O żonie, która w upał gotowała (Unstableimagination)  5/5 (16)

30 min. czytania

Kropelki potu łaskotały coraz mocniej. Elena wierzchem dłoni otarła czoło, a potem kciukiem przesunęła pod dolną wargą.

„Ugotuję się tu razem z tą zupą…”

Zamieszała w garnku. Letni upał i żar bijący od żelaznej płyty nad paleniskiem sprawiły, że we wnętrzu skromnej izby trudno było wytrzymać.

Odłożyła drewnianą łyżkę i przewiązała włosy wyżej, by odsłonić szyję. Została już tylko w camisie, a biały len przylepił się miejscami do ciała i krępował ruchy.

Mimo gorąca uśmiech nie znikał z jej warg.

To był szczególny dzień – trzeci po Asunción. Dokładnie rok temu wzięli z Manuelem ślub. Pomyślała, że doskonałą niespodzianką będzie jego ulubiona potrawa.

Od rana wszystko się udawało – mąż nie zauważył moczącego się bobu, a zarządca zgodził się, by wyszła wcześniej. Nawet ból głowy – który nigdy nie znikał – był dziś wyjątkowo niewielki. A przecież całą drogę z królewskiej stajni biegła, żeby zdążyć!

Zupa – niemal już gotowa – bulgotała leniwie. Elena nachyliła się i z satysfakcją wciągnęła smakowity zapach. Wyłowiła duże ziarno bobu i spróbowała.

– Mmmm…

Zanuciła fragment przepisu:

Kiedy dobrze zmięknie bób,

wbij w morcillę nóż.

Bosą stopą wybijając rytm na kamieniach podłogi, sięgnęła po z trudem zdobyte pęto kaszanki.

Na trzy palce porcje zrób

i do zupy włóż.

Odmierzała i kroiła. Czasem dokładała czwarty palec. Co chwilę tanecznym ruchem obracała się i kolejne kawałki zsuwała z deski wprost do garnka. Te większe wyłowi potem dla męża.

Już nie mieszaj. Przygaś żar.

Sypnij świeżych ziół.

Pogrzebaczem rozsunęła drwa w palenisku i uśmiechnęła się szerzej na myśl o minie Manuela, kiedy wróci z kuźni. Zjedzą razem, a kiedy ukochany się posili…

Małżeńskie łoże… Jakże była pełna obaw przed ślubem! Wszystkie opowieści okazały się przesadzone – w obowiązkach żony nie było nic trudnego. Szerokie ramiona męża unosiły ją, jakby nic nie ważyła, a twarde od młota dłonie chciwie sięgały po kobiece krągłości. Przygnieciona i rozkosznie bezsilna wobec śmiałego dotyku miękła jak rozgrzane w piecu żelazo.

Manuel zapamiętale wykuwał z niej wspólną radość, a dyszał przy tym jak miech. Rytmiczne uderzenia przenikały ją miłym dreszczem i coraz bardziej rozpalały. Rosnący żar w oczach męża napawał ją dumą i kiedy tak patrzył, czuła, że sama zbliża się do czegoś naprawdę wyjątkowego.

I choć nigdy nie zdążyła tego dotknąć, jeszcze długo potem z uśmiechem wpatrywała się w sufit, słuchając miarowego oddechu, a rozpalone ciało już tęskniło do kolejnej niedzieli.

Dziś postanowiła zapomnieć o wszystkich problemach – nawet o tym, że wciąż nie jest w ciąży – i skupić się w łożu tylko na przyjemności.

Dodała posiekaną natkę pietruszki i otarła czoło. W głębi ciała rozkwitało właśnie dodatkowe gorąco.

Dwa pacierze warz i gar

z ognia kładź na stół.

Pod koniec drugiego padrenuestro wnętrze izby zakołysało się, a w skroni zapiekło ze zdwojoną siłą. Przestraszona odsunęła garnek na krawędź ustawionej nad paleniskiem płyty, otworzyła szeroko okna i stanęła w wejściu.

„San Dionisio! Por favor, jeno nie dziś!” – pomyślała, zacisnąwszy oczy.

Niestety – w boku głowy pojawiły się znajome uderzenia.

Elena nauczyła się żyć z nieustannym bólem i przez większość czasu po prostu go ignorowała. Kiedy jednak pojawiał się rytm, całą ją przeszywało cierpienie, jakby ktoś młotem wbijał ćwiek. Wnętrzności podchodziły do gardła, a świat przed oczami kręcił się i ciemniał. Za każdym razem trudniej było ustać na nogach i coraz większą część dnia spędzała w łożu.

Krzywiąc się, zacisnęła palce na framudze drzwi. Po chwili jednak ból zelżał samoistnie, a uderzenia zniknęły.

Zdziwiona ostrożnie odetchnęła i otworzyła oczy. Warzywa i zioła rosnące przed domem przestały się kołysać. Jakiś ruch przyciągnął spojrzenie za kamienny murek i wyżej – aż do pobliskiego lasu, gdzie spomiędzy drzew wychodziła droga.

Wytężyła wzrok. Mężczyzna szedł raźnym krokiem, a biel włosów i opończy aż raziła oczy w słońcu.

Z niepokojem cofnęła się w cień otwartych drzwi.

„Mnich może… albo czarownik jakiś…?”

Zmarszczyła brwi. Wszyscy zakonnicy, jakich znała, byli łysi i grubi. Czarownicy z kolei nosili długie brody i ubierali się w kolorowe płaszcze. Nieznajomy był inny – szczupły, a mimo długich białych włosów jego pozbawiona zarostu twarz sprawiała wrażenie młodej.

Elena poczuła, jak obawa miesza się w niej z dziwną, uroczystą radością.

Mężczyzna był coraz bliżej, więc schowała się jeszcze głębiej i przymknąwszy drzwi, zostawiła jedynie wąską szparę. Kiedy mijał furtkę, zatrzymał się i spojrzał prosto w jej stronę.

Zamarła.

„Przecież mnie nie widać…”

Mężczyzna uśmiechnął się.

– Witaj, mi bella señora! – zawołał, podniósłszy dłoń. – Niech pomyślność wszelaka zamieszka w twoim domu!

Zatrzasnęła wejście i oparła się o nie plecami. Serce zabiło mocno.

„A jednak zobaczył…!”

Zerknęła w dół na siebie. W samej koszuli tylko mąż może ją oglądać, a tę jeszcze po ślubie przerobiła – za radą matki. Zebrana z boków i głębiej wycięta w dekolcie tkanina podkreślała kobiece kształty.

Zbliżyła się do otwartego okna i już miała wyjrzeć zza kamiennej ościeży, kiedy wspomniała odsłonięte włosy. Cofnęła się i krzyknęła:

– Witajcie, noble señor! Droga dobrze was wiedzie, miasto już niedaleko.

– Skąd myśl, że właśnie tam zmierzam, dama de cabellos claros?

Uniosła lekko brwi i odruchowo poprawiła wstążkę. Nie dość, że damą nazywa, to jakimś sposobem jasne włosy zauważył.

– A gdzie indziej byście tą drogą szli?

– A może właśnie do twojego domu zmierzałem, przez wspaniałe zapachy przyciągnięty? Czy może to raczej były twe oczy błyszczące w szparze drzwi niczym gwiazdy?

Elena zmarszczyła czoło.

– Niepotrzebnie język strzępicie, señor! – zadrwiła. – Nic wam do mojej kuchni i oczu! One jeno dla mojego męża!

Mężczyzna się roześmiał.

– Cóż to się stało, że gościnność tego królestwa tak zwiędła? Głodny i spragniony wędrowiec umiera na twoim progu, a ty ani strawą, ani urodą nie chcesz go ratować?

– Miasto blisko – znajdźcie sobie karczmę. Jednym i drugim się tam nasycicie.

Zgrzytnęła otwierana furtka.

– Ejże! Mam męża wzywać?! – krzyknęła groźnie.

– Wołaj! Na pewno będzie bardziej gościnny niż ty, cruel señora. Kubkiem wody poczęstuje mnie z pewnością.

Oparta o ścianę westchnęła ze zniecierpliwieniem.

– Noble señor, czasu nie mam, by was gościć! Odejdźcie! Trzy domy dalej studnia jest przy drodze!

Zapadła cisza.

„Poszedł?…”

Zrobiła krok w stronę okna, gdy nagle drzwi się otworzyły. Uśmiechnięty nieznajomy stanął w progu.

Młoda kobieta krzyknęła. Zasłoniwszy dekolt ścierką, doskoczyła do paleniska. Drugą ręką złapała za pogrzebacz. Odwróciła się z furią, unosząc rozżarzony do czerwoności pręt w stronę białowłosego.

– Jeszcze krok, a żelazem ugoszczę! – warknęła, choć głos jej drżał. – A potem takiego wrzasku narobię, że pół wsi się tu zleci!

Nieznajomy wciąż spoglądał wesoło. W izbie coś się zmieniło. Mimo upału powietrze nagle wydało się chłodniejsze i czystsze. Dźwięki ptaków dochodzące z zewnątrz łączyły się w dziwną melodię i nawet ogień w palenisku trzaskał jakoś radośniej.

W końcu mężczyzna skierował spojrzenie na pogrzebacz, po czym zasłonił dłońmi przyrodzenie.

– Piękna i groźna jak starożytna bogini. Czy wszystkich gości w tym domu spotyka tak okrutna śmierć?

– Uprzejmi goście nie pchają się, gdy niewiasta sama!

– Sama? Wybacz, bella señora. – Ukłonił się. – Męża chciałaś wołać, to pomyślałem, że on w domostwie. Nie obawiaj się. Z mojej strony nic ci nie grozi. – Przechylił głowę. – A przynajmniej nic, czego byś nie chciała.

Elena prychnęła.

– Chcę od was jeno, żebyście pokój mi dali!

Nie odpowiedział. Uśmiech na przystojnej twarzy był szczery, a w szarych oczach migotały iskierki. Elena spojrzała uważniej i drgnęła. Jakby pod powierzchnią strumyka nagle odkryła głębię górskiego jeziora.

Odetchnęła głębiej. Ubranie nieznajomego było niezwykłe: pod opończą miał na sobie krótką tunikę, a calzas na jego nogach zszyte były dziwnie w jedną całość i przepasane ozdobnym sznurem na biodrach. Delikatna tkanina była bielsza niż śnieg, a na brzegach błyszczała srebrzystymi haftami. Bose stopy nie nosiły żadnych śladów wędrówki.

Im dłużej patrzyła, tym mocniej wypełniała ją osobliwa radość, a gniew i wstyd znikały. Rozluźniła się.

– Wybacz. – Mężczyzna ukłonił się z szacunkiem. – Jeśli takie jest twoje życzenie, odejdę i już nie będę cię niepokoił.

Nagłe ukłucie żalu sprawiło, że pogrzebacz zadrżał w jej dłoni. Powoli go opuściła. Nieznajomy uśmiechnął się, jakby tylko na to czekał.

– Tak myślałem… – Zrobił krok do wnętrza. – Ależ aromat wspaniały! Królewski kucharz za przepis na tę zupę pewnie dałby się pokroić… – pochwalił stojącą nad paleniskiem potrawę, po czym uniósł dłonie. – Tak, wiem. To tylko dla twojego męża. A czy woda również jedynie dla niego?

Wskazał na niedawno przyniesione od studni wiadro.

– To… do gotowania. Wam cydru dać mogę.

Mężczyzna wpatrzył się w wodę intensywnie.

– Nie… nie trzeba. Jest czysta i zimna jak z górskiej rzeki. Twoja studnia głęboko sięga w zdrową skałę.

Elena mocniej zmarszczyła brwi. Serce biło coraz szybciej, a w radosnym rytmie nie było już cienia wstydu czy niepokoju. Ból głowy jeszcze osłabł. Poczuła nagłą chęć, by zaczerpnąć wody, podbiec i przytknąć kubek do ust nieznajomego. Odegnała niewłaściwą myśl, ale pogrzebacz odłożyła.

– Jak wolicie, señor. Nalejcie sobie kubek. – Wskazała półkę, po czym zmusiła się, by wbrew sobie dodać: – Ale potem odejdźcie, por favor. Nie jestem przyzwoicie ubrana.

Jedną ręką wciąż zasłaniała ścierką dekolt, a wierzchem drugiej przetarła czoło.

Mężczyzna zamknął drzwi.

– Wdzięczność moja głębsza niż ta studnia, hermosa patrona. – Skinął głową. – W taki skwarny dzień woda jest warta więcej niż złoto!

Podszedł do półki, wziął gliniany kubek, po czym zaczerpnął z wiadra. Z pełnym naczyniem podszedł i chwycił dębowy stołek.

– Twierdzisz, że nie jesteś przyzwoicie ubrana. – Przesunął mebel z szurgotem. – Ja uważam jednak, że twoja camisa jest pełna wyjątkowego uroku. Tylko ta ścierka nie pasuje…

Elena szybko ją odłożyła, odsłaniając tym samym wycięcie koszuli. Skrzywiła się, zastanawiając się, dlaczego właściwie to zrobiła.

Nieznajomy tymczasem usiadł na środku izby.

– Zdrowie gospodyni… – podniósł kubek w geście toastu. – …która gościnność swoją odnalazła, a urodą olśniewa niczym najbielsza margarita o poranku rosą roziskrzona!

Elena zapatrzyła się na mężczyznę, jak unosi kubek do ust.

„Jak malowany…”

Westchnęła, a twarz jej złagodniała. Odwiedził ją ktoś wyjątkowy. Znów powstrzymała nagłą ochotę, by podejść i go dotknąć – ręki, włosów, czegokolwiek. Kilka kropel wody ściekało po jego szyi. Patrzyła, jak płyną w dół, aż w końcu zniknęły, wypite przez białą tkaninę.

Z zaskoczeniem poczuła falę ciepła w dole brzucha – jednoczesne niecierpliwe napięcie i miękkie rozluźnienie. Ciało budziło się zupełnie wbrew woli, wbrew przyzwoitości i obrączce z brązu na palcu. Elena zacisnęła uda i wciągnęła głęboko powietrze.

„Cóż to się dzieje?”

Była szczęśliwą mężatką; nie godziło się tak ulegać poruszeniu. Poza tym podobali jej się starsi silni mężczyźni o surowej urodzie – jak jej Manuel. Dlaczego więc teraz nogi bezwstydnie lgnęły do siebie na widok szczupłego młodego nieznajomego?

Oderwał pusty kubek od warg i spojrzał na nią przenikliwie.

Oddech Eleny przyśpieszył, a ciepło z podbrzusza rozlało się po całym ciele. Stała w samej camisie przed kimś zupełnie obcym. Zamiast wstydu wypełniała ją jednak osobliwą przyjemność. Wyprostowała się. Zdała sobie sprawę, że najchętniej pozbyłaby się nawet tej ostatniej warstwy przepoconego lnu, by poczuć jego wzrok na nagiej skórze.

Na ustach mężczyzny pojawił się uśmieszek.

„Santa Felicidad, nie może być!” – Zamrugała. „To nie mogą być moje chęci!”

Drżąc, cofała się, aż wilgotnymi od potu plecami poczuła szorstkie kamienie ściany.

– Co robicie, señor! – zapytała niepewnym głosem. – Czy jesteście czarownikiem? Czuję, że jakiś urok rzucacie!

– Na to pytanie, a właściwie dwa, odpowiedzieć nie łatwo – odrzekł wesoło. – Miano czarownika nie dla mnie, choć potrafię niejedno. – Odstawił kubek na stół. – Co zaś się tyczy uroku… Nie miałabyś wątpliwości, gdybym magii użył. A jednak… Powiadają, że sama moja obecność na otoczenie wpływa. Zatem, choć nie jest to moim zamiarem, osobliwy urok rzucam.

Elena zmarszczyła gniewnie brwi. Z całego wywodu zrozumiała tylko dwa ostatnie słowa: „urok rzucam”.

– Poznałam, że coś mi robicie! Przestańcie natychmiast i odejdźcie! – krzyknęła i spojrzała na leżący w palenisku pogrzebacz. Mimo złości odetchnęła z ulgą, że nie jest odpowiedzialna za nieprzyzwoite myśli i ochoty.

Obcy wstał i poprawił płaszcz na ramionach.

– Przestać nie mogę. – Uśmiechnął się przepraszająco. – Czy słońce może swój blask przygasić, nawet jeśli mu pogrzebaczem zagrozisz? Powiedz słowo, a odejdę. Naprawdę tego chcesz?

Otworzyła usta, by potwierdzić, ale kłamstwo nie chciało przejść przez gardło. Jedyne czego pragnęła, to poczuć jego dotyk.

„To czary jeno!”

Zacisnęła pięści i przemogła się:

– Tak. Moja wola, żebyście odeszli.

Natychmiast pożałowała. Patrzyła, jak nieznajomy kłania się z szacunkiem i odwraca w stronę drzwi. Skrzywiła się, czując silniejszy ból w skroni.

Mężczyzna położył dłoń na drewnianej zasuwie i zatrzymał się. Spojrzał przez ramię z troską.

– Doradzam zimnej wody się napić. W takim skwarze własnym zmysłom nie można ufać.

„Pewnie sama sobie tego cudaka wyśniłam” – przemknęło Elenie przez głowę.

Ruszyła gwałtownie po kubek. Zaczepiła o coś biodrem. Obejrzała się.

Garnek z zupą spadał. Z zupą, w której ugotowanie włożyła całą swoją duszę. Przechylał się w locie. Za chwilę szkliwione skorupy, bób i morcilla rozprysną się po kamiennej podłodze.

„Nieee!!!”

 Jakby ją kto w brzuch kopnął.

Trzasnęło przecięte powietrze.

Nieznajomy trzymał naczynie tuż nad podłogą. Zawartość kołysała się łagodnie.

„Co…?!”

Zamrugała, uderzona podmuchem.

Spojrzała nieprzytomnie na drzwi i znów na palenisko. Co najmniej siedem łokci. Stał tam, a teraz odstawia garnek na płytę?

– Jak… jak to zrobiliście?…

Cofnęła się o krok, rozdarta między ulgą a strachem.

Ukłonił się.

– Do usług, hermosa patrona. Wypij!

Wyciągnął ku niej rękę z kubkiem pełnym wody.

Otworzyła oczy szeroko.

Zerknęła na półkę – brakowało kubka. Na wiadro – woda falowała.

„Kiedy…?” – Niepewnie przyjęła naczynie. „To musi być sen. Albo omamy jakieś.”

Zachęcił ją gestem.

Podniosła kubek do ust. To, co się działo, nie mogło być prawdą, a jednak wszystko czuła wyraźniej niż zwykle: czysty smak wody, zimne strużki spływające po szyi, chłód na koszuli. Plama powiększała się, obejmując wilgotną pieszczotą dekolt.

Przełknęła ostatni łyk i dysząc, odstawiła naczynie. Mężczyzna opuścił wzrok i uśmiechnął się szerzej. Podążyła za jego spojrzeniem i zastygła. Przemoczony len stał się niemal przeźroczysty – przylgnął do piersi, obnażając cały ich powab. Nabrzmiała czerwień wyraźnie rysowała się pod tkaniną.

Szybko skrzyżowała ramiona.

Nieznajomy cofnął się z ukłonem.

– Twoje piękno nie wstyd, lecz dumę powinno ci przynosić, tak jak i radość patrzącym.

Skąd brała się ochota, by opuścić ręce? Spróbowała pomyśleć o Manuelu, ale bez przekonania. Tak jakby nie chciała teraz wspominać męża.

Podziw w oczach nieznajomego rozniecał ogień między udami.

„Znowu coś robi… To sen… Tak! Nie może być inaczej!” – Gorączkowo szukała wyjaśnienia. „Przemknął jak wiatr. Te chęci… Z gorąca omdlałam i śnię!”

Uchwyciła się tego pomysłu. Nagle wszystko wydało się oczywiste. Jej śpiące ciało zapewne rozpaliły wcześniejsze myśli o Manuelu. Stąd tak silne ciągoty. A dziwny nieznajomy jest tylko wytworem przegrzanej głowy.

Odetchnęła.

Mężczyzna podszedł do drzwi i otworzył je.

– Adiós, bella patrona! – powiedział, odwrócił się i wyszedł.

Serce kobiety ścisnął nagły żal.

„Zaraz, skoro to nie jawa…” – Przygryzła wargę. „…to czyż oczu jeszcze chwilę nacieszyć nie mogę…?”

Nieznajomy już wyszedł w słońce popołudniowego skwaru.

Powietrze zgęstniało, a ból przeszył głowę.

Przestąpiła z nogi na nogę.

„A niech to!”

– Zaczekajcie!

Podbiegła, złapała za opończę i wciągnęła go z powrotem do środka.

– A cóż to…? – Potknął się o próg.

Ściągnęła płaszcz z jego ramion.

– Por favor, wybaczcie! Źle was powitałam, noble señor. – Powiesiła ubranie na kołku. – Wdzięczna wam jestem bardzo za tę zupę, coście ją tak cudem wyratowali. – Poprawiła włosy i wskazała na stołek. – Spocznijcie jeszcze na chwilę.

Mężczyzna podrapał się po gładkiej brodzie.

– Czy moje uszy źle słyszały, kiedy mówiłaś, bym odszedł, czy teraz mnie zawodzą?

– A dajcie pokój! – Złapała go za tunikę i lekko pchnęła w stronę siedziska.

Nie opierał się.

– I jak tu odmówić takiej gościnności…?

Elena posadziła go, zamknęła drzwi i oparła się o nie. Znów przeniknęła ją uroczysta radość. Chęci zawirowały w dole brzucha, a usta same chciały się uśmiechać.

Sumienie zakłuło ostrzegawczo.

„A cóż komu szkodzi chwila gadania we śnie!” – uspokoiła je szybko.

– Niech choć skwar największy minie. Jeszcze wody podać?

– Z ochotą przyjmę wszystko, czym mnie ugościsz.

Wzięła kubek i podeszła do wiadra, a mężczyzna rozejrzał się.

– Widzę, że gospodyni nie tylko urodą zachwyca, ale i dbałością o czystość i porządek. Pałac króla byłby dumny z takiej ochmistrzyni!

Machnęła ręką.

– A tam, jeno podłogę omiotłam.

– I do szycia zdolności też widzę.

– Do igły znaczy? A jakże to? – Zatrzymała się przy wiadrze i spojrzała, uniósłszy brwi.

– Twoja camisa kształtna niemal jak suknia dworska. Urodę podkreśla i wzrok przyciąga. Nie twoje to dzieło?

Jego spojrzenie – przenikliwe i pełne szczerego podziwu – wodziło po tkaninie, wzbudzając w niej miłe ciarki.

– To nie jeno na urokach, ale i na sukniach niewieścich też się wyznajecie?

Przechylił głowę z uśmiechem.

– Koszul akurat widziałem wiele.

„Narzucić coś powinnam…” – Z wahaniem zerknęła na skrzynię. „Zresztą, co mi tam! Sen przecież jeno. Niech patrzy, skoro tak mu się podobam!”

Schyliła się, by napełnić kubek.

– Tacy jesteście wymowni, a miano swe to w zanadrzu chowacie.

Wstał.

– O wybaczenie proszę uniżenie! Widać twoja uroda całkiem pozbawiła mnie ogłady. – Skłonił się. – Árimel. Gościnę przyjmuję z wielką radością.

„Imię jak na wyśnionego cudaka przystało.” – Podeszła do mężczyzny, trzymając pełny kubek.

– Elena. – Pochyliła się. – Zaszczyt was gościć, noble señor.

Wyciągnął rękę.

Zmarszczyła brwi i znieruchomiała, bo uścisk prawicy to męska rzecz. Raz tylko widziała na zamkowym turnieju, jak rycerz podtrzymał podane mu przez damę palce.

„Ani ja dama, ani on rycerz…”

Mężczyzna jednak czekał wytrwale, a w jasnoszarych oczach nie było śladu kpiny. W końcu ostrożnie podsunęła mu dłoń.

Ujął ją z szacunkiem. Elena drgnęła, a serce zerwało się do galopu.

Dotyk był niezwykły: ciepły, a jednak kojąco chłodny; delikatny, a jednak pełen ukrytej siły. Wszystkie włoski na przedramieniu uniosły się jak od wełnianego koca w mroźny dzień. Powietrze w izbie wypełniła żywiczna woń przywodząca na myśli jakieś nieznane zioła, o wiele szlachetniejsze od tych z jej ogrodu.

Zdumiona wypuściła powietrze z lekkim westchnieniem. Wpatrzona w gładkie palce zapragnęła więcej ich dotyku. Nie tylko na swojej dłoni.

Ukłucie winy sprawiło, że cofnęła rękę. Mężczyzna usiadł na stołku i uśmiechnął się szeroko.

Opuszki wciąż przyjemnie mrowiły. Potarła je z tęsknotą.

Sumienie nie poddawało się:

„Czy to chęci godne mężatki?”

„Ale… to nieprawdziwe przecież… Ja śnię.” – odpowiedziała sama sobie.

„O Manuelu śnić powinnaś!”

„Omamy te nie z mojej woli…”

„A jeśli to nie omamy?!”

Dreszcz ją przeszedł, ale szybko wspomniała, jak zupę uratował.

„Głupiaś. Oczywiście, że sen!” – zdecydowała. „Ułuda bez znaczenia!”

Odsunęła od siebie resztki niepokoju i podeszła z kubkiem wody do siedzącego gościa. Zamiast wręczyć mu naczynie, sama je przytknęła do jego uśmiechniętych warg.

Zapatrzyła się w jego twarz i zasłuchała w rytmiczny odgłos przełykania. Odgarnęła niesforny kosmyk jasnych włosów z mokrego czoła.

„Spocona jak koń przy pługu…” – skrzywiła się.

Oczy mężczyzny jednak błyszczały, jakby podziwiał najpiękniejszy obraz. Przy tym spojrzeniu wzrok Manuela nagle wydał się nijaki – jakby dla męża była jedynie bryłą żelaza. Owszem kształtną, przydatną i do wykucia dobrą, ale tylko bryłą. Uświadomiła sobie niesprawiedliwość tej myśli, ale w narastającej radości ukłucie sumienia szybko zniknęło.

Założyła włosy za ucho. Widząc, że Árimel obserwuje jej palce z zaciekawieniem, wolnym ruchem przesunęła opuszkami po swoim policzku. Sięgnęła do szyi, mężczyzna znowu podążył wzrokiem za jej dłonią. Ta ześlizgnęła się niżej, aż w końcu doprowadziła spojrzenie na sam skraj dekoltu camisy.

Tu przewodniczce zabrakło śmiałości i dalej wzrok Árimela ruszył już sam. Sunął w dól po tkaninie uniesionej piersiami. Pokonał strome zbocze i dotarł na sam szczyt – tam, gdzie przez wilgotny len prześwitywała czerwień. Oczarowany długo podziwiał widok.

Elena niemal odczuła to spojrzenie na skórze, a tyle w nim było uwielbienia i szacunku, że nawet nie wydało się aż tak niestosowne. Tak można było patrzeć na różowe kwiaty migdałowca za domem rozświetlone ostatnimi promieniami słońca.

Uwierzyła w ten zachwyt i we własną urodę. Wyprostowała się, a piersi dumnie naparły na len. Wypełniły ją chęci tak silne, że aż coś w głębi zacisnęło się. Wezbrana wilgoć ruszyła w dół miękką falą i wtargnąwszy między wrażliwe płatki, otuliła je ciepłem.

Ręka sama sięgnęła i pogładziła gładki, chłodny policzek mężczyzny.

Polano trzasnęło w palenisku, a przez palce przebiegły jakby iskry.

Elena wciągnęła powietrze. Kubek niemal wypadł z jej dłoni. Strumyki wody popłynęły po szyi Árimela na białą tunikę. Inne krople – gorące i miękkie – pociekły po wewnętrznej stronie ud. Odruchowo zacisnęła je, rozcierając łaskoczącą wilgoć po gładkiej skórze.

Spojrzał prosto w jej oczy. Inaczej niż wcześniej. Mocniej. Coś wsunęło się do jej duszy – ciepła, miła obecność.

„Jakże ten sen przedziwny…”

Zobaczyła w jego wzroku rozbawienie.

Ależ to wcale nie jest sen!

Zamarła, a jej oczy zrobiły się okrągłe. Mężczyzna nie otworzył ust, a przecież wyraźnie go usłyszała!

Wybacz, nie chciałem cię przestraszyć.

Znowu! Zabrała prawie pusty kubek i cofnęła się. Zaśmiała się. Spoważniała. Teraz była już całkiem pewna, że śni, mimo że wszystko wydawało się całkowicie prawdziwe.

– Czy wy… przed chwilą…? – zapytała w końcu. – Jakby… w mojej głowie?

 Árimel otarł usta.

– Musiałem zerknąć. Twoje lico gładkie i kształty piękne nad podziw, ale żar w sercu i zmysłach urzeka jeszcze mocniej.

Z głośnym stukiem odłożyła kubek na stół.

– Żar…? Jak to? To nie jeno w głowie mi gadacie, ale na myśli się gapicie? – Oparła dłonie na biodrach. – Jakże to tak, „szlachetny” Árimelu?

– Przyznaję, Eleno, że nieprzystojne to zachowanie. – Uśmiechnął się, ale zupełnie bez skruchy. – Twój gość raz jeszcze o wybaczenie prosi.

– Zaprawdę! Do domu wpuścić, a w rozum się wpycha! – Pokręciła głową.

Czuła, że wciąż tam jest. Pomyślała o pogrzebaczu – o wbijaniu go raz po raz między nogi gościa.

Mężczyzna roześmiał się.

– Nie zrobiłabyś tego, Eleno. Twoje serce zbyt mi przychylne… – Kobieta zmarszczyła groźnie brwi. – Och, nie patrz tak! Nie tylko serce przecież…

Otworzyła oczy, oszołomiona. Wiedział, jak bardzo jej ciało skłania się ku niemu. Wiedział, że do reszty jest rozpalona jego natarczywym spojrzeniem.

Ale jakże to – na to obnażenie jeszcze milej w brzuchu się zrobiło?

Policzki zapiekły. Żar w duszy rozgorzał gwałtownie, jakby ktoś na miech nacisnął z całych sił.

Szybko zaczęła recytować przepis na zupę, starając się ignorować wilgotne gorąco między udami.

Skinął głową z uznaniem.

– Pomysłowe, ale jakże niepotrzebne! – Przyłożył rękę do piersi. – Serce aż wzbiera zachwytem na twe myśli. Bardziej niż na wdzięki pod camisą skryte. Po co takie piękna zasłaniać?

I tak jak wcześniej, kiedy zakrywała się ścierką, ogarnął ją wstyd, że radości odmawia gościowi. Zadrżała z dumy, że tak cudna dla niego jest, i z chęci, by jeszcze głębiej w jej myśli sięgnął.

– Znowu urok rzucacie! – Tupnęła nogą. – I po co? Wszystkie te… te ciągoty dziwne… To nieprawda! To wasze czary jeno!

Árimel zmarszczył brwi.

– O nie, nadobna Eleno! – Uniósł palec. – Ja nikomu żądz nie daję. – Wstał. – Ja jedynie luzuję więzy, którymi na co dzień są spętane. Przy mnie pragnieniom łatwiej się uwolnić, ale one wszystkie są wciąż twoje.

Patrzyła surowo, ale całe ciało trzęsło się z ochoty. Piersi unosiły się gwałtownym rytmem, w żyłach płynął ogień. Mężczyzna przyciągał ją jak słodki nektar najbardziej wygłodniałą pszczołę. Chciała się odsłonić, w pełni wystawić na jego wzrok i na jego myśli. Chciała dotykać i być dotykaną.

„Naprawdę moje…?”

Powoli do niej docierała prawda w słowach Árimela. Te chęci były jej.

„Jeno…”

Potarła obrączkę. Wiedziała, że powinna czuć wyrzuty sumienia. Pomyśleć o… Nie, nie teraz. Przysięgła wierność… ale we śnie przecież to nie ma znaczenia. Kiedy się obudzi, znów będzie szczęśliwą i oddaną żoną. Ale zanim to nastąpi…

Zadrżała, opanowana narastającą żądzą. Gorące wnętrze drgnęło, a kolejne krople wydostały się na zewnątrz.

Árimel spojrzał przelotnie w dół – dokładnie w to miejsce, gdzie załaskotało.

– Jesteś doprawdy bardziej gościnna, niż mi się na początku zdawało, ale jeśli uważasz, że to jedynie urok, będzie lepiej, jeśli pójdę…

Ruszył w stronę drzwi.

– Nie! – Stanęła mu na drodze. – Zostańcie, por favor! Już wam wierzę…!

Spojrzał uważnie i pokręcił głową.

Widzę przecież, że nie do końca…

– Bo jakże w cuda takie wierzyć? Ale… nie dbam już, co prawda, a co nie. – Chwyciła go za ramiona. – Por favor… Spocznijcie!

Nie opierał się, kiedy posadziła go na stołku, tylko patrzył bez słowa. Elena uniosła lekko koszulę i stanęła nad nim w rozkroku.

– Nie możecie teraz odejść – szepnęła. – Nie pozwolę wam. Jawa czy sen… – Pogładziła jego policzek. – Jakże to się godzi… sumienie luzować, a z uwolnionymi chęciami samą zostawić? Chcecie, co bym z żalu do studni się rzuciła…?

Z całych sił wyobraziła sobie, jak Árimel znika w drzwiach. Natychmiast w skroni zapiekło. Z sercem ściśniętym bólem odmalowała w myślach głębinę studni. Nachyliwszy się nad krawędzią, już niemal chłód poczuła na policzkach.

Twarz mężczyzny złagodniała.

– Skoro tak, to chyba zostać muszę…

Z radości chciała go uściskać i przylgnąć doń całą sobą.

Árimel przechylił głowę i zapytał:

– Eleno, czego pragniesz?

– Ja jeno… – Wzruszyła ramionami. – Po prostu patrzcie… jak wcześniej…

Przygryzła wargę i zacisnęła pięści. Serce biło jak młotem. Wypełniający ją żar pchał do działania, ale właściwie nie wiedziała, co i jak robić. Zsunęła nogi nieco bliżej, by udami dotknąć kolan mężczyzny. Delikatny powiew musnął wilgotną skórę i prześlizgnął się chłodem po rozchylonej kobiecości. Wsunęła dłoń w białą gęstwinę.

Westchnęła. Opięte mokrym lnem piersi zakołysały się przed Árimelem. Widziała, jak jego oczy natychmiast rozpalają się zachwytem.

Jeszcze się nachyliła, zanurzając ciało w ciepły oddech mężczyzny. Upajająca bliskość zakręciła w głowie. Nieśmiało dotknęła chłodnych policzków i czoła.

Zbliżył twarz.

Sapnęła, kiedy miękka warga dosięgnęła piersi. Usta objęły nabrzmiały sutek wraz z ciemną jak dojrzała wiśnia obwódką. Zacisnęła palce w białych włosach i gwałtownie wciągnęła powietrze pełne balsamicznego zapachu.

„Niepodobna…!”

Myśl utonęła w przyjemności. Gorąca pieszczota, mimo że stłumiona przez tkaninę, wydała się milsza niż wszystko, czego do tej pory doznała w łożu małżeńskim.

Klejnot rozkwita, rwanym tchnieniem drży…

Árimel rozchylił wargi szerzej. Język czule nacisnął materiał camisy.

Jęknęła, po czym zdziwiona szybko zasłoniła usta. Nacisk przesunął się. Zataczał szerokie kręgi w leniwym rytmie.

Zmysły i zachwyt w jedno splata ruch…

Oddychała coraz głośniej na wskroś przeszywana przyjemnością. Ciało drgnęło i zaczęło się poruszać jak trawa kołysana wiatrem. Obecność mężczyzny w myślach wsunęła się głębiej. Dotykał doznań jak skóry – z tą samą czułością i podziwem.

Smak ogniem płonie i słodyczą skrzy…

Szept w głowie był pełny absolutnego zachwytu – nie musiała rozumieć dziwnych słów. Zazdrosna ochota wypełniła drugą pierś. Natychmiast poczuła szarpnięcie, gdy Árimel pociągnął koszulę w dół. Patrzyła, jak przywiera do odsłoniętej czerwieni. Zadrżała, gdy wilgotne gorąco jeszcze mocniej przeszyło ją całą.

Zassał, wciągając nagie ciało głębiej. Przycisnął językiem twardy sutek do podniebienia i delikatnie potarł.

Aż pęka razem – i ciało, i duch.

Tej przyjemności Elena nie potrafiła już znieść.

Zacisnęła oczy, a oddech uwiązł w gardle. Nagły wybuch rozkoszy uderzył w nią niczym oślepiająca błyskawica. Kolana ugięły się pod naporem doznań. Przyciągnęła głowę Árimela.

Między udami gwałtownie napinały się mięśnie, o których istnieniu nawet nie wiedziała. W tym samym rytmie zaciskały się palce bosych stóp na kamiennej podłodze i dłoni wplecionych w białe włosy mężczyzny.

Z impetem strzaskała granicę, której nigdy nie mogła dosięgnąć – ciało zmieniło się w rozpaloną do białości rozkosz i rozpadło się na tysiąc kawałków. Na chwilę przestała istnieć, została jedynie pulsująca jasność.

Zamglona świadomość wróciła. Zdążyła usłyszeć ostatnie echo własnego jęku, a przyjemność dopalała się w ostatnich skurczach. Dysząc, wsparła się na ramionach Árimela.

„Santa Virgencita…! Umarłam!”

„Ale jakże cudnie!”

Usłyszała śmiech. Mężczyzna wciąż trzymał ją w talii.

– Zaręczam ci, że żyjesz. Bardziej niż kiedykolwiek.

Rozwarła oczy.

„Ale jakże to?!” – Wyprostowała się i poprawiła camisę. – „Więc to tak stać się może?… A na dole nawet nie tknął. Jeno skosztował…”

Wpatrywał się w nią intensywnie.

Jakże ten smak wyborny…

Zauważyła głód i przeszył ją dreszcz. Powinna przecież zadbać o dostojnego wędrowca.

– Już ja was ugoszczę, Árimelu… – wykrztusiła. – Jeno oddech złapię…

Otarła kroplę potu, zanim ta kapnęła z jej nosa. Spojrzała w kierunku ścierki.

Zmarszczył brwi.

– Wytarłabyś poranną rosę z kwiatu? Ścierką?

Zaśmiała się. Palce mężczyzny gładziły jej policzki. Wciągnęła głęboko ciepły żywiczny zapach. Zapomniała o upale, zmęczeniu i przepoconej camisie. Spijała uwielbienie z szarych oczu i upajała się nim.

Sięgnął do wstążki i rozwiązał ją.

Potrząsnęła głową, by rozrzucić włosy z dumą. W całej okolicy tylko ona miała takie – jak łan dojrzałej pszenicy. Owszem, teraz łan po gradobiciu i lepiący się do spoconej skóry, ale Árimel dotykał go z najwyższym zachwytem i czułością. Przemknęła jej przez głowę niepokojąca myśl, że te odsłonięte włosy są dla kogoś innego.

Nie usłuchała.

Kolana miękły coraz bardziej.

– Wybaczycie śmiałość…? – szepnęła.

Usiadła, zanim odpowiedział. Uśmiechnął się i złapał ją w talii.

Najbardziej miękkie miejsce spoczęło na najtwardszym.

Gwałtownie nabrała tchu.

Jego ręce mocniej przyciągnęły do siebie. Kobiecość ugięła się pod rozkosznym naporem i rozchyliła szerzej. Poczuła rozlewające się gorąco. Niepokój o tkaninę przebił się przez przyjemność.

„Całkiem calzas mu popsuję… ”

Usta Árimela drgneły.

To przecież ozdoba najpiękniejsza…

Zakołysała biodrami. Pełne wilgoci wnętrze już nie prosiło, ale żądało wypełnienia.

Uniosła się.

Nie odrywając wzroku od wygłodniałych oczu, sięgnęła do sznura na biodrach. Rozwiązawszy go, niecierpliwie spojrzała w dół. Przechyliła głowę.

Był smukły, gładki i pełen chęci. Uśmiechnęła się. To do niej unosił się tak wysoko. To jej uroda sprawiła, że jasna skóra aż błyszczała od napięcia.

Ujęła go dłonią. Milszy niż najlepszy atłasowy czaprak! Lgnął do jej palców, jakby chciał się w nie wtulić. Ścisnęła. Drgnął i jeszcze nabrzmiał, a na wierzchołku zalśniła kropla wilgoci.

Ugięła kolana i opadła na niego.

Wypełniła ją cudowna rozkosz.

Oczy Árimela zajaśniały.

W izbie zerwał się wiatr. Camisa załopotała. Iskry buchnęły z paleniska i zawirowały wokół stołka. Nie gasły, ale migocząc, krążyły coraz szybciej. Tak samo jak przyjemność na dole pod koszulą.

Męskość w niej była jednocześnie gorąca i chłodna; twarda jak krzemień i delikatna jak aksamit. Oderwała stopy od podłogi, przylgnęła całą sobą i naparła – wnętrze poddało się, by przyjąć więcej, a rozkosz jak gęsty miód docierała coraz głębiej.

W końcu Elena znieruchomiała i po prostu chłonęła odczucia. Nawet obecność Árimela w umyśle zastygła pełna podziwu dla burzy zmysłów.

Dłonie trzymające ją w talii co chwilę przebiegało drżenie, ale czekały cierpliwie, aż kobieta sama zapragnie więcej.

Zapragnęła.

Bose stopy wsparła o kamienie podłogi. Kolana i biodra ożyły. Po raz pierwszy to ona sama ruchem szukała przyjemności. Jej ciało nadawało rytm, jej biodra decydowały, jak głęboko sięgnie przeszywająca ją męskość. I choć szło jej niewprawnie, fale rozkoszy raz po raz wyciskały z ust głośne westchnienia.

Árimel tylko podtrzymywał i wodził zachwyconym wzrokiem: od włosów tańczących przy twarzy, przez piersi napierające na len aż po rozkołysane biodra.

Wiatr w izbie nabrał sił, iskry rozjarzyły się mocniej. W głowie usłyszała słowa. Ich strumień układał się w dziwną, ale piękną melodię pełną urzekającego podziwu. Mimo gorąca i rwanego tchu Elena z coraz większą łatwością unosiła się i opadała, zupełnie jakby z każdą chwilą mniej ważyła.

Lekkość w brzuchu narastała, zmierzając do gardła. Elena zmarszczyła brwi, bo za każdym razem opadała wolniej.

Aż w końcu nie opadła wcale.

Zamrugała zdziwiona i rozejrzała się. Unosili się razem ze stołkiem dwa łokcie nad podłogą, a jej włosy płynęły dookoła, jakby była zanurzona w wodzie!

Nie poczuła strachu, a jedynie niecierpliwość.

„Jakże mi teraz galopować?”

Árimel uśmiechnął się.

Wybacz, taką moc wyzwalasz, że nie całą opanować mogę…

Dłonie złapały ją za pośladki i z zaskakującą siłą poruszyły nią w górę i w dół, a rozkosz znów wypełniła wnętrze.

Z rozwianymi włosami wznosili się coraz wyżej. Stołek porwany wiatrem okrążył izbę i huknął w coś z trzaskiem. Árimel nasuwał ją na siebie w narastającym rytmie.

Rozrzuciwszy ręce, odchyliła się do tyłu. Wiatr chłodził skórę, a przyjemność zmieszała się z niepowstrzymaną radością. Roześmiała się w głos.

Obecność Árimela w umyśle stała się wyraźniejsza.

Uniósł ją jeszcze wyżej. Przycisnął do sufitu i unieruchomił. Twarde belki wydały się bardziej miękkie niż najlepsza poduszka, ta z rozmarynem w sianie. Westchnęła.

Przed oczami miała piękną twarz, a białe włosy rozlały się szeroko jak promienie słońca. Gdzieś daleko widziała izbę, a w niej roztańczone ogniki.

Szarpnęła się nie po to, by się wyrwać, ale by poczuć, że nie mogłaby. Rozkoszując się bezsilnością, w pełni poddała się ruchowi jego bioder. Rytmiczną pieszczotą odnajdywał w niej najpiękniejsze, najwrażliwsze miejsca.

Przyjemność narastała w niej coraz szybciej. Rozpędzona w stronę najpiękniejszej granicy, czuła, że nic już jej nie zatrzyma.

Árimel spojrzał łagodnie. Źrenice drgnęły, po czym znieruchomiały w skupieniu.

W nagłej ciszy uderzyła w nią fala jego odczuć. Otworzyła usta.

Porwały ją emocje o niepojętej, wręcz niszczycielskiej sile. Kolory stały się tak głębokie i intensywne, że mogłaby stracić wzrok. Dusza zmiażdżona zachwytem utonęła w euforii. Własne myśli uniesione wiatrem zawirowały razem z iskrami w izbie.

Z trudem łapała oddech.

Nawet nie próbowała pojąć ogromu uwielbienia. Jakżeby mogła objąć cały las, gdy ramiona z trudem sięgały jednego drzewa? Własne doznania zapłonęły jego żądzą. Do rozkoszy twardego wypełnienia dołączyła inna – otulająca miękkość własnej kobiecości. Poczuła, jak zniewalający dla niego jest dotyk jej ciała – gorąca, ciasna i wilgotna pieszczota przy każdym najmniejszym ruchu.

Widziała siebie jego oczami. Nie włosy – ale łan złotej przędzy w idealnym nieładzie. Nie twarz – ale urzekające piękno gładkiej skóry i szkarłatu rumieńców. I prawdę mówił – każda kropelka potu spływająca po czole błyszczała mu piękniej niż rosa.

Zanurzona w jego doznaniach poznała, jak zachwyca go błękit jej oczu, jak upaja się każdą najbardziej intymną nutą zapachu jej ciała. Zrozumiała, że w plamie na jej brodzie widzi, jak po krojeniu morcilli otarła dłoń. A w bliźnie na skroni czuje tamten ból, gdy spadła z konia i uderzyła w kamień!

Zadrżała. Rozszalała burza odczuć Árimela zapierała dech. W samym środku ona – wyjątkowa, jedyna i najpiękniejsza.

Zamknął oczy. Jego myśli i doznania zniknęły. Zamrugała rozczarowana nagłą pustką, ale już po chwili zanurzyła się na powrót we własnej tylko przyjemności.

Ciało mężczyzny napięło się, a biodra naparły mocniej. Belki sufitu zaskrzypiały.

Sapnęła, gdy nagle wypełniło ją gorąco. Jakby promienie słońca wtargnęły do jej ciała. Blask wlewał się w nią, raz po raz rozświetlał drżące wnętrze, rozpływał się dalej, aż sięgnął nawet włosów i paznokci. W powodzi zmysłów ledwie poczuła dwa szarpnięcia – w skroni i w dole brzucha. Coś przesuwało się, zmieniało, napełniało ulgą. Ból głowy zniknął.

Dysząc, ujęła dłońmi twarz Árimela. Oplotła jego biodra nogami, przywarła z całych sił.

Jęknęła. Oślepiająca rozkosz wybuchła między udami. Napięła każdy mięsień. Nie mogła oddychać, ale tym razem kurczowo chwyciła się świadomości. Nawet na chwilę nie odrywała wzroku od szarych oczu. Chciała być z nim jak najdłużej, by razem z nią smakował każdy skurcz, by widział, jak jest jej dobrze.

Kolejne fale ognia wstrząsały nią coraz mocniej.

Árimel uśmiechnął się, a świat spłonął w ekstazie i zniknął.

Ciemność. Bardziej przytulna niż kiedykolwiek.

Ktoś woła. Niepotrzebnie. Jest przecież dobrze.

Coś szarpie.

„Och, po co tak?…”

Z oddali pojawia się gorąco. Powietrze wypełnia zapach zupy. Na policzku twardy kamień.

Znów krzyk.

Ciężar powiek. Błysk światła. Rozmyta, pełna strachu twarz.

Zamrugała, a Manuel odetchnął głęboko.

– Bendito San Eloy! – przyłożył ogromną dłoń do piersi. – Żyjesz!

Uśmiechnęła się słabo.

– I co tak krzyczy…? – szepnęła. – Co bym żyć nie miała…

Manuel roześmiał się z ulgą. Przytulił ją i pomógł usiąść.

– Mi corazón– Dotykał ostrożnie jej twarzy. – Ja już myślałem… myślałem…

Nagle Elena wyprostowała się.

– Moja głowa!

– Znowu? Ech, zrobię okład…

– Nie! Właśnie nie boli! – Przytknęła dłoń do czoła. – Nic a nic… Jakie to dziwne…

– A, to dobrze… ale i tak cię położę.

– Nie, nie trzeba! – powiedziała, machając ręką. – Naprawdę, nie…

Nie pozwolił jej skończyć. Podniósł ją bez wysiłku, a ona przytuliła się do niego. Gęsta, pachnąca dymem kuźni broda załaskotała przyjemnie. Znajome ciepło rozlało się w środku.

Znad ramienia rozejrzała się po kuchni. Wszystkie stołki stały równo. Na półce koło okna nie brakowało żadnego kubka.

„Gracias a Dios!” – Oddychała z coraz większą ulgą. – „Cóż to był za sen szalony…”

Idąc do alkierza, Manuel mamrotał z wyrzutem:

– W taki upał gotować! Już ja ci pokażę! Garnki będę chował…

Zaśmiała się.

– No, ale cieszysz się? – zamruczała mu do ucha. – Twoja ulubiona…

– Cieszę, cieszę. Jeno żeby mi to było ostatni raz! – Ułożył ją na łożu. – Teraz odpocznij. Cydru przyniosę…

„Mój Manuel…” – Pogładziła jego dłoń z wdzięcznością, ale w sercu coś bolało. „Jak ja tak śnić mogłam…?”

Kiedy zniknął w drzwiach, westchnęła, układając się wygodniej. Dotknęła ręką skroni i potrząsnęła głową.

„Ulga niebywała!”

Poczuła wilgotne mrowienie na dole.

„No tak. To przez ten sen.”

Kiedy Manuel wrócił, wzięła od niego kubek. Rześki smak zaszczypał w język; w nosie zakręciło, aż łzy stanęły w oczach.

– Gracias, mi amor! Już mi całkiem dobrze. Nakrój chleba, por favor…

Skinął głową, pogłaskał jeszcze jej włosy i wyszedł.

Kiedy dopiła, otarła usta i wstała. Wtedy dopiero poczuła, jak między udami jest pełna wilgoci. Ciepło zaczęło wypływać, więc sięgnęła po skrawek czystego płótna. Zerknęła ostrożnie w stronę wejścia. Szybkim ruchem podciągnęła camisę i wytarła gorące ślady niestosownych myśli.

„Całkiem mnie te omamy przemoczyły!”

Zmięła w dłoniach wilgotną tkaninę i rzuciła pod łoże. Mimo ulgi, że dziwny gość okazał się wyśniony, czuła niepokój – na zbyt wiele sobie w marzeniach pozwoliła.

Odetchnęła głęboko i z uśmiechem podbiegła do Manuela, który właśnie kończył kroić grube pajdy.

Spojrzał na nią surowo.

– Radość ci chciałam sprawić…

– Sprawiłaś. Przy furtce, kiedy zapach poczułem – powiedział, po czym wskazał na podłogę przy palenisku. – Ale potem… – Pokręcił głową. – …prawie sam koło ciebie ległem.

Wiedziała, że tak naprawdę nie był zły. Mimo to jej głos zabrzmiał niemal z rozpaczą:

– Czy wybaczysz mi, Manuelu? Por favor… –  Przełknęła ślinę. – Nie sądziłam… Ja… ja nie chciałam…

Mężczyzna zmarszczył brwi.

– No wiem, wiem… – Położył dłonie na jej ramionach. – Nie gniewam się, jeno martwię o ciebie. A zupa cieszy mnie ogromnie.

Objął ją mocno. Przylgnęła do szerokich ramion, czując, jak dziwny niepokój słabnie. W końcu Manuel odsunął się i zapytał:

– Kiedy omdlałaś, uderzyłaś się gdzie?

– Chyba nie… Nie pamiętam…

Obejrzał ją dokładnie, a potem zaczął obmacywać głowę. Elena uśmiechnęła się. Jego palce były przyjemnie twarde i ciepłe.

– Żadnego guza! Toż to cud! – stwierdził w końcu.

– Poszukaj jeszcze… może niżej gdzieś?

Oczy mu zabłysły i jeszcze sprawdzał – szyję, ramiona, plecy. Kiedy ścisnął pośladki, zachichotała i wyrwała się.

Podeszła do garnka i nałożyła zupy do misek. Dla męża dwakroć więcej.

– Teraz zjedz, marido mío. Niech ci da zdrowie i siły.

Manuel nachylił się nad miską i wciągnął aromat.

– Takiego zapachu na królewskim stole nie znajdziesz!

Nabrał pełną łyżkę i włożył do ust. Przymknął oczy i zamruczał.

Kiedy przełknął, roześmiał się w głos, a potem nabierał kolejne, przegryzając chlebem i kiwając głową.

Elena wyprostowała się i patrzyła z szerokim uśmiechem, jak ogromny kawał morcilli znika w ustach męża. Z każdą pełną bobu łyżką w bujnej brodzie zostawało coraz więcej pietruszki.

Widok radości ukochanego przegonił resztki niepokoju. Obrazy ze snu szybko parowały z myśli, a sumienie mniej doskwierało.

– San Eloy, co to za uczta! – wykrztusił w końcu. – A ty? – Wskazał jej miskę.

Posłusznie przyciągnęła naczynie i zaczęła jeść. Zupa wyszła wyjątkowo dobrze, ale Elenę powoli wypełniał inny głód. Słuchała z dumą, jak mąż wychwala smak, a w jego oczach widziała wdzięczność. Kiedy opowiadał, co w kuźni dziś się wydarzyło, rubaszny śmiech brzmiał jak muzyka.

Wpatrzona w szerokie ramiona Elena po raz kolejny poczuła ciepło między udami. Tym razem to Manuel sprawiał, że nowa wilgoć – radosna i niecierpliwa – wypełniła jej wnętrze.

Podsunęła mu własną miskę z resztą swojej porcji i wiercąc się, czekała, aż zje.

– Palce lizać, mi corazon! – Skórką chleba wygarniał resztki. – Jeszcze lepsza niż ostatnio.

Elena podeszła wolnym krokiem, pogładziła włosy Manuela.

– Nawet nie wiesz, jaka to radość dla mnie.

Wpatrzyła się w ciepłe brązowe oczy. Przez moment zobaczyła inne, szare i głębokie.

Zamrugała szybko i zniknęły.

Manuel złapał ją za pośladek.

– Chodźmy do łoża! – Wstał.

Powstrzymała go dłonią.

– Zaczekaj…

Nacisnęła mocniej. Zmarszczył brwi, ale usiadł.

– Na co?

– Cii… – Unosząc camisę, przyłożyła mu palec do ust.

Usiadłszy mu na kolanach, zaczęła wyjmować kawałki pietruszki z brody.

– Czy jeno w łożu żoną twoją jestem?… – Patrzył na nią z bliska jak urzeczony. – Na stołku też nią być mogę…

Poczuła na udzie twardość. Poczerwieniał na twarzy.

– Na stołku?

Wyjęła ostatni listek ziela i pocałowała go w usta.

– Nie chcesz? – zapytała szeptem.

– Chcę, ale… – Rozejrzał się. – Okiennice może zawrę…

– A kto by tu zaglądał…

„A nawet jeśli… Niech patrzą!”

Manuel nie odpowiedział. Sięgnął w dół i zaczął rozpinać pas. Uniosła się i zarzuciwszy mu ramiona na szyję, czekała. Kiedy skończył, złapał ją i ściągnął w dół. Wnętrze, gotowe bardziej niż kiedykolwiek, przyjęło męża z łatwością.

Sapnął i uniósł brwi.

– No, no! Aż taka ochotna?

Sen znów błysnął w umyśle. Sumienie zaciążyło.

Przełknęła ślinę.

– Tęskniłam… kiedy gotowałam.

Ogromne dłonie zacisnęły się na pośladkach. Zapiekło, gdy silne palce wbiły się w ciało. Westchnęła z lubością i ruszyła ostrożnie stępa.

Rozkosz we wnętrzu natychmiast zapłonęła. Ten sam ogień błysnął w oczach męża. Uśmiechała się, coraz śmielej unosząc się i opadając. Odczucie było inne niż we śnie. Manuel był większy i gorętszy, choć tamten…

„Nie!”

Potrząsnęła głową, by pozbyć się wspomnień. Skupiła się na pełnej zachwytu twarzy męża.

– Elena… – szepnął z podziwem.

Ośmielona, mocniej zakołysała biodrami i przyśpieszyła do kłusu. Manuel jęknął, po czym zaśmiał się z niedowierzaniem.

– Za szybko? – zapytała przekornie.

Zamiast odpowiedzi przyciągnął ją bliżej. Szerokimi ramionami pozbawił tchu, jego resztki wyssał pocałunkiem.

Odpychała się, by łapczywie wciągać oddech. Z lubością oddawała go chciwym ustom. Otoczona zapachem dymu i zupy raz po raz zanurzała twarz w szorstkiej gęstwinie. W dłoniach męża czuła rosnącą żądzę. Z dumą przeszła w galop, a pot na powrót zwilżył camisę mimo wieczornego chłodu od okien.

Manuel dyszał coraz głośniej i pomrukiwał. Wyczuł zmęczenie jej nóg i chwycił talię jak w imadło. Z jego pomocą unosiła się wyżej i opadała gwałtowniej. Stołek skrzypiał głośno.

Gdzieś po dnie duszy przemknęło wspomnienie innego lotu, ale ona już nie zwróciła na nie uwagi. Upojona przyjemnością uśmiechała się do męża. Jedną dłonią chwyciła krawędź stołu, drugą ujęła policzek.

Puściła się cwałem. Czuła błogą, płynną lekkość, jakby żar roztopił ją w środku. Pewność, że tym razem to ona wygra wyścig. Że rozkosz zaraz z niej wykipi jak z garnka na zbyt dużym ogniu.

Krzyknęła. Ekstaza wybuchła mocniej, niż się spodziewała. Ciało napięło się, a krzyk przeszedł w długi jęk.

Manuel otworzył usta ze zdumienia. Palce Eleny niemal wyrywały mu brodę.

Wnętrze zaciskało się raz po raz. Szarpała biodrami, by jak najmocniej odczuć kolejne fale przyjemności. Syciła się zachwytem w oczach męża.

W końcu spojrzenie zaszło mu mgłą. Wyprężył się i przycisnął ją do siebie. Tak mocno, że coś chrupnęło mu w barku. Poczuła, jak męskość w niej jeszcze nabrzmiała, po czym zatętniła gorącym rytmem.

Wlewało się w nią ciepło.

Napierali na siebie, stękając głośno. Wspólne spełnienie zupełnie ich przytłoczyło. Ledwie mogli rozkosz udźwignąć. Choć mięśnie omdlewały, chciała tak trwać bez końca – z płucami wypełnionymi oddechem męża i z jego dłońmi ślizgającymi się po spoconej skórze pod camisą.

Dysząc, opadli bez sił.

Długo jeszcze trwali w objęciach. Manuel szeptał jej do ucha. Słowa były proste i surowe, ale pełne czułości, a w niskim głosie wciąż brzmiał zachwyt. Słuchała uważnie, czasem przerywając pocałunkiem. Broda wydawała się miękka jak nigdy.

Kiedy zapadł zmrok, położyli się spać. Manuel zasnął szybko, a przytulona do niego Elena uśmiechała się.

Nie mogła uwierzyć, że ból głowy nie wrócił. Sumienie prawie przestało dokuczać. Skupiła się na cieple, jakie czuła gdzieś głęboko w sobie. Wypełniona nieznaną wcześniej ulgą i satysfakcją, zamknęła oczy.

„Może dziś…?”

Zasnęła z dłonią czule przyłożoną do brzucha.

Dwa spokojne oddechy splotły się w ciepłym powietrzu letniej nocy.

Kiedy księżyc zaszedł, w ciemności pod małżeńskim łożem coś zajaśniało. Na zmiętym i wciąż wilgotnym kawałku płótna widniało kilka plam dziwnego blasku.

Perłowe krople świeciły, póki nie zgasił ich blask poranka.

 

 

SŁOWNICZEK

adiós – do widzenia

Asunción – Wniebowzięcie (święto religijne)

bella patrona – piękna gospodyni

bella señora – piękna pani

Bendito San Eloy! – Na Świętego Eligiusza!

calzas – nogawice

camisa – koszula

cruel señora – okrutna pani

dama de cabellos claros – dama o jasnych włosach

Dios – Bóg

gracias – dziękuję

gracias a Dios – dzięki Bogu

hermosa patrona – piękna gospodyni

margarita – stokrotka

marido mío – mój mąż

mi amor – moje kochanie

mi corazón – moje serce

morcilla – kaszanka

noble señor – szlachetny panie

padrenuestro – Ojcze nasz

por favor – proszę

San Dionisio – Święty Dionizy

Santa Felicidad – Święta Felicyta

Santa Virgencita! – Święta Panienko!

señor/señora – pan/pani

 

 

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tags:
Blog Comments

O, z dawna nieczytany Unstableimagination! 🙂
Bardzo podoba mi się tytuł, który wprowadza w bajkowe, ludowe klimaty.
Jak cykl o magii krawieckiej brzmiał nutami francuskimi, tak dziś O żonie, która w upał gotowała zabiera nas trochę dalej na zachód, ku ziemiom niedawno zakończonej rekonkwisty. A że akcja rozgrywa się na podgrodziu w chacie kowala i nie widzimy dam ni butnych hidalgów, to w zamian dostajemy wierszowany przepis na zupę (mnam, mnam), dwa podwójne z unstableimaginationową delikatnością opisane orgazmy i dużą porcję zachwytu i cudownej miłosnej aury.
A więc coś z magii, z której ten autor uczynił swój znak firmowy.

Odpowiedz

unstableimagination

Dziękuję za komentarz, Tompie, a przede wszystkim za Twoją pomoc przy szlifowaniu tego opowiadania.
Zrobiłeś więcej, niż zakłada zwykła redakcja i korekta. Twoje spostrzeżenia, pytania i pomysły wycisnęły z mojego mózgu siódme poty.
Przekaż również pozdrowienia “Tompowym Usługom Wersyfikacyjnym sp. z o.o.” za wkład w melodię wierszowanego przepisu 🙂

Wkład „… sp. z o.o.” był tylko natychający. 🙂
Fajnie, że obaj odbieramy wspólną pracę jako przyjemność.

Santa Virgencita! Ale opowiadanie!

Czytając je niemal fizycznie czuje się upał przy gotowaniu, woń poszczególnych składników, a potem… wszystko co miało miejsce od momentu pojawienia się białowłosego wędrowca.

Wszyscy bohaterowie występujący w utworze: Elena, Árimel, Manuel przedstawieni z życzliwością i autentycznym ciepłem. Polubiłam ich. Árimel, niczym antyczne bóstwo, wprawdzie wykorzystał Elenę, ale zostawił też dary: uleczył jej głowę i tchnął nowe życie w małżeństwo.

Pytanie tylko, kto będzie ojcem dziecka, które zostało tego dnia poczęte?

Piękne opowiadanie!

Odpowiedz

unstableimagination

Kto będzie ojcem dziecka? To bardzo dobre pytanie, ale nie odpowiem. 🙂
Dziękuję gorąco za przeczytanie i za tak miły komentarz!

Piękne opowiadanie, bardzo mi się podobało.

Odpowiedz

unstableimagination

Dziękuję! Bardzo się cieszę, że zaglądnęłaś! 🙂

Unstableimagination, za rzadko u nas publikujesz!

A ten utwór tylko to potwierdza. Domyślam się, że to część większej całości, ale doskonale działa również jako standalone. Poza tym, że kompletnie nie wiem, kim w końcu jest Árimel – dobrym duchem, bóstwem, czarnoksiężnikiem? Ale owa wiedza w ogóle nie jest tu potrzebna 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Odpowiedz

unstableimagination

Dziękuję, że znów mogłem się tu pojawić!
Zgadzam się, że mimo najlepszych chęci pisanie idzie mi zbyt powoli.
Bardzo podoba mi się Twój i Lamii odbiór Árimela. Przychodzą mi do głowy jeszcze inne określenia – niekoniecznie wszystkie pozytywne.

Hmmm… duch złośliwy, coś w rodzaju Lokiego?

Pozdrawiam
M.A.

Odpowiedz

unstableimagination

Moim zdaniem te dwa pasują równie dobrze jak dobry duch czy bóstwo antyczne 😉

Muszę się do czegoś przyznać: jak nie mam na śniadanie pieczywa, to zaczynam czytać opowiadania Unstablesa i od razu dostaję wypieków. Nie wiem, jak on to robi, ale jakoś tak na mnie działa. Jedynie mogę mieć pretensje, że tak rzadko publikuje i ciężko dostać świeże bagietki na jajochlebki.

Nie będę pisać elaboratów o namacalności tego upału, cudownie oddanym klimacie Ameryki Łacińskiej lub hiszpańskiej prowincji czy przeraźliwie prostym i zarazem pochłaniającym jak bagienko punkcie wejściowym, jakim jest codzienne gotowanie obiadu. Również nie będę powtarzać się o tym, jak słodki jest (kolejny raz) sposób opowiadania, jaki nazwałam niegdyś „czekoladkami z chilli”. Opisy doznań są wspaniałe – nieskupione na wymianie didaskaliów wymiany płynów ustrojowych, lizaniu i innych a emocjach i metaforach, które wgryzają się głęboko w skórę.
Powiedziałabym, że pod tym względem Unstableimagination to takie przeciwstawne spektrum twórcze.

I ciężko mi się przez to do czegoś naprawdę doczepić, chociaż jest kilka drobniutkich mankamentów raczej wynikających z preferencji twórczych (choćby czy potrzebowaliśmy aż dwóch stosunków w tak krótkim tekście?). Po prostu dobrobyt (albo darmowe kajzerki) zepsuły mój narzekometr i będę potrzebowała go na nowo kalibrować.

Niemniej, gratuluję i liczę na kolejne (wy)twory tej niepohamowanej wyobraźni.

Pozdrawiam,

Androidka’

Odpowiedz

unstableimagination

Od dawna jestem wielkim fanem komentarzy Androidki.
Żadnemu nie przepuszczę, a te odnośnie moich tekstów trzymam w specjalnej gablocie.
Wszystkie czytam uważnie, ale i ostrożnie, bo bywa bezlitosna w przyprawianiu ich na ostro.
Widziałem takie z posypką z tłuczonego szkła i gwoździ!
Dla mnie, Androidko, jesteś wyjątkowo łagodna, a tym razem nawet zepsuł się Twój narzekometr.
Dziękuje Ci za to!
Choć ta druga kapibara trochę żałuje, bo bolesne drogowskazy od Ciebie zawsze pokazują ścieżkę ku lepszemu.
Na przemycone pytanie, czy potrzebowaliśmy dwóch stosunków odpowie Manuel: Zdecydowanie tak!
Jeszcze raz dziękuję za wyjątkowe słowa.
Tego komentarza po wydrukowaniu można używać zamiast przytulanki!

Podpisuję się wszystkimi kończynami pod stwierdzeniem Megasa – za rzadko tu publikujesz., a chyba jedną opowiastkę w zanadrzu masz ( patrzę na Lol-a), a może się mylę.
Smak, forma, warsztat i przekaz. To się naprawdę bardzo dobrze czyta ( płynie) i nigdzie nie czuć zbytniego przedobrzenia. Wyważone, podane pysznie. Oj, jak bardzo chciałbym czytać takie dzieła.
Powiedzieć gratuluję, to za mało.
Przyznać się, że zazdroszczę kunsztu- trudno, ale… tak jest.
Czekam na więcej.
15/15

Odpowiedz

unstableimagination

Dziękuję Jammerze za tak miłe słowa. Tym bardziej że pamiętam, że nie przepadasz za fantasy.
Jeśli w tym tekście nie widzisz zbytniego przedobrzenia, to z pewnością zasługa Tompa.
Dobrze, że przypomniałeś mi o tamtej opowiastce. Raz już próbowałem ją przepisać dla NE. Być może czas znowu się z nią zmierzyć.

Leave a Comment