Opowieść helleńska: Kassander VI (Megas Alexandros)  4.38/5 (91)

38 min. czytania

Alexandre Guillemot,
„Mars i Venus zaskoczeni przez Wulkana”

Jesień zaczęła się wcześnie tego roku. Dni stały się chłodniejsze, a noce – wręcz zimne. Co kilka dni spadał ulewny deszcz, zamieniający ulice Koryntu w jeden wielki ściek. Spływały nim wszelakie nieczystości, zazwyczaj składowane w ślepych zaułkach, między pozbawionymi okien ścianami ciasno stłoczonych domów. Miasto, cuchnące w lecie spalonym tłuszczem, rybami, nieświeżą baraniną i zabójczą dla nozdrzy mieszanką egzotycznych przypraw, teraz śmierdziało butwiejącymi liśćmi i rozpuszczonymi przez ulewy ekskrementami z przepełnionych publicznych szaletów.

Koryntyjczycy szukali schronienia przed jesiennymi chłodami w dobrze nagrzanych publicznych łaźniach. W ślad za nimi poszły wpierw hetery, a następnie zwykłe pornai. Piękne kobiety bez najmniejszego wstydu pozbywały się swych szat, by kąpać się nago w basenach ciepłej wody, pośród również nagich, wpatrzonych w nie mężczyzn. Następnie zaś oddawały się im w mniejszych pomieszczeniach, w których naprędce zaaranżowano prowizoryczne alkowy. Bardziej bezpruderyjne ladacznice obsługiwały swych klientów nie opuszczając nawet basenów.

Organizowały też między sobą specyficzne igrzyska. Dwa powszechnie znane domy publiczne wystawiły swe „zawodniczki” w szeregu konkurencji. W jednej z nich prostytutki po kolei zaspokajały mężczyzn ustami.
Wygrywała ta, która w określonym czasie doprowadziła do orgazmu większą ich ilość. Zwyciężyła niejaka Pamfilia, która w przeciągu godziny połknęła nasienie dziesięciu klientów. Gdy zwieńczono jej głowę wieńcem oliwnym (nie zapomniano i o takim atrybucie olimpijskim), podkreśliła triumf nad rywalkami, zaspokajając w ten sam sposób jeszcze dwunastu mężczyzn, w tym każdego z siedmiu sędziów.

W innych konkurencjach sprzedajne dziewki udostępniały Koryntyjczykom swe szparki i tyłeczki, przyjmując ich w sobie chętnie i niedrogo. Zwyciężczynią całych igrzysk obwołano niewolnicę Eufrazję. Przez cztery godziny niemal bez chwili wytchnienia zaspokajała ona klientów w obydwu otworach swego zgrabnego ciała. Obsłużyła w ten sposób nie mniej niż czterdziestu siedmiu mężczyzn. Gdy ostatni z nich skończył, spuszczając się na jej brzuch, nie była w stanie podnieść się o własnych siłach z posłania. Dwie Numidyjki o lśniących jak obsydian ciałach pomogły jej powstać i poprowadziły, słaniającą się i ociekającą nasieniem, ku sędziemu. Ten włożył jej na włosy wieniec i wzniósł okrzyk na jej cześć. Z gardeł stu przyglądających się popisowi mężczyzn dobył się gromki wiwat. Skrajnie wyczerpana prostytutka uśmiechnęła się blado. Wiedziała, że przez najbliższe miesiące będzie mieć ogromne powodzenie. Jej właściciel już zacierał ręce, świadom, że jego fortuna wzrośnie przez ten czas niezmiernie.

Gdy mężczyźni zabawiali się w łaźniach z heterami i pornai, ich żony czekały wraz z małymi dziećmi, zamknięte w chłodnych i wilgotnych domach. Kiedy pod wieczór Koryntyjczycy powracali do nich uśmiechnięci i zadowoleni po wesołych igraszkach, kobiety czyniły im wyrzuty i robiły podsycone zazdrością awantury. Mężowie z Koryntu wiedzieli jednak dobrze, jak radzić sobie ze swymi małżonkami. Być może nie słynęli już z odwagi i waleczności na polach bitew, ale starczyło im wciąż siły, by dyscyplinować niewiasty. Nocami z wielu okien dochodziły najpierw wrzaski gorszących awantur, a potem skowyt bitych kobiet i ich błagania o litość. W ciągu dnia hetery chodziły swobodnie po ulicach, w pysznych szatach i z dumnym uśmiechem na twarzy. Żony zaś przemykały wstydliwie zaułkami, kryjąc za woalkami podbite oczy i świeże siniaki na policzkach.

Wieść o klęsce Koragosa pod Ephyrą wzbudziła w Koryncie mniejszą sensację, niż obawiali się dowódcy macedońskiego garnizonu. Zajęci prostytutkami i nierozwodnionym winem Koryntyjczycy ani myśleli podnosić bunt czy wyzyskiwać sposobną chwilę. Jedyne triumfy, do jakich byli jeszcze zdolni, to te nad własnymi, regularnie maltretowanymi żonami. Gdy obywatele bawili się zatem całymi dniami lub ochoczo dyscyplinowali swoje połowice, straże na murach po staremu trzymali macedońscy żołnierze. Patrzyli z pogardą na leżące u ich stóp miasto, a potem zwracali czujne i niespokojne spojrzenie na południe, skąd przyjść mogło prawdziwe niebezpieczeństwo.

* * *

Dzień, w którym do Koryntu wróciła pokonana armia, był szczególnie ulewny. Kassander wyjechał na swym karym ogierze, Charonie, przez bramę, by osobiście powitać wyczerpanych i słaniających się na nogach żołnierzy. Na murach stali Macedończycy w ciężkich, doszczętnie przemoczonych płaszczach. Po ich włóczniach i hełmach spływały strugi, oni jednak trwali nieporuszeni, spoglądając na swych pobratymców, którzy wracali spod Ephyry. Gdy czoło kolumny marszowej zbliżyło się, Kassander dał znak swoim ludziom. Trakowie utworzyli szpaler wokół drogi wiodącej ku bramie. Powitali Polidamesa i jego żołnierzy gromkimi okrzykami i odgłosem mieczy uderzających o wielkie, drewniane tarcze. Barbarzyńcy mieli w zwyczaju pozdrawiać w ten sposób powracających zwycięzców.

Maszerujący Macedończycy unieśli głowy, a ich wymęczone oblicza jakby nieco pojaśniały. Rynsztunek nie ciążył im już tak bardzo, deszcz, który przemoczył ich do suchej nitki, przestał być tak dokuczliwy. To prawda, że ich pokonano, lecz oto widzieli, że ich prawdziwy wódz – jakże inny od wyniosłego Koragosa, który poprowadził ich do klęski – ceni i szanuje złożoną przez nich daninę krwi. Że nie chce im czynić wyrzutów, lecz uhonorować odwagę i waleczność, nawet jeśli nie została uwieńczona triumfem. Nowy duch wstąpił w pobite oddziały falangi i zdziesiątkowanych podczas osłaniania odwrotu Tesalów. Odpowiedzieli na powitanie gromkim okrzykiem z tysiąca gardeł.

– Macedonia! – wrzeszczeli – Kassander! Macedonia! Kassander!

Wódz akrokorynckiego garnizonu uśmiechnął się pogodnie, mimo zacinającego deszczu i przenikliwego chłodu. Jego oczy pozostały jednak poważne. Lustrowały nadciągającą kolumnę wojska. Niewielu ich zostało. Odwrót przez wrogi Macedończykom Peloponez musiał być koszmarem. Ciągle szarpani przez wrogą konnicę, znikąd nie mogli oczekiwać wsparcia, pomocy czy choćby schronienia. Maszerowali przez nieprzyjacielski kraj, odpierając powtarzające się ataki, transportując na prowizorycznych noszach (tabory stracili jeszcze pod Ephyrą) swoich rannych, ginąc w zastawianych przez tubylców zasadzkach. Wreszcie, po wielu trudach, dotarli do bezpiecznej przystani. Zasługiwali przynajmniej na te skromne uhonorowanie, które mógł dla nich zorganizować.

Kassander dostrzegł wśród osłaniającej falangę konnicy Polidamesa. Tesal wyjechał mu na spotkanie. Uścisnęli sobie dłonie w strugach deszczu. Przywitali się bez słów. Jedno spojrzenie w oczy dowódcy kawalerii starczyło Kassandrowi za całą opowieść.

* * *

Dwa dni po powrocie zdziesiątkowanej armii, do Koryntu przybył posłaniec. Wręczył Kassandrowi list o następującej treści:

„Kassandrowi, namiestnikowi Koryntu, Polyperchon, zastępca wodza naczelnego Hellady, Antypatra, pozdrowienia.

Doszły mnie słuchy o zamachu na twe życie i o klęsce pod Ephyrą. Jestem teraz na Chersonezie, za trzy dni wsiadam na okręt. Pragnę, byś przybył do Aten, gdzie i ja niedługo będę i zdał mi sprawę z ostatnich wydarzeń. Antypater jest zaniepokojony. Wciąż jest w Tracji, gdzie wojna ma się ku końcowi.”

Kassander przeczytał list trzy razy. Pamiętał Polyperchona, niewiele młodszego od Antypatra, zimnego człowieka o surowych oczach i nieprzyjemnym głosie. Stary generał prosił go o przybycie – nie, wzywał go! – do Aten. Dowódca akrokorynckiego garnizonu mógł to uczynić, zwłaszcza, że armia powróciła już do miasta. Zostawi Korynt pod władzą Traka Jazona, ten zaś będzie miał dość ludzi, by utrzymać miasto i obronić je przed ewentualnym atakiem Spartan. Nie podobał mu się jednak ton tego pisma. Najwyraźniej Polyperchon obwiniał go o klęskę na Peloponezie. Był w końcu arystokratą – jak ten cholerny głupiec Koragos.

