Brunetka według Megasa Alexandrosa II  5/5 (28)

31 min. czytania

George Barbier, “Pieśń o Bilitis”

Wieczerza upływała w posępnej atmosferze.

Wprawdzie kucharki sprawiły się wyśmienicie, serwując istną ucztę z dobrze przyprawionych owoców morza, cóż z tego jednak, skoro prawie nikomu nie dopisywał apetyt. Meszalim zjadł kilka kęsów tuńczyka, Tais ograniczyła się do warzyw. Jedynie mały Gylippos pochłonął swoją porcję i głośno domagał się dokładki. Gdy i z nią się rozprawił, poczuł senność. Chloe dała znak piastunce, by zaprowadziła chłopca do alkowy. W inne dni zazdrośnie strzegła przywileju układania synka do snu. Dziś jednak czuła, że musi wziąć udział w naradzie, która wkrótce miała się rozpocząć. Kiedy chłopiec wraz z opiekunką opuścili salkę sympozjonów, Bryaksis odsunął od siebie półmisek z ośmiorniczkami. Następnie zwrócił spojrzenie ku spoczywającej na pobliskim łożu Beotce.

– Bardzo możliwe – zaczął – że Macedończycy przybyli na wyspę w pościgu za tobą. Kiedy jutro spotkam się z ich posłem, muszę być gotowy na jego żądania. Jeśli rozkaże, bym wydał swoją żonę…

– Nie zamierzasz chyba tego uczynić?! – zawołał wzburzonym tonem Meszalim.

Choć wraz z innymi zasiadł do wieczerzy, wciąż miał przy sobie naostrzony miecz. Oparł go o nogę biesiadnego łoża, tak by wciąż pozostawał w zasięgu ręki.

– Słusznie się domyślasz, mój uczniu – odparł spokojnie rzeźbiarz. – Obawiam się jednak, że mój opór nie wystarczy, by ocalić Tais. W ostateczności Macedończycy mogą pojmać ją sami. Byłby to wprawdzie skandal i naruszenie praw Melos, suwerennego członka Związku Korynckiego, lecz wątpię, by tutejsza oligarchia zdobyła się na protest.

– Co zatem proponujesz? – spytała Chloe.

– Należy ukryć Tais przed prześladowcami. Niestety, nasza polis jest na to stanowczo zbyt mała. A zatem, moja słodka żono, przyjdzie ci opuścić Melos. Przynajmniej na pewien czas, nim sprawa nie ucichnie.

Brunetka skinęła głową.

– Gdzie chciałbyś mnie posłać, mężu?

– Na szczęście, mam wciąż przyjaciół w wielu miejscach helleńskiego świata. Sądzę, że najbezpieczniejsza będziesz na Krecie. Tamtejsze miasta zazdrośnie bronią swej niezależności. Również przed Macedonią.

– Kreta? – jęknął Meszalim. – To pół świata stąd…

– Nie przesadzaj. Ani to Egipt, ani Kolchida… – odparł Bryaksis, a następnie zwrócił do żony: – Kilka dni żeglugi i będziesz na miejscu.

– Co będę tam robiła? Gdzie się zatrzymam?

– Będziesz żyć, wolna od lęku. To znacznie więcej, niż jestem w stanie zapewnić ci tutaj… Co zaś się tyczy drugiego pytania, zamieszkasz u mego starego druha, Mikolaosa, w dumnym mieście Lyttos. Dam ci list, w którym poproszę, by otoczył cię wszelką opieką.

– Nie wyruszysz w drogę sama – oznajmiła Chloe. – Ja i Gylippos pożeglujemy z tobą. Ktoś musi cię strzec, byś nie wpadła w jeszcze gorsze tarapaty – dziewczyna po raz pierwszy tego wieczoru pozwoliła sobie na nieco wesołości – i bronić przed awansami Mikolaosa z Lyttos!

Rzeźbiarz uśmiechnął się blado.

– Tego akurat nie musicie się obawiać. Mój przyjaciel nad kruczowłose niewiasty przedkłada efebów o złocistych lokach. Kiedyś wykonałem dlań posąg ówczesnego kochanka. W podzięce za udzielenie wam gościny wyrzeźbię także obecnego!

– Ja również będę wam towarzyszył – stanowczym tonem oznajmił Meszalim. – Nie godzi się, byście podróżowały same, w dodatku z paroletnim dzieckiem!

– Wykonujesz wciąż pracę dla świątyni Demeter i Kory. – Bryaksis przypomniał swojemu uczniowi. – Twoje zniknięcie przed jej ukończeniem mogłoby wzbudzić czyjąś podejrzliwość. A to ostatnie, na czym nam zależy.

– A więc znam już cel mojej wyprawy – wtrąciła Tais, nim Syryjczyk zdążył zaprotestować. – Lecz jak dostanę się na Kretę? W porcie zacumowały wczoraj dwa statki: handlowy z Sydonu, zmierzający zapewne do Aten i macedoński okręt wojenny, na którym przybył poseł. Żaden z nich nie pożegluje na południe.

– Zamierzam właśnie zająć się tą kwestią. – Rzeźbiarz podniósł się z biesiadnego łoża. – Wybiorę się do portu, popytam po tawernach. Któryś z miejscowych posiadaczy łajb z pewnością skusi się na godziwy zarobek…

– Chcesz powierzyć bezpieczeństwo kobiet jakiemuś przybłędzie z portu? – wybuchnął Meszalim.

– Wolałbym tego nie czynić. Obawiam się jednak, że nie mam wyboru.

– Jak chcesz zapewnić, by posiadacz łajby dotrzymał danego słowa? By nie potopił twoich kobiet w morzu, gdy tylko oddali się od wyspy? Albo nie sprzedał ich w niewolę na targowiskach Naksos?

– Obiecam, że po powrocie zapłacę mu jeszcze więcej. O ile przywiezie mi list od Mikolaosa, potwierdzający, że Tais, Chloe i Gylippos są już bezpieczni pod jego dachem.

– Nie powinieneś iść do portu sam – zauważyła Beotka. – To niebezpieczne miejsce, zwłaszcza po zmroku. Meszalimie, proszę, byś towarzyszył mojego mężowi.

– Powinienem zostać tutaj. Ochraniać ciebie, Tais…

– Jeśli Macedończycy przepuszczą szturm na willę, w pojedynkę i tak ich nie zatrzymasz. Za to twa obecność, z tym groźnym mieczem przy boku, może wybawić Bryaksisa z kłopotów.

Po krótkim namyśle Syryjczyk skinął głową.

 – Będzie, jak sobie życzysz.

Również wstał i zaczął przypinać xiphosa do pasa.

– Tymczasem my z Chloe przygotujemy się do podróży. Weźmiemy tylko najważniejsze rzeczy, niezbędne na kreteńskim wygnaniu…

– Nie myśl o tym w ten sposób – poprosił rzeźbiarz. – Potraktuj podróż jako przygodę. Sposobność do zwiedzenia obcego kraju. Przysięgam, że gdy tylko niebezpieczeństwo minie, poślę po was. A gdyby okazało się to niemożliwe… Bez żalu pożegnam Melos i również wezmę kurs na Kretę.

Zaskoczona Tais aż usiadła na biesiadnym posłaniu.

– Porzucisz to wszystko? – spytała rozglądając się po sali sympozjonów. – Swój dom, pracownię, pozycję, jaką osiągnąłeś w tej polis? Dla mnie?

Bryaksis wzruszył ramionami.

– Nie urodziłem się jako Melijczyk, zostałem nim z wyboru. Tego zaś można zawsze dokonać na nowo. Nie pozostanę przecież w mieście, gdzie nie wolno mi żyć pod jednym dachem z żoną…

Chciał dodać coś jeszcze, lecz nie zdążył. Wzruszona słowami, które już wypowiedział, Beotka uniosła się z łoża i mocno przytuliła do swojego męża.

* * *

Bryaksis i Meszalim wyruszyli zaraz po zapadnięciu zmroku. Niewiasty pożegnały ich w progu willi, po czym udały się na piętro, do małżeńskiej sypialni Tais, pakować się przed wyprawą. W świetle pojedynczej lampy oliwnej brunetka wybrała kilka sukni oraz himationów, nad urodę przedkładając solidność materiału, z jakiego zostały uszyte. Wzięła flakonik fenickich pachnideł, zakupiony przed południem na agorze. Zdecydowała się też zabrać trochę biżuterii. Nie po to, by zrobić wrażenie na Mikolaosie z Lyttos, który i tak nie doceniłby jej starań. Złote kolczyki i zdobione rubinami kolie można było w razie potrzeby szybko sprzedać. Beotka wierzyła wprawdzie w gościnność przyjaciela swego męża, ale wolała mieć własne pieniądze na nieprzewidziane wydatki.

