Perska Odyseja XXII: Pościg (Megas Alexandros)  4.85/5 (46)

36 min. czytania

Richard Borrmeister, “Atena”

Jechali całą noc, trzymając się drogi na Persepolis. Nie zmuszali koni do galopu, lecz posuwali się naprzód szybkim kłusem. Zresztą, Iszan nie odważyłby się na nic więcej. Wciąż nie ufał swej bułanej klaczy, choć ta była posłuszna jego woli i ani razu nie próbowała pozbyć się niezbyt wprawnego jeźdźca. Za to Talia trzymała się na grzbiecie siwka z wdziękiem i wprawą mitycznej Amazonki. Elamita co jakiś czas spoglądał na nią z zazdrością.

Przed świtem dotarli do sporej wsi, która rozłożyła się po obu stronach drogi. Przed wojną musiała to być zamożna osada, żyjąca zarówno z rolnictwa, jak i handlu między stolicami imperium. Liczne domy robiły wrażenie swą wielkością. Zdarzały się nawet takie, które wzniesiono z kamienia. Obecnie jednak osiedle wydawało się całkiem opuszczone. Iszan nie wiedział, czy tutejszych chłopów popędzili w niewolę Hellenowie, czy też uciekli sami, na wieść o zbliżających się wojskach. Mógł tylko żywić nadzieję, że udało im się zbiec.

Zaproponował krótki postój, by dać wytchnienie wierzchowcom i posilić się przed dalszą podróżą. Lidyjka potrząsnęła głową.

– Jesteśmy wciąż zbyt blisko Pasargadów. Konie wytrzymają. My również.

Nie próbował się z nią spierać. Wszak to ona wiedziała najlepiej, przed kim uciekają. Iszan starał się nie zastanawiać nad tym, co się zdarzy, jeśli wpadną w ręce Eurytiona z Feraj. Podejrzewał jednak, że Talia stale o tym myśli. O dziwo, strach przed okrutnym Tesalem nie spychał jej w otchłań rozpaczy, lecz dodawał sił. Zamierzała w pełni wykorzystać szansę otrzymaną dzięki Melisie. Parła więc przed siebie, nie zważając na zmęczenie i głód.

Pierwsze promienie słońca rozświetliły wschodni horyzont. Wiatr pędzący przez perską wyżynę rozpraszał szybko chmury. Zapowiadało się na dobrą pogodę. Szkoda byłoby umierać w taki piękny dzień, pomyślał Iszan i ściśnięciem ud popędził swoją klacz. Raz jeszcze usłuchała, a on poczuł, że jest za to głęboko wdzięczny.

* * *

Świat był skąpany w ponurej szarości świtu, kiedy Jutab wjeżdżała w bramy Pasargadów. Ta, którą zwano Nadzieją Persydy, wiodła nielicznych ocalałych z nocnego wypadu. Dwustu Persów wyruszyło na nieprzyjacielski obóz. Do miasta wrócił mniej niż co dziesiąty z nich. Z drugiej strony, udało się oswobodzić ponad tysiąc wziętych w niewolę chłopów, których Hellenowie zmuszali do prac polowych przy oblężeniu. Ona zaś powaliła w boju samego wodza najeźdźców, Kassandra z Ajgaj. Nie miała wprawdzie pewności, czy zginął, lecz bez wątpienia odniósł ciężkie obrażenia.

Po drugiej stronie bramy czekał na nią rozświetlony płomieniami pochodni tłum, w którym żołnierze garnizonu mieszali się z ocalałymi wieśniakami. Z ulgą dostrzegła, jak wielu z nich umknęło przed rzezią i zdołało skryć się w obrębie murów. Było warto, pomyślała, spoglądając w ich proste, pełne wdzięczności twarze. Wkrótce jednak radość zgasła w jej sercu. Oto bowiem przez ciżbę przedarł się jej zastępca, niski i krępy Bahadur. Na obliczu dawnego Nieśmiertelnego nie dostrzegała żadnej ciepłej emocji. Jest zły, uświadomiła sobie. I trudno było go za to winić.

Zgromadzeni wznieśli na jej cześć gromkie wiwaty. Niezliczone ręce unosiły się, by dotknąć choćby skraju jej płaszcza lub boku gniadego ogiera, który tej nocy poniósł ją w bój. Jak zawsze, przyjmowała owe hołdy z zakłopotaniem. Tym razem jednak miała dodatkowy powód, by szybko położyć im kres. Zatrzymała wierzchowca przed jednookim oficerem i zeskoczyła zręcznie z końskiego grzbietu. Coś zakłuło ją w boku, lecz nie dała tego po sobie poznać. Zbliżyła się do swego zastępcy, spojrzała mu w oczy i wyszeptała krótkie:

– Prowadź!

Zdawała sobie sprawę, że muszą rozmówić się szczerze i bez ogródek. To zaś nie było możliwe w środku wielbiącego ją tłumu. Jednooki skinął głową i obrócił się na pięcie. Podążała za nim, usiłując dotrzymać kroku czterokrotnie starszemu mężowi. Fakt, była znużona walką oraz nieprzespaną nocą. Z drugiej strony, Bahadur otrzymał niedawno poważną ranę, która wciąż się nie zabliźniła. To jednak nie zdołało zatrzymać dawnego Nieśmiertelnego. Po raz kolejny przekonywała się, że królewskim gwardzistom nie nadawano czczego miana.

Ku zaskoczeniu Jutab, oficer powiódł ją do rezydencji Szahnaza, położonej nieopodal wielkiego placu Pasargadów. Mimo wczesnej pory służba była już na nogach. Gdy tylko zbliżyli się do wrót, zostały przed nimi otwarte na oścież, zaraz też pojawili się niewolnicy z pucharami wina oraz misami wody do umycia rąk. Parysatis zdjęła hełm i podała go jednemu ze sług. Zaspokoiwszy pragnienie, długo szorowała dłonie oraz twarz, pozbywając się z nich potu oraz zaschniętej krwi. W końcu uznała, że ta ablucja musi wystarczyć i znów ruszyła w ślad za Bahadurem.

Zaprowadził Nadzieję Persydy do pracowni jej wezyra. Tam czekali na nich zarówno Szahnaz, jak i dostojny Farzin, kapłan Świętego Ognia, który pchnął Parysatis do nocnej eskapady. Pierwszy wyglądał na półprzytomnego, jakby niedawno wyrwano go ze snu. Twarz drugiego była tradycyjnie skryta za zasłoną. Kiedy wkroczyła do komnaty, obydwaj podnieśli się na równe nogi.

– Dziewicza Oswobodzicielko – wezyr zwrócił się do niej przydomkiem, którego ostatnimi czasy szczególnie nie lubiła – moje serce raduje się, że wróciłaś cało z wyprawy. Doszły mnie słuchy, że było bardzo ciężko…

– Ja zaś słyszałem, że przynajmniej niektórzy z wyzwolonych chłopów zdołali schronić się w mieście – przemówił mag. – Jestem pewien, że wkrótce wzmocnią obronę Pasargadów. Cieszę się, że spełniłaś boską wolę, córko.

– Niestety, obrona Pasargadów doznała tej nocy ciężkiego uszczerbku. – Bahadur przeszedł do rzeczy, gdy tylko zamknięto za nim drzwi komnaty. – W tym szaleńczym i źle zaplanowanym wypadzie utraciliśmy prawie dwustu żołnierzy. Odważnych, nauczonych włóczni oraz szabli. Zaprawionych już w boju. Tych mężów nie zastąpi nawet kilka setek oderwanych od pługa wieśniaków!

Parysatis zwróciła się ku niemu. W gronie jej najbliższych doradców stary oficer całkiem już odrzucił pozory. Usta miał wykrzywione w gniewnym grymasie, jego jedyne oko zdawało się ciskać pioruny.

– Najgorsze zaś, że w chaotycznym boju w ciemnościach sama mogłaś łatwo zginąć, kładąc kres całej rebelii! Zbyt późno zawiadomiono mnie o tym, co zamierzasz. Dlatego nie zdołałem cię powstrzymać, nim wyruszyłaś w pole. Teraz jednak żądam, byś w przyszłości zaniechała tak pochopnych działań! Jesteś zbyt cenna dla sprawy powstania, by się narażać. Życie naszych żołnierzy również jest zbyt drogie, by odrzucać je tak lekką ręką!

– Niczego nie odrzuciłam! – Poczuła, że i w niej rośnie wściekłość. – Wszystko szło dobrze, lecz Hellenowie dopadli nas, gdy już wracaliśmy do miasta. Przeprowadziłam kontratak i zatrzymałam skrzydło helleńskiej konnicy…

– Tymczasem drugie skrzydło przemknęło bokiem – warknął Bahadur. – I urządziło naszym ludziom rzeź. Zanim dotarłaś do Pasargadów, wysłuchałem relacji nielicznych ocalałych. Dowodzący piechotą Fraortes powinien był ratować swych żołnierzy i pozwolić Hellenom wyciąć chłopów w pień. Głupiec uczynił odwrotnie…

– Fraortes nie był głupcem! – zawołała. – To bohater, który oddał życie w obronie swych rodaków! Uczynił to, na co nie poważył się żaden z wielkich perskich panów, z Dariuszem na czele!

Jej wybuch zamknął usta weteranowi. Szahnaz zbladł, słysząc, z jak małym szacunkiem dawna księżniczka wyraża się o królu królów. Twarz Farzina pozostała nieodgadniona za szczelną zasłoną. Ona zaś wciąż mówiła, choć teraz już nieco spokojniej:

– Zanim się rozdzieliliśmy, Fraortes oddał mi swą włócznię. Użyłam jej, by strącić z konia Kassandra z Ajgaj. Tak, moi panowie, generał Hellenów upadł. Pozwólcie, że was spytam, mądrzy doradcy, jak wpłynie to na ducha walki naszych nieprzyjaciół?

Tym razem w jedynym oku swego zastępcy dostrzegła błysk podziwu.

– To… wszystko zmienia, Jutab. O ile Kassander rzeczywiście zginął. Czy zdołałaś potwierdzić, że rozstał się z życiem?

– Nie było na to czasu. Przyboczni zaraz go otoczyli. Ja zaś musiałam uchodzić, ratować resztki mojego oddziału. Fakt pozostaje jednak faktem. Wódz naszych wrogów został pokonany przez niewiastę, na oczach własnych żołnierzy.

– To musi podkopać ich morale – koncyliacyjnie przyznał Bahadur.

– Śmierć generała lub jego długie wyłączenie z walki może wywołać spory w helleńskim dowództwie – dodał wiecznie kalkulujący Szahnaz. – Pomniejsi oficerowie będą się spierać o władzę i wzajemnie podkopywać swe pozycje.

– Bez względu na to, czy zgładziłaś tego zbrodniarza, czy też jedynie go upokorzyłaś – przemówił uroczyście Farzin – jedno jest pewne. Twą rękę prowadził sam Ahura Mazda. Byłaś płonącym mieczem jego sprawiedliwości. Żadnemu śmiertelnikowi nie wolno oceniać twoich czynów.

Wdzięczna za udzielone wsparcie Jutab skłoniła przed głowę przed kapłanem. Weteran nie zabrał więcej głosu. Wkrótce wszyscy się pożegnali i rozeszli do swych obowiązków.

Kassander z Ajgaj mógł zostać pokonany, lecz wojna nadal trwała.

* * *

Melisa przez całą noc doglądała rannych, każdą zaś wolną chwilę spędzała przy sienniku Kassandra. Stan Macedończyka nie zmienił się: wciąż był nieprzytomny. W końcu, nad ranem, na wyraźny rozkaz medyka Erechteusa, udała się na spoczynek, do swej ciasnej izdebki na piętrze willi. Wykończona, nie miała nawet sił rozebrać się do snu. Gdy tylko złożyła głowę na poduszce, pożeglowała do krainy Morfeusza. Nie dane jej było jednak długo tam gościć. Ktoś bowiem ujął ją za ramię i zaczął potrząsać. Z początku delikatnie, lecz z czasem, gdy nie reagowała, coraz mocniej.

– Proszę cię, pani, ocknij się! – Głos jej lidyjskiej niewolnicy zdradzał zdenerwowanie.

– Czemu mnie budzisz, Parmys? Czy to już pora mojej zmiany? Może Kassander odzyskał zmysły?

– Nie, pani… Przyszedł okrutnik, któremu odebrałaś Talię. Jest rozzłoszczony. Lękam się tego, co może uczynić, jeśli się z nim nie rozmówisz.

Melisa stłumiła westchnienie. Zdawała sobie przecież sprawę, że czeka ją konfrontacja z Eurytionem z Feraj. Liczyła tylko, że stanie do niej w nieco lepszej kondycji… Na to jednak nie sposób było nic poradzić. Podniosła się z posłania, przyjęła od służącej misę z wodą. Opłukała sobie twarz i dłonie. Tak pokrzepiona ruszyła stawić czoła bestii w ludzkiej skórze.

Czekał na nią u podnóża schodów, rosły niczym mityczny gigant i równie niebezpieczny. Jego łysą głowę znaczyły odciski od hełmu. Towarzyszyło mu trzech podkomendnych z oddziałów tesalskiej jazdy. Wśród nich żołnierz, którego twarz pokrywały całkiem świeże, fioletowe sińce. Spoglądał on na Melisę oraz podążającą krok za nią Parmys oczami, które niemal ginęły wśród opuchlizny.

– Wybacz, jeśli musiałeś na mnie czekać. – Jonka zwróciła się do oficera Tesalów. – Czemu zawdzięczam twą wizytę?

– Zeszłej nocy sięgnęłaś po moją własność – zagrzmiał Eurytion z Feraj. – Domagam się jej zwrotu!

Melisa zatrzymała się w połowie schodów, tak by wciąż patrzeć na olbrzyma z góry. Uniosła brwi, udając niezrozumienie.

– Obawiam się, że nie wiem o czym mówisz, dowódco.

– Kiedy zostałem awansowany, dostojny generał sprezentował mi lidyjską brankę. Przedtem należała do Herakliusza, który poległ podczas walk w górach Zagrosu. Jeszcze do wczoraj pozostawała ona w mym namiocie. Dziś rano jej tam nie znalazłem. Obecny tu Geryon twierdzi – ruchem głowy wskazał na zmaltretowanego żołnierza – że przysłałaś po nią niewolnicę. Moja dziewka miała pomagać ci w lazarecie. Pytam więc, gdzie jest? Dlaczego ją przede mną ukrywasz?

Jonka rozejrzała się po wypełnionej rannymi sali. Ci, którzy byli przytomni, w milczeniu przysłuchiwali się rozmowie. I posyłali Eurytionowi, który tak obcesowo zwracał się do ich dobrodziejki, całkiem wyzute z szacunku spojrzenia. Świadomość, że ma ich wsparcie, dodawała otuchy. Dlatego dumnie uniosła głowę i odrzekła:

– O ile mi wiadomo, Talia jest wolną mieszkanką Lidii i poddaną króla Aleksandra, która z własnej woli zdecydowała się towarzyszyć Herakliuszowi. Kassander zaś wcale ci jej nie podarował, a jedynie powierzył opiece. Której, jak się zdaje, nie sprawowałeś zbyt troskliwie.

Eurytion zacisnął dłonie w pięści.

– Gdzie ona jest? – powtórzył przez zaciśnięte zęby.

– Skąd miałabym to wiedzieć? Po skończonej pracy oznajmiła, że wraca na twoją kwaterę. Nie kazałam jej śledzić, więc nie wiem, czy mówiła prawdę.

– Twa niewolnica miała ją odprowadzić!

– Potrzebowałam Parmys tutaj. Wiesz przecie, że po nocnej bitwie mieliśmy wielu nowych rannych.

Przez długie chwile wpatrywał się w Jonkę bez słowa. W końcu wycedził:

– Jeśli dowiem się, że kłamiesz…

– Zapominasz się, dowódco! – Nie pozwoliła mu dokończyć groźby. – Przypomnij sobie, pod kim służysz. Jeśli uważasz, że poniosłeś szkodę, zwróć się do Kassandra. Kiedy już będzie w stanie cię wysłuchać.

– Jeżeli będzie w stanie mnie wysłuchać.

– Tymczasem bądź łaskaw opuścić mój lazaret. Chorym potrzeba spokoju, by mogli odzyskiwać siły.

– Niech i tak będzie. Przeszukam obozowisko. Odnajdę dziewkę. Wyduszę z niej prawdę. A wtedy, kto wie? Być może tu wrócę. Módl się, by generał szybko odzyskał zmysły. Twoja pozycja zależy teraz wyłącznie od niego.

Po tych słowach Eurytion obrócił się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia. Tesalowie poszli w jego ślady. Melisa i ranni żołnierze odprowadzili ich wrogimi spojrzeniami.

* * *

Po raz kolejny w ciągu ostatnich dni Mitrydates spoglądał na ruiny. Tym razem nie były to jednak smutne pozostałości królewskiego kompleksu w Persepolis, lecz zgliszcza jego własnego pałacu. Wstrząśnięty patrzył na częściowo zawalone skrzydło mieszczące niegdyś harem, na spopielone ogrody, a także na jezioro, którego krystalicznie czysta woda została bezpowrotnie splugawiona – Hellenowie cisnęli w nią zwłoki nielicznych obrońców rezydencji.

Nie przybył tutaj sam. Prowadził silny zagon jazdy. Stu mężnych Persów, niejednolicie odzianych oraz uzbrojonych. Każdy pochodził z innego powstańczego oddziału i zgłosił się na ochotnika do tej niebezpiecznej misji. Ich zadaniem było rozpoznać teren przed przemarszem głównej armii. Ta posuwała się powoli traktem łączącym obydwie perskie stolice.

Mitrydates zdecydował, że przy okazji odwiedzi też swe włości. To, co ujrzał w drodze do pałacu – spalone i wyludnione wsie oraz folwarki – powinno go przygotować na ten widok. Nie przygotowało. Wszak przewidywał, że gdy wieść o tym, że dołączył do buntowników, stanie się powszechnie znana, najeźdźcy wezmą odwet. Dlatego też polecił majordomowi wysłać swoje żony oraz skarbiec w długą i niebezpieczną drogę do Karmanii, krainy, która wciąż jeszcze nie została podbita. Miał nadzieję, że karawana zdążyła wyruszyć, nim nadciągnęli okrutni Hellenowie.

Zostawił podkomendnych przy jeziorze, gdzie na przekór wszystkiemu usiłowali poić konie. Minął zburzony pawilon z alabastru i białego drewna, w którym ledwie przed paroma tygodniami – teraz zdawało się, że minęły całe lata – podejmował śniadaniem Parysatis. Ach, jak brzemienne w skutki było to spotkanie. Poruszony odwagą Nadziei Persydy, zdecydował wówczas odrzucić pozorną neutralność i jasno opowiedzieć się po jej stronie. I choć przyszło mu za to drogo zapłacić, nie żałował swego postanowienia. To, co otrzymał od młodej buntowniczki, było cenniejsze niż wszystkie pałace imperium. A przecież liczył, że gdy znów się spotkają, zostanie jeszcze hojniej obdarzony.

Nie bacząc na niebezpieczeństwo, wkroczył do zrujnowanej rezydencji. Czuł, że musi ujrzeć wszystko na własne oczy. Przemierzał znane sobie, a przecież tak odmienione korytarze. Wspinał się po popękanych i kruszejących schodach. Zaglądał do komnat, wpierw ogołoconych z kosztowności przez posłusznego jego woli majordoma, potem doszczętnie splądrowanych przez żołdaków. Kiedy ta wojna wreszcie się skończy, będę bezdomny, pomyślał gorzko. Pałac w żadnym razie nie nadawał się do ponownego zasiedlenia. Trzeba będzie go zburzyć i postawić na nowo. Przedtem zaś sprowadzić chłopów na opustoszałe ziemie. Obsiać porzucone pola, uruchomić folwarki. To przecież ich zyski sfinansują odbudowę.

Wybiegam zbyt daleko w przyszłość, skarcił się w duchu. Wojna wciąż trwała i nie było widać jej końca. Nawet zwycięstwo nad Kassandrem z Ajgaj, którego obwiniał o zniszczenie swego domu, nie musiało oznaczać końca zmagań. Wciąż przecież pozostawał Arsames, przyczajony za murami Persepolis… Nie sposób też było zapomnieć o samym Aleksandrze. Król Hellenów opuścił wprawdzie Persydę i pociągnął na północ, lecz przecież zawsze mógł powrócić. Miną lata, nim wezmę się do dzieła odbudowy, zrozumiał Mitrydates. Być może zabiorą się za to dopiero moi synowie. Synowie, których da mi Parysatis.

Nie wiedzieć kiedy opuścił ruiny pałacu i wrócił nad brzeg zbezczeszczonego jeziora. Na twarzach mężczyzn, którzy przybyli z nim w to miejsce, dostrzegł niepokój. Musiałem długo nie wracać, pomyślał, nieco zdezorientowany. Jeden z podkomendnych przyprowadził mu konia, bułanego ogiera imieniem Bahram. Mitrydates raźno wskoczył na jego grzbiet.

– Nic tu po nas – oznajmił swoim ludziom. – Zostały tylko zgliszcza. Nie wiem, co spodziewałem się tu znaleźć.

– Dokąd teraz? – spytał Artaban, najlepszy łucznik w całej powstańczej armii.

– Na południe. Sprawdzimy jeszcze gościniec na Pasargady. Potem wracamy. Chcę przed zmrokiem dołączyć do głównych sił.

* * *

Powinna była się położyć, lecz czuła, że po pojedynku woli z Tesalem nie zdoła już zasnąć. Udała się więc na piętro, sprawdzić, jak miewa się Kassander z Ajgaj. Generał został rano przeniesiony ze zwykłego siennika w sali ogólnej do najwygodniejszego łóżka w całej willi. Erechteus przyszedł go zbadać, długo i pieczołowicie obmacywał mu czaszkę i mruczał coś do siebie. Następnie udał się studiować jakiś uczony traktat, który zabrał ze sobą na azjatycką wyprawę. Polecił, by nie odstępować rannego o krok i donosić mu o każdej zmianie jego stanu.

Ta jednak wciąż nie nastąpiła. Macedończyk leżał w bezruchu, z zamkniętymi oczami i całkiem obojętnym obliczem. Wyglądał, jakby był pogrążony w głębokim śnie, albo – co gorsza – ostatecznie już pożegnał się ze światem. Melisa usiadła na skraju łoża i z wahaniem położyła dłoń na szerokim torsie ukochanego. Oddech miał spokojny i głęboki. Serce biło miarowo. Poczuła ulgę. Wciąż była nadzieja.

Czuła, że powinna spróbować modłów. Nie dlatego, że drwiącym tonem poradził jej to Eurytion. Szczerze wierzyła przecież, że wsparcie bogów może być pomocne w takich chwilach. Zastanawiała się jednak, który z Olimpijczyków spojrzałby najłaskawiej na powalonego. Może Ares? Kassander był wszak żołnierzem, wodzem i zwycięzcą wielu bitew. Rozsławiał chwałę macedońskiego oręża od Peloponez po Persydę. Z drugiej jednak strony, Ares wspierał silnych, gardził zaś słabością. Raz jeszcze popatrzyła na swego mężczyznę. W tej chwili bynajmniej nie emanował siłą.

Może więc Afrodyta? Uniosła głowę i popatrzyła na ustawiony przy łożu brązowy posąg Zrodzonej z Piany, pozostałość po poprzednich mieszkańcach tego domu. Ona z pewnością sprzyjała Kassandrowi. Któż równie często jak on składał jej hołdy, z licznymi niewiastami wszelkich ras i nacji? Przez dłuższą chwilę Melisa była gotowa paść na kolana przed posągiem i kornie błagać o pomoc dla swego kochanka. Zaraz jednak przypomniała sobie, jak zmienną i kapryśną boginią bywała Afrodyta. Jak potrafiła być dwulicowa, niewierna i kłamliwa. Nic dziwnego, że Mnesarete czciła ją z takim oddaniem. Jonka zdecydowała, że nie pójdzie w jej ślady.

Pozostawali jeszcze Apollo i Asklepios. Obydwaj parali się uzdrowicielstwem, choć pierwszy miał również swój mroczny aspekt: rozgniewany potrafił zsyłać na ludzi plagi. Skupiła się zatem na jego synu. Jako człowiek stał się tak wybitnym medykiem, że posiadł sztukę wskrzeszania zmarłych. Później, jako nieśmiertelny, patronował wszystkim lekarzom w Helladzie. Jeśli ktoś zdoła przywrócić Macedończykowi zmysły, to właśnie on. Melisa zsunęła się z łóżka i uklękła z pochyloną głową. Nie miała wprawdzie zwyczajowej ofiary z koguta – później się o to zatroszczy – wierzyła jednak, że dobrotliwy bóg i tak nie odmówi pomocy.

Długo i żarliwa modliła się przy łożu Kassandra. Kiedy skończyła, uniosła głowę i przyjrzała się ukochanemu. Jeśli Asklepios postanowił wysłuchać jej próśb, to najwyraźniej potrzebował na to więcej czasu. Stłumiła westchnienie i obiecała sobie, że czym prędzej złoży w ofierze pół tuzina dorodnych kapłonów. Kolana mocno ją już rozbolały od klęczenia, więc wstała z podłogi. I wtedy usłyszała odgłosy zamieszania w korytarzu.

– Gdzie jest Melisa? – pytał wyraźnie zaniepokojony młody mężczyzna.

– Przy łożu generała. – Cichy, uprzejmy głos musiał należeć do Marmary, jednej z obozowych pornai, które od wielu dni ofiarnie służyły w lazarecie. – Wybacz, panie, lecz nie wolno jej przeszkadzać…

– Przynoszę pilne wieści. Przepuść mnie, dziewko…

Jonka wystąpiła przed próg sypialni.

– Witaj, Argyrosie. Marmaro, pozwól mu przejść. I zajrzyj proszę do Kassandra. Nie chcę, by był sam, gdy się zbudzi.

– Jak sobie życzysz, pani. – Piegowata ladacznica skinęła głową, wