Opowieść helleńska: Demetriusz XXIII (Megas Alexandros)  4.44/5 (71)

40 min. czytania

Antonio Parreiras, „Fryne Hetera”

Demetriusz szybkim krokiem przemierzał wąskie uliczki Aten. Głowę miał pochyloną, ręce zaciśnięte w pięści. Nie zwracał uwagi na nielicznych przechodniów, ci zaś omijali go szerokim łukiem, instynktownie czując, że lepiej nie wchodzić mu w drogę. Kilka razy potrącił kogoś barkiem, lecz nawet tego nie zauważył. Ignorował również przekleństwa, które posyłali za nim potrąceni, choć w myślach ciskał znacznie bardziej plugawe. Zaciskał usta, a przecież miał ochotę krzyczeć.

Silnie wzburzony po tym, co usłyszał na wzgórzu Pnyks, nie potrafił uspokoić nerwów. Ach, jakże chciałby nie wierzyć własnym uszom! Miał jednak świadomość, że jego ojciec powiedział prawdę. Naprawdę postanowił sfałszować wyniki głosowania! Oszukać Lud Aten, pogwałcić święte prawa ustanowione przez Solona oraz Peryklesa! Prastary ustrój Miasta stał się wydmuszką – i to z winy Dionizjusza z Faleronu. Jego syn czuł, że ma własny udział w tej hańbie.

Upalne popołudnie ustępowało miejsca odrobinę tylko chłodniejszemu wieczorowi. Słońce pokonało już większość swej drogi po nieboskłonie i chyliło się nad zachodnimi wzgórzami. Jego blask nabierał czerwonego odcienia. O tej porze zdawało się, że ulice oraz ściany ateńskich domów spływają krwią.

Młodzieniec szedł przed siebie, bez wyraźnego celu. Zostawił za sobą nie tylko Pnyks, ale i dom Menandra, w którym czekał na niego przyjaciel oraz iliryjska kochanka. Czuł jednak, że nie potrafi do nich wrócić i opowiedzieć o tym, co się wydarzyło. W tej chwili najbardziej na świecie łaknął samotności. Nie była mu ona jednak dana.

Wyszedł na niewielki plac i stanął jak wryty. Z bocznej ulicy wylewała się kolumna zbrojnych. Nosili pancerze i hełmy, w dłoniach dzierżyli włócznie lub miecze, do lewych przedramion mieli przytroczone tarcze. Prowadził ich jeden z najemników w służbie Dionizjusza: Miltiades z Rodos. Na widok syna stratega dał znak podwładnym. Cały oddział zatrzymał się w miejscu.

– Bądź pozdrowiony, Demetriuszu – rzekł Rodyjczyk.

Młodzieniec nie odwzajemnił powitania. Przyglądał się uważnie ludziom Miltiadesa, usiłując pojąć, co się tutaj dzieje. Od czasu, gdy ojciec sprowadził do Aten swoich najemników, nie raz i nie dwa widywano ich na ulicach Miasta. Nigdy jednak w takiej liczbie – i do tego w pełnym rynsztunku bojowym. Wyglądało na to, że szykują się do regularnej bitwy. Falerończyk poczuł, że włosy jeżą mu się na głowie.

– Co to ma znaczyć? – zapytał tylko, wskazując na żołnierzy.

– Rozkazy dostojnego stratega – odparł Miltiades. – Spodziewa się, że demokraci spróbują wykorzystać Zgromadzenie Ludowe, by wywołać zamieszki. Mamy przegrupować się w okolicach agory i stamtąd obserwować sytuację. Myślę, że powinieneś udać się z nami. Będziesz bezpieczniejszy wśród ludzi twego ojca.

– Do tłumienia zamieszek wystarczą Scytowie – zauważył Demetriusz. – Czynią to przy pomocy pałek i batów, a nie włóczni i mieczy. Przestań więc kłamać i powiedz, jakie naprawdę masz rozkazy.

Rodyjczyk zacisnął wargi. W kilku krokach pokonał dzielący ich dystans.

– Posłuchaj, szczeniaku, bo chyba nie rozumiesz – warknął na tyle cicho, by nie słyszeli go inni najemnicy. – Ateny to gniazdo szerszeni, a twój ojciec właśnie w nie kopie. Jeśli na Zgromadzeniu coś pójdzie nie tak, za godzinę będziemy mieć tu wojnę wszystkich ze wszystkimi. Poleje się krew. Nie ciurkiem, ale rzeką. Musimy zdusić to w zarodku, nim pochłonie nas wszystkich. Nie pozwolę, byś pałętał nam się pod nogami, kiedy będziemy robić porządek. Nie pozwolę, by ktoś ściął ci tę ładną główkę. Dlatego udasz się z nami. Czy tego chcesz, czy nie.

Na potwierdzenie swoich słów chwycił Demetriusza za ramię.

– Muszę ostrzec Menandra i Raisę – odrzekł Falerończyk, próbując się wyswobodzić. Nadaremnie. Palce Miltiadesa zacisnęły się jeszcze mocniej.

– Nie ma na to czasu. Zapytam tylko raz: pójdziesz z nami z własnej woli czy mam kazać cię związać?

– Pójdę, ale pod jednym warunkiem. Poślesz jednego ze swych ludzi do domu Menandra. Niech go ostrzeże. Jeśli wybuchną walki, on i Raisa muszą znaleźć schronienie. Świątynia Tezeusza – tam będą bezpieczni. Nikt nie odważy się pogwałcić tego sanktuarium.

Rodyjczyk zastanawiał się przez dłuższą chwilę.

– Jeśli tego nie zrobię, będę musiał stale baczyć, czy nie próbujesz czmychnąć. Nie mogę sobie na to pozwolić… a zatem poślę dwóch ludzi – zdecydował wreszcie. – Odeskortują twego przyjaciela i dziewkę do świątyni.

– Zrób to. Teraz.

Miltiades odwrócił się i wezwał po imieniu dwóch najemników. Wystąpili z kolumny. Demetriusz opisał im, gdzie znajdą dom Menandra. Rodyjczyk poinstruował, co mają uczynić. Zasalutowali i zniknęli w jednej z uliczek odchodzących od placu.

– Jak widzisz, dotrzymuję słowa. Teraz twoja kolej.

Demetriusz skinął głową.

– Idę z wami. I przysięgam, że nie podejmę próby ucieczki.

– Ruszajmy więc. I tak zmitrężyliśmy tu zbyt wiele czasu.

* * *

Zanim Dionizjusz dotarł do Bramy Pireusu, stracił większość Scytów ze swego zaimprowizowanego oddziału. Demades i Fokion wraz z pozostałymi sympatykami oligarchii wycofywali się ze wzgórza Pnyks w przeciwną stronę, na pobliski Akropol. To strategowi z Faleronu przypadło najtrudniejsze zadanie: przedarcie się na południowy zachód, przez tłumy obywateli z początku zdezorientowanych, lecz z każdą chwilą coraz bardziej gniewnych. To była ciężka i krwawa robota. Ludzka ciżba naciskała ze wszystkich stron. Niezliczone ręce wyciągały się ku Scytom, szarpały ich za odzienie, wyciągały z szyku. Niektóre dłonie dzierżyły sztylety albo krótkie miecze. Jeden za drugim, strażnicy miejscy zaczęli umierać.

Tym, co go ocaliło, był pogłębiający się z każdą chwilą chaos. Choć demokraci mieli za sobą większość Ludu, przez długi czas nie byli w stanie nad nim zapanować. Nieskoordynowane ataki na eskortę Dionizjusza były odpierane, a uformowani w klin Scytowie przedzierali się coraz niżej i niżej. Wreszcie udało im się wyrwać ze wzgórza. Straszliwie skrwawieni, ruszyli w stronę Długich Murów łączących Ateny z portem. Ścigali ich nieliczni. Przynajmniej na razie.

Zgodnie z rozkazem stratega, przy Bramie Pireusu zgromadziła się połowa jego najemników – niemal setka gotowych do walki żołnierzy. Druga połowa, pod dowództwem Miltiadesa z Rodos, miała się zebrać w północnej części Miasta. Licząc się z możliwością wybuchu walk, Dionizjusz zaplanował szybką i zdecydowaną kampanię. Należało czym prędzej rozbić na wpół zorganizowane grupy demokratów, zepchnąć ich do defensywy i aresztować przywódców.

Nadchodzący wieczór zadecyduje o tym, kto będzie rządził w Atenach.

– Biegnijcie do koszar Scytów – rozkazał pozostałym przy życiu strażnikom miejskim. – Przekażcie wieść o wybuchu zamieszek. Hiperejdes i Demostenes podburzyli tłum. Musicie czym prędzej przywrócić spokój i praworządność!

Nigdy nie zaszkodzi zadbać o dodatkową dywersję, pomyślał, spoglądając na plecy oddalających się mężczyzn. Kiedy zniknęli mu z oczu, zwrócił się ku swoim najemnikom.

– Kiedy oni będą przywracać spokój oraz praworządność – zawołał z drwiną w głosie – my zetniemy głowy kilku wichrzycielom! Nie wezwałem was po to, by pieścić się z buntownikami. Ktokolwiek stanie nam dziś na drodze, musi zginąć! Nie miejcie litości dla młodych ani starych! Bijcie się dzielnie, a nagroda was nie minie. Ten, który przyniesie mi głowę Hiperejdesa, otrzyma pół talentu srebra! Tyle samo za czerep Demostenesa!

Odpowiedziały mu pełne entuzjazmu okrzyki. Uśmiechnął się zadowolony. Tych ludzi nie obchodziły racje ani prawa; nie zastanawiali się, kto w Atenach czyni słusznie, a kto niegodziwie. Nie zadawali zbędnych pytań, nie baczyli na skrupuły. Interesowała ich jedynie brzęcząca dźwięcznie moneta. Z tysiącem takich jak oni mógłby rządzić Miastem, nie oglądając się na nikogo. Lubił najemników.

– Ruszamy wzdłuż południowych murów – podjął, wskazując zakrwawionym mieczem kierunek. – Pełna gotowość bojowa! Obejdziemy Wzgórze Muz i uderzymy w miejscu, gdzie nikt się nas nie spodziewa. Jesteśmy zawodowcami, a oni to beznadziejni amatorzy. Rozniesiemy ich na ostrzach!

Wciąż wiwatując, sprawnie utworzyli kolumnę marszową. Dionizjusz przeszedł się wzdłuż niej, spoglądając żołnierzom w twarze. W ich oczach ujrzał coś więcej niż tylko chciwość – ujrzał żądzę mordu. Gdyby jej nie posiadali, mogliby zostać kupcami, rzemieślnikami albo rolnikami. Oni wszakże lubili zabijać. Dlatego właśnie stali przed nim, prezentując broń i dumnie prężąc torsy.

Dziś da im to, czego tak łaknęli. Krew i srebro. Pozwoli im ugasić głód, oni zaś przyniosą mu tron Aten.

* * *

Pchana przedwieczorną bryzą wypełniającą jej żagle, „Tisis” płynęła w stronę portu Aten. Pękaty korab ciął fale, co chwila unosił się i opadał, rozpryskując przy tym mnóstwo wody. Na pokładzie uwijali się marynarze. Ogromny Celt z wytatuowanym na niebiesko obliczem stał na dziobie, jedną ręką trzymając się relingu, drugą obejmując ramiona szczupłej, kasztanowłosej dziewczyny. Nie miał na sobie swej drogocennej galijskiej zbroi wykonanej z tysięcy zszytych ze sobą kółeczek. Została w jaskini na Eginie, w której ukrywał się przez ostatnie dni przed atakiem na święty okręg Artemidy. Może kiedyś po nią wróci. Szkoda, z pewnością przydałaby mu się w najbliższych godzinach.

U jego boku stała Korinna. Próbując utrzymać równowagę na chybotliwym pokładzie, spoglądała na zbliżające się z każdą chwilą Miasto. W głowie miała zamęt spowodowany szaleńczym pędem ostatnich wydarzeń. Martwiła się o ciężko rannego Aratosa i o swą kochankę, Ismenę. Cieszyła się na spotkanie z dawno niewidzianym ojcem, lecz czuła, że jej powrót do Aten sprowadzi na niego zagrożenie. Bała się natomiast współtowarzyszy podróży. Nie Brennusa – Celt bowiem udowodnił, że troszczy się o jej bezpieczeństwo. Jej grozę budzili pozostali. Niezwykła trójca, która zebrała się na rufie statku. Córka Demostenesa czuła na plecach ich pełne wrogości spojrzenia.

Piękny mężczyzna, który nienawidził jej ojca i chciał go ukarać, krzywdząc ją. Drugi, stanowiący jakby przeciwieństwo tamtego – o twarzy oszpeconej ogniem, jednooki. W świątyni widziała, z jaką łatwością odbiera życie. I wreszcie dziewczyna, niewiele starsza od niej samej. Korinna drżała na wspomnienie, jak tamta z miłym uśmiechem oznajmiła, że zabije Aratosa. Ile złożyła takich obietnic w swoim krótkim życiu? Ile z nich już spełniła?

– Dziękuję, że osłoniłeś mnie przed nimi – zwróciła się do Brennusa. Celt długo nie odpowiadał, pogrążony w zadumie. W końcu rzekł:

– Przybyłem do Hellady, by wojować z mężczyznami, a nie mordować młode dziewczęta. Zgładzenie ciebie byłoby niegodne. Moi bogowie przeklęliby mnie, gdybym do tego dopuścił. Wasi również – za złamanie przysięgi, którą złożyłem Demostenesowi.

Skinęła głową. Wciąż jednak czegoś tu nie pojmowała.

– Dlaczego właściwie jesteś w Helladzie? Pochodzisz z odległych stron. Słyszałam, że ziemie Celtów leżą daleko na północy…

– Dalej niż możesz sobie wyobrazić. Zamieszkujemy rozległe krainy, stokroć większe od waszej Hellady. Między górami za Macedonią, które wam wydają się kresem cywilizacji, a zimnym, granatowym morzem, po którym nie żeglują triremy.

Przerwał na chwilę, jakby wspominał dawno opuszczoną ojczyznę. Korinna czekała cierpliwie. Wreszcie podjął opowieść:

– Lecz nasze ziemie, choć tak szerokie, prędko się przeludniają. Część moich pobratymców wyrusza na podbój nowych terytoriów, inni sprzedają swoje miecze za srebro. Przez wiele lat służyłem jako najemnik królom Epiru. Podczas jednej z wojen w Ilirii zostałem ciężko ranny. Ilirowie nie czyszczą swojej broni… w moje rany wdało się więc zakażenie. Zdechłbym jak pies, gdyby nie Tryfon z Ambrakii. Uleczył mnie, tym samym zdobywając władzę nad moim życiem. Nie narzekałem. Był dobrym dowódcą. Bezwzględnym, ale stroniącym od niepotrzebnego okrucieństwa. To z nim przybyłem do Aten. Niestety, prędko musiał uciekać z Miasta. A w jego miejsce przybył ten wymuskany piękniś.

Córka Demostenesa podchwyciła w jego głosie gniewny ton.

– Nie znosisz go, prawda?

– Tryfon polecił mi wypełniać rozkazy Kritiasa. Będę to robił, o ile nie dotyczą ciebie. Ale nie kazał mi go lubić ani szanować. Widzę tego człowieka takim, jakim jest naprawdę. Wbrew pozorom to szpetny obraz.

Wzdrygnęła się.

– Jak bardzo szpetny?

– On nie jest lepszy od Alkajosa. A może stać się znacznie gorszy, bo ma więcej rozumu i wyrachowania.

Umilkł, a ona nie próbowała pytać o nic więcej. Patrzyła przed siebie. Miasto rosło w jej oczach.

* * *

Na agorze gromadzili się demokraci.

Niektórzy przybyli tu bezpośrednio z wzgórza Pnyks, wciąż jeszcze gorejąc świętym oburzeniem na oligarchów, którzy sfałszowali wyniki głosowania. Inni po drodze wstąpili do swych domów. Ci nadciągali w wojennym rynsztunku, zbrojni we włócznie, oszczepy i miecze, z hoplonami albo lekkimi peltami przytroczonymi do przedramion. Niejeden włożył nawet stary koryncki hełm, ograniczający pole widzenia i zasłaniający uszy. Większość jednak wolała widzieć i słyszeć. Mieli otwarte hełmy typu attyckiego albo gołe głowy. Wszyscy natomiast byli w równym stopniu podnieceni. Czuli, że właśnie rozpoczyna się walka o Ateny. O ich Miasto, o jego ustrój, a także o powszechną wolność.

Do rozprawy z oligarchami zagrzewał ich jeden z demokratycznych przywódców, Gorgonios. Jego ludzie przygotowali dlań mównicę z pozostawionych przez kupców skrzyń na towary. Polityk wspiął się na nie i gromkim głosem wołał do coraz liczniejszych słuchaczy:

– Kolegium strategów zdradziło nas! Kolegium predroi zaprzedało się za srebrniki! Archont okazał się chwiejnym słabeuszem! Żadna z instytucji powołanych do obrony demokracji nie dochowała jej wierności! Teraz my musimy podjąć się tej obrony. Z orężem w ręku! Koniec rozmów, negocjacji, głosowań, Niech przemówią włócznie. Dzisiaj okaże się, do kogo należą Ateny. Czy do nas, zwykłych obywateli, czy do oligarchów, mieniących się „najlepszymi”!

Co kilka zdań przerywała mu gromka owacja. Niektórzy skandowali jego imię, inni wiwatowali na cześć Hiperejdesa i Demostenesa, którzy udali się do innych dzielnic, by zgromadzić tam swych zwolenników. Na agorze była już zapewne ponad setka zbrojnych i parę razy więcej odzianych po cywilnemu. To była potęga, z którą należało się liczyć!

Nagle, z bocznych ulic wysypali się najemnicy. Podzieleni na trzy grupy, uderzyli w tej samej chwili – od strony Bramy Dipylońskiej, świątyni Hefajstosa i gmachu trybunału. Nie formowali szyku, nie było na to czasu. Kluczem był efekt zaskoczenia: po prostu wdzierali się w tłum – rąbiąc mieczami, zadając pchnięcia włóczniami, rozpędzając wrogów ciosami tarcz. Obywatele Aten zaczęli umierać. Krew tryskała na kamienie agory.

– Do mnie! – ryczał Gorgonios, patrząc z góry na plac, który nagle zamienił się w pole bitwy. – Utwórzcie falangę! Odepchnijcie ich!!

Lecz teraz nikt go już nie słuchał. Chociaż byli liczniejsi od najemników, demokraci wpadli w panikę. Tratowali się nawzajem, pierzchając na południe – w jedyną stronę, skąd nie nadciągali żołnierze. Niektórzy próbowali walczyć, lecz było ich zbyt mało, by sformować prawdziwą hoplicką falangę. W pojedynkach zaś prędko ulegali przewadze zawodowców. Nieliczni zbili się w ciasny krąg wokół mównicy. Skryci za tarczami, oddawali cios za cios. Trzy grupy najemników połączyły się ze sobą, zamykając pierścień wokół niedobitków.

Przed szereg żołnierzy wyszedł ich dowódca, Miltiades z Rodos. Krok za nim podążał Demetriusz z Faleronu. Rozglądał się na boki, patrzył na dziesiątki zabitych i kałuże krwi wypełniające odstępy między kamieniami agory. Jego twarz była poszarzała z grozy.

– Poddajcie się! – zawołał Miltiades. – Nie macie żadnych szans. Oddajcie nam broń i tego krzykacza, a puścimy was wolno.

Nazwany krzykaczem Gorgonios zbladł ze strachu. Lecz jego obrońcy ciaśniej złączyli tarcze i wyżej unieśli włócznie.

– Nie dajecie mi wyboru… – rzekł Rodyjczyk i urwał, bo Demetriusz chwycił go za ramię i szarpnięciem obrócił ku sobie.

– Nie możesz ich zabić! To są Ateńczycy! Moi rodacy! Na bogów, Miltiadesie! To są rodacy twego pana!

Najemnik strącił dłoń młodzieńca ze swego ramienia.

– Nikt, kto sprzeciwia się woli Dionizjusza z Faleronu, nie jest jego rodakiem – warknął, po czym zwrócił się do swoich ludzi: – Skończcie z nimi.

– Nie!! – krzyknął Demetriusz i próbował rzucić się na niego. Rodyjczyk powalił go solidnym ciosem w brzuch, a potem odciągnął do tyłu. Falerończyk nie widział rzezi, która potem nastąpiła. Zasłoniła mu ją kurtyna z łez.

Dopiero potem, gdy klęczał na kamieniach z twarzą skrytą w dłoniach, usłyszał nad sobą głos jednego z najemników:

– Oto głowa tego krzykacza, panie. Prawie się nie bronił.

– To nic, chłopcze. Nagroda cię nie minie! – odparł Miltiades z Rodos.

* * *

„Tisis” wpłynęła do portu w Pireusie i przybiła do nabrzeża. Przystań, zazwyczaj tętniąca życiem, dziś świeciła pustkami. Kritias zszedł po trapie w towarzystwie Filony oraz Alkajosa. Brennus i Korinna podążali kilka kroków za nimi. Na stałym lądzie czekało na nich dwóch mężczyzn. Szczupły i wysoki, w pancerzu i z hełmem na głowie, musiał być Spartaninem, na co wskazywał jego szkarłatny płaszcz. Obok niego stał wyperfumowany grubas o jowialnej, okrągłej twarzy.

– Witaj, czcigodny Kritiasie! – odezwał się ten tłusty. Lacedemończyk ograniczył się do pełnego godności skinienia.

– Sylanosie, Myronie – odparł delficki kapłan. – Jak wygląda sytuacja?

Pierwszy z nich był dowódcą spartańskiego oddziału przysłanego do Aten. Drugi hersztem przestępczego podziemia, sprawującym kontrolę nad Pireusem. Do niedawna służył Dionizjuszowi z Faleronu, lecz kilka min złota przekonało go do przejścia do obozu demokratów.

– W Mieście wybuchły walki – rzekł Sylanos. – Moi ludzie wkrótce zetrą się z najemnikami.

– Port jest pod naszą kontrolą – dodał Myron. – W każdej chwili możemy odciąć Pireus, uniemożliwiając oligarchom wycofanie się z Aten.

– Tak właśnie należy uczynić – Delfijczyk z zadowoleniem skinął głową. Następnie rzekł do grubego herszta: – Poślij też parę tuzinów swoich ludzi do Faleronu. Niech podpalą dom Dionizjusza. Mogą go przedtem splądrować, nie czyni mi to różnicy. Lecz za godzinę ma płonąć jak pochodnia. Tak, by snop dymu był widoczny z Miasta.

– Stanie się zgodnie z twoją wolą, panie.

– Gdzie znajdę Hiperejdesa i Demostenesa?

– Pierwszy gromadzi swoich zwolenników przy Świętej Bramie, drugi przy Bramie Diocharesa – oznajmił Spartanin.

– Doskonale. Zbierz dla nas eskortę. Ruszamy na spotkanie z Hiperejdesem. A ty, Celcie – kapłan odwrócił się do Brennusa – udasz się do Demostenesa. Przekaż mu, by maszerował ze swymi ludźmi pod Akropol. Tam połączymy nasze siły. Jeśli koniecznie chcesz, możesz mu także oddać córkę. Gdybyś jednak zmienił zdanie, poderżnij jej gardło i porzuć w jakimś zaułku. Zapewniam, że sowicie cię za to wynagrodzę.

Brennus posłał mu przesycone pogardą spojrzenie.

– Twoja strata – Kritias wzruszył ramionami i ruszył w ślad za Sylanosem.

* * *

Jak dotąd wszystko przebiegało zgodnie z planem Dionizjusza. Jego oddział okrążył Wzgórze Muz od południa, a następnie skręcił i pomaszerował ku centrum Aten, mając po prawej wyniosłą skałę Akropolu. Po drodze natknął się na dwie bezładne grupy demokratów i rozniósł je bez większych strat, choć każda była liczniejsza od najemników. Raz po raz dyscyplina i wojenne doświadczenie triumfowały nad brawurą i improwizacją. Na Ateńczykach mścił się fakt, że od czasu bitwy pod Cheroneą nie brali udziału w żadnej poważnej wojnie. Dla większości z nich chaotyczne potyczki na ulicach Miasta były pierwszym prawdziwym starciem w życiu. Dla niektórych – zarazem ostatnim. Miecze żołnierzy Dionizjusza wypiły tego dnia mnóstwo obywatelskiej krwi.

W końcu jednak najemnicy natrafili na godnych siebie adwersarzy. Stali oni w miejscu, gdzie budynki zbliżały się do siebie, tworząc wąskie przejście. Tu właśnie rozwinęła się falanga hoplitów. Niemalowane tarcze, pozbawione jakichkolwiek znaków czy symboli, ustawione równo, jedna przy drugiej. Ze szczelin między hoplonami wysuwały się lśniące włócznie. Nad murem tarcz widać było pióropusze hełmów. Dionizjusz zatrzymał swoich ludzi. Nie podobał mu się ten nowy nieprzyjaciel. Był zbyt dobrze zorganizowany, zbyt obojętny w obliczu rychłego starcia. Czoło falangi tworzyło ośmiu żołnierzy, głęboka zaś była na sześć szeregów. Oznaczało to, że najemnicy mają niemal dwukrotną przewagę. A jednak strateg z Faleronu wahał się przed wydaniem rozkazu.

Nie mam wyboru, pomyślał. Oni blokują mi drogę na Akropol i Areopag. Jeśli się cofnę, nie uda mi się złączyć sił z Miltiadesem ani Fokionem. Dionizjusz nie miał złudzeń, że jego oddział wystarczy, by stłumić demokratyczne powstanie. Wciąż miał do dyspozycji ponad dziewięćdziesięciu zbrojnych, lecz Hiperejdes i Demostenes poderwali przeciw oligarchom kilka tysięcy obywateli. Wycofanie się oznaczało utratę taktycznej inicjatywy.

– Formować falangę! – zawołał.

Ponieważ przejście między budynkami było wąskie, nie sposób było oskrzydlić nieprzyjaciół. Czoło utworzonej przez najemników formacji musiało liczyć tyle samo żołnierzy. Większa była za to jej głębokość – dwanaście szeregów – co dawało silniejszy impet ataku. To musiało wystarczyć, by przełamać linię wroga.

Dionizjusz wciąż nosił elegancki czarny chiton, w którym przemawiał na Zgromadzeniu Ludowym. Najemnicy przynieśli mu jego inkrustowany srebrem pancerz z wygotowanej skóry, tarczę hoplity oraz attycki hełm. Wyglądał w tym wszystkim tyleż bojowo, co ekstrawagancko. W tworzącej się falandze zajął miejsce w trzecim szeregu, po prawej stronie. Na jego rozkaz pierwsze dwa szeregi pochyliły włócznie i cały czworobok ruszył do boju.

Huk, jaki towarzyszył starciu dwóch falang, był trudny do wytrzymania. Tarcze uderzyły o siebie z łoskotem, włócznie spadły z góry, sięgając ku skrytym za hoplonami żołnierzom. Z obu oddziałów dały się słyszeć pełne wysiłku stęknięcia i bolesne krzyki. Pierwsze szeregi ścierały się ze sobą w śmiertelnym boju, następne zaś napierały na tamte, by zwiększyć impet. Po początkowym zwarciu włócznie poszły w drzazgi, a walczący sięgnęli po krótkie miecze, bardziej przydatne w panującym ścisku. Dionizjusz z Faleronu patrzył, jak najemnik z pierwszej linii ginie, a następny wchodzi do akcji. Strateg zacisnął dłoń na rękojeści xiphosa. Wiedział, że gdy tamten polegnie, on będzie następny.

Nieprzyjacielscy hoplici walczyli jak lwy. Przyzwyczajonych już do łatwych zwycięstw najemników spotkała przykra niespodzianka. Teraz to oni zaczęli ginąć. Dionizjusz prędko znalazł się w pierwszej linii i musiał walczyć o życie z wysokim, silnym przeciwnikiem, który raz po raz uderzał mieczem w jego tarczę. W końcu strateg znalazł lukę w obronie tamtego. Pchnął w szczelinę między hoplonami. Patrzył, jak twarz żołnierza krzywi się w bolesnym grymasie. A potem tamten upadł i jego miejsce zajął następny. Pojedynek zaczął się od nowa.

I wtedy hoplici zaintonowali pieśń. Był to wojenny hymn ku chwale Apollina. Gdy wybrzmiały pierwsze wersy, Dionizjusz oniemiał z wrażenia. Przypomniał sobie bowiem, gdzie i kiedy słyszał tę melodię i te słowa. W czasie bitwy pod Megalopolis! Wówczas śpiew unosił się nad spartańskimi liniami. Nagle zrozumiał, dlaczego ci przeciwnicy różnią się od poprzednich, których napotkał na swej drodze. To nie byli zgnuśniali w czasie pokoju Ateńczycy, lecz waleczni synowie Lacedemonu! Jakimś cudem demokraci zdołali ściągnąć zagraniczne posiłki. Jego zaskoczenie było tak wielkie, że o mały włos nie kosztowało go życia – właśnie nacierał nań kolejny przeciwnik. Strateg przyjął cios na hoplon i pchnął zza niego, lecz ostrze zsunęło się po brązowym pancerzu nieprzyjaciela.

Wśród najemników dało o sobie znać rozprężenie. Zniechęceni krwawą batalią, zaczęli cofać się pod naporem mniej licznych wrogów. Żołnierz walczący po lewej stronie Dionizjusza upadł, pchnięty w brzuch i tym razem nikt nie zajął jego miejsca. Ateńczyk pojął, że jeśli nie wycofa się ze swymi ludźmi, zginie. Zaklął plugawo i ostatni raz uderzył mieczem o tarczę najbliższego hoplity. Odpowiedzią na jego furię były kolejne wersy bojowego hymnu.

* * *

W macedońskiej ambasadzie u stóp Areopagu rozbrzmiewała muzyka.

Meleager pił przez większą część dnia, wieczorem zaś zapragnął towarzystwa niewiast. Czym prędzej wezwał do siebie dwie niewolnice, będące darem od stratega Dionizjusza. Kiedy weszły do sali sympozjonów, gdzie biesiadował w samotności, z wrażenia aż odsunął kielich od ust. Prezentowały się znakomicie. Eufraksja była szczupła, ciemnowłosa i wysoka – niemal dorównywała wzrostem wysłannikowi Antypatra. Peplos oblekał jej ciało niczym druga skóra, czerń sukni kontrastowała z nieskazitelnym alabastrem cery, a warkocz podkreślał dziewczęcą świeżość. Niższa od tamtej Chara przyciągała spojrzenie burzą ognistorudych loków. Jej twarz oraz dekolt pokrywały liczne piegi, zaś pod zieloną suknią dawało się dostrzec apetyczne krągłości.

Macedończyk przyglądał im się przez dłuższą chwilę, sycąc oczy i pobudzając wspomnienia. Obydwie były jego kochankami. Brał je do łoża w zależności od nastroju. Co zabawne, ich temperament wcale nie współgrał z wyglądem. Ognista Chara w alkowie stawała się wstydliwa niczym dziewica. Zdawało się, że wszystko, co z nią czynił, miało dla niej posmak nowości. Bawiło go jej niedoświadczenie, skrępowanie, czasem wręcz zażenowanie. Lubił łamać opory tej dziewczyny. Z kolei Eufraksja tylko z pozoru była zimna i nieprzystępna. Gdy nadchodziła noc, stawała się namiętna i wyuzdana. Choć był od niej znacznie starszy, udało jej się nauczyć go kilku nowych sposobów czerpania rozkoszy. Był jej za to głęboko wdzięczny.

Teraz jednak miał chęć na inną rozrywkę. Przed godziną posłał młodego adiutanta po flecistki, lecz jak dotąd nie wrócił ani on, ani żadna z artystek. Spojrzał zatem na niewolnice i zapytał:

– Umiecie grać na instrumentach?

Chara skłoniła głowę.

– Uczono mnie liry, panie.

– Nie mamy tutaj liry. To ambasada, a nie burdel, na Hadesa. Znajdzie się za to kilka piszczałek zebranych od moich Traków. Dasz sobie z nimi radę?

– W dzieciństwie grałam na takich – wtrąciła Eufraksja.

– Doskonale. Ty będziesz grała, a ruda pośpiewa.

Niewolnice usiadły obok siebie na biesiadnym łożu – naprzeciw tego, na którym spoczywał Meleager. Jeden z Bizaltów z obstawy ambasadora podał brunetce swą piszczałkę, po czym zniknął za drzwiami. Eufraksja ujęła instrument w dłonie i uważnie mu się przyjrzała. Z pewnymi oporami przytknęła go w końcu do ust. Po kilku próbach udało jej się dobyć w miarę czysty dźwięk. Macedończyk westchnął. Cóż, skoro flecistki wzgardziły jego zaproszeniem…

Na szczęście okazało się, że Chara zna wiele pieśni z Arkadii i Beocji. Śpiewała ładnie, Eufraksja zaś akompaniowała jej z coraz większą biegłością. Meleager pociągnął obfity łyk trunku i zamknął oczy. Tak… było niemal doskonale. Pite od rana wino sprawiło, że łatwo się wzruszał. Zanurzył się w muzyce, pozwolił, by otoczyła go ze wszystkich stron, wypełniła mu serce i umysł. Spod zaciśniętych powiek wydobyły się dwie łzy, które spłynęły w dół po szerokiej twarzy Macedończyka.

I właśnie wtedy wrócił młody adiutant. Wpadł do sali sympozjonów bez choćby jednej flecistki, za to w rozdartej tunice i z zakrwawioną głową.

– Panie! – jęknął, osuwając się na kolana. – W Mieście wybuchły zamieszki! Oligarchowie i demokraci walczą na ulicach.

Meleager z wielkim niezadowoleniem uniósł powieki i posłał młodzieńcowi gniewne spojrzenie.

– Co mówisz, chłopcze? Dionizjusz zapewniał mnie, że ma wszystko pod kontrolą…

– Kłamał, jak wszyscy Ateńczycy – wypalił adiutant. Dotknął swego czoła, a potem wbił wzrok w zakrwawioną dłoń. Wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć z wrażenia. W końcu jednak opanował się i mówił dalej: – Panie, nie wiesz, jak tam jest. Demokraci idą przez Miasto grupami. Wywlekają zwolenników oligarchii z domów, biją ich kijami albo kamienują! Wielu ma miecze…

Ambasador podniósł się powoli z łoża. Odstawił na wpół opróżniony kielich z winem i potarł skronie.

– Jeśli to prawda, prędzej czy później przyjdą tutaj – stwierdził rzeczowo. – Aż dziw, że jeszcze nas nie otoczyli. Gdzie są stratedzy? Gdzie archont i Scytowie?

Oczy chłopaka zrobiły się wielkie i bezrozumne. Meleager znów westchnął. Dzisiejszy dzień przynosił mu kolejne zawody…

– Zbierz moją eskortę. Musimy się ewakuować. Lecz przedtem wezwij mego sekretarza.

Niedługo potem do komnaty wkroczył szczupły mąż o dużej głowie i palcach poplamionych inkaustem. Meleager stanął nad nim i spojrzał z góry na gryzipiórka.

– Ambasada wkrótce wpadnie w ręce wroga – oznajmił. – Należy zatem zniszczyć wszystkie dokumenty. Gliniane tabliczki rozbić na okruchy. Papirusy spalić.

Sekretarz zbladł wyraźnie. Właśnie kazano mu zaprzepaścić owoc wielomiesięcznej pracy. Po chwili jednak zasalutował i oddalił się, by spełnić rozkaz.

Do ambasadora podszedł dowódca Bizaltów. Wyższy od Macedończyka o głowę, szeroki w barach, był urodzonym wojownikiem. Nie okazywał lęku, być może w ogóle go nie czuł. Zapytał jedynie:

– Dokąd się wycofujemy?

Meleager nie zastanawiał się długo.

– Na Akropol. To najlepiej ufortyfikowany punkt w Atenach. Nie wierzę, by Fokion i Dionizjusz pozwolili, by wpadł w ręce buntowników. Tam będziemy bezpieczni.

* * *

Marsz przez pogrążone w chaosie Ateny zdawał się Demetriuszowi sennym koszmarem. Miltiades kazał dwóm najemnikom mieć go przez cały czas na oku, by nie zrobił czegoś głupiego. Ucieczka stała się zatem niemożliwa. Zresztą, nawet gdyby złamał dane słowo, dokąd miałby uciekać? Próba samotnego przedostania się do świątyni Tezeusza byłaby szaleństwem. Jego tunika była zbyt kosztowna, by nie wzbudzić podejrzeń demokratów, którzy – za wyjątkiem Hiperejdesa – nosili się znacznie skromniej, by nie rzec, zgrzebnie. A gdyby został rozpoznany jako syn znienawidzonego stratega… Z niechęcią musiał przyznać, że jego szanse przeżycia rosną w otoczeniu żołnierzy Rodyjczyka.

To jednak oznaczało, że musiał patrzeć na ich krwawe czyny. W miarę jak zbliżali się do Areopagu, wzmagał się opór demokratów. Już nie próbowali bezpośredniego starcia; wiedzieli, że nie mają w nim szans. Zmienili zatem taktykę. Ich grupy wypadały z bocznych zaułków i obrzucały najemników kamieniami, a nawet oszczepami, po czym pierzchały, gdy tylko ciężkozbrojni ruszali w pościg. Kiedy już udało im się złapać któregoś z buntowników, jego śmierć była z reguły szybka i okrutna. Ludzie Miltiadesa ponieśli pierwsze poważne straty i odpłacali się pięknym za nadobne. Wielu z nich nie miało już tarcz. Musieli je odrzucić, gdy utkwiły w nich oszczepy. Teraz z kolei stawali się podatni na trafienia. Coraz większa liczba rannych spowalniała marsz.

Minęli Areopag po swej prawej i za cel obrali wyniosły Akropol. Domy stały tutaj ciasno i nie pozostawiały wiele miejsca na manewry. Zwiadowcy badali boczne uliczki, sprawdzając, czy nie kryje się w nich zasadzka. Kilku pobiegło naprzód. Zaraz potem wrócili i podbiegli do Miltiadesa.

– Tam dalej jest regularna bitwa! Nasi próbują się przedrzeć przez falangę hoplitów.

– Jak im idzie? – spytał Rodyjczyk.

– Niezbyt dobrze. Jeśli się pospieszymy, wyjdziemy na tyły falangi.

– Słyszeliście chłopcy? Biegiem!

Zmordowani żołnierze zdobyli się na jeszcze jeden wysiłek i puścili się truchtem naprzód. Demetriusz, nieobciążony zbroją ani orężem, bez trudu dotrzymywał im kroku. Usłyszał przed sobą odgłosy bitwy i unoszący się nad nimi hymn bojowy ku czci Apollina. A potem pełne zaskoczenia okrzyki. Szczęk oręża, protest tarcz, na które napierały inne tarcze.

Kiedy dotarł na miejsce, ujrzał niecodzienny widok. Atakowana z dwóch stron falanga nie rozpadła się. Po prostu trzy ostatnie szeregi odwróciły się w stronę nowych wrogów. Hymn wzmógł się jeszcze, choć teraz zabrzmiały w nim rozpaczliwe tony. Stłoczeni między dwoma grupami najemników hoplici dobrze wiedzieli, że nie ma dla nich ucieczki. Mimo to żaden nie cisnął tarczy na ziemię i nie próbował błagać o litość. Bili się do końca, kładąc trupem wielu żołnierzy Miltiadesa.

Kiedy ostatni z nich poległ, spomiędzy najemników z drugiego oddziału wyszedł Dionizjusz z Faleronu. Rodyjczyk ruszył ku niemu.

– Kim oni byli? – zapytał z niedowierzaniem. – Nie walczyli jak demokraci.

– To Spartanie – odparł ateński strateg. – Nie wiem, jak udało się ich ściągnąć do Miasta… Straciłem przez nich połowę ludzi – swą wypowiedź zakończył wyjątkowo szpetnym przekleństwem.

– Za to ja kogoś znalazłem.

Dionizjusz popatrzył na niego z irytacją. Miltiades wskazał ruchem głowy stojącego za nim Demetriusza.

– Synu…

Młodzieniec chciał mu odpowiedzieć, lecz słowa ugrzęzły mu w gardle. Wszystko, co wydarzyło się tego dnia – okrutne szaleństwo, które ogarnęło Miasto, pomordowani, krew spływająca po ścianach domów – było winą człowieka, którego zwykł nazywać swoim ojcem. Teraz nie potrafił się do tego zmusić.

Dionizjusz zmarszczył brwi.

– Czemu nic nie mówi? Dostał w głowę czy co?

– Chłopak… wiele dziś widział – stwierdził cicho Rodyjczyk. – Idzie z nami od agory. Nasze rzemiosło nie jest piękne… zwłaszcza dla cywila.

Strateg żachnął się.

– Ja w jego wieku nie byłem taki wrażliwy. Zresztą, szkoda na to czasu. Szykuj swych ludzi. Maszerujemy na Akropol. Przegrupujemy się tam i pomyślimy, co dalej. Twoi idą pierwsi, weź ze sobą Demetriusza. Ja… Ja pójdę w tylnej straży.

Miltiades długo wpatrywał się w dowódcę. Z jednej strony podziwiał go za to, że choć nie musiał, podjął się najtrudniejszego i najgroźniejszego zarazem zadania. Z drugiej – podejrzewał, że Dionizjusz uczynił to głównie po to, by znaleźć się jak najdalej od swojego syna.

* * *

Demostenes wysłuchał kolejnego meldunku. Podobnie jak poprzednie, był on pomyślny. Odesłał gestem posłańca i opadł na poduszki.

Ustanowił swoją kwaterę w domu jednego z najbardziej fanatycznych demokratów, nieopodal Bramy Diocharesa. Po tym, jak płomienną mową zagrzał ludzi do boju i posłał ich przeciw oligarchom, poczuł przemożne znużenie. Nie był już młodym człowiekiem, a ów pełen przeżyć dzień wyczerpał go fizycznie i psychicznie. Na szczęście przyjaciel oddał mu do dyspozycji własną sypialnię. Demostenesowi nie było jednak dane szukać wytchnienia w królestwie Morfeusza. Co chwila ktoś wdzierał się do alkowy, by przekazać mu świeże wieści z pola walki. Polityk wysłuchiwał ich, uśmiechał się i dziękował. A potem znów próbował trochę odpocząć.

Zdawał sobie sprawę, że jego obecność na ulicach mogłaby być inspirująca dla demokratów i porwać ich do jeszcze odważniejszych czynów. Lecz wiedział także, że nie jest wojownikiem. Haniebna rejterada spod Cheronei uzmysłowiła mu to z bolesną jasnością. Od tego czasu posunął się jeszcze w latach, zaś jego ciało, niepoddawane wojennym rygorom, osłabło. Był starym, zmęczonym człowiekiem, który nigdy nie spłodził syna, a teraz jeszcze stracił córkę.

Tak, stracił ją. Z własnej winy. Równie dobrze sam mógłby jej skręcić kark. Zabił Korinnę w chwili, gdy wstąpił na mównicę na wzgórzu Pnyks i przemówił na Zgromadzeniu. Zemsta Dionizjusza była nieunikniona. Strateg z Faleronu nie puszczał takich zniewag płazem.

Oddałem Atenom wszystko, co posiadałem, z goryczą myślał Demostenes. Nie zostało mi już nic. Gdzieś tam, za wodami Zatoki Sarońskiej, Korinna umiera właśnie za nieswoje grzechy. Nie pozwolę, by długo błąkała się sama po równinach Hadesu.

Już postanowił. Bez względu na wynik demokratycznej rebelii, gdy tylko z Eginy dotrze wieść o śmierci jego córki, popełni samobójstwo. Nie chciał żyć w świecie, w którym jej nie było. Spełnił obywatelski obowiązek, poświęcił się dla Miasta, lecz nie będzie nim rządził. W tym wyręczą go Hiperejdes, Ktezyfon, Archelaos… Chętnych jest zawsze aż zbyt wielu.

Teraz chciał już tylko odpocząć. Wyspać się porządnie, nim to wszystko się skończy. Niestety, kolejni posłańcy nie dawali mu spokoju. Donosili o coraz to nowych sukcesach. Połowa scytyjskich oddziałów przeszła na stronę buntowników. Domyślał się, że kierowali nimi dowódcy przekupieni kritiasowym złotem. Archont, ta oligarchiczna kreatura, w panice uciekł z Aten. W północnej części Miasta biedota plądruje i podpala domy arystokracji… Jak dotąd najemnicy Dionizjusza nie zostali jeszcze rozbici, ale spodziewał się, że to tylko kwestia czasu. Cóż może uczynić dwustu opłaconych zbirów przeciwko tysiącom wolnych, płonących zapałem obywateli? A przecież byli jeszcze Spartanie… Dodatkowy atut, który teraz miał być ujawniony.

Ta rewolucja wygrywa się sama, pomyślał. Już mnie nie potrzebują. Przez tyle lat służyłem Atenom… a teraz wreszcie czuję, że mogę zejść z posterunku.

Drzwi sypialni uchyliły się znowu, z głośnym skrzypnięciem. Demostenes skrzywił się. Nie otworzył nawet oczu, podejrzewając, co zaraz usłyszy. Pireus w naszych rękach. Oligarchowie w odwrocie. Najemnicy kapitulują. Akropol oblężony. Do jego uszu dotarł odgłos kroków. Ciężkich, jakby stawiał je tytan albo cyklop. A także znacznie lżejszych… Czyżby kobiecych? Nim jeszcze zdążył unieść powieki, usłyszał radosne:

– Tato!

A zaraz potem ktoś rzucił mu się na szyję.

Demostenes objął mocno tulącą się do niego dziewczynę, ucałował kasztanowe włosy, wciągnął w nozdrza ich dobrze znany zapach. A potem, mimo wzruszenia, które ściskało mu gardło, szepnął:

– Korinno… wróciłaś… cała i zdrowa… Bogom niech będą dzięki!

Ponad ramieniem dziewczyny ujrzał stojącego przy łożu Brennusa. Celt bez uśmiechu skinął mu głową, a potem cofnął się w kąt pokoju, gdzie zalegały już wieczorne cienie. Dobrze rozumiał, że ta chwila należy wyłącznie do ojca i córki.

* * *

– Jak dobrze wrócić do domu – rzekł Hiperejdes, wkraczając do swej ateńskiej willi. Zaraz jednak zacisnął usta. Przed dwoma dniami jego rezydencję splądrowali najemnicy Dionizjusza. Z pozornym spokojem patrzył na wyważone drzwi, zerwane ze ścian gobeliny, potłuczone ceramiczne naczynia, a także plamę krwi na perskim dywanie. Przechodził przez kolejne pomieszczenia, zapoznając się ze stopniem zniszczeń. Krok za nim podążali Kritias, Filona i Alkajos.

– Zapewniam cię, że domy oligarchów wyglądają znacznie gorzej – uśmiechnął się delficki kapłan. – Za każdą krzywdę wyrządzoną waszemu stronnictwu dziś możecie odpłacić z nawiązką.

Ateński adwokat zamyślił się nad czymś. W końcu zwrócił się ku cudzoziemcom:

– Niestety, mogę wam zaoferować tylko taką gościnę.

– Myślę, że w pełni nam wystarczy. Jeśli pozwolisz, zamieszkam w moich dawnych komnatach. Filono, Alkajosie – za mną.

Kritias poprowadził ich schodami na piętro, do pokoi gościnnych. Jego sypialnia niemal się nie zmieniła – poza pojawieniem się intensywnego odoru. Nie było tu gobelinów, które można by zerwać, a jedynie naścienne freski o erotycznej tematyce. Na szczęście żadnemu z najemników nie przyszło do głowy, by coś im domalować. Zresztą, i bez tego były wystarczająco wymowne.

W następnej komnacie odór jeszcze się wzmógł. Pierwsze, co zobaczył delficki kapłan, to przewrócone lustro z wypolerowanego brązu. Kiedy zaczął szukać spojrzeniem źródła smrodu, natknął się na skrzynię na ubrania. Była otwarta, a ze środka wynurzała się jasna dłoń. Niewolnica Eurynome. Leżała tu już od dłuższego czasu, a ostatnie dni były nad wyraz upalne…

– Pozbądź się tego! – syknął Kritias, cofając się do sypialni. Alkajos zajrzał do drugiego pokoju.

– Dawna znajoma? – zapytał rozbawiony.

– Zabierz ją. Natychmiast. Gdyby Hiperejdes o coś pytał…

– …powiem, że to sprawka najemników Dionizjusza.

Macedończyk zamknął skrzynię na ubrania i zaczął ją ciągnąć w stronę drzwi. Kiedy zniknął za nimi, delficki kapłan odetchnął z ulgą. Odwrócił się ku Filonie, która stała nieopodal łoża. Wciąż miała na sobie suknię akolitki Artemidy ze świątyni na Eginie. Postąpił krok w jej stronę.

– Panie – rzekł jeden z niewolników Hiperejdesa, który stanął w progu sypialni – przybył dostojny Sylanos. Jest na dole.

Kritias zmarszczył brwi. Miał ochotę zmusić Spartanina, by poczekał na niego jedną albo dwie klepsydry. Filona wyglądała tak pociągająco… Morderczyni i dziwka w szacie dziewiczej kapłanki… Wiedział jednak, że nie może sobie na to pozwolić. Walka z oligarchami jeszcze się nie skończyła.

– Poczekaj tu na mnie – rozkazał dziewczynie. – Możesz się położyć, ale jeszcze się nie rozbieraj.

* * *

Od wielu już lat na Akropolu nie było nocą takich tłumów.

Na rozległym, płaskim szczycie wzgórza schronienie znalazły setki arystokratycznych uchodźców. Niektórzy uciekli przed fanatycznymi demokratami. Innych z domów wypędzili rabusie, którzy nadzwyczaj licznie wylegli na ulice, korzystając z chaosu ludowego powstania i napełniając swoje kabzy. Na otwartej przestrzeni między gmachami panował trudny do zniesienia tłok. Porządku pilnowali Scytowie z tych niewielu oddziałów, które zdołały przedrzeć się przez oszalałe Miasto. Dowództwo nad nimi sprawował teraz Fokion.

To właśnie on po przybyciu na wzgórze wydał wszystkie konieczne dyspozycje. Uchodźcy zostali podzieleni na kilka grup. Niewiasty i dzieci nocowały w wielkiej świątyni Ateny Dziewicy, a także w sanktuarium Pandiona. Dla starców znalazło się miejsce w Erechtejonie. Mężowie w sile wieku musieli spędzić noc pod gołym niebem. Rozpalone przez nich ogniska rozświetlały cały Akropol. Kapłanki Ateny krążyły pośród ludzi, opatrując rannych, a także dystrybuując jadło oraz opał ze swoich zapasów. Fokion poprzysiągł, że tej nocy nikt nie położy się spać z pustym brzuchem.

Stratedzy oraz macedoński ambasador udali się do świątyni Zeusa Wojennego, by omówić dalsze plany. Miltiades wraz z najemnikami Dionizjusza pełnił straż przy bramie – Propylejach. Co pewien czas któryś ze zbrojnych ciskał pochodnię w dół jedynego podejścia wiodącego na Akropol, by upewnić się, czy przeciwnik nie szykuje pod osłoną nocy szturmu.

Demetriusz błądził wśród ognisk, nigdzie nie znajdując miejsca dla siebie. Nieznajomi ludzie ocierali się o niego, lecz nie zwracał na nich uwagi. Przed oczyma wciąż miał okropieństwa, na które napatrzył się u boku żołnierzy Miltiadesa. Miał ochotę szlochać, lecz zabrakło mu już łez. W końcu zbliżył się do muru okalającego cały Akropol. Wsparł o niego dłonie i spojrzał przed siebie. U jego stóp rozciągała się północna część Aten. W wielu miejscach mroki nocy rozjaśniał blask pożarów. Czy ktoś próbuje je w ogóle gasić? A może Miasto całkiem już pochłonął obłęd?

Przez moment szukał wzrokiem świątyni Tezeusza. Była tam – niewielka niczym makieta gmachu, jakiej używali czasem budowniczowie. Jej wąski front oświetlały pochodnie. Czy Raisa i Menander znaleźli tam bezpieczny azyl? Nie było sposobu, by się tego dowiedzieć. Niepewność o losy kochanki oraz przyjaciela była dla Demetriusza trudna do zniesienia. Odsunął się od muru, obrócił i powlókł się w stronę największego ogniska. Tutaj biwakowali ci spośród najemników Dionizjusza, którzy nie pełnili akurat warty przy bramie. Jedli wieczerzę, rozmawiając.

– Co stanie się jutro? – pytał jeden z nich, młody żołnierz z czołem przewiązanym bandażem.

– Jeśli ci z dołu mają choć odrobinę rozumu w głowach, to nic – odparł stary wiarus, zajęty naprawianiem pękniętego hoplonu. – Szturm na Akropol będzie ich drogo kosztował. Lepiej zostawić nas tutaj i wygłodzić. Poczekać, aż w desperacji sami do nich zejdziemy.

– Demokraci nigdy nie słynęli ze zbytniej rozwagi – zauważył inny między kęsami mięsiwa. – To nasza szansa. Popełnią błąd, a wtedy wsiądziemy im na karki.

– Za wiele mamy gąb do wyżywienia – narzekał weteran, wciąż gmerając przy swej tarczy. – Nie trzeba było wpuszczać tu tych wszystkich cywili. Dwie baby żrą tyle co jeden żołdak, ale do miecza żadna nie jest skora…

– Gustują w innych mieczach, przyjacielu! Nie wiem jak ty, ale ja chętnie bym dźgnął którąś z naszych dziewic z Partenonu!

Rozmowa utonęła w salwie gromkiego śmiechu. Demetriusz potrząsnął głową. Jak oni mogli być tak pogodni i niewzruszeni? Cały świat, który znał i kochał, właśnie obrócił się w ruinę. A oni dowcipkowali sobie przy ognisku. Zupełnie jakby nazajutrz nie czekał ich kolejny dzień walki o życie!

Pozostawił za sobą żartujących w najlepsze żołnierzy i ruszył w stronę Propylejów. Nie wiedział, jaka moc ciągnęła go w tym kierunku, ani też – co spodziewał się tam znaleźć, prócz jeszcze większej liczby rubasznych najemników. Kiedy przechodził nieopodal sanktuarium Artemidy Brauronejskiej, patronki ciężarnych niewiast, niespodziewanie usłyszał muzykę. Nie była głośna, ale nadzwyczaj miła dla uszu. Zaciekawiony, podążył ku jej źródłu. Na progu stoi, pod kolumnadą, siedziały dwie młode dziewczyny. Brunetka grała na pasterskiej piszczałce, zaś rudowłosa śpiewała melancholijną pieśń. Kiedy Falerończyk podszedł do nich, ujrzał, że obie są bardzo urodziwe. Wydały mu się także znajome. Jego wrażenie potwierdziło się, kiedy skończyły wykonywać pieśń. Czarnowłosa pokłoniła przed nim głowę i rzekła:

– Bądź pozdrowiony Demetriuszu, synu czcigodnego Dionizjusza.

Wtedy sobie przypomniał.

– Jesteście niewolnicami mego ojca! – palnął niezbyt uprzejmie, po czym natychmiast zaczął się wstydzić wypowiedzianych słów.

– Już nie – odparła ruda, a w jej głosie zabrzmiała nuta smutku. – Dostojny strateg podarował nas w prezencie. Dzisiaj służymy innemu panu.

– Wybaczcie – odparł młodzieniec. – To nie moja sprawa… Przyciągnęła mnie tutaj muzyka. Pięknie grałaś… – zwrócił się do brunetki.

– Eufraksja – podpowiedziała mu dziewczyna. – A moja towarzyszka to Chara.

– Ty natomiast masz wspaniały głos, Charo – dokończył. Rozejrzał się dookoła. Byli tutaj całkiem sami. – Dlaczego tu siedzicie?

– Nie mamy dokąd pójść – odparła Chara. – Nasz pan zapomniał o nas, gdy tylko dotarliśmy na Akropol. W Partenonie jest miejsce jedynie dla arystokratek. Bałyśmy się siedzieć przy ognisku z najemnikami.

Demetriusz wiedział, że ich lęk był uzasadniony. Paradoksalnie, były tu bezpieczniejsze niż w tłumie jurnych żołnierzy. Przynajmniej do momentu, aż któryś z nich tu nie zajdzie…

– Jeśli chcecie, przyniosę wam trochę jadła – zaproponował. – A także drewna na opał. Rozpalimy własne ognisko.

– To chyba nie jest dobry pomysł… – zaczęła Eufraksja.

– Bez obaw. Żaden z ludzi mojego ojca nie będzie was niepokoił – odparł młodzieniec. – Przy mnie nic wam nie grozi.

– W takim razie będziemy ci wdzięczne.

Pół klepsydry później siedzieli już wokół niewielkiego ogniska, rozpalonego na dziedzińcu sanktuarium. Płomień trzaskał wesoło, posyłając w niebo iskry. Na pożyczonym od najemników rożnie Demetriusz podpiekał pasy solonego mięsa. Eufraksja i Chara zajadały się chlebem oraz serem. Wyglądało na to, że przez większą część dnia nie miały nic w brzuchu.

– Jak się to wszystko skończy? – spytała rudowłosa, kiedy już zaspokoili głód. Falerończyk zamyślił się na dłuższą chwilę. Choć sam miał jak najgorsze przeczucia, chciał zaoferować tym dziewczętom jakąś pociechę.

– Wyjdziemy z tego cało – oznajmił z udawaną pewnością w głosie. – Mój ojciec coś wymyśli. On nigdy się nie poddaje. I dlatego zwykle wygrywa.

Przynajmniej dwa ostatnie zdania nie były kłamstwem, pomyślał. Zdawało się, że słowa otuchy wystarczyły niewolnicom. Kiedy Demetriusz napotykał ich spojrzenia, uśmiechały się do niego – Chara z pewną nieśmiałością, Eufraksja bardziej odważnie. Niespodziewanie powiedziała:

– Dziękujemy ci, że jesteś tutaj z nami.

– Możecie mi wierzyć. Na całym Akropolu nie ma drugiego miejsca, w którym chciałbym być bardziej.

Po pewnym czasie ognisko zaczęło słabnąć. Wysoko na Akropolu noce były chłodniejsze niż w samych Atenach. Chara zadrżała. Skuliła się i objęła kolana ramionami. Jej przyjaciółka popatrzyła na nią z troską, a potem zwróciła się do Demetriusza:

– Przysuń się do nas, panie. Łatwiej nam będzie zachować ciepło.

Nie zamierzał spierać się z tą argumentacją. Dziewczęta rozsunęły się, robiąc mu miejsce pośrodku. Objął obydwie i przytulił do siebie. O dziwo, to rudowłosa pierwsza złożyła mu głowę na ramieniu. Jej oddech wkrótce stał się spokojny i miarowy. Demetriusz i Eufraksja jeszcze przez jakiś czas spoglądali w dogasające płomienie. A potem ich również zmorzył sen. Głęboki, pozbawiony majaków. Mroczny i cichy niczym przedsmak śmierci.

* * *

Lacedemoński dowódca czekał z Hiperejdesem na dziedzińcu willi. Na jego brązowym napierśniku widniał krwawy rozprysk. Niebo nad Atenami już pociemniało, lecz słudzy adwokata rozpalili pochodnie, mogli więc rozmówić się w ich migotliwym blasku.

– Raport – warknął niecierpliwie Kritias.

– Całe Miasto jest w naszych rękach. Wszystkie oddziały oligarchów zostały przetrzebione i wycofały się na Akropol, podobnie jak wiele arystokratycznych rodzin oraz obsada macedońskiej ambasady. Otoczyliśmy wzgórze ciasnym kordonem. Nic się nie prześlizgnie.

– Kiedy możemy rozpocząć szturm? – spytał Hiperejdes.

– Gdy tylko zbierzemy dostateczną liczbę hoplitów. Mi zostało pięćdziesięciu.

Delfijczyk uniósł znacząco brwi. Wiedział, że Sylanos sprowadził do Aten stu Spartan. Czyżby ten głupiec stracił połowę ludzi w pierwszym dniu walk? Lacedemończyk zignorował go jednak i wcale nie zamierzał się tłumaczyć.

– Myślę, że do rana uda mi się zgromadzić czterystu ludzi w pełnym rynsztunku – rzekł ateński adwokat. – Czy to wystarczy, by zdobyć Akropol?

– Będziemy mieć trzykrotną przewagę liczebną. Ale to będzie atak pod górę – Spartanin wahał się tylko przez moment. – Tak. Musi wystarczyć.

– A więc o poranku. Jeszcze jedno. Nie chcę, by bitwa przerodziła się w rzeź. Kobiety i dzieci mają zostać oszczędzone. Podobnie jak Meleager i Fokion, a także wszyscy, którzy zechcą się poddać.

– Nawet Dionizjusz? – spytał drwiącym tonem Kritias. Hiperejdes spojrzał mu prosto w oczy.

– Znam Dionizjusza z Faleronu. Będzie walczył do końca.

Kapłan skłonił przed nim głowę, by Ateńczyk nie zobaczył wyrazu jego twarzy. Ach, jakże nim teraz gardził! Nawet w decydującej chwili ten słabowity idiota pozwala sobie na luksus posiadania skrupułów! Delfijczyk poprzysiągł sobie, że pokrzyżuje jego pełne łaskawości plany. Upewni się, że szturm na akropolskie wzgórze poprowadzi Alkajos. Rzeźnik Elidy będzie mógł zdobyć nowy tytuł do swojej kolekcji.

– Wracaj pod Akropol – rozkazał Sylanosowi. – Dopilnuj, by żaden oligarcha nie wymknął się z pułapki.

Kiedy Spartanin odszedł, Kritias zwrócił się do Hiperejdesa.

– A my spróbujmy się wyspać. To był długi i ciężki dzień. Jutro czeka nas wiele pracy.

Adwokat popatrzył na niego jak na szaleńca.

– Miasto, które kocham rozpadło się na dwa wrogie obozy – wycedził. – Jego starożytne prawa zostały podeptane. Krew obywateli skropiła ulice i ściany domów. Moi rodacy od wielu godzin mordują się nawzajem, a ty radzisz mi, bym poszedł spać? Nie zmrużę oka, nim ta sprawa się nie skończy!

Delficki kapłan nie przejął się tym wybuchem. By podkreślić swoją obojętność, wzruszył ramionami i ostentacyjnie ziewnął.

– Jak tam sobie chcesz. Pozwolisz jednak, że ja udam się na spoczynek.

Nie czekając na odpowiedź, wrócił do sypialni. Nim przestąpił jej próg, zauważył już, jak bardzo się zmieniła. Przy łożu i na ustawionym na środku komnaty stoliku paliły się lampy oliwne. Ich ciepłe światło zepchnęło mrok do najdalszych kątów pomieszczenia. Trupi zaduch osłabł nieco – wszystkie okna zostały odsłonięte, a drzwi otwarte na oścież, by umożliwić przewietrzenie pokoi.

Filona klęczała na posłaniu, twarzą zwrócona ku niemu. Tak jak kazał, wciąż miała na sobie peplos akolitki. Jasna zieleń, tak czysta i niewinna. Najwyższa pora ostatecznie ją zbrukać. Ruszył w jej stronę, cały czas przyglądając się dziewczynie. Mleczna cera, duże oczy, włosy niczym rzeka lśniącej czerni. Macedońska arystokratka przemieniona w tanią dziwkę z ateńskiego burdelu. Częstująca swych klientów słodyczą pocałunków i goryczą trucizny. Namiętna kochanka i zimna zabójczyni. Te kontrasty niezwykle go podniecały.

Stanął nad nią, drżąc z pożądania i niecierpliwości. Uniosła dumnie głowę i spojrzała mu prosto w oczy. Śmiało i wyzywająco. Poczuł rosnącą irytację. Kobieta nie powinna patrzeć na niego w ten sposób. Powoli, bardzo powoli podniósł rękę i zamierzył się. Mimo groźby zawartej w owym geście bynajmniej nie spokorniała. Głowę trzymała wciąż wysoko. Prędko zwilżyła wargi językiem.

A potem ją spoliczkował. Mocno – wkładając w to całe podniecenie oraz złość, którą w tej chwili odczuwał. Upadła na łoże, lśniące włosy przykryły jej twarz. Nawet nie pisnęła. Kritias poczuł, że piecze go wnętrze dłoni. Ponieważ jego gniew osłabł, pomyślał o Brennusie i jego zdradzie. O tym, że Celt nie pozwolił mu dokonać zemsty na Korinnie. Jego furia natychmiast rozgorzała świeżym ogniem. Przez czerwoną poświatę ujrzał, jak Filona dźwiga się z posłania. Znowu uklękła. Prędkim gestem odgarnęła kosmyki z policzka, który już ciemniał od uderzenia. I znowu popatrzyła mu w oczy. Równie bezczelnie jak poprzednio.

– Jeszcze raz… – zażądała.

* * *

– Nie mamy wyboru – zakończył swą analizę sytuacji Demades. – Dalsza walka pozbawiona jest sensu. Musimy się poddać!

Mężczyźni stali wokół ołtarza w sanktuarium Zeusa Wojennego. Pojedyncza lampa oliwna umieszczona na kamiennym blacie oświetlała cztery poważne twarze. Dalej, za plecami uczestników narady, panował już nieprzenikniony mrok.

Ciszę, która nastała po słowach Demadesa, przerwał Dionizjusz z Faleronu. Uśmiechnął się cierpko i rzucił:

– Wiedziałem przyjacielu, że właśnie ty to zaproponujesz!

Oblicze tamtego zalało się gniewnym rumieńcem.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – warknął.

– Tylko tyle, że możesz się poddać, jeśli taka twoja wola. Nie trzeba mi na Akropolu pozbawionego odwagi mazgaja. Zamierzam walczyć dalej, więc poszukuję prawdziwych mężczyzn.

Demades chciał coś odpowiedzieć, lecz Fokion powstrzymał go gestem.

– Co proponujesz? – zapytał Dionizjusza. – Jesteśmy tu odcięci, oblężeni przez kilka tysięcy nieprzyjaciół. Zapasów żywności w Partenonie starczy na dwa… przy oszczędnym gospodarowaniu na trzy dni.

– To wystarczająco dużo czasu, by dotarły tu oddziały z tebańskiego garnizonu – zauważył Meleager. – Możemy też ściągnąć posiłki z Koryntu oraz eskadrę wojenną z Eubei. Kiedy macedońskie wojska staną pod murami Aten, a okręty zablokują Pireus, demokraci szybko stracą rezon.

– Nawet gdybym był gotów posłużyć się cudzoziemską armią przeciw moim rodakom – rzekł Fokion – wciąż otwarta pozostawałaby kwestia, w jaki sposób mamy ją tu ściągnąć.

– Ktoś musiałby się przekraść przez obóz demokratów.

– Równie dobrze moglibyśmy sobie wyhodować skrzydła i przelecieć nad nim! – jęknął Demades. – To są mrzonki, nie widzicie tego?

Meleager spojrzał na niego wyraźnie zdegustowany.

– Moi Trakowie są mistrzami kamuflażu oraz górskich wspinaczek. Mogliby spróbować zejść po stromej stronie Akropolu. Tam z pewnością nikt nie pełni straży.

– Nawet gdyby im się udało, to i tak będą musieli przedrzeć się przez wrogie Miasto, a potem sforsować bramy.

– Masz lepszy pomysł? Poza kapitulacją, oczywiście.

Dionizjusz uznał, że musi przerwać tę wymianę zdań. Nie prowadziła ona do niczego dobrego. Gardził myślą o poddaniu się ludziom takim jak Hiperejdes czy Demostenes, ale nie zamierzał również pozwolić, by ocalili go Macedończycy. Po czymś takim Antypater nigdy nie traktowałby go jako równorzędnego partnera.

– Demades ma w jednym rację. To samobójcza misja – oznajmił. – Postradasz swoich Traków, a nam nie pomożesz.

– Jaka jest zatem twoja propozycja?

– Bardzo prosta. Będziemy bronić Akropolu i racjonować żywność. Odsiecz już nadciąga. Jestem tego absolutnie pewien.

Fokion uniósł ze zdziwienia brwi. Demades rozwarł głupio usta. Meleager wbił tylko w stratega z Faleronu uważne spojrzenie swoich małych oczu.

– Wytłumacz, Dionizjuszu.

– Widzicie – patrzył po kolei na każdego z zebranych – w przeciwieństwie do was, od dawna spodziewałem się, że sytuacja w Atenach może wymknąć się spod kontroli. Dlatego już po pierwszym wybuchu ludowego gniewu – wtedy, w Teatrze Dionizosa – podjąłem środki zaradcze. Wysłałem zaufanego człowieka na Peloponez z misją werbunku najemników. Lada dzień spodziewam się jego powrotu.

– Od jak dawna ukrywałeś to przed nami?!

– Milcz, Demadesie – rzucił Fokion. Następnie zwrócił się do Dionizjusza: – Zwykle nie pochwalam samowolnego działania… lecz w tym wypadku postąpiłeś słusznie. Gdybyś trzy dni temu przyszedł do mnie po zgodę, odmówiłbym jej udzielenia. Podjąłeś zatem decyzję, nie oglądając się na innych.

Macedoński ambasador spytał tylko:

– Ufasz swojemu człowiekowi?

– Nigdy dotąd mnie nie zawiódł.

– Zawsze może być ten pierwszy raz.

– Zaiste.

Meleager parsknął śmiechem.

– Lubisz grać w kości o duże stawki… Niech będzie, postawię na ten twój rzut. Skoro uważasz, że przyniesie ci fortunę…

– Przyniesie nam życie – odparł Dionizjusz. – A także władzę nad tym przeklętym Miastem.

Władzę, którą nie zamierzam się z nikim dzielić, dodał w myślach.

* * *

Zażądała! Ośmieliła się wydać mu polecenie! Jemu, ukochanemu synowi Apollina, pierwszemu kapłanowi delfickiego sanktuarium. Taka bezczelność wprost nie mieściła mu się w głowie. Należało czym prędzej ją ukarać.

Tym razem pamiętał, by uderzyć na odlew, wierzchem dłoni. Drobne ciało Filony upadło na drugi bok. Z satysfakcją usłyszał jej cichy krzyk.

– Czekałem na to od dawna… Od tamtej nocy w Passaronie – wycedził, wsuwając się na łoże. Jednocześnie niecierpliwie szarpał wiązania chitonu. – Wtedy byłaś wysoko urodzoną damą… dwórką królowej Olimpias… ale wiedziałem, że w głębi duszy jesteś zwykłą kurewką. Tryfon nie zmienił cię w ladacznicę. On tylko wydobył na wierzch twoją prawdziwą naturę.

Znów próbowała się podnieść. Sięgnął ręką, chwycił ją za włosy i przyciągnął ku sobie gwałtownym szarpnięciem. Syknęła z bólu. Ale wciąż w jej spojrzeniu nie było pokory, jakiej wymagał od kobiet.

– Wtedy oddawałaś się mi jak szlachcianka. Zakochana w sobie, dumna. Sądziłaś pewnie, że powinienem być ci wdzięczny za to, że łaskawie rozkładasz przede mną nogi. Cóż, trochę się zmieniło, prawda? Szkoda, że nie spotkaliśmy się, gdy pracowałaś w „Pocałunku Alkmene”. Ale nic straconego… Mamy przed sobą całą noc!

Pociągnął ją za włosy tak mocno, że otworzyła usta do krzyku. A potem nakrył je swoimi. Ucałował ją gorączkowo i natarczywie, wpił się w jej wargi, rozgryzając je do krwi. Poczuł metaliczny posmak. Wolną ręką miętosił drobną pierś dziewczyny przez materiał peplosu. Jego twardy penis napierał na przód kapłańskiej szaty, wyraźnie ją wybrzuszając. Wiedział, że jeśli zaraz nie wbije się w tę małą dziwkę, oszaleje.

Brutalnie cisnął Filonę na posłanie. Upadła na brzuch, ciężko dysząc. Obydwiema dłońmi chwycił za brzeg zielonej sukni. Szarpnął mocno, rozdzierając tkaninę. Jego oczom ukazały się jasne plecy dziewczyny. Kolejne szarpnięcia obnażyły również krągłe pośladki. Natychmiast uderzył w jeden z nich. Odgłos siarczystego klapsa rozniósł się po pokoju, podkreślony bolesnym jękiem. Kritias uśmiechnął się i natychmiast powtórzył uderzenie, celując dokładnie w to samo miejsce.

Wyswobodził się z chitonu i cisnął go za siebie, na podłogę. Całkiem już nagi pochylił się nad czarnowłosą. Usiłowała obrócić się na plecy, lecz złapał ją za kark i zmusił, by nie zmieniała pozycji. Drugą ręką objął swój członek. Był nabrzmiały, pulsował od bijącej w nim krwi. Delfijczyk obciągnął go kilkoma zdecydowanymi ruchami.

Jakimś cudem Filona wyzwoliła się z uścisku. Być może rozluźnił palce, gdy jego ciało przeszył rozkoszny skurcz? W ostatniej chwili powstrzymał się przed nazbyt szybkim orgazmem. Dziewczyna tymczasem ułożyła się wygodnie na plecach. Uniosła nogę, wciąż jeszcze obleczoną w suknię. Stopą kusząco dotknęła torsu Kritiasa.

– Zdecyduj się – zamruczała – chcesz dziwki czy dziewiczej kapłanki?

Znalazł się nad nią. Gwałtownymi ruchami zdzierał ostatnie strzępy odzienia, które blokowały mu dostęp do jej wdzięków. Między udami Filony dostrzegł błysk kolczyka, który nosiła w łechtaczce. Dłonią nakierował męskość na jej ciasną, lśniącą od wilgoci szczelinę. A potem pchnął z całych sił, nie bacząc na to, czy sprawi jej przyjemność, czy też cierpienie. Westchnęła głośno, udem przywarła do jego biodra. Wyciągnęła ku niemu ręce, lecz złapał ją za nadgarstki i przycisnął za nie do łoża.

– Księżniczka, kapłanka, zabójczyni – wycharczał między kolejnymi sztychami – bez względu na to, jaką maskę wkładasz… nadajesz się tylko do jednego.

Jego penis z impetem uderzał w sklepienie jej pochwy. Na twarzy Filony rysowały się na przemian rozkosz i ból. Rozchyliła wargi do jęku. Delfijczyk zebrał ślinę i splunął prosto w jej usta. Przełknęła ulegle, lecz w oczach wciąż miała wyzwanie. Zrozumiał, że mimo całej brutalności nie zdołał jej złamać. Jeszcze nie.

Przyspieszył tempo swoich ruchów. Płonął żądzą, zaś epicentrum tego pożaru mieściło się w jego lędźwiach. Nie zależało mu na długotrwałym kosztowaniu ekstazy – nigdy nie miał do tego wystarczającej cierpliwości. Potrzebował nagłego rozbłysku, który wyrzuci z jego ciała nadmiar spermy, a potem wypełni je błogim uczuciem nasycenia.

Nie musiał długo czekać. Przez moment balansował na granicy, lecz gorączkowe skurcze mięśni, które ciasno otuliły penisa, przyniosły mu spełnienie. Wyprężył się, a jego ciało przeszył niemal bolesny skurcz. Krzyknął chrapliwie, nie przerywając jednak sztychów. Filona przyjmowała go w sobie, wysysała swą zachłanną pochwą zawartość jego jąder. Wytryskiwał w niej raz, drugi, trzeci… Za każdym razem wzdychała spazmatycznie. Kritias osunął się na nią i przygniótł swym ciężarem do posłania.

A jednak upragniona błogość nie nadeszła. Pierwszy kapłan delfickiego sanktuarium czuł w środku wyłącznie pustkę.

Usłyszał za sobą jakiś ruch. Powoli uniósł się znad Filony i wysunął z jej śliskiego wnętrza. Leżała na plecach, spoglądając nań z dumnym uśmiechem. Pojął, że ta mała dziwka cieszy się ze swojego triumfu. Przez krótką, acz znaczącą chwilę miała nad nim absolutną władzę. Zanurzony głęboko między jej udami, był niczym spragniony niewolnik, którego tylko ona mogła napoić.

Sięgnęła między swe uda i zgarnęła palcami kilka kropel jego nasienia. Uniosła dłoń do ust i oblizała prędko opuszki. Skrzywiła się lekko. Zmarszczył brwi.

– Smakuje… jak każda inna – szepnęła, uważnie obserwując jego reakcje.

Naprawdę myśli, że wygrała? Cóż, tym razem czeka ją przykra niespodzianka. Kritias obrócił się w stronę wejścia. W otwartych na oścież drzwiach czekał Alkajos. Cień skrywał poparzoną część jego twarzy. W jedynym oku tliła się nienawiść.

– Pozbyłem się zwłok – oznajmił.

– Gdzie? – spytał kapłan. Powstał z łoża, plecami oparł się o chłodną ścianę. Nie próbował w żaden sposób okryć swej nagości. Czegóż miał się wstydzić? Był przecież piękny jak syn boga.

– Nie uwierzysz, jak głębokie są rynsztoki w bogatych dzielnicach.

Kritias skinął głową.

– Należy ci się nagroda. A także zachęta do dalszych… starań.

Przez moment Rzeźnik Elidy przyglądał mu się bez słowa. A potem przeniósł spojrzenie na leżącą wciąż na łożu dziewczynę. Ta poderwała się nagle i sięgnęła po strzępy swej sukni.

– Powinnam już iść… – powiedziała drżącym głosem.

– Wiem, że masz na nią ochotę – stwierdził delficki kapłan. Oderwał się od ściany i ruszył w stronę Macedończyka. Czuł na plecach przerażony wzrok Filony. – Ja natomiast chcę czegoś innego. Na szczęście, nasze pragnienia dadzą się pogodzić. A nawet więcej – są nierozerwalnie związane.

Alkajos postąpił krok naprzód. A potem następny. Dziewczyna zsunęła się z posłania i uciekła w kąt komnaty. Skuliła się w nim, drżąc na całym ciele. Była jeszcze bledsza niż zwykle. Oczy miała rozwarte i pełne grozy.

– Nie wolno ci mnie skrzywdzić – podjęła desperacką próbę. – Moim protektorem jest Tryfon z Ambrakii…

– Tryfon z Ambrakii jest pół świata stąd – odparł Kritias, nawet na nią nie patrząc. – Poza tym wątpię, by przejmował się kimś takim jak ty.

– Czego ode mnie oczekujesz? – spytał Macedończyk.

Delficki kapłan stanął tuż przy nim. Obrócił się ku Filonie. Teraz to on uśmiechał się z triumfem. A jednak przegrałaś, pomyślał z satysfakcją.

– Chcę, byś ją dla mnie złamał. Tak jak Berenike. Tak jak Dafne. Kiedy z nią skończysz, ma być grzeczna, potulna, pełna szacunku. I absolutnie uległa.

– I pewnie jeszcze chcesz na to popatrzeć?

– Czyż to nie oczywiste? Nigdy nie tracę podziwu dla twych metod.

Pozbawiona swoich trucizn i noży, Filona niczym nie różniła się od innych dziewcząt. Była słaba i bezbronna. Alkajos odpiął pas z mieczem i pozwolił mu z łoskotem opaść na podłogę. Pozbył się również napierśnika z wygotowanej skóry. Odziany tylko w przepoconą tunikę, ruszył w stronę skulonej w kącie brunetki.

W nocną ciszę nad willą Hiperejdesa wdarł się nagle pełen bólu skowyt. Trwał długo, wibrujący i niezmordowany, co pewien czas jeszcze się wzmagając. Niekiedy przybierał postać wykrzykiwanych panicznym tonem błagań. Nigdy jednak nie zostały one wysłuchane. W końcu przerodził się w spazmatyczny szloch. Aż wreszcie i on umilkł, kiedy Filona zapadła w litościwy mrok omdlenia.

Przejdź do kolejnej części – Opowieść helleńska: Demetriusz XXIV

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Drodzy Czytelnicy,

mam przyjemność zaprezentować XXIII rozdział przygód Demetriusza. W tym miesiącu pojawią się jeszcze dwa. Wszystkie napisane przeze mnie i skorygowane przez niezrównaną Areia_Athene. Życzę miłej lektury! Mam nadzieję, że nie będziecie zawiedzeni 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Cóż, wygląda na to, że któremuś z Czytelników nie spodobała się moja opowieść… i postawił 2jkę. Nic nie mam do oceny, ale gratuluję szybkości lektury – tekst pojawił się na stronie raptem 35 minut temu, a ktoś już zdążył go przeczytać 😀 To tempo 1 str Worda na minutę. Chapeau-bas! Też chciałbym tak szybko umieć!

M.A.

Nie maż się. Bądź mężczyzną.

😉

Ależ ja nie narzekam, ani się nie mażę. Przeciwnie: wręcz szaleję z entuzjazmu, że ktoś potrafi czytać tak szybko!

Moja szybkość to średnio 20-30 stron formatu A4 (wielkość czcionki 12, odstępy 1,5) na godzinę. W zależności od mojej formy i złożoności tekstu.

Najwyraźniej ktoś ma 2-3 razy szybsze tempo! Natomiast Anonim z jednego z komentarzy poniżej to już zupełnie inna klasa – ok. 4 stron na minutę. Mogę powiedzieć tylko: wow. I zzielenieć do reszty z zazdrości.

Pozdrawiam
M.A.

Mając w pamięci losy Berenike, można drżeć o Filonę. Jednakże jakoś wierzę w to, że sobie poradzi. To jest twarda sztuka.
Dalej konsekwentnie budujesz swoją opowieść, ale czuć, że finał tuż tuż. Bardzo jestem ciekawa. Najbardziej obecnie tego, jak skończy Alkajos i Kritias. Mam nadzieję, że szykujesz coś ekstra dla obu panów:-)

Zastanawiam się, czemu nikt nie kocha Alkajosa i Kritiasa? Przecież to tacy sympatyczni bohaterowie 🙂 Bez nich ta historia byłaby po prostu nudna. Przecież Czytelnicy kochają nienawidzić takich szubrawców.

Pozdrawiam
M.A.

Witaj Megasie,

Ja lubię zarówno Alkajosa jak i Kritiasa. Bym lubił jakąś postać nie musi mieć ona w sobie ani trochę dobra. Dobrze napisany czarny charakter, który budzi mocne emocje – nawet strach lub niechęć, nienawiść, to postać którą mogę spokojnie lubić. A ci dwaj jak najbardziej wzbudzają we mnie emocje.

Pozdrawiam
Aoba

Aoba,

myślę, że Kritiasowi i Alkajosowi zrobi się miło wiedząc, że mają jednak swego fana!

Pozdrawiam
M.A.

P.S. Postaram się jutro odpisać na pozostałe Twoje wiadomości. Przynajmniej na niektóre 😉

Miło mi, że mogłem sprawić tym miłym panom odrobinę radości 🙂

Jednak myślę, że gdybym miał "przyjemność" spotkać w prawdziwym świecie Kritiasa i Alkajosa to by szybko i brutalnie wybili mi z głowy jakiekolwiek "lubienie" ich 🙂

Pozdrawiam
Aoba

Nie mogę się doczekać na więcej. Megas piszesz 35 str. Worda czyli A4, nie wiem, łyknąłem w naście minut 🙂 🙂 :). A zaraz przeczytam sobie jeszcze raz 🙂 🙂 🙂

Dodam tylko ża każda kolejna część coraz smakowitsza. Powinieneś wydać książkę ze swoimi cyklami.

Dziękuję, staram się, by były smakowite. A co do wydania książki – kto wie, może kiedyś… jak zauważył Seaman to marzenie większości z nas 🙂

Natomiast jeśli chodzi o szybkość pochłonięcia tego rozdziału – szacunek, naprawdę. Z drugiej strony, to frustrujące – ja się męczę z 2-3 tygodnie, a Ty pochłaniasz w kwadrans… po prostu nie mam szans uciec do przodu!

A tak przy okazji, Anonimie, zachęcam do rejestracji na bloggerze i komentowania pod stałym nickiem (a może i ze stałym awatarem). Szczególnie aktywnych komentatorów (mamy listę w panelu bocznym) czekają, oprócz sławy i rozpoznawalności, różne atrakcje. Np. możliwość przedstawienia swoich recenzji do zakładki "Polecamy". Myślę, że warto 😉

Pozdrawiam
M.A.

No cóż czytam już kilka latek 😉 😉 😉 różne książki i książeczki 😉 😉 ;). Nad rejestracją zastanawiam się od dłuższego czasu, może się wreszcie "rozgrzeszę" 🙂 🙂 :).

Zaskoczył mnie dziś rano wyskakujący monit z czytnika RSS że jest nowa częśc.

Całe to zamieszanie w Atenach przypomina mi wydarzenia z czasów współczesnych – Egipt, Libia teraz Syria. Szkoda mi Filony ale myślę podobnie jak Miss.Swiss że da sobie radę :).

Złe charaktery przeważnie giną w jakiś widowiskowy, spektakularny sposób i mam nadzieję że tą dwójkę też to kiedyś czeka ;).

Cześć, Daeone!

Podejrzewam, że w jakimś (podświadomym) stopniu wydarzenia arabskiej wiosny wpłynęły na to, jak opisuję rewoltę w Atenach. Natomiast sam bunt był w moich planach już wtedy, gdy zaczynałem tworzyć Opowieść Demetriusza. A to chyba było jeszcze przed pierwszymi zamieszkami w Kairze… choć dokładnej chronologii nie podam. Tak czy inaczej, rewolta przeciw opresyjnej, oligarchicznej władzy to zjawisko bardzo stare. W starożytnej Grecji mieli nawet oddzielne słowo na "walki frakcyjne w państwie-mieście" – "stasis".

Pozdrawiam
M.A.

Nie zawsze musi tak być. Życie bywa baaaardzo przewrotne. Nie zdziwiłabym się, gdyby Filona po prostu potknęła się i nieszczęśliwie upadła.
Eileen

Ja bym się nie zdziwił gdyby to jednak ta cała Fiona okazała się w końcu górą. Ma mnóstwo doświadczenia i taką jak ją chyba nie da się łatwo złamać. Poza tym kobiety w tamtych czasach były bardziej twarde niż obecnie.

Filona. Nie Fiona. Fiona była żoną Shreka 😀

Pozdrawiam
M.A.

No w takim momencie przerwać 😉 I czytelenika w katuszach oczekiwania na pastwe losu zostawić. Nieladnie 😉

Witaj, ekstensyfikacjo!

Co do momentu urwania narracji – no nie wiem, kilku osobom spodobało się to, że nie opisałem szczegółowo katuszy, które przechodziła Filona w rękach Alkajosa i Kritiasa. To nawet nie cliffhanger, tylko raczej fadeout. Poza tym 2 dni później dałem kolejną część, więc chyba nie jest tak źle?

Pozdrawiam
M.A.

Witaj Megasie!

Rewelacyjny rozdział! Ateny w ogniu, walki na ulicach i czuć już że historia powoli zmierza do końca. Lektura pełna emocji.

Dobre było spotkanie Demetriusza z Miltiadesem i jego odziałem. Podobało mi się jak zdenerwowany Miltiades nazwał syna Dionizjusza "Szczeniakiem" i siłą go przy sobie zatrzymał [nie dziwie się jego zdenerwowaniu, mnie też w tym momencie młody Falerończyk irytował :)]. Ucieszyłem się, że Rodyjczyk wysłał dwóch swoich ludzi po Raise i Menandra – mam nadzieję, że nic im się nie stanie (zwłaszcza ukochanej Demetriusza).

Podobało mi się jak Dionizjusz wyznaczył nagrody za głowę Hiperejdesa i czerep Demostenesa – walka o Ateny jest bardzo emocjonująca, naprawdę jestem ciekawy jak to się wszystko skończy (Kto będzie jeszcze żył). Podobało mi się też to, że Falerończyk lubi najemników i wizja jego rządów wspartych ich mieczami :). Wydaję mi się też, że Dionizjusz jest lubiany (a może i szanowany) przez swoich ludzi – że cieszą się że mają takiego dowódcę.

Bardzo dobre było zbieranie się demokratów na agorze a potem rozprawa z nimi. Podobał mi się Gorgonios :). Dobrze pokazana rekcja Demetriusza na to co się dzieje i co widzi. Świetnie opisane jego desperackie i nieudolne próby zatrzymania rzezi brutalnie przerwane przez cios Miltiadesa. No i jeszcze, na koniec, głowa krzykacza i nagroda 🙂

Zaskoczyło mnie, że Myron zmienił stronę – demokraci (a może raczej Kritias) mają wciąż nowe asy w rękawie.

No i pierwsze starcie Dionizjusza i jego najemników ze spartanami – cudowne! Bardzo mi się podobało gdy strateg dowiedział się, że ich przeciwnicy to Spartanie – wtedy naprawdę zdał sobie sprawę z tego, że i demokraci przygotowali się do tej wojny.

Miło było zobaczyć po raz kolejny te dwie wymienione za Raise niewolnice. Wygląda na to, że ich pobyt u Meleagra nie jest taki zły, ciekawi mnie czy wolałyby wrócić do Dionizjusza? Dionizjusz potrafi być chyba okrutniejszy dla niewolnic niż Meleager, chociaż tak naprawdę to nie mam pojęcia jak okrutny dla niewolników może być Macedończyk.
Sam Meleager zapowiada się coraz bardziej ciekawie, zamiłowanie do muzyki to interesujący dodatek do jego charakteru.

Marsz najemników przez Ateny do Akropolu doskonale opisany. Dobre, krótkie i w zasadzie pozbawione słów spotkanie Demetriusza z ojcem.

Więc Demostenes nie wiedział, że jego córka żyje! Szkoda mi go było gdy tak cierpiał. Podobało mi się, że zdecydował się na samobójstwo – że nie mógł żyć bez Korinny i jak sądzę z poczucia winy że wybrał wierność ideałom w zamian za nią. No i spotkanie ojca z córką. Piękne, ale za krótkie dla mnie. Mam nadzieję, że jeszcze ich wątek będzie kontynuowany. Bardzo jestem ciekaw ich relacji – tak wyjątkowej w Atenach.

Rozbawiły mnie zwłoki w pokoju Kritiasa. Już o tej nieszczęsnej niewolnicy Euronyme (czy o niej jeszcze usłyszymy?) zapomniałem. Kapłan Apolla najwyraźniej też 🙂

Podobał mi się opis organizowania sobie miejsca i zajęć przez najemników, zwolenników oligarchów oraz kobiet i dzieci na Akropolu.
No i spotkanie Demetriusza z Charą i Eufraksją. Myślałem najpierw, że będą uprawiać seks we trójkę – cieszę się, że do tego nie doszło – ja jestem z tych czytelników którzy nie lubią jak Demetriusz zdradza Raise 🙂 Zamiast tego była scena która mnie urzekła. Podobała mi się rozmowa młodego Falerończyka z niewolnicami a na koniec, gdy dziewczyny usnęły przytulone do syna Dionizjusza aż się trochę rozczuliłem.
c.d.

Znowu cudowne starcie Kritiasa z Hiperejdesem. Uwielbiam ich relację, wspaniałe były myśli Delfijczyka: jak gardzi Ateńczykiem, że uważa go za "słabowitego idiotę" 🙂 No i Alkajos ma poprowadzić szturm na akropol – ciekaw jestem czy tak naprawdę będzie, czy kapłanowi uda się go umieścić w roli dowódcy.

Bardzo dobrze się czytało konflikty wśród przywódców oligarchów. No i Dionizjusz – ah jak go uwielbiam – był przygotowany i na taką ewentualność. Ciekawe, ciekawe czy posiłki przybędą. Aha i jeszcze świetna wymiana zdań falerońskiego stratega z Meleagerem na temat zaufania 🙂

Kritias, Alkajos i Filona – Długo zastanawiałem się co z tego wyniknie, jakie tu się relację pojawią, kto z kim wejdzie w konflikt i kto z kim się prześpi. No to już wiem. Więc Filona stała się ofiarą Kritiasa I Alkajosa. To jak "rozegrała" Kritiasa było do przewidzenia – dokładnie tak sobie wyobrażałbym ich seks. Oczywiście spodziewałbym się też po takiej sytuacji że kapłan będzie chciał się mścić za "upokorzenie". No i tutaj wkracza Rzeźnik Elidy i ja już zupełnie tracę pewność co się wydarzy. Macedonka się go bała – czy to przez jego "sławę" czy też widziała go kiedyś w akcji? W każdym razie zastanawiam się teraz czy jednooki Macedończyk ją złamie – na pewno jest do tego zdolny – w końcu każdego można złamać. Filona jednak czerpie przyjemność z seksu z takim sadystą jak Kritias czy brutalnym Olbrzymem Brennusem. Więc jej odporność na ból, poniżenie, jest duża. Dlatego mam nadzieję, że Macedonka oszuka swoich oprawców i uda załamanie, myślę że byłaby w stanie tego dokonać. W przeciwnym bowiem razie obawiam się, że Alkajos, łamiąc ją naprawdę, może też mocno zniszczyć jej ciało a może i psychikę – bo użyję metod skrajnie wręcz okrutnych. Jakkolwiek będzie, ich wątek bardzo mnie interesuję.

Naprawdę świetny rozdział – jutro biorę się za następny, już nie mogę się doczekać!

Pozdrawiam
Aoba

Dobry wieczór, Aoba!

Dziękuję za obszerną i entuzjastyczną recenzję Rozdziału XXIII. Starałem się, by powstanie demokratów i następujące w jego wyniku walki opisać w sposób dynamiczny, emocjonujący i w jak największym stopniu angażujący Czytelnika. Lubię konfrontować swoich bohaterów z szokującymi scenami i traumatycznymi doświadczeniami, a potem patrzeć, jak pod ich wpływem ewoluują. Demetriusz naoglądał się w ciągu ostatnich dni wielu okrucieństw, trudno więc mu się dziwić, że czasem emocjonalnie "pęka". Jego ojciec z kolei to polityczny wyga, w dodatku na każdym kroku próbujący tłumić w sobie ludzkie myśli i odruchy. Związał swą ambicję z własnym życiem i całkiem możliwe, że będzie za nią podążał aż do końca.

Przy okazji miałem szansę pogłębić nieco portrety psychologiczne Meleagra (scena muzyczna) i Demostenesa (myśli o śmierci). W dalszej części tekstu mogłem wrócić do Eufraksji i Chary, które służą tutaj kilku celom – choć bynajmniej nie tym najbardziej oczywistym 😀 Jak widzisz, nie rzuciłem dotąd Demetriusza w ramiona żadnej z nich (że już o obydwu nie wspomnę), ale nie mogę obiecać, że nie zdarzy się to w najbliższej przyszłości. Demetriusz stara się wprawdzie być wierny Raisie, ale żyje w niezwykle ciekawych czasach. Promiskuityzm zaś był zawsze chętnie stosowanym remedium na nadmiar stresu 😉 Poza tym wierność kobiecie, zwłaszcza niewolnicy, nie była zbyt popularną koncepcją w antycznej Helladzie…

Zgadzam się, że spotkanie Demostenesa z córką było zbyt krótkie, zbyt pobieżnie opisane. Z jednej strony obawiałem się, że nie udźwignę tej sceny – i popadnę w banał oraz ckliwość. Z drugiej zaś ramy rozdziału nie są z gumy – gdzieś trzeba było ciąć. Uznałem więc, że najlepiej pewne rzeczy pozostawić domysłom Czytelników. Na pewno ułożą to sobie w wyobraźni lepiej, niż ja bym potrafił! I owszem, ich wątek będzie kontynuowany.

Kritias i Hiperejdes… jak się domyślasz, ten związek nie ma przed sobą zbyt kolorowej przyszłości 🙂

No i wreszcie scena erotyczna. Trójkąt Kritias-Filona-Alkajos faktycznie dawał różne możliwości. Miałem kilka pomysłów na rozegranie tego wątku. Ostatecznie wyszło tak, jak można przeczytać. Filona była z pewnością zafascynowana Kritiasem – tak bardzo pięknym i zepsutym. Seks z nim sprawiał jej wiele rozkoszy, ona naprawdę lubi gwałtowne i brutalne zbliżenia (vide Brennus). Jednocześnie arogancja Delfijczyka sprowokował ją do podjęcia ryzykownej gry. W której odniosłaby zwycięstwo, gdyby nie niespodziewany as w rękawie Kritiasa – Alkajos. Jego na pewno się bała – znając jego "zasługi" podczas wojny macedońsko-spartańskiej. Tutaj już nie miała żadnych szans na triumf – wobec sadyzmu Alkajosa żadna subtelna gra nie mogła się udać. I oto dla Filony – trucicielki, modliszki usuwającej ze swej drogi kolejnych mężczyzn – przyszedł czas zapłaty. Co z tego wyniknie? Pozostaje mi zachęcić do dalszej lektury!

Pozdrawiam serdecznie! Jutro postaram się odpisać na recenzję Rozdziału XXIV.

M.A.

P.S. Nie tylko Myron zmienił stronę – także Jednooki Akristos przeszedł na stronę demokratów, z nienawiści do Ophiona Dziobatego (który podobnie jak Deimos Półmartwy pozostał lojalny wobec Dionizjusza oraz oligarchów). Zagrały tu przede wszystkim wzajemne urazy w przestępczym półświadku Aten.
P.P.S. Nie wiedziałem, że zwłoki w komnacie Kritiasa miały jakiś potencjał komediowy, ale sądząc po Twej reakcji, najwyraźniej tak 😉 Co do Eurynome – być może jeszcze się pojawi, ale za nic w świecie nie zdradzę, w jakich okolicznościach.

Dobry Wieczór, Megasie!

Na pewno Twoje zamierzenie się udało bo powstanie demokratów dokładnie takie było dla mnie – emocjonujące, zaskakujące, dynamiczne, a ja byłem bardzo zaangażowany czytając 🙂

Oczywiście zgadzam się z Tobą Megasie, że wierność jednej kobiecie (niewolnicy dodatkowo), to w antycznej Helladzie nie jest zwykła sytuacja. I ja też w żaden sposób nie krytykuję ani nie próbuję Cię odwieźć od planów dotyczących związku Demetriusza i Raisy ja po prostu mocno przeżywam Opowieść Demetriusza i dzielę się tymi przeżyciami w moich odpowiedziach właśnie w taki sposób.

Hmmm…Myślę, że masz rację. Pierwsze po rozdzieleniu spotkanie Demostenesa z córką to rzeczywiście taka sytuacja gdy łatwo o nadmierną słodycz, ckliwość i czasem nawet kicz. No i bardzo się cieszę, że ich wątek będzie kontynuowany 🙂

Kritias i Hiperejdes – oni mnie bardzo ciekawią, cieszę się że ich wątek będzie kontynuowany. Może nawet Hiperejdesowi uda się jakoś zaszkodzić pięknemu kapłanowi?

Filona – Ja cały czas mam teorie, że Macedonka nie dała się jeszcze całkowicie złamać, ale trochę udaję – udaję by gdy nadarzy się okazja móc uderzyć, uwolnić się. Oczywiście po Rozdziale XXIV wiem, że przeszła piekło, że przynajmniej częściowo jest złamana, zastraszona. Ale ja wciąż wierzę, że trochę udaję, gra i w odpowiedniej chwili uderzy. Natomiast sam swoją teorię poddaje w wątpliwość bo nie jestem pewny czy Kritiasa można by w taki sposób oszukać (bo Alkajosa to sądzę, że tak).

Dziękuję za informacje odnośnie Jednookiego Akristosa. Zapewne ta wojna o Ateny rozstrzygnie nie tylko kto będzie rządził miastem, ale też kto będzie rządził lokalnym światem przestępczym.

Zwłoki w Komnacie wybrańca Apolla – no cóż, ja mam upodobanie do czarnego humoru 🙂 Głównie rozbawiło mnie to, że ja sam – jak i kapłan – zapomniałem o niej. I ta sytuacja – Kritias i inni wchodzą do komnaty, a tam – ups, niespodzianka, zwłoki w skrzyni, skąd się tutaj mogły wziąć? No i zabawne było dla mnie też, że jej śmierć "zwalono" na najemników Dionizjusza. Na Falerończyka zrzucono już śmierci Eubulosa i Narkissosa. Jak tak dalej pójdzie to konto ofiar Dionizjusza będzie rosło dużo szybciej niż by ateński strateg mógł sądzić 🙂

Pozdrawiam serdecznie
Aoba

Witaj, Aoba!

Ależ krytykuj, krytyku – ja nie mam nic przeciwko krytyce (zwłaszcza konstruktywnej) a szczegółowe analizy moich tekstów sprawiają mi dużą satysfakcję. Nie mam też nic przeciwko odwodzeniu od pewnych pomysłów fabularnych, choć muszę przyznać, że wykazuję tutaj dużą asertywność. Myślę, że Miss.Swiss miałaby o tym nieco do opowiadania 🙂

Słuszne spostrzeżenie: Dionizjusz jest obecnie posądzany o wszystko, co dzieje się w Atenach. Podejrzewam, że gdyby Hiperejdes potknął się i upadając wybił sobie zęba, też posądzano by o to stratega z Faleronu…

Pozdrawiam
M.A.

Witaj Megasie!

Dobrze więc, jeśli uznam za stosowne nie będę się wahał być krytykującym krytykiem 🙂
Jak chodzi o odwodzenie od rozwiązań fabularnych to ja sam zwykle, tak naprawdę, nie jestem pewny czy rzeczywiście tego chcę. Np. w wypadku Demetriusza zdradzającego Raise – z jednej strony moje "serce" nie chcę aby to robił, i ja te emocje pokazuję w swoich recenzjach pod Opowieścią Demetriusza, głośno lamentując nad losem biednej niewolnicy, po prostu przeżywam to co się dzieje i uzewnętrzniam to. Ale z drugiej strony "rozum" mówi mi już co innego, to w końcu starożytne Ateny – wierność niewolnicy to jak sam pisałeś – niezbyt popularna koncepcja wtedy. A mnie też zależy by Demetriusz był realny, prawdziwy (bo uwielbiam to w Opowieści Helleńskiej, że postacie wydają mi się bardzo prawdziwe, że wierzę iż naprawdę tacy ludzie mogli kiedyś żyć i tak właśnie myśleć, czuć, zachowywać się jak Ty to opisujesz). Więc ja sam tak naprawdę nie wiem czego chcę 🙂 Stąd cieszę się, że to Ty decydujesz jak ostatecznie potoczy się historia 🙂 Ale jeśli kiedyś będę miał jakąś silną i bardziej zdecydowaną opinię na temat tego w jaką stronę jakiś fragment historii powinien podążyć to postaram się to wtedy bardziej zaznaczyć w swoich recenzjach, aby było wiadomo, że oto i to jest moja zdecydowana opinia co powinno się zdarzyć 🙂

🙂 Cóż, chciałbym napisać "biedny Dionizjusz", niesłusznie oskarżany, ale chyba niezbyt on jest jednak "biedny" i trochę sobie na opinię zasłużył 🙂 Myślę też że jego może to nawet cieszyć, że budzi taki lęk i miasto jest tak mocno przekonane o jego możliwościach w czynieniu "zła".

Pozdrawiam
Aoba

Napisz komentarz