Kolęda (Pan Hyde)  3.98/5 (20)

20 min. czytania

Jean Alphonse Roehn, “Interior Scene”

Parkuję przy drewnianym płocie. Dom numer cztery. Jeszcze tylko sprawdzić ostatni raz w kajecie, na wszelki wypadek, żeby się nie pomylić. Kontroli nigdy za dużo.

Osoby:

  1. Alina 1983;
  2. Grzegorz 1981;
  3. Lucyna 2003, obok roku urodzenia mamy parę dopisków ołówkiem: imię po babci i litera a skreślona na krzyż, litera a z plusem — też skreślona, oraz litera b — nieskreślona;
  4. Karol 2008.

Mamy rok 2019. Wychodzi więc 36, 38, 16 i 11.

Praca:

  1. Szkoła gastronomiczna łamane przez pracownica hotelu;
  2. Kierowca łamane przez zagranica;
  3. „Sz. Pod. 1” przekreślone linią i zamienione na „tech. gast.”, oraz wreszcie
  4. „Sz. Pod. 1”.

Rocznik chłopaka 2008, chodzi więc do piątej klasy. Trzeba będzie zapytać na rozgrzewkę. A panienka? Wychodzi druga technikum. Też się będzie dziewczę mogło wypowiedzieć.

Nie ma to jak sumiennie prowadzona kartoteka! Tysiąc dusz w parafii, trzysta adresów, nie licząc antychrystów, co się z miast przeprowadzają, na szczęście jeszcze niewielu. A każda dusza inna, wyjątkowa, wymaga indywidualnej opieki. Weź bądź mądry i ustrzeż pomyłek. Nie da się bez dobrej kartoteki.

Grzegorz ostatni raz obecny w 2013. Dalekie trasy, rzadko bywa w domu, ciężko pracuje. To dobrze. Na marginesie dopisek czerwonym ołówkiem: nie układa się.

Takie czasy złe nastały. Wiele rodzin przeżywa kryzys. Ale trzeba się modlić i prosił Pana o łaskę uzdrowienia. Żeby zapobiec rozpadowi rodziny. I nie ulec szatańskiemu złudzeniu, że rozwód pomoże. Bo rodzina jest święta. Co Bóg złączył i tak dalej. Będziemy się więc modlić o rodzinę. Standard. W połowie domów ta sama homilia. Ewentualnie z modlitwą o trzeźwość. W drugiej połowie domów o lekką śmierć. Takie czasy i taka okolica.

Więc Grzegorza raczej się nie należy spodziewać. Zostaje K 36, k 16 i b 11 — wizyta wg schematu k+K. Awaryjnie wg schematu k albo — nie daj Boże! — schemat zero, gdyby się jednak Grzegorz miał pokazać. Zaraz się okaże.

Spójrzmy jeszcze na kody na dolnym marginesie. Kody! To już mój autorski dodatek do obowiązkowej kartoteki. I moja pasterska tajemnica.

Słabość do niewiast? O tym wiedzą wszyscy. Baby we wsi, wikary, biskup. Ale nikt słowa nie piśnie. Nie podnosi ręki na kościół. Ksiądz to ksiądz, zastępca Jezusa a nie byle kto. Księdza można nie lubić, nie rozumieć, ale szanować i słuchać trzeba! I wierzyć posłusznie, bo posłuszeństwo, jak uczy święty apostoł Paweł w liście do Koryfeuszan, to fundament wiary. A wiara to życie wieczne. Poza tym zawsze tak było że ksiądz świadczy niewiastom specjalne posługi. Tak było, jest i będzie. To nasza tradycja!

A więc kody:

Litera A. Policzmy! Jeden, dwa, trzy, cztery… Już dziesięć kropek się nazbierało. Ach, jak ten czas leci! Pierwsza pełna kropka w 2000 roku. Milenijna. Dziennikarze straszyli końcem świata, a ludzie wierzyli w te brednie. Głupi! Ostatnie pięć przybyły regularnie co roku: 2014, 2015, 2016, 2017 i 2018. Widać jak na dłoni, że sytuacja w małżeństwie wykazuje stabilność. Nie jest idealnie, ale też nie jest tragicznie. W 1998 i 1999 były jeszcze dwie kropki bez wypełnienia, czerwone kółka. Tak, tak, przypominam sobie. Nowe miejsce, nowi ludzie, nowe stanowisko. Byłem jeszcze młody, grubo przed czterdziestką. Byłem wtedy najmłodszym proboszczem w dekanacie. Pierwsze kropki po przeniesieniu z poprzedniej diecezji. Pierwsze zawsze lepiej zapadają w pamięć niż dziesiąte czy setne.

Litera L ma jak dotąd tylko jedno kółko. Dostała w zeszłym roku. Ciekawe, na co zasłuży dzisiaj.

— Szczęść Boże! — witam się pierwszy. Pani domu zaraz otworzy furtkę.

— Szczęść Boże, księże proboszczu!

— Czy to numer cztery? — Pytam pro forma. — Państwo Koziołowie?

— Kozioł. Proszę.

— Słucham?

— Nazywamy się Kozioł, nie Koziołow. Proszę dalej, księże proboszczu!

Ładna ta Koziołowa! Szczupła, nos zgrabny, figlarne dołeczki na policzkach, biodra jak u modelki. Udała się Panu Bogu. Zresztą przed wyjściem za mąż nazywała się Cudna. Poślubił Kozioł Grzegorz Cudną Alinę. Taki szczęściarz! A potem go nie ma w domu, kiedy najbardziej potrzeba. Kozioł! A ty, panie Boże wiedziałeś, że ten Kozioł to taki kozioł, i dałeś mu cudną żonę? Wiedziałeś, ty wiesz wszystko. Panie Boże, ty to lubisz sobie pożartować z nas maluczkich!

Koziołowa u furtki, a koźlęta przez drzwi wystawiają buźki. Ładne buzie, pulchniutkie, rumianiutkie.

Chłopczyk blondasek. Zaraz zapytam, czy już służy do mszy. Powinienem znać ministrantów przynajmniej z twarzy, ale tylu się już przewinęło przez zakrystię, że dawno już straciłem rozeznanie. Wikary by wiedział.

Dziewczynka też ma jasne włosy. No, nie taka już dziewczynka, tylko panna na wydaniu. Zaraz się dowiemy, który gajowy poluje na tę łanię. O ile już nie upolował.

Oby nie, ale kto ich tam wie, tych dzisiejszych młodych. Tacy się teraz rozwiąźli porobili! Mówią, że współżyją. Z kim chcą i kiedy chcą, i nikomu nic do tego. Rodzice, duszpasterz? A gdzie tam? Nikt nie ma nic do powiedzenia, prywatna sprawa. Całkiem się w głowach poprzewracało. Przez szkołę. Wszystkiemu winne gimnazja! Siedziałyby dzieci w domu, w rodzinnej wsi, jak dawniej, to by głupot nie słuchały. A tak: dojazdy, nowi znajomi, nowe środowisko, oderwanie od domu, od tradycji, od wartości, to i postępuje seksualizacja. Za wcześnie. Oni współżyją. Współ-żyją? Już się na to nie mówi poróbstwo, tylko współżycie. Czy oni wiedzą, co mówią, ci nauczyciele?! Współżycie, czyli życie wspólne, życie razem, a nie spółkowanie. Żyć razem to rodzina, małżeństwo, wychowanie dzieci. A oni to sprowadzają do zwykłego porubstwa? Zupełne pomieszanie pojęć! Ale tak właśnie działa szatan, tak zwodzi, że podmienia pojęcia. Był sodomizm, pedalstwo, wymyślił małżeństwa jednopłciowe, jakby małżeństwo nie było naturalnym związkiem kobiety i  mężczyzny. Było poróbstwo, dymanie, wymyślił współżycie, albo uprawianie seksu. Czyli jeszcze gorzej, uprawianie jakby seks był warzywem albo dziedziną sportu. Było puszczalstwo i kurwienie, jest wolność. Była cnota, wianek, jest — to już szczyt podłości szatańskiej — zdejmowanie simlocka. Żadnego tabu, żadnej świętości się teraz nie szanuje. Szatan wygrywa.

Ale jeszcze nie u nas. W mieście tak, ale nie w naszych wioskach. I nie zwycięży! Bo tu  żyją ludzie dobrzy, pobożni, mający bojaźń Boga.

O, proszę, mamy przykład. Rodzina wita księdza jak należy. Woda święcona jest, koperta przygotowana zawczasu na stole leży, Maryja i nasz papież na ścianie. Mama z córką ubrane odświętnie, a nie jakby z pola wróciły. Widać, że oczekiwały, przygotowały się na przybycie bożego namiestnika. Jak się wypełni czas i przyjdzie im stanąć przed obliczem Pana, też będą przygotowane. I wtedy dostąpią łaski.

A nie jak te bezbożne przybłędy. Oj, ci to nie znają miary bezeceństwa. Jeszcze pół biedy, jak nie przyjmą księdza. Nie przyjmą rok, dwa, aż dziecko zapragnie przystąpić do pierwszej komunii świętej, albo o jakieś zaświadczenie z parafii trzeba się będzie postarać, i wtedy przyjmą księdza. I ofiarę uiszczą. Najgorsi są tacy, co przyjmą księdza i myślą, że sobie pogadają jak z jakimś kolegą. Kawę na tacy podadzą, paluszki na stół postawią i już gotowi podyskutować o Ewangelii i polityce. A gdzie woda święcona, gdzie modlitwa! Że też, panie Boże, dopuszczasz, by tacy judasze po świecie bezkarnie chodzili! Że też na nich moru jakiego nie ześlesz! Nie utopisz, piorunem nie trafisz. Dlaczego?

— Szczęść Boże, dzieci! — witam się z aniołkami. Ach, zapomniałem. Te aniołki to koźlęta.

Łania przepięknie nam dojrzewa. Będę musiał poprawić w notatkach kod biustu z b na c. Cóż, rośnie jeszcze dziewczę. Zmienia. Kolanka też bardzo ładne widać pod spódnicą. Nie założyła dziewczynka rajstop, legginsów, ani dżinsów. To bardzo dobrze. Jezus nie goni za modą, Jezus lubi schludne ubrania i skromność. A ja lubię ładne naturalne ciało, a nie plastik. Uchowaj Boże, z recyklingu.

Pytam o wiek, szkołę, czy uczęszczają na katechezę.

— Za chwilę poproszę o zeszyty do religii, ale najsampierw pomódlmy się. — Sięgam po kropidło. Rodzina milczy. Zaraz się pobożnie przeżegna i nadstawi głowy do pokropienia. Atmosfera dojrzewa. Pokój dzienny z tanią wersalką, stołem i regałem przestaje być pomieszczeniem mieszkalnym, staje się nawą świątyni. Stół z miseczką wody święconej i kopertą, ofiarą na rzecz Pana, ołtarzem, świeczka kadzidłem, kropidło pastorałem Jana Chrzciciela. Jesteśmy w pokoju magicznym, sakralnym. — W imię Ojca, i Syna i Ducha Świętego.

— Amen.

— Błogosławię ten dom… — I tak dalej, aż do zdrowaś Mario i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy.

— Amen — odpowiada rodzina.

— Albowiem wszyscy jesteśmy grzeszni — uzupełniam modlitwę kilkoma własnymi frazami, spoza książki do nabożeństwa. Powinien to robić każdy kapłan, żeby wzmóc przekonanie pastwy o wielkiej duchowości pasterza. Niestety wielu z nas, zwłaszcza młodych, to lekceważy. — Przeto błagamy cię, panie Boże w Trójcy jedyny; podajmy sobie ręce — zwracam się do Koziołowej z domu Cudnej, Koziołkówny i najmłodszego z rodu — racz zstąpić, obarcz nas swoją dobrocią, przepełnij miłoscią, pokieruj myśli i powiedz, co mamy czynić. Uczyń z nas narzędzia twojej woli. Jesteśmy niewolnikami twymi. Amen.

— Amen — odpowiada cała rodzina uroczyście, z najgłębszej głębi płuc. Obydwu niewiastom drżą ręce.

— Odczuwam wielkie wzruszenie — mówię natchnionym głosem. — Duch Święty jest teraz z nami.

Czuję sakralne uniesienie. Ktoś bezbożny mógłby powiedzieć, że dostałem wzwodu. Ach, to szatańskie przekręcenie pojęć! Wzwieść, czyli podnieść, unieść, umieścić na wyżynie, wznieść ducha na piedestał nieba, a oni, liberaliści, ateiści, lewacy pod judzeniem szatana sprowadzają wzwiedzenie do stawania pały. To straszne. Ale nic to. Do naszej świątyni szatan nie ma wstępu. Nasze dłonie drżą za sprawą dobrego, a nie diablego, podniecenia.

— Poproszę teraz o zeszyty do katechezy.

Pani Kozłowa siada na krześle. W kontroli pilności uczestniczyć nie będzie. Posłucha tylko mojej rozmowy z dziećmi, pokornie milcząc i na odległość.

Już na pierwszy rzut oka widać, że zeszyty prowadzone sumiennie. Pismo czytelne. U piątoklasisty prace domowe poodrabiane, rysunki kolorowe. U dziewczynki, u tej pięknej łani, tematy lekcji podkreślone błyszczącym markerem, wnioski z katechez zanotowane bez błędów, i bez luk, dokładnie tak jak podyktowała siostra Marta. Przepięknie.

W uznaniu za pilność obojgu rodzeństwa kładę rękę na barku. Łania ma cudowną skórę. Czuję pod palcami. Mówię o potrzebie spowiedzi świętej, nawiązując do tematu, na którym akurat otworzył się zeszyt łani. Mówiąc, odchylam kołnierzyk białej koszuli. Patrzę w dół, z ciekawości. Half-cup z kokardką na mostku. Tyle mogę powiedzieć bez rozpinania guzików. Dziwisz się, że coś wiem o krojach biustonoszy? Mój drogi, duszpasterz musi się znać na wszystkim.

W obydwu zeszytach piszę informację o kolędzie. Z prośbą do katechety o wystawienie oceny celującej.

Niektórzy rodzice pytają, w jakiej rubryczce ma się pojawić ta ocena. Napływowi zadają takie pytania. Traktują katechezę jak zwykły przedmiot z programem i stopniami. Myślą, że katecheza jest jak matematyka: nauczysz się, że dwa plus dwa to cztery i dostaniesz piątkę. Dopisuje wtedy, że to ocena za zeszyt. Siostra Marta albo siostra Weronika wie wtedy, co to za delikwent, i że ta szóstka nic nie znaczy. A kto ma zaufanie i nie stawia głupich pytań dostaje szóstkę na koniec roku. Taka jest u nas katolicka sprawiedliwość.

Lucynce — przypominam sobie, że tak ma na imię łania — dałbym dwie szóstki, po jednej za pierś, ale tak się niestety nie da. Jakby chodziła do podstawówki mógłbym bez trudu dać jej dodatkową szóstkę z innego przedmiotu. Wystarczy szepnąć jednej z sióstr zakonnych i załatwi sprawę u dyrektora. W technikum nie mam niestety takich możliwości. Da się co najwyżej podciągnąć stopień o jeden wyżej, ale to wymaga mojej osobistej interwencji u nauczyciela. I nie zawsze się udaje.

Na samą myśl o piersiach Lucynki oblizuję usta. Robię mlaśnięcie tuż przy jej uchu. I czas przystąpić do następnego punktu wizyty duszpasterskiej.

— Pora poświęcić miejsca, gdzie się uczycie i odbywacie spoczynek — mówię. — Czy każde z was ma własny pokój?

— Tak.

— Pójdziemy po pokojach według wieku. Zaczniemy od twojego pokoju — zwracam się do chłopca — porozmawiamy o sprawach duchowych, o czym trzeba rozmawiać tylko w cztery oczy, następnie porozmawiam z twoją siostrą w jej pokoju, a na końcu mama pokaże mi sypialnię rodziców. Potem jeszcze raz zbierzemy się całą rodziną tutaj przy stole i udzielę wam wszystkim błogosławieństwa.

Z chłopcem, jak to z chłopcem. Pytam czy się modli i jak często, czy przeżywa jakieś problemy, czy jest czegoś niepewny w związku z modlitwą. I przechodzimy do grzechów. Czy pożąda i czy się masturbuje. Dwa razy tak. Więc kogo pożąda i jakie miewa nieczyste myśli. Gapi się na koleżanki na wuefie. Szukał w internecie wiedzy o prezerwatywie. Wyobraża sobie całowanie i pod kołdrą masuje. Jakież jeszcze grzechy może mieć jedenastolatek? Przepytuję z obowiązku. Przepraszam, panie Boże, ale wiesz przecież, że nie lubię chłopców.

Wikary lepiej by zrobił tę spowiedź. Ma smykałkę. Żeby jeszcze się nie bał, byłby z niego materiał na proboszcza. A tak? Tylko cierpi biedaczysko. Niewierny Tomasz. Zamiast przeżywać radośnie podniosłą atmosferę, biczuje się za niezdrowe skłonności. Jakie znowu niezdrowe? Sekielskich się naoglądał, czy co? Jak dar od Boga może być niezdrowym? Nie rozumiem. Kobiet Sebuś nie lubi, chłopców się boi, żaden pożytek z niego, tylko zmartwienie z tym wikariuszem. Ale trzeba być człowiekiem. Nie odeślę go do biskupa, nie skażę na wieczną tułaczkę. Niech sobie żyje spokojnie u nas na parafii. Aż tak bardzo nie wadzi, żeby się go pozbywać. Poza tym pan Bóg przydziela każdemu jakiś talent. Naszym zadaniem jest tylko ten dar, odkryć i pielęgnować, pomnożyć i spożytkować na cześć Maryi i dla dobra kościoła. Tak uczy Ewangelia. Ja też długo błądziłem, zanim zrozumiałem sens mojego powołania. Błądziłem srogo. Gdyby nie wstawiennictwo kapłana, to kto wie, jak długim wyrokiem by się to moje błądzenie skończyło. Świecki sąd jest bezlitosny. Być może Sebusia Bóg też prowadzi nieprostą drogą. Może z czasem chłopak odnajdzie swój talent, albo przestanie się przed nim bronić, i zrobi z niego zbożny użytek. Przecież nawet Maryja nie powiła przy pierwszym zwiastowaniu. Anioł Gabryjel musiał się nieźle natrudzić, żeby ją przekonać.

