrobił i zbiegł?! Coś mu się stało?! A może to wszystko było tylko wywołaną codziennym bluesem i frustrującą fantazją, jakby to było?”.

Bo pozwolę sobie sięgnąć do swojej przepastnej biblioteki wiedzy i wskazać świetny film Ojciec, za który Hopkins zgarnął Oskara. Przez 98% filmu obserwujemy mężczyznę mieszkającego u córki, który uważa sie za okaz zdrowia. Z czasem jednak widz zaczyna czuć, podobnie jak on, że coś tu nie gra. A to nagle pojawia się obcy mężczyzna, który mówi, że jest mężem i mieszka tutaj od dawna – ale przecież on pierwszy raz go widzi na oczy. A to nieustannie powraca temat przygotowania na kolację kurczaka i potrzeby jego kupienia. Jakbyśmy nieustannie oglądali jeden zapętlony dzień, tylko ciągle coś w nim się zmienia. I podobnie jak bohater, czuję się to pewnego rodzaju zagubienia. CZUJĘ, podkreślam. A czy rozumiem? Tak, kiedy dostaję odpowiedź, czemu to zostało tak przedstawione.

I właśnie tego brakuje mi w Windzie. Możliwości poczucia, że rzeczywiście przekraczane są granice, powolnemu uleganiu szaleństwa zderzanego z poczuciem absurdu wywołanego własnym obrazem – to jest jedynie wymawiane ku mnie przez literki. I nazwij mnie wybredną z sensorem czułości do ponownej kalibracji (masz śrubokręt z rączką koloru kości słoniowej?), ale na moje co najwyżej zostało to tu muśnięte i bardziej wykładane przez tegoż lektora niż towarzyszące mi i wynikające z czytania przeżyć. Ale ponieważ muśnięte tak dobrze, to roszczę sobie prawo do odtwarzania narzekania, że chciałabym więcej (Wincyj, Wincyj, Wincyjx9999). Choćby ponownie przez to, co zaznaczyłam na początku: to kobieta ukazująca mi coś więcej niż waniliowy romans z idealnym facetem, a rzeczywiste studium odkrywania swojej innej, obcej strony i własnych potrzeb.

Odpowiedz

Absurdalna Namietnosc

Witam,

po przeczytaniu obszernego komentarza Androidki ponownie sięgnąłem po tekst „Winda”. Jej uwagi wzbudziły moją ciekawość, dlatego postanowiłem skonfrontować je bezpośrednio z materią utworu.

Androidka nie „strzela na ślepo” — wiele jej spostrzeżeń jest trafnych — jednak w mojej ocenie część z nich traci na adekwatności, gdy uwzględni się przyjętą przez autorkę strategię narracyjną. Niniejszy komentarz traktuję jako próbę rzeczowej, koleżeńskiej polemiki.

Forma i styl tekstu?

W mojej ocenie mamy do czynienia z prozą pierwszoosobową, introspekcyjną, quasi-konfesyjną, z silnym komponentem erotycznym.

Najbliżej jej do:

– kontrolowanego monologu wewnętrznego,
– spowiedzi po fakcie,
– stylizacji na tekst intymny (co Androidka trafnie wyczuwa).

Kluczowe jest tu jednak słowo: kontrolowany.

Narracja bohaterki nie jest strumieniem doznań, lecz próbą ich racjonalnego uporządkowania po czasie. I to właśnie determinuje wiele decyzji stylistycznych, które Androidka ocenia negatywnie.

1. „Mówienie zamiast pokazywania” — wada czy strategia?

Androidka zarzuca tekstowi nadmiar „mówienia” kosztem „pokazywania”. Zarzut ten jest formalnie zasadny, ale nie w pełni uwzględnia funkcję tego zabiegu.

Bohaterka wielokrotnie nie tylko opisuje zdarzenia, ale je interpretuje i klasyfikuje, np.:

– Odkryłam, jak bardzo przez ostatnie lata byłam stęskniona dotyku…”
– Po raz pierwszy w życiu poczułam tę freudowską troistość…”
– Ciało i ja poróżniliśmy się.”

Androidko to nie są „błędy narracyjne” w prostym sensie — to język osoby, która próbuje odzyskać kontrolę nad doświadczeniem, które było dla niej destabilizujące. Potwierdzi to chyba każdy psychoterapeuta, a uwierz mi,, znam to środowisko.

Innymi słowy:
to nie narrator „odbiera czytelnikowi przestrzeń”, tylko bohaterka odbiera ją samej sobie, próbując wszystko nazwać i zamknąć w rozumieniu.

To przesuwa interpretację: z „braku subtelności” na psychologiczny mechanizm obronny.

2. Monochromatyczność rytmu

Zarzut o jednostajności również ma podstawy; narracja rzeczywiście rozwija się w podobnym tempie przez długi czas.

Ale znów: warto zauważyć, że ta powtarzalność odzwierciedla strukturę samego doświadczenia:

– powtarzalność jazd windą,
– rytuał spotkań,
– cykliczność napięcia i rozładowania.

budują repetytywną strukturę obsesji, a nie tylko, jak Androidko uważasz – „rozlaną narrację”.

Problem nie polega więc na samej monotonii. Tylko na tym, że nie zawsze jest ona formalnie zróżnicowana, by podkreślić momenty przełomowe (tu uwaga Androidki jest trafna).

3. Dosłowność erotyczna

Androidka krytykuje nadmierną dosłowność — i z perspektywy literackiej (budowania napięcia, niedopowiedzenia) ma rację.