Kassander był pewien jednego. Polidamesa zabierze ze sobą. Nie ma zamiaru samotnie tłumaczyć się przed Polyperchonem.

Odsunął jednak niewesołe myśli. Postanowił tego wieczora udać się do domu rozpusty, by ulżyć rozpalonym lędźwiom. Godzinę wcześniej wysłał tam posłańca z rozkazem, by ladacznica Pamfilia nie przyjmowała tej nocy żadnych innych klientów. Od czasu, gdy zdobyła wieniec w „ustnej” dyscyplinie korynckich igrzysk, otaczał ją wianuszek adoratorów, marzących o tym, by wsunąć swoje członki między jej pełne, karminowo uszminkowane wargi. Kassander zarezerwował ją sobie jednak na wyłączność. Tej nocy nauczy ją, że nasienie jednego prawdziwego mężczyzny jest warte więcej niż sperma dziesięciu zniewieściałych Koryntyjczyków.

* * *

Wyruszył do Aten drogą lądową, z Arystotelesem, który chciał już powrócić do Likejonu – filozoficznej szkoły, którą tam prowadził – oraz z Polidamesem. Towarzyszyło im dziesięciu Macedończyków i tyluż samo Tesalów konnej eskorty. Kassander zdecydował się tym razem nie brać ze sobą Tryballów, którzy zwykle go ochraniali. Udawał się przecież do najwspanialszego miasta Hellady, nie chciał więc kroczyć jego ulicami w towarzystwie dzikich i nieokrzesanych barbarzyńców.

Podróż trwała trzy dni. Pierwszą noc spędzili w Megarze, drugą w Eleuzis, już na attyckiej ziemi. Trzeciego dnia okrążyli Zatokę Salaminy, a wczesnym wieczorem ukazały im się trzy ateńskie wzniesienia: Musejon, Akropol i Lykavitos, Wzgórze Wilków. Arystoteles pożegnał ich pod murami Aten – jego szkoła położona była w malowniczym ogrodzie poza obrębem fortyfikacji.

– Twa rana dobrze się goi – rzekł, spoglądając na Macedończyka. Tego ranka ostatni raz zmienił mu opatrunek. – Pamiętaj jednak, by się zbytnio nie forsować. Nie wróciłeś jeszcze do pełni sił. Bywaj, Kassandrze.

– Bywaj, filozofie – odparł Macedończyk z przyjaznym uśmiechem. Choć zazwyczaj gardził ludźmi zarabiającymi na życie gadaniem, w ciągu ostatnich tygodni nauczył się cenić Stagirytę, jego mądrość, zdrowy rozsądek i przenikliwość. Poza tym, był to przecież nauczyciel z młodych lat króla Aleksandra. – Gdybyś czegoś potrzebował ty lub twoja szkoła, pisz do mnie od razu. Udzielę wam wszelkiej pomocy, jaką tylko może zaoferować namiestnik Koryntu.

Łysy myśliciel skinął mu głową na pożegnanie. Po chwili zawrócił swego konia i oddalił się. Kassander zaś z Polidamesem wjechali do Aten przez Bramę Dipylońską, pozostawiając za plecami starożytną nekropolię Kerameikos. Scytyjscy łucznicy przy bramie (służący Ateńczykom jako straż miejska i stróże porządku) nie wiedzieli wprawdzie, gdzie znaleźć można Polyperchona, lecz skierowali przybyszów do macedońskiej ambasady położonej u stóp Akropolu.

Gdy Kassander i Polidames dotarli do sporej willi usytuowanej po zachodniej stronie warownego wzgórza, Ateny tonęły w czerwonym blasku chylącego się nad horyzontem słońca. Strzegący wrót zbrojni wyprężyli się na baczność, widząc nadciągający orszak wiedziony przez dwóch oficerów.

– Polyperchon w ambasadzie? – zawołał Kassander z wysokości swego karego ogiera.

– Tak, panie! – odpowiedział jeden ze strażników. Dowódca akrokorynckiego garnizonu zeskoczył z konia. Tym razem rana prawie mu o sobie nie przypomniała.

– Prowadź! – rozkazał. – Generał nas oczekuje.

Polyperchona zastali w największej komnacie willi, przy stole zawalonym mapami. Chodził wokół blatu, dyktując sekretarzowi treść jakiegoś listu. Na widok Kassandra zatrzymał się i zmierzył go spojrzeniem.

– Jesteś – rzekł tylko.

– Zgodnie z życzeniem – Kassander celowo nie użył słowa „rozkaz”. Stary generał nie zmienił się ani trochę. Nadal był siwy, chudy i groźny. Wciąż emanowało z niego permanentne niezadowolenie. Teraz skrzyżował ręce na piersiach i wciąż mierząc wzrokiem dowódcę z Koryntu, rzekł:

– Zaraza z tym Peloponezem. Spieprzyło się sprawę, co?

Kassander wytrzymał jego spojrzenie. Odparł spokojnie:

– Sprawę spieprzył Koragos. Miał wyraźny rozkaz, by ograniczyć swe działania do Achai. Wysłałem za nim gońców z nakazem wycofania się z Elidy. Wiem, że co najmniej kilku posłańcom udało się do niego dotrzeć. Zignorował moje polecenie i to był powód klęski pod Ephyrą. Cholerny arystokrata, uważał się za lepszego od wszystkich. No to teraz gryzie ziemię.

– A zatem nie masz sobie nic do zarzucenia? – ton był zimny i nieprzyjazny. Polyperchonowi nie spodobała się uwaga o arystokratycznym pochodzeniu Koragosa.

– Tylko tyle, że wcześniej nie kopnąłem Koragosa w dupę tam mocno, żeby doleciał do pałacu królewskiego w Pelli. Uczynienie go moim zastępcą było przyczyną późniejszych nieszczęść. Przypominam, że to nie była moja decyzja. Co więcej, nie miałem w tej kwestii nic do powiedzenia.

Generał tym razem nie skomentował. Kassander miał świadomość, że stąpa po niepewnym gruncie. Ludzie tacy jak Koragos robili kariery w wojsku dzięki ludziom takim jak Polyperchon – wierzącym, że to urodzenie, a nie umiejętności powinny decydować o awansach. Już król Filip próbował to zmienić, ale oporu starej arystokracji nie udało się skruszyć. Z kolei Aleksander tak się spieszył ze swą perską wyprawą, że nie przejmował się prozaicznymi szczegółami. Klęska pod Ephyrą była pierwszym poważnym sygnałem, że stare zaniedbania zaczynają się mścić.

Kassander zaś ciągnął dalej:

– Jeśli pozwolisz, generale, Polidames zda ci sprawę z przebiegu kampanii. Był jednym z oficerów Koragosa i to on dowodził odwrotem z Elidy.

Polyperchon skinął głową. Polidames zaczął mówić. Opisał pokrótce przebieg wyprawy, bitwę pod Ephyrą, odwrót i poniesione straty. Do boju wyruszyło siedem tysięcy żołnierzy, powróciło zaś niewiele ponad trzy tysiące. Najwięcej zginęło Traków i sojuszniczych Hellenów. Roztropny Polidames nakazał swym Tesalom, by osłaniali przede wszystkim wycofującą się macedońską falangę. Dlatego tak wielu falangitom udało się przeżyć.

– Rozumiem – rzekł w końcu Polyperchon. – Pojmuję, że w zaistniałych okolicznościach zrobiłeś wszystko, co w twojej mocy, Polidamesie. A co do ciebie, Kassandrze… Jesteś już całkiem zdrów?

– Mój medyk twierdzi, że rana goi się dobrze.

– Cieszy mnie to. Zadano ci ją, jeśli dobrze mnie poinformowano, w czasie wizyty u jakiejś kurwy?

Kassander w ostatniej chwili ugryzł się w język. Nazwanie Tais, jego stałej nałożnicy „kurwą” było czynem co najmniej ryzykownym – dla każdego człowieka, z wyjątkiem tych wyżej od niego postawionych, a wśród nich Polyperchona właśnie. W tej chwili jednak Kassandra świerzbiły ręce, by schwycić starego generała za tę jego chudą szyję i jednym szarpnięciem zgruchotać mu kark. Opanował się jednak. Czy tego chciał, czy nie, Tais była niezamężną niewiastą, przyjmującą regularnie obcego mężczyznę. To czyniło ją w oczach wielu nie lepszą od pospolitej ulicznicy. Nawet jeśli nie mówili tego na głos.

– To był świetnie wyszkolony spartański morderca. Dopadłby mnie i na Akrokoryncie – odparł tylko, zaciskając rękę w pięść i rozluźniając palce. – Nie ma znaczenia, gdzie wtedy byłem. Drzwi komnaty strzegli moi ludzie.

Polyperchon nie kontynuował tematu.

– Tak, jak ci pisałem, Antypater wciąż jest w Tracji, walcząc z rebelią tamtejszego wielkorządcy Memnona – oznajmił. – Wydaje się jednak, że Memnon jest gotów do negocjacji… Wie, że długo się już nie utrzyma, a jego opór wspomaga tylko nieprzyjaciół Macedonii.

– Z siłami wodza Antypatra moglibyśmy wreszcie zmiażdżyć Lacedemończyków – rzekł Kassander. – Kiedy możemy się spodziewać jego przybycia na Peloponez?

– To oczywiście zależy od wypadków w Tracji – odparł Polyperchon. – Sądzę jednak, że tej jesieni Spartanie poczują na swym grzbiecie karzący bicz Macedonii.

– Rad jestem – na Kassandrze nie zrobił wrażenia kwiecisty styl wypowiedzi Polyperchona. Udał, że ostatkiem sił tłumi ziewnięcie.

– Czy to już wszystko, generale? Mamy za sobą długą drogę.

