Bożek V-VI (Szarik)  4.78/5 (3)

10 min. czytania

V

Większość naszych kontaktów, czytaj zbliżeń, sąsiedzkich bazowała na wzajemnej delikatności. Moja ulubiona sąsiadka tak cudownie reagowała na dotyk dłoni, że mógłbym w zasadzie nie używać żadnych innych sposobów. By przygotować ją na wejście mojego wędrowca w wilgotną dolinę, byłem gotów poświęcić wiele czasu. Łechtała tym moją męską próżność, jako sprawnego kochanka, bo jeśli sama nie zdecydowała inaczej, wspinała się każdorazowo na szczyt, oznajmiając to światu, i mnie oczywiście, głośnym jękiem. Poezja, koncert i bogowie wiedzą, co jeszcze. No właśnie, czas. Zerknąłem na zegarek. Drogę do biura mogłem pokonać spokojnym krokiem w kilkanaście minut, samochód zaczęła więc pokrywać na parkingu gruba warstwa letniego kurzu. Żal mi było staruszka, dlatego co kilka dni zmuszałem go do wysiłku zawiezienia moich czterech liter do firmy. Chyba i dzisiaj to zrobię. Myśli jednak, zamiast w kierunku pracy, uciekały piętro wyżej. Zdarzały się niestety dni, gdy nie zaglądała do mnie rano. Czułem wtedy straszne ciśnienie w spodniach, a drań w przedpokoju pokazywał jęzor i śmiał się bezczelnie, jak gdyby chciał powiedzieć: – „Ośle, dałem ci moc, a ty ją tylko na jedną marnujesz. Powinieneś tu drzwi obrotowe zamontować.” – Mnie jednak to wystarczało. Pożądliwe spojrzenia innych kobiet, połączone ze spełnieniem z tą jedną właśnie. Albo się starzeję, albo coś mi się w głowie zdrowo pomieszało, bo bądź co bądź, to sprzeczne ze stereotypem.

Stałem w przedpokoju, prawie gotowy do wyjścia, gdy usłyszałem pospieszne kroki na schodach. Tylko ona i jej nogi, prawie zawsze w bucikach na obcasach, wytwarzały ten charakterystyczny dźwięk. Nie zatrzymała się jednak, tylko popędziła dalej. Szarpnąłem gwałtownie drzwi, otwierając je szeroko.

– Dzień dobry. Gdzie się pani tak śpieszy?

Spojrzała na mnie z jakimś dziwnym uśmiechem, w oczach tańczyły chochliki. Bez słowa zakręciła się jak fryga i ruszyła dalej po schodach. Ten ruch uniósł sukienkę na tyle, że dostrzegłem ofiarowany mi dar. Boska siła pchnęła mnie w pogoń. Dopadłem ją już na półpiętrze. O dziwo, nie było krzyku, nie szarpała się, choć unieruchomiłem jej ręce. Za to wskoczyła na mnie, ciasno oplatając nogami. Resztka przyzwoitości zmusiła mnie do karkołomnej próby zejścia po schodach, by nie zacząć kochać się na środku klatki schodowej. Kochać to takie piękne słowo, a ja po prostu chciałem ją posiąść. Tu i teraz. Ledwie zamknąłem drzwi, udało mi się jakimś cudem odsłonić jej cipkę na tyle, by wbić się głęboko. Bez żadnego wstępu, pieszczot, ceregieli. Mocno, regularnie, po same jądra, mój kutas wdzierał się w jej wnętrze. Fenomen kobiecego ciała jest przeogromny. Jednego dnia, pieszcząc długo i namiętnie, udaje się osiągnąć odrobinę wilgoci, a dziś bez wstępu, wręcz płynie. Drobne ciało, z jednej strony przygniecione do ściany, z drugiej nabijane bezwzględnie. Ciszę wypełniały tylko głośne oddechy i wilgotne plaskanie. Nie stawiała oporu, sama wręcz próbowała nabić się jeszcze głębiej i mocniej. Zachłanne usta łączyły się w dzikich zapasach. Nie miałem głowy, by dbać o jej satysfakcję, pragnąłem jedynie własnej, która zbliżała się z prędkością błyskawicy. Jeszcze tylko kilka pchnięć i zacząłem dochodzić. Tym razem to moje spazmy stały się katalizatorem dla niej. Dołączyła. Ruch zamarł. Sapanie powoli ucichło. Za nic nie byłem w stanie iść do biura. Spocony, wykończony. Spętany opuszczonymi do kostek spodniami nie mogłem się ruszyć. Wykazana niedawno w wannie gibkość misia Haribo, tutaj okazała się nieprzydatna. Niechętnie opuściłem ją i pozwoliłem stanąć na drżących nogach. Nie wyglądała wiele lepiej ode mnie. Czyżby znów okazała się potrzebną wspólna kąpiel? Podciągnąłem spodnie i podtrzymując je niezapięte poprowadziłem dziewczynę do łazienki. Bez zbędnych słów zrzuciła z siebie wszystko, równie szybko jak ja. Na wannę nie było czasu, przynajmniej tak mi się wydawało. Szybki prysznic i pewnie każde pójdzie w swoją stronę. Weszła za mną do kabiny, lecz zamiast umyć się, przylgnęła pośladkami do miękkiego malucha, wiercąc się niemiłosiernie. Tyłek miała fantastyczny, to fakt, ale praca czeka … Trudno poczeka, tym swoim ruchem znów podniosła wędrowca. Zacząłem powoli wpychać się w nadal gorące wnętrze. Pulsowało, płynęło. Zdążyłem  zanurzyć jedynie twardy łeb, gdy odwróciła się niespodziewanie.

– Proszę, nie. Chcę inaczej.

Przestałem napierać. Wyswobodziła się zgrabnie, by klęknąć przed twardym członkiem. Pomna wcześniejszych nauk, uchwyciła go silnie dłonią, resztę pochłonęły usta. Zacisnęła wargi, język omiatał zwinnie główkę. Odruch bezwarunkowy uruchomił moje lędźwie. Zacząłem pieprzyć jej usta. Nie mogłem tego nazwać inaczej. Cofnęła dłoń, pozwalając wniknąć głębiej. Złapała rękoma za najzgrabniejszą część mego cielska, czyli za pośladki i zaczęła dopychać jeszcze mocniej. Chociaż woda zalewała jej twarz, patrzyła w moje oczy z tak dziką namiętnością … Wystrzeliłem błyskawicznie, niczym uczniak. Przyjęła wszystko, nie roniąc kropli, ssąc mocno, jak gdyby było jej jeszcze mało.

– Już dość, bo mi go urwiesz – zażartowałem, unosząc dłonią jej brodę, by znów spojrzała na mnie i podniosła się z kolan. Uczyniła to posłusznie. Namydliłem gąbkę i sprawnie obmyłem całe ciało dziewczyny, starając nie ominąć żadnego zakamarka, nie próbując jednak uczynić z tego nachalnej pieszczoty.

Nałożyła pomiętą sukienkę na wilgotne jeszcze ciało.

– Mam nadzieję, że nie odmówi pani towarzystwa przy kawie? – zapytałem w zasadzie retorycznie.

– Nie śmiałabym.

Jedynym sprzętem agd, który targałem ze sobą podczas licznych przeprowadzek, był stary ekspres do kawy, któremu towarzyszyła para porcelanowych filiżanek. Nie potrafiłem, ani też nie chciałem się z nimi rozstawać. Biurowa kawa, choćby najlepsza, zawsze była biurowa. A jeśli ją połączyć z fajansową filiżanką, lub o zgrozo, plastikowym kubkiem, to otrzymujemy prawdziwy horror. Kończyłem przygotowywać ekspres, gdy weszła do kuchni. Oparła się pupą o stół. Podszedłem i posadziłem ją na nim. Rozsunąłem uda i uniosłem sukienkę. Teraz to ja klęczałem, smakując jej gładkość. Wzdychała pięknie. Oczy delektowały się przecudnym, mocno różowym widokiem, oświetlonym blaskiem porannego słońca.

– Już dość. Proszę – wyszeptała.

Przerwałem.

– Dlaczego pan to zrobił?

– Teraz kawa będzie smakować lepiej również i mnie.

Ekspres zawarczał donośnie, by po chwili zacząć wypełniać filiżanki napojem. Aromat uniósł się w powietrzu, mieszając z zapachem rozpalonej kobiecości. Siedziała na moich kolanach, tuląc się i popijając drobnymi łyczkami. Zwinięte w kulkę wilgotne koronki leżały na stole.

– Pora na mnie. Miałam tylko przynieść coś z auta i iść do pracy. – Spuściła oczy.

– Chyba będzie się pani musiała przebrać. Zresztą ja również. Może panią podwiozę?

– Dziękuję. Pójdę sama. Spacer dobrze mi zrobi, a do tego ciągle jest pana we mnie tak dużo. – Mrugnęła zalotnie.

Niechętnie wypuściłem ją z mieszkania. Drań w przedpokoju udawał niewiniątko i wznosił oczyska ku niebu. Zacząłem sprzątać w kuchni, bo chaos na stole po powrocie doprowadziłby mnie do szewskiej pasji. Zwinięta kulka pozostała. Rozwinąłem ją i poszedłem ponownie do przedpokoju.

– Dostajesz to tylko na przechowanie, żebym nie zapomniał oddać, więc nie przyzwyczajaj się zbytnio. – Zastąpiłem apaszkę na jego ramionach koronkami. Wyglądał na całkiem zadowolonego. W zasadzie, podzielałem to uczucie, tylko ta przeklęta świadomość, że muszę iść do roboty. Ech, co zrobić? Dobrze chociaż, że nie będę paradował z namiotem.

VI

Kocham swój kraj. Naprawdę go kocham. Tylko niech ktoś mi wytłumaczy, jak w tak pięknym miejscu, po dniach upału, w parę chwil temperatura potrafi spaść o kilkanaście stopni? Ja po prostu marznę. A jak do tego zacznie padać deszcz, to już zupełna katastrofa. Zimno, wrednie, obrzydliwie. Siedziałem więc w domu, gapiąc się w okno na tę paskudną aurę i szczękając zębami. Ale chwila, że też o tym wcześniej nie pomyślałem. Przecież tu jest kominek, a właściciel powiedział, że drewno składuje w piwnicy. Jakoś zupełnie nieekologicznie, niepolitycznie i diabli wiedzą co, zamierzałem po prostu rozpalić w kominku i rozgrzać zziębnięte cielsko. Drobna praktyka w zuchach przydała się jak znalazł, ogień zapłonął wesoło, a na mojej mordce zagościł uśmiech. Przeżyję. Jest szansa. Teraz jeszcze dobry trunek domowej roboty. Zacząłem myszkować w szafce, zastanawiając się, który lek na chandrę przyjąć, gdy odezwał się dzwonek.

– Dzwonek, więc to nie moja ulubiona sąsiadka – mruknąłem lekko zawiedziony i poczłapałem otworzyć.

– Dzień dobry, szefie. – W drzwiach stała firmowa ulubienica, trzymając w dłoni mokry parasol i jakąś teczkę. – Mogę wejść?

– Dzień dobry, tak, przepraszam, proszę. Co tu robisz, przecież mamy weekend?

– Wiem, ale skończyłam opracowanie, o które prosiłeś.

– Mogłaś przesłać je mailem.

– Wiem, że do recenzji wolisz papier. – Podała mi teczkę.

– Już się wydało?

– Już dawno. Wszyscy się trochę z tego śmieją. Firma technologiczna, główny projekt, a jego szef przewala papiery.

– Jakoś to przetrwam. Wypijesz coś?

– Mam coś jeszcze.

– Mianowicie co?

– To! – Rozwiązała pasek letniego płaszczyka i zakręciła się jak baletnica. Moim oczom ukazało się jej drobne, opalone ciało, w białej, koronkowej bieliźnie. Miękka, przeźroczysta struktura eksponowała wdzięki. Naturystką niewątpliwie nie była, ale blade smugi obnażały ją jeszcze mocniej. Małe, jędrne cycuszki, z drobnymi, jasnoróżowymi brodawkami, gładkie łono, cieliste pończochy na całkiem zgrabnych nogach. Stałem i gapiłem się z rozdziawionymi ustami. Już wiedziałem, kto w tym maczał paluchy, już widziałem złośliwy uśmiech, słyszałem rechot. W firmie, owszem, była moją ulubienicą, ale jednak pracownicą, a do tego studentką. Cholera, przecież również kobietą. I to atrakcyjną. A ten nieduży biust potwierdziłby może moją starą, pseudonaukową teorię, że każda pierś potrafi odebrać tyle samo bodźców, a jeśli jest mniejsza, to są one bardziej skoncentrowane i dają właścicielce silniejsze doznania. Wymyśliłem to przy dobrej wódce, wspominając pewien znany sobie przypadek, ale doświadczeń empirycznych w takiej materii nigdy dość.  Z tej gonitwy myśli i odrętwienia wyrwało mnie znajome pukanie do drzwi.

– Przepraszam, muszę otworzyć. – Ruszyłem ołowiane nogi w kierunku wejścia.

Oczywiście, to ona. W jeansach, szarej bluzeczce z minimalny dekoltem, i z tymi cudownymi, niebieskimi oczyma.

– Proszę, niech pani wejdzie.

– Na mnie już czas, szefie. Omówimy dokument w poniedziałek, bo widzę, że przyszłam nie w porę. – Ulubienica zdążyła zawiązać na nowo płaszcz, chowając pod nim cielesne przymioty. Czmychnęła, witając i żegnając się z nowo przybyłą tylko skinieniem głowy.

– Tak, omówimy to w poniedziałek. Do zobaczenia – rzuciłem w jej kierunku, pochłaniany już coraz mocniej przez niebieską toń.

– Przeszkodziłam?

– Nie, proszę wejść. Jak zwykle miło mi panią widzieć. Kawy?

– Z panem? Zawsze.

Siedziała grzecznie, wpatrując się w każdy mój ruch, gdy zmuszałem do pracy stary ekspres. Gdy jednak postawiłem parujące filiżanki na stole, usiadła na moich kolanach.

– Stęskniłam się trochę za panem.

– Ja za panią również nieco. – Zanurzyłem nos w jej pachnących, rozpuszczonych włosach. Odnalazłem drogę do szyi. Miałem ochotę oznaczyć ją mało może subtelną malinką, którą jednak będzie mogła zakryć włosami. Zadowoliłem się tymczasem, na tę chwilę, pocałunkami. Dłonie odruchowo zaczęły pieścić jej ciało. Chociaż spięła się, jak zawsze, gdy dotknąłem brzucha, to jednak ten stan szybko ustąpił i pozwoliła na dalszą wędrówkę. Druga ręka zwiedzała plecy. Rozpiąłem stanik. Piersi były zdecydowanie większe, idealnie wypełniały dłoń. Przeczyły mojej prywatnej teorii. Reagowały na każde muśnięcie, każdy gest. Dałem znak, by wstała. Uczyniła to posłusznie, a ja pozbawiłem ją spodni. Myślałem, że wróci na kolana i pozwoli na kontynuowanie pieszczot. Teraz jednak to ona nakazała mi wstać i również moje spodnie wylądowały na podłodze. Klęknąwszy, pochłonęła moją męskość. Gładziłem jej policzki, owinąłem włosy wokół dłoni i przyciągnąłem głowę dziewczyny. Miałem wielką ochotę na…

– Chcę posmakować twojej wilgoci.

Z drobnym ociąganiem sięgnęła w kierunku swojego skarbu. Zwilżyła czubek palca i podała mi go do ust, zawstydzona. Chciałem wypełnić ją do końca, bo samo smakowanie nie wystarczało. Pomimo tego, że klęczała przede mną, to jednak dowodziła. Wypuściła wędrowca z ust, popchnęła mnie na krzesło i dosiadła, wiercąc się leniwie. Tego było za wiele, nigdy nie potrafiłem oddać dowodzenia. Uniosłem kruszynkę i posadziłem na stole. Wszedłem głęboko. Długie, równe pchnięcia zgłębiały jej dolinkę. Chwyciła się za uda i rozwarła szeroko. Tego właśnie potrzebowała. Doszła z głośnym jękiem, a ja tuż po niej. Naszła mnie olbrzymia ochota posmakowania naszej wspólnej wilgoci. Język zwiedził całość słodkiej krzywizny. Mokry od lubieżnej mieszaniny, zanurzyłem się w jej ustach.

– Chcę jeszcze raz – wycharczała, gdy na chwilę oswobodziła wargi od pocałunku.

– Tak szybko? – Okazałem zdziwienie.

– Tak, teraz. Natychmiast.

Chciałem zaśpiewać: – „Mam moc, mam tę moc!” – Ale ta moc ukrywała się może w błękitnych pastylkach, a ja dotąd nigdy ich nie używałem. Na szczęście, wędrowiec jednak mnie zaskoczył. Gdy potarłem nim o mokre wejście, wykazał się wyraźnym ożywieniem i stanął na wysokości zadania. Ku mojej satysfakcji, doszła jeszcze szybciej niż poprzednio. Dyszała jak parowóz.

– A pan?

– Ja już otrzymałem to, co lubię najbardziej.

– Chcę by pan wypełnił mnie powtórnie.

– Zrobię pani krzywdę. Poobcieram.

– Chcę tego – nalegała.

Uległem. Mocny ruch, na granicy brutalności, sprawił, że spełniłem jej prośbę. Dało mi to zresztą dziką przyjemność. Nie miałem sił. Obolały, opuściłem gościnne wnętrze i pomogłem jej usiąść. Spojrzała z wyrzutem.

– Kawa wystygła. Zrobię świeżą.

Chciała dziarsko zeskoczyć ze stołu, ale nogi zadrżały. Z trudem krzątała się po kuchni. A ja gapiłem się na jej jędrny tyłek, gdyby jeszcze na bose stopy założyła białe, sportowe skarpety … Musiałem odgonić te myśli, bo znów wizja kawy oddaliłaby się na bardzo długo.

Zapadał zmrok, ogień wesoło tańczył za szybą kominka. Zdążyłem pozbawić ją koszulki i stanika. Z braku futra niedźwiedzia, rozłożyłem koc. Refleksy ognia kreśliły fantastyczne wzory na gładkiej skórze. Nie potrafiłem się oprzeć, by jej nie dotknąć.

– Czyżby znowu miał pan ochotę, bo jak to jeszcze chwilę potrwa, to sama rzucę się na pana.

– Nie. Uwielbiam panią dotykać. Poznawać.

– Poproszę jeszcze tej domowej wiśniówki. Może to znieczuli mnie na pana działania?

– Wątpię, ale sam się jeszcze z przyjemnością napiję. Zapomniałem zapytać, jak maleństwo?

– Myślę, że powinien pan sprawdzić.

I jak tu odmówić?

Bałem się poniedziałku. Trzeba jednak działać, nawet w lęku i stresie. Po wejściu  do biura zawołałem chłopaków i rozpocząłem zwiad.

– Panowie, nie powiedzieliście mi, jak długo działa moc bożka. I jak długo u mnie zostanie?

– Szefie, zazwyczaj utrzymuje się miesiąc, czasem trochę dłużej.

– A gdy przestaje działać?

– Wtedy wszystko wraca do normy. Człowiek staje się taki, jak poprzednio.

– Mówiliście, że jest lista, że to puchar przechodni.

– Tak.

– A kto następny?

– No, kolej na szefa ulubienicę.

– Dziękuję. Możecie wracać do pracy.

Cieszyć się, czy smucić? Do końca kontraktu jeszcze trochę zostało. Roboty sporo. Trzeba chyba opracować jakiś plan. Ale drań w korytarzu musi mieć ubaw, bo w to, że o tym nie wiedział, nie uwierzę.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Z przyjemnością pochłonąłem kolejny odcinek, w czym wydatnie pomagał potoczysty styl i brak jakichkolwiek zbędnych elementów, czy to opisowych, czy też fabularnych.

Widzę, że główny bohater tej opowieści pozostaje upartym monogamistą. Tak blisko było do skoku w bok z ulubienicą z pracy… a jednak błękitnooka wiedziała kiedy wkroczyć i zrobić porządek z konkurencją 🙂 Może następnym razem się uda. Działanie bożka jest nieubłagane, nawet narrator musi w końcu mu ulec i zaszaleć!

Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy. Szariku drogi, zdradź nam, kiedy możemy go oczekiwać?

Pozdrawiam
M.A.

Cieszę się, że kolejny odcinek dał Ci trochę przyjemności z czytania. To największa satysfakcja dla autora. Nowy tekst wymaga jeszcze pracy, jednak mam skrytą nadzieję, że niedługo będzie gotowy. A w nim … Mam nadzieję, że też sprawi przyjemność. Praca trwa.
Pozdrawiam

Szarik

Seria trwa i trwa mać 🙂 i dobrze, bo kolejne rozdziały czyta się jednym tchem. Szkoda tylko, że te kawałki są tak krótkie. Chciałoby się nieco wiekszych porcji w tej knajpie!

Zobaczymy co się uda ugotować następnym razem, bo kucharz bywa szalony, a krytyk nieustępliwy 😉

Brawurowa kontynuacja bardzo udanego opowiadania (powieści?). Tajemniczy amulet zachowuje w swoich poczynaniach zgryźliwy humor, na co bohater odpowiada w równie bezpretensjonalny sposób, korzystając przy tym z podsuwanych mu okazji. Aż chciałoby się, by korzystał w większym stopniu i niekoniecznie w prezentowanym dotąd układzie monogamicznym. Wszak talenty Bożka jawią się jako nieograniczone, a nadto nie ustępuje w wysiłkach.
Pozdrawiam

Dziękuję za tak miłe słowa. Bożek jest nieobliczalny i ma moc, ale pozostaje jeszcze „czynnik ludzki”. Mam nadzieję, że wniesie jeszcze coś do tej historii 😉

Orgazmy dziewczyna też zawdzięcza bożkowi? 😉

Bożek działa jak afrodyzjak, bohater jednak kilka talentów ma 😉

Napisz komentarz