Po kolędzie 2 (Pan Hyde)  3.64/5 (15)

16 min. czytania

Cornelis van Haarlem, „Mnich i zakonnica”

Jest to druga część przygód księdza Józefa. Pierwsza część znajduje się tutaj.

Pieprzony kowid! Przepraszam, panie Jezu, ale inaczej nie mogę. Dopust Boży, ten cały wirus! Mówią, że to kara za grzechy. Że to ty go zesłałeś. I prawdę mówią. I dobrze żeś zrobił, panie Jezu, bo trzeba ludzkość karać za wszystkie grzechy. Bo to nie ma już bojaźni Boga w narodzie. A gdzie nie ma bojaźni, tam i wiary nie ma. A bez wiary to tylko szatan i zepsucie. A więc dobrze zrobiłeś z tym kowidem.

Ale, że posługę ten kowid pieprzony – wybacz mnie grzesznemu – mi całkiem rozkłada, to nie dobrze. Lekcje przez internet – na co to komu! Jeszcze jakiś polski czy matematyka, ale żeby religię prowadzić na odległość, kiedy to kontakt z katechetą jest najważniejszy, to sprawka szatana. Żeby jeszcze bardziej oddalić młodych od wiary Kościoła. Tak myślę, panie Jezu.

Jeszcze te liberały wołają, żeby kościoły zamknąć i po kolędzie nie chodzić! Że też ich żadna powódź nie zaleje! A jak my mielibyśmy żyć bez kolędy? No, powiedz sam, panie Jezu, że to niemożliwe. Wierni potrzebuję duszpasterzy, ale i nam księżom potrzebni są wierni. Pasterz musi doglądać swoich owieczek. Jak nie dojrzy, to się rozbiegną, zbłądzą, zapomną, do kogo należą. Nie prawdę mówię?

Już nie wspomnę, że grzech na sile przybiera bez parafianek. Bo jak tu bez nich uciszyć żądze? Też może przez internet? Tak się przecież nie da. Nie da się pisać, nie zamaczając pióra w kałamarzu. Nie da się. A jak się przestanie zamaczać, to pióro uschnie. I diabli wezmą księdza. Prawda, panie Jezu? No przecież że prawda.

Co my tu mamy na dzisiaj? Sprawdźmy w kajecie. Aha, już wiem, Kozły: Alina – 1983, Grzegorz – 1981, Lucyna – 2003. O, a tu mamy kolekcję literek: a – przekreślone, a z plusem – też skreślone, i b przekreślone, c. Hm. Ładnie nam dojrzewa Koźlaczka. Łania. Coś niecoś pamiętam. 2021 minus 2003, to do osiemnastych urodzin całkiem niedaleko. Ciekawe jak tam z kawalerem teraz w tym okropnym czasie. I na koniec Karol – 2007.

Rodzina Kozłów: 38, 40, 18 i 14. To chłopak w siódmej klasie teraz. Pewnie jest już z niego niezły kawał kozła.

Tak, tak. W ubiegłym roku pan domu, stary Kozioł, zaszczycił nas swą obecnością na kolędzie, po długiej przerwie. Dzieci nieobecne. Wyjazd na ferie. Podejrzana sprawa. Policzmy kropki: przy literze A jedenaście, przy literze L jedno kółko bez wypełnienia w 2018 i pełna kropa w 2019.

Sprawdźmy jeszcze w kartotece. Litery K-M, segregator na drugiej półce pierwszy od lewa… Tia, do sakramentu nie przystępuje. Może spowiada się u innego księdza? Ale nie. Ma kropkę. Na pewno kazałem przychodzić do mnie. Czyżby się zlękła? Ciężka sprawa. Jeszcze ze szkoły: religia z siostrą Ludwiką, opinia bardzo dobra.

A mogłem wziąć jej klasę dla siebie. Niedopatrzenie! Ale przecież się nie rozerwę. Proboszcz jest tylko jeden, a klas wiele. Prawda, panie Jezu? I w każdej klasie owieczki, czy też jak ta Lucynka, łanie, wymagające troski i opieki, i pracy formacyjnej. Niedopatrzenia są niestety nie do uniknięcia. Dlatego musimy się mieć na baczności. Podwójnie i potrójnie zabezpieczać, uczyć o tajemnicy spowiedzi świętej, o karach za grzech przeciw Kościołowi. Bo, panie Boże kochany, diabeł Sekielski nie śpi. Zawsze gotowy do ataku, Lewiatan pieprzony!

Przepraszam, że się uniosłem. W imię Ojca i Syna, i Ducha.

Co roku biorę sobie dwie, trzy, bywało że cztery klasy. W podstawówce i w szkole średniej. Wiadomo jak jest. Pańskie oko tuczy. Nie dopatrzysz, zaniedbasz i się trzoda rozbiegnie, nawet się nie spostrzegniesz. Trzeba doglądać. A i pensyjka MEN-owska, skromna bo skromna, ale ulicą nie chodzi. I na ZUS-ie można przyoszczędzić, co by kościelnemu skarbcu ulżyć.

I dla samej radości pracy z młodzieżą warto uczyć. Choćby dla tych chwil na początku roku, kiedy się przejmuje nową klasę – nigdy nie biorę dwa razy tej samej – i czyta listę po raz pierwszy:

– Pan Grzegorz?

– Obecny.

– Panna Olga? – Nazwiska zawsze pomijam. Po nawisku było za komuny.

– Obecna.

– Szczęść Boże, panno Olgo!

W technikum to już nie robi takiego wrażenia, ale w szóstej, siódmej klasie dzieciaki są zachłyśnięte takim dorosłym traktowaniem. Uwagi łakną jak powietrza. Czasu. Głosu natchnienia! A nie pośpiechu, żeby tylko odfajkować listę i robić zadania. Ale na uniwersytetach tego nie uczą. I w seminarium też niespecjalnie. Jak to, panie Jezu, do wszystkiego trzeba dojrzewać samemu. Tylko z Twoją pomocą.

– Bóg zapłać. – Miód dla ucha, usłyszeć taką odpowiedź. Usłyszysz i wiesz na dwieście procent, że Ola dobra katoliczka, nie zdradzi.

No a dla tych momentów, kiedy można przywitać dzierlatkę:

– A panna Katarzyna jest dzisiaj z nami?

– Obecna.

– A, z Kasią to my się już znamy. Jak Bóg da, w tym roku też się spotkamy na kolędzie. Mam taką nadzieję w każdym razie. – Wydeklamować tak, podniośle, natchnionym głosem i patrzeć, jak na rumianej buziaczce pojawia się uśmiech, albo jak ulatuje w bok skrome spojrzenie.

Dla takich momentów warto brać katechezę na własne barki.

No i dla testów psychologicznych. Wiesz jakich. Wszystko na Twoją chwałę i chwałę Twojego Kościoła! I wszystko tylko i wyłącznie dzięki Twojemu wsparciu. Bez ciebie, bez nawrócenia… Ty jeden tylko wiesz, czym bym był teraz.

***

Opowiem ci, panie Jezu, chociaż nie muszę, bo ty wszędzie jesteś i wszystko widzisz. Ale ci powiem. Powiem i poproszę o odpuszczenie grzechów. Wybacz, Panie, twemu pokornemu słudze!

Włączam dyktafon, dla księdza biskupa. Dostanie jak zawsze pełne nagranie z wizytacji, ale skoro prosił, żeby dodawać parę słów od siebie, to dodam. Bo pisać sprawozdań nie umiem. Ręcznie – stara ręka się trzęsie, a klawiatury siwa głowa już się nie nauczy. Więc tak:

Wchodzę jak zawsze w pełnym skupieniu. Natchnionym głosem witam i rozglądam, kto jest obecny, kto zlęknięty, a kto odważny, po minach poznaję stan duchowy:

– Szczęść Boże temu domowi.

– Szczęść Boże, księże proboszczu – odpowiada Alina. Truchliwym głosem, jak zahukana nastolatka.

Obok niej syn stoi. Metr siedemdziesiąt z hakiem. Wyrósł młodzieniec przez te dwa lata, kiedy go nie widziałem. Na oko nie powiesz, że trzynastolatek. Ręce złożone jak do pacierza. Zabawna scena.

Za matką córa. Zerka przez ramię. Struchlałe stworzenie. Blondynka. Włosy zaczesane na bok. Trzyma je czarna spinka. Wkoło nosa kilka piegów. Urocza! Na samą myśl o tym, co znajdę pod białą koszulą, pędzel staje dęba. Już wiem, że dostanę. Dziękuję ci, panie Jezu. Dziękuję, że jesteś ze mną.

– A, pana domu nie widzę? Gdzie jest pan Grzegorz?

– Proszę księdza, stała się taka bieda. My tu wszyscy na kwarantannie. Mąż leży w sypialni, ale, dla dobra księdza, lepiej go dzisiaj nie odwiedzać.

– Czyżby to ten wirus? – pytam ostrożnie.

– Niestety. Test wyszedł pozytywny.

– Ale poza tym dobrze się czuje? – Staram się okazać współczucie. – W którym pokoju leży?

Alina tłumaczy, ale ja chcę wiedzieć tylko, czy będzie słyszał przez ścianę, jak wezmę na spowiedź świętą jego córę. Nie można przecież dopuścić do złamania tajemnicy tego szczególnego sakramentu.

– Dobrze, dobrze. Nie będziemy budzić. Proszę mu tylko podać potem wodę święconą. Zostawię państwu po kolędzie specjalny flakonik. I pobłogosławię oczywiście też tę wodę, którą państwo przygotowali na dzisiejsze spotkanie. Zapytam tylko, gdzie są pokoje dzieci? Czy w tej samej części domu?

Śpi w lewym skrzydle za sienią. Nic nie usłyszy.

W pokoju gościnnym urządzonym schludnie, lecz skromnie – widać, że rodzina nie z najbiedniejszych, ale w dolarach nie pływa – odmawiam modlitwę, kropię, pytam, co się zmieniło od ostatniej wizyty.

– Telewizora chyba nie było. – Udaję, że nie pamiętam.

– Był, proszę księdza. Trzy lata temu zmieniliśmy na nowy – odpowiada Alina.

Kątem oka zerka na córkę. Nerwowo. Kontroluje, czy koszula uprasowana wystarczająco dokładnie? Czy nie ma śladów lenistwa mągących obrazić księdza? Ukradkiem naciąga też swoją koszulę. Poprawia apaszkę.

– Ach, tak. – Rozglądam się dalej. Koperta leży na stole, jak Bóg przykazał. W tę stronę staram się nie patrzeć. – Piękne obrazy.

– A, tak. W tym roku powiesiliśmy Franciszka. Prawda, Lucynko, w tym roku? To znaczy w ubiegłym. Niedługo po wizycie księdza. Czy jednak przed kolędą?

– Nie wiem, mamo. Nie pamiętam. Byliśmy z Karolem u cioci Grażyny, na feriach. – Nareszcie słyszę dziewczęcy głosik. Zlęknięty. Uległy. Pędzel znów reaguje. O, Boże! Do kałamarza jeszcze co najmniej piętnaście minut.

– A, tak, prawda. Wróciliście w następnym tygodniu.

– No, wujek Marek nas przywiózł, fiestą. – W kącikach ust łani przez ułamek sekundy widzę uśmiech. Dziewoja zerka na brata. Brat się czerwieni. Dobrze to, czy niedobrze?

– Trochę mieliście ciasno w pięć osób – mówi Alina.

Lubię, kiedy wizytowana rodzina zaczyna się dzielić jakimiś szczegółami z życia. W ten sposób włącza duszpasterza w swoje sprawy. Pojawia się nić zrozumenia, więź taka zwykła ludzka. To bardzo ważny dodatek do więzi duchowej. Zaraz im tę myśl przekażę, tylko jeszcze chwilę posłucham, co to za wujek Marek z małym samochodem.

– Najbardziej Karol.

– Oj, bez przesady. To tylko sto kilometrów. – Słyszę teraz, że młodzian już przeszedł mutację.

– Ja też jeździłem fordem – nadmieniam. – Jeszcze kilka lat temu. Aż rdza go zjadła i musiałem wymienić na nowszy egzemplarz.

– A teraz czym ksiądz jeździ? – pyta chłopak, właściwie młody mężczyzna.

– Golfem przyjechałem. Możesz potem zobaczyć, jak skończymy. Zaparkowałem przed furtką.

Przyglądam mu się uważnie. Czy to możliwe, że nawet się nie domyśla? Za kwadrans zamoczę w jego siostrze, na pewno zamoczę pióro, a w młodej głowie nie błyśnie nawet iskierka podejrzenia?

Nie uciekaj przede mną, dziewko urodziwa,

Z twoją rumianą twarzą moja broda siwa

Zgodzi się znamienicie

wszak wiesz: im kot starszy,

Tym, pospolicie mówią, ogon jego twardszy

Karolu, co ty robisz na polskim? Zaraz go odpytam: kocha się, czy nie kocha w dziewczętach. Może też o siostrze coś powie.

Nie wierzę, że nie dostrzega atutów tej młódki. Niemożliwe, żeby nie słyszał zachwytów zazdrosnych kolegów. Tylko mnie, łysego klechy nie docenia. Lekceważy. A pozory mylą, koźli gołowąsie! Zresztą nie żebym robił coś niepoprawnego, robiąc czasem użytek z cnoty niewieściej. To naturalny przywilej kapłana. Skromny wobec ogromu wyrzeczeń i zasług. Ale laicy zazdroszczą. Myślą, że powinno być po równo, jak w komuniźmie. Że skoro ksiądz ciupcia, to się każdemu należy. Niczego nie rozumieją. Głupcy.

Pozwalam, żeby na chwilę zapanowała cisza. Napięcie rośnie. Lucynka drapie się po nadgarstku. Oczekiwanie. Tajemnica. W modlitewnym skupieniu patrzę na mały krucyfiks nad drzwiami.

– Za chwilę wspólnie odmówimy litanię do Serca Jezusowego – mówię powoli, głos dobywam z głębi. – Ale najpierw jeszcze zapytam, z ciekawości: jechaliście w pięć osób?

– Siostra ma dwie dziewczynki – odpowiada Lucynka z ochotą taką, jak by od dawna czekała tylko na to, żeby móc się pochwalić rodziną. – Drugi tydzień ferii spędziły u nas. Tak się czasami dzielimy opieką nad dziećmi. Raz my wysyłamy Lucynkę i Karolka do siostry, potem ona do nas przywozi dziewczynki. Miejsca na szczęście mamy w domu dosyć.

– Rozumiem. – Kiwam głową. – To bardzo dobra tradycja. I całkowicie w duchu Ewangelii. Bo rzekł Pan w Kaanie galilejskiej: musimy sobie pomagać!

Odmawiam litanię. Tak, jak pamiętam. W połowie po łacinie, w połowie po polsku. Kropię. Przechodzę do kazania:

– Przechodzimy teraz tę tragedię związaną z wirusem. Media nas mamią coraz to nową informacją. Mówią, że musimy przyjąć preparat. Że jak nie damy sobie wstrzyknąć, to umrzemy. To zabijemy bliskich. Zakazimy. Mamy się wyrzec tych, którzy myślą odmiennie. Kiedyś mówili: zabierz babci dowód! Dzisiaj: nie podawaj ręki, nie całuj… – Zawieszam głos, żeby każdy w spokoju mógł przemyśleć moje mądre słowa.

– Amen – szepcze Alina.

– Amen – nabożnie potwierdzają dzieci.

Mówię dalej:

– Ślepi! Ślepi są i głusi na Ewangelię. Te media. Nie mają bojaźni Bożej. I chcą, żebyśmy nie bali się i my. Żebyśmy nie bali się grzechu. Tylko wirusa. Ufać mamy nie Słowu, nie księdzu, nie mądrym osobom, które znamy, rodzicom. Tylko jakiemuś naukowcu z Masaczjusec, co dostał grant od Billa Gatesa i dlatego jest mądry, jakiemuś członkowi rady medycznej przy prezydencie, podobno bardzo znanemu lekarzowi, ale czy ten lekarz wyleczy katar? Nie, bo się nie zna, bo ma inną specjalizację, immunologię. Im- – biorę oddech – munologię. Brzmi jak: im mamona! Dla nich pieniądze. Nieprzypadkowo… Nie chcą, żebyśmy się bali Boga. Myślą, że od plagi zbawią się jakąś szczepionką. Że człowiek może się zbawić samemu, bez Boga… Błądzą. Ślepcy! – Alina i Lucynka stoją nieruchomo, ze splecionymi dłońmi na łonie, obie patrzą przez otwarte buzie. Karolek przestępuje z nogi na nogę. Do niego boska prawda dociera w mniejszym stopniu. Sceptyk. Więc mówię dalej, by wszystkich przekonać: – Bo czyż nie powiedział Pan na Górze Oliwnej: kto się nie lęka Boga, pierwszy poszuka ratunku w ucieczce i wróg go dopadnie od tyłu i zniszczy, a kto się lęka Boga, ten nie straci wiary i choćby miał zginąć śmiercią męczeńską, żyć będzie. Oto Słowo Pańskie.

– Amen – szepczą po kolei pobożna mama i oboje dzieci.

Przyglądam im się uważnie. Ogarnia mnie uczucie dumy, satysfakcji z dobrze wykonanego zadania. Tych troje nie zboczy z właściwej ścieżki. Zdołałem natchnąć ich wiarą.

– Amen, moi kochani. – Zwilżam językiem usta spierzchnięte od natchnionego mówienia. Pora na zasłużone ciupcianie. – Chciałbym teraz zamienić słowo z każdym z was na osobności. Od kogo zaczniemy? Może od mężczyzny?

Zeszyt ma, na mszę świętą chodzi, do komunii przystępuje. Nie będziemy tracić czasu na rzeczy drugorzędne. Szybko przechodzę do sedna:

– Karolu, pogadajmy jak mężczyzna z mężczyzną: Co słychać z płcią przeciwną?

Młodzik pąsowieje.

– No, nie wiem.

– Wolisz chłopców, mężczyzn, dojrzałe kobiety? Nie bój się mówić. Jesteśmy na spowiedzi.

– No nie.

– Mów pełnymi zdaniami, proszę. Pan Jezus tego wymaga. Pamiętasz, co przed chwilą mówił na Górze Oliwnej: że wystarczy bać się Boga. Kto ma bojaźń przed Panem, i księdzem, ten się nie będzie lękał. Ani ludzi ani swoich słabości… No, Karol, nie pękaj! Ruchanie było?

– Nie. – Kręci głową jak buddysta kołowrotkiem.

– Podglądasz siostrę? – Nie ma czasu, żeby owijać w bawełnę.

– Nie! To znaczy… – A jednak. W grę w statki byłem kiedyś dobry. Trafiony! – Ale skąd ksiądz wiedział?

– Ja też byłem kiedyś młody. Co widziałeś? Piersi, cipkę?

– Wszystko, ale tylko na telefonie.

– Karolku, nie pytam o grzechy przez internet. Z nich się na pewno spowiadasz w konfesjonale. Dzisiaj jest spowiedź szczególna. Musisz wyznać te grzechy, które dotąd zatajasz. Podglądaleś, jak uprawia seks z narzeczonym?

– Nie!

Okazuje się, że młody zostawia włączony telefon w łazience. Z włączonym nagrywaniem. Potem wycina na komputerze udane fragmenty i zapisuje. Ogląda potem na tablecie.

– Siostra wie o tym?

– Nie! Czasami przynosi mi telefon do pokoju. Myśli, że zostawiłem przez przypadek. Ale wtedy wiadomo, że nic się nie nagrało.

– Sprytny jesteś. Gdzie trzymasz te filmiki?

– Na tablecie i w chmurze.

– Musisz mi je przynieść.

– Aa, ale proszę księdza… – Zapomina języka. Jest autentycznie przerażony.

– Muszę obejrzeć przynajmniej zgrubsza, żeby ocenić sromotę grzechu. Przyniesiesz mi na plebanię. Tylko zadzwoń wcześniej, żebyśmy się nie minęli. Podniecają cię te nagrania?

– Yy, tak, proszę księdza. Ale tam jest nie tylko Lucyna.

– Kto jeszcze? Mama?

– Kuzynki. – O, to trafiony i zatopiony!

– Te od wujka Marka? – Coś czuję, że ksiądz biskup będzie zadowolony. Sponsor-minister, z tego co mówią, lubi sobie popatrzeć. Posłuchać też lubi.

– Tak.

– No, dobrze. Zostań na zachrystii po mszy w niedzielę. Porozmawiamy sobie.

Błogosławię, kropię, wręczam obrazek ze świętym Pawłem i świętą Teklą. Mówię, że to patroni dobrej miłości. W zeszycie do religii zostawiam wpis: „Za wizytę duszpasterską ocena celująca. Ksiądz proboszcz”. Czas na Lucynkę.

– Laptop włączony? Widać, że pilna uczennica. – Na wstępie chwalę, tembrem wzniosłym.

– Dziękuję, księże proboszczu.

Podchodzę bliżej. Odkładam teczkę i kajet. Patrzę dziewoi głęboko w oczy. Czekam. Łania nic nie mówi. Przymruża powieki i głośno przełyka ślinę.

– Nie lękaj się – mówię półszeptem i przenoszę spojrzenie na dekolt. Pióro twardnieje jeszcze bardziej. Teraz to już solidne kropidło. – Od naszego ostatniego spotkania, dwa lata temu, seks był?

Buzia dziewczyny w mgnieniu oka przemienia się w semafor kolejowy. Poliki świecą na czerwono. Wie doskonale, że zaraz wyświadczy przysługę staremu proboszczowi. Czeka.

I ja czekam na odpowiedź. W końcu dziewoja kiwa głową.

– Ile razy?

– Dwa. Nie licząc tego, co wtedy z księdzem… – dodaje. Nie ma pojęcia, jak nazwać nasze ówczesne zbliżenie. – Ale to nie był tak całkiem seks, to znaczy nie do końca, – mówi chaotycznie. Nie jest przygotowana do spowiedzi. Na razie jednak nie będę ciągnąć za język, prostować zawiłości. Czasu jest niewiele.

– Mama wie?

– Nie.

– Jak się nazywa narzeczony?

– Nie mam narzeczonego.

– Przygodny seks? Za pieniądze? – Gładzę ją po policzku.

– Nie! – Dziewoja dygoce.

– Zrobimy jak poprzednio. Zdejmij – wskazuję na koszulę – powieś na krześle, żeby się nie pomięła.

– Ale?

– Lucynko! – Robię groźną minę.

– Tak, proszę księdza? – Głos łani się łamie. Zaraz dostanę piersi.

– Powieś na krześle! A w międzyczasie, kiedy się będziesz rozbierać, powiedz, co to za wujek Marek.

Guziki rozpina, ociągając się niemiłosiernie. Mówi o wujku trzy po trzy. Mataczy. Biustonosz za to zdejmuje już siłą rozpędu.

– Nie chciał mnie rozdziewiczyć. – Składa wreszcze sensowne zeznanie. – Bo to by było nieetyczne.

– Teraz majtki.

– Nie powiedziałam mu o…

– Masz rację. Zdrada jest grzechem. Tak samo jak pozbawienie wianka.

– Ale ja przecież nie jestem dziewicą.

– Jesteś. Dopóki nie włoży ci ktoś z rówieśników, w wieku… – Zamyślam się, mierząc wzrokiem biust panny Kozłówny. – powiedzmy, dwa razy mniej lat niż ja, dopóty nie skazisz cnoty. Osoba duchowna, Lucynko, nie rozdziwicza. Nie ma takiej mocy.

Niezłe z niej ziółko! Dwa lata temu jakiś nauczyciel, teraz wujek. Widać lubi dziewucha dojrzałych mężczyzn. Och, panie Jezu, przepiękne ciało! Dziękuję!

Podwijam sutannę. Kropidło jak buława hetmańska mierzy do celu.

– Księże proboszczu… – szepcze dziewoja. Zerka na drzwi. Są zatrząśnięte. Przed wtargnięciem mamy lub taty chroni nas tajemnica spowiedzi.

Obejmuję ją w pół. Przyciskam. Chwilę się droczę z młodocianą cipką. Pocieram kropidłem.

– Powinnaś częściej dawać popatrzeć bratu.

– Słucham?!

Obracam ją plecami do łóżka. Kładę na wznak.

– Daj szerzej nogi. – Wchodzę. Jest cudownie ciepła. Naoliwiona smarem miłości. Ciasna. Gościnna. – Nie zakrywaj piersi ręcznikiem, jak wychodzisz z łazienki po kąpieli. Niech chłopak patrzy. Na żywo, zamiast ślęczeć w internetach. – Zaczynam ciupcianie. – Powiedz to samo kuzynkom. Trzynaście lat ma chłopak. Potrzebuje wzorców. Musi się uczyć kobiet. – Posuwam miarowo. Głęboko. Sprężyny skrzypią stanowczo za głośno.

– Ale one są z rodziny – oponuje koźlaczka. I skacze pode mną. Jej piersi tańczą kankana.

Przyspieszam.

Wyje:

– A! A!

– No własnie dlatego. Rodzinie nie zrobi krzywdy.

– I tak je podgląda. A!

– Niech tak robią, żeby nie musiał się starać. – Kropidło pulsuje w nader gościnnym wnętrzu. O, Jezu nazarejski! Zaraz trafię do nieba. W podwiniętej sutannie, z kropiącym kropidłem… Do nieba wstępować w takim stanie nie wypada.

Lucynka chichocze, nie wiedzieć czemu.

Spocony, zdyszany kładę się na boku. Ciągnę ją za kolano na siebie i znowu wkładam. Zanurzam pióro w młodym kałamarzu.

Kałamarnica znowu jęczy.

– Jezu!

Jak mogę, opóźniam finał.

– Jezuniu! Proszę księdza!

– Karol męski chłopak. Źle im z nim nie będzie. – Chyba już plotę głupoty. Jak stary klecha. Ale czy nie mam trochę racji? Zdrowy ma korzeń, choć młody, wiotki. Kuzynkom dogodzi. A dla nich to będzie dyskretna lekcja, jak z księdzem.

– A!

Wciągam Lucynkę na siebie. Obracam. Turlam. Z powrotem na plecy.

– Czy coś się stało? – Słyszymy ode drzwi. – O, Boże! – Alina chyba zatyka sobie buzię. Słyszymy trzaśnięcie.

– Co się stało? – pyta Lucynka. Cała jest mokra.

– Nic.

– Ale mama! Musimy przerwać! Proszę księdza! – Wpada w panikę, a ja z niej nie wychodzę. Wije się pode mną jak piskorz.

– Rucham cię teraz, mała! – syczę jak nie ksiądz. Po chłopsku.

W końcu tryskam.

– Proszę księdza, a co jeśli zajdę? Nie jestem na tabletkach.

– Zaufaj Bogu.

Tylę sie człowiek nagada o antykoncepcji. Że to narzędzie szatana, żeby odciągnąć ludzi od wiary. Żeby pozbawić bojaźni. I wszystko jak grochem o ścianę. Takie to owoce szkolnej katechezy.

– Ufam – zapewnia Lucynka.

Nie brzmi to szczerze.

Dokańczam ciupcianie. Liczyłem na program k+K, taki jak poprzednim razem, ale na Alinę nie starczy mi już siły. Chyba się starzeję. Stary kot ogon ma twardy, ale co z sercem? Trzeba uważać, żeby nie skończyć na zawał.

Alina nie krzyczy, nie płacze. Wiedziała, że kiedy córka dorośnie, zajmie jej miejsce. Sztafeta pokoleń. Tak sobie pan Bóg ten świat wymyślił, tak go urządził po tym, jak poprzedni świat unicestwił potopem. Tak jest więc dobrze, nawet jak żaden śmiertelnik tego rozumie.

– Alino – powiadam – wspaniałą masz córę! I z syna będziesz miała pociechę. Jak Bóg  da, to i kilka pociech.

– Wiem, proszę księdza. Ale i tak mi smutno. W 1998, pamiętam jak dzisiaj, wziął mnie ksiądz na kolana. Boziu, jak ja się trzęsłam!

– To zrozumiałe. Człowiek nieufny, bojący się ludzi bardziej niż Boga, z trwogą podchodzi do wszystkiego nowego. Ale zdałaś tamten egzamin.

– Tak ksiądz myśli?

– Tak. W przeciwnym wypadku nie byłoby mnie dziś tutaj.

Panie Jezu, pozwól, że wezmę tę starą kobietę na kolana. Niech też ma coś z tej wizyty.

– Ksiądz nie wie, jak ja to potem przeżywałam. Czekałam na kolejną wizytę. A jak się bałam!

– Oddawałaś się masturbacji?

– Tak. Miałam piętnaście lat i byłam zakochana w trzydziestoletnim księdzu. I nie miałam komu się zwierzyć. Bałam się, że ktoś się dowie.

– Prawie czterdzieści. – Poprawiam odnośnie wieku.

– Dobrze, że się myliłam.

– Wiek nie zmienia postaci rzeczy. Twoja mama i babcia wiedziały. Każdy, kto miał oczy, wiedział. Nie znali tylko szczegółów. Ale co to za różnica, czy popieściłem ci cipkę od razu, czy dopiero w następnym roku? Zdaje się, że za pierwszym razem doszedłem tylko do piersi.

– Tak. To wszystko prawda. Tylko wtedy byłam młoda i głupia.

Sprawiedliwym byłoby dodać, że z wiekiem mało komu przybywa mądrości. Ile kto dostał talentów, tyle i ma do starości. Jeśli nie zgubił po drodze. Dziś jednak zamilczę. Tak jak ty często milczysz, panie Jezu. Albowiem, jak jest napisane, sprawiedliwym jest nie dręczyć bliźniego nadmiarem informacji.

– Dwadzieścia lat minęło… Boziu kochana, dwadzieścia trzy! Jak ten czas leci.

– Spychają nas spychacze do grobu. – Głaszczę tę niegdyś piękną, silną i zdrową, teraz zmęczoną życiem kobietę po głowie. – Mnie ksiądz Sebastian depcze po piętach. Czeka na schedę po mnie. Ciebie popycha Lucynka. Każdy ma swojego następcę. Sztafeta pokoleń, Alino!

– Czy to ma sens, księże proboszczu?

– Co?

– Życie.

– Nie wiem. Niech Jezus powie. – Uśmiecham się do niej. Myśli zapewne, żem zdurniał. Ale czy mam powiedzieć prawdę o nas? I tak nie uwierzy w nasze poranne rozmowy przy goleniu.

– A powie?

– Cały czas mówi.

Milczymy.

Po jakimś czasie ktoś puka do drzwi. Siadamy normalnie.

– Proszę!

Wchodzi Lucynka.

– Mamo, nie będziesz się gniewać? – Patrzy na mnie spode łba. Rozchmurz że się, dziewczyno, córeczko!

– Nie, skarbie.

– Przysiądź się do nas. – Pieniądze z koperty wsunąłem jej pod biustonosz. Zasłużyła. Teraz powiem im jeszcze jedno: – Jak Grzegorz odejdzie… Spójrzmy prawdzie w oczy. Jest poważnie chory, sakramentów nie przyjmuje, brzemienia grzechów pozbyć się nie chce. Więc jak by odszedł, pochowam go bez cołaska. Grabarza, organistę, kwiaty, wszystko to parafia weźmie na siebie. Niech choć mogę wam być pomocny, w tym wymiarze praktycznym, niedotyczącym posługi duchowej.

– Bóg zapłać – mówi Alina.

– Bóg zapłać, księże proboszczu.

Pora już kończyć wizytę. I tak za długo tu zabawiłem. A ludzie na wsi zawistni! Nigdy nie wiadomo kiedy i kogo wezmą na języki. I z jakiego powodu.

– Chodźmy, córki. Pobłogosławię waszemu domowi. A ty, Lucynko, nie zapomnij! Widzimy się na plebanii w przyszłym tygodniu. Tylko zadzwoń dzień wcześniej, żebyśmy się nie minęli.

Błogosławieństwo najbardziej przeżywa Karol, blady jak ściana. Stoi z dłońmi złożonymi do modlitwy. Patrzy na krucyfiks. Co w nim widzi? Powtarza za mną „Ojcze nasz”, każde słowo oddzielnie, wyraźnie, głosem z głębi, do złudzenia podobnym do głosu natchnionego. Będę musiał poruszyć ten temat, gdy się spotkamy w zakrystii.

– A to mój samochód, jak by cię to jeszcze interesowało. – Klepię go po ojcowsku w plecy. – Ofiara spełniona. Koniec oficjalnej wizyty. Mogę przez chwilę pobyć zwykłym człowiekiem.

Przejdź do kolejnej części: Po kolędzie 2 i pół

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Zabawne, krótkie opowiadanie, podobnie jak poprzednie w tej serii (?) poruszające w humorystyczny sposób znaczący problem naszej rzeczywistości. Pojawił się też nowy wątek, covidowo-szczepionkowy, równie smacznie podany. Czytało się lekko, pomimo poważnej tematyki. Gdybym miał wyrazić jakąś uwagę, dotyczyłaby braku kilku dużych liter w miejscach, gdzie zalecają to reguły ortografii.

Neferze, w którym miejscu zgrzeszyłem za małą literą? Chętnie poprawię.

Odpiszę na priv.
Pozdrawiam

Przyznaję rację. Częściowo. 😉

Rozkosznie zepsuty ten nasz ksiądz, hipokryzją nadęty, niczym balon helem. Ciekawe, czy któraś z owieczek w końcu się na nim pozna i obnaży jego hmmm… duszpasterskie praktyki!

Czy obnaży? Tak nie bywa. A jeśli już, to infinityzemalnie rzadko i nieprawda. 😉

Mój ulubiony ksiądz powraca!

Bardzo się cieszę, że „Po kolędzie” nie okazało się jednostrzałowcem, lecz kilkuczęściowym cyklem (bo wiem też o kolejnych, które niebawem się na naszych łamach pojawią). Dodatkowe punkty należą się za aktualność treści – ulokowanie nowej przygody w czasie niedawnej (a może wręcz: aktualnej?) epidemii to ruch odważny, ale w moim przekonaniu bezbłędny. Tym bardziej, że dane jest nam poznać refleksje bohatera, które – jak się wydaje – podzielała spora część naszego kleru.

Przyznam szczerze, że uwielbiam kreację Twojego narratora. Hipokryzja tego prowincjonalnego księżula jest tak głęboka, że praktycznie wpisała się w jego DNA. Usprawiedliwienia, które tworzył dla swych niestandardowych praktyk są czarująco wręcz niegodziwe, a jednocześnie mają jakąś wewnętrzną logikę. To jak czytanie współczesnego de Sade’a! Smakowita lektura.

Po ocenach widzę jednak, że nie wszystkim przypasowało takie właśnie podejście. Mam nadzieję, że nie weźmiesz sobie not kilku malkontentów do serca, Panie Hyde! Droga, którą podążasz słuszną jest i nie powinieneś z niej zbaczać. Z radością przeczytam o kolejnych przygodach Twojego księdza.

Pozdrawiam
M.A.

Megasie, dziękuję za zachętę. Wiesz, z covidem trzeba się spieszyć – zanim minie, zniknie i wszyscy o nim zapomną.

lubię tego gościa. Autora, nie bohatera. 🙂

Gość się cieszy. 😉

Lubię ten cykl o zboczonym sprośnym księdzu. Lubię to wisielcze poczucie humoru, dbałość o szczegóły, ciekawe pomysły, profesjonalne podejście i świetny warsztat. Niewiele by trzeba zmienić aby stworzyć z tego arcydzieło – oczywiście trzymając się pewnych, z góry narzuconych ograniczeń.

Piszesz bardzo dobrze, ale to żadne odkrycie. Nie będę się czepiał drobiazgów, ale popełniłeś jeden „brzydki” błąd i tego czepiał się będę, bowiem autorowi tej klasy po prostu nie przystoi.

„Oj, bez przesady. To tylko sto kilometrów. – Słyszę teraz, że młodzian już przeszedł mutację głosu.”

A jaką mutację miał przejść – koronowirusa? Z kontekstu rozmowy jasno wynika, że chodzi o mutację głosu. Oczywiście słowo mutacja ma więcej znaczeń (zwłaszcza w czasie pandemii), ale używa się go głównie w kontekście zmian głosu wieku młodzieńczego więc nie trzeba dodawać, że o taką mutacje chodzi. Słowo mutacja” użyte samodzielnie prawie zawsze odnosi się do głosu i w takim kontekście jest postrzegane.

Scena erotyczna znowu ograniczona do niezbędnego (ale czy naprawdę koniecznego?) minimum. Właściwie nie liczyłem, że będzie szałamiająco-porywająca, chociaż mogłaby taką być. Potencjał masz, pomysły masz, warsztat masz – to co stoi na przeszkodzie?

Czekam na dalsze przygody księdza, i więcej tego cholernego seksu, do cholery!

Lubię ten cykl z jeszcze jednego, ważnego powodu. Mój najlepszy przyjaciel nazywa się Kozioł:)

Tak, oczywiście „mutacja głosu” to moje niedopatrzenie. Trudno mi się zgodzić, że „gołe” słowo mutacja asocjuje się głównie ze zmianą głosu i w tym kontekście jest używane najczęściej – osobiście nie przypominam sobie, żebym go kiedykolwiek użył lub usłyszał w tym kontekście poza jakąś lekcją biologii w podstawówce – ale ksiądz Józef najprawdopodobniej nie zna żadnych innych kontekstów i znaczeń. Ma przecież wykształcenie bardzo seminaryjne, czyli przyrodniczo/naukowo podstawowe plus. Usunę tę wpadkę.
A przyjaciela Kozła pozdrawiam… z zazdrością, bo niedługo wystąpi.
Dziękuję za złoty komentarz!

Napisz komentarz