– To już wszystko, Kassandrze. Możesz spędzić tę noc w Atenach, ale jutro musisz koniecznie wracać do Koryntu i objąć tam dowództwo. Nie stać nas na kolejne błędy na Peloponezie. Niestety, nie mogę wam tu zaoferować noclegu, mój orszak zajął całą willę. Ale w Atenach znajdzie się dość tawern dla ciebie i twoich ludzi.

Wychodząc od Polyperchona, Kassander czuł względną satysfakcję. Wytłumaczył się z ostatnich wydarzeń z godnością i bez płaszczenia się przed starym generałem. Wciąż miał ochotę wybić mu zęby za tę „kurwę”, ale gniew powoli go opuszczał. Najważniejsze, że uchronił swą pozycję zarządcy Koryntu. Był pewny, że Polyperchon otrzymał od Antypatra szerokie pełnomocnictwa. I gdyby naprawdę podejrzewał Kassandra o nieudolność, natychmiast pozbawiłby go dowództwa nad najważniejszym macedońskim garnizonem w Helladzie.

* * *

– Kassander! – gdy opuszczał gmach ambasady, ktoś zawołał go znajomym głosem. Macedończyk spojrzał w stronę, z której dochodził okrzyk i uśmiechnął się szeroko.

– Alkajos!

Wpadli sobie w ramiona. Dwóch wysokich, barczystych mężów w tunikach i ciężkich, wełnianych płaszczach. Od dawna niewidziani przyjaciele.

– Ileż to już lat, stary druhu?

– Będzie prawie pięć… Tyleż czasu minęło od zdobycia Teb!

– Faktycznie. Cholerny los, co?

– Zaiste, Mojry to niestałe dziwki. Ciskają nas gdzie i kiedy zechcą. Co tu robisz, Alkajosie?

– Służę teraz pod rozkazami o, tego tam – mężczyzna uśmiechnął się cierpko i zniżył głos. Z wyrazu jego twarzy Kassander odczytał, że również nie darzy zastępcy Antypatra sympatią. – Przypłynęliśmy pięć dni temu z Tracji. A ty? Słyszałem, że otrzymałeś w zarząd akrokoryncką skałę. Zawsze wiedziałem, że zrobisz karierę…

– Jesteś teraz wolny? – spytał Kassander. – Jeśli tak, chętnie ci wszystko opowiem. Przy dobrym winie, ma się rozumieć.

– Skończyłem właśnie służbę. Chodź, pokażę ci kilka ciekawych miejsc…

– Poczekaj chwilę – dowódca akrokorynckiego garnizonu powstrzymał go ręką. – Muszę wpierw zająć się moimi ludźmi.

Podszedł do Polidamesa, który trzymał się kilka kroków z tyłu, by nie przeszkadzać w spotkaniu przyjaciół.

– Zabierz żołnierzy do tawerny „Pod Tarczą Ateny”. Zakwateruj tam wszystkich. Na cenę nie bacz, ja stawiam. Jeśli będzie brakowało pokoi, możesz wyrzucić stamtąd gości.

– Tak jest!

– Wrócę późno… zapewne bardzo późno.

Polidames uśmiechnął się szeroko i powtórzył „Tak jest!”.

– No, to bywaj – Kassander wrócił do Alkajosa. – Teraz i ja jestem wolny. Prowadź zatem do tych ciekawych miejsc. Od gadania z twoim generałem pioruńsko zaschło mi w gardle.

* * *

Alkajos był rówieśnikiem Kassandra. Niższy od niego o pół głowy, za to szerszy w barach, z podobną, krótką, starannie przystrzyżoną brodą (jasną jednak, w przeciwieństwie do czarnej Kassandra), prezentował się znakomicie – jak ideał macedońskiego wojownika. Z takimi właśnie ludźmi Filip miażdżył elitarne oddziały Teb i Aten. Z takimi zapuszczał się daleko na północ, wojując z trackimi plemionami i docierając aż po odległe brzegi Dunaju.

Znali się jeszcze z ulic Ajgaj. Zbliżyła ich i złączyła więzami przyjaźni podobna sytuacja: obaj byli nisko urodzonymi, ale ambitnymi chłopcami, którzy chcieli się wyrwać z biedy. Razem zaciągnęli się do armii, początkowo razem też awansowali. Wspólnie pili po zwycięskich bitwach i wspólnie chodzili na dziwki. Po zburzeniu przez Aleksandra Teb ich drogi rozeszły się jednak – Kassander otrzymał akrokoryncką twierdzę, Alkajos pozostał w Macedonii, służąc Antypatrowi. Również pełnił tam ważne funkcje, ale nigdy nie dostąpił takich zaszczytów jak jego druh.

Teraz jednak nie miało to najmniejszego znaczenia. Uradowani niespodziewanym spotkaniem, siedzieli przy suto zastawionym stole w gospodzie „Bohater spod Maratonu” i opróżniali trzeci już tego wieczora dzban wina. W rogu sali młody efeb brzdąkał na harfie, zaś jeszcze młodszy chłopiec przygrywał na flecie. Większość stołów była zajęta, wciąż przychodzili nowi goście. Ogień trzaskał pod kociołkiem zupy grzybowej, której zapach rozchodził się po całym pomieszczeniu. Pomimo lejącego na zewnątrz deszczu, było tu ciepło, sucho i przytulnie.

Kassander właśnie skończył opowiadać o swoich przygodach w ciągu minionych pięciu lat. Alkajos słuchał uważnie, rzadko tylko wtrącając jakieś pytanie albo spostrzeżenie. Teraz przyszła jego kolej na opowieść.

– Zawiodę cię, mój przyjacielu – zaczął, a oczy świeciły mu już od wina – ale nie mam tyle ciekawych wydarzeń do zrelacjonowania. Służba u Antypatra była do tego roku dość spokojna. Czasem tylko odpierało się łupieżcze wyprawy z północy. A już zupełnie od święta najeżdżało się miasto zalegające z kontrybucją… Wtedy można było zdobyć trochę łupu albo wydupczyć jakąś brankę. Poza tym jednak, do chwili wybuchu rebelii Memnona, nikt z nami nie zadzierał.

– Ciesz się. Mniejsza szansa, że cię mieczem po żebrach połaskoczą.

– Prawda, choć czasem tęsknię za chwilami, kiedy próbowali – Alkajos zamilkł na chwilę, wpatrzony w swoje wspomnienia. – Ale, nie powiedziałem ci o jednym. Uśmiejesz się. Ożeniłem się!

Kassander faktycznie się uśmiechnął. Poza sobą samym, niewielu znał mężów równie jurnych i niestałych, jak Alkajos. Jeszcze gdy był biednym chłopcem na ulicach Ajgaj, rzadko która niewolnica, opuszczająca dom swego pana ze sprawunkami, mogła czuć się bezpiecznie. Później, jako żołnierz, zagustował w cudzych żonach i córkach. A także, naturalnie, w ladacznicach. Kassandrowi trudno było go sobie wyobrazić przy jednej kobiecie, choćby najpiękniejszej.

– I po co ci to, Alkajosie? – spytał rozbawiony. – Jako oficer nieczęsto będziesz miał czas zaglądać do rodzinnego domu.

– A po cóż miałbym to robić? – zaśmiał się Alkajos. – Chyba nie podejrzewasz mnie o to, że chcę się ustatkować… Przecież wiesz, że żonę ma się tylko po to, żeby rodziła prawowitych synów. Chciałbym mieć kiedyś komu przekazać majątek, który jeszcze zgromadzę. Przed przyjazdem tutaj zapłodniłem ją i na kilka najbliższych miesięcy wystarczy jej uwagi…

– Jak ma na imię twa wybranka? – spytał Kassander.

– Arystea. Piętnaście lat, pusta główka, ale za to już taaakie piersi! A będą jeszcze większe, gdy napełnią się mlekiem. No i szerokie biodra, dobre do rodzenia. Szkoda, że nie mogłeś być na weselu… Spodobałaby ci się. Znam cię przecież, mamy podobny gust. To córka zamożnego kupca z Olintu. Kto by pomyślał, co, Kassandrze? On dał pokaźny posag, ja zaś przez swe znajomości w armii Aleksandra załatwiłem mu pierwszeństwo dostępu do nowych rynków, otwierających się w podbitym państwie perskim. Dziś jego trzy statki wożą oliwę i macedońskie drewno do Sydonu, przywożą zaś stamtąd orientalne przyprawy. Czysty zysk dla wszystkich, a żoneczka dla mnie.

– Winszuję zaradności, Alkajosie.

– Ty też powinieneś się ożenić, przyjacielu. Życie twoje niebezpieczne, spójrz tylko, jak cię załatwił ten Spartiata. Gdyby nie interwencja ateńskiego konowała, sczezłby ród Kassandra z Ajgaj. Sczezłby, nim się jeszcze na dobre wykluł! Potrzeba ci następców.

– Mam cztery kochanki – odparł Kassander. – Jeśli któraś z nich urodzi mi syna, chłopak odziedziczy wszystko. Już ja o to zadbam. Po co mi żona?

– Cztery? – Alkajos aż zagwizdał z wrażenia. – Zawsze miałeś apetyt za kilku. To ja powinienem winszować tobie!

Rozlali resztę wina z dzbana w ceramiczne kubki, wypili do dna. Kassander czuł przyjemne odprężenie. Właśnie miał zaproponować, gdy ubiegł go jego przyjaciel:

– Mam nadzieję, że wciąż chadzasz na dziwki?

– W tej sprawie nic się nie zmieniło, Alkajosie.

Jego druh wyszczerzył się radośnie.

– Słyszałem, że w Koryncie są wyśmienite burdele. Ale nie myśl sobie – i Ateny mają się czym poszczycić!

– Nie wątpię. Czyżbyś coś proponował?