Karol z głowy. Jedyne ciekawe, czego się od niego dowiedziałem, to to, że jego siostra się nie kurwi. Oczywiście nie wprost mi to powiedział. Wprost nie można pytać. Ale dokładnie taki wniosek wynika z jego odpowiedzi. Dziewczyna gości na noc nie sprowadza, ze szkoły do domu wraca, na dyskoteki nie jeździ. Czyli cnotliwa dziewucha.

— Jak sobie radzisz z pociągiem do chłopców? — Od razu przechodzę do sedna. Nie ma czasu na długie podchody.

— Słucham? — pyta zaskoczona. Nie jest małym dzieckiem, wie, o co pytam. Rok temu dostała kółko, więc już wie, do czego zmierzam. Muszę zapytać bardziej konkretnie.

— Gdzie się masturbujesz? W łóżku, czy gdzie indziej? — To doskonałe pytanie. Ustawia grzesznicę w pozycji, w której niewygodnie jest negować zbrodnię. Za to przyznać się i z pokorą przyjąć pokutę będzie łatwo.

— W łóżku. Czasami w wannie — odpowiada łania, speszona. Żebym ja pamiętał, co odpowiedziała w zeszłym roku. Pewnie to samo. Wszystkie w jej wieku się masturbują w łóżku i czasami w łazience. Zepsute pokolenie. Ale je lubię. Pan Bóg też lubił grzesznice. Maria Magdalena najlepszym przykładem.

— Żałujesz? — pytam natchnionym głosem.

To bardzo ważne przy spowiedzi, żeby kapłan mówił w natchniony sposób. O pół tonacji wyżej niż zwykle, z namysłem, z głębi duszy. Tylko mówiąc w ten sposób, może kapłan wytworzyć pobożną atmosferę i sprawić, że penitent maksymalnie otworzy serce i z pełna ufnością przyjmie wolę Pana. Natchnione mówienie, to właśnie jest mój talent, mój osobisty dar od Boga.

— Hm — Kłamstwo nie chce Lucynie przejść przez gardło. To dobrze. To znaczy, że jest bojaźń boża.

— Nie żałujesz śmiertelnego grzechu? — pytam srogo.

Siedzimy na łóżku blisko siebie. Naturalnym jest, że w tej sytuacji kładę dłoń na kolano grzesznicy.

— No, nie wiem — odpowiada niepewnie, śledząc wzrokiem moją rękę.

Ściskam za kolano. Przesuwam rękę wzdłuż uda, podsuwając krawędź spódnicy. Czuję, jak drży noga łani.

— Duch Święty jest z nami — zapewniam. Drganie ciała najlepiej o tym świadczy. To znak natchnienia. — To dobrze, że nie chcesz zgrzeszyć mówieniem nieprawdy — mówię. — Nie potrafisz jeszcze w pełni żałować złego uczynku? Trudno. Poproś Boga o łaskę wiary, pan Bóg wysłucha. Dobrze też, że wstydzisz się grzechu. Wstyd, to szansa poprawy. — Właśnie skończyłem odsłaniać uda. Rozsuwam je co nieco. — Pokaż teraz, jak się masturbujesz!

— Słucham?

— Byłaś już z mężczyzną?

— Nie.

— Nie spółkowałaś jeszcze? Więc musisz się rozliczać przed panem Bogiem z innych grzechów nieczystości. — Niektóre dziewice trzeba długo namawiać. A przecież szczera i wyczerpująca spowiedź jest tylko dla ich dobra. — Zresztą jesteśmy tu na prawach spowiedzi. Ty nie pokazujesz swojego grzechu księdzu. Tylko przez oczy księdza zwierzasz się bezpośrednio Maryi. Więc pokaż teraz, jak to robisz.

Lucyna pokazuje, półleżąc na wznak przede mną, z rozkraczonymi nogami zgiętymi w kolanach. Pokazuje niezdarnie, bez zatracenia w grzechu, jak to ma miejsce podczas spontanicznego samogwałtu, nieautentycznie. Ale nie o to chodzi w spowiedzi, żeby ponownie grzeszyć, tylko o wyznanie popełnionych czynów, myśli i zaniedbań. Zadaniem spowiednika jest pomóc. A że przy okazji zobaczę majtki z figlarnym serduszkiem i kępę włosów porastających łono… A kto ma zobaczyć, jak nie proboszcz?

Oczywiście laicy mają na ten temat odmienną opinię. Ale co laicki odmieniec może wiedzieć o drodze do zbawienia, jeśli neguje nawet samo istnienie duszy? No, niech już sobie ma tę opinię, skoro musi, ale niechże się z nią nie obnosi, bo się tylko kompromituje. Prawda, niedostępna dla ignoranta małej wiary, jest taka, że ja muszę sprawdzać ten stan owłosienia. To nie jest żadne widzimisię duszpasterza, tylko obowiązek! Jak inaczej mam skontrolować, czy młoda osoba słucha pilnie kazań i uczestniczy w rekolekcjach? A tak, zerknę i wiem natychmiast: jeśli przykłada ostre narzędzie do żywota, znaczy, że nie słucha.

Pomagam. Rozszerzam szparę, rozsuwając fałdy na boki. Kciukiem masuję clitoris.

— Usiądź teraz na moich kolanach — mówię. — Tę białą koszulę, co masz na sobie, zapewne długo prasowałaś. Rozepnij zatem guziki i powieś ja na krześle, żeby się nie pogniotła.

Lucynka się waha, ale z pokorą zaczyna wykonywać polecenie. Rozpina powoli, guzik za guzikiem.

Podkreślam raz jeszcze: natchniony tembr głosu to podstawa. Mam nadzieję, że dyktafon w kieszeni sutanny dobrze się sprawi. Ksiądz biskup wymaga nagrań idealnych technicznie. Nie dla siebie osobiście. On sam spowiedzi niewiast nie słucha. Dla wielkiego dzieła. Tylko doskonałe nagrania daje się spieniężyć. A dzieło świętego Cyryla, oczko w oku biskupa, pochłania dużo pieniędzy.

Lucynka siada na mnie okrakiem. Mimochodem podwijam sutannę. Ale zdziwione dziewczę! Jak każde za pierwszym razem. Myślała naiwnie, że proboszcz ma pod sutanną laickie spodnie i bokserki. Albo i slipy do pływania. Ludzie to mają czasami naprawdę dziwne pomysły.

— Nie bój, się Lucynko. To taka sama część ciała jak każda inna. Doświadcza mistycznego uniesienia z taką samą intensywnością jak serce i naczynia krwionośne. Zajrzyj w głąb siebie! Ty też doświadczasz w tej chwili łaski uniesienia duszy. Podziękujmy Panu. Amen. — Teraz muszę mocno chwycić za biodra. Zakleszczyć w garściach. A szerokie ma łania bioderka, jest za co łapać. Pomogę jej przyjąć wygodną pozycję.

— Amen — odpowiada bez zastanowienia.

Kropidło trafia w wąski tygiel. Szoruje po krawędzi… Stop! Trzeba jeszcze załatwić ostatni drobiazg:

— No, odwieś ją na krzesło — mówię. — Żeby się nie pogniotła.

Dziewczyna waha się jeszcze. Boi. Ma uroczo zatroskaną minę. Powtarzam więc polecenie. Łania wstaje i pokornie spełnia prośbę.

Wraca na moje kolana. Siada bokiem, ze zwartymi udami. Przyzwalam na ten gest fałszywej skromności. Fałszywej, bo ksiądz to nie jakiś młokos, żeby się wstydzić. Spowiedź nie schadzka, nikt cnoty nie splugawi.

— Jeszcze biustonosz — mówię, przesuwając palcem po plecach wzdłuż paska.

Teraz już nalegam, by usiadła przodem. Ach, jakie piersi! Dorodne. Bonus dla duchownego. Pobawię się minutkę. Pan Bóg wybaczy staremu słudze tę chwilę zwłoki. Ważę pierś w dłoni. Będzie ponad sześćdziesiąt deko. Siedemdziesiąt?

— Narzeczony miał je już w dłoni? — pytam.

— Nie mam narzeczonego.

— To o kim myślisz, jak się masturbujesz?

— O panu Brackim.

Biorę za biodra. Ustawiam. I już jest kropidło przy tyglu.

— Bracki? Nie znam. Z jakiej parafii? Znajomy mamy, taty?

— Anglista.

Parzyć się z nauczycielem? Marzyć o tym? Potworność!

— Cycki widział?

— Chyba tak, ale nie moje.

Kropidło wciska się w szparę. Lucynka drży jak osika. Nie wie, co zrobić z rękami. Głęboki respekt wobec kapłana i siwej głowy nie pozwala jej oprzeć się na moim torsie. Doświadczona niewiasta nie miałaby takich rozterek. Objęłaby mnie za szyję i zjednoczyła, jakby nie ze mną, starym i brzydkim, lecz z Jezusem oblubionym. „Mój miły jest mój, a ja jestem jego”, by zaśpiewała.

Minuta minęła. Pora wypełnić kapłańską posługę. Pierwszy raz jest szczególny, bo młode ciało nie wie, co je czeka. Stawia opór. Trzeba go złamać szybkim atakiem. Tak więc uwaga! Skupienie, gotowość i w imię Ojca i Syna — już!

W laickich mediach wrzasku by było, że olaboga. Ksiądz gwałci. Niczego w tych TVN-ach nie rozumieją. Dobrego uczynku nie widzą. Ślepi są, i tyle. Dzięki mnie w noc poślubną Lucynka posłuży mężowi nie ze strachem w oczach, nie w panice, lecz z radością. Odda się niedoświadczonemu mężowi, nie stawiając oporu, choćby niezamierzonego. Gdy trzeba będzie, doda mu odwagi, pomoże. Dzięki mnie młody mąż nie dozna upokorzenia w tak ważnym momencie wspólnego życia. Małżeństwo się nie rozpadnie. Akt miłosny, który teraz czynię wobec Lucynki, to nie tylko dobry uczynek, to największa przysługa, jaką pasterz może wyświadczyć owieczce. Laik tego nigdy nie zrozumie.

Lucynka na plecach. Jej kolana na moich ramionach. Stanowimy jedność. Jest rozkosznie ciasna. Jej przyszły mąż będzie uwielbiał korzystać z jej posługi. Mógłbym już skończyć, bo cel spowiedzi został osiągnięty, ale nie chcę. Mnie też się należy chwila relaksu. Och, jak przyjemnie!

Ani na moment nie przestaję mówić. Natchnione mówienie — tej prawdy nigdy nigdy dość powtarzać — to podstawa. Prosto do ucha Lucynki recytuję z pamięci Pieśń nad pieśniami. Tłoczę i recytuję, recytuję i tłoczę.

— O jak piękna jesteś, przyjaciółko moja! Oczy twe jak swawolne gołębice, włosy twe jak stado kóz falujące na górach Kurtyzanu. Zęby twe jak stado owiec strzyżonych, gdy wychodzą z kąpieli. Każda z nich ma bliźniaczą parę, nie brak żadnej. Wargi twe jak wstążka purpury i usta twe pełne słodyczy. Piersi twe jak dwoje koźląt, co pasą się pośród lilii. Nim wiatr wieczorny powieje i znikną cienie, pójdę ku górze mirry, ku pagórkowi kadzidła. Wejdę w głąb anielskiej krainy. Cała jesteś piękna, przyjaciółko moja, cała bez skazy. Jak piękna jest miłość twa, siostro moja, oblubienico, o ileż słodsza jest miłość twoja od wina, a zapach olejków twych nad wszystkie balsamy! Miodem najświeższym ociekają wargi twe, oblubienico, miód i mleko pod twoim językiem. Ogrodem zamkniętym jesteś, siostro ma, oblubienico, ogrodem zamkniętym, źródłem zapieczętowanym. Otwórz mi, siostro moja, przyjaciółko moja, gołąbko moja, ty moja nieskalana, bo pełna rosy ma głowa i kędziory me siwe pełne kropli nocy.

Lucynka wczepiła zęby w narzutę jak pies w kość, gdy się ją próbuje mu odebrać. Świadoma obecności brata w tej samej części domu — mama koźlaczki została w pokoju dziennym, w drugim skrzydle tego parterowego domu — dokłada wszelkich sił, by zator powietrza w krtani nie znalazł ujścia w postaci krzyku i głośnych jęków. Jak dotąd skutecznie.

Kropidło domaga się zgody na pokropek. Odkąd mam wynik testu, że moje plemniki są nieruchliwe, nie pytam niewiast ani o termin spodziewanej miesiączki, ani o zgodę. Dziś jednak zrobię inaczej niż zwykle. Nie zapytam Lucynki, ale też w niej nie trysnę.

— Cudowna jesteś — mówię najzupełniej szczerze. — Możesz się ubrać.

Jeszcze „W imię Ojca” i przypomnienie, że nad naszą rozmową spoczywa pieczęć tajemnicy spowiedzi. To ważne w dobie wściekłych ataków na kościół i bezpardonowej laicyzacji.

— Czy masz tutaj w pokoju swój egzemplarz Biblii, Lucynko?

— Tak.

— Pokaż… Połóż prawą rękę. Powtarzaj za mną: Pod groźbą męki piekielnej nikomu nie będę z nikim rozmawiać o dzisiejszej spowiedzi z księdzem Waldemarem, i nie zdradzę nikomu ani jednego szczegółu dotyczącego tej spowiedzi, ani niczego, com dziś doświadczyła. Tak mi dopomóż, panie Jezu i panno czysta, Maryjo, zawsze dziewico, Amen.

— Pod groźbą… nie zdradzę… Amen.

— Jeszcze jedno, Lucynko — zwracam się do niej wyjątkowo w sposób mniej natchniony niż cały czas dotychczas, można rzec, po przyjacielsku — Tyle jest teraz różnych ankiet, badań, na przykład w szkole. To, co dziś zaszło, to nie było współżycie. Nie straciłaś wianka. Jak będą pytać, czy to lekarz, czy to do jakiejś anonimowej statystyki, czy już nie jesteś dziewicą, musisz odpowiadać, że jesteś. Obiecaj, proszę.

— Dobrze, proszę księdza.

Wspaniale! Głaszczę Lucynkę po policzku i zostawiam samą. Pora na mamę koźlaczki.

— Pani Koziołowo, czy można? — Wchodzę do pokoju dziennego.

— Tak, oczywiście, proszę księdza.

Idziemy do sypialni. O ile do pokoi dzieci szło się przez małą sień z drzwiami przy wejściu i wyjściu, sypialnia małżeńska leży tuż obok pokoju gościnnego. Kozłowa zamyka drzwi.

— Przekażmy sobie znak pokoju — zaczynam.

Przykładam rękę do piersi kobiety. Czarny sweter dla wzroku stanowi barierę nie do przebicia, ale palcami wyczuwam każdy szczegół. Pani Alina nie ma na sobie biustonosza.

— Czy jest coś, o czym musimy dziś porozmawiać, Alino? Doświadczasz problemów z wiernością małżeńską?

— Nie, proszę księdza — odpowiada piękna pani domu.

— Zjednoczmy się — mówię, obejmując ją w talii.

Podwijam spódnicę. Sprawdzam pośladki. Nie mylę się. Nie ma bielizny. Alina to doświadczona kobieta, dziesięć kolęd zaliczyła z wyróżnieniem czerwoną kropką w moim kajecie. Potrafi godnie przyjąć księdza.

Klucz wchodzi do zamka bez zgrzytnięcia. Jedynie z ust kobiety dobywa się jednorazowe westchnienie.

— Masz cudowną córkę — mówię, wykonując powolny ruch biodrami. Czuję, jak kobietę przechodzą dreszcze. — Duch święty jest z nami. Wierzę, że także czujesz jego obecność.

— Tak, czuję — potwierdza kobieta. Oddycha głęboko. — A Lucyna? Dobrze się uczy.

— Tylko patrzeć, jak przyprowadzi kawalera i będziecie na ślub prosić. Albo chrzciny?

— Na to jest jeszcze za młoda.

— Jeszcze rok, dwa, i kto wie? Ty też, zdaje się, młodo wyszłaś za mąż.

Panie Boże, ukarz mnie, jeśli musisz. Ja chyba grzeszę, bo wyjątkowo dobrze mi w tej kobiecie. Jest tak samo rozkosznie ciasna jak córka. Kropidło lada chwila zechce kropić.

— Musiałam.

— Pan Bóg często nie pozostawia nam wyboru. Cóż, trzeba słuchać.

— Proszę księdza, Lucynka to jeszcze dziecko. — Alina obejmuje mnie za szyję. — Na dyskoteki nie chodzi. Na randki się nie umawia. Chłopcy w ogóle jej nie interesują. Aż się czasami pytam, dlaczego. Nie uwierzy ksiądz. Ona jeszcze bawi się lalkami.

Jakież te mamy naiwne! Zapomniała krówka, jak była jałówką.

— Dlaczego miałbym nie wierzyć? — pytam.

Cudowne mam parafianki. Szkoda, że kolęda jest tylko raz w roku.

— Wygląd zewnętrzny może mylić — odpowiada Alina. — Jeszcze dwa lata temu wyglądała jak mała dziewczynka. A teraz? Jaka panna!

— To prawda — zgadzam się, choć mógłbym co nieco doprecyzować. Wystarczy spojrzeć na rząd liter w kartotece. Ile razy musiałem przeprawiać? Z „a” na „a plus” i z „a plus” na „b”, jeśli mnie pamięć nie myli. I jeszcze dzisiejsza zmiana na „c”. Z tego wynika, że przynajmniej sądząc po biuście, dziewczyna zaczęła widocznie dojrzewać już jakieś trzy lata temu. Dwa lata temu nie mogła wyglądać jak mała dziewczynka. Ale nie warto się spierać. Kiedy zgoda, wtedy pan Bóg rękę poda. — Masz w domu piękną latorośl, Alino. Cudowną.

Ściskam oba pośladki. Przyspieszam. Trzeba korzystać z okazji. Czasu już niewiele.

— A jak się sprawa ma z posługą małżeńską? Pożycie od ostatniej kolędy było? — zmieniam temat. Alina bez wątpienia chciałaby wiedzieć, o czym rozmawiała ze mną jej córka, ale niestety, tajemnica spowiedzi. Choćbym chciał, nie mogę nic powiedzieć.

— Było na Wielkanoc. Dwa razy.

Tak mało! Jak bym ja miał taką żonę, panie Kozioł, to bym z niej nie schodził, nawet jak by przestał grać telewizor i trzeba by naprawić korki.

Alina wyjaśnia pokrótce przebieg zbliżenia: niedziela palmowa, na pierwszym kanale lecą Wiadomości, cała rodzina przy stole. Kozioł pijany. Jeszcze nie zdążyły dzieci na dobre wyjść z pokoju, mówi na cały głos, jak to pijany, „Daj teraz!” Alina się opiera. „Nie przy dzieciach”, mówi. Ale Kozioł nie słucha. Chce natychmiast. Zdejmuje spodnie. „Daj!” Alina z duszą na ramieniu, bojąc się, że któreś z dzieci wróci do salonu, daje.

— Nie dał rady, proszę księdza — zwierza się Alina. — A ja chciałam to mieć za sobą jak najprędzej. Ksiądz rozumie, ze względu na dzieci.

— Rozumiem, córuniu. Pan Bóg rozumie. — Teraz tkwię w niej prawie nieruchomo. Słucham. Kropidło swędzi.

— Musiałam mu pomóc.

— Jak?

— Ręką. Chciał po sodomicku, ale się nie zgodziłam, bo to grzech śmiertelny.

— Żona winna mężowi posłuszność. Dlatego mówimy o posłudze małżeńskiej. Ale tym razem, odmawiając mu, dobrze zrobiłaś.

— Nie mogłam inaczej. Jak by weszła Lucynka i zobaczyła, że robię to buzią… Aż strach pomyśleć, co by sobie dziecko pomyślało.

— To prawda.

— Na szczęście nic takiego się nie stało.

Alina, kończąc opowieść, dodaje, że jej mąż nie sprawił się z aktem małżeńskim. Nie miał wystarczająco silnego wzwodu. Wyślizgnął się z pochwy. Ze złości odepchnął wystraszoną Alinę i krzyknął, że jako żona jest do niczego.

Dopełniłem posługę. Jeszcze tylko przypomnieć o tajemnicy spowiedzi świętej i możemy wracać do dzieci.

Wszyscy razem robimy znak krzyża. Lucynka blada jak ściana, ale w niepomiętej koszuli. Alina szczęśliwa. Karol przestępując z nogi na nogę. Grzegorz nieobecny. Kropię ściany. Dziękuję za przyjęcie. Przypominam o obowiązku spowiedzi w okresie wielkanocnym.

— Karolu, myślałeś może o tym, żeby służyć do mszy? — pytam najmłodszego członka rodziny.

— Służę — odpowiada chłopiec skonsternowany. — I chodzę na kółko sobotnie z księdzem Jakubem.

— Ach, rzeczywiście. Dopiero teraz skojarzyłem. Starość nie radość, ślepota i niedołężność.

— Co też ksiądz mówi, księże proboszczu? — protestuje Alina, płoniąc się jak nastolatka.

Również Lucyna skromnie chichocze.

— Wiem, co mówię, moje dzieci. Na szczęście z pomocą Opatrzności, jeszcze sobie jakoś daję rady. Wspaniale mi się z wami obcuje i chętnie bym został dłużej…

— Zapraszamy w każdej chwili — przerywa mi Alina.

Kto wie? Może kiedyś skorzystać z zaproszenia?

— Bóg zapłać! — Składam ręce jak do modlitwy. — Przekażmy sobie znak pokoju.

Przytulam każdego po kolei. Lucynkę szczególnie mocno. Chcę jeszcze raz poczuć jej młode, krzepkie piersi. Młodość daje energię.

W aucie otwieram kopertę. Dwieście pięćdziesiąt złotych. Wdowi grosz, by się rzekło. Zostawiam pięćdziesiąt. Tyle też wpisuję do kajetu. Resztę chowam do kieszeni. Trzeba mieć parę groszy tylko dla siebie. Na cele operacyjne.

Żeby nie zapomnieć, notuję nazwisko Bracki. Ciekawe co to za gagatek.

W kalendarzu wpisane na dziś mam jeszcze dwie wizyty. Numer osiem i numer pięć po przeciwnej stronie ulicy. Starzy emeryci. Ciekawa niewiasta trafi się dopiero pojutrze. W kolonii Przesieki. Dom numer jeden.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Czytałem na innym portalu 😉
Ciekawy pomysł, wykonanie też niezłe. Mimo lubieżności ksiądz jednak gdzieś tam w głowie ma to że chce zbawienia dla swoich owieczek. Nieważne jak je osiągnie 😉

Wiele dróg prowadzi do zbawienia; do grzechu wszystkie. 😉

Za to opowiadanie z całą pewnością oberwie się nam od wszystkich świętych i kogo tam popadnie. Ale Autor z dużym talentem i zjadliwym humorem naśladuje kapłański styl. Dawno nie czytałem nic Pana Hayde’a, ale już wiem, że z przyjemnością sięgnę po kolejne tekst. Zostawiam swoje skromne pięć gwiazdek, nico rozbawiony gratuluję odwagi.
Lis

To byłyby miły gest ze trony tych świętych, gdyby w końcu dali dowód swojego istnienia. Ale jakoś nie wierzę, żeby im się chciało pofatygować.

Zabawne opowiadanie poruszające w humorystyczny, często zresztą stosowany przez Autora sposób, pewien znany powszechnie problem. Poruszające zresztą bez najbardziej drastycznych aspektów. Pomimo to, gratuluję odwagi. Pod względem technicznym bez zarzutu, czyta się dobrze, a przemyślenia głównego bohatera co kilka wierszy pobudzają do śmiechu.
Pozdrawiam

Dziękuję. Ponoć śmiech to zdrowie.

Ale, Lisie i Neferze, czy naprawdę odwagą jest opisanie tego, co widzi i słyszy każdy, anonimowo na niszowym portalu ze słowną erotyką? Come on, panowie Koledzy!

Jeśli Autor wymyślił kropidło, to mógł także wymyślić coś, co zastąpiłoby np. clitoris.
Uśmiechy,
Karel

Nie wszystko na raz, Karelu 😉

Niepoprawne. Grzeszne. Obraźliwe. Pomawiające. Zniesławiające. Antyklerykalne i antykościelne.

A przede wszystkim, bardzo dobre opowiadanie!

Bardzo dobre? Lubię pochwały. Dziękuję.
A co poprawić, żeby było lepsze?

Poprawić? Raczej nic, ale chętnie przeczytałbym jeszcze kiedyś o tym księżulu. Może o tym, co zmieniło się w jego życiu po awansje na biskupa. Może być, że na razie pomocniczego 🙂

Jak dojdzie do biskupa Rzymu, to coś o nim napiszę. Na razie jednak ten tron jest zajęty. Nawet podwójnie. 😉

Zacząłem czytać z rozbawieniem, kończyłem z zachwytem.

Panie Hyde, to chyba jak dotąd Twe najlepsze opowiadanie opublikowane na tych łamach. Świetnie nakreślony bohater, którego na swój sposób można zrozumieć i polubić, choć przecież tonie w odmętach hipokryzji. Sytuacja – chodzenie “po kolędzie” smakowita, daje duże możliwości, które w moim przekonaniu w pełni wykorzystałeś. Tekst jest wystarczająco długi, by się w nim rozsmakować i dość krótki, by się nim nie znużyć – i nie poczuć rosnącego wstrętu do bohatera, z którym jednak – mimo pewnej sympatii – z pewnością bym się nie zaprzyjaźnił 🙂

Opowiadanie w istocie stanowi krytykę Kościoła, ale powiedzmy szczerze: wcale nie jego najgorszych grzechów. Mogłoby być wobec tego znacznie bardziej antyklerykalne w wymowie. A tak jest raczej dobrotliwą przyganą, niż ognistym potępieniem. Do którego powody znalazłyby się znacznie mocniejsze – jak choćby wspomniane w treści filmy Sekielskich oraz otchłań zepsucia, które ujawniły (czy może raczej uczyniły powszechnie znaną – ci z nas, którzy chcieli zainteresować się tematem, wiedzieli o podobnych faktach już długo przedtem).

Z przyjemnością wystawiam najwyższą notę! I proszę o więcej takich tekstów!

Pozdrawiam
M.A.

Dziękuję, Megasie. I biję się w piersi, że tekst wyszedł… za bardzo antyklerykalny w odbiorze. Bardziej, niź powinien. Bo w warstwie umoralniającej miał drażnić, nie śmieszyć. Miał być lustrem dla Kozłów i Łań, czyli dla większości z nas rozmawiających z księżmi jak z ludźmi, nie wyłączając autora. A w wersji demoralizującej miał zachęcać do… 😉 To mi się chyba, przynajmniej chciałbym w to wierzyć, udało i w przyszłym roku zanotujemy wreszcie wzrost tzw. powołań. Przynajmniej wśród czytelników naszego zacnego portalu 😉

Co poprawić żeby było lepsze? Służę pomocą.

Nie cierpię opowiadań, w których spotykają się tak po prostu, bach-bach-bach, a potem sę rozstają bez słowa. I nie wiadomo kto, po co, dlaczego i w jakim celu.

U Ciebie jest inaczej. Pięknie zarysowałeś społeczno-socjologiczno-gospodarczo-obyczajowe tło opowieści. Jest odpowiednia podbudowa i głębia, czyta się z przyjemnością.

Do kwestii techniki trudno się przyczepić, ale jest jedna rzecz, do której trudno się nie przyczepić. Czytałem z przyjemnością, wszystko było tak jak lubię, wyostrzyłem apetyt, moje oczekiwania były ogromne, nastawiłem się na nie-wiadomo-jakie zbliżenia, smakowite perwersje, a Ty… załatwiłeś całą erotykę w trzech zdaniach!

Ja rozumiem, że nie erotyka była tu najważniejsza, ale…. popełniłeś straszny grzech zaniechania. Zbudowałeś napięcie, wdrapałeś się na wielką górę i wycofałeś się tuż przed szczytem.

Nie zmienia to faktu, że opowiadanie jest bardzo dobre, ale z odpowiednio zbudowaną sceną (scenami) erotyczną byłoby jeszcze lepsze.

Więcej seksu w seksie? Wątpię, bym potrafił. Dwie penetracje, wykropione kropidło, a czytelnikowi mało? Ciało i dusza przeżarte winem mszalnym… Ksiądz też chyba nie da rady. Dziękuję za poradę. Najbliższe nowe coś będzie z kategorii “bez seksu”, ale może kiedyś coś gdzieś, nie obiecuję, ale może morze zmoże… 😉

Napisz komentarz