Jednak można to odczytać inaczej (psychologicznie):

Bohaterka:

– początkowo wypiera doświadczenie („udaję, że nie wiem”),
– później stopniowo je internalizuje,
– aż w końcu próbuje je nazwać bezpośrednio.

Dosłowność staje się więc nie tylko środkiem stylistycznym, ale etapem procesu psychicznego — przejściem od wyparcia do konfrontacji.

To nie znaczy, że efekt literacki jest optymalny, ale że jest spójny z logiką postaci.

4. „List do pisemka” — trafność czy uproszczenie?

Porównanie Androidki jest celne na poziomie tonu:

– bezpośredniość,
– relacyjność,
– quasi-intymna spowiedź.

Natomiast ocena wartościująca (sugerująca kicz lub grafomanię) wydaje się przerysowana.

Tekst operuje bowiem:

– konsekwentnym motywem (winda jako przestrzeń liminalna),
– wyraźnym konfliktem wewnętrznym (ciało vs. tożsamość),
– powracającą figurą „drugiego ja”.

To nie jest przypadkowa stylizacja, tylko spójna koncepcja psychologiczna, nawet jeśli formalnie nierówna.

5. „Grzech preferencyjny” — nadmiar wyjaśniania

Tu Androidka trafia bardzo precyzyjnie. I tu trudno polemizować — to realne osłabienie tekstu.

Ale jednocześnie:

to właśnie w tych miejscach najbardziej widać, że narracja jest retrospektywna i racjonalizująca, a nie „tu i teraz”. Czego już Androidka nie zauważa.

A zatem Androidka w swoim komentarzu trafnie diagnozuje, ale niestety niedoszacowuje:

– spójności psychologicznej narracji,
– funkcji „nadwyjaśniania” jako elementu charakterystyki bohaterki,
– świadomej (choć nie zawsze w pełni kontrolowanej) strategii relacyjnej.

Dlatego jej krytyka jest celna kierunkowo, ale miejscami zbyt kategoryczna w ocenie wartości tekstu.

Bardzo mi się podoba merytoryczność tej dyskusji. Usiłuję zrozumieć argumentację. Nie wiem, czy mi się to w pełni udaje, bo poziom jest wysoki, ale jest ciekawie.

I mnie sie podoba!

Oto moje wyjaśnienia dla krytyki i pochwał.
Chciałam wygrać zakład, więc musiałam napisać trzy opowiadania erotyczne. Miały być lepsze od tych, których fragmenty przeczytaliśmy oboje i o których lekkomyślnie powiedziałam że: ”Każdy niegłupi od ręki może coś takiego napisać”
Nigdy bym się nie założyła o napisanie Opowiadania ( uważam, że nie mam wystarczającego talentu abym była z niego zadowolona), ale „Opowiadanie erotyczne”, czyli cos „gorszego” już wydało mi się możliwe. Teraz przyznaję, że to było głupie. Tomp mi dosyć brutalnie uświadomił, że dobre pisanie jest niezależne od tematyki.
Poprzeczkę więc sama sobie postawiłam dosyć nisko – opowiadanie ma być nienudne, niegłupie i nie wulgarne. I ma nie być o seksie, ale o ludziach, którym się cos erotycznoseksualnego wydarza i w związku z tym coś czują i cos myślą i ma to wpływ na ich życie. Tyle zamierzałam, tyle napisałam i zakład wygrałam.
Zgadzam się więc generalnie z krytyką Androidki, że mogłam więcej, lepiej, bardziej i inaczej. Mogłabym, gdybym w założeniu potraktowała to poważniej. Praca z Tompem uświadomiła mi przeróżne problemy pisarskie nad którymi się nie zastanawiałam i wagę, każdego użytego w tekście słowa. Upewniłam się przy okazji, że nie ma we mnie tyle siły i chęci do wysiłku, którą w sobie mają (chyba?) ci co naprawdę chcą pisać. Pochwały są naprawdę miłe i bardzo to przyjemne, że mi się to przydarzyło.
Krytyka Androidki wydała by mi się bardziej trafna gdybym była ambitniejsza i zamierzała się „poprawić” w pisaniu. Szczerze się zachwyciłam Twoim, Androidko opowiadaniem „ Zostałam tylko ja” bo po pracy z Tompem umiałam zobaczyć i docenić ile przeróbek, skreśleń i poprawek zapewne wymagało, aby było takie „bogate” w znaczenia przy takiej małej ilości słów.
Absurdalna Namiętności, wielkie dzięki za takie interesujące i zaskakujące interpretacje mojego tekstu. Zauważasz to czego ja nie widziałam i się nie spodziewałam, że gdzieś tam dyskretnie i nieświadomie to ukryłam. Miałam dużo przyjemności intelektualnej przy czytaniu. 
A co do dyskusji i wątpliwości „co autor chciał powiedzieć” – wszystkie opowiadania dotyczą niebezpieczeństwa które czai się w nas samych. Moment, gdy z naszej własnej głowy słowem, działaniem wkraczamy w świat rzeczy i zdarzeń, nie możemy już tego cofnąć, przestajemy nad tym panować i nie wiadomo co z tego wyniknie. Każde z tych opowiadań mogło się zakończyć wielka życiową katastrofą kilku osób, naruszeniem prawa, kompromitacją i zmianą całego toku dotychczasowego życia. Jednak wszystko kończy się dobrze ..nic się nie stało … bo to „tylko” małe „Opowiadanie Erotyczne”.

Leave a Comment