– A pewnie, że proponuję! – Alkajos spojrzał na niego błyszczącymi od wina oczami. – Pamiętasz stare, złe czasy? Gdy żołdu nie starczało nam na dwie ladacznice?

– Jasne, że pamiętam – odparł Kassander, uśmiechając się do dawnych dni. – Braliśmy wtedy jedną na nas dwóch. Zabawialiśmy się z nią po kolei, albo naraz.

– Właśnie… Co byś powiedział, byśmy dziś zrobili tak, jak wtedy?

Akrokoryncki dowódca był nieco zaskoczony.

– Alkajosie, jestem dziś zamożnym człowiekiem, ty masz do dyspozycji posag swojej żony. Pomijając fakt, jak bardzo niewłaściwą rzeczą jest wydawanie go na ladacznice, zważ, że stać nas nie na jedną, a na cztery dziewczęta.

– Wiesz, że nie idzie o pieniądze, lecz o przypomnienie tamtych dni… Pomysł wpadł mi do głowy, gdy tylko ujrzałem cię wychodzącego z budynku ambasady. No, nie daj się namawiać, stary druhu…

Kassander wzruszył ramionami.

– Proszę bardzo, Alkajosie. Zrobimy, jak chcesz.

– Doskonale! Ruszajmy zaraz! Najlepsze burdele są na Wzgórzu Wilków, spacer zajmie nam chwilę.

– Ruszajmy – odparł Kassander, rzucając na stół kilka srebrnych monet.

* * *

Scytowie przy bramie chwilę narzekali, ale w końcu otworzyli jedno skrzydło wrót, wypuszczając ich za mury. Szczęśliwie przestało padać, więc do podnóży Lykavitosu dotarli w suchych ubraniach. Podczas marszu Kassander podkpiwał sobie z towarzysza:

– Żonaci mężczyźni nie powinni chodzić po burdelach. Czemuż chcesz kupować to, co w domu możesz mieć za darmo i co noc? W dodatku chcesz zapłacić pieniędzmi swego teścia…

– Dałbyś spokój, Kassandrze – Alkajos machnął niecierpliwie ręką – gdybyś wiedział, jaka cnotka z mej słodkiej małżonki. Podczas nocy poślubnej tylko siłą zmusiłem ją, by przestała zasłaniać te swoje piękne piersi. A gdy raz zapragnąłem dobrać się do jej ciasnego tyłka… ech, musiałem ją przywiązać do łóżka. A potem zakneblować, bo wrzaskami pobudziłaby wszystkich sąsiadów…

Kassander zaśmiał się ochryple. Teren przed nimi wznosił się już stromo, szli teraz, wkładając w to więcej wysiłku.

– Czego się spodziewałeś? Przyszła do ciebie jako dziewica, prawda? Trudno oczekiwać, by potrafiła to, co umie pierwsza lepsza porne. Dobrze, że pokazałeś jej, kto rządzi w sypialni, ale może to i lepiej, że jest wstydliwa. Większa szansa, że cię nie zdradzi, gdy będziesz daleko.

– O to się nie martwię – odpowiedział Alkajos. – Otoczyłem ją zaufaną służbą. Gdyby czegokolwiek spróbowała, dowiedziałbym się o tym… a potem zatłukłbym dziwkę.

– I zwrócił posag? – zadrwił Kassander – Nie wierzę!

– Żebyś wiedział! – zaperzył się jego przyjaciel. Był chyba bardziej pijany, niż się początkowo zdawało. – Zdradliwa suka nie miałaby prawa żyć… choćbym miał oddać posag i jeszcze zapłacić odszkodowanie!

– Nie krzycz, słyszę cię dobrze. A jeśli będziesz się dalej tak zachowywał, nie wpuszczą nas do domu rozkoszy. Narobisz wstydu sobie, a co gorsza i mnie.

* * *

Mimo upojenia, Alkajos poprowadził ich bezbłędnie w gęstniejącym mroku. Wkrótce przed ich oczyma ukazał się piętrowy dom z jasnego kamienia, zasłonięty od strony miasta niewielkim gajem oliwnym porastającym stok. Okna na dwóch wyższych kondygnacjach budynku przysłonięte były czerwonym płótnem, przez który przeświecał blask lamp oliwnych. Nad szerokimi drzwiami z dębowego drewna płonęły dwie pochodnie, osłonięte od wiatru czerwonymi szybkami.

– Kassandrze – rzekł uroczyście Alkajos, którego nieco otrzeźwił spacer i chłodna, jesienna noc – jesteśmy na miejscu. Oto Cynobrowy Dom!

W tej samej chwili, jakby na jakiś tajemny znak, drzwi otworzyły się i na schodach stanął ogromny mężczyzna. Kassander nie mógł uwierzyć, że zwykły człowiek może być tak wielki. Co najmniej o głowę wyższy od najroślejszego z jego Tryballów, szeroki w ramionach, odziany był jedynie w przepaskę biodrową oraz pas, do którego przypięta była pokaźnych rozmiarów pałka wzmocniona żelazem. Jego ciało było ciemniejsze od nocy i lśniło czerwono w blasku pochodni. Białka oczu świeciły jasno, odcinając się od czarnej twarzy. Musiał to być jeden z nubijskich niewolników, sprowadzonych zza wielkiego morza, z krain leżących poza Egiptem i Libią. Nawet to jednak nie tłumaczyło jego wzrostu. Kassander przyglądał mu się z niedowierzaniem.

– Witam cię, dostojny Alkajosie – Nubijczyk posługiwał się całkiem niezłą greką, co mogło świadczyć, że został sprowadzony do Hellady przed wieloma laty. – I ciebie również, nieznajomy panie.

Kassander nie uznał za stosowne odpowiadać niewolnikowi. Zafascynowany, mierzył go dalej wzrokiem. Zastanawiał się, czy gdyby przyszło co do czego, miałby jakiekolwiek szanse w starciu z olbrzymim Nubijczykiem. Póki co, oceniał własne szanse dość mizernie.

– Zapraszam was do Cynobrowego Domu – rzekł gigant i obrócił się, by ich poprowadzić.

Ściany głównej komnaty przybytku przysłaniały gobeliny, ukazujące kąpiące się nimfy. Na kanapach siedzieli klienci w otoczeniu ślicznych dziewcząt w przezroczystych lub półprzezroczystych szatkach. Dwóch chłopców siedziało w rogu pomieszczenia, przygrywając tęsknie na pasterskich piszczałkach. Całkiem nagie niewolnice o wygolonych wzgórkach łonowych roznosiły gościom tace z winem i suszonymi figami. Gdy Kassander i Alkajos wkroczyli do pokoju, jeden z mężczyzn właśnie szedł na piętro z wybraną przez siebie ladacznicą.

Natychmiast zbliżył się do nich zarządca przybytku, tłusty eunuch w purpurowo-złotej szacie. Roztoczył wokół siebie różaną woń, machnięciem dłoni odesłał rosłego Nubijczyka, a potem ozwał się głosem cienkim i przymilnym:

– Witam, dostojny Alkajosie! Byliśmy ciekawi, kiedy znów nas odwiedzisz. Nasze pornai wypatrywały cię z utęsknieniem. Witaj i ty, czcigodny panie. Czym może wam usłużyć Cynobrowy Dom? Mamy wam do zaoferowania dziewczęta i chłopców… Nie, już widzę, że chodzi wam tylko o dziewczęta! Tak więc mamy wam do zaoferowania niewiasty wszystkich ras, barw i kształtów, jakie tylko zrodziła ziemia! Szczupłe Iberyjki i tłuste Nubijki, piersiaste Egipcjanki i Italki o biuście małym wprawdzie, lecz za to bardzo wrażliwym. Doryckie blondynki i brunetki z Achai. Czy rozpoczniemy prezentację?

– Zanim zaczniemy – wtrącił Alkajos – trzeba ci wiedzieć, że chcemy dziś tylko jednej kobiety. Dla nas obydwu.

– Naturalnie, zapłacimy jak za dwie – dorzucił Kassander, by uniknąć nieprzyjemności. Nie chciał, żeby z powodu fanaberii jego przyjaciela obaj wyszli na skąpców.

Eunuch nie okazał po sobie zdziwienia. Z pewnością był przyzwyczajony do najróżniejszych życzeń klientów. Uśmiechnął się łagodnie i jakby zapachniał mocniej różami.

– Zapewniam, że wszystko będzie po waszej myśli. Rozpocznijmy!

Zarządca przybytku klasnął w dłonie, a do komnaty zaczęły po kolei wchodzić dziewczęta, które nie zabawiały akurat klientów na piętrze. Kassander musiał przyznać, że Cynobrowy Dom naprawdę oferował duży wybór, jeśli chodzi o niewiasty. Te zaś ustawiały się w rządku, by ułatwić mężczyznom wybór. Eunuch zaś przedstawiał każdą i dorzucał kilka słów komentarza od siebie.

– Oto Doryda – rzekł, prezentując niewysoką, jasną blondynkę o kręconych włosach do ramion. Błękitna, półprzezroczysta tunika sięgała jej ledwo do połowy ud, odsłaniając w nieprzyzwoity sposób zgrabne nogi. Resztę zaś: średniej wielkości piersi, wypukłe pośladki i krągłe biodra miała zasłonięte w sposób całkowicie nieskuteczny. – Rodem ze spartańskiej ziemi! Mówią, że wydaje ona na świat najpiękniejsze kobiety pod słońcem. Niechże za przykład posłuży sama Helena Trojańska, której, jestem pewien, Doryda mogłaby śmiało dorównać! Trzeba wam wiedzieć, dostojni, że tak jak Spartanie są waleczni w polu, tak ona jest w alkowie. Wyciśnie z męskości każdego z was ostatnie soki, a z waszych ciał – ostatni pot. I będzie wciąż je niestrudzenie pieścić, podczas gdy wy spoczniecie, rozkosznie odprężeni, na miękkim posłaniu.

– Zbytnio przypomina mi żonę. Z wyglądu, ma się rozumieć – szepnął do Kassandra Alkajos. – Nie po to zostawiłem ją w Pelli z rosnącym brzuchem, by teraz znów się z nią zabawiać w ateńskim burdelu.

– To zaś Andromacha, z ateńskiej kleruchii na wyspie Samos. Czystej krwi Jonka – mówił zarządca, wskazując na postawną brunetkę o niedużych, ładnie zarysowanych piersiach i wąskich biodrach. Odziana była w białą suknię do kostek, przez którą jednak prześwitywały wszystkie zakamarki jej szczupłego ciała. – Jeśli ją wybierzecie, przekonacie się, panowie, że mało która dorówna jej w namiętności! Jest niestrudzoną dawczynią rozkoszy, sama zaś doznaje największej satysfakcji, gdy spogląda na szczytującego mężczyznę i czuje w sobie jego wytrysk!

– Za chuda, zbyt mały biust – szepnął do Alkajosa Kassander. – Czułbym się z nią, jakbym pieścił chłopca. Ładnego, to prawda, ale niemal równie płaskiego z przodu, jak i z tyłu.

– Pozwólcie, dostojni, że przedstawię wam Albę – była to również brunetka, lecz niższa i bardziej zaokrąglona tam, gdzie zdaniem Kassandra powinna być krągła niewiasta. Miała obfity biust, szersze niż Andromacha biodra, nogi o jędrnych udach. Okrywająca ją krwistoczerwona, wiązana na ramionach szata współgrała dobrze z rubinami w złotych kolczykach, które nosiła w uszach. Suknia była głęboko wydekoltowana z przodu, ukazując sporą część piersi, a także miała rozcięcia po bokach, ukazujące nogi dziewczyny aż po górne partie ud. Wyjątkowo nie była jednak przezroczysta. Kręcone włosy Alby spływały jej swobodnie na plecy i sięgały niemal pośladków. – To jeden z naszych najświeższych zakupów! Przywieziona prosto z Italii, należy do plemienia Samnitów. Jej usta przyniosą ukojenie waszym członkom, zaś między jej udami znajdziecie przedsmak Elizejskich Pól. Zapewniam was, dostojni panowie, że Alba nie zna słowa „nie” i uwielbia spełniać każdą, najśmielszą fantazję, jaka tylko zalęgnie się w umyśle mężczyzny.

– Wygląda bardzo apetycznie – Kassander nachylił się do ucha przyjaciela. – Ale obejrzyjmy jeszcze pozostałe. Miejmy pełen obraz rzeczy, nim dokonamy ostatecznego wyboru.

– Nefthis przybyła do nas z kraju Nilu! – mówił eunuch, prezentując młodziutką dziewczynę o smagłej cerze, czarnych włosach i ciemnobrązowych oczach. Stała przed Kassandrem i Alkajosem kompletnie naga, jedną ręką starając się zasłonić swe pozbawione włosów łono, a drugą – bujne piersi. Jej ozdobą były srebrne kolczyki w uszach i bransolety na lewej kostce oraz prawym przedramieniu. – Jak wszystkie Egipcjanki, jest urodzoną rozpustnicą. Nie ma sensu jej odziewać, bo za chwilę sama zrzuci suknię, by połączyć się z mężczyzną. Nie ma w niej wstydu ani śladu cnoty – ciągnął zarządca Cynobrowego Domu, a jego słowom przeczyły próby, jakie podejmowała Egipcjanka, by zasłonić swe wdzięki – ale przecież nie tego oczekują panowie od ladacznicy! Możecie brać ją, jak tylko zechcecie – dla kobiet z jej kraju nie ma znaczenia, czy penis mężczyzny wchodzi im między uda, czy między pośladki.

– To dopiero rarytas – zauważył cicho Alkajos. – Może nie trzeba jej będzie wiązać i kneblować.

Następnie eunuch zaprezentował im Nubijkę o wielkich piersiach oraz grubych udach, a jeszcze później Scytyjkę znad Morza Czarnego, figurą przypominającą Andromachę. Żadna z nich nie przypadła im jednak do gustu. Musieli zatem dokonać wyboru między Albą i Nefthis. Zaczęli się naradzać cichymi głosami. Kassander opowiedział się za Samnitką, Alkajos za Egipcjanką.

– Może w takim razie weźmiemy obie? – zaproponował Kassander. – W ten sposób będziemy mogli zabawić się po kolei z jedną i z drugą.

– Nie, pozostańmy przy jednej – Alkajos wydawał się przywiązany do swej idei – jak za starych, złych czasów. A skoro zgodziłeś się pójść mi na rękę, to teraz ty dokonaj wyboru dziewczyny.

Kassander wskazał Albę.

– Doskonały wybór, dostojny panie! – zapiał eunuch, Macedończyk zaś był pewien, że gdyby wybrał inaczej, reakcja zarządcy byłaby dokładnie taka sama. – Albo, zaprowadź panów na górę.

Tłuścioch nachylił się ku Samnitce i teatralnym szeptem, tak by Kassander i Alkajos go słyszeli, powiedział:

– A potem spełnij każde ich życzenie, to nasi najważniejsi klienci!

Kassander był pewien, że eunuch odgrywa takie przedstawienie dla każdego klienta.

Na odchodnym zarządca Cynobrowego Domu udzielił im jeszcze rady:

– Jak wszystkie dziewczęta tutaj, Alba jest niewolnicą, więc nie musicie się, panowie, zbytnio z nią cackać. Gdyby nie chciała czegoś dla was uczynić, w co zresztą mocno wątpię, nie wahajcie się jej przymusić.

Alba ujęła Kassandra za prawą dłoń, zaś Alkajosa za lewą. A potem wyprowadziła ich z głównej komnaty i powiodła schodami na piętro. Poszczególne komnaty odseparowane były od korytarza nie zasłoną w otworze wejściowym, ale solidnymi, drewnianymi drzwiami, tłumiącymi odgłosy. W ten sposób na całej kondygnacji można było zmieścić aż dwadzieścia pokoi, zapewniających jednak sporą dozę prywatności. Samnitka zaprowadziła ich do wolnej izby, w której paliły się już oliwne lampki, zaś powietrze przesycone było podniecającymi zapachami. Łoże było przykryte aksamitną pościelą, na niskim stole ustawiono dzban wina i dwa kielichy. Eunuch musiał wysłać tu służącego, by wszystko przygotował, gdy tylko Kassander i Alkajos wkroczyli do Cynobrowego Domu. Zapewne gdzieś na piętrze przygotowano też drugą, podobną komnatę – zarządca nie mógł przecież wiedzieć, że Macedończykom wystarczy jedna.

Alba zamknęła drzwi, odseparowując ich od korytarza i całego świata. A potem odwróciła się ku nim. Stali na środku komnaty i wpatrywali się w nią. Dwaj rośli, potężnie zbudowani mężczyźni i ona, niewysoka dziewczyna odziana w wiele zdradzającą, wyuzdanie wręcz czerwoną suknię. Spoglądała na nich swymi dużymi oczyma
o barwie turkusa. Z ciekawością i chyba skrywanym niepokojem.

Oni zaś czuli się przez chwilę jak wtedy, przed wieloma laty, gdy wydawali ostatnie uciułane miedziaki na sprzedajną kobietę, która brała w siebie ich nasienie. I cóż, że między „wtedy” a „dziś” sto było różnic? Że tamta ladacznica w niczym nie przypominała samnickiej piękności o szczupłym nosie, pełnych, uszminkowanych na karminowo wargach, szczerozłotych kolczykach w uszach? Że lichy pokoik w tanim burdelu nie dawał się porównać z tą pysznie umeblowaną komnatą? Że wyczuwalny tam fetor potu stu poprzednich klientów nie miał nic wspólnego z podniecającą wonią tutaj? Czuli się znów młodzi, beztroscy, głupi i szczęśliwi. Pozbawieni zmartwień większych niż pusty mieszek i jutrzejszy kac.

Kassander pojął w końcu, co chciał osiągnąć Alkajos, jego stary druh, z którym niegdyś wspólnie maszerował, walczył, zapijał się w trupa i przekradał się nocą do sypialni rozpustnych córek przykładnych obywateli. Pamięć powróciła ze zwielokrotnioną siłą. Pamięć o dniach, które przecież same już nie wrócą.

Alba uniosła ręce do wiązania sukni na prawym ramieniu. Poradziła sobie z nim błyskawicznie – bez wątpienia miała wielką wprawę. Dekolt poszerzył się jeszcze bardziej, ukazując jej prawą pierś w pełnej okazałości. Idealnie okrągłą półkulę wieńczyła brązowa brodawka ze sporą otoczką. Dziewczyna nie próbowała się zasłaniać. Zamiast tego, zajęła się wiązaniem na lewym ramieniu. Tym razem trwało to dłużej. Kassander podejrzewał, że zwłoka była zamierzona i miała na celu zaostrzenie ich apetytu.

W końcu jednak wiązanie puściło, a pyszna suknia spłynęła z ciała Alby. Kassander usłyszał, jak Alkajos cicho klnie z wrażenia. Sam również nie mógł oderwać oczu od nagiej Samnitki.

Piersi jej ocenił jako idealne – spore, lecz nie opadające, doskonale krągłe i z pewnością bardzo jędrne. Brzuch lekko wypukły, w pępku pysznił się jeszcze jeden kolczyk z rubinem. Biodra pięknie ukształtowane, jakby całymi dniami ślęczał nad nimi z dłutem natchniony rzeźbiarz. Nogi być może nieco za krótkie, ale był to doprawdy jedyny mankament jej figury. Łono pozbawione najmniejszego śladu owłosienia, tuż nad szparką dojrzał następny, malutki kolczyk – Samnitka miała przekłutą na wylot łechtaczkę. Kassander pierwszy raz w życiu oglądał taką biżuterię. Słyszał jednak kiedyś, że nieumiejętne jej założenie może uniemożliwić kobiecie odczuwanie rozkoszy. Zapewne właściciel Alby, który zdecydował się na tak ryzykowną operację, bardziej niźli jej przyjemnością, przejmował się wrażeniami estetycznymi klientów.

Zresztą, zbyt intensywna rozkosz może utrudniać ladacznicy pracę – powinna być wszak skoncentrowana na zaspokajaniu mężczyzny, a nie na własnych doznaniach. Tak czy inaczej, dwie złociste główki szpilki przekłuwającej jej muszelkę wyglądały świetnie i skutecznie odciągały wzrok od rubinowej ozdoby w pępku.

Alba wyswobodziła się już całkiem z sukni i podeszła do nich niespiesznie. Jej piersi podniecająco drżały, gdy stawiała kolejne kroki. Spoglądała to na Kassandra, to na Alkajosa, jakby nie mogąc się zdecydować, który z nich pociąga ją bardziej. Stanęła między nimi, blisko, by mogli ją sobie dokładnie obejrzeć.

Obaj mężczyźni, jak na komendę, zaczęli rozpinać płaszcze. Alkajos pozwolił swemu opaść na przykrytą dywanem podłogę, Kassander chwycił swój, gdy ten już zsuwał mu się z ramion i cisnął go na nieodległy zydel. Alba czekała cierpliwie, aż pozbędą się również tunik. Teraz stali przed nią nadzy. Przesunęła spojrzeniem po obandażowanych żebrach Kassandra, dotknęła jego torsu. Dłoń wędrowała po nim w dół, ocierając opuszkami palców sutek. Samnitka dotknęła bandaży na jego brzuchu, jej ręka spłynęła jeszcze niżej, na biodro Macedończyka. Dopiero wtedy opuściła oczy i spojrzała na jego szybko rosnącą, okoloną gęstwiną czarnych włosów męskość.

Po dłuższej chwili niespiesznie odwróciła się ku Alkajosowi. Kassander miał teraz widok na jej krągłą, wypiętą nieco w jego stronę pupę. Alba zaś przyglądała się drugiemu ze swych klientów, dotknęła dłonią wyraźnie zarysowanych na jego brzuchu mięśni, zsunęła rękę niżej, zagłębiła palce w jego jasnych włosach łonowych. Ujęła nasadę członka i zacisnęła na nim palce. A potem osunęła się na kolana, oni zaś przybliżyli się do niej i stanęli ramię w ramię. Uniosła ręce i teraz miała w dłoniach dwa penisy – nieco dłuższy Alkajosa i krótszy, ale za to znacznie szerszy Kassandra. Poznawała je powolnymi ruchami, jej palce przesuwały się po każdym członku, od nasady aż po żołądź. Alba przyglądała się im, jak prędko rosły pod wpływem jej zabiegów. W końcu pochyliła się nieco do przodu, mocniejszym ruchem zsunęła napletek z główki penisa Kassandra i ucałowała ją swymi pełnymi wargami.

Macedończyk przymknął oczy, czując pierwsze liźnięcie na swej męskości. Alba całowała ją to z przodu, to od dołu, dotykając koniuszkiem języka jego wędzidełka. Póki co robiła to delikatnie, wciąż zapoznając się z penisem stojącego przed nią mężczyzny. Ani na moment nie przestała też masować Alkajosa. Po chwili uraczyła i jego ciemniejącą żołądź dotykiem swoich warg i języczka.

Obaj mężczyźni byli już w stanie najwyższego podniecenia. Alba zaczęła ich teraz masturbować zdecydowanymi ruchami rąk. Gdy ponownie wsunęła penisa Kassandra do swych ust, wzięła go znacznie głębiej. Cała odsłonięta żołądź zniknęła między jej karminowymi wargami, dziewczyna zaś przymknęła oczy, jakby rozkoszowała się smakiem. Jej język przesuwał się w górę i w dół, masując główkę i zlizując pierwsze krople wydobywającej się z niej cieczy. Macedończyk przymknął oczy i skoncentrował się na coraz bardziej intensywnych doznaniach. Gdy Alba przerwała w pewnej chwili, by wziąć do ust męskość Alkajosa, miał ochotę chwycić ją za włosy i szarpnięciem przycisnąć znowu do własnego podbrzusza. Najwyższym wysiłkiem woli powstrzymał się jednak przed tym, pozwalając ladacznicy zająć się jego towarzyszem. Tym bardziej, że dłonią wciąż energicznie masowała jego członek, dostarczając mu w ten sposób wiele przyjemności.

– Który z nas pierwszy? – wydyszał Alkajos, gdy wargi Samnitki zacisnęły się na nim. Kassander spojrzał na niego. Jego przyjaciel drżał z podniecenia. Sięgnął ręką w dół, wsunął palce we włosy Alby i teraz przyciągał ją do swych genitaliów miarowymi ruchami.

– Ty… ja jeszcze chwilę wytrzymam.

Alkajos wysunął się z ust dziewczyny, zmusił ją, by podniosła się z kolan i nie siląc się na delikatność, poprowadził ją za ramię w stronę łoża. Kassander nachylił się i rozwiązał swe sandały. Boso już podszedł do stołu, nalał sobie chłodnego wina i podniósł kielich do ust.

Kiedy kosztował wyśmienity, lekko tylko zmieszany z wodą trunek, Alba wsunęła się na aksamitną pościel i ułożyła wygodnie na plecach. Rozchyliła szeroko uda, dając Alkajosowi swobodny dostęp do swej szparki. Mężczyzna wsunął się między jej nogi, nakierował swój członek na wejście do jej pochwy, pchnął stanowczo biodrami. Z ust dziewczyny wydarł się przeciągły jęk, gdy wchodził w nią stanowczymi ruchami, nie sprawdziwszy nawet, czy była wystarczająco wilgotna, by przyjąć go w sobie bez bólu. „Alba jest niewolnicą”, rzekł przecież eunuch, „więc nie musicie się, panowie, zbytnio z nią cackać”.

Kassander popijał smakowite, chłodne wino, patrząc, jak Alkajos przyciska ladacznicę do łóżka, całuje ją gorączkowo po szyi, wbija się w nią silnymi ruchami bioder. Przypomniał sobie niezliczone razy, gdy czekał tak na swoją kolej, podczas gdy jego druh zaspokajał własną żądzę. Nie raz bywało zresztą odwrotnie – to Kassandrowi przypadało pierwszeństwo, Alkajosowi zaś – cierpliwe czekanie. Młodzi żołnierze w macedońskiej armii często mieli zbyt mało grosza, by opłacić dwie kobiety.

Masował teraz powoli swego penisa, patrząc na uprawiającą miłość parę. W pewnej chwili Alkajos wysunął się z pochwy Alby – teraz jego członek lśnił już od jej soków – i obrócił dziewczynę na brzuch. Oparła się na kolanach, pochyliła mocno do przodu, wypięła ku niemu posłusznie swe pośladki. Alkajos klęknął za nią i naparł mocno biodrami. Wszedł w nią głęboko od tyłu, dobywając z ust Samnitki kolejne głośne jęki.

Kassander dopił sporym haustem wino i wsunął się na łóżko. Uklęknął w rozkroku tuż przed twarzą Alby. Dziewczyna uniosła głowę i spojrzała na górującą nad nią postać. Jej nozdrza wypełniła cierpka, intensywna woń jego genitaliów. Macedończyk wziął swego nabrzmiałego penisa w dłoń, obciągnął go kilka razy tuż przed jej oczami. A potem zaczął ocierać się nim o jej rozchylone wargi i policzki.

Alkajos mocno trzymał Samnitkę za biodra, raz po raz wdzierając się w jej szparkę. Jego jądra po każdym pchnięciu uderzały z impetem o podbrzusze dziewczyny. Kassander czuł ciepło jej spazmatycznego oddechu na swoich jądrach. Wolną ręką odgarnął włosy z twarzy Alby, a gdy ta znów rozchyliła wargi, by jęknąć, zaczął wsuwać między nie swą męskość. Z początku próbowała się instynktownie odsunąć, ale przytrzymał ją za włosy, Alkajos zaś, napierając na nią z tyłu, uniemożliwił jej cofnięcie się. Otworzyła zatem szerzej usta i zaczęła przyjmować w nich grubego w obwodzie, pulsującego członka.

Jęki dziewczyny były teraz stłumione, zaś najdonośniejszym odgłosem stały się wilgotne mlaśnięcia, z jakimi jej pochwa przyjmowała penisa drugiego mężczyzny. Kassander zaczął poruszać biodrami, penetrując usta Alby to głębiej, to znowu płycej. Trochę czasu zajęło mu skoordynowanie swoich ruchów z Alkajosem. Gdy jednak wreszcie się to udało, Samnitka została uwięziona między dwoma mężczyznami – gdy Alkajos cofał biodra i dawał wytchnienie jej ciasnej szparce, Kassander wciskał jej swą męskość niemal do gardła.

Zabawiali się tak z nią przez dłuższą chwilę, aż w końcu Kassander zaproponował zamianę miejsc. Okrążyli klęczącą na pościeli Samnitkę i po chwili kosztowała już ona smak własnych soków zlizywanych z członka Alkajosa. Kassander natomiast zajął miejsce za nią. Postanowił wykorzystać fakt, że jego penis był cały w ślinie Alby. Położył więc dłonie na wypiętych pośladkach, ścisnął mocno, rozkoszując się ich jędrnością. A potem rozchylił je powoli, a jego oczom ukazało się zagłębienie z zaciśniętym otworem odbytu.

Macedończyk splunął obficie między pośladki dziewczyny. Roztarł kciukiem wilgoć na jej tylnych podwojach. Samnitka, czując, co się zaraz stanie, próbowała zaprotestować, ale nieoceniony Alkajos przytrzymał ją stanowczo za włosy. A następnie wcisnął jej swego penisa do ust tak głęboko, że jądra ocierały się teraz o jej podbródek. Gdy ladacznica walczyła o odzyskanie oddechu, Kassander nakierował dłonią lśniącą nadal od śliny męskość prosto na jej ciaśniejszy otwór.

Alba zakwiliła, gdy zaczął wchodzić między jej pośladki, pchnięciami krótkimi wprawdzie, ale stanowczymi. Trzymał mocno jej biodra, nie pozwalając dziewczynie uciec do przodu. Patrzył, jak pulsująca żołądź wciska się powoli w jej pupę, pokonując opór mięśni. Samnitka z całych sił próbowała się teraz rozluźnić, by ułatwić mu penetrację. Alkajos wysunął członek z jej gardła, dając chwilę na odzyskanie tchu. Spoglądał na nią z góry, dysząc z pożądania. Alba jęczała głośno, rozpychana przez członek Kassandra, zaciskała i rozluźniała na przemian palce, pochyliła głowę tak, że czołem niemal dotykała pościeli.

Gdy cała żołądź była już w jej tyłeczku, wystarczyło kilka silnych pchnięć, by zagłębić się w nim aż po jądra. Alba poderwała głowę do góry i krzyknęła. Alkajos tylko na to czekał – ponownie chwycił ją mocno za włosy i nie pozwolił już się pochylić. Zamiast tego niecierpliwie wsunął penisa w jej usta i zaczął szybko poruszać biodrami. Samnitka masowała go wargami i językiem, jednocześnie miarowo zaciskając się na męskości Kassandra. Była teraz penetrowana z obydwu stron – stanowczo i nieustępliwie, bez prawa do sprzeciwu czy wytchnienia.

Pierwszy doszedł Alkajos. Z głośnym jękiem wyprężył się cały, zawarł kurczowo palce na włosach Alby i przycisnął ją do swego podbrzusza. Zaczął wytryskiwać prosto do jej gardła. Dziewczyna prędko przełykała jego spermę, by się nie zadławić. W tym czasie Kassander mocno pracował biodrami. Jego penis to wsuwał się w jej pupę, to znowu niemal całkiem z niej wychodził. Żołądź jednak ani na chwilę nie opuściła ciasnego tyłeczka. Rozkoszował się tym, jak mocno otulała go mięśniami. Chyba ból nie był już dla niej tak dokuczliwy, bo czuł, że gdy się w nią wbijał, jej biodra wychodziły mu na spotkanie. Nie musząc już jej przytrzymywać siłą, pochylił się do przodu, sięgnął pod nią i zaczął ugniatać rękoma jej wiszące tuż nad pościelą piersi. Mógł się teraz w pełni przekonać, jak bardzo były jędrne i sprężyste.

Alkajos wysunął się z ust Alby i wyczerpany opadł na poduszki. Zobaczył jeszcze, że na ustach dziewczyny lśnią ostatnie krople jego spermy. Oblizała prędko wargi, pochyliła głowę i skupiła się w pełni na zaspokojeniu Kassandra. Jego palce zaciskały się raz po raz na jej piersiach, a penis napierał nieustępliwie, rozpychając tyłeczek. Jedną ręką sięgnęła między swe nogi i poczuła, jak bardzo jest już wilgotna. Soki spływały jej obficie po wewnętrznych stronach ud. By zmniejszyć ból i samej odnaleźć swą rozkosz, zaczęła pocierać palcami przekłutą muszelkę. Dyszała ciężko, ani na moment nie przestając zaciskać mięśni odbytu na trzonie męskości Macedończyka.

Szczytowali niemal jednocześnie. Alba ciszej – zacisnęła zęby na pościeli, by stłumić krzyk ekstazy. Samnici wierzyli, że kobieta nie powinna okazywać zbyt wielkiej przyjemności w trakcie uprawiania seksu (niektórzy twierdzili wręcz, że nie powinna jej odczuwać). Nawet gdy los uczynił ją nierządnicą w Helladzie, Alba pozostała wierna obyczajom, które zostały jej wpojone. Przyjęła swą rozkosz, drżąc na całym ciele i jęcząc przeciągle, ale niezbyt głośno.

Kassander się nie powstrzymywał. Gdy poczuł, że jego orgazm nadciąga, prędko wysunął penisa z tyłeczka Alby i zalał obficie jej pośladki i plecy nasieniem. Krzyczał z przyjemności i nic go nie obchodziło, czy zostanie usłyszany w innych pokojach, czy też w głównej komnacie, piętro niżej. Jego sperma spływała po pupie i udach drżącej we własnej ekstazie Samnitki, on zaś wciąż na nią wytryskiwał, masując ostatkiem sił swój członek. Potem zaś, w pełni zaspokojony, padł na szerokie łoże.

* * *

Odpoczywali długo, nic nie mówiąc. Alba podniosła się z łóżka i na chwiejnych nogach podeszła do ustawionej w rogu sypialni miski z wodą. Uklękła na białym płótnie przykrywającym w tym miejscu dywan i zaczęła się myć. Spłukała zaschnięte nasienie Kassandra ze swoich pośladków i ud, sięgnęła za siebie i na ile mogła, umyła też plecy. Domyślała się, że mężczyźni wrócą niedługo do sił i zażądają od niej dalszych usług. Chciała być czysta, gdy to nastąpi.

Alkajos przysunął się tymczasem do Kassandra.

– Dobra jest, nie sądzisz? – spytał, patrząc na plecy kucającej nad miską Alby. – Szkoda, że jest tylko niewolną ladacznicą. Sprowadziłbym ją sobie do Pelli i zrobił z niej stałą kochankę…

– Gdyby nie była ladacznicą, nigdy w życiu nie przekonałbyś się, jaka jest dobra – odparł Kassander, wskazując mu oczywisty błąd w rozumowaniu. – Powiem ci, mój stary druhu, że miałeś wyśmienity pomysł. Naprawdę poczułem się jak za dawnych czasów…

– Ty też? – zaśmiał się Alkajos. – Przyznasz jednak, że Alba jest piękniejsza od tamtej dziwki Glycery, którą mieliśmy w Olincie…

– Stokroć piękniejsza – zgodził się Kassander. Dziewczyna podniosła się znad miski, krople wody spływały po jej udach i pupie. Zwróciła się ku nim, podeszła i usiadła prawie nieśmiało na brzegu łóżka, czekając na ich dalsze życzenia.

– Pamiętasz, jak się wtedy zabawiliśmy z Glycerą? – spytał Alkajos.

Kassander pamiętał. Skinął głową z uśmiechem.

– Może zrobimy powtórkę?

– Alkajosie! To już drugi wyśmienity pomysł tego wieczoru. Doprawdy, nie poznaję cię, stary przyjacielu.

* * *

Kiedy znów pobudziła ich członki ustami, a potem dała wspaniały pokaz, masturbując się przed nimi, Kassander położył się wygodnie na plecach i przyzwał do siebie Albę. Kazał jej kucnąć nad swym przyrodzeniem i osuwać się na nie powoli. Gdy leżał tak, z założonymi pod głowę rękami, ona zaś rozkraczyła się nad nim i ugięła kolana, mógł z bliska przyjrzeć się kolczykowi przekłuwającemu jej łechtaczkę. Najwyraźniej złota szpilka nie zmniejszyła jej zdolności do odczuwania rozkoszy – o czym przekonał się w trakcie poprzedniego zbliżenia. Wręcz przeciwnie, wydawało się, że biżuteria ma wręcz pozytywne działanie. Wystarczyło rzucić okiem na jej wilgotne wargi sromowe, by wiedzieć, że Samnitka jest mocno podniecona. Sięgnęła ręką w dół, objęła wyprężonego znów w erekcji penisa i zaczęła go w siebie wprowadzać.

Mimo jego pokaźnych rozmiarów przychodziło jej to z łatwością. Soki ze szparki spływały obficie po trzonie męskości Kassandra, wkrótce całe jego podbrzusze było od nich mokre. Gdy Alba całkiem nabiła się na jego męskość, Macedończyk przesunął spojrzeniem po jej brzuchu, zatrzymując się na chwilę przy rubinie w zagłębieniu pępka, a potem popatrzył na kołyszące się nad nim piersi. Wysunął ręce spod głowy i sięgnął ku nim. Po chwili masował je, niespiesznie i powoli, podczas gdy Samnitka rozpalała jeszcze jego pożądanie, wykonując biodrami okrężne ruchy.

Alkajos przyglądał się temu z boku, masując swoją męskość. Mocno zaciskał na niej palce, patrząc, jak jego przyjaciel bawi się biustem nierządnicy. W końcu odciągnął mocno napletek, splunął we wnętrze dłoni i zaczął sobie wcierać ślinę w żołądź. Gdy przysunął się do uprawiającej miłość pary, Kassander kazał Albie nachylić się ku niemu. Samnitka uklękła na nim w rozkroku, kolana i łydki opierając na pościeli po obu stronach jego bioder. W ten sposób jej tyłeczek był pięknie wypięty, a przez to – idealnie dostępny. I na to właśnie czekał Alkajos.

Na dany przez niego znak, Kassander wypuścił z dłoni piersi Alby, wziął ją za nadgarstki i zamknął je w żelaznym uścisku. Dziewczyna nie próbowała się wyswobodzić, wręcz przeciwnie, nachyliła się jeszcze bardziej i ujeżdżając powoli Macedończyka, jęła ocierać się swym biustem o jego tors. Dopiero, gdy Alkajos wsunął się za nią i chwycił mocno za jej biodra, Samnitka zorientowała się, co się zaraz stanie. Próbowała się szarpnąć, lecz dwie pary silnych rąk przytrzymały ją w miejscu bez najmniejszego wysiłku.

– Nie… błagam… nie naraz! – wykrztusiła, gdy poczuła męskość Alkajosa wciskającą się między jej pośladki.

– A podobno nie znasz słowa „nie” – zaśmiał się Alkajos i pchnął po raz pierwszy. Z ust Samnitki dobył się bolesny krzyk.

Macedończycy poszli za radą eunucha – z łatwością złamali opór dziewczyny, a teraz brali sobie od niej to, na co mieli ochotę. Kassander poruszał biodrami, raz po raz wsuwając się w szparkę, podczas gdy Alkajos stanowczymi ruchami zagłębiał się w jej pupie. Teraz wypuścił z rąk biodra Alby i chwycił za jej piersi. Zaczął je miętosić i ugniatać, całkiem zapominając o delikatności. Nabita na dwa penisy i tak nie była w stanie wyswobodzić się spomiędzy ich ciał.

Tym razem zsynchronizowanie ruchów w przepełnionym wnętrzu Samnitki przyszło im łatwo i w sposób niejako naturalny – ilekroć Kassander cofał biodra, wysuwając się nieco z jej pochwy, Alkajos wchodził w jej pupę mocno i głęboko, wciskając się aż po jądra. I odwrotnie, kiedy Alkajos się wycofywał, Kassander penetrował ją znowu silnym ruchem.

* * *

Uwięziona między dwoma znacznie silniejszymi od niej mężczyznami, mając unieruchomione ręce i biodra zakleszczone między ich biodrami, Alba mogła tylko ulegać. Przyjmowała ich zatem w sobie, jęcząc na przemian z przyjemności i bólu, które łączyły się w niej i mieszały, gdzieś między jednym a drugim otworem jej ciała. Mężczyźni byli gwałtowni, zwłaszcza ten drugi, który wdzierał się w jej tyłeczek, nie bacząc na błagania i jęki. Nawet gdy zamknęła oczy, czuła na sobie rozpalone spojrzenie Kassandra, jego mocarny uścisk na swych nadgarstkach, pulsującą w szparce męskość. Alkajos całował ją i kąsał po szyi, ramieniu, ściskał jej piersi, ugniatał brodawki. Mimo wszystko, wolała jednak mieć w pupie jego – dłuższe wprawdzie, lecz nie tak szerokie jak u Kassandra – przyrodzenie.

Zabawiali się z nią długo. Tak jej się przynajmniej zdawało. Zaspokoiwszy pierwszą żądzę, teraz mogli się nią sycić bez niebezpieczeństwa zbyt rychłego spełnienia. I korzystali z tego pełnymi garściami, zdobywając jej ciało łapczywie i zachłannie, z egoizmem i brutalnością, na jaką stać tylko mężczyzn. Jej piersi były całe obolałe od natarczywych pieszczot Alkajosa, a jednak sutki miała sztywne i twarde. Choć jego penis boleśnie ją ocierał, szparka, którą obejmowała Kassandra, była mokra jak rzadko kiedy.

Nie próbowała już krzyczeć ani się wyrywać. Nie miało to sensu. Pozwalała im na wszystko, starając się dać obydwu mężczyznom jak najwięcej rozkoszy. Przecież właśnie to było jej celem i przeznaczeniem. Po to przyszli do Cynobrowego Domu, po to wybrali ją spośród innych dziewcząt.

Nie było sensu walczyć z tym, na co i tak nie miała wpływu.

* * *

Pierwszy doszedł Alkajos. Z głośnym jękiem wcisnął się w nią do końca i wytrysnął obficie, napełniając tyłeczek Alby swym nasieniem. Gdy wyszedł z niej i się wycofał, Kassander prędko obrócił ich oboje na łóżku. Teraz Samnitka była pod nim, przyciśnięta do skotłowanej pościeli, a jej piersi podskakiwały w rytm jego głębokich pchnięć. On zaś unosił się nad nią, oparty rękoma o łóżko, wpatrzony w nią płonącymi oczyma. Ich biodra co rusz uderzały o siebie, a głośne mlaśnięcia, z jakim wdzierał się w jej szparkę, rozchodziły się po komnacie. Alba skrzyżowała uwolnione ręce nad swą głową i wypięła mocniej biust.

Kassander wysunął się z niej tuż po tym, jak pierwszy dreszcz orgazmu przeszedł jego ciało. Podniósł się, klęknął nad nią i wytrysnął obficie na jej piersi, brzuch i łono. Kilka kropli nasienia doleciało do jej twarzy, jedną poczuła w ustach. Dyszała ciężko, rozpalona i ociekająca sokami, rozcierając sobie jego spermę po całym ciele.

Wiedziała, że niektórzy z jej klientów to lubią. On chyba właśnie do nich należał.

* * *

To jednak nie był jeszcze koniec. Macedończycy byli niezmordowani. Gdy jeden opadał z sił, zaraz zabierał się za nią drugi. Robili przerwy tylko po to, by napić się wina i wymienić kilka przyjacielskich zdań. Alba myła się między kolejnymi zbliżeniami, lecz wkrótce w misce zabrakło wody. Chciała wezwać służącego po następną, ale Alkajos chwycił ją za ramię i pociągnął w stronę łóżka. Gdy wreszcie po raz kolejny go zaspokoiła, nie miała sił podnieść się z pościeli.

Ostatnim jej kochankiem tej nocy był Kassander. Wziął Samnitkę od tyłu, bawiąc się jednocześnie jej rozsypanymi po plecach włosami. Gdy wreszcie spuścił się na jej pupę, z jego zaspokojonej męskości spłynęło ledwie kilka kropel nasienia.

Leżała na łóżku, wyczerpana i obolała, mężczyźni zaś ubierali się niespiesznie. Rozmawiali między sobą, jednak żaden z nich nie tracił słów na nią. Była przecież tylko nierządnicą, której używali, póki mieli ochotę. Dopiero szczęk zamykanych drzwi uświadomił jej, że wyszli.

* * *

Kiedy Kassander i Alkajos schodzili ze Wzgórza Wilków, nad Atenami budził się już świt. W szarym świetle mogli dostrzec leżące u ich stóp miasto, kanciastą bryłę Akropolu, a w dalszej perspektywie – port w Pireusie i Zatokę Salaminy.

– Kiedyż znów się spotkamy? – spytał Alkajos, gdy schodzili po stoku ku budzącej się do życia metropolii.

– Pewnie na wojnie – odparł Kassander. – Wojna dzieli ludzi, ale potrafi ich też połączyć.

– Święte słowa, bracie – Alkajos zamilkł na chwilę, ale zaraz się rozweselił. – Pokazaliśmy tej dziewce, jak smakują pieszczoty prawdziwego mężczyzny, prawda?

– Owszem. Myślę, że będzie nas długo wspominać. Zwłaszcza ciebie, stary druhu.

I choć gadali nadal beztrosko, schodząc coraz niżej i potykając się o wystające z ziemi korzenie, coś się zmieniło. Myśli Kassandra zaprzątały już inne sprawy niż śliczna Samnitka, którą zostawił w pokoju Cynobrowego Domu. Kiedy Alkajos zamilkł na chwilę, skupiony na tym, by nie wywrócić się na nierównym gruncie, wódz akrokorynckiego garnizonu spojrzał na zachód, ku Peloponezowi. Nie dostrzegł go wprawdzie w porannej szarówce, ale wiedział przecież, że gdzieś tam jest. Czekała go długa droga powrotna, a potem ciężka, niewdzięczna praca. To, co niedługo wydarzy się w południowej Helladzie, wymaga wielkich przygotowań.

Zatopił się w rozmyślaniach o strategii, logistyce i taktycznych manewrach. O nadciągającej wojnie, znacznie większej niż potyczka, w której zginął Koragos. Tamto było jedynie wstępem do dramatu, który miał się wkrótce rozegrać.

Już nie pamiętał prawie o samnickiej ladacznicy. Trudno byłoby mu nawet przypomnieć sobie jej twarz. Jego umysł zaprzątały bowiem sprawy po stokroć ważniejsze.

Antypater, wódz Hellady, wkrótce zakończy swą kampanię w Tracji. Ruszy na południe na czele wszystkich swoich sił. Przejdzie przez Beocję i Attykę, wraz z Polyperchonem przekroczy Przesmyk Istmijski.

I wkroczy na Peloponez. A wtedy cały półwysep zapłonie.

Przejdź do kolejnej części – Opowieść helleńska: Kassander VII

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Wyśmienite. Z każdym odcinkiem robi się ciekawiej.
Skoroś łasy na pochwały, więc nie będę ich skąpić.

W poprzedniej części był taki moment, kiedy czułam jakby Megas mrugnął do nas, rozpoczynając akapit: "Sam natomiast bardzo potrzebował kobiety.". Jakby chciał powiedzieć: "A teraz Moi Drodzy Czytelnicy nastąpi to, na co tak długo czekaliście, Kassender idzie zaspokoić swe żądze".
W części VI natomiast jest odwrotnie, chwila wstępu, długi, emocjonujący (wciąż mam mocno zaciśnięte kolana) opis seksu, a potem powrót do rzeczywistości.

Witaj, Squzi!

Cieszę się, że namiętny trójkąt z Opowieści helleńskiej VI tak mocno na Ciebie zadziałał. Taka była właśnie moja intencja – to miała być scena intensywna i mocno podniecająca. Zastanawiam się, czy nie przypomnieć postaci Alby w którymś z następnych opowiadań, np. z cyklu Demetriusza. W sumie trochę stęskniłem się za tą czarnulką 🙂 Z drugiej jednak strony, w Atenach jest już tyle prostytutek oraz heter, o których muszę jeszcze napisać, że boję się, iż może mi na Samnitkę może mi zabraknąć miejsca i czasu…

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz