Bożek III-IV (Szarik)  4.71/5 (8)

11 min. czytania

III

Mam już takie szczęście, że wiele zdarzeń powtarza się w moim życiu, a obcy w teorii ludzie ratują moje szanowne dupsko przed nieszczęściami. Nie, nie to, że jestem w czepku urodzony, ale trochę tego szczęścia w życiu jednak mam. Takim właśnie nieoczekiwanym ratunkiem stała się moja sąsiadka. Biegnąc każdego ranka raniutko do swojego przedszkola, robiła pauzę w moim mieszkaniu. Nie zdejmując zazwyczaj ubrania, korzystając z dobrodziejstw ciepłej pogody, wpadała do mnie, dając upust obopólnej żądzy. Błyskawiczne, obustronne spełnienie. Ten rytuał dawał mi moc unikania zmasowanych ataków tych małpiszonów podstępnych, a słodkich, czyhających na mnie w biurze. Próbują codziennie jakichś sztuczek, by choćby się otrzeć, złapać moje spojrzenie wędrujące w głąb dekoltu, błysnąć wystającą koronką, sprawić, by opadły na mnie rozpuszczone włosy. Miłe to w sumie i łechczące samczą próżność. Zastanawiałem się, czy nie wzbudzę w zamian nienawiści wśród męskiej części zespołu. Musiałem o to zapytać. Gdy tylko pojawiła się taka szansa, zagadnąłem.

– Panowie, czy wy też przerabialiście moc bożka w ten sposób?

– Szefie, każdy z nas to przetrenował i jeszcze zapewne przetrenuje. W sumie, dlatego tutaj sami single, bo jak w takim dobrobycie się wiązać? – odpowiedzieli prawie chórem.

– A dziewczynom to nie przeszkadza? Tak, troszkę przedmiotowo to wygląda.

– Każdy uczestniczy w tym z własnej woli. Bożek trafia też do nich, wtedy to one decydują, a my chodzimy jak napalone kundle pod bramą. Moc jest ogromna. Satysfakcja z seksu pełna.

– I nikt nie myśli się ustatkować, założyć rodzinę?

– Wtedy odchodzi z firmy. Czasami odchodzą pary, zarówno hetero, jak i homo. On potęguje moc oraz zainteresowania bieżącego gospodarza.

– Czyli, gdybym brał je wszystkie kolejno tutaj, na biurku, to nikt by nie miał o to żalu?

– Tutaj to może nie, bo są kamery z monitoringu, ale w pokoju relaksacyjnym już można. Właściwie, to zaczynamy się zastanawiać, czy szef jest tak odporny, czy posążek stracił moc, bo dziewczyny wychodzą ze skóry, a tu nic.

– Powiedzmy, że mam pewne antidotum na nasze panny, ale … Do pracy, panowie, do pracy. Samo się nie zrobi.

– Tak jest szef, ależ ona musi być niesamowita.

– Powiedziałem, do roboty, to jazda. Koniec głupiego gadania.

Spojrzeli po sobie, uśmiechając znacząco. Robota jednak ruszyła w samą porę, bo panie wróciły, jak zwykle piękne i zalotne.

Wyłączyłem budzik, umyłem zęby i czekałem na ciche pukanie do drzwi. Pięć minut, dziesięć, piętnaście, ciągle nic. Coś musiało się stać chyba. Wciągnąłem na siebie pospiesznie pierwsze czyste szorty, które wpadły mi w ręce, dorzuciłem bawełnianą koszulkę. Ściskając w ręku klucz od mieszkania, popędziłem na wyższe piętro. Tylko które drzwi? Nie znałem nawet jej imienia, o nazwisku nie wspominając, choć i tak nic by to nie dało, bo oprócz numerów na identycznych drzwiach, nie umieszczono żadnych informacji umożliwiających identyfikację. Ryzyk, fizyk. Wypróbuję lokal bezpośrednio nad moim, chyba największa szansa. Nacisnąłem nieśmiało przycisk dzwonka. Cisza. Zapukałem delikatnie, usłyszałem drobne kroki. Drzwi uchyliły się, a w nich ukazała się znajoma twarz. Trafiłem, uff.

– Dzień dobry, martwiłem się o panią – powiedziałem z troską w głosie.

– Dzień dobry. Niech pan wejdzie. Dopiero co się obudziłam.

Wszedłem, zamykając za sobą drzwi i przekręcając patentowy zamek. Ot, taki odruch.

– Napije się pan czegoś? Jestem nieprzytomna – mówiła, idąc drobnymi krokami w głąb mieszkania.

Jej fantastyczny tyłeczek wyglądał spod koszulki, którą miała na sobie. I chyba tylko ona ją okrywała. Zalotnie kręciła biodrami, zapewne jednak bardziej podświadomie, niż celowo.

– Czy coś się stało? – zapytałem zaniepokojony.

– Nic takiego. Wszyscy wyszli, korki wyskoczyły, komórka się rozładowała, a ja zaspałam, Armagedon.

– Pomóc z korkami?

– Nie, już naprawiłam. Kawy?

– Poproszę.

Miała zaspaną twarzyczkę, ciągle jeszcze okrytą rumieńcem, potargane włosy w twórczym nieładzie. Zupełnie inaczej, niż gdy przychodzi do mnie, ale … równie pięknie i pociągająco.

– Kawę? – powtórzyła, nerwowo szukając na półce. – No, tak skończyła się wczoraj, ale mam zapas.

Stanęła na palcach, próbując sięgnąć wyżej. Uniosła rękę, a koszulka bezwstydnie obnażyła jędrne, nagie pośladki. Już dawno byłem gotowy. Od chwili, gdy otworzyła drzwi, mały przyjaciel prężył się dziarsko. Podszedłem bliżej.

– Później – przerwałem poszukiwania.

Wziąłem ją na ręce. Ja, stary koń, uniosłem tę kruszynkę, pachnącą snem młodą drobinę,  instynktownie znajdując drogę do sypialni. Położyłem delikatnie na łóżku. Spoglądała niepewnie, zbita z tropu moją delikatnością, jakże różną od naszych dotychczasowych, żywiołowych zbliżeń. Delikatnością tak niespodziewaną w skojarzeniu z moją posturą. Sprawiałem wrażenie dwukrotnie większego od niej, a działającego nadzwyczaj ostrożnie. Złożyłem pocałunek na jej dłoni. Kolejny na stopie. Całując raz za razem, wędrowałem wzdłuż szlaku smukłych nóg. Zarost zapewne drażnił jej skórę, jednak na twarzy, na szczęście, gościł wyraz zadowolenia, nie bólu. Przyglądała się uważnie moim postępom. Gdy minąłem kolana, gościnnie rozchyliła uda. Gładkie krzywizny ciała czekały z niecierpliwością. Gdy złożyłem tam pierwszy pocałunek, jęknęła. Gdy zbadałem dokładniej językiem, wygięła się w łuk. Mniejsze ukryte pośród większych, z czułym drogowskazem pośrodku. Drżała delikatnie podczas eksploracji ukrytych w głębi pokładów wilgoci. Eksploracja ta okazała się jakże przyjemną. Dawała efekty, co prawda nie natychmiastowe. Nadal była strasznie zaspana, należało ją budzić powoli, ale jednak skutecznie. Gdy pierwsza kropla spłynęła wzdłuż krzywizny, uznałem, że nadszedł czas na dalsze poznanie tej gościnnej krainy. Pomogłem jej unieść się na tyle, by wspólnymi siłami pozbyć się koszulki. Zrzuciłem też własne ubranie, by poczuć ją beż żadnych przeszkód. Kontrast pomiędzy pięknem młodości oraz moim, nieco starszym już ciałem, dawał się zauważyć. Przeciwieństwa często się jednak przyciągają. Minąłem gładkość krzywizn, by podążyć płaskowyżem brzucha, pozwalając językowi tańczyć wokół oazy pępka. Na horyzoncie rysowały się nowe wyzwania. Pełne i okrągłe. Szczyty zwieńczone drobną, acz wyraźną koroną, kontrastującą delikatnym różem. Tu ślad mego zarostu stał się wyraźniejszy. Reakcją na dotyk owe szczyty dorównywały wcześniej odkrytym obszarom. Dawały się poznawać, tak ustom, jak i dłoniom. W końcu, drogą od obojczyka przez szyję i przygryzienie ucha, dotarłem do ust. Wilgnych oraz lekko rozchylonych. Przywitały mnie gwałtownie, burząc dotychczas budowaną łagodność. Mój podróżnik również zagłębił się we wcześniej odkrytą wilgoć. Wchodził i wracał, jakby nie wierząc, że może być tam aż tak przyjemnie. Targana spazmem, zostawiła na pamiątkę wyraźny ślad zębów na ramieniu, paznokcie wbiły się w plecy. Ja sam dochodziłem spokojniej, jednak równie mocno, dodając do odkrytej wilgoci własną. Nie chciała, bym ją opuszczał, jednak fizjologia sprawiła, że malejąc, pożegnałem w końcu gościnne wnętrze.

– Nadal ma pan ochotę na kawę?

– Z panią zawsze.

Rozłączyliśmy się niechętnie. Chwilę później z lubością przypatrywałem się, jak krąży po kuchni, prezentując wdzięki, które miałem przyjemność odkryć. Twarz spowita rumieńcem, włosy chyba jeszcze bardziej rozczochrane, piersi rozkołysane, złączenie ud lśniące. Poezja.

– Tyłek mi marznie – powiedziała, przerywając tę kontemplację. – Pozwoli pan, że jednak coś założę.

– Oczywiście. Nie mogę dopuścić, by przeze mnie się pani rozchorowała, ale …

– Ale co?

– Nadal nurtuje mnie pewne pytanie związane z chłodem.

– Tak?

– Co sprawiło, że po sankach, o których mi pani opowiadała podczas naszego spotkania, pani majtki stały się mokre?

Patrząc na mnie tymi swoimi niebieskimi oczyma, uśmiechnęła się.

– Dlatego, że …

Nie dokończyła,  poszła szukać przyodziewku. Dopiliśmy kawę w milczeniu. Ciekawe, która godzina? Dziś to dopiero będą mieli ze mnie używanie w biurze. A, dobrze im tak. Niech zazdroszczą.

IV

Oczywiście, że mieli ze mnie używanie. Udawali, że nic się nie stało, ale głupie uśmieszki gościły na wszystkich twarzach. Co odważniejsi pozwalali sobie również na komentarze. Byłem tak zadowolony z przebiegu poranka, że ignorowanie tych docinków przychodziło z łatwością. Ba, nawet zaczynało mnie to bawić. Natomiast dziewczyny nie potrafiły ukryć,  że tłumią złość. Tyle  zabiegów, tyle starań, a ja wchodzę spóźniony, z bezczelnym uśmiechem i pozdrawiam ciepło, ale bez tak wyczekiwanej adoracji. Trudno, na razie muszą jakoś dać sobie z tym radę. Przyjmuję silny lek uodparniający. Choć nie ukrywam, że w pierwszym momencie fascynacji mocą mojego lokatora, zaczął mi chodzić po głowie pomysł na specjalną imprezę tylko z ich udziałem, i to wszystkich razem. Co prawda, musiałbym chyba odwiedzić uprzednio jakiegoś kardiologa i sprawdzić, czy moje nieszanowane serduszko da radę, ale pomysł jest. Tylko po co robić coś takiego, skoro sąsiadka dostarcza olbrzymiej ilości jakże pozytywnych doznań? Zbliżał się jednak nieuchronnie weekend, a to oznaczało, że ona nie pójdzie do pracy, a mnie głupie myśli oraz rozbuchane libido rozsadzą nie tylko czaszkę. Planu alternatywnego brak, choć dziewczyny zapewne nie powiedziałyby nie.

Spanie nago ma jeden zasadniczy minus. Gdy ktoś zaczyna dobijać się do drzwi wejściowych, to nigdy nie masz się czym się okryć, by pójść otworzyć. Choć tym razem hasło „dobija się”, zostałoby użyte na wyrost. Usłyszałem delikatne, nieśmiałe pukanie, ale nie zmieniało to faktu, że za cholerę nic nie było pod ręką. Ostatecznie złapałem poduszkę i poczłapałem do przedpokoju. Gospodarzący tam drań oczywiście oczywiście szczerzył się po swojemu. Cóż takiego wymyślił na weekend? W drzwiach stała ona, czyli moja urocza pani sąsiadka.

– Przepraszam. Wiem, że jest po trzeciej, ale mogłabym wejść?

– Oczywiście, proszę, niech pani wejdzie.

Ustąpiłem miejsca w drzwiach. Ja, komicznie okrywający przyrodzenie małą poduszeczką, ona zjawiskowa, w białej, długiej sukni, całej w zakładkach. Nie wiem dlaczego, ale pierwsza myśl, która mnie naszła, dotyczyła pytania: – „Kto to prasuje?” – Mnie jedna koszula zajmuje ponad pół godziny, a na takie coś musiałbym przeznaczyć chyba całą dniówkę. Spojrzałem jej w twarz. Jak zwykle, okraszona rumieńcem, wstydliwie spuszczone oczy, wymyślna fryzura. Tylko jakby z drobnym śladem przyschniętej łzy. Uciekła z jakiegoś przyjęcia?

– Mogę skorzystać z łazienki? – zapytała.

– Oczywiście. – Moja nocna elokwencja okazała się mocno ograniczona.

Coś mnie pchnęło, by wejść tam za nią. Obmywała twarz. Bez słowa otworzyłem kran nad wanną, zamykając równocześnie odpływ. Sięgnąłem pod jakiś kosmetyk podarowany przez zagranicznych znajomych, pod hasłem „kąpiel i relaks”, wlałem do wody, jak nakazywała instrukcja. Rozpuścił się, nadając całości mleczny kolor. Skończyła zabiegi przy umywalce, stała bez ruchu, obserwując w lustrze moje niedwuznaczne poczynania. Sięgała mi może do brody. Kruszynka. Poduszka już dawno spoczęła na jakiejś szafce, a ja paradowałem nieskrępowanie nagi. Naturystyczna praktyka dała o sobie znać. Trzymałem się przyzwoicie, choć zaokrągliłem się tu i ówdzie. Spięła się, gdy zacząłem rozpinać suwak sukni, która opadła wreszcie na podłogę, a ona stała nagusieńka. Czyżby nigdy nie ubierała bielizny? Woda bezwstydnie zachęcała do kąpieli.

– Zapraszam. – Wskazałem wannę.

– To dla mnie? – Spojrzenie tych niesamowicie niebieskich oczu.

– Tak.

Nieśmiało weszła do wanny, zanurzając się głęboko, z wyraźną satysfakcją.

– Przyjdzie pan do mnie?

Od czasu, gdy tu mieszkam, nie korzystałem jeszcze z kąpieli. Prysznic jest szybszy i oszczędniejszy. Na dodatek, jej drobne ciało wypełniło niewielką w sumie wannę bez reszty, gdzie tam miejsce dla mnie?

– Zmieścimy się – dodała, widząc moją niepewność.

Używając sztuczek, których nie powstydziłby się niejeden jogin, zająłem miejsce naprzeciw. Woda prawie wystąpiła z brzegów. Wysunęła stopę, opierając ją na moim ramieniu. Pochyliłem się i zacząłem całować palce. Ręce nie mogły powstrzymać się od dotykania łydki i uda, bezbłędnie zmierzając ku kwiatowi kobiecości. Kosmetyk sprawił, że skóra stała się jeszcze bardziej aksamitna. Każde muśnięcie przyjmowała z pomrukiem przyjemności. Zdarzało się momentami, że któraś z brodawek wyłaniała się z toni. Bardzo chciałem zagłębić w niej coś więcej niż palec, ale w obecnych warunkach skończyłoby się to ciężkim uszkodzeniem ciała, połączonym z powodzią. Zamknięte oczy i rozanielenie na twarzy towarzyszki sprawiały jednak równie wiele satysfakcji. Niestety, po pewnym czasie woda nieuchronnie zaczęła stygnąć.

– Przeniesiemy się do sypialni? – zaproponowała ku mojemu zaskoczeniu.

Wyszedłem z wanny pierwszy. Otuliłem ją moim płaszczem kąpielowym, gdy stanęła obok. Okazał się dla niej równie długi, jak suknia. Mnie pozostał ręcznik. Z własnej inicjatywy chwyciła moją dłoń i zaczęła ciągnąć w stronę sypialni. Ledwie zdążyłem odblokować odpływ w wannie.

– W sumie, to pan już poznał mnie dogłębnie. – Mrugnęła szelmowsko okiem. – Teraz moja kolej.

Rozwiązała węzeł ręcznika. Usiadła okrakiem na moich udach, rozpoczynając lustrację wzrokiem wnikliwego badacza. Wodziła drobnymi dłońmi, sprawdzając miękkość siwiejącej brody, dość szeroką szyję i ramiona. Zaciekawił ją sympatyczny tłuszczyk, ale pozostawiła łaskawie ten element mojej osoby bez komentarza. Odwróciwszy się, rzuciła pobieżnie okiem na szczupłe, acz silne nogi. Zaintrygowana dotarła do podróżnika, który już wielokrotnie zwiedzał jej krainę, z jakże przyjemnym skutkiem. Ukrył się w gąszczu, przyczajony i spokojny. Worek jego kosmaty zwisał poniżej. Pochyliła się i pocałowała w czubeczek. Dotknęła następnie językiem, próbując wtargnąć pod jego kaptur. Drgnął, zaczął podnosić się powoli, by ostatecznie przybrać dumną, wyprostowaną postawę. Zrzucił kapucynę, a łeb jego napęczniał i zalśnił. Nie przerażał posturą, ale wywołał w niej uczucie mile wypełniającego ciepła. Objęła go zmysłowymi ustami, pieszcząc dodatkowo językiem. Dłoń, stanowczo zbyt lekko, zacisnęła poniżej. Przykryłem ją własną, wzmacniając uchwyt. Pojęła w lot moje intencje. Poprosiłem gestem, by dała dostęp mym palcom do swoich pięknych krzywizn. Bezbłędnie odnalazły drogę do wilgotnej doliny. Wiedziałem już, że kieruje się nie tylko zwykłą ciekawością, ale działa z autentyczną pasją i zaangażowaniem. Na każdą jej pieszczotę odpowiadałem ruchem dłoni, bądź w gorącym i wilgotnym wnętrzu, bądź na piersiach i ramionach. Trawiący ją ogień sprawił, że po raz pierwszy od bardzo dawna zacząłem z tej formy kontaktu odczuwać prawdziwą przyjemność. Chciałem ją jednak wypełnić, scalić się w jedność. Odmówiła. Pieściła bezustannie, delektując się równocześnie moimi pieszczotami. Wędrowiec drgnął, mój oddech przyśpieszył, a jej usta po chwili wypełnił gorący płyn. Leżałem bez tchu, obezwładniony mocą przeżyć, z palcami błyszczącymi od wilgoci. Nie wypuszczała wędrowca z ust, choć zmiękł już nieco. Spoglądała wprost w moje oczy. Podałem jej chusteczkę, nie chcąc zmuszać do połknięcia, nie skorzystała jednak i z pewną nieśmiałością, ale przełknęła. On wiotczał bezpowrotnie, aż opuścił gościnne usta. Pożegnała się pocałunkiem w czubeczek i wtuliła w moje ramię.

– A co z panią?

– Otrzymałam to, czego pragnęłam, a nawet więcej – szepnęła zdecydowanie.

– Więcej?

– Tak. Może pan pokazać dłonie?

– Proszę – wyciągnąłem ręce.

– Żaden inny dotyk, nigdy, nie spowodował, że robiłam to z przyjemnością. Widzi pan, jak jeszcze lśnią? – Znacząco wskazała na moje nadal wilgotne palce.

Pocałowała mnie w policzek i wstała z łóżka, poszła do łazienki, by powrócić ubrana w elegancką suknię.

– Pomoże mi pan? – Ustawiła się tyłem, sugerując zapięcie suwaka.

Wolałem ją nagą, ale spełniłem prośbę. Opasawszy się powtórnie ręcznikiem, odprowadziłem uroczego gościa do drzwi. Mój lokator nie szczerzył się tym razem. Mrugał znacząco ślepiem. Troszkę trwało, zanim zrozumiałem, o co draniowi chodzi.

– Bym zapomniał. Od jakiegoś czasu chciałem to pani dać. – Wręczyłem jej małe pudełko.

– Co to?

– Prezent.

– Ale co jest w środku?

– Coś, co sprawi, że poczuje pani mój dotyk, gdy mnie nie będzie w pobliżu.

– Mówi pan zagadkami.

– Możliwe, ale boję się, wstyd to przyznać, pani reakcji, więc proszę rozpakować w samotności.

– Troszkę to dziwne – odparła, wzruszając ramionami. – Ale dobrze, zgoda.

Żar nadal płonął w jej oczach. Czułem równocześnie spełnienie i jego brak. Brak łuku jej ciała i spazmatycznego oddechu uwierał, rozpamiętywałem też jednak, jak chętnie i do jakiej rozkoszy mnie doprowadziła. Z własnej woli, bez przymusu. Ba, bez żadnych szczególnych zabiegów z moje strony. Umknęła za drzwi, usłyszałem jeszcze odgłosy szybkich kroków na schodach. Przytknąłem suche już, niestety, palce do nosa. Pozostał jej zapach. Zwilżyłem językiem i poczułem też  smak. Piękno w czystej formie. Spojrzałem na dłonie.

– Rzeczywiście, są takie cudowne? – zapytałem sam siebie i spojrzałem na bożka.

Skrzywił się i wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć:

– A co myślałeś, chłopie?

Muszę mu zmienić opończę z apaszki firmowej ulubienicy na coś od sąsiadki. Tylko jak ją o to poprosić? Wróciłem do sypialni, a błogi uśmiech nie schodził z moich ust. Sen przyszedł niespodziewanie, a w nim jej niebieskie oczy. Te płonące, niebieskie oczy.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Opowieść snuje się powoli, ale jednak fabuła posuwa się naprzód. Czyżby nasz bohater zakochiwał się powoli w bezimiennej, niebieskookiej sąsiadce?

Mam nadzieję, że jednak historia nie pójdzie w stronę romantycznej miłości. Bożek daje zbyt wiele okazji, by narrator pozostawał takim nudnym monogamistą! Pora urozmaicić dietę koleżankami z pracy 😀

Pozwól, że nie zdradzę co będzie dalej 😉 A jeśli bogowie pozwolą, czasu i siły korektora wystarczy, to mam nadzieję, że stanie się to wkrótce.

Dobry wieczór,

cieszę się, że tak szybko po rozpoczęciu tej serii otrzymujemy dwa kolejne rozdziały. Lubię ten tekst za jego bezpretensjonalność, sympatycznego narratora, fajny pomysł. To, czego bym sobie życzył, to poszerzenie perspektywy – oprócz romansu z nieznajomą z piętra wyżej niewiele się tu dzieje. A przecież, biorąc pod uwagę działanie bożka, powinno się dziać sporo. Chętnie poczytałbym więcej o nastrojach w pracy, zwłaszcza ze strony sfrustrowanych koleżanek tymczasowego szefa projektu. No i dowiedział się nieco o tej sąsiadce. Myślę, że skrywa w sobie co najmniej parę tajemnic godnych odkrycia.

Pozdrawiam
M.A.

Dobry wieczór,
opowieść ta z założenia ma być lekka, prosta i przyjemna. Cieszę się, że Ci się podoba, ale i przepraszam za dotychczas niewykorzystany potencjał. Oby ciąg dalszy sprawił nieco więcej satysfakcji, nie obiecam jednak, że sugestiom wszelkim się przychylę 😉
Pozdrawiam

Sz.

Opowiadanie dobre, choć jak dla mnie nieco zbyt softowe. Przydałyby się bardziej soczyste opisy! I większa różnorodność przedstawianych aktów. Mimo pewnej monotonii czyta się przyjemnie. No i te ilustracje! Prawdziwie wyborne.

Dziękuję w imieniu swoim i Ilustratora, to jego zasługa. Piszę raczej w wersji soft, jeśli jednak dobrniesz do końca tej krótkiej serii, to może przypadnie Ci coś do gustu.

Lubię tę opowieść za jej lekkość i bezpretensjonalność. W naszym poukladanym świecie, uwikłanym w tysiące zależności, odcinającym się (oficjalnie) od naturalnych przecież rozkoszy życia, potrzebujemy jakiegoś impulsu, w rodzaju tajemniczego amuletu, by z tychże rozkoszy skorzystać. Kontrast pomiędzy rezultatami działań Bożka, a monotonną rzeczywistością biura to jedna z zalet tego utworu. Wydaje się zresztą, że w biurze też trwa oczekiwanie… Przecież nie oddano talizmanu szefowi po to, by korzystał z jego mocy wyłącznie poza godzinami pracy…
Pozdrawiam.

Napisz komentarz