Głęboka podczerwień 2 (VBR)  4.85/5 (26)

37 min. czytania

Nickolas Sushkevich, „Inna”, CC BY-NC-ND 2.0

Jej szczupła, jedyna w swoim rodzaju, pachnąca rumiankiem dłoń skupiła się na uważnej analizie mięśni mojego brzucha, przesuwając po nim palcami, odgrywała nieme przedstawienie, niezrozumiałą dla mnie sztukę. Napięcie, które jeszcze przed kwadransem naciągało niebezpiecznie cięciwę pragnień, tuż po wypuszczeniu strzały zelżało zupełnie, zmieniając dobrze wygrzany piec mojego ciała w zastygłą bryłę wyrzeźbionych mięśni. Pot, którym lśniła skóra zamarzł, więc najpewniej odgrywała rewię na lodzie. Paznokcie rysowały tafle mojej wrażliwości, przyprawiając o dreszcze, jej wielkie, niebieskie oczy i wydatne usta samym swoim wyglądem ciężko pracowały nad tym, by na nowo rozniecić żar w ognisku wyobraźni. Gdyby tak rewia przesunęła się o kilka centymetrów niżej, to kto wie.

– Dlaczego tak często mówisz o bracie?

Spojrzałem na nią zaskoczony. Milczące piękno przemówiło. Naga kraina łagodności nawiązała w końcu werbalny kontakt. Po godzinie wysłuchiwania jej westchnień, jęków, partykuł i biernych imiesłowów przymiotnikowych, tak rozwinięte pytanie błyskawicznie wytrąciło mnie z cudownego, paraseksualnego delirium.

Policzek, przyklejony do skóry na mojej klatce piersiowej, ani drgnął. A może tego po prostu nie zauważyłem? Nie mogła się przecież odezwać, nie ruszając wcale tymi cudownymi ustami.

– Mi to nie przeszkadza, ale to trochę dziwne. Wiem, że on jest dla ciebie ważny, ale gdy tak w kółko o nim mówisz, choć to głupie, czuję się zazdrosna, bo w końcu to mój, przepraszam, nasz wieczór – wyrzuciła z siebie, miotając poszczególne słowa z prędkością karabinu maszynowego, a usta ledwie drgały.

Zamiast odpowiedzieć, wsunąłem dłoń w jej włosy, wdrapałem się po same cebulki i poprawiłem na poduszkach. Nie takiej odpowiedzi oczekiwała. Kiedy wywarłem ostrożny nacisk, by zsunęła głowę niżej, zawiesiła się na chwilę. Mimo to po upływie kilku nieznośnie długich sekund poczułem upragnioną wilgoć języka. Nie brała głęboko, raczej płytko, ale ruszała językiem sprawnie, cały czas urozmaicając dłonią oralną pieszczotę. W końcu zrobiło się bardzo miło.

– Zygfryd na to zasłużył, wiesz? – odpowiedziałem nagle, ryzykując, że wyjmie go z ust i czysta rozkosz, która zaczynała mnie powoli połykać, pryśnie jak zbyt napompowana bańka mydlana, pozostawiając samemu sobie na chłodzie temperatury pokojowej mieszkania.

– Nie z nim jestem w łóżku.

– To nie ma znaczenia – odparłem, już żałując, że się odezwałem. – To mój brat, przyjaciel i ktoś…

Włączył się alarm w zegarku. Pora na pastylkę.

– No co ty… viagra? – Przyglądała się zaskoczona, jak wsuwam do ust niebieską tabletkę.

– …ktoś, kto uratował mi życie – dokończyłem. – Od niego to mam, to luteina z zeaksantyną, ściągnął dla mnie z Japonii.

– …i od tego ci staje?

– Od tego widzę, jak piękne masz oczy.

– No weź… przestań czarować – mówiąc to, była naprawdę piękna. Błękit jej spojrzenia paraliżował chłodem, podczas gdy gorące, pełne słońca usta rozpalały nie tylko wyobraźnię. Patrzenie na nią było hartowaniem woli i wciąż miałem uczucie, że skądś ją znam, gdzieś już ją widziałem, a może po prostu… byliśmy sobie przeznaczeni?

– Chodzi o kolor.

– Kolor?

– Kolor niebieski, jakiś czas temu przestałem go widzieć.

– I bierzesz niebieskie pastylki, by to naprawić? Co to jest? Ale naprawdę, przyznaj się! To M&M’sy?

Zasłużyła na klapsa, ale wyborny tyłek chowała sprytnie pod kołdrą. Leżała na moim ramieniu, więc mogłem tylko zagrać palcami na bębnie jej pośladków.

–  Zygfryd mnie zdiagnozował w Internecie. Nawiązał kontakty na jakimś forum lekarzy, wysnuł teorię, przeprowadził eksperyment i znalazł lek.

– O… brzmi ciekawie. Znów ten twój brat, to jakiś superman, może powinnam się spotykać z nim, nie z tobą, tyle o nim mówisz, że zaczyna mnie coraz bardziej intrygować.

– Nic z tego – odparłem z triumfem. – Zygfryd ma Patrycję.

– Jest żonaty?

– Nie, to jego dziewczyna.

– Phi! Wielkie mi coś, dziewczynę można zmienić.

– Patrycji nie da się zmienić, jest… specyficzna. Zresztą, ja już z tym skończyłem.

– Z czym dokładnie?

– Z podsuwaniem dziewczyn bratu.

– Z podsuwaniem, czy z posuwaniem? – spytała przewrotnie.

Spojrzałem na nią zaskoczony.

– No co ty… przecież nigdy bym tego nie zrobił.

– Wszyscy jesteście tacy sami – odparła, całując mój sutek. – Wciąż tylko kłamiecie, a im bardziej kłamiecie, tym bardziej jesteście słodcy.

Po tej wymianie zdań kochaliśmy się, powoli, ale z zapamiętaniem, nic więcej nie mówiąc, ciesząc się sobą i tym, że nasze ciała nie potrafiły kłamać, tylko lepiły się do siebie w jednej z najszczerszych prawd namiętności.

Po wszystkim, kiedy się już ubrała, oświadczyła, że to była nasza ostatnia noc, że jestem dobrym kochankiem, choć bez przesady i że jestem łatwy, każda może mnie wyhaczyć i wyruchać, bez zbędnych ceregieli. Zanim zdążyłem zebrać myśli po tym niespodziewanym przemówieniu, wspomniała jeszcze, o tych kilku wspólnych nocach, że nie żałuje, ale nie była ze mną dla przyjemności. Skoro jednak przyjemność była tego wszystkiego częścią, wypada nam obojgu się cieszyć, bo było git.

– Za kilka dni, około osiemnastej, hotel Campanile Varsovie na Towarowej, zapamiętaj. Numer pokoju dostaniesz esemesem. Zrób sobie przysługę i bądź na czas.

Puściła oko i otwarła drzwi, czekając, aż się zbiorę i opuszczę jej apartament. Ubrałem się szybko w milczeniu. Przed wyjściem nie wytrzymałem.

– Ja ciebie chyba… daj temu szansę.

Pokiwała głową

– Jesteś żałosny! Nie wiem, co ona w tobie widzi.

Wyprosiła mnie gestem.

– Kto widzi? Kto tam będzie?

– Niespodzianka.

– Nie pójdę, jeśli się najpierw nie dowiem.

Rozbawiło ją to.

– Nie dowiesz się nigdy, jeżeli nie pójdziesz – skwitowała.

Wyszedłem zły. Postanowiłem nie grać w grę, której reguł nie znałem. Niech sobie organizuje ślepe randki, spotkania w ciemno z niewiadomo kim, w dowolnych hotelowych pokojach, ja się na to nie piszę!

Oczywiście, że chodziło mi po głowie kilka imion. Wygląda na to, że któraś z ostatnio poznanych koleżanek postanowiła mi coś udowodnić. Kinga? Natalia? Może Edyta? Oczywiście mogła to być też Patrycja. Ostatnio nie mieliśmy okazji porozmawiać, może razem z Zygim, nawiązując do minionych zdarzeń, postanowili utrzeć mi nosa?

Esemes przyszedł o siedemnastej. Pokój trzynasty. Nie miałem pojęcia, co by mnie tam czekało, gdybym zdecydował się pójść. Pewnie nigdy się nie dowiem, jeżeli nie zaryzykuję. Właściwie to nie wiedziałem, co mam do stracenia. Chyba nic.

Ubrałem się szybko i po chwili maszerowałem już w kierunku ulicy Towarowej. Hotel wyraźnie odznaczał się swoją nowoczesną konstrukcją na tle miasta, w środku okazał się bardzo gustownie urządzony, w dobrze zrozumianym stylu modernistycznym.

Wszedłem i z uśmiechem na ustach rozsiadłem się wygodnie w fotelu w holu. Kątem oka obserwowałem recepcjonistkę, nie może wszystkich gości znać z widzenia, bo są tu zmiany, ale przecież nie zapytam, jak mam trafić do pokoju. Udawałem przez jakiś czas, że pochłonął mnie ekran smartfona i już po chwili zajęła się nowym gościem. Rozejrzałem się po holu, wstałem i podszedłem do półek z kwiatami, zgodnie z opisem korytarz obok prowadził do wind. Przy windach były schody. Przed samą trzynastką zatrzymałem się w miejscu. Wystarczyło zapukać i pewnie wszystko stałoby się jasne. Co się kryło za tymi drzwiami? Był tylko jeden sposób.

Drzwi otwarła dobrze mi znana, wysoka blondynka. Przez chwilę wydawała się być tak samo zaskoczona moją obecnością, jak ja tym, że zastałem tu właśnie ją. Muszę przyznać, że po tej całej sytuacji z jej mężem, dałem sobie spokój i całkiem wyrzuciłem tę opcję z głowy. Ruchanie ruchaniem, ale z nią sprawa komplikowała się dalece powyżej akceptowalnego poziomu ryzyka.

– Cześć – powiedziała, spuszczając wzrok i zapraszając mnie do środka. Wszedłem bez zastanowienia. Czyżby przyszedł właśnie ten moment, w którym miałem skonsumować tak pieczołowicie przygotowaną wcześniej potrawę? Trochę to creepy, że dziewczyna tak podstępnie i na siłę zorganizowała spotkanie. Musiała mnie bardzo polubić… może nawet już jest rozwiedziona… ale przecież się z nią nie hajtnę. Ewentualnie mogę dać trochę ciepła i bliskości, wysłuchać, mogę ją bzyknąć, a nawet zrobić to w taki sposób, żeby jej przede wszystkim było dobrze, ale… nic więcej. Właściwie to po dzisiejszej nocy powinienem już z nią zerwać, wypływamy na zbyt głębokie wody, pora dobić do brzegu i wyjaśnić sobie kilka rzeczy. Jej wygląd, choć nie jest oszałamiający i żadna z niej modelka, wzbudzał we mnie miłe doznania, czułem erekcję. Zbliżyłem się, by ją przytulić. Pozwoliła na to, choć nic nie było jak przedtem. Wyczułem nieobecny wcześniej dystans,. Dotknąłem jej dłoni, ramienia, barku. Roztopimy ten lodowiec – pomyślałem.

W pokoju panował mrok. To nawet dobrze, za chwilę oboje skupimy się na tym, co najważniejsze. Nie chciałem wypytywać jej co i jak, to wszystko przecież nie było istotne, ważni byliśmy tylko my i nic innego się nie liczyło. Moja dłoń była jak wąż, wsunęła się pod jej bluzkę, wiła w cieple skóry, ocierała o biust, niby przypadkiem drażniła sutki, wyczuwałem ich twardość, pełzła od jednego do drugiego, a potem w dół, pokonała granicę majtek i tę jeszcze niżej.

Lewar w kroczu rozpychał dżinsowe spodnie, mocniej się już nie dało. Wyobrażałem sobie, że puls przerywa tkaninę i uderzam nim w jej miękką skórę na brzuchu… i nagle to się stało, nie, spodnie nie pękły, lecz ona to zrobiła, dłonie odpięły guziki spodni, zsunęły je z bioder i wypuściły go na wolność. Wycelowany w podbrzusze kobiety sterczałem spokojny, gotowy.

– Marysiu… – wątły, niemal piszczący głos doszedł z głębi pokoju.

Odwróciłem głowę, usiłując przeniknąć wzrokiem gęstniejący mrok.

– Marysiu… – Nie, nie przesłyszałem się, głos się powtórzył, a Marysia jak na komendę przestała mnie dotykać. Pociągnęła mnie w stronę łóżka, pchnęła na nie. Wtedy ujrzałem na posłaniu kształt, leżała na nim dziewczyna, może dziecko…

– Jest pełnoletnia – oznajmiła Marysia, jakby czytając mi w myślach.

– Kto to? – zapytałem szeptem, jakbym bał się, że kogoś obudzę.

– Renata, moja siostra. Pamiętasz, opowiadałam ci o niej. Chcę, żebyś to z nią zrobił, to może być dla niej jedyna okazja i wiesz… takie niepowtarzalne doświadczenie, które będzie w sobie pielęgnować do końca życia.

Wpatrywałem się w milczący, ledwo widoczny, kształt na łóżku, zbierałem myśli, czułem się wykorzystywany, ale z drugiej strony, próbowałem ją zrozumieć, przecież nie robiła tego dla siebie, tylko dla niej, jak ja dla Zygfryda. Siedziałem, podpierając się ręką, prącie wciąż sterczała jak wyrzutnia Katiusza, wciąż byłem gotowy.

– No już, pocałuj ją. – Marysia popchnęła mnie ku siostrze. Wytrzeszczałem oczy, ale było za ciemno.

***

Szkoła podstawowa jakoś minęła. Oczywiście patrzyli dziwnie, dokuczali, wciąż musiała szukać własnych rzeczy, bo niby same ginęły, a ponieważ wszystko robiła wolniej, wszędzie się spóźniała. Gimnazjum przeleciało, do liceum nie poszła. Pracę dostała w firmie chemicznej, sprzątała pomieszczenia robocze. Później ją zwolnili, właściwie bez powodu i przyjęli w małej księgarni. Nauczyła się obsługiwać kasę fiskalną, nosić książki i je układać, powierzono jej również przygotowywanie zamówień, ale też ją szybko zwolnili, niby redukcja etatów. Później jeszcze były dwa różne sklepy, trzy kursy i praca podczas wakacji przy roznoszeniu ulotek. Umiejętności? Żadnych specjalnych nie posiadała, albo raczej same niespecjalne, lub niespecjalnej troski. Nie radziła sobie z presją czasu, była zamknięta na każdą komunikację międzyludzką, nie potrafiła pracować w zespole. Całkowicie nieodporna na stres, nie umiała się odnaleźć w żadnej z możliwych sytuacji. Nigdy nie nauczyła się obsługiwać office, nie zrobiła prawa jazdy, nie czuła się odpowiedzialna, ambitna ani kreatywna, co więcej nie miała potrzeby, by taką być. Co pozytywnego mogłaby o sobie napisać? Może to, że ceniła spokój. O tak, spokój ponad wszystko. Najlepiej w szczelnie zamkniętym pokoju, choćby takim, jaki ostatnio wynajęła od Pani Genowefy, gdzie nic jej nie przeszkadzało, no może poza sporadycznymi uwagami staruszki. Czy coś więcej? Może jeszcze, że była przedsiębiorcza, nie tak otwarcie, ale tak w sobie, jakoś tak kiedyś poczuła, że jest oszczędna, nie była jednak pewna, czy taka była naprawdę, czy tylko to sobie wmówiła, wcześniej wiele rzeczy sobie wmawiała. Może jeszcze, że starała się dbać o siebie, że nie narzucała się nikomu, nawet siostrze, że nie chciała jej ani nikogo innego zanudzać sobą i w ten sposób krzywdzić. Uwielbiała czytać, oglądać filmy, ale tylko w samotności. Nie potrafiła zapanować nad emocjami i prawie na każdym płakała, nawet wtedy, gdy wszyscy inni się śmiali. Lubiła słuchać muzyki, choć ta całkowicie ją rozbierała i później potrzebowała czasu na uspokojenie. Uprawiała sport, choć nie do końca. Nie mogła się zmusić do wysiłku, chyba, że chodziło o gry planszowe, mogła godzinami bawić się na polach przesuwając pionki, lub figury na szachownicach, które wpadły jej w ręce.

Szachy nie były grą, były lekturą, powieścią wydaną w nieskończonej ilości wersji. Przeczytała wszystkie książki o szachach, które dostępne były po polsku, w zagranicznych czasopismach oglądała diagramy, te stanowiły uniwersalny zapis treści, do której dobrać się mogła bez względu na język. Figury przesuwały się jej przed oczami jak żywe. Pionki handlowały ze sobą, pracowały w sklepach, fabrykach, spieszyły się na swoje zmiany, mijając w nieskończonym wyścigu na szczyt, by stać się kimś, figurą. Szczwane skoczki kombinowały, jak pójść na skróty, nie męcząc się specjalnie, tylko przeskakując trudności i problemy i tym przeskakiwaniem zaskakując. Gońce starały się pilnować porządku, mogły więcej niż inne. Hetman była kobietą, najtrudniej było przewidzieć, co zrobi, a robiła wszystko, by posiąść króla, zmusić go do poddania i uległości. Czasem przy tym ginęła, ale jej siła wzbudzała zazdrość. Renata obserwując zapis każdej z rozgrywek z niecierpliwością czekała, aż Hetman wejdzie do gry. Wtedy robiło się dziko i przyjemnie. Życie między polami nabierało rumieńców. Taniec przechodził w walkę, walka w pocałunek, pocałunek w pieszczotę. Co się tam między królem a hetmanem nie działo… zawsze, gdy sobie o tym pomyślała, robiło się jej przyjemnie ciepło, czasem wychodziły rumieńce, szybciej oddychała, dostawała dreszczy.

Analizując pojedynki mistrzów, doświadczała prawdziwej ekstazy. To, co działo się między figurami autentycznie ją podniecało. Potrafiła siedzieć godzinami, analizując partie, a gdy wstała, pierwsze, co robiła to zmieniała trzęsącymi się rękoma mokre majtki. W końcu seks zaczynał się w mózgu. U niej tak było od zawsze, tyle że tam się zaczynał i kończył. Nic innego na nią tak nie działało, tylko zapisy partii, choć sama nigdy nie zagrała.

Poza szachami mogła pochwalić się ośmioma nieudanymi rozmowami o pracę, powolnym składaniem słów podczas budowania wypowiedzi, brakiem intuicji w rozmowach z innymi i ogólnym przewidywaniem tego, co może się zdarzyć poza szachownicą. Co gorsza, wystarczyło, że bardzo jej na czymś zależało i natychmiast traciła na to szanse. Nie potrafiła wykorzystywać nadarzających się okazji. Nie umiała szybko złapać tego, co inni łapią w lot. Była stosunkowo rozważna, ale bez krzty dynamizmu. Mogłaby się też pochwalić jednym rozbitym małżeństwem, swojej siostry. Mimo że zasadniczo była ze sobą pogodzona, za to jedno nienawidziła siebie, swojego stanu i umysłu, nad którym nie potrafiła zapanować. Choć mąż Marysi był kretynem i wcale na nią nie zasługiwał, jak zresztą Marysia sama często przyznawała, jego krzyki, jego słowa, utkwiły w Renacie najgłębiej. Czasem wracały w najmniej oczekiwanych chwilach, na przykład, gdy czytała o jakiejś rozgrywce, wkręcając się coraz mocniej, nagle w głowie odzywał się głos, perfidny, podstępny, przepełniony nienawiścią i zamiast przyjemności, doświadczała zimnego dotyku od wewnątrz, ukłucia. Nie mogła zrozumieć, jak ktoś taki mógł być stróżem prawa. Dotychczas.

Szkoda, że wszystko musiało się tak potoczyć. Gdyby tylko zorientowała się na czas, że to nie przez Roberta, który zjawił się znikąd, lecz właśnie przez nią związek Marysi cierpi, natychmiast by się wyniosła. A tak? Niepotrzebnie wszystko zepsuła. Szkoda gadać…

Poranek zaczął się zrzędzeniem Genowefy. Tym razem staruszka narzekała, że wczoraj światło w pokoju paliło się do późna i że czynsz będzie musiała podnieść.

–  Nie ma sprawy – rzuciła Renata wychodząc, a później całą drogę rozmyślała, skąd weźmie pieniądze, bo zapas jej się skończył, a siostry przecież poprosić nie mogła, bo ta pewnie tylko czeka na kontakt, by ją na siłę ściągnąć z powrotem, nie, dość, żadnego pogarszania sytuacji, trzeba żyć na swój rachunek.

Praca była jej potrzebna jak nigdy, a tu jak na złość pasmo porażek. Odnosiła wręcz wrażenie, że pracodawcy wcale nie chcieli nikogo zatrudniać, tylko zwodzić kandydatów licznymi rozmowami, naigrywać się z ich starań, uśmiechać zza stołu podczas wypowiadania nieśmiertelnej obietnicy: “Oddzwonimy do pani. Proszę czekać na telefon. Skontaktujemy się na pewno.”

Tyle stoi brył, gładkich figur wlepionych już na stałe w krajobraz łąk tej pięknej dzielnicy, a to wszystko tylko martwe obietnice. Na nic magiczna linia władz gminnych, ekonomiczna granica terenów inwestycyjnych. Przecież i jej zabrali łąki dzieciństwa, budując swoje konglomeraty. Biznesowe tkalnie nastrojów błogiego zatrudnienia i niepewności, szczególnie dla tych, których błogosławiony staż angażem nie objął.

Odwiedziła już niemal wszystkie budynki, spacerowała chodnikami wśród etatowych pracowników, zapraszana przez sekretarki pchała drzwi do biur ich szefów, siadała na miękkich fotelach, taksowana spojrzeniami, krępowana świadomością. Odchodziła z ułudą nadziei, by spędzać kolejne dni przy milczącym smartfonie, zupie nic i zrzędzeniu Genowefy.

Nagle wszystko nabrało tempa. Kolejna rozmowa, wizyta i… angaż!

–  Rozważyliśmy powtórnie pani kandydaturę i stwierdziliśmy, że chcielibyśmy podjąć współpracę. – Głos telefonującego mężczyzny docierał do niej niemal z zaświatów. Nie była przygotowana na takie podsumowanie spotkania. Nawet nie spytała, kiedy ma zacząć. Z pewnością zapomniał, ten dzwoniący z z którym rozmawia, jak ta wybrana dziewczyna wygląda i jak reaguje, ale kiedy tylko sobie przypomni… Doszła do siebie, dopiero gdy dzielnica ucichła i ciasnota pomieszczenia dała o sobie znać brakiem powietrza. Otwarła okno. Z początku chciała zadzwonić do sekretariatu po wszelkie informacje, stwierdziła jednak, że lepiej po prostu pójść na miejsce jutro rano i dowiedzieć się wszystkiego osobiście. W nocy biura mogą być puste.

Nazajutrz z samego rana przyszła do firmy, z której dzwoniono, rozglądała się ciekawie po pomieszczeniach. Za każdym razem odwiedzała inne budynki, ten jej się nawet podobał. Składał się z wielu mniejszych pokoi, w każdym można było się zamknąć, ukryć, uspokoić.

Sekretarka uśmiechała się przyjaźnie i od razu zadzwoniła do szefa.

– Przyszła pani do pracy. Tak, była umówiona. Dobrze, zaczeka.

Odłożyła słuchawkę i nie przestając się uśmiechać, powiedziała:

– Proszę zaczekać, za piętnaście minut szef będzie dostępny. Napije się pani kawy?

Renata przytaknęła i chwilę później kosztowała ciemny płyn z białego kubka, delektując się jakością. Biura zawsze były dobrze oświetlone, świetlówki ledwo mieściły się na sufitach, eksponując każdy szczegół na biurkach. Kawa i światło mogłyby tu wskrzesić zmarłego. Właściwie to był inny świat, do którego niegdyś tęskniła, do pracy na pełnych obrotach, mimo własnych wad i ograniczonych możliwości. Chciała się mocno zaczepić i zaangażować, dać z siebie wszystko, udowodnić, że stać ją na normalność. Tylko czy naprawdę da sobie radę? Znów te wątpliwości, nieustannie się pojawiają na każdym kroku postawionym poza jej bezpiecznym pokojem.

Rozmyślania przerwała bomba, seksbomba właściwie. Nagie uda, wypukła pierś, okrągłe pośladki, mocno zaakcentowane usta, róż na policzkach, trwała w nieokreślonym kolorze, odrobinę za długie rzęsy i wymalowana na twarzy, niewzruszona pewność siebie. Po chwili całe biuro pachniało tylko jej perfumami, błyszczała, a wszystko kręciło się wokół niej. Kawa przestała Renacie smakować, sekretarka też zrobiła się jakaś taka bardziej poważna, choć nadal była miła. Szef natomiast, gdy już wyszedł ze spotkania, nie mógł oderwać od seksbomby oczu.

– Pani do pracy? – zagadnął natychmiast, a zainteresowana potwierdziła z płomiennym uśmiechem.

Renata podniosła się fotela.

– Ja też do pracy.

Szef spojrzał na nią zdziwiony. Mierzył ją przez chwilę bezczelnym spojrzeniem, jakby z niedowierzaniem, że mając taki wyraz twarzy w ogóle odważyła się przemówić.

– To chyba jakaś pomyłka. Pani Agnieszko… Szukaliśmy tylko jednej osoby.

– Ale poinformowano mnie… telefonicznie… że.. zostałam przyjęta – wydukała z niemałym wysiłkiem, tracąc błyskawicznie pewność siebie, jedyny atut, jaki jej pozostał.

Szef jeszcze raz oderwał wzrok od seksbomby i zmierzył nim Renatę, a właściwie obrzucił jej ciało krępującym spojrzeniem. Niewątpliwie poddawał jej urodę ocenie porównawczej. Renata czuła, że podjął już decyzję. Stała bezbronna, niepokryta, na polu, przez które zaraz przetoczy się goniec. Zaraz znajdzie się poza szachownicą. Niemal czuła wymierzoną w siebie pogardę, a w tym mężczyźnie wilczy głód, który kazał mu co chwilę zerkać na jej konkurentkę, który kazał mu dać pokaz władzy. Ślinił się do niej, jakby zbliżał się mat, co najwyżej w dwóch ruchach.

– Tak, jak wspomniałem, musiała zajść pomyłka – dodał zły, że sekretarka nie pospieszyła mu z pomocą. Udawała, że szuka czegoś w dokumentach. – Stanowisko już obsadzone. Pani Agnieszko. – Tego tonu głosu sekretarka nie mogła już zignorować, skinęła głową, że rozumie.

Szef błyskawicznie się rozpogodził i uśmiechnął szeroko do seksbomby.

– A panią proszę ze mną, pokażę pani nowe miejsce pracy.

– To już zostałam przyjęta? – ucieszyła się piersiasta kandydatka, nie rozumiejąc niczego z tego, co wydarzyło się przed chwilą.

Renata czuła, że powinna jeszcze walczyć. Przecież to nie był angaż na modelkę, chciała krzyknąć, że może powinna najpierw pokazać, co sobą reprezentuje i wtedy nagle dotarł do niej absurd tego pomysłu. Za szefem i seksbombą już dawno zamknęły się drzwi, sekretarka współczuła jej głęboko, albo i nie, mogła przecież mieć na to wszystko wywalone. Pewnie widywała takie sceny na co dzień, jest więc spora szansa, że sytuacja wcale jej nie obeszła.

Renata wyszła szybko z własnych nadziei, opuszczając konglomerat złudzeń. Była do niczego, gdy już pojawiła się szansa, zawsze okazywała się zwyczajną pomyłką. Przez chwilę dała się ponieść marzeniom. Wciąż to samo, choć oczekiwania coraz mniejsze, to nadal najwyraźniej zbyt wygórowane. Rwący zbyt szybko potok myśli urwał się nagle, bez ostrzeżenia, spojrzała na świat pustymi oczyma i zaczęła się zastanawiać, jak też skończy się równie dobrze rozpoczęty dzień. Pomyślała, że będzie się snuć od okna do drzwi, starając się nie przeszkadzać pani Genowefie. Nie, nie chciała jeszcze wracać do domu, chciała pójść w całkiem innym kierunku, choć bez planu na przyszłość.

Zanim się zorientowała, znalazła się przed wielkim sklepem. Kolejny konglomerat, w którym nie miała czego szukać. Galeria handlowa, supermarket. Wlokła się rozświetlonymi korytarzami wystaw, beznamiętnie omiatając wzrokiem bogate wnętrza pełne zegarków, torebek i ubrań. Klimatyzowana hala handlowa studziła gniew, który pojawiał się nagle i teraz po prostu znikał. Szła bez wyraźnego celu, bez zdefiniowanej potrzeby, prosto przed siebie, światem rozświetlonych pokus sprzedaży, czując się niczym wybrakowany element skomercjalizowanego systemu – “zadbaj o siebie”. Nie, nie zadba! Unosiła się nad lśniącą podłogą i frunęła dzięki ruchomym schodom na drugi poziom galerii. Zajęła ławkę z widokiem na głowy w dole. Wyobrażała sobie, że wszyscy pozostali również krążą bez celu, ale nie było to proste, w dole trwał szał zakupów. Głowy przemieszczały się między witrynami, rozglądały na boki, jak gdyby w jednej chwili chciały ogarnąć wszystko naraz, cały ten tumult w mrówczym przepychu. Mniejsze główki dzieci hasały w niekontrolowanym pomyśle zabawy po wielkim polu szachowym, były wielkości pionów, ganiały się między nimi i usiłowały je przesuwać. Na całe szczęście bezskutecznie, bo nie zniosłaby nieuporządkowanego chaosu, który mógłby powstać na planszy. Nie zniosłaby działania wbrew regułom. Do pola podjechał segwayem ochroniarz i natychmiast popsuł dzieciom zabawę.

Co chwila rozsuwały się drzwi wejściowe i wchodzili nowi goście, dołączając do zbioru studiowanych głów. Obserwowała, jak ten tłum powiększa się i pęcznieje, jeszcze trochę i zabraknie miejsca, i będą się o siebie zderzać, jedni o drugich, zataczać i przewracać, wpadając sobie pod nogi, pomyślała.

Nagle wszystko się zmieniło. Weszło dwóch mężczyzn i unieruchomili drzwi, wpuścili kolejnych, kilkunastu w dobrze skrojonych garniturach. Stanęli po obu stronach wejścia, tworząc kordon dla Azjaty w słusznym już wieku, kroczył on środkiem. Za Azjatą wszedł mężczyzna, Europejczyk, może nawet Polak. Przyjrzała się uważniej twarzy i już była pewna, że Polak, malowała się na niej nasza narodowa duma, charakterystycznie zduszona, zgwałcona. Szerokie plecy, ramiona, a zarazem szczupła sylwetka, bardzo dobrze zbudowany, wyglądał na normalnego, może nawet dobrze wykształconego, a mimo to szedł, jak gdyby niósł na barkach niewidoczny ciężar. Weszli do holu i mężczyzna uniósł wzrok, przesunął go po wystawach, po czym zawiesił prosto na niej. Spoglądała z zainteresowaniem, nie ruszając się z miejsca. Mężczyzna wjechał na górę i stanął tuż obok.

Podniosła głowę, spojrzała na jego twarz i uniosła brwi ze zdziwieniem.

Co się dzieje? – myślała gorączkowo – Co znów przegapiłam? Czego nie rozumiem? – Fala paniki zaczęła powoli narastać, szpony przerażenia powoli zaciskały się na gardle.

– Przepraszam, mogę się z panią przespać?

Odezwał się, ale jego słowa niczego nie wyjaśniły, wręcz przeciwnie. No bo jak? Ale, że co? Że seks z nim tu, teraz? Nie, przecież nie mogło o to chodzić, tak normalni ludzie się nie oświadczają, ale przecież wcale nie musi chodzić o ślub, a o dziki seks w wannie, taką jednorazową przygodę. Nie wiedziała skąd jej do głowy przyszła akurat wanna. Przecież tutaj, w całej galerii, takiej wanny nawet pewnie nie ma, jeśli już, to raczej jakieś pracownicze prysznice, zamontowane gdzieś na zapleczach, być może pod nimi pracownicy galerii biorą kąpiele, być może nawet uprawiają seks. Nie mogła być tego jednak pewna.

Czuła, że od tego przedłużającego się zaskoczenia jej twarzy przebiera groteskowy wyraz. Zawsze tak było. Skóra ściągała się na czole, tworząc szerokie bruzdy zmarszczek. Próbowała jeszcze domyśleć się, o co mu chodzi. Kordon, garnitury, galeria handlowa i ona sama na ławce, nie, nie mogła znaleźć żadnego logicznego wytłumaczenia. Błądziła spojrzeniem po nienagannie wypielęgnowanej twarzy, po doskonale wyprostowanej figurze i coś jej w tym wszystkim nie pasowało. Nie wyglądał na zboczeńca ani na opóźnionego, jak ona, na kogoś, kto miałby nierówno pod sufitem. Wyglądał dobrze, przekonująco i poważnie. Przyszło jej nawet do głowy, że jest zbyt realistyczny i że go wcale tutaj nie ma, że go wymyśliła i w końcu, tak jak się zjawił, zniknie. Tyle, że nie wziął się znikąd, tylko przyszedł z mężczyznami, którzy wciąż stali na dole i najwyraźniej znikać nie mieli ochoty.

– Przepraszam, mogę się przysiąść? – powtórzył i choć zabrzmiało to dokładnie tak, jak przedtem, od razu zrozumiała, że nie on powiedział to, co usłyszała wcześniej, lecz sama poprzekręcała wszystko w głowie. Nie pierwszy raz i nie ostatni. Teraz cieszyła się ze swojej powolności, dobrze, że nie zdążyła jeszcze odpowiedzieć. Rozejrzała się, w pobliżu stały przynajmniej trzy wolne ławki, mężczyzna jednak nie zamierzał się nimi zainteresować, stał cierpliwie, czekając na werdykt. Nie przedłużając, kiwnęła głową, że się zgadza.

Uśmiechnął się ciepło i wyjaśnił:

– Przepraszam, ale stąd będę miał lepszy widok.

Tak, chyba był przystojny. Nie miała pewności, bo wcześniej nie dzieliła mężczyzn na bardziej i mniej atrakcyjnych. Coś jej jednak teraz podpowiadało, że ten był inny niż większość bliżej poznanych. Inny niż mąż Marysi i jego koledzy z policji, być może przypominał trochę Roberta, którego siostra poznała jakiś czas temu i za którym oszalała na tyle, by myśleć o rozwodzie. Jak ich teraz porównać? Nie sądziła, że kiedykolwiek będzie na takie rzeczy zwracała uwagę. Na dodatek ładnie pachniał, jego woń otaczała i zamykała ich w niewidzialnej bańce. Czy tego chciała, czy nie, ściany bańki się zmniejszały i ciągnęło ją ku niemu. Musiała to przerwać. Wstała i usiadła kawałek dalej, na samej krawędzi ławki, odstępując mu więcej miejsca. Chwilę ze sobą walczyła, ze wstydem i nieśmiałością, która ją krępowała, nie pozwalając oddychać. W końcu się przemogła, nabrała dużo powietrza i uśmiechnęła do niego, licząc, że odwzajemni zaczepkę i nawiąże się jakaś ciekawa rozmowa. Liczyła, że pogawędzi z nim chwilę, zanim mężczyzna zauważy jej dziwność, opóźnienie, może nawet kapiącą z ust ślinę, której nie zdąży w porę wytrzeć chusteczką. Zrobiło się jej zimno, właśnie… chusteczka! Nie zabrała chusteczek, pozostaje rękaw, znów się uświni, a on to wszystko zobaczy i zrobi mu się niedobrze, tak jak jej teraz, na samą myśl o tym wszystkim. Mimo to odwróciła się do niego, ale on już na nią nie patrzył, zajmowało go położone na dole wielkie pole szachowe z potężnymi figurami.

Po drugiej strony rotundy, dokładnie naprzeciw Renaty i pachnącego mężczyzny usiadł Azjata. Miał ze swojej ławki identyczny widok na biegające dzieci, które zresztą po chwili zostały ponownie przegonione, tym razem przez mężczyzn, którzy przyszli z Azjatą i tym, który usiadł obok Renaty. Ci na dole zdjęli marynarki, zakasali rękawy białych koszul, po czym, nie bez wysiłku, przemieścili figury na właściwe pola. Wtedy Renata drgnęła, startowe ułożenie figur zadziałało na nią niczym afrodyzjak. Serce ruszyło do galopu, zaczęła się lekko trząść, uderzała udo o udo, zimno zniknęło tak nagle, jak się wcześniej pojawiło, po chwili było jej już tylko gorąco.

Azjata siedział z rękoma na kolanach, wydawał się skupiony. Wpatrywał się prosto w Renatę, tak przynajmniej myślała z początku, speszyło ją to natychmiast, aż odwróciła wzrok, raz i drugi, ale jego postać wciąż ją przyciągała, nie mogła więc przestać na niego patrzeć.

– To mistrz Tokio – odezwał się nagle siedzący obok mężczyzna.

Kiwnęła głową, że rozumie.

– A jego przeciwnik? – zapytała niezwykle płynnie, aż ją to zdziwiło, ale nie potrafiła teraz milczeć, chociaż tuż obok siedział męski ideał, na dole działo się coś, co doskonale rozumiała, układ startowy figur wybudził ją ze snu codzienności. Śniła teraz na jawie.

– Jego przeciwnik jest idiotą, który swoim nieudolnym działaniem doprowadził do tego bezsensownego pojedynku. Po jego zakończeniu będzie również bankrutem.

– Skąd pan wie? – odezwała się znowu, ale już mniej płynnie, myśli jej bowiem zaprzątnięte były próbą zrozumienia tego, co usłyszała. – Szachy są nieprzewidywalne.

Mężczyzna spojrzał na nią i uśmiechnął się smutno. Teraz wydał się miły, bardzo miły i dobry. Coś mu dolegało, najwyraźniej cierpiał z bliżej nieokreślonego powodu i owo cierpienie doskwierało mu na tyle, by zaćmić umysł do takiego stopnia, by nie rozpoznał jej prawdziwie ułomnej natury, a nawet jeśli dostrzegł ją i rozpoznał, to było mu wszystko jedno.

– Hitoshi Nakada jest w doskonałej formie. Od lat nie przegrał żadnego pojedynku. Partia z mistrzem Tokio to wyrok. Nie sądzę by w moim przypadku było inaczej.

Spojrzała na niego zdziwiona.

– Tak – potwierdził – rozmawiasz z tym idiotą.

– Jesteście z Yakuzy? – zapytała z wahaniem, bo przestraszyła się nie na żarty.

Mężczyzna spojrzał na nią poważnym wzrokiem, a po chwili głośno się roześmiał.

– Tokihoya, inwestycje.

Podał jej mały kartonik z budowlą narysowaną z samych geometrycznych figur.

– Wiktor Jastrzębski – przeczytała wolno na głos. – Pojedynek? Chodzi o mecz szachowy? Może jednak tym razem mistrz zostanie pokonany?

– Myśli pani, żeby wziąć w tym udział? – Wyprostował się na ławce. – Właściwie to zamierzałem poddać partię jeszcze przed rozpoczęciem, nie mam wcale ochoty na poniżającą procedurę pana Nakady.

– A nie straci pan wtedy honoru?

Znów na nią spojrzał i uśmiechnął się z wysiłkiem. Położył dłonie na kolanach. Był to najpewniej znak gotowości, bo w tym właśnie momencie pan Nakada skinął głową, a Wiktor chwycił się za podbródek.

– Jakby tu zacząć?

– Pion na e4 bym dała.

Spojrzał zdziwiony. Pan Nakada czekał cierpliwie po drugiej stronie piętra i wyglądał, jakby w ogóle nie obchodziła go nasza rozmowa. Wiktor wpisał coś w komórkę i jeden z mężczyzn na dole chwycił białego piona, ustawiając go dokładnie tam, gdzie zasugerowała. Pan Nakada wyjął z kieszeni marynarki swój telefon i zlecił ustawienie piona na e5.

– Pion na f4 – zdecydowała.

– Jest pani pewna? – mężczyzna się zawahał.

– To takie naturalne, nie można postąpić inaczej, on się tam sam prosi, ale ja pana rozumiem, nie jest łatwo upuścić sobie krwi, prawda? To takie niemęskie, tylko kobiety powinny krwawić. Tak, dobrze pana rozumiem, ale nie zamierzam przekonywać, zrobi pan co będzie chciał.

Spojrzał na nią zaskoczony, a ona natychmiast pożałowałam swoich słów. Ta chora, niewyparzona gęba! Nie będziesz mieć przyjaciół, nie będziesz mieć nikogo, zobaczysz, umrzesz w samotności, nawet siostra cię kiedyś zostawi. Wyrzuty krążyły po jej głowie dekoncentrując, na szczęście przy szachownicy nie używała skupienia, wręcz przeciwnie, do zabawy figurami podchodziła na luzie, rozproszona reagowała właściwiej, otwierając się na to, co się dziać powinno.

– Wiktor, proszę mi mówić Wiktor.

Wbrew temu, czego się teraz spodziewała, podał jej ciepłą, silną dłoń, właśnie w tym momencie, w którym podjęła decyzję o opuszczeniu ławki i zdążyła już wstać.

– Renata – Potrząsnęła dłonią, której nie puścił.

– Chyba nie chcesz mnie teraz zostawić? Po tym, jak wplątałaś mnie w tę kabałę?

–  Ja? Wplątałam? – Kompletnie nie rozumiała, o co mu chodzi. – Ja nie… nigdy nie grałam… tylko sobie wszystko wyobrażam, zresztą spieszę się.

Wciąż zamykał jej dłoń w swojej, mocnym i ciepłym uściskiem i pachniał, wciąż pachniał przyjemnie, miło, intensywnie.

– Zamierzałem popełnić honorowe seppuku, a ty wyjęłaś mi sztylet z ręki, pchnęłaś tego piona i teraz chcesz uciec?

Teraz ją puścił, zachwiała się jak odurzona i usiadła.

– Wcale nie uciekam.

Pomyliła się. To nie smutek tkwił w oczach nieznajomego, lecz strach. Taki mężczyzna nie powinien się nigdy bać. Powinien być silny i odważny, ale mimo wszystko przepełniał go lęk. Mimo, że był silny i odważny, bał się strachem, na który nie ma leku. Trzeba go przechorować, przetrawić od początku do końca.

– Więc?

–  Pion na f4 – powtórzyła, a on zastygł na chwilę w milczeniu, potem sięgnął po smartfona.

Zgodnie z oczekiwaniem Renaty pan Nakada wyeliminował piona, a Wiktor się zasępił.

– Słaby początek – mruknął.

– Goniec na c4.

Czuła na sobie jego wzrok, ale spełnił polecenie. Mieli pata. Nie, nie na szachownicy, na ławce. Z jednej strony prosił, a właściwie błagał, o pomoc, jednocześnie nie radząc sobie z oddaniem kontroli. A może chodziło o to, że była kobietą? Nie, z pewnością zauważył, że dziwnie mruży oczy, rozwiała się mgiełka strachu i dostrzegł, że cała drży, chociaż jednocześnie było jej gorąco, że z trudem dobierała słowa, mówiła powoli i się zacinała.

Pan Nakada zaszachował króla, więc odsunęła go w prawo, wtedy wyszedł pionem na b5 i stracił go pociągnięciem jej gońca.

– Co zrobimy z tym skoczkiem? – spytał Wiktor, poprawiając mankiety koszuli, kiedy Nakada przesunął figurę na f6.

– Jak do tego doszło? – zapytała, nie odrywając spojrzenia od kratki pól szachownicy.

Wiktor spojrzał na nią zaskoczony.

– Nie wiem, po prostu go przesunął. Nie przewidziałaś tego?

Popatrzyła na niego, bo nie była pewna czy żartuje.

– Pytam o całą tę sytuację z grą w galerii, to nie do końca normalne, chyba, ale mogę się mylić, nie chodzę po sklepach za często, siostra kupuje mi różne rzeczy.

– No tak, od razu widać, że nie bywasz tu często. Nie rzadziej niż raz w miesiącu pan Nakada ściąga tutaj najsłabsze ogniwo i ogrywa je publicznie. Porażka oznacza tyle, co: “szukaj sobie nowej pracy”.

– O… – ucieszyła się – coś o tym wiem!

– Naprawdę?

– Tak, ale to nieważne – wycofała się szybko, przypominając sobie, że porażkami lepiej się nie chwalić, są lepsze tematy do rozmów. Szczególnie jeżeli rozmowa odbywa się z nieznajomym i zależy nam na jego przyjaźni. – A wygrana?

– Nikt jeszcze z nim nie wygrał, to się nie kończy dobrze,  to nie żaden pojedynek, a egzekucja.

– Egzekucja? – Była zdumiona. – To tak przecież nie działa, ja widzę, że na dole każdy zaczyna z takimi samymi figurami, wszystko jest kwestią układania figur, przesuwania ich zgodnie z naturą, z tym, czego sobie życzą.

Milczał zdumiony, ale najwyraźniej uszanował jej pogląd.

– Wygadana jesteś – powiedział w końcu, nie wdając się w głębszą dyskusję na poruszony temat.

– Skoczek na f3 i proszę, jak ładnie się sytuacja rozwinęła, każda figura jest dokładnie tam, gdzie znaleźć się powinna, a pan Nakada musi teraz pilnować hetmana, więc chyba właśnie daliśmy się mu we znaki.

Wiktor popatrzył na planszę a potem na pana Nakadę. Istotnie, coś się zmieniło w kamiennym obliczu Azjaty. Czarny hetman zgodnie z jej przewidywaniami wycofał się na h6, dała więc piona na d3, umacniając swoją kontrolę nad krytyczną częścią szachownicy. Nakada przesunął skoczka na h5, więc przytuliła się do niego swoim. W tym momencie poczuła jakąś zmianę w zachowaniu Wiktora. Nie zadawał już zbędnych pytań, przestał się nad sobą użalać i ochoczo sięgał po komórkę, by przekazać koordynaty panom z dołu. Ci dwoili się i troili, przesuwając figury na zadane pozycje. Czuła, że wszystko układa się tak, jak powinno, figury żyły, mijały się na ścieżkach przeznaczenia, partia toczyła się swoim życiem, dokładnie tak, jak powinna. Mimo że przeznaczenie, czyli pan Nakada, próbowało pokrzyżować naturalną kolej rzeczy, wszystko w końcu zaczęło brzmieć niczym doskonale skomponowana symfonia. Co za cudowne uczucie – myślała Renata – nie wyobrażać sobie, lecz przesuwać figury według własnego porządku, składając hołd naturalności i nieuchronności jej zwycięstwa nad przeznaczeniem. Po ruchu pana Nakady hetmanem na g5, postanowiła zwolnić.

– Przegrałeś pieniądze? – zapytała Wiktora.

Trochę trwało zanim doszedł do siebie i wyrwał się z procesu analizy ruchów na szachownicy.

– To nie była gra, jesteśmy organem inwestycyjnym banku, badamy branżę, oceniamy ryzyko, nie ma mowa o strzelaniu na ślepo.

–  W jaki więc sposób wpakowałeś się w tę czarno-białą egzekucję? – Bardzo dobrze jej się składało słowa, od dłuższego czasu nie pojawiał się żaden tik, czuła się doskonale.

– Byłem zbyt ostrożny – odpowiedział cicho, po chwili namysłu. – Pan Nakada wyznaczył bardzo ambitny plan zamykania inwestycji. Mimo że wypracowałem zysk, byłem na dole tabeli, pozostałym się poszczęściło, ostatni odpadł.

– Jeszcze nie – natychmiast odparła z uśmiechem, a Wiktor zaczerpnął powietrza, jakby chciał z niego wessać w siebie cały jej optymizm. – Jeszcze długa droga przed panem Nakadą. Zdecydowanie idzie pod prąd, a natura nie ugina się tak łatwo, nie zmusi jej do uległości, przeżywałam to wielokrotnie.

– Co przeżywałaś?

– Wyobrażałam sobie, bawiłam się figurami, historiami, które między sobą tworzą, to są piękne rzeczy, wiesz? Doskonale je rozumiem, dużo bardziej niż to, co dzieje się naprawdę.

– Czyli wiesz, że te rzeczy są tylko w twojej głowie i w rzeczywistości nie istnieją?

– Oczywiście, że istnieją, ale tylko ja je widzę, więc na przykład ty w nie nie uwierzysz raczej, zdaję sobie z tego sprawę, po prostu.

– Jak mam uwierzyć w coś, co tylko ty widzisz?

– Na tym chyba właśnie polega wiara, nie uważasz?

Milczał, próbując ją zrozumieć. W końcu zapytał:

– Gdzie nauczyłaś się grać?

– Grać? – zapytała ze zdziwieniem. – W co grać?

Nie mógł za nią nadążyć.

– To nie gra, to życie – szepnęła tak cicho, że ledwo ją usłyszał.

Patrzył ze zdumieniem, jak wysunęła język i oblizała górną wargę, patrzyła teraz w dół, znowu pochłonięta układem figur.

Wiktor nie analizował już gry, tylko twarz Renaty. Przyglądał się uważnie, jakby twarz dziewczyny mogła opowiedzieć jej historię.

– Skoczek na f5 – zaordynowała po chwili milczenia. Nakada odpowiedział dość szybko pionem na c6, więc bez zwłoki przesunęła swojego na g4, a on wtedy natychmiast wycofał skoczka na f6. Pchnęła wieżę o jedno pole w lewo, zamiast uciec gońcem. Nakada mógł się na to nabrać: wyglądało na pomyłkę z pośpiechu. Wciąż kupowała sobie miejsce, kosztem przewagi. Taki styl gry mógł zadziałać na mężczyznę, samiec alfa z trudem radził sobie ze strategią, której zasadą była utrata przewagi, a celem budowa pozycji. Nakada połknął haczyk, a Wiktor, który znów próbował zaangażować się w wydarzenia na szachownicy, wyraźnie się zdenerwował. Zaczął przekładać telefon z ręki do ręki, wycierać w spodnie spocone dłonie i rozglądać na boki. Dobry znak. Prawdopodobnie uwierzył w nią, przez chwilę obdarzył zaufaniem. Bodaj pierwszy raz w życiu. Cóż to było za uczucie! Dreszcz wyrwał Renatę z szachowego uniesienia, poderwała się z ławki, by rozchodzić szalejące w niej podniecenie. Mocno się trzęsła. Dała mu powód, by w nią uwierzył, a teraz denerwował się, że jej nie idzie. Natychmiast mu wybaczyła, nie mógł przecież czytać jej myśli. Jakich myśli? Nie było przecież żadnego rozbudowanego planu, który mógłby zdradzić cokolwiek. Po prostu reagowała. Na szachownicy rozgrywał się dość zawikłany romans, który mógł przypominać złożoną sztukę teatralną, napisaną przez szalonego dramaturga. Jak dobrze było poczuć się docenioną. Uśmiechnęła się do figur w dole i pchnęła piona na h4. Wiktor spojrzał w końcu na Renatę i widząc jej pewność siebie, zaczął się uspokajać.

– Dwa miliony – powiedział. –  Tyle mi zabrakło.

Skinęła głową, że rozumie, choć suma, którą podał wydała się astronomicznie nierealna.

– Pan Nakada to honorowy człowiek, mógł to załatwić o wiele prościej, a jednak dał mi szansę.

– Nie rozumiem, przecież mówiłeś, że to egzekucja – odwróciła się do niego.

– Uwiodłem jego córkę – dokończył szybko, zanim zdążyła się rozwinąć w rozważaniach i przypuszczeniach.

– Acha… – odpowiedziała, przypominając sobie historię Roberta i Marysi. Robert też uwiódł Marysię, choć ona była z tego powodu raczej szczęśliwa, zupełnie inaczej niż jej mąż. Siostra mówiła, że chciał zabić Roberta albo wsadzić do więzienia, ale tak, by ten za szybko nie wyszedł. Najwyraźniej uwodzenie kończy się dobrze tylko dla kobiet, mężczyźni ostatecznie raczej źle na nim wychodzą. Marysia musiała zrezygnować z bycia uwiedzioną, wszystko po to, by ratować Roberta, długo potem płakała, winiąc się za wszystko zupełnie niepotrzebnie..

– W Tokihoya obowiązują pewne zasady… – zaciął się.

– No cóż, serce nie sługa – odpowiedziała dobrze mu znanym przysłowiem.

– Nie rozumiesz, to bardziej skomplikowane.

– Zapewne – odparła. – Wiem, że takie tematy mogą się pogmatwać, sama jestem w tym specjalistką, popatrz. – Wskazała na figury. – Wszystko tam zagmatwałam, poplątałam losy, a właściwie tylko przypilnowałam, by stało się to, co stać miało, mimo że Pan Nakada oponował.

Wiktor popatrzył na przeciw, na drugą stronę rotundy, ale siedzący tam mężczyzna zdawał się być nieporuszony. Siedział spokojnie, wpatrując się w szachownicę, nie wyglądał na kogoś, kogo zmuszono do stawiania zaciekłego oporu, no, ale ta dziewczyna widziała więcej.

– Skąd przyszło ci do głowy, że jesteśmy z Yakuzy? – zmienił nagle temat.

– Trzech z krawaciarzy na dole nie miało dwóch palców i pomyślałam, że to byłby niezły zbieg okoliczności, ale kto wie, może pracowali w tartaku, wszyscy w jednym, to jest też możliwe.

– Spostrzegawcza jesteś.

Zamarła. Nie takiej odpowiedzi się teraz spodziewała. Widziała przecież kartonik, wizytówkę, ale to mógł być blef, cała ta historia o uwiedzionej córce i w ogóle wszystko, co powiedział, mogło być nieprawdą, gdy gra toczy się o życie, prawdomówność traci na wartości. Tak sobie to przynajmniej teraz wyobrażała. Najważniejsze, to ocalić skórę, wszelkimi sposobami, a kłamstwo to też broń.

– Co się stanie, jeżeli przegramy partię? – zapytała. Wiktor zamyślił się. Pan Nakada siedział niczym posąg Buddy, posępna niewzruszoność. Niemłoda już, ciasno obciągnięta skórą twarz zdradzała łagodne napięcie. Jego wzrok przepadł między figurami i błądził po polach szachownicy. Wydawało się, że próbuje odnaleźć jakiś wzór, strategię, którą obrał sobie przeciwnik. Nic z tego. Wiktor wiedział już, że nie ma żadnego planu, wzoru, czy jakiegoś obliczonego z góry zamysłu. Zachowanie Renaty uświadomiło mu, że jej ruchy są raczej dziełem przypadku, niż ustalonego scenariusza, z tym, że owy przypadek to niezwykle celna odpowiedź na każdy z głęboko przemyślanych ruchów pana Nakady. Nie miał zielonego pojęcia, czego był świadkiem. Dziewczyna nie wyglądała normalnie, była wyraźnie opóźniona, choć jednocześnie w całej swojej niezręczności umysłu przejawiała błysk geniuszu. Zauważył jak się trzęsła, łapała za włosy, zbyt często je poprawiając. Mówiła kącikiem ust, ale logicznie, wolno, każde słowo przed wypowiedzeniem skrupulatnie analizując. Mówiąc, przechylała głowę i wpatrywała się w podłogę. A może po prostu zerkała na szachownicę, czerpiąc z niej energię do zachowania wewnętrznej równowagi i siłę do dalszej walki? To, że partia wciąż trwała, było przejawem geniuszu. Pan Nakada się przeliczył, a Wiktor śledził teraz każdy ruch Renaty, widział, że ta coraz bardziej angażowała się w partię. Każdy ruch figur pochłaniał ją mocniej, odsłaniając prawdziwą, jakże niedoskonałą naturę. Przestali już rozmawiać, z ust dziewczyny dobiegały tylko konkretne polecenia: pion tutaj, goniec tam, skoczek tu. Wiktor wysyłał informacje, a w dole niestrudzeni osiłkowie pana Nakady przesuwali figury. Dookoła szachownicy zebrało się sporo gapiów. Partii przyglądała się również ochrona galerii. Jeden, całkiem siwy, tęgi ochroniarz na Segwayu, który wcześniej odgonił dzieci od figur i drugi, znacznie szczuplejszy i młodszy, stojący bliżej wejścia z założonymi rękoma.

Kobieta w jasnym płaszczu i czerwonych szpilkach wyszła z tłumu i usiadła przy osamotnionym pianinie ustawionym nieopodal szachownicy. Przyczepiono do niego tabliczkę: “Tylko dla absolwentów Akademii Muzycznej”. Odłożyła torebkę przy ławie i usiadła podsuwając ją tak, by zapewnić sobie komfort ruchów. Uniosła z nabożeństwem pokrywę i ułożyła szczupłe dłonie na klawiszach.

Renata przylgnęła ciałem do przezroczystej barierki, ani na moment nie spuściła wzroku z figur na dole, wciąż przekrzywiała głowę i szeptem mówiła do siebie. Z pomiędzy jej warg zaczęła wypływać gęsta strużka śliny. Dziewczyna kołysała się i sprawiała wrażenie pogrążonej w głębokim transie.

Pan Nakada wytarł twarz chusteczką.

Ochroniarz na Segwayu nudził się. Ludzie przychodzili tu czasem się zmierzyć, ale zwykle nie było w tych pojedynkach nic szczególnego. Japończyk zjawiał się dość regularnie. Ochroniarza nie obchodziło dlaczego. Każdy ma swój styl życia, swoje namiętności, za którymi goni, każdy ma też swoje obowiązki. Najchętniej rozgoniłby zbierający się tłum gapiów, tłum nigdy nie wróżył niczego dobrego, coś się mogło wydarzyć, ktoś mógł  zasłabnąć. Niepotrzebne zbiegowisko. Naraz dostrzegł kobietę przy pianinie. Obserwował w skupieniu, jak ta podważa czubkiem jednego buta drugi, uwalniając najpierw jedną, po chwili drugą nagą stopę. Kiedy była już boso, ochroniarz oblizał spieczone wargi. Przesunął spojrzenie wyżej po kostkach, po łydkach, wzrok zatrzymał dopiero na skrawku śnieżnobiałego uda, które odsłonił rozchylający się płaszcz i materiał sukienki, podciągniętej, gdy usiadła. Przełknął ślinę i penetrował wzrokiem ciemność, w której niechybnie skrywał się cień bielizny.

Kobieta nachyliła się nad pianinem. Jego kolega błyskawicznie zbliżył się do niej i zwrócił uwagę, wskazując na tabliczkę.

– Bardzo mi przykro, ale nie wolno dotykać.

– Ale ja jestem po Akademii.

– Proszę pokazać dyplom.

Kobieta umilkła zaskoczona. Rozejrzała się dookoła, jakby szukając pomocy.

– Nie noszę dyplomu przy sobie, jak pan to sobie wyobraża?

– W takim razie nie może pani dotykać pianina – powiedział, wyraźnie zadowolony z siebie i przesunął dłonią po srebrnym emblemacie Yamaha, napawając się powierzoną mu namiastką władzy. W tym momencie kobieta westchnęła i złączyła nogi. Ochroniarz na Segwayu ocknął się z rozmarzenia i sięgnął po krótkofalówkę.

– Dwójka do czwórki.

Szczupły ochroniarz spojrzał ze zdziwieniem na radio, po czym odszukał wzrokiem kolegę, ale ten stał na swoim pojeździe odwrócony tyłem, częściowo zasłonięty przez gapiów.

– Czwórka zgłaszam się.

– Kończysz rozmowę z panią i pędzisz na piętro pilnować toalet.

– Prowadzę teraz interwencję przy pianinie – szczupły nie dawał za wygraną.

– Pani ma moje osobiste pozwolenie, więc pospiesz się z tymi toaletami, bo jeszcze nam coś z nich wyniosą.

Szczupły podniósł radio do ust by zaprotestować, ale się rozmyślił i odszedł bez słowa.

Kobieta siedząca przy pianinie rozejrzała się dookoła, ale nie udało się jej zlokalizować, skąd nadeszła pomoc. Uśmiechnęła się pod nosem, słusznie zdając sobie sprawę, że jest obserwowana z ukrycia, rozpuściła włosy, rozrzuciła je na plecy, ponownie położyła dłonie na klawiszach i zaczęła grać.

Segway zachwiał się. Mężczyzna wzmocnił uchwyt na kierownicy. Złapał równowagę i powoli wynurzył się zza stojących osób, niektóre zrezygnowały z obserwacji szachów, by przyjrzeć się anonimowej pianistce.

– To Chopin – padło z tłumu.

– Chopin – powtórzył cicho potężny ochroniarz, przesuwając dłonią po masywnej klatce piersiowej, której bujne owłosienie maskowała podkoszulka i służbowa koszula z emblematem firmy Cerberek.

Przed rozpoczęciem gry kobieta obciągnęła sukienkę, zakrywając wcześniej odkryte uda, lecz łydki i bose stopy sprawiły, że mężczyzna na Segwayu nie mógł oderwać od niej wzroku. Jednak dopiero gdy zerknął na jej twarz, stało się coś dziwnego…

Stało się coś dziwnego, z dołu popłynęła muzyka. Renata jakby się przebudziła. Odwróciła się gwałtownie do Wiktora, jej oczy pałały gorączką, niewymowną żądzą, czymś niepowstrzymanym. Drgnęła i pomyślał, że rzuci się na niego, ona jednak tylko omiotła go półprzytomnym spojrzeniem, a po chwili zbiegła po ruchomych schodach i zatrzymała się dopiero przy osiłku pana Nakado, który zagrodził jej drogę do szachownicy.

Wiktor nie wiedział, co robić, czy pozostać na miejscu, toczył w końcu partię, której według z góry przyjętych reguł nie wolno przerwać oddaleniem się, nawet za potrzebą. Biec za dziewczyną? Mogła przecież wymagać opieki. Nie… i tak ludzie pana Nakady nie przepuszczą go przez kordon.

Zerknął na przeciwnika, ten wpatrywał się w szachownicę nieustannie pocierając dłońmi łysą głowę. Ruch należał do Japończyka, ale jeśli go wykona, czy on, Wiktor, będzie umiał mu teraz odpowiedzieć? Tysiące myśli kłębiło się w głowie mężczyzny. Próbował się uspokoić, zrozumieć sytuację na planszy, ale nieustannie krążące myśli rwały skupienie na strzępy. Przeklęta muzyka wszystko zepsuła, a teraz nie pozwala skupić się na sytuacji w grze.

Przeklęta muzyka, pomyślał ochroniarz wysłany na piętro, do toalet. Zatrzymał się przy barierce i obserwował otyłego kolegę, ten zaś oniemiał, wpatrując się w pianistkę. Segway kołysał się spokojnie w takt etiudy, a stojący na nim mężczyzna zachwycał się nie muzyką, lecz obliczem pianistki, które zmieniało się jakby w reakcji na to, co tworzyły jej szczupłe palce.

Muzyka musiała dać się również we znaki panu Nakadzie, bo poruszył się niespokojnie raz i drugi, w końcu wstał i skierował na schody.

Co on robi? – pomyślał Wiktor, prostując plecy. Przecież przed zakończeniem nie wolno było… nagle jego wzrok znalazł się na planszy, skomplikowany układ zależności ukazał się w całej rozciągłości. Jeszcze niedowierzanie ciasno krępowało umysł, ale więzy rozluźniały się stopniowo. Ujrzał rząd pionów, bezwzględnego gońca i triumfującego hetmana. Zobaczył drogę bez wyjścia, a na jej końcu króla pana Nakady, dookoła którego kręciła się Renata. Poderwał się i ruszył w dół. Po Japończyku i jego ludziach nie było już śladu, tłum jednak nie rozszedł się, po części z powodu pianistki, a po części z powodu Renaty, która poruszała się dziwnym krokiem między figurami, dotykając je, obejmując i całując, jakby były żywe.

Wiktor zbiegł po schodach, przedarł się przez zgromadzonych ludzi i wyciągnął rękę do dziewczyny.

– Choć, pójdziemy coś zjeść, opowiesz mi o sobie.

– Widzisz, wszystko potoczyło się po mojej myśli, każdy szczegół, znów Hetman zdobyła Króla, usidliła go, omotała wokół swojego palca. Czy ona nie jest cudowna?

– Jest – potwierdził Wiktor. – Chodź, pójdziemy to uczcić, bardzo dobrze grałaś, jestem ci coś winien.

– Ależ to nie była gra – zaprzeczyła i pokręciła głową. – To ona, wszystko zrobiła ona. – Wskazywała na Hetmana. – Niczego nie rozumiesz, oni też nie rozumieją – przechyliła się i upadła. Tłum zafalował, ktoś wyrwał się by pomóc dziewczynie, ale Wiktor skoczył, uprzedzając wszystkich.

– W porządku, mała?

– Wierzysz mi?

– Wierzę – odparł.

– Pocałuj mnie.

Chwycił ją i podniósł, uspokoił ręką gapiów, że wszystko w porządku. Następnie pociągnął ją w tłum i korytarzem w głąb galerii. Kiedy zniknęli za zakrętem, zatrzymała się, nie chciała iść dalej.

– Pocałuj mnie – powtórzyła. Rozejrzał się, nikt już nie zwracał na nich uwagi.

– Jak się czujesz? – bąknął, ale nic nie odparła.. Wiedział, że dziewczyna zasługuje na coś więcej niż tylko wstydliwy pocałunek, ale na nic więcej by się nie zdobył, nawet gdyby prosiła. Wprawdzie pomogła mu, ale on przecież pomocy wcale nie oczekiwał, ani o nią nie prosił.

– Pocałuj – mówiły usta, oczy i przyśpieszony oddech.

Pochylił się i dotknął wargami jej warg.

– Jak panu nie wstyd?

Puścił Renatę, odsunął się od niej jak oparzony. Ostry głos dobiegał z tyłu. Odwrócił się, stały za nimi dwie kobiety. Jedna wyglądała na wściekłą, druga wykrzywiała usta w krzywym, podszytym ironią uśmiechu.

– Czy zdaje pan sobie sprawę, że ona jest opóźniona? – zapytała ta wściekła, chwytając Renatę za ramiona i nie czekając na odpowiedź, potrząsnęła nią, zadając kolejne pytania.

– Gdzie się podziewałaś? Szukałyśmy cię przez co najmniej miesiąc, dlaczego odbierasz telefon i się nie odzywasz, nie tak się umawiałyśmy? Myślisz, że możesz udawać normalną? Myślisz, że każdy jest dobry i się tobą zaopiekuje?

Ta druga, uśmiechnięta, zbliżyła się do Wiktora, nachyliła i syknęła:

– Przeleciałeś ją?

– Co pani? Pomogła mi, dziękowałem jej.

– Pomogła ci się spuścić? Czy może odpowiedziała, która godzina i zamierzałeś właśnie zaciągnąć ją w jakieś sympatyczne miejsce, by jej dobrze podziękować.

– To był tylko pocałunek, sama o niego prosiła.

– Halo… szanowny pan już nie pamięta, co przed chwilą usłyszał od siostry poszkodowanej, że jest opóźniona? Czasami gada różne rzeczy, może się nawet narzucać, ale żaden normalny człowiek… – Przyjrzała mu się jeszcze raz z bliska. – Ty ładnie pachniesz, ale nie jesteś normalny, prawda? – Jej usta niemal dotykały jego policzka. – Pasujesz do niej jak ulał i gdyby nie pewna, już zaplanowana akcja, może dopiąłbyś swego.

Wiktor uniósł podbródek i odparł z godnością:

– Nie wiem o co paniom chodzi.

Po czym odwrócił się szybko i oddalił na kilka kroków. Obejrzał się jeszcze w ich stronę i powiedział:

– Renato, dziękuję.

Obie kobiety zamarkowały ruch w jego kierunku, więc zrobił kilka szybkich kroków i zniknął w wyjściu.

– A ty co? Na amory ci się zebrało? A wiesz, to się nawet dobrze składa, nareszcie się na coś przydasz.

Renata popatrzyła na Marysię, nie rozumiejąc, o czym mówi. Obca kobieta, która z nią przyszła i jak się zdawało Renacie, pocałowała Wiktora w policzek, przyglądała się jej z dziwnym wyrazem. Zaczęła ją ogarniać panika, kręciło się w głowie, robiło na przemian zimno i gorąco.

– Chodź! – Marysia pociągnęła ją za rękę. – Znalazłyśmy ci wymarzonego kochanka.

***

– Jak chcesz, możemy zapalić światło – ostry, przepełniony szyderstwem głos przeszył moje ciało niczym naostrzony sztylet w dłoni pani mrozów.

Patrycja? Skąd ona tutaj – próbowałem zrozumieć fenomen pojawienia się dziewczyny mojego brata w pokoju hotelowym, razem z Marysią i Renatą.

Nie czekała na odpowiedź, w jednej chwili w pokoju zrobiło się jasno, zupełnie jak podczas wybuchu supernowej, przynajmniej tak to sobie wyobrażałem. Momentalnie zawinąłem się w koc i niczym zaszczute zwierzę wtuliłem w skraj małżeńskiego łóżka. Przy drzwiach drogę ucieczki odcinała mi dziko uśmiechnięta Patrycja. Marysia siedziała na skraju łóżka, Renata mrużyła oczy, była naga, ale przykryta kołdrą, pod oknem szczerzył się Zygfryd na swoim turbo wózku, a ja miałem swoje spodnie poza zasięgiem wzroku, a między nogami utwardzoną wdziękiem Marysi lancę, która jak na złość nie miała teraz ochoty ze mną współpracować, mięknąc na żądanie.

– Chcielibyśmy zobaczyć, jak zdobywasz serce mojej siostry – Marysia odezwała się pierwsza.

– Żeby było jasne, nie oczekujemy, że będziesz jej pisał wiersze, czy intonował romantyczne kawałki do ucha – uściśliła Patrycja.

– Pokaż jaki jesteś męski, ja tobie to wielokrotnie udowodniłem – odezwał się również Zygfryd.

Spojrzałem na każde z nich po kolei.

– Mam to w dupie, nie muszę się zgodzić.

– Nie musisz, ale wtedy zaprzeczysz sam sobie – Patrycja cięła jak nożem, nie dając czasu na myślenie. Uśmiechnąłem się ponuro.

– Nic mi od tego nie będzie.

– Dlaczego taki jesteś? Ja byłam gotowa… tylko dla ciebie… – Marysi zebrało się na łzy.

Wzruszyłem ramionami i spojrzałem na leżącą jak kłoda Renatę. Miała teraz zamknięte oczy, udawała, że śpi. Nic mnie do niej nie ciągnęło, a wiele odpychało. Mimo wszystko wiedziałem, że nawet Renata na coś zasługuje, nie mogłem od tak, po prostu odmówić. Nie potrafiłem.

– Nie wiem… po prostu ona… no nie wiem, co musiałoby się stać, żebym się zdecydował.

– Daj jej szansę – odezwał się Zygfryd, patrząc mi prosto w oczy. Musiałem coś szybko wymyślić. Cokolwiek, co byłoby niemożliwe do zrealizowania, na co mógłbym zwalić winę.

Rozejrzałem się po pokoju, na stoliku przy barku leżała Biblia i drewniana szachownica, wyposażenie każdego pokoju w tym hotelu. O tak, co za wspaniały pomysł!

– Szachy – odpowiedziałem z triumfującym uśmiechem – Zrobię to z nią, nawet tutaj, przy was, jeżeli tylko wygra ze mną w szachy. – Jakże byłem z siebie dumny. Co za bystrość umysłu, pierwszorzędny pomysł nie do zrealizowania. Byłem bezpieczny, moje poczucie estetyki nie ucierpi.

Renata otworzyła oczy.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Kolejne piękne opowiadanie autorstwa VBR.

„Głęboka podczerwień” staję się powoli moim ulubionym cyklem. Dobrze nakreślone charaktery, umiejętnie stworzony klimat, perwersyjna gra między bohaterami. W tym odcinku na pochwałę zasługuje Renata. nie spodziewałem się takiej postaci, a jednak tu jest bardzo na miejscu. I liczę, że jeszcze namiesza w życiu narratora 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Świetne opowiadanie, podobnie jak część pierwsza. Jestem pod wielkim wrażeniem całości.

Autorze, po raz kolejny nie zawiodłeś. Chylę czoła i z niecierpliwością czekam na Twe kolejne opowiadanie.

Kierunek, w jaki skręciła ta historia nieco mnie zaskoczył, nie spodziewałam się tego. Ale było to miłe, intrygujące zaskoczenie. Jestem bardzo ciekawa, co przyniesie część 3.

Napisz komentarz