Głęboka podczerwień (VBR)  4.91/5 (11)

38 min. czytania

dollen, „Deep Red Something”, CC BY-ND 2.0

Gdyby przed miesiącem ktoś mi powiedział, że niebo zmieni swój kolor, narysowałbym mu palcem kółko na czole. Pomyślałbym, że mam do czynienia z osobnikiem co najmniej niepełnosprytnym. Nie uwierzyłbym również w to, że ludzkość, z tym swoim bogatym środowiskiem naukowym, wynikami wieloletnich badań nad strukturą świata oraz sztuczną inteligencją na usługach, przez okrągły miesiąc nie wyjaśni zjawiska, które, jak zapewne uważają niektórzy, może zwiastować zmierzch obecnej cywilizacji. Nie śledzę tego, ale z pewnością mądrale z ekranów w kółko zapewniają, że nic się tak naprawdę nie zmieniło, po prostu pożegnaliśmy się z błękitem, witając nowe, piękniejsze rubinowe niebo. Przywódcy rozmaitych sekt i krzewiciele teorii spiskowych muszą puszczać wodze wyobraźni, oskarżając za ów stan rzeczy rządy poszczególnych państw, istoty potępione, duchy i byty wszechmocne. Zygi na początku w tej sprawie wcale nie zabierał głosu, a gdy zaczął się w końcu wypowiadać, mówił, że sprawa nie jest taka prosta, że badania nad elementami światła są jak spacer po linie w zupełnych ciemnościach. Niby wiemy dokąd lina prowadzi, a jednak zawsze się z niej spierdolimy. No dobra. Wierzyłem, że on jeden akurat wie, co mówi, cała reszta natomiast z pewnością próbowała skorzystać, przekuć zmianę w coś, co przyniesie im wymierne benefity. Już sobie wyobrażałem ten burdel w gabinetach rządzących i prezydentów zlecających biegłym badania. Swoją drogą, skąd bierze się specjalistów od zmian kolorystyki nieba? Może zatrudnili artystów malarzy, w końcu oni chyba najwięcej wiedzą o barwach?

Wieczny zachód słońca. Romantycy są zdecydowanie wniebowzięci i to niemal dosłownie. Czy ja jestem romantykiem? Teraz? Owszem. Nie na darmo wybrałem stolik przy wielkim oknie z widokiem na aleję i niebo, przede wszystkim niebo. Bursztynowa poświata wlewała się do lokalu, zmiękczając twarde linie stolików i krzeseł. Patrzyłem w dal i czułem, jak upływający powoli dzień uczy mnie kolejnych odcieni ognia. Wydawało mi się, że słyszałem w radiu, że nie zalecają dłuższego wpatrywania się w niebo, ponoć człowiek może zwariować. Błękit zawsze mnie usypiał, czerwień jednak działa zgoła odmiennie.

Kątem oka dostrzegam intensywność, z którą ona wpatrywała się we mnie. Piła wolno Colę i gapiła się na moje usta, podobały się jej, podobnie kark i szerokie ramiona. Wiem, że żar nieba odbija się teraz w moich oczach, czyniąc je ciemnymi, pociągającymi. Uśmiechałem się do niej, odwzajemniała uśmiech, wszystko szło po jej myśli. Mocno zainteresowana, tak bym to ujął. Milczeliśmy już kilka minut. Miało to swój urok, taka niema wymiana uwag, mimiką, blaskiem oczu, napięciem ust. Wciąż powtarzała jak mantrę, że jej zależy, jedenaście miesięcy samotności zrobiło swoje. Wydaje mi się, że istnieją kobiety, które nie potrafią żyć poza związkiem, gotowe znosić cierpienia i upokorzenia, byle tylko kogoś mieć. Osamotnione, jak Maja, desperacko szukają zaczepienia i nic innego ich nie interesuje, żadne końce, czy początki, nawet jeśli w grę wchodzi świat. W ogóle zauważyłem, że ludzie szybko się przyzwyczajają do zmian, które jakoby ich bezpośrednio nie dotyczą, lub nie mają na nich konkretnego wpływu.

Maja nie była ideałem, ale kto był? Blond włosy z ciemnymi pasemkami miała zrobione dobrze, ale twarz niespecjalnie pociągającą, to chyba wina proporcji. Do tego całe stado piegów na nosie. Mogłyby być sexy, gdyby nie ciągnęły się z nosa po same policzki, a nawet szyję. Choć starała się tego nie robić, wciąż zerkała na paznokcie, chyba odruchowo, jakby chciała je zacząć obgryzać. Na szczęście się powstrzymała. Nerwy? Sukienkę miała dopasowaną, w ciemnym odcieniu czerwieni, ostatnio modnym. Dekolt skromny, a pod dekoltem płasko jak na nizinie zachodniosyberyjskiej, deska. Zauważyłem taką prawidłowość, że im dziewczyna bardziej płaska, tym bardziej nerwowa. Te z obfitszym biustem wiedzą co to spokój i opanowanie, przynajmniej na tych kilku pierwszych randkach.

Z Majką pisałem już od trzech miesięcy, widywać zaczęliśmy się właśnie od momentu zmiany koloru nieba. Kolejne z moich spostrzeżeń: łatwość w nawiązywaniu kontaktów. Zmiana koloru nieba miała kolosalny wpływ na ludzkie zachowania, strach przed tym, co może przynieść jutro, daje kopniaka. O wiele prościej teraz o nowe relacje. Dziewczyny są jakby bardziej zmotywowane, nie wiem, czy szukają opiekuna, czy bolca, żeby zaspokoić rozpędzającą się chuć. Wpływ niebiańskiego szkarłatu na libido nie został chyba jeszcze gruntownie przebadany. Może to kwestia zachowania gatunku? Rozmawiałem i spotykałem się z piątką napalonych dziewczyn. Majka jest trzecia w kolejce. Dwie kolejne czekały na swoją chwilę. Nie spieszyłem się, bo wiedziałem, że nigdzie nie uciekną.

Nie przebierałem, szukając piękności, właśnie pospolitość jest tym, co mnie interesuje. Musiałem czuć przewagę. Jej musi zależeć bardziej.

– Więc mieszkasz z bratem? – odezwała się, wchodząc na teren mojej przestrzeni osobistej.

– Tak, Zygi się mną opiekuję.

– Tobą? Nie wyglądasz, jakbyś potrzebował opieki.

Uśmiechnąłem się skromnie, przyjmując komplement.

– Zygi jest bardzo mądry, zgarnął wszystkie możliwe stypendia naukowe. Uczelnia załatwiła mu też mieszkanie. Dziewięćdziesiąt osiem metrów kwadratowych, wyobrażasz sobie, ile taki lokal kosztuje w Warszawie?

– Majątek.

– Zgadza się.

– Tobie tak dobrze nie idzie?

– Co masz na myśli?

– No… nauka.

– Może nie jestem jak on, ale radzę sobie. Trzecie miejsce na roku w biegu na orientację, dycha. Mam za sobą też dwa maratony i przygotowuję się do ultramaratonu, prawie sto kilometrów w górach. Poza tym nie można nas mierzyć jedną miarą.

– Nie? – zdziwiła się. – Dlaczego?

– Każdy człowiek jest inny, po prostu. Jeden jest naukowcem, inny ma predyspozycje do uprawiania sportu.

– Czyli on jest głową, a ty mięśniami?

– Widzę, że potrafisz wszystko uprościć.

– Daj spokój, żartowałam.

Pokiwałem głową, robiąc obrażoną minę, ponownie zapadło milczenie.

Zawsze mnie bawiło, gdy dziewczyna układa sobie myśli na głos, normalnie jakby pranie rozwieszała. Wystarczy przez chwilę posłuchać i od razu wiadomo, do czego zmierza. Podobam się jej. Z takim facetem jak ja warto się pokazywać. Na dodatek, mam brata, który też może okazać się interesujący.

– Chciałabym go poznać.

– Kogo? – pytam wytrącony z rozmyślań.

– Zygiego, twojego brata, jak on w ogóle ma na imię?

– Zygfryd.

– Oryginalnie. Ładnie.

Znakomicie, jak na razie wszystko mi ułatwia. Chyba była gotowa. Patrzyłem na jej twarz, zastanawiając się czy tę noc spędzi ze mną w mieszkaniu Zygfryda. Próbowałem sobie wyobrazić jej zapach w przedpokoju, kuchni, mgiełkę z wilgoci jej ciała po porannym prysznicu, jak wyciera mokre włosy w pożyczony ręcznik Zygiego… Ciekawe czy on później ją wyczuje? Myślę, że tak.

– Idziemy? – spytała z niewinną miną.

Zapłaciłem rachunek i skierowaliśmy się do wyjścia. Zapytałem, czy naprawdę ma ochotę poznać Zygfryda. Odpowiedziała, że chętnie, więc poszliśmy do mnie. Poczęstowałem ją Pepe Nero Primitivo, została mi tylko ta butelka sprzed trzech lat. Pomyślałem, że muszę dokupić czegoś tańszego, bo alkohol w tym domu szybko schodzi. Piliśmy, wciąż jej dolewałem. Atmosfera się rozluźniała coraz bardziej.

Stała z kieliszkiem oparta o parapet i przyglądała się, jak zmieniam koszulkę. Rozmawialiśmy o sile i wpływie wysiłku na wygląd, twardość mięśni i potliwość, śmialiśmy się, żartowaliśmy. Chciałem odczekać, aż alkohol zacznie działać, nie spieszyło mi się, więc opowiedziałem jej o Tomaszu Jaśkiewiczu i w ogóle o muzyce. Moja wiedza o polskim rocku zdawała się jej imponować. Rozmowa wciągnęła ją jeszcze bardziej niż wino, mimo to butelka była już  prawie pusta. Śmiała się, bawiła włosami, zerkała zalotnie spod brwi.

Jej usta miały cierpki smak wytrawnego alkoholu, niedopity kieliszek przewrócił się na parapecie i krwawił. Objęła mnie ramionami, oddychałem jej oddechem, czułem jak cała pęczniała w moich dłoniach. Pierwszy pocałunek przyszedł dziś zupełnie na oślep. Zastanawiałem się, co się dzieje pod przymkniętymi powiekami, jakie wzbudziłem w niej kolory, jaki poczuła smak. Chciwość jej dłoni ścisnęła mocno palce na moim barku, podobało się jej moje wysportowane ciało. Mięśnie wzięły górę nad inteligencją. Jakie to zawsze proste.

– Nie mówiłeś, że będziemy sami.

Omal nie odpowiedziałem, że wcale nie jesteśmy, że mój brat jest w pokoju obok i prawdopodobnie wszystko słyszy. Dotknąłem palcami jej ust, by umilkła. Przesunąłem dłonią po szyi i cierpliwie czekałem, aż żar pocałunków ostygnie, a ona pozwoli zsunąć z siebie sukienkę.

– A ty…? – spytała zmienionym głosem, stojąc przy mnie już w samych butach.

– Później.

Spleceni w nienaturalnej pozie, niczym dwa zrośnięte ze sobą drzewa, pochylone ku sobie w lubieżnej ekstazie nowych wrażeń, syciliśmy się jeszcze przez jakiś czas wzbierającą żądzą.

– Zrobisz coś dla mnie? – Miałem wrażenie, że mój szept rozchodzi się po całym jej ciele narastającym dreszczem.

Pokiwała głową, że zgadza się w ciemno.

– Zamknij oczy i nie otwieraj aż nie pozwolę.

Znów oznajmiła skinieniem, że się zgadza i zamknęła oczy. Chwyciłem ją za rękę i poprowadziłem ostrożnie do przedpokoju, a później do pokoju brata. Zygi leżał na swoim ogromnym łóżku i mierzył mnie przenikliwym spojrzeniem, nic nie mówił. Pokierowałem ją na przeciwległy skraj pościeli, gdzie powoli się położyła, a ja tuż obok, przyklejony do nagiej skóry. Podniosła głowę, wtedy mój oddech popełzł po jej piersiach. Westchnęła. Pozwoliłem sobie jeszcze na dotyk wewnętrznej strony ud. Zadrżała. Była już mocno podniecona.

– Nie jesteśmy sami – szepnąłem jej prosto do ucha, gorącym oddechem.

– Cooo? – zamruczała jak kotka, półprzytomnie, w odpowiedzi, oczy miała wciąż zamknięte, była w subtelnym transie mojego dotyku.

– Mój brat na nas patrzy. Proszę, pozwól mu na to, on tego potrzebuje.

Otwarła gwałtownie oczy, twarz się jej zmieniła. Rozejrzała się niespokojnie po pokoju i w końcu go dostrzegła. Zasłoniła się kołdrą, przestraszona.

– Co do kurwy… Co planujecie? – Podniesiony głos zapowiadał nadchodzącą panikę.

Milczałem.

Dopiero po chwili dostrzegła wózek, poręcze, linkę pomocniczą zwisającą z mocowania przy suficie i dziwną statykę wnętrza.

– Wszystko o czym rozmawialiśmy to prawda. W niczym cię nie okłamałem – zdecydowałem się zabrać głos, zanim pomyślałaby o ucieczce. – Poznaj Zygiego, znaczy się Zygfryda, głowę moich mięśni.

Teraz ona milczała i zapewne analizowała, co jej może grozić z naszej strony.

Wstałem i podszedłem do okna. Nie chciałem zagradzać wyjścia, chciałem by wiedziała, że w każdej chwili może opuścić pokój.

– Czy on… – odezwała się niepewnie.

– Może się ruszać i normalnie funkcjonować, tyle, że nie wstanie, niedowład nóg.

– Acha – rzuciła w odpowiedzi, wciąż tuląc się do poduszki.

Była inna niż te wcześniejsze, przede wszystkim nie była mężatką, niecały rok temu zerwała z chłopakiem, szukała kogoś na stałe i tego typu przygody jej raczej nie interesowały, tym bardziej czułem do niej pociąg.

Zerknąłem na Zygiego. Był spokojny i jak zwykle nic nie mówił. Jakby właśnie chciał być traktowany niczym dziwadło, rzecz, czy obiekt. Mógłby od czasu do czasu ułatwić mi zadanie i się mądrze odezwać, ale nie, milczał. Rozumiałem jego sytuację, ale nie mogłem pojąć, że można być aż tak wstydliwym. Chyba że właśnie taka postawa dawała mu satysfakcję? Ten pierwszy raz, nad jeziorem, tuż po maturze, wtedy oponował… A Barbi… no cóż, zrobiła, co jej kazaliśmy. Chłopaki mieli bekę, że spuścił się w spodnie. Na szczęście następnego dnia niczego nie pamiętali. Zygfryd jednak zapamiętał, ja również.

Randka z pijaną kobietą, której imienia nie pamiętam, a którą jakiś czas temu przyprowadziłem z baru, wyglądała podobnie. Przeciętnej urody mężatka ledwo trzymała się na nogach, wciąż powtarzała, że robi to tylko dlatego, że Mirek ją zdradził, że poszedł z tamtą zdzirą i ona mu teraz pokaże, wyrucha wszystkich facetów w mieście, a Mirek tego nie udźwignie i strzeli sobie w łeb. Zygi groził telefonem na policję, laska wymiotowała, istny koszmar.

Kilka kolejnych razów zakończyło się względnym sukcesem. Nie przesadzałem z alkoholem i staranniej wybierałem panienki – deklarujące zamiłowanie do uległości. Mimo początkowej niechęci, zaspakajanie mojego brata traktowały chyba jako wyzwanie, choć część po poznaniu go, więcej się do mnie nie odezwała. Wszystkie miały jakieś swoje drugie życia, mężów, chłopaków, dzieci, a ja Zygiego, więc panowała względna równowaga. Majka nie miała nikogo.

Słońce się już znacznie obniżyło, czerwień nieba przeszła z rubinowej w głęboką, bordową poświatę, trawa w ogrodzie przybrała rdzawy odcień. Pączki róż zdawały się znikać, pozostawiając w nieznośnej samotności zardzewiałe kolczaste łodygi i liście. Zdecydowanie wolałem świt od zmierzchu, narodziny od konającego dnia na czerwono.

– Maja. – Nie puszczając poduszki, podała rękę mojemu bratu.

– Zygfryd – odpowiedział cicho.

– Zawsze tak spędzacie wspólne randki z bratem?

Zygfryd zacisnął zęby i poczerwieniał.

– Jak się pewnie domyślasz, mój brat nie ma zbyt wielu szans na…

– Na dupę, tak? – dokończyła za mnie poirytowanym głosem.

Wtedy zauważyła jego dyplomy, świadectwa ukończenia kursów, gratulacje ważnych osób, zdjęcie z prezydentem miasta, całe to badziewie, którym obwieszony był pokój.

– Nie kręciłeś z tym geniuszem… – zwróciła się do mnie, jakby jego nie było w pokoju. Zirytowałem się, ludzie często ignorują niepełnosprawnych, zwracając się do ich opiekunów.

Wstała z łóżka, ściągając całą kołdrę i odkrywając równo ułożone, szczupłe i nieruchome nogi Zygfryda, oraz jego rozkołysane przyrodzenie w pełnym wzwodzie, imponujące, trzeba przyznać, bo silnie kontrastujące z wychudłym ciałem.

– Przepraszam, chciałam tylko przeczytać – speszyła się na moment.

Zygfryd w mgnieniu oka wyszarpnął zza głowy jedną z poduszek i zakrył się.

Maja obejrzała z bliska antyramy.

– Wow, jestem pod wrażeniem. – Ewidentnie uciekała od tematu.

Zbliżyłem się i pocałowałem ją w odkryte ramię.

– Zrobisz to? – spytałem najbardziej uwodzicielskim tonem, na jaki było mnie stać.

– Ale co mam zrobić? – Odwróciła się do mnie, dalej skonsternowana.

– Pokaż mu swoje ciało, zatańcz dla niego – doradziłem.

– Co?! – Zadrżała z oburzenia. – Nie umiem tańczyć.

– Wiesz o co mi chodzi… wystarczy naga demonstracja w ruchu.

Milczała przez chwilę.

– A on tego chce? – Spojrzała na twarz Zygiego, chyba po raz pierwszy od kiedy tu weszła.

– Tak, ale nie powie ci tego.

– Dlaczego?

Nie odpowiedziałem, Zygfryd też nie. Chwilowo udawał, że nas nie ma.

– Głupio mi tak jakoś… jest przecież kaleką.

– I co z tego?! – niemal krzyknąłem, znacznie podnosząc głos.

Wystraszyła się.

– Daj tę kołdrę, no już! – zażądałem stanowczo, po czym wyciągnąłem rękę. Po chwili wahania z ociąganiem rozchyliła materiał i oddała mi ją. Co jak co, ale figurę miała niezłą. Zygi udawał, że nie patrzy, choć zapewne dyskretnie zerkał, w życiu nie przepuściłby takich pośladków.

– Nie jestem ideałem, by się prezentować za wzór, czy coś…

– Myślisz, że nie wie, jak wygląda naga kobieta? – Nie zamierzałem dłużej być miły.

– To po co mam się mu prezentować?

Ech, te kobiece zagrywki! Jeszcze udają, że nie rozumieją w czym rzecz!

– Chcę, żebyś go podnieciła, co innego gapić się na pornosy, a co innego doświadczać tego osobiście – tłumaczyłem jak przedszkolakowi.

– Z tego, co zauważyłam, on już jest podniecony. – Spuściła wzrok jakby ją to zawstydziło, a przecież chwilę wcześniej udowodniła, że nie posiada za grosz wstydu.

– Przecież nie chodzi mi o to, że ma mu stanąć. – Nawet lubiłem ten moment, gdy nagle zaczynały zgrywać niewiniątka. Ze mną zdziry, przy Zygim święte, niepokalane. – W jego głowie ma się to zadziać, no, wiesz co, ma mu szumieć, ma się napalić, zapałać żądzą…

– Ale po co? – przerwała mój wywód. Brzmiała na autentycznie zszokowaną. – Czy on nie powinien po prostu leżeć?

Zamurowało mnie. Miałem ochotę ją trzepnąć, na tyle mocno, by jej pozbawiona wyrazu i oznak inteligencji twarz znalazła się na panelach.

Chyba jednak zorientowała się, że powiedziała zbyt wiele, bo poczerwieniała i przeprosiła.

– Nie to miałam na myśli… – zaczęła się tłumaczyć. – Nie tak chciałam powiedzieć…

Odwróciłem się z powrotem do okna, grając urażonego. Na początku mnie to szokowało, niesmaczyło. Później się przyzwyczaiłem. Czy Zygi przywykł? Wątpię, ale pewności mieć nie mogłem. W końcu nie rozmawialiśmy o tym. A może na widok gołej dupy tak szumiało mu w uszach, że już nic nie słyszał? Sam czasem przyłapuję się na czymś podobnym. Może nie kręci mi się w głowie, ale na pewno zmieniają się priorytety i to w mgnieniu oka.

– Nie gniewaj się… Robert… – Oczywiście musiała przepraszać mnie! Wszystkie takie same! Bezmyślne i płytkie… W kółko powtarzają, że wygląd się nie liczy. Mówią to mi, jemu zapewne nie powiedziała żadna.

Udawałem, że nie słyszę.

– No, to jak mam zatańczyć?

Mówiła do mnie i nawet ten taniec, jeżeli zatańczy, będzie dla mnie, ale przed nim. W jaki sposób zmienić jej podejście? Czy to w ogóle możliwe?

– Po tym, co powiedziałaś, taniec to zdecydowanie za mało – syknąłem wrogo.

Trzeba czasem zagrać na emocjach, a trochę ją już znałem, wiedziałem, że bardzo nie lubi, gdy się gniewam.

Odwróciła się do Zygiego.

– Przepraszam, jeżeli cię uraziłam –  w końcu mówiła do niego, chyba nawet patrząc mu prosto w oczy. – Naprawdę nie chciałam, chyba najlepiej będzie, jeśli sobie pójdę…

On zapewne marzył już o spokoju, ale ja nie zamierzałem tak łatwo ustąpić. Stanąłem tuż za nią i wciągnąłem głęboko zapach jej włosów.

– To było miłe Majka – wyszeptałem tuż koło ucha – to, co teraz powiedziałaś. Poczułem, że było mega szczere. I wiesz co? – Przytuliłem się mocniej, żeby poczuła moją erekcję, dodatkowa motywacja nigdy nie zaszkodzi! – Sądzę, że potrafisz być jeszcze milsza…

Nie czekałem na odpowiedź, zamknąłem jej usta swoimi i wplotłem palce we włosy. Nie wyczułem już takiego żaru jak wcześniej, jej ruchy spowalniało skrępowanie i wątpliwości. Wątpliwości, które koniecznie musiałem rozwiać. Może i ona nie wiedziała, czego chce, za to ja wiedziałem doskonale. Niby odwzajemniła pocałunek i na czubku języka poczułem jej język, jednak dłoń napierała na moją klatkę piersiową coraz mocniej, jakby chciała mnie odepchnąć, ale nie miała wystarczająco dużo siły.

Na szczęście miałem już kilka sprawdzonych sposobów na rozbudzenie w niej pożądania. Odpowiedni dotyk potrafi zdziałać cuda.

Gdy nieco zmiękła, odwróciłem ją w stronę Zygfryda. Jej wielkie zdziwione oczy wymownie opisywały, co czuła, patrząc na niego. Czyżby zapomniała, że on cały czas na nas patrzy? Zapewne pożerając wzrokiem każdy skrawek szczupłego ciała, nawet te płaskie cycki. Pchnąłem ją lekko ku łóżku.

– No, dalej – zachęciłem łagodnym tonem.

– Co mam zrobić? – teraz brzmiała raczej na niepewną, niż wystraszoną.

– Naprawdę nie wiesz? Przed chwilą byłaś gotowa zsunąć mi spodnie, tutaj masz sprawę ułatwioną.

– Mam mu…? Mam go…?

– Wynoście się! Oboje!

Podskoczyła na dźwięk jego głosu, jakby to, że przemówił, było wyjątkowo nie na miejscu.

– On nie chce, słyszysz? Zostawmy go w spokoju.

– Przez większość życia jest pozostawiony w spokoju. Nie po to tu jesteśmy, by go znów zawieść.

– Ale on nie chce, mam go na siłę uszczęśliwić?

– Tak!

Wtedy niebo też było czerwone. Pokaźny biust Barbary kołysał się zachęcająco przed twarzą Zygiego, a blask ogniska malował na scenie jej ciała namiętną sztukę ze skaczących cieni. Zygi odwracał głowę, ale był bardzo podniecony i kiedy dotknęła nimi jego twarzy…

– Obraziłaś go, czego się spodziewałaś? Że cię polubi mimo tych słów?

– Powiedz mi, co mam dokładnie zrobić, bo stąd wyjdę.

Nie chciała być autorką złego pomysłu, rozbawiło mnie to.

– Wypierdalajcie stąd! Zostawcie mnie! – Zygi nie dawał za wygraną.

– Obciągnij mu – rozkazałem. – Usiądź przy nim i to zrób, cokolwiek będzie mówił, na moją odpowiedzialność.

– Dlaczego w ogóle to robimy?

– Bo ja tego chcę. Odwdzięczę się, nie pożałujesz.

Walczyła ze sobą. Widziałem z jakim trudem przychodzi jej zmiana standardu ciała, z którym miałaby obcować. Niezupełnie na taki przebieg wieczoru się pisała.

 – Zrób mu dobrze – zażądałem stanowczo, mobilizując ją do działania. Usiadła na łóżku i nie patrząc na niego, wyszarpnęła poduszkę, pochyliła się i wzięła mu do ust.

– Ty głupia, bura suko, co ja powiedziałem?! Macie stąd wypierdalać! – nie przebierał w słowach, ale jego członek sterczał dumnie, przecząc wyartykułowanym intencjom. Wypełniał teraz jej drobne usta, wsuwając i wysuwając się w ustalonym przez dziewczynę rytmie. Usiadłem z drugiej strony i przytrzymałem mu ręce, bo zaczął nimi wywijać i jeszcze zrobiłby sobie krzywdę.

– Uspokój się, ona zaraz skończy.

– Nienawidzę cię – wysapał, robiąc się czerwony.

Uwielbiałem ten moment. Teraz będzie próbował udowodnić, że stać go na więcej, że jest maratończykiem, nie sprinterem, że nie da się zgwałcić, że nie wyciśniemy z niego nawet odrobiny życiodajnego płynu, sprawiając, że przeszyją go dreszcze przyjemności i rozkoszy, na którą nie zasłużył.

Majka ssała żołądź, biorąc coraz głębiej. Jej zadbane włosy opadły na wychudłe uda mojego brata. Patrzyłem jak zahipnotyzowany. Wyraz jego oczu, zupełnie taki sam, jak wtedy, przy ognisku i podczas tych późniejszych spotkań z bardziej lub mniej pijanymi kobietami, które oglądał nago, dotykał lub które dotykały jego, a on ejakulował im na zawołanie, żadna jednak wcześniej nie włożyła go sobie do ust, nigdy wcześniej też nie był tak zdeterminowany, by nie dać mi tej satysfakcji. Imponowało mi, jak długo potrafił teraz utrzymać kontrolę. Majeczka jednak była wprawiona, testowałem ją kilka razy i potrafiła być naprawdę wytrwała. Tym lepiej, zapowiadał się doskonały pojedynek.

Jemu nie potrzeba wiele, ale jeżeli będziesz miała wciąż zamknięte oczy…

– Spójrz na niego – zażądałem – nie spuszczaj z niego wzroku.

Podniosła odrobinę głowę, zatrzepotała rzęsami i to wystarczyło.

Można powiedzieć, że to był cios poniżej pasa. Wiedziałem, że Zygi tego nie wytrzyma. Z jej twarzy najładniejsze były oczy, potrafiła je też odpowiednio podkreślić kredką. Niesymetryczna twarzyczka sporo na tym zyskiwała i podczas silnych emocji zmieniała się z pospolitej w całkiem pociągającą. Podczas naszych purpurowych sesji na dachu kamienicy, który odwiedzaliśmy pod pretekstem podziwiania nowych zachodów słońca, nauczyłem się czerpać przyjemność z jej spojrzenia. Nie wiem, ilu zboczeńców nakarmiliśmy wtedy swoją żądzą, ale rżnęliśmy się bez opamiętania, nie zważając, czy ktoś nas podgląda, a ze względu na malownicze widoki, jak mi się zdawało, chyba dobre pół miasta wychodziło na dachy i tarasy, ciesząc się kumulacją powszechnej czerwieni.

Zygi doszedł w jej ustach, a ja w niezwykłym pośpiechu porwałem ją do swojego pokoju i tam mocno zerżnąłem. Krzyczała, jakbyśmy byli sami, co podniecało mnie jeszcze bardziej, oboje wiedzieliśmy przecież, że wszystko słyszy.

Kiedy wróciłem do niego po jej rzeczy, odsunął ekran monitora i powiedział ponurym głosem:

– To się musi skończyć.

– Przestań. Nie podobało ci się?

– Omal nie zwymiotowała.

– Twoją spermą.

– Dobrze wiesz, że czuła jedynie obrzydzenie, emanowała nim, to było niemal namacalne.

– Wiem, że przesadzasz. Nie masz pojęcia, co działo się w jej głowie.

– Masz rację. – Westchnął. – Nie mam pojęcia i nie wiem czy chciałbym mieć. Ciekawi mnie natomiast, co ty masz w głowie..

– Pomyślałeś, że mogę to robić dla ciebie?

Uśmiechnął się, kręcąc głową.

– Jestem pewien, że robisz to tylko dla siebie.

Miał zimne, przenikliwe spojrzenie. Poczułem się niedoceniony, choć w głębi serca wiedziałem, że ma rację. Z drugiej jednak strony, nigdy nie było mi tak dobrze, jak z Mają. Nie mogłem tego zignorować, mimo to kolejne spotkania nie były już tak energetyczne. Po tym, co wydarzyło się w pokoju Zygfryda, nie dała się więcej zaprosić do mieszkania. Widywaliśmy się na mieście albo u niej. Słowem nie wspominała o tamtym zajściu, jakby chciała o wszystkim jak najszybciej zapomnieć, podczas gdy ja właśnie chciałem pamiętać. Chciałem powtarzać. Iść dalej. Wszystko co działo się bez Zygiego nudziło, spowodowało, że zacząłem jej unikać, przestaliśmy się regularnie spotykać i po dwóch tygodniach znów czułem ogromny głód, a zadzwonić tak po prostu już nie mogłem.

Zacząłem jak wcześniej rozglądać się za mężatkami. Tyle znudzonych sztuk szwendało się po kawiarniach w mieście. Wystarczyło się przysłuchać rozmowom, a później zaczepić, gdy już będą same, niby pytając o położenie jakiegoś oczywistego zabytku albo godzinę, udając nietutejszego. Chwilę później wszystko działo się samo.

Marysię poznałem właśnie w restauracji, w Ciemnej. Jak sama nazwa wskazuje właściciele knajpy oszczędzają na energii elektrycznej, na dodatek sam lokal położony jest w suterenie starej kamienicy i za wiele światła do wnętrza nie dociera, tyle tylko co odbije się o poczerniałe ze starości ściany wewnętrznego podwórza i wpadnie przez mizerne dwa okna, w które wyposażono lokal. Na małe lampki przy stolikach nie ma co liczyć, gdyż właściciel wyposażył je w jakieś prehistoryczne żarówki led, których blask jest widoczny, ale niczego nie rozjaśnia. Nie wiedzieć czemu, właśnie ta kawiarnia, jak odkryłem, była centrum częstych schadzek znudzonych mężatek. Może wytłumaczeniem była owa ciemnica, która pozwalała na zachowanie względnej anonimowości? Jeżeli się z kimś nie spotkało przy drzwiach, mała była szansa na rozpoznanie kogoś, kto siedział w kątach lokalu przy stolikach.

Do Ciemnej przyszedłem w oczywistych zamiarach. Zająłem najbardziej strategiczny stolik na wprost wejścia, zamówiłem espresso i czekałem.

Piątkowy wieczór był najlepszy na łowy. Wcześniejsze trzy kobiety wyciągnąłem dosłownie z tutejszych stolików. Przy palemce siedziały dwie, a jedna przy starym gramofonie. Marysia przyszła w towarzystwie czterech koleżanek. Wszystkie były w doskonałych humorach. Na stole pojawiła się butelka wina, a lokal wypełnił się wesołymi rozmowami i serdecznym śmiechem. Razem przyszły, razem wyjdą, pomyślałem i nie widząc sposobu na dyskretne nawiązanie znajomości z fajną wysoką blondynką, która od razu wpadła mi w oko, postanowiłem napisać jej krótki liścik. Wspiąłem się na wyżyny romantyzmu i skleciłem kilka słów o tym, jakie wrażenie na mnie robi jej inteligencja, to na kobiety zawsze działa. Dopisałem swój adres e-mail i wychodząc położyłem przed nią kartkę.

Marysia napisała dwa dni później. Umówiliśmy się na niezobowiązujące spotkanie w Ciemnej, na którym udawała, że jest singielką, jednak szybko wyszło na jaw, że ma męża, policjanta. Wygadała się od razu, gdy tylko przełamaliśmy pierwsze lody. Od razu zapewniłem ją, że mimo to, iż sam nikogo nie mam, jej mąż w niczym mi nie przeszkadza. Marysia wyznała, że nie układa im się za dobrze, że od dłuższego czasu ich związek przypomina wieczną zmarzlinę zobojętnienia i rezygnacji. Z początku chciała coś zmienić, pójść wspólnie na terapię, ale kiedy najlepsza kumpela przyszła z wiadomością, że widziała jej męża z jakąś panienką, całkiem jej się odechciało.

– Ta kumpela, była tu wtedy na spotkaniu? – zapytałem, próbując przypomnieć sobie fajną brunetkę w żakiecie, która siedziała obok Marysi przy tym stole. Niewiele zdołałem wtedy dostrzec. Przez ten przeklęty czerwony kolor nieba, Ciemna była naprawdę bardzo ciemna.

– Tak, siedziała obok mnie.

– Ok. – Skinąłem głową, notując w myśli, że po Marysi można by zainteresować się ową brunetką w popielatym żakiecie.

No i była. Siedziała, rozgadana, rozmarzona, wpatrzona w skisły mrok kawiarni. Sama nawet nie wiedząc, co tu robi i czego może się po mnie spodziewać. Czy sprawy szły już po jej myśli? Tak, jak najbardziej.

Wybraliśmy się na długi spacer wzdłuż rzeki, w trakcie którego opowiedziała mi historię swojego życia, której wysłuchałem z należytą cierpliwością. Wdzięczność okazywała wesołością i lekkością, z jaką niemalże tańczyła w koło mnie, mówiąc i gestykulując jednocześnie. Nastrój popsuł się dopiero, gdy chodnik przy rzece się skończył i wyszliśmy na ulicę, gdzie minął nas radiowóz.

Szara proza życia w jednej chwili zmieniła tę radosną dziewczynę w oblicze smutku i rezygnacji. Przez chwilę myślałem, że rozstaniemy się i więcej już jej nie zobaczę, jednak gdy weszliśmy w jakąś przypadkową bramę, podała mi rękę na pożegnanie, a ja zamiast ją chwycić i potrząsnąć, ująłem jej twarz w obie dłonie i przytuliłem nasze usta. Trwaliśmy tak przez dłuższy czas, wydawało mi się, że przestała oddychać. Jej ręce wbite w przestrzeń za moimi plecami, w końcu opadły mi na ramiona, zamykając w pierścieniu niepowstrzymanej bliskości.

Wracając do domu, czułem się dziwnie. Wcale mnie nie pociągała. Po prostu była normalna, zwykła mężatka, którą przygotowywałem dla Zygiego, geniusza-niewdzięcznika, którą przygotowywałem dla siebie, prawdopodobnie na jednorazowy, ale jakże wyjątkowy numerek. Coś jednak było nie tak. Czułem całym sobą, że coś jest inaczej. Ze mną? Z nią? Nie wiedziałem. W końcu to do mnie dotarło, że być może ona, właśnie ona, może zakończy wszystko. Odmieni bieg wydarzeń.

Nie widziałem się z Zygim już dobre dwa tygodnie, od tej pamiętnej nocy z Majką omijałem nasz dom, spałem u Szymka w akademiku. Współlokator Szymka zniknął wraz z nastaniem purpurowego nieba. Szymek, stary kolega z podstawówki, z którym ostatnie dni spędzałem na jego ulubionych czynnościach, czyli wspólnym graniu w gry sieciowe, lub trollowaniu lamusów na czatach wideo, przyjął mnie z otwartymi rękoma, gdyż nie znosił samotności. Jego współlokator wrócił do rodzinnej miejscowości, gdzie, jak uważałem,  zamierzał przeczekać nadciągający koniec świata, więc prawdopodobnie zrezygnował ze studiów i zajął się kopaniem ziemianek oraz gromadzeniem zapasów.

Mimo że Szymek był bardzo gościnny i właściwie mieszkanie u niego było jedną dobrą zabawą, wiedziałem, że muszę wracać i koniecznie się z Zygim rozmówić. Chciałem się podzielić tym, czego i tak nie odważyłbym się mu powiedzieć. W porę jednak uświadomiłem sobie, że nie mogę do niego wrócić sam. Przy Marysi nie będzie taki wylewny, nie zaleje mnie tą inteligentną gadką, po której będę miał tygodniowego moralniaka. Po prostu przyjdę z nią i wszystko się samo potoczy. Marysia była inna, niż wszystkie wcześniej, mimo że jej wewnętrzny płomień był stłumiony i chwiał się posępnie przy każdym podmuchu doświadczającego ją życia, tryskała energią, a oczy miała przepełnione nadzieją. Nasze spotkania były tak miłe, że nie mogłem się zdobyć, na pchnięcie tej sprawy dalej. Zmieniło się to, gdy opowiedziała mi o swojej siostrze.

O dziewczynie, która urodziła się inna, zupełnie jak Zygi. Po śmierci rodziców, Marysia opiekowała się nią przez dwa lata, co bardzo wpłynęło na jej małżeństwo. Siostra była niepełnosprawna umysłowo, ale Marysia nigdy jej tak nie nazwała. Środek między ową innością, o której mówiła w kontekście siostry, a popularnie określaną normalnością osób zdrowych, stał się dla niej punktem zerowym, na o wiele większej, niż powszechnie spotykana, skali akceptacji. Nigdy jeszcze w swoim życiu nie poznałem osoby, która pasowałaby bardziej do mojego brata. To że była mężatką, nic nie zmieniało. Takie rzeczy można  załatwić raz dwa, tym bardziej, że w jej związku pojawiła się przemoc i coraz częściej siła zastępowała nękanie psychiczne, a to już całkiem łatwo udowodnić.

Widywałem się z nią co kilka dni. Spotykaliśmy się w mniej uczęszczanych miejscach i spacerowaliśmy, rozmawiając o wszystkim. Intymność, której zaczynaliśmy doświadczać sprawiła, że niecierpliwie wyczekiwałem kolejnych spotkań. Zanim się obejrzałem, sam już nie wiedziałem, czego chcę. To była moja najdłuższa znajomość, podczas której nie przeleciałem obiektu swojego zainteresowania. Pozwalaliśmy sobie na pocałunki czy drobne pieszczoty, ale tylko w ich czułym kontekście, nigdy nie poszliśmy na całość, mimo że zacząłem odczuwać coś, co mnie ku niej pchało. Nie było tak jak wcześniej, kiedy skupiając się na doświadczaniu przyjemności, tęskniłem, by dotykać i być dotykanym. Zupełnie nowe uczucie, które prowadziło mnie inną, głębszą potrzebą bliskości.

Mimo wszystko postanowiłem sobie odmówić tego wszystkiego. Marysi mężatki, Marysi kochanki, Marysi przyjaciółki, dziewczyny, może przyszłego niesamowitego związku. Wszystkiego, czym mogła się dla mnie stać. Marysi, którą bardzo lubiłem, której było mi żal, na której mi zależało. Marysi, która mogła zainteresować się Zygim, być z nim, a nawet pokochać go. Mogła zmienić jego życie raz na zawsze, lecz w zupełnie inny sposób, niż zrobiła to Barbi, która przy pamiętnym ognisku, nie tylko jemu otworzyła oczy. Dojrzewając do tej sytuacji poczułem żal i ból, mimo perfidii mojego zachowania. Mogłem mieć prawie każdą, a on… Niewiarygodne, jak człowiekowi łatwo upaść i stać się czymś, do czego jeszcze chwilę wcześniej żywił największą pogardę.

Dni płynęły coraz szybciej. Szymek wyjechał do rodziny i mogłem spędzać z Marysią jeszcze więcej czasu. Pewnego wieczoru przyszła do mojego akademickiego azylu cała roztrzęsiona. Drobne siniaki, zaczerwienienia i otarcia wszystko tłumaczyły.

W jej mieszkaniu pojawił się alkohol, było grożenie bronią, bicie i krzyki. Policję wezwali sąsiedzi, a życzliwy funkcjonariusz poradził, żeby zniknęła na jakiś czas, bo mąż wróci jeszcze tej nocy, na pewno jeszcze zanim zdąży wytrzeźwieć.

Nie miała gdzie pójść, więc tę noc spędziliśmy razem. Jak na złość zepsuło się centralne ogrzewanie w budynku i ratowaliśmy się gorącą herbatą oraz grubym zielonym kocem. Nie zmrużyłem oka i to nie z powodu ogromnej ilości teiny, którą oboje przyjęliśmy gotując czajnik za czajnikiem. Obecność drugiej osoby otrzeźwiała znużone ciała. Nie musieliśmy rozmawiać. Głaskałem ją po włosach, a ona leżała obok, słuchając bijącego w mojej piersi serca.

Mimo że powinienem postarać się uczynić atmosferę lżejszą, opowiedziałem jej najsmutniejszą historię, jaką znałem, historię Zygfryda. Mówiłem szczerze, prawie niczego nie pomijając. Byłem pewien, że zrozumie mnie i wszystko, co mną kierowało, że wytłumaczy z chęci zmieniania niezmienialnego.

Po naszej wspólnej nocy nie widziałem się z Marysią przez dobry tydzień. Jej mąż szalał. Ktoś mu powiedział, że widział, jak wyszła z młodym fagasem. Ponoć co noc siedział w aucie pod domem i na mnie polował. Napisała, żebym nie przychodził i że on w końcu odpuści.

Odpuścił po niecałym tygodniu. Spotkaliśmy się w Ciemnej i długo cieszyliśmy niewinnym dotykiem dłoni. W końcu westchnęła głęboko i z całym smutkiem, który wymalowałem na jej twarzy podczas opowieści o Zygfrydzie, zwróciła się do mnie:

– Nic z tego nie będzie.

Znieruchomiałem i mimowolnie wstrzymałem oddech. Jej dłoń wysunęła się z moich, oczy zwilgotniały, wyglądała jakby każde słowo sprawiało jej ból. Mimo to nie zawahała się, tylko dokończyła:

– On ciebie zastrzeli, wielokrotnie to powtarzał… nie zgodzi się na rozwód.

– Nie boję się go – odpowiedziałem szybko. – Jak tak mówi, powinien się leczyć albo już siedzieć.

– Straszył, że cię wrobi. Tak wszystko ustawi, że pójdziesz siedzieć, za cokolwiek, prochy, pobicie, on znajdzie ofiarę, podrzuci towar… Ja go znam, jest do tego zdolny. Robert, on ma układy, znajomości.

– Nie boję się go – powtórzyłem powoli, patrząc w wątły blask jej zgaszonych oczu.

– Jest moim mężem – powtórzyła, widząc, że groźbami nic nie wskóra. – Nie zostawię go.

Zamknąłem oczy, czując, że mi się wymyka, zamknąłem je, jakbym mógł zatrzymać czas i w tym zatrzymanym czasie odnaleźć chwilę na wymyślenie jednego zdania, które zmieniłoby jej postanowienie.

– Ale twój brat – ciągnęła dalej, tak cicho, że ledwo mogłem zrozumieć jej słowa. – Bardzo mi smutno, że coś takiego go spotyka, gdy o tym pomyślę, naprawdę tak mi bardzo żal, że rozumiem cię i to, o co w tym wszystkim chodziło, po co to wszystko i jaki miałeś w tym cel. Z początku… czułam się wykorzystana, ale… przemyślałam to… to było fałszywe uczucie, podłe i egoistyczne. Pomyślałam sobie, jak się musi czuć i że mogłabym coś zrobić… dać mu coś, co chociaż trochę zmieni jego sytuację, coś, co sprawi, że uwierzy w siebie, sprawi, że poczuje się dobrze i wyjątkowo. Myślę, że mógłbyś mnie z nim umówić. Chociaż raz.

Otwarłem oczy. Upadając na dno porażki, doświadczyłem sukcesu. Już chciałem wtrącić, że to tak nie działa, że nie ma umawiania, wchodzimy razem, ona przystępuje do dzieła, a ja patrzę, ale w porę się powstrzymałem. Nie mogłem jej tego powiedzieć. Żerowanie na tym, co dzieje się z moim bratem, może ją przerazić, odrzucić. Na pewno tego już by nie zrozumiała, nikt by nie zrozumiał, sam tego nie rozumiem. Tak po prostu jest i tyle. Przecież nikt na tym nie traci i przez to nie cierpi, wręcz odwrotnie.

Niewdzięcznik.

Kiedy wszystko się zacznie, będzie łatwiej. Poczułem, że robi mi się gorąco w kroczu. Spodnie napięły się do granic wytrzymałości. Mógłbym się z nią kochać, mocno, chociażby w tej ciasnej ubikacji, zerwać z niej te ciuszki i zaspokoić tę pielęgnowaną ostrożnie chęć zemsty na mężu.

Zamiast tego skinąłem głową.

– Umówię was.

Przez kolejne dni zastanawiałem się, czy nie zjawić się u Zygiego. Szymek wrócił do akademika i wciągał mnie w coraz to nowe rozrywki. Popularne klony battle royale pochłaniały nam całe noce. We dnie snułem się jak cień, przemierzając drogę z akademika do sklepu i ze sklepu do akademika. Zajęcia w październiku jak zwykle sobie odpuściłem. Zygi prawdopodobnie zakuwał te swoje dwa kierunki równoczesne, a ja wciąż wypoczywałem.

Pewnego dnia po całej nocy grania wlokłem się do sklepu z ciuchami, mijając po drodze bibliotekę. Przypomniałem sobie, że Zygi wysyłał mnie zawsze po odbiór zamówionych książek. Coś mnie tknęło i wszedłem, podając numer jego karty. Wydali mi cztery zamówione przez internet pozycje o ekonomii i dwie o programowaniu w pythonie. Miałem teraz doskonały pretekst, by go odwiedzić, ale co z Marysią?

Nagły, przeciągły pisk opon wyrwał mnie z zadumy. Nim zdążyłem rozpoznać markę pojazdu, otwarły się drzwi i wypadło z niego dwóch podejrzanie wyglądających mężczyzn. Nie czekałem ani chwili, ściskając mocno torbę z książkami pognałem w kierunku parku, przerzuciłem torbę przez płot i przeskoczyłem go. Upadłem, ale szybko zerwałem się na nogi, zbierając rozsypane książki. Chwilę później byłem już po drugiej stronie skweru, za sobą słyszałem jakieś hałasy, nie oglądałem się, tylko pędziłem przed siebie. Zza pleców dobiegały krzyki, a spodziewałem się wystrzałów. Ustabilizowałem tempo i zmusiłem się do wysiłku. W końcu odgłosy ucichły i mogłem zwolnić, a potem całkowicie zatrzymać.

Nie miałem nawet pojęcia, czy te karki goniły właśnie mnie, wolałem jednak tego nie sprawdzać. Po krótkim odpoczynku ruszyłem dalej, uważnie się rozglądając, na najbliższym przystanku złapałem autobus, którym wróciłem do akademika.

Serce waliło mi w piersiach z taką mocą, że oddychanie było męczące. Co innego bieg na czas, a co innego walka o życie. W głowie tętniła mi tylko jedna myśl, że to były oprychy nasłane przez męża Marysi. Skoro raz mnie znaleźli, zrobią to ponownie. Spojrzałem na swoją wystraszoną twarz w lustrze i napełniłem dłonie zimną wodą, by zmyć niewygodne przerażenie, nie chciałem zdradzić przed współlokatorem, że się czegoś obawiam.

– Jakaś pani tu była, pytała o ciebie.

Woda nie dotknęła twarzy, zsunęła się z otwartych dłoni, które zawisły nieruchomo centymetry od zamkniętych powiek.

– Powiedziała, że nazywa się Maria.

– Mówiła coś? Jak się z nią można skontaktować? – starałem się mówić wolno i spokojnie, by głos mi nie drżał.

– Powiedziała, że dziś o szesnastej możesz do niej zadzwonić i że masz numer.

Zerknąłem która godzina, miałem jeszcze dobre trzydzieści minut.

– Coś jeszcze? – zapytałem.

– Tak.

– No…

– Ładnie pachniała.

Zimna woda chlusnęła mi w twarz, przez moment odpłynąłem w nicość, chłód odebrał głowie nagromadzoną w niej gorączkę. Studziłem myśli, uspokajając się powoli.

Znakomicie, doskonałe wyczucie czasu Marysiu.

– Jutro osiemnasta, okej? – mówiła cicho, lecz spokojnie, miękkim głosem, niemal aksamitnym. Dotykałem się po ustach, wyobrażając sobie, że szepcze czułości Zygiemu do ucha.

Postanowiłem nie wspominać o swojej przygodzie na mieście, to mogłoby ją wystraszyć i jeszcze zmieniłaby zdanie.

– Jak się czujesz? Wszystko w porządku? – zapytałem z nieudawaną troską.

– Tak, wszystko się uspokoiło, już o tym nie mówi, ale lepiej nie ryzykować.

– Jak się urwiesz jutro?

– Coś zaplanowałam, nie przejmuj się, będzie dobrze. Czy twój brat… czy będzie gotowy?

– Tak. On… tęskni, znów widziałem, jak ogląda filmy porno, wybiera te najbardziej naturalne, bez aktorek, tylko te nagrane amatorsko lub z ukrycia, żyje w tym swoim świecie podmienionych wrażeń.

– Nie musisz mi wszystkiego opowiadać. Mam nadzieję, że pomogę.

– Na pewno – odparłem szybko. – Sprawisz, że poczuje się coś wart, dasz najwspanialsze wspomnienia, które będzie w sobie pielęgnował, których nigdy nie zapomni, które będzie odtwarzał i na nowo przeżywał.

– Niby jak?

Milczałem.

– Robert? Jesteś tam?

– No jestem, ale miałem wszystkiego nie mówić.

– A, rozumiem. A ty?

– Ja?

– Co ty zrobisz?

– Ja będę patrzył – palnąłem bez zastanowienia.

– Nie o to mi chodzi – żachnęła się. – Nie przeszkadza ci, że ktoś inny, nawet twój brat, będzie mnie dotykał, całował i kochał się ze mną?

– Nie zniósłbym tego – odpowiedziałem powoli, ostrożnie dobierając słowa – gdyby to nie było on, mój brat, gdyby nie był taki, jaki jest, gdyby mu się to nie należało.

– A należy się?

Milczałem.

Odchrząknęła.

– Przyjdę do was o osiemnastej, do zobaczenia Robert.

– Do zobaczenia Marysiu.

Następnego dnia niebo wydawało się jeszcze bardziej czerwone niż zwykle. Krwista posoka ściekała po ramie okiennej, przesączając się przez brązowawe akademickie zasłony, by ostatecznie wyschnąć na dużej matrycy LCD, w którą wyposażony był monitor Szymka. Właściciel monitora chrapał w najlepsze. Nie budząc go, spakowałem się szybko i wyniosłem. Szymek nie wstawał przed dwunastą. Pół nocy spędzał na graniu, więc w ciągu dnia ładował akumulatory. Uczelnię, tak jak i ja, odwiedzał rzadko, nie marnując drogocennego czasu.

Mój pokój w domu Zygiego wyglądał dokładnie tak, jak go zostawiłem. Wyprane rzeczy walały się w plastikowych miskach po podłodze, w powietrzu unosił się smród gnijącej wody, kartony po pizzach tworzyły dwie krzywe wieże, a pomiędzy tym wszystkim zalegał sprzęt do ćwiczeń: hantle, sztanga do wyrabiania bicepsów i ta do rozbudowywania klaty wraz z ławeczką, na której robiłem też brzuszki. Nie miałem sił sprzątać. Rozpakowałem się i położyłem na łóżku, by odespać nocne granie. Spałem nieznośnie długo, jak nieżywy, obudziłem się za kwadrans osiemnasta i w pośpiechu udałem do łazienki. Wziąłem błyskawiczny prysznic i już miałem wrócić do pokoju, gdy zauważyłem flakonik kobiecych perfum oraz zestaw do makijażu. Cóż za nieostrożność – zganiłem się w duchu – musiało zostać po Majce. Zgarnąłem wszystko do ręcznika i wyszedłem z łazienki.

Przed drzwiami stała niemal naga, bo ubrana w sam skąpy fartuszek kuchenny, młoda dziewczyna. Oprócz fartuszka z wymalowaną na nim dziką łąką, odnotowałem dłuższe, bo za ramiona, rozpuszczone włosy. Spływały wzdłuż głowy, zasłaniając uszy i zakrywając część policzków oraz szyję. Ich brąz rozlewał się na ramionach, silnie kontrastując z jasnozieloną materią fartuszka. W lewej, jak mi się z początku wydało zakrwawionej, ręce trzymała nóż do siekania warzyw, krwią miała umazane udo i małe nagie stopy. Te szczególnie przyciągnęły moją uwagę, tak, że z trudem podniosłem wzrok na twarz. Kiedy to zrobiłem, oniemiałem.

Była ładna, lekko pyzata, z małym, zgrabnym noskiem i poderwanymi ku górze rzęsami, dodającymi uroku oczom, mrużyła je lekko, tworząc dwie efektowne zmarszczki na aksamicie skóry, tuż pod dolną linią rzęs. Zanim zakryłem się ręcznikiem, zdążyła mi się przyjrzeć, myślę, że właśnie z tego powodu jej usta napiął łuk bezczelnego uśmiechu, po którym przesunął się najpierw cień zażenowania, natychmiast ustępując śnieżnej bieli równych zębów. Przyglądała mi się zaciekawiona, ale bez strachu.

– O kurwa, ale to jest pojebane – odezwała się w końcu. – Miałeś się zjawić nagle, bez zapowiedzi i jesteś. Robert, prawda?

Kiwnąłem głową.

– Miało być ciastko, a jest niezłe w chuj ciacho – mówiła dalej, patrząc w miejsce, które ukrywałem za ręcznikiem i puściła oko.

– Widziałam twój pokój, niezły syf, ale sporo ćwiczysz, co?

Znowu skinąłem głową, że się nie myli, a ona wpatrywała się we mnie z apetytem.

– Kim ty jesteś? – odezwałem się w końcu.

– Patrycja, miło mi.

– A… co tu robisz? – zapytałem już wyraźnie zniecierpliwiony, napinając mięśnie klaty, jakby w efekcie naprężenia muskulatury, miała się co najmniej poślinić na mój widok.

– Sałatkę. O kurwa…

Naraz i do mnie dotarł swąd spalenizny, najwyraźniej w kuchni coś nie szło po jej myśli. W jednej chwili obróciła się na pięcie i zniknęła we wnęce po drugiej stronie przedpokoju. Podczas tego szybkiego ruchu lekka tkanina fartuszka uniosła się, utwierdzając mnie w przekonaniu, że dziewczyna zażywa tutaj daleko posuniętej swobody. Skorzystałem z okazji i czmychnąłem do siebie, ubrałem się błyskawicznie i niewiele myśląc, znalazłem się tuż za nią w kuchni.

– Masz, trzymaj. – Podała mi dymiący garnek, a sama wyciągnęła się na taborecie, by otworzyć okno dachowe, była jednak za niska.

– Sama trzymaj, ja sięgnę.

Zmierzyła mnie morderczym spojrzeniem, ale zeszła z taboretu, chwyciła ścierkę i złapała przez nią garnek.

– Chcesz się ze mną bzykać, czy co? – warknąłem, widząc jak patrzy się na mój tyłek.

– Nie dla psa kiełbasa – odparła bez cienia zażenowania. – Nie po to tu jestem.

– Nie po to, żeby się bzykać?

– Nie po to, żeby bzykać się z tobą. Mam w domu remont i napierdalają wiertarkami całą dobę, wypić kawy nie można w spokoju.

– A co to niby ma mnie obchodzić?

– Ciebie? A dlaczego ciebie?

– Bo ja tu mieszkam..

– No i co z tego? – żachnęła się. – Właściciel jest jeden i całkiem dobrze się pieprzy, a pobyt to właściwie mam już opłacony do końca miesiąca. Zresztą – dodała w zamyśleniu – nie wiem, czy nie zostanę na dłużej.

– Zygi? – Nagle odblokowała mi się jakaś zardzewiała klepka w głowie i wszystko stało się jasne. – Jesteś z nim? Jako jego dziewczyna?

Spojrzała na mnie zimnym, surowym wzrokiem.

– Uważasz, że to nie na miejscu?

– Niczego takiego nie powiedziałem.

– Ale pomyślałeś, przecież widzę.

– Gdybyś wiedziała… – zacząłem, chcąc się na Zygim odegrać, bo pewnie przekonana była, że rozprawiczyła chłopaka… tym większy będzie jej zawód.

– Co? – Uśmiechnęła się szerzej. – Zygfryd wszedł ze mną w układ, który bardzo mi odpowiada, kto wie, może coś z tego będzie. Mówił mi o tobie, więc luz. Mówił, że jesteś jebnięty, że mu przyprowadzasz dupy i patrzysz jak się z nim ruchają i że możesz przyprowadzić tu jakąś kolejną zdzirę…

– Jebnięty… zdzirę… – Tak mnie zaskoczyła, że całkowicie osłupiałem i doszedłem do siebie dopiero, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi.

Marysia…

Mogłem nie otworzyć, zadzwonić do niej i powiedzieć, że Zygi pojechał na jakiś zabieg, że mnie również nie ma, że coś ważnego wypadło, nie mogłem zadzwonić wcześniej, może udałoby się to jakoś uratować. Myślałem szybko, ale czas leciał jeszcze szybciej. Dzwonek rozległ się po raz kolejny. Spojrzałem na Patrycję. Uśmiechała się wrednie, unosząc wysoko brwi. Jak nie otworzę, zaraz zrobi to sama. Położyłem rękę na zamku i zerknąłem przez wizjer. Na klatce schodowej stało dwóch rosłych mężczyzn, przy nich Marysia ze spuszczoną głową, chyba płakała.

Nigdy wcześniej nie czułem takiego strachu. Zimna macka lęku ścisnęła żołądek, aż naszły mnie mdłości. Odstąpiłem od drzwi i zatoczyłem po przedpokoju, omal nie upadłem.

– Co się…?

Podniosłem palec do ust.

– Proszę otwórz, powiedz, że to pomyłka, że nie mieszka tu żaden Robert, oni mnie… ja mogę tego nie przeżyć… proszę.

Wredny uśmiech nie schodził jej z ust.

– Będziesz mi coś winien. – Zwietrzyła interes.

Nie czekając na odpowiedź, ukryłem się w swoim pokoju, zamknąłem zamek od środka, chociaż zdawałem sobie sprawę, że wystarczy porządne kopnięcie, żeby mnie stąd wyciągnąć. Nasłuchiwałem.

Patrycja otworzyła drzwi wejściowe, słyszałem że coś mówi, a po chwili nacisnęła klamkę od pokoju bez pukania.

Otworzyłem zamek.

– Możesz już wyleźć spod łóżka, poszli sobie.

– Co im powiedziałaś?

– Żeby spierdalali. Kto to był?

– Nie mam pojęcia – skłamałem. – Ktoś mnie wczoraj gonił, być może policja, ale nic nie zrobiłem.

– Frydziu miał rację, jesteś nieźle pojebany.

– Jaki Frydziu?

– Mój Frydziu a twój Zygi, Frydziu lepiej, nie uważasz?

– Nie.

Wzruszyła ramionami.

Wyszedłem z pokoju, zerknąłem na drzwi wejściowe, upewniając się, że nie stoi w nich jakiś smutny fagas i nalałem sobie wody z kranu. Opróżniłem szklankę, po czym nalałem drugą.

– Ustalmy coś, okej? – odezwała się z tyłu.

– Dawaj.

– Ja jestem z nim na serio i do czasu, kiedy się z nim pukam, nie chciałabym, byś sprowadzał tu inne dupy, przynajmniej tam. – Wskazała na ciężkie drzwi pokoju Zygfryda.

Milczałem, ale skinąłem głową, że rozumiem.

Zabrzęczał elektryczny zamek.

– Widzę, że już poznałeś Patrycję – głos Zygiego szydził już samą swoją barwą. Wózek potoczył się do kuchni i zatrzymał przy dziewczynie.

Niewdzięcznik.

– Te cudowne zapachy wywabiły mnie z nory.

Najwyraźniej był w doskonałym humorze.

Dziewczyna pochyliła się nad nim i pocałowała go w usta, ujęła dłoń i wsunęła sobie pod fartuszek. Zero zażenowania, czysta, dzika namiętność. Lubieżne spojrzenia cięły gęstą atmosferę kuchennej spalenizny. Błądził dłonią po jej cyckach, ugniatał je, aż omal się nie poślinił.

– Patrycja przez jakiś czas będzie z nami mieszkać. U niej jest remont, więc ma u nas azyl – odezwał się, gdy w końcu przestali się migdalić.

– Rozumiem, że u ciebie w pokoju?

– W jego łóżku, kurwa – wtrąciła szybko i położyła mu dłoń na udzie.

– Patrycja nie przebiera w słowach, ale…

– …ale to kręci twojego brata – znów się bezczelnie wtrąciła.

– Nie wątpię. – Nic mnie już nie mogło zdziwić.

– Mógłbyś oddać pilota? – Zygfryd wyciągnął rękę.

– Przecież muszę w razie czego móc tam wejść.

– Nie musisz – odpowiedział. – Patrycja będzie się teraz mną opiekować.

Bez słowa wróciłem do pokoju, odszukałem mały brelok z niebieskim przyciskiem i oddałem go bezczelnej dziewczynie. Wróciłem na łóżko i zacząłem zastanawiać, o co chodzi z Marysią. Dlaczego przyprowadziła tych osiłków? Miałem w ręku telefon, mogłem do niej w każdej chwili zadzwonić, ale coś mnie przed tym powstrzymywało. Jeżeli Patrycja ich zbyła, nie byli wystarczająco zdeterminowani. Jeden z nich był z pewnością mężem Marysi. Przypomniałem sobie nasze ostrożne pieszczoty, pocałunki, wszystko to, choć z pozoru niewinne, mogło stać się doskonałą pożywką dla zazdrosnego męża. Nie, nie przeleciałem jej, ale zrobiłem coś gorszego. Jej łzy świadczyły o tym, że zmusili ją, by tu razem z nimi przyszła. Obecność Patrycji wszystko im popsuła. Najwyraźniej Marysia nie umiała kłamać. Dali mi spokój, bo uwierzyła, że podałem fałszywy adres. Nie były to więc łzy zdrady, lecz męka odrzucenia. Zależało jej na mnie, a mnie… mnie nie wolno do niej wrócić.

Ciemna była spalona. Adres pod którym mieszkałem również. Wprawdzie niby okazał się fałszywy, jednak przez jakiś czas mógł być pod obserwacją. Zaszyłem się w pokoju i słuchałem jak od czasu do czasu Patrycja krząta się po kuchni, przygotowując Zygfrydowi posiłki. Dwa razy zamówiłem pizzę, ale szybko mi zbrzydła, lęk przed konsekwencjami nie pozwolił jednak opuścić mieszkania, nawet nie zbliżałem się do okien. Siedziałem w necie i zastanawiałem się, ile czasu jeszcze powinienem odczekać.

Oglądając przez bite trzy dni telewizję, odkryłem w sobie podatność na dwa rodzaje nowych podniet.

Po pierwsze: krzyczące tenisistki. Nie figury, kuse spódniczki, tylko ten spocony temperament w głosie. Te okrzyki przy odbijaniu piłki, obnażające intymność siły tych kobiet, którą można by spożytkować rozkoszniej, w sposób, który wymyślić mogła tylko moja zdrożona nudą wyobraźnia. Obejrzałem wszystkie mecze i mógłbym je oglądać bez końca.

Po drugie: retransmitowany konkurs Szopenowski i te kobiece twarze. Nieważne jaka rasa, Azjatka czy biała. Zastanawiam się czy one to ćwiczą przed lustrem, ale nie, bo przecież przez większą część koncertu oczy pozostają zamknięte. Twarze tych kobiet wyrażają uniesienie zbliżone do orgazmu, a nawet ekstazy. Tak, widziałem u kilku kobiet niemal identyczne elementy mimiki i od razu skojarzyły mi się w ten sposób. Jest w nich coś z walki o kontrolę. Jest coś z niemej poetyki bitwy umysłu z fizycznością. Do głowy przyszła mi od razu męka duszy, która miota się w orgazmicznym tańcu ciała. Patrzyłem i czułem jak rośnie we mnie podniecenie, wyrafinowane, niemal intelektualne.

Nagle weszła Patrycja. Znowu nie zamknąłem drzwi. Szarpnąłem się, chwyciłem pilota i wyłączyłem telewizor

– Znowu pornosy? – spytała tym swoim nieustannie triumfującym tonem. Milczałem, bo z jakiegoś powodu koncert Szopenowski wydawał się bardziej wstydliwy niż wyuzdana scena z Mią Khalifą. Niech sobie triumfuje, niech cieszy się póki może, póki Zygfryd ją akceptuje i nie czuje tego potężnego impulsu do zmiany. Nic tak bowiem nie uzależnia, jak częsta zmiana partnera. Nic mężczyźnie nie daje takiej satysfakcji, jak częste dobieranie nowych atrakcyjnych kobiet, przecież prędzej czy później… musi to poczuć.

– Mógłbyś coś pokazać, lubię dobre porno.

Doskonale wiedziałem, że się naigrywa, po co więc robiłem sobie jakąś nadzieję? Siadła koło mnie na kanapie i sięgnęła po pilota.

– Czego chcesz? – spytałem ponuro.

– Obiad przyniosłam.

Odwróciłem się i dostrzegłem na stoliku talerz. Ciągle mnie zaskakiwała. Żołądek już przykleił mi się do kręgosłupa, nie było opcji, żebym się powstrzymał. Chwyciłem talerz i pochłonąłem wszystko na jej oczach. Włączyła telewizor i ostatni oglądany kanał, czyli koncert.

– Taki meloman jesteś?

– Jak chuj – odpowiedziałem na jej modłę, co wyraźnie się jej spodobało.

– A czemu leci bez dźwięku?

Wzruszyłem ramionami i zerknąłem na zegarek.

– Zygi śpi?

– Tak, zdrzemnął się.

Z pełnym żołądkiem poczułem przypływ sił, obudziły się też szatańskie pragnienia.

– Chciałabyś się bzyknąć? – rzuciłem luźny pomysł, gapiąc się na jej nogi.

– …ale ty wiesz, że on to przewidział? A może wy się po prostu umówiliście?

– Nie rozumiem.

– Powiedział, że mi to zaproponujesz, nie był tylko pewny, czy dziś, czy w ciągu kilku następnych dni.

– Ach tak… – odparłem zmieszany. – A przewidział też, co mi odpowiesz?

– Nie byłby w stanie – warknęła. – Jestem nieprzewidywalna.

– Też tak myślałem, do teraz.

Siedzieliśmy obok siebie na kanapie, gapiąc się, jak jakaś Azjatka znęca się nad biało-czarną klawiaturą Steinwaya. Patrycja była ubrana w za duży T-shirt i majtki, tym razem turkusowe. Kontrast tego koloru z opalonymi udami szybko przyciągnął moją uwagę. Zsunąłem się po nich po same stopy… subtelna kostka, ładne, symetryczne palce. Narastała we mnie chęć dotknięcia, przesuwania dłoni po spodniej części tych stóp, jej skóra wygląda na niezwykle delikatną, łydki były dość wydatne, ale właściwie takie podobały mi się bardziej niż jakieś szczupłe, ciasno opięte skórą szprychy rasowych modelek.

Siedziała jak dziecko ze stopami przy pośladkach, ruszała udami i bawiła się pilotem. Nie mogłem się już skupić na Azjatce, bezczelna nagość jej nóg oślepiała.

– Zobacz, jakie miny robi ta pianistka.

Spojrzałem na Patrycję zaskoczony.

– Jakby była blisko, kurwa, już wiem czemu to oglądałeś. Jesteś dokładnie tak pojebany, jak mówi Frydzio.

Ciekawe, czy jak przełączę… wyrwałem jej pilota i przerzuciłem na tenis kobiet.

– Okej, dawaj – przyjęła wyzwanie ze śmiechem. – Zaraz ci powiem, co w tym widzisz.

Jak na złość mecz odbywał się w całkowitej ciszy

– Niezłe mają tyłki – odezwała się, zerkając na mnie. – Ale to nie to… nie to… hmmm…

W tym właśnie momencie Tereza Martincova, podczas dłuższej wymiany piłek z Dayaną Yastremską, zaczęła wydawać dźwięki: pół sekundy przed każdym uderzeniem, głośny okrzyk.

– Wiem! – wykrzyknęła. – Chodzi o nadgarstki.

Uśmiechnąłem się z triumfem.

– Te napięte nadgarstki, zaciśnięte na uchwytach rakiet dłonie, wyglądają jakby obejmowały penisa, każda ma swojego.

– Podziwiam wyobraźnię, ale nie trafiłaś – skwitowałem, poklepując niewinnie jej nagie kolano.

Odwróciła się i popatrzyła prosto w oczy. Miała pociągające orzechowe spojrzenie. Zaraz ją…

– Kurwa, ty mi uwierzyłeś!

Poczułem się zbity z tropu.

– O co ci, kurwa, chodzi?

– Naprawdę łyknąłeś to o nadgarstkach, Pączusiu.

– Pączusiu?!

– Frydzio tak o tobie mówi, od tego pakowania z chudzielca zrobiłeś się pączusiowaty.

Wzruszyłem ramionami.

Złączyła dłonie i objęła rękoma nogi w kolanach, zaczęła się kołysać, uderzając co chwila nimi w moje biodro. Od tego kontaktu poczułem, że mi staje.

– Wiem doskonale, że kręcą cię te krzyki. To jest takie pokręcone, że do ciebie pasuje jak ulał.

– Co z tobą nie tak? Jesteś atrakcyjna, inteligentna i pieprzysz się z kaleką.

Nie czekając na odpowiedź, położyłem rękę na jej udzie i przesunąłem w kierunku majtek. Natychmiast chwyciła ją zimną jak lód dłonią, zdjęła i położyła mi na kroczu.

– Tak będzie ci przyjemniej. Nie próbuj drugi raz, bo ci przypierdolę.

– Nie mogę cię rozgryźć, inne rozpracowałem bez problemu, a ty? Ty się wymykasz, nie mieścisz w żadnym schemacie. Skąd u diabła on ciebie wytrzasnął?

Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się, jakby właśnie przełknęła smakowity komplement, a może właśnie tak było?

– Może kiedyś się dowiesz, na razie mam ci nie mówić.

– Ha, czyli jednak on tutaj rządzi.

– Poprosił mnie o to idioto, zresztą nie chcę ci mówić, bo nie zasłużyłeś.

– A co mam zrobić, by zasłużyć? Wylizać ci? Zapłacić? Nie wiem. Odkąd niebo stało się czerwone, wszystko idzie dużo łatwiej, przynajmniej szło, zanim poznałem ciebie.

– Ciekawe jakbyś się wytłumaczył przed tymi kolesiami, których spławiłam, gdyby mnie tu nie było. Możesz powtórzyć co z tym niebem, bo nie za bardzo łapię?

– Dałbym sobie radę, najwyżej by mnie sponiewierali, ale pewnie już bym nakręcał kolejną panienkę Zygiemu i znowu bym poruchał i on by poruchał, byłoby…  jak wcześniej. Nie wiem, po co w ogóle o tym z tobą gadam.

– On sobie jeszcze dzisiaj porucha, ale twoje ruchanie stoi raczej pod dużym znakiem zapytania.

Odwróciłem głowę w kierunku okna, ale było zasłonięte roletą, musiałem się zamaskować i zaciemniłem pokój. Wstałem i ją podniosłem. Oślepiający blask zachodzącego słońca poraził mnie w mgnieniu oka. Czerwona jak piekło poświata płonęła mi w oczach, nawet, gdy przymknąłem powieki.

– Piękne jest to czerwone niebo, a podczas zachodu jest jeszcze piękniejsze – pomyślałem na głos.

– Zaczynam się zastanawiać, czy twoje pojebanie nie ma czasem podłoża psychiatrycznego.

– Mów co chcesz, ale ja mam swoje teorie na temat zaczerwienienia, niektóre się doskonale sprawdziły, a nie oglądam wcale telewizji ani nie słucham radia, gazet też nie czytam, po prostu mam swoje zdanie.

– Zaczerwienienia czego?

– No ogólnie, tego, co nas spotkało.

– Mówisz o pieprzonych narodzinach?

– O jakich narodzinach? Mówię o niebie.

– O niebie? Zachód słońca zwykle jest czerwony, od kiedy tylko pamiętam, to chyba ma coś wspólnego z rozpraszaniem fali świetlnej, ale mogę się mylić.

– Masz mnie za czubka? Przecież to oczywiste, że nie chodzi mi tylko o tę chwilę, tylko o ogół, cały ten czas.

Patrycja znieruchomiała, jej nagie nogi zetknęły się teraz z moim biodrem.

– Pomału zaczynam rozważać przespanie się z tobą.

Spojrzałem na nią zdziwiony.

Poprawiła włosy, rozprostowała nogi i przeciągnęła się rozkosznie, odsłaniając majtki i prezentując pępek, który wychynął spod koszulki.

– Po prostu nigdy nie byłam z osobą chorą psychicznie… a jak wiesz, niepełnosprawności mnie kręcą.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Ależ to jest dobry tekst!

Jest tu mnóstwo świetnych pomysłów – od ogólnoświatowego zjawiska atmosferycznego, które budząc millenarystyczne lęki popycha ludzi ku większej śmiałości oraz zmysłowości. Po prywatną sytuację głównego bohatera, jego zagmatwaną relację z bratem i próby uszczęśliwiania go na siłę, kosztem kolejnych kobiet. Jest i intryga kryminalna, a w końcu pojawia się Patrycja, wprowadzając jeszcze więcej szaleństwa do tego i tak już mocno zwariowanego uniwersum.

Bardzo chciałbym zobaczyć film na motywach tego opowiadania. Byłby wysmakowany estetycznie, pokręcony jak dzieła Davida Lyncha, ze skrzącymi się humorem dialogami. Myślę, że na ekranie ta historia zadziałałaby jeszcze lepiej.

Na razie jednak, póki teksty z Najlepszej nie są jeszcze (zbyt często) ekranizowane, cieszmy się tym, co napisał VBR. A jest się w czym rozsmakowywać!

Pozdrawiam
M.A.

Ależ to jest dobre! Dla takich opowiadań warto odwiedzać to miejsce! Najlepsza, Autorze, chapeau-bas!

Interesujące, barwne, zwariowane, czytało się rewelacyjnie! Niby kilka poważnych tematów do przemyślenia, a wszystkie podane bardzo rozrywkowo i w sposób zapadający w pamięć. Nie widzę tam tylko wspomnianego przez Aleksandra uszczęśliwiania na siłę, jak dla mnie Robert jedynie perfidnie wykorzystywał brata… co zresztą wypunktował sam zainteresowany,

Uśmiechy

A.

Przyznam, że dawno się tak dobrze nie bawiłem – czytając tekst na NE. To jest bardzo dobre, udało Ci się stworzyć barwną i bardzo nieoczywistą opowieść. Masz talent do pisania lekkich dialogów, którego szczerze Ci zazdroszczę. Ma się wrażenie, że postacie są obdarzone dużym poczuciem humoru, takim w angielskim stylu.

Sama warstwa fabuły jest dla mnie wykorzystaniem klasycznego motywu przewijającego się w literaturze od mniej więcej Kaina z Ablem, a może nawet jeszcze wcześniej.
Wydaje mi się dość wątpliwym, by tutaj ów brat miał jakieś znaczenie, obstawiałbym w kontekście końcówki, że nie wiemy wszystkiego na temat Roberta. Bo skoro niezwykłe niebo nie istnieje, skąd pewność, że istnieje cokolwiek? A może ów brat również jest wytworem bardziej złożonego problemu bohatera?

Tyle pytań, tak mało odpowiedzi. 🙂
5.
Lis

Napisz komentarz