Jej wyzwolenica ułożyła na łóżku liczne peplosy, jakby planowała olśnić Kreteńczyków bogactwem i różnorodnością kreacji. Po namyśle jednak postanowiła większość z nich zostawić w domu. Zabrała za to dwa chitoniskosy oraz parę zabawek dla synka. Kiedy skończyły, ich wspólny dobytek zmieścił się w niewielkiej skrzyni podróżnej, z której zwykle korzystał Bryaksis podczas corocznych wędrówek po Helladzie.

– Kiedy przed trzema laty uchodziłyśmy z Koryntu było tego więcej – stwierdziła Beotka. – Z każdą kolejną ucieczką biedniejemy!

– To tylko rzeczy – odparła lekkim tonem Chloe, choć przecież wiele kosztowało ją rozstanie z ulubionymi sukniami. – Najważniejsze, że mamy siebie! Twoja bliskość, Tais, wynagrodzi wszelki niedostatek.

Brunetka zwróciła się ku młodej kochance. Przez chwilę wpatrywała się bez słowa w lśniące, głęboko zielone oczy. Potem objęła ją w talii i przyciągnęła ku sobie, tak że przywarły do siebie ciałami.

– Każdego dnia dziękuję Afrodycie za to, że cię poznałam.

Pełne usta Beotki złączyły się z nieco węższymi wargami Chloe. Całowały się długo i z ochotą, tuląc do siebie nawzajem.

– Możliwe, że to nasza ostatnia noc w tym domu – wyszeptała młódka. – Najbardziej będę tęsknić za tym wielkim, małżeńskim łożem.

– Wątpię, byśmy na Krecie znalazły wygodniejsze.

– Trzeba się więc z nim pożegnać!

Ręce wyzwolenicy sięgnęły do wiązań szaty Tais. Najpierw na prawym, później lewym ramieniu. Niebieski jedwab osunął się po smagłym ciele i zatrzymał dopiero wokół krągłych bioder. Chloe cofnęła się o krok, by nasycić oczy nagością ukochanej. W zielonym spojrzeniu płonęła niemal męska żądza. Nim jednak zdążyła dobrze przypatrzeć się bujnym piersiom Beotki, ta wdzięcznie obróciła się do niej plecami. Bynajmniej jednak nie ze skromności. Chciała bowiem pokazać młódce coś innego. Odpowiedzieć na jej pragnienie swoim wyuzdaniem. Pochyliła się do przodu, a następnie zsunęła suknię niżej, tak że pokonawszy ostatnią barierę, mogła swobodnie spłynąć na posadzkę. Młódka westchnęła w zachwycie, po czym opadła na kolana. Przez krótką chwilę podziwiała wypięte ku niej pośladki oraz widoczne niżej pulchne wargi. W końcu przywarła do nich twarzą i zaczęła z zapamiętaniem lizać.

Tais westchnęła, czując, jak język Chloe przesuwa się szybko między wilgotniejącym sromem a wrażliwymi na dotyk podwojami jej tylnej świątyni. Choć mogło to być odebrane jako oznaka niezdecydowania, Zielonooka doskonale wiedziała co czyni, podrażniając ją to z jednej, to z drugiej strony. Dłońmi ujęła pełne biodra Beotki i przyciągnęła jeszcze bliżej siebie. By nie stracić równowagi, brunetka wsparła dłonie na kolanach i jeszcze mocniej wypięła pupę. Drżała spragniona, przyjmując kolejne, coraz bardziej mokre pieszczoty.

Wreszcie młódka dokonała wyboru i skupiła całą uwagę na pochwie Tais. Najpierw długo i ochoczo lizała jej płatki, smakując coraz obfitszych soków. Dopiero potem usztywniła miękki dotychczas język i zanurzyła go między wargami. Z ust czarnowłosej dobył się jęk. Chloe nie pozwoliła mu ucichnąć. Jedna dłoń powędrowała ze smagłego biodra w dolinę łona. Palce bezbłędnie odnalazły rozkoszne wybrzuszenie i jęły pocierać je okrężnymi ruchami. Ciało Beotki przeszył dreszcz. I zaraz kolejny, jeszcze mocniejszy. Poczuła, jak miękną jej ugięte w kolanach nogi.

– Chloe… proszę – wyszeptała – zaraz upadnę…

Młódka odsunęła głowę od pośladków kochanki. Jej usta lśniły od wilgoci.

– Przenieśmy się na posłanie… I tak miałyśmy to uczynić!

Kiedy dotarły do małżeńskiego łoża, zielonooka stanowczo pchnęła na nie Tais. Kobieta przejechała brzuchem i piersiami po pościeli. Przez moment trwała w bezruchu, starając się ochłonąć po rozkosznych doznaniach. Jednak zielonooka nie zamierzała na to pozwolić. Chwyciła ją za biodra i uniosła je tak, że Beotka musiała wesprzeć się na kolanach. Zaraz też poczuła, jak dłoń Chloe wsuwa się między jej uda, a opuszki znów zaczynają podrażniać łechtaczkę. Tym razem jednak nie musiała kłopotać się utrzymywaniem równowagi. Pochyliła głowę, zamknęła oczy i skupiła się na przyjemności.

Wkrótce do palców dołączyły usta – młódka dosłownie obsypała pośladki Tais gorącymi pocałunkami. Nie omijała również zagłębienia między nimi, na przemian liżąc, to znów napierając językiem na pierścień mięśni odbytu. Tais mruczała w poduszkę, kołysząc lekko biodrami. Poza tym jednak całkowicie poddała się staraniom zielonookiej. Dłonie Beotki miarowo zaciskały się, zbierając pościel. Miała wrażenie, że woń jej pożądania wypełnia całą alkowę. Bryaksis natychmiast się domyśli, co robiłyśmy pod jego nieobecność, pomyślała rozbawiona. Zaraz jednak zganiła się w duchu za to, że nie koncentruje się w pełni na Chloe.

Pragnąć jej to wynagrodzić, uniosła się z łoża i obróciła ku dziewczynie. Przerwane muśnięcia łechtaczki pozostawiły wrażenie niedosytu, nie pozwoliła jednak, by ją to zatrzymało. Później zatroszczy się o własną rozkosz, teraz chciała zostać jej dawczynią. Ujęła twarz wyzwolenicy w dłonie i namiętnie ucałowała. Dorodne piersi Beotki wtuliły się w nieco mniejsze półkule. Nawet przez opinający je wciąż zielony jedwab czuła, jak bardzo nabrzmiały sutki jej kochanki.

– O czym marzysz, najdroższa? – wyszeptała, gdy na chwilę oderwały od siebie usta. – Zrobię wszystko, czego sobie zażyczysz.

Chloe przygryzła dolną wargę, jakby wahała się, czy dać wyraz swym pragnieniom. Trwało to jednak krócej niż mrugnięcie. W oczach młódki znów zapłonął zielony ogień.

– Chcę, byś wzięła mnie tak, jak czyni to mężczyzna. Mocno, stanowczo… głęboko. Potrzebuję tego, Tais.

Beotka skinęła głową.

– Gdzie są nasze pamiątki z Delf? – spytała drżącym z podniecenia głosem.

– Na dnie podróżnej skrzyni. – Młódka uśmiechnęła się łobuzersko. – Schowałam je między twoimi sukniami, by nie znalazł ich Gylippos…

Brunetka parsknęła wesoło. Zwinnie zsunęła się z łóżka i pochyliła nad skrzynią, przy okazji dając Chloe kolejny rozgrzewający krew w żyłach widok. Szybko wymacała dwa podłużne kształty pod złożonymi równo peplosami i wydobyła je na wierzch.

Były to zabawki erotyczne, które nabyły przed laty na delfickim straganie: wyrzeźbione z dużą pieczołowitością fallusy z kości słoniowej. Pierwsza składała się tak naprawdę z dwóch sztucznych członków połączonych zawiasem. Pozwalała ona czerpać przyjemność obydwu kochankom, nabijającym się na przedmiot z obu stron, ograniczała jednak znacznie swobodę ruchów i pozycji. Druga była prostsza w użyciu: pojedynczy penis wyposażony został w rzemienie, dzięki którym można go było przytwierdzić do kobiecego podbrzusza. Po namyśle Tais wybrała właśnie to akcesorium. Skoro Chloe chciała, by wcieliła się w mężczyznę, tak właśnie zamierzała uczynić. Jeden pas otoczył talię Beotki, drugi zagłębił się między jej udami. Zacisnęła je na tyle ciasno, by ustabilizować zabawkę. Kiedy wracała na łoże, fallus lekko kołysał się na wysokości łona.

W tym czasie młódka pozbyła się zielonej, przylegającej do ciała sukni. Całkiem już naga uklękła na posłaniu. Kiedy brunetka zbliżyła się do niej, śmiało sięgnęła między jej uda i objęła sztucznego członka. Zaczęła przesuwać po nim dłonią, od pieczołowicie wyrzeźbionej żołędzi aż po nasadę. Tais zadrżała. Choć przyrodzenie nie było jej własnym, to jednak powolna masturbacja nie pozostawiała Beotki obojętną. Podstawa fallusa z kości słoniowej ocierała się przecież o jej srom.

– To, co robisz, wzmogłoby żądzę każdego… posiadacza penisa. Ale ja już płonę, Chloe.

– Zawsze możesz płonąć goręcej… i jaśniej – szepnęła zielonooka.

Jej druga dłoń wylądowała na piersi Tais. I mocno się na niej zacisnęła.

– Jak chciałabyś… bym cię posiadła?

– Dziś to ty jesteś mężczyzną, więc decyzja należy do ciebie!

Zazwyczaj, gdy bawiły się w ten sposób, to Chloe odgrywała dominującą rolę. Teraz jednak zapragnęła odmiany, zaś brunetka nie chciała sprawić jej zawodu. Chwyciła wyzwolenicę za nadgarstek i stanowczo odsunęła dłoń od własnej piersi. Tym razem to ona pchnęła młódkę na łóżko, z taką siłą, że aż cicho zatrzeszczało. Nie przejmując się protestem solidnego mebla, przysunęła się na czworakach i znalazła nad kochanką. Fallus z kości słoniowej zaczął ocierać się o brzuch dziewczyny.

– Chcę patrzeć ci w oczy, gdy będziemy to robić – oznajmiła Beotka.

– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.

Szeroki uśmiech Chloe dowodził, że spodobała jej się ta nowa gra. Kolejnym potwierdzeniem było ochocze rozsunięcie smukłych nóg, dające dostęp do wilgotnej doliny między nimi. Tais miała ochotę przemierzyć ją w górę i w dół swym językiem, by jeszcze mocniej podniecić ukochaną, nim przystąpi do penetracji. Zaraz jednak przypomniała sobie, że ma być mężczyzną, oni zaś rzadko trawili czas na podobnych pieszczotach.

Ujęła fallusa w rękę i wprowadziła między płatki Chloe. Napierała powoli, by nie sprawić jej bólu, lecz na tyle stanowczo, by żołądź z kości słoniowej zanurzyła się głębiej. Młódka westchnęła błogo i zarzuciła ramiona na szyję Beotki.

– Tak… tak dobrze – wyszeptała.

Tais cofnęła biodra i pchnęła ponownie – tym razem docierając nieco dalej. Każdy kolejny sztych pogłębiał penetrację. W końcu wyzwolenica objęła jej boki udami.

Brunetka chwyciła ją za nadgarstki i unieruchomiła je, przyciskając do pościeli. Spoglądając na kochankę z góry, raz po raz unosiła się i opadała. Fallus wsuwał się aż po nasadę i rozpychał w mokrej ciasności. Beotka zaczynała lubić tę rolę, a także władzę, jaką ze sobą niosła. Od młodości przyuczana do bycia uległą, mogła teraz sprawdzić, jak czuli się ci, którzy niegdyś zdobywali jej ciało. Laodamos – człowiek, który odebrał jej dziewictwo – a także Macedończyk Kassander… Czy z równą satysfakcją patrzyli, jak drży pod nimi, w pełni poddana męskiej sile i woli? Pierwszego zapewne niewiele to obchodziło. Zależało mu wyłącznie na potomku, którego nigdy się nie doczekał. Drugi jednakże lubił czuć, że w pełni kontroluje sytuację. Teraz zaś kontrolowała ją ona.

Zdobywanie ciała Chloe okazało się upajającym doznaniem. Z bliska Beotka mogła się przyglądać, jaki efekt wywierają jej powolne, lecz głębokie pchnięcia. Młódka pojękiwała cicho i za każdym razem napinała mięśnie. Oczy miała skryte za powiekami, zaś jej brodawki, mocno dociśnięte do biustu Tais, stwardniały niczym pestki oliwek.

W końcu brunetka zdecydowała się przyspieszyć rytm ich miłości. Pochyliła głowę i obdarzyła wyzwolenicę długim pocałunkiem. Zaraz jednak mocniej pchnęła biodrami, całkiem zagłębiając fallusa w ociekającej już sokami pochwie. Zaskoczona dziewczyna jęknęła w jej usta. Chciała poruszyć ramionami, lecz brunetka nie pozwoliła na to. Pragniesz stanowczości, najdroższa, więc ją właśnie otrzymasz, pomyślała. Następne sztychy wprawiły ciało młódki w drżenie. Łóżko znowu trzeszczało, jak podczas erotycznych zapasów z Bryaksisem.

– Och tak… nie przestawaj… – zakwiliła Chloe, kiedy ich usta na moment oderwały się od siebie.

Tais nie potrzeba było innej zachęty. Wzmogła jeszcze wysiłki, coraz gwałtowniej poruszając biodrami. Sztuczny członek raz po raz torował sobie drogę przez rozkoszną ciasność.

Jęki wkrótce przerodziły się w krzyki. Beotka wiedziała, że jej wyzwolenica potrafi być głośna, szczególnie podczas szczytowania. Nie przerywała zatem szturmów, pragnąc ponieść ją jak najwyżej, obdarzyć ekstazą, której ta nigdy nie zapomni. Choć mięśnie płonęły z wysiłku, wciąż unosiła się i opadała. W końcu, przy którymś pchnięciu, silniejszy od wszystkich poprzednich dreszcz przeszył ciało zielonookiej. Wygięła się w łuk, przywierając mokrym od potu brzuchem do brzucha kochanki. Potem zwiotczała i bezwolnie opadła na rozgrzaną pościel. Dokonało się, zrozumiała Tais.

Następne jej ruchy były już znacznie wolniejsze i nie tak głębokie. Wreszcie „pamiątka z Delf” całkiem wysunęła się spomiędzy ud Chloe. Ta zaś obróciła się na bok i zwinęła w kłębek. Kiedy brunetka wyzwoliła się z pasków przytwierdzających fallusa do podbrzusza i ułożyła obok ukochanej, ta wciąż jeszcze drżała z dogasającej w jej wnętrzu rozkoszy.

* * *

Bryaksis zbudził je na długo przed nadejściem świtu. Jeśli wyczuł unoszącą się w powietrzu woń ich miłości, w żaden sposób tego nie skomentował. W ręku trzymał lampę oliwną, której płomień rozganiał panujący w alkowie mrok. Towarzyszyła mu jedna z niewolnic, dzierżąca misę z chłodną wodą.

– Ubierzcie się – polecił rzeźbiarz. – Nie ma czasu do stracenia. Chcę byście jeszcze przed nastaniem dnia dotarły do portu.

Kiedy Chloe pocierała swędzące z niewyspania oczy, Beotka obmywała twarz i dekolt wodą z misy. To pozwoliło jej łatwiej oprzytomnieć. Dopiero teraz zauważyła, że jej mąż lekko kołysze się na nogach, ma przekrwione spojrzenie i zalatuje od niego kwaśnym winem.

– Na Kretę zabierze was rybak Lygdamis. Nie bez wysiłku udało mi się go przekonać do tego rejsu. – Ciężkie westchnienie upewniło Tais, że „przekonywanie” polegało w znacznej mierze na wspólnym upijaniu się. – Jego łódź przycumowana jest na wschodnim skraju nabrzeża. Poznacie ją po rzeźbie dziobowej w kształcie konika morskiego. Meszalim zasięgnął o nim słuchu, to solidny mąż, który zwykł dotrzymywać umów oraz nie łamać raz danego słowa. Otrzymał już zaliczkę, więc będzie na was czekał w pełnej gotowości.

– Pójdę zbudzić Gylipposa – rzekła młódka i podniosła się z łoża.

Ukradkiem zebrała porzucone na posadzce sztuczne fallusy i wrzuciła je do podróżnej skrzyni, po czym szybko zamknęła wieko. Opuszczając komnatę, złapała jeszcze porzucony zeszłej nocy zielony peplos.

– Kobiety spacerujące po porcie musiałyby wzbudzić czyjeś zainteresowanie – ciągnął rzeźbiarz, kiedy już wyszła. – Dlatego, nim postawicie stopę na pokładzie, skryjecie się na parę klepsydr w gospodzie na nabrzeżu. Wynająłem już dla was izbę. Poczekajcie tam na wynik mojego spotkania z posłem Macedonii. Jeśli okaże się, że w istocie przybył tu po ciebie, moja Tais, powiadomię cię o tym przez Meszalima. Wtedy natychmiast wsiadajcie na łódź i wychodźcie w morze. Spodziewam się, że Macedończycy lub ich sługusy w miejscowej oligarchii wkroczą do willi. Gdy was tu nie zastaną, ruszą przeczesywać wyspę. Dzięki temu zyskacie nieco czasu, by oddalić się od Melos.

– Pomyślałeś o wszystkim, Bryaksisie.

Beotka była pod coraz większym wrażeniem jego, ułożonego wszak w pośpiechu, planu. Kończyła właśnie się odziewać. Na podróż w mroku wybrała szarą suknię i jeszcze ciemniejszy himation. Odzienie godne starej kobiety, pomyślała. Jeśli skryje za himationem twarz, nikt nie powinien zwrócić na nią uwagi. Przynajmniej zanim dotrze do przystani.

– Dziękuję ci za wszystko, mężu.

– Meszalim czeka na was na dole. Zniosę wasz bagaż, ale potem muszę zostać tutaj. Dojść do siebie. Doprowadzić się do porządku przed spotkaniem z posłem.

Wziął skrzynię podróżną w swoje mocne, przywykłe do pracy w marmurze ramiona i uniósł ją bez większego wysiłku. Na dziedzińcu czekali już na nich wyzwolenica Tais, jej syn oraz syryjski młodzieniec, z nieodłącznym mieczem przy pasie. Był tam również osioł, którego Beotka nie widziała nigdy w gospodarstwie swego męża. Domyśliła się, że Bryaksis kupił go lub wynajął podczas wieczornej wyprawy do miasta. Mały Gylippos był niezwykle zainteresowany zwierzęciem. Obchodził go dookoła i próbował nawet pociągnąć za ogon. Na szczęcie matka w porę odciągnęła go do tyłu, nim osłowi przyszło do głowy solidnie kopnąć natręta.

Z pomocą Meszalima rzeźbiarz przytroczył rzemiennymi pasami skrzynię podróżną do jednego boku zwierzęcia. Dla balansu na drugim boku umieścili kosz, do którego mógł się zmieścić Gylippos. Usłyszawszy, że pojedzie do portu na ośle, chłopiec przestał boczyć się na Chloe i aż podskoczył z radości. Później zaś nadszedł czas rozstania.

– Proszę, nie bądź smutna. – Bryaksis ujął żonę za ręce. – Przysięgam ci, że nie żegnamy się na zawsze. Wkrótce Macedonia znuży się pościgiem. A wtedy znów będziemy razem, tutaj bądź na Krecie.

Mimo bijącego od niego odoru podłego wina, długo i namiętnie całowała się z mężem. Chciała nasycić się nim przed spodziewaną rozłąką. Gdy w końcu oderwali się od siebie, rzekł:

– Pomyślnych wiatrów, najmilsza.

Cofnęła się o krok, robiąc miejsce swej wyzwolenicy. Ta rzuciła się rzeźbiarzowi na szyję i mocno go uściskała, również dziękując za to, co dla nich uczynił. Jednak w odróżnieniu od Tais, Chloe nie przywarła wargami do ust Bryaksisa. Choć już od dawna ze sobą sypiali, jej pocałunki przeznaczone były wyłącznie dla kochanki.

– Bywajcie. Meszalimie, strzeż ich jak oka w głowie.

– Tak uczynię, mistrzu.

Na dowód swej determinacji Syryjczyk wsparł dłoń na rękojeści miecza.

* * *

Słońce było już niemal w zenicie, kiedy Bryaksis stawił się na agorze. Miał na sobie elegancki biały chiton haftowany złotą nicią, lecz bynajmniej nie czuł się dostojnie. Robiło się coraz bardziej upalnie, on zaś wciąż cierpiał na skutek zeszłonocnego pijaństwa. Otarł krople potu perlące się na łysej głowie i westchnął ciężko, zbierając wszystkie siły. Następnie ruszył w stronę gmachu służącego za miejsce narad rządzących wyspą oligarchów. Meszalim, który zostawił już niewiasty w gospodzie na nabrzeżu, znów towarzyszył rzeźbiarzowi. Zbliżając się do budynku rady, ujrzeli, że dziś strzegą go nie przyboczni oligarchów, lecz żołnierze w płóciennych linothoraksach oraz trackich, pozbawionych pióropusza hełmach. Rośli mężowie dzierżyli w dłoniach krótkie włócznie oraz tarcze przypominające rozmiarem hoplony. Nie ulegało wątpliwości, że byli Macedończykami. Obecność zbrojnych cudzoziemców w samym sercu Melos, w miejscu, gdzie podejmowano najważniejsze decyzje państwowe, stanowiła najlepszy dowód na to, jak lekko traktowali oni suwerenność helleńskich poleis.

– Kto idzie? – warknął jeden z żołnierzy, nie okazując przybyłym ani krzty szacunku.

– Rzeźbiarz Bryaksis. Jestem tu na zaproszenie rady. A także waszego wodza – odparł z naciskiem artysta.

Zbrojny skinął głową, potem wraz z drugim otworzyli wrota prowadzące na dziedziniec. Rosło tam kilka drzew, więc czekający na audiencję mogli zażyć nieco cienia. Jednak Bryaksis i Meszalim nie zdążyli się nim nacieszyć. Oto bowiem ujrzeli przełożoną melijskiego sanktuarium Demeter i Kory, Ilitię. Sędziwa kobieta przybyła najwyraźniej na to same spotkanie. Towarzyszyła jej jedna ze świątynnych dziewcząt. Szczęśliwie, nie była to Berenike.

Mistrz i uczeń zbliżyli się do kapłanki i z szacunkiem pochylili przed nią głowę. Przywitała ich z uśmiechem, lecz spojrzenie miała pełne niepokoju. Najwyraźniej też nie wiedziała, czemu została wezwana, mogła się więc spodziewać najgorszego. Macedończycy raczej nie zadaliby sobie tyle trudu, by schwytać zbiegłą niewolnicę jednego z nich. Lecz jeśli naprawdę podążali tropem Tais, mogli zechcieć upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

– Jak się miewa moja modelka? – Meszalim pilnował się, by nie wymówić głośno imienia Berenike.

– Jest zdrowa i bezpieczna, dziękuję za troskę. – Ilitia położyła nacisk na słowo „bezpieczna”. Dziewczyna pozostała więc w świętym okręgu, gdzie chroniło ją prawo azylu. – Nie może się już doczekać, aż znów będzie dla ciebie pozować.

– Mnie również spieszno wrócić do pracy – zapewnił Syryjczyk.

– A twoja żona, mój przyjacielu? – kapłanka również pominęła imię Tais. – Liczę, że też w dobrym zdrowiu.

– Najlepszym. Czeka niecierpliwie w domu na mój powrót… i wieści, jakie przyniosę – Niewielkie kłamstwo Bryaksisa przeznaczone było na użytek tych, którzy mogli przysłuchiwać się rozmowie. Nie sposób było przecież stwierdzić, czy są tu całkiem sami. W domu rady nawet mury mogły mieć uszy.

Na dziedziniec wyszedł niewysoki mężczyzna w zgrzebnym chitoniskosie. Bez wątpienia sługa któregoś z oligarchów. Melijska polis nie posiadała bowiem publicznych niewolników. Ukłonił się nisko przed przełożoną sanktuarium Demeter i Kory, a potem, znacznie płycej, przed rzeźbiarzem.

– Członkowie rady zapraszają – oznajmił uroczystym tonem. Kiedy zobaczył, że Meszalim i akolitka także ruszają w jego stronę, uniósł dłoń na znak, by się zatrzymali. – Jedynie tych, którzy zostali wezwani – doprecyzował.

 Bryaksis skinął głową swojemu uczniowi, po czym zbliżył się do Ilitii. Razem podążyli za niewolnikiem. Wprowadził ich do sporej komnaty, gdzie zgromadzili się rządzący Melos. Byli głowami siedmiu najbogatszych rodzin na wyspie. I jak przystało na konkurentów w odwiecznej grze o władzę, zamożność oraz wpływy, szczerze się wzajemnie nienawidzili. Dwaj nosili na twarzach fioletowe sińce po wczorajszej bójce na agorze. Rzeźbiarz usłyszał o tym godnym pożałowania wydarzeniu w tawernie, gdzie szukał statku dla Tais. Pół miasteczka plotkowało wyłącznie na ten temat.

Dziś jednak oligarchowie porzucili tradycyjną wrogość i zbili się w ciasną gromadę. W komnacie był bowiem ktoś jeszcze, kto budził w nich wszystkich niepokój, a może nawet lęk. Rosły mężczyzna w posrebrzanym pancerzu uformowanym na kształt torsu atlety i długim, czarnym płaszczu. Hełm z wysokim, czerwonym pióropuszem trzymał pod pachą, więc Bryaksis mógł się dobrze przyjrzeć jego twarzy. Uderzyło go, jak młody był macedoński poseł. Zapewne niedawno przekroczył dwudziesty rok życia. Przystojna, gładko ogolona twarz, niegdyś zapewne blada, a dziś ogorzała od słońca i wiatru. Lewy policzek naznaczony blizną, która jednak nie szpeciła, lecz dodawała męskiej powagi. Władcze spojrzenie oczu przypominających barwą pogodne niebo. Krótko obcięte, jasne włosy. Artysta pomyślał, że chętnie wykonałby posąg lub chociaż popiersie tego człowieka.

Jego towarzysz wyglądał znacznie mniej dostojnie, choć przywdział pyszny złoty chiton z purpurową lamówką. Był niski, śniady i krępy, o niezbyt zdrowej cerze, typowej dla ludzi trawiących życie na jałowych rozkoszach. Kosztowne olejki nadały jego czarnej brodzie spiczasty kształt. Najgorsze wrażenie robiły jednak oczy. Małe i ciemne, wyraźnie złośliwe. Rzeźbiarz miał wrażenie, że już kiedyś go ujrzał, lecz nie pamiętał w jakich okolicznościach.

Najstarszy z oligarchów, nieformalny przywódca tej grupy, wystąpił naprzód, odchrząknął znacząco i zwrócił się do posła:

– Dostojny panie, oto są ci, których życzyłeś sobie widzieć. Czcigodna Ilitia, pierwsza kapłanka sanktuarium Demeter i Kory. Mistrz rzeźbiarski Bryaksis, szeroko znany w całym helleńskim świecie.

Następnie zwrócił się ku nowoprzybyłym.

– Wy zaś poznajcie prześwietnego Argyrosa, syna Amyntasa, wysłannika króla Macedonii oraz Azji. A także jego zaufanego doradcę, Krytobulosa z Koryntu.

Rzeźbiarz przypomniał sobie wreszcie, kiedy i gdzie widział brodatego eleganta. Stało się to przed trzema laty, na północ od Delf. Dopiero co wyrwał Tais ze szponów zepsutego kapłana, który chciał ją wykorzystać, a później oddać Macedończykom. Podążali z Beotką w stronę wybrzeża, by znaleźć tam statek, który miał ją ponieść ku bezpiecznemu schronieniu na Melos.

Czuli, że najgorsze już za nimi. Alkajos został pokonany, jego łowcy głów leżeli w zimnych grobach. A jednak był ktoś jeszcze, kto nie zaniechał pościgu. Krytobulos, arystokrata i macedoński kolaborant. Wierny zausznik Pejtona, namiestnika Koryntu, który zginął z ręki Tais. Z oddanym mu pod komendę oddziałem poszukiwał jej w całej Beocji. Kiedy usłyszał o rzezi w Delfach, popędził tam co koń wyskoczy. Niewiele brakowało, by napatoczyli się na niego przy rozstaju dróg. Jedynie czujność rzeźbiarza sprawiła, że zdążyli na czas skryć się w zaroślach. Wtedy to właśnie przez krótką chwilę przyglądał się Koryntyjczykowi. A teraz miał go przed sobą. Na wyciągnięcie ręki. Żałował, że Meszalim pozostał na dziedzińcu. Jego naostrzony miecz bardzo by się tutaj przydał.

– Czy wszystko w porządku, mistrzu Bryaksisie? – spytał Argyros. W jego miłym dla ucha głosie pobrzmiewał niepokój. – Zbladłeś, jakbyś ujrzał samą Meduzę Gorgonę! Zapewniam cię, Krytobulos nie jest może najsympatyczniejszym z ludzi, ale daleko mu do mitycznego potwora! W dodatku całkiem nieźle zna się na sztuce!

– Wybacz, dostojny pośle – wymamrotał artysta. – To panujący na zewnątrz upał dał mi się we znaki…

– Nazywasz to upałem? – roześmiał się uspokojony nieco Macedończyk. – Ciesz się, że nie doświadczyłeś pustynnego żaru Partii, Arachozji czy Drangiany!

– Jeśli w istocie jest tam tak okropnie, jak powiadasz, liczę, że los oszczędzi mi wizyty w tych krainach…

– Walcząc u boku króla Aleksandra nauczyłem się czegoś o losie. To niepoprawny dowcipniś. Uwielbia płatać nam figle. Niekiedy bardzo okrutne.

Rzeźbiarz nie wiedział, co na to odpowiedzieć, więc z ostrożności zachował milczenie. Poczuł za to, że ktoś uparcie mu się przygląda. Nie był to poseł – ten zmienił już obiekt zainteresowania i z szacunkiem przemawiał do Ilitii. Rzeźbiarz odwrócił od niego głowę i napotkał spojrzenie małych – i ewidentnie podejrzliwych – oczu Krytobulosa. Koryntyjczyk postąpił krok w jego stronę.

– Rad jestem, że wreszcie cię spotkałem, mistrzu Bryaksisie – zaczął. – Od lat jestem miłośnikiem, rzekłbym wręcz, koneserem twojej twórczości. Kiedy ojczyzna wysłała mnie z misją dyplomatyczną do Karii, mogłem podziwiać posągi, którymi ozdobiłeś tamtejsze Mauzoleum. W drodze powrotnej poleciłem wziąć kurs na Rodos, by zobaczyć inne dzieła twojego autorstwa. Ostatnio gustuję jednak w najnowszych pracach, jakie wykonałeś. Widziałem zatem platejskiego Erosa, Hermesa wyrzeźbionego dla świątyni w Megarze… No i oczywiście Apolla i Cyrene, dumę delfickiego sanktuarium.

Bryaksis poczuł, że robi mu się gorąco. Niczym w Partii, Arachozji albo Drangianie.

– Szczególnie zafascynowało mnie to ostatnie dzieło… Przede wszystkim Cyrene – ciągnął arystokrata, palcami pocierając spiczastą brodę. – Uważam, że doskonale oddałeś urodę ukochanej Apolla. Pamiętasz może, kto służył ci za modelkę do tego posągu? Chętnie poznałbym ową niewiastę. Przekonał się naocznie, czy naprawdę jest tak piękna.

– Dostojny Krytobulosie – nadludzkim wysiłkiem woli rzeźbiarz narzucił sobie spokój i opanowanie – w mojej profesji spotyka się wiele chętnych do pozowania kobiet. Najczęściej są to jednak lokalne pornai lub, w najlepszym razie, hetery. Niegodne twej uwagi, jak również szlachetnego gustu oraz urodzenia.

– A jednak ta właśnie mnie zaciekawiła – Koryntyjczyk nie dał się zbyć pochlebstwem. – Nalegam, byś zdradził mi jej miano.

– Naprawdę sądzisz, że pamiętam imiona wszystkich modelek, z którymi pracowałem? Minęło wiele czasu, Krytobulosie.

– Nie tak znowu wiele. Delfy wciąż pamiętają twą ostatnią wizytę. Do dziś plotkują o wybitnym rzeźbiarzu i czarnowłosej piękności, która skradła mu serce. Ponoć była wprost olśniewająca. Do tego stopnia, że mężczyźni zabijali się o nią na ulicach…

– Nie powinieneś dawać wiary plotkom – uciął Bryaksis.

Jego słowa zabrzmiały ostrzej, niż zamierzał. Arystokrata nie miał jednak sposobności do odpowiedzi. Oto bowiem Argyros ponownie skupił na sobie uwagę wszystkich wokół.

– Musicie mi wybaczyć! Tyle już rozmawiamy, a przecież nawet nie wiecie, w jakim celu was tu zaprosiłem.

Rzeźbiarz zwrócił się w stronę posła, całkowicie ignorując Krytobulosa. Koryntyjczyk przestał się dla niego liczyć. Był tylko sługusem. To Macedończyk stanowił prawdziwe wyzwanie. Bryaksis wstrzymał oddech w oczekiwaniu na to, co zaraz usłyszy.

* * *

W „Przyjaznym Domu Archelaosa”, najlepszej gospodzie na melijskim nabrzeżu, czas niemiłosiernie się dłużył. Chloe czyniła, co mogła, by zająć czymś młodego i prędko nudzącego się Gylipposa. Opowiadała legendy i baśnie, angażowała go w zabawy. Obecnie grali w łapki, beztrosko się przy tym zaśmiewając. Chłopiec odziedziczył po spartańskim ojcu refleks i najczęściej wygrywał, trafiając matkę w dłonie, nim ta zdążyła je cofnąć. Możliwe jednak, że celowo dawała mu zwyciężyć, by jak najdłużej utrzymać zapał do tego zajęcia. Z miejsca, gdzie siedziała, Tais nie potrafiła tego ocenić.

Co się tyczy przybytku, w którym gościły, „najlepsza” było określeniem stanowczo na wyrost. W porcie Melos działały bowiem tylko dwie gospody. Druga z nich – nosząca miano „Przystani Nereid” – była w istocie tanim domem rozkoszy, świadczącym usługi zarówno mieszkańcom wyspy, jak i zawijającym tu niekiedy żeglarzom. Tak więc, za sprawą lichej oferty, Bryaksis nie zastanawiał się długo, gdzie ulokować żonę i jej wyzwolenicę.

Pokój, który dla nich wynajął, był dość przestronny, lecz skąpo umeblowany. Mieścił się tu siennik oraz niski stół, przy którym można było spożywać posiłki bez konieczności schodzenia do sali ogólnej. Wystroju dopełniały jeszcze pozostawiona na blacie misa z wodą do mycia oraz umieszczone w najdalszym kącie wiadro. Większość bywalców gospody załatwiało swe naturalne potrzeby na tyłach budynku lub też udawało się w tym celu nad brzeg morza, ale skrywające się przed niechcianymi spojrzeniami kobiety musiały znaleźć inne rozwiązanie tego problemu – tym bardziej, że pozostawały tu z paroletnim dzieckiem. Na szczęście opłacona przez rzeźbiarza posługaczka co jakiś czas zaglądała do komnaty. Przynosiła posiłki, zwłaszcza głodnemu jak wilk Gylipposowi, który nie miał okazji zjeść w willi śniadania, a także wynosiła nieczystości. Dzięki temu w izbie dało się oddychać, choć wyposażona była jedynie w małe okno wychodzące na wewnętrzny dziedziniec.

Pozostawiona sama sobie Beotka trawiła czas, pogrążając się w ponurych rozważaniach. Pomimo optymizmu Bryaksisa, zdawała sobie sprawę, jak trudna i niebezpieczna podróż czekała na nią i tych, którzy zdecydowali się jej towarzyszyć. Nawet jeśli zdołają bezpiecznie opuścić przystań, prawdziwe kłopoty dopiero się rozpoczną. Nie miała dotąd okazji przyjrzeć się łajbie Lygdamisa, widziała jednak wiele innych kryp lokalnych rybaków. Żadna nie wyglądała na statek zdatny do dalekich, wielodniowych podróży przez morze. Szczególnie w razie pogorszenia się pogody. Poważne zagrożenie stanowili również piraci, którzy wraz z nastaniem sezonu żeglugowego opuszczali swe zimowe bazy. Mąż opowiadał jej, że dalej na północy oraz wschodzie zwalczały ich śmigłe eskadry trójrzędowców z Aten oraz wyspy Rodos. Jednak tu, w południowo-zachodnim krańcu Cykladów, morscy rozbójnicy nie napotykali silnego oporu. Tym bardziej zatem się rozzuchwalili. Wielkie targowiska niewolników na Naksos oraz Thirze rozkwitały głównie dzięki zapewnianym przez nich dostawom żywego towaru.

Znów popatrzyła na bawiącą się z Gylipposem Chloe. Powinna była się sprzeciwić, kiedy zielonooka wyraziła chęć towarzyszenia jej w ucieczce. Śmiertelna groźba, która zawisła nad Beotką, nie dotyczyła wszak wyzwolenicy. Lepiej, by pozostała na wyspie wraz ze swoim synkiem, zamiast narażać się na ryzyko morskiej przeprawy. Dlaczego Tais nie zdobyła się na protest? Chyba zbyt mocno lękała się samotności. Z trudem przychodziła jej myśl o rozstaniu z Bryaksisem. Pozostawienie za sobą ukochanej byłoby zbyt wielkim wyrzeczeniem. A teraz, za sprawą jej egoizmu, tych dwoje znalazło się w niebezpieczeństwie. Jeśli spotka ich najmniejsza chociaż krzywda, nigdy sobie tego nie wybaczy.

Klepsydra za klepsydrą mijały, urozmaicane jedynie regularnymi wizytami posługaczki. Gylippos wysikał się do wiadra, a potem spałaszował przyniesiony dlań obiad. Napięcie stawało się nieznośne. Czy już minęło południe? Ograniczony widok z okna nie pozwalał na określenie choćby w przybliżeniu pory dnia. Dlaczego to tak długo trwa, zastanawiała się Beotka. A co, jeśli Bryaksis został aresztowany? Może właśnie w tej chwili Macedończycy torturami zmuszają go do mówienia? Serce ścisnęło się w piersi Tais. Tylu już mężów pomarło z jej winy. Syryjski sługa Rimusz w odległym Koryncie. Namiestnik Pejton i jego przyboczni, zgładzeni przez Gylipposa. Sam Spartanin, a także łowcy nagród, którzy stanęli mu na drodze. Modliła się o to, by rzeźbiarz oraz Meszalim nie dołączyli do tego orszaku cieni. Nie umiałaby dalej żyć, mając jeszcze ich na sumieniu.

Ciche pukanie przerwało tok owych posępnych myśli. Brunetka uniosła głowę i spojrzała na drzwi. Kto mógł stać po drugiej stronie? Posługaczka wchodziła przecież bez pukania. Macedończycy z pewnością waliliby w drewno bardziej donośnie albo też odepchnęli je kopniakiem. A zatem… Na miękkich nogach podniosła się z siennika. Mąż zapowiedział, że jeśli spełnią się ich najgorsze przypuszczenia, pośle do niej Meszalima. On sam mógł być przecież bacznie obserwowany, mało kto jednak zwróci uwagę na syryjskiego czeladnika.

Choć nie patrzyła teraz na Chloe, była pewna, że i ona zastygła w bezruchu, czekając na to, kto stanie w otworze wejściowym. Beotka zbliżyła się do drzwi i otworzyła je powoli. Jej oczom ukazał się odprężony, uśmiechnięty od ucha do ucha Bryaksis.

– Myliliśmy się, Tais! – Stając w progu, od razu przeszedł do rzeczy. – Jesteś bezpieczna, ukochana żono!

* * *

Argyros uśmiechnął się do swych słuchaczy.

– Podbój imperium Achemenidów nieubłaganie dobiega końca. Do zdobycia pozostały już wyłącznie jego najdalsze, wschodnie rubieże. O ile wieści, jakie otrzymałem, wciąż są aktualne, mój król walczy teraz w Baktrii i szykuje się, by wkroczyć do Kapisy. To już ostatnie perskie satrapie. Dalej rozciągają się już Indie.

– Bogom niech będą dzięki! – Zakrzyknął jeden z obecnych w komnacie oligarchów. – Zbliża się ostateczne zwycięstwo hellenizmu nad perskim barbarzyństwem i tyranią! Niech żyje Aleksander, bohater i przywódca cywilizowanego świata!

– Niech żyje. – Macedoński poseł nie poświęcił lizusowi nawet jednego spojrzenia. Zwrócony był ku Bryaksisowi i Ilitii. – Wojna została wygrana. Teraz pora wygrać pokój. W tym właśnie celu tu przybyłem.

Zapadła cisza. Chyba naprawdę nie chodzi im o Tais, z nadzieją pomyślał Bryaksis. Przełożona melijskiego sanktuarium również wyglądała na uspokojoną. Zdawało się, że ich najgorsze przypuszczenia nie miały się spełnić.

– Jak moglibyśmy wspomóc władcę Macedonii oraz Azji? – spytała cicho Ilitia. – Nasza polis jest niewielka i uboga. Nie jesteśmy w stanie zaofiarować wiele.

– I tu się mylisz, czcigodna kapłanko. W istocie Melos nie jest ludną ani zamożną wyspą, lecz przecież ma się czym poszczycić. To właśnie tutaj mieści się najsłynniejsza świątynia Demeter i Kory w całej Helladzie. A także dom największego rzeźbiarza naszej epoki.

– Pochlebiają mi twe słowa – przemówił z wahaniem Bryaksis. – Wciąż jednak nie pojmuję…

– Król Aleksander wybrał Babilon na swoją przyszłą siedzibę – oznajmił Argyros. – To właśnie stamtąd zamierza władać nowym imperium. Miasto jest znakomicie położone, lecz stare, zmurszałe i do cna asyryjskie. By posłużyło celom, jakie przed nim postawiono, musi przekształcić się w helleńską metropolię z prawdziwego zdarzenia. Dlatego też zarządzona została jego gruntowna przebudowa. Powstanie tam stadion zdatny do organizacji igrzysk dorównujących rozmachem Olimpiadom, agora, amfiteatr i odeon, a także kilka szkół oraz gimnazjonów. Miejsce sypiących się zigguratów zajmą nowe świątynie, poświęcone naszym bóstwom. Miejscowe elity zostaną nauczone rytuałów i wtajemniczone we właściwe misteria, co przyspieszy ich hellenizację… Cel jest jasny: odrodzony Babilon ma po wsze czasy ugruntować władzę dynastii Argeadów nad Mezopotamią i okolicznymi ziemiami.

– Jednak by go osiągnąć, potrzebujecie wsparcia całej Hellady. – Bryaksis domyślił się wreszcie, z jaką misją przybył macedoński poseł.

Młody mężczyzna skinął głową.

– Moi rodacy są niezrównanymi żołnierzami – stwierdził bez przesadnej dumy. – Rozsławiliśmy nasz oręż aż po krańce świata. Ale niewielu jest wśród nas artystów, filozofów czy uczonych. Świątynie, jakie zbudowaliśmy, nie dorównują sławą tym z południowej Hellady oraz Małej Azji. Dlatego właśnie zwracamy się o pomoc.

Skierował spojrzenie swoich jasnych oczu na Ilitię.

– W imieniu króla Aleksandra proszę melijskie sanktuarium o wysłanie kapłanki, która obejmie pieczę nad nową świątynią Demeter i Kory w Babilonie. Powinna to być niewiasta wtajemniczona we wszelkie aspekty kultu, które będzie potrafiła przekazać miejscowym akolitkom.

– Stanie się zgodnie z życzeniem pana Macedonii oraz Azji – rzekła sędziwa przełożona. – Rozważę ową kwestię i bezzwłocznie wskażę odpowiednią wysłanniczkę.

Poseł podziękował jej pełnym szacunku ukłonem. Dopiero wtedy zwrócił się ku rzeźbiarzowi.

– Do zaprojektowania i wzniesienia świątyni zobowiązał się nadworny architekt króla Aleksandra, Dinokrates z Rodos. Ciebie zaś, mistrzu, chciałbym prosić o jej upiększenie. Mój doradca, Krytobulos, zapewnia, że nikt nie nada się do tego zadania lepiej niż ty, twórca płaskorzeźb i reliefów zdobiących Mauzoleum w Halikarnasie.

Bryaksis poczuł, że znów robi mu się gorąco. Tym razem nie z lęku, a z dumy.

– Jestem zaszczycony twoją propozycją – odparł całkiem szczerze. – Pozwól jednak, że na razie wstrzymam się z odpowiedzią. Zlecenie, które chciałbyś mi powierzyć, wymaga podróży na przeciwległą stronę świata, do dalekiego Babilonu. Ja zaś, jak widzisz, mam już swoje lata. Taka wyprawa mogłaby się okazać ponad moje siły… A nawet gdybym dotarł do celu, nie spodziewam się, że kiedykolwiek jeszcze ujrzę Helladę.

– Zdaję sobie sprawę, że decyzja nie jest łatwa. – Macedończyk nie wydawał się zrażony wątpliwościami rzeźbiarza. – Wymaga porzucenia obecnego życia i skoku w nieznane. Zapewniam cię jednak, że nowy Babilon olśni cię i zaskoczy. Z pomocą twoją oraz innych znakomitości wkrótce stanie się bardziej helleński niż same Ateny!

– Naprawdę, muszę to przemyśleć. Omówić z przyjaciółmi i rodziną…

– Pozostanę na Melos jeszcze dzień. Rozważ więc ofertę, jaką ci złożyłem i daj mi odpowiedź jutro.

– Czy spotkamy się w tym samym miejscu?

– Nie chciałbym nadużywać gościnności naszych drogich sojuszników. – Argyros po raz pierwszy od początku spotkania zaszczycił spojrzeniem zbitych w gromadę oligarchów. – Jeśli pozwolisz, życzyłbym sobie złożyć wizytę w twej pracowni. Chętnie ujrzę twoje najnowsze prace.

– Oczywiście, zapraszam w moje skromne progi. Budynek mieści się w świętym okręgu Demeter i Kory.

– To się doskonale składa. Zamierzałem również odwiedzić świątynię i złożyć pokłon Matce i Córce.

– Ja i moje uczennice będziemy zaszczycone, mogąc ugościć cię w sanktuarium – zapewniła Ilitia.

– A zatem, do jutra! Przybędę jak dziś, w samo południe. – Tymi słowami macedoński poseł zakończył audiencję.

Dopiero gdy znalazł się na wewnętrznym dziedzińcu domu rady, Bryaksis pozwolił sobie na westchnienie ulgi.

* * *

Rzeźbiarz udał się na piętro gospody po swą żonę, Meszalim zaś skierował kroki do pobliskiej stajni. Kiedy Bryaksis, Tais, Chloe i jej syn wyszli przed budynek, Syryjczyk już tam na nich czekał, wraz z przygotowanym do drogi i powtórnie objuczonym osłem.

– Wskakuj do kosza, malcu! – zawołał pogodnie na widok Gylipposa. – Wracamy do domu!

I tak wyruszyli. Jeśli chłopiec poczuł zawód z powodu rezygnacji z morskiej podróży, jazda na oślim boku w pełni mu to powetowała. Co zaś się tyczy pozostałych, ich humory nie mogły być chyba lepsze.

– Baliśmy się, że Macedończycy przybyli na Melos w pościgu za tobą – rzekł do Beotki jej mąż – a tymczasem przywieźli ofertę pracy dla mnie! Zaprawdę powiadam ci, droga żono, to iście królewskie zlecenie. Gdyby nie mój wiek, przyjąłbym je bez wahania. Ale w swojej łaskawości poseł dał nam czas do namysłu… Mówię „nam”, bo przecież zdajesz sobie sprawę, że nie postąpię wbrew twojej woli. Nie wyobrażam sobie wyprawy do dalekiej Mezopotamii bez ciebie. Bez was – dodał, zwracając się również do Chloe.

– Moje miejsce jest przy Tais – oznajmiła wyzwolenica i mocniej przywarła do swej ukochanej. – Gdziekolwiek podąży, pójdę tam i ja.

– Chciałbym ujrzeć Babilon – wtrącił prowadzący osła Meszalim. – Powiadają, że to miasto stare niczym kości świata. I że skrywa mnóstwo niezwykłych tajemnic. Czyż nie byłoby wspaniale odkrywać je razem?

– Jest mi dobrze na Melos. Nie oczekuję już od świata niczego więcej – odparła z lekkim uśmiechem Beotka. – Najbardziej cieszę się, że będę mogła tu pozostać, z wami, niezagrożona przez Macedończyków. Lecz jeśli naprawdę tak wam na tym zależy… wspólnie rozważymy propozycję posła.

Opuścili port i dotarli na agorę. Choć wciąż stały tam stragany kupców z Sydonu, nie kłębił się przy nich taki tłum jak poprzedniego dnia. Zamożni Melijczycy zaspokoili już swą potrzebę luksusu, pozostałych zaś nie było stać na tyryjską purpurę czy orientalne wonności w szklanych flakonach. Dawniej Tais skorzystałaby z okazji i poprosiła męża o zakup kosztownej tkaniny na nową suknię. Dziś jednak nie przejmowała się tak trywialnymi kwestiami. Czuła, że z jej ramion dopiero co spadł ogromny ciężar i znów mogła się wyprostować, wolna i szczęśliwa. Miała nadzieję, że już na zawsze pozostanie taką, bez względu na to, czy los pozwoli jej żyć dalej na Melos, czy też rzuci w głąb Azji. Wszak miała przy sobie dwoje ukochanych ludzi. Jej dom będzie zawsze tam, gdzie oni.

* * *

Arystokrata Krytobulos od ponad klepsydry przechadzał się po agorze. Czynił to bez przekonania oraz wyraźnego celu, po prostu dla zabicia czasu. Nie kusiły go towary oferowane przez kupców, nawet te pochodzące z odległej Fenicji. W Koryncie miał zaufanych dostawców, którzy sprowadzali dlań tyle barwionych purpurą tkanin i zapachowych olejków, ile tylko zapragnął. Nie ciekawiło go również życie codzienne Melijczyków. Uważał wyspę za kompletne zadupie, a jej mieszkańców za pożałowania godnych prowincjuszy. Nie mógł się doczekać, aż w końcu stąd odpłynie. Sporo sobie obiecywał po rozmowie z Bryaksisem, ale i to skończyło się zawodem. Rzeźbiarz nie wiedział lub też – co bardziej prawdopodobne – nie chciał zdradzić, gdzie skryła się zabójczyni macedońskiego namiestnika. On zaś nie miał sposobu, by zmusić go do mówienia.

Wyprawa u boku królewskiego posła okazała się dlań ogromną stratą czasu. Argyros chętnie korzystał z orientacji arystokraty w kwestiach kultury i sztuki, lecz nie zamierzał dopuścić go do swych sekretów. Nawet teraz, gdy naradzał się z członkami melijskiej oligarchii, nie pozwolił Krytobulosowi brać udziału w rozmowach. Nie było w tym zresztą nic nadzwyczajnego. Macedończycy zwykli paktować z każdym z sojuszniczych państw z osobna, bez udziału obywateli innych poleis. Dzięki temu łatwiej było im składać obietnice bez pokrycia, dzielić Hellenów i sprawować nad nimi niepodzielne rządy. Koryntyjczyk sądził jednak, że dzięki lojalnej służbie zaskarbi sobie zaufanie młodego dyplomaty. Teraz zrozumiał, że tak się nie stało. Nadzieje na protekcję, mogącą stanowić punkt wyjścia do kariery na dworze w Babilonie, prędko się rozwiewały.

Powinienem udać się do Pelli, pomyślał. Zaoferować swe usługi Antypatrowi, regentowi Macedonii, sprawującemu pod nieobecność króla pieczę nad całą Helladą. To byłby jakiś konkret, w przeciwieństwie do babilońskich mrzonek. Sędziwy Antypater potrafił dużo uczynić dla swych popleczników: rozporządzał znaczącymi sumami i obsadzał sporo eksponowanych stanowisk. Gdyby Krytobulosowi udało się wkupić w jego łaski, mógłby osiągnąć bardzo wiele. Kto wie, może pewnego dnia stałby się macedońskim namiestnikiem, rezydującym w jego ojczystym Koryncie?

Pogrążony w marzeniach oraz kalkulacjach mężczyzna zatrzymał się przed straganem z fenicką biżuterią. Przez parę chwil przyglądał się ofercie, szukając czegoś dla swej najnowszej kochanki, słynnej koryntyjskiej hetery, Aspazji. Obiecał przecież, że przywiezie jej jakiś lśniący drobiazg z podróży po Morzu Egejskim. Wtedy właśnie do jego uszu dobiegł pogodny śmiech oraz gwar ożywionych rozmów. Oderwał wzrok od złotych kolczyków i zdobionych rubinami kolii. Obejrzał się za siebie i oniemiał.

Szli środkiem agory, przez nikogo nie niepokojeni. Mistrz rzeźbiarski Bryaksis, który miał czelność rozmawiać z nim tak obcesowo. Śniady młodzieniec, prowadzący za uzdę osła, na którego boku, w przypiętym rzemieniami koszu, jechał zaśmiewający się kilkuletni chłopczyk. Młoda dziewczyna o bezwstydnie odsłoniętych, kasztanowych włosach. A także ona. Kobieta, której twarzy nie sposób było zapomnieć. Przed laty w Koryncie widywał brunetkę u boku licznych mężczyzn. Kupców, polityków, oficerów. Pochodząca z Platejów piękność zaszła wysoko, zostając w końcu nałożnicą ówczesnego namiestnika Peloponezu. Potem Krytobulos sam zwrócił na nią uwagę następcy Kassandra, Pejtonowi. Być może zresztą przyczynił się w ten sposób do jego tragicznej śmierci. Pragnąc pomścić zgładzonego wielmożę, ścigał potem Tais po całej Beocji oraz Fokidzie. Bezskutecznie – zdołała jakimś cudem wymknąć się obławie. A teraz miał ją tuż obok, niemal na wyciągnięcie ręki. Z uniesioną głową kroczyła dumnie po melijskim rynku, jakby nie była poszukiwanym przez Macedończyków zbiegiem.

Sprytny arystokrata potrafił dostrzec nadarzającą się okazję. Oto jego szansa na zaskarbienie sobie wdzięczności regenta, a może nawet samego króla Macedonii oraz Azji. Pochwycenie słynnej morderczyni zapewni mu wstęp na dwory w Pelli oraz Babilonie. Musiał jednak sprytnie rozegrać tę partię. Nie mógł pozwolić, by jego zasługi przywłaszczył sobie ten bezczelny szczeniak, Argyros.

– Poczekaj jeszcze chwilę, platejska dziwko… – mruknął pod nosem Krytobulos. – Niedługo wpadniesz w moje ręce.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór,

mam przyjemność zaprezentować kolejną część mojej “Brunetki”. Historia którą miałem w głowie od lat wypączkowała (jak zwykle mają to w zwyczaju moje fabuły) i przestała mieścić się w jednym odcinku. Czy uda mi się zamknąć temat w dwóch? Czytajcie, a znajdziecie odpowiedź na tak postawione pytanie 🙂

Jak zawsze, moja pisanina została poprawiona przez Atenę, której w tym miejscu z całego serca dziękuję za włożoną pracę. Wam zaś, miłe Czytelniczki i drodzy Czytelnicy, życzę przyjemnej, a może wręcz rozkosznej lektury!

Pozdrawiam
M.A.

Nie wiem po kie licho dodałeś tę scenę erotyczną. Tak mi się dobrze i spokojnie czytało a potem musiałem sobie zrobić przerwę a po przerwie to już mi się chce spać. Czytanie Twoich opowiadań – nawet tych “krótkich” – zajmuje mi więcej czasu niż pisanie własnych.

Jak zwykle jestem oczywiście pełen podziwu dla bogactwa opisywanego świata i jego postaci. Aż chciałoby się w niektóre wcielić. (Może jakaś ekranizacja, na poczet dodatkowych publikacji na łonie NE? 😆)

Dziękuję za lekturę. Wyśpię się, to dokończę 😎
Pozdrówko 😉

Hmmm, dlaczego dodałem scenę erotyczną? Z kilku przyczyn:
– miałem na nią ochotę,
– pasowała tu fabularnie,
– dawno już nie opisywałem lesbijskich igraszek, a lubię do tego wracać,
– nazwa portalu zobowiązuje 😀

Ależ ja cały czas myślę o ekranizacji swoich prac! Stworzyłem nawet dwie wersje obsady – przynajmniej ról kobiecych! Problemem nie jest nawet budżet (jestem pewien, że banki z radością sfinansowałyby tak zyskowną produkcję), tylko znalezienie okienka w którym wszystkie te gwiazdy mają czas pojawić się razem na planie zdjęciowym.

Dobrych snów, a ja poczekam spokojnie na Twą recenzję całości!

Pozdrawiam
M.A.

Tęskniłem za Tais (“od zawsze” lubię brunetki ;))

Zastanawiam się co dla Niej szykujesz, bo historia Tais kończyła się bajkowym “żyli długo i szczęśliwie” 🙂

Jak zawsze podziwiam za to jak łączysz ze sobą wątki ze swoich opowieści. Erotykę przyznaję, przewinąłem, fabuła bardziej mnie zainteresowała.

Pozdrawiam

Witaj, Daeone!

Do historii Tais chciałem wrócić właściwie od zakończenia dedykowanej jej Opowieści. Jakoś wewnętrznie nie mogłem się pogodzić z tym, że już się muszę z nią pożegnać. Opowiadanie, które początkowo planowałem na jakieś 30 stron (a zatem długość podobną do mojej “Blondynki”) rozrosło się i już ma 44 strony, a końca jeszcze nie widać 🙂

Oczywiście zależało mi na tym, by “Brunetka” była mocno osadzona fabularnie w szerszym świecie mojej twórczości. Tematycznie ten tekst pozwolił mi nawiązać do prologu Perskiej Odysei, a także krótkiego opowiadanka (właściwie miniatury) Wepet Renpet, no a wplecenie w to wszystko nieco starszego i mniej naiwnego Argyrosa w ogóle okazało się wisienką na torcie 🙂

Przewinąłeś scenę erotyczną? Jestem załamany – tyle nad nią ślęczałem 😀

Pozdrawiam
M.A.

Witam! Zacznę od tego że bardzo spodobał mi się cykl poświęcony Tais. Ucieszyłem się widząc jego kontynuację. Natomiast odnośnie scen erotycznych: osobiście wolę,gdy główna bohaterka spółkuje z mężczyznami. Czy jest szansa że taka scena pojawi się w obecnym cyklu? I czy niekoniecznie będzie to jej mąż?
Pozdrawiam

Witaj, Unisconic!

Cieszę się, że przygody Tais – zarówno stare jak i nowe przypadły Ci do gustu! Mam nadzieję, że finał “Brunetki” również nie zawiedzie. Co zaś się tyczy przygód pozamałżeńskich naszej drogiej Beotki, jak dotąd pozwalała sobie na nie wyłącznie z Chloe, zresztą za zgodą Bryaksisa, który poślubiając ją musiał zaakceptować również jej wyzwolenicę i kochankę – z czasem zresztą więcej niż zaakceptował 🙂 Czy w przyszłości okaże się mniej wierna? Tego zdradzić oczywiście nie mogę. Pozostaje Ci czytać dalej i przekonać się osobiście!

Pozdrawiam
M.A.

Z pewnym opóźnieniem wstawiam komentarz, chociaż tekst przeczytałem już dawno. Ja również bardzo lubię postać Tais i chętnie sięgam po lekturę, opisującą dalszy ciąg jej przygód (tylko nie sprowadzaj zbyt wielu nieodwoływalnych nieszczęść na głowę bohaterki). Pozostałe postacie tej opowieści również wzbudzają sympatyczne uczucia, przede wszystkim gratuluję jednak stworzenia przekonującego, wciągającego klimatu sennej i oddalonej (pozornie) od spraw wielkiego świata, wyspiarskiej polis (czyżby nawiedzały mnie reminiscencje “greckich wakacji”?). Obawiam się, że pomimo chwilowego zażegnania kryzysu, bohaterów czekają jeszcze ciężkie przejścia (czego zapowiedź zresztą dałeś). Mam nadzieję, że zaspokoisz ciekawość czytelników tak szybko, jak tylko zdołasz.
Pozdrawiam

Witaj Neferze!

Cieszę się, że bohaterowie tej opowieści wzbudzają ciepłe uczucia. Zależało mi na tym, by nie przypominali bandy niegodziwców zaludniających strony Perskiej Odysei 🙂

Słusznie się domyślasz, że to jeszcze nie koniec. Nim ta historia (noszę się z myślą, by przemianować ją na “Melijską idyllę”, choć oczywiście pozostanie w naszym międzyautorskim cyklu “Brunetek”) znajdzie finał, Tais i jej przyjaciele zostaną jeszcze wystawieni na próbę.

Jeśli wszystko pójdzie dobrze, finał “Brunetki” pojawi się na Najlepszej w listopadzie. W październiku natomiast zamierzam wrócić na irańską wyżynę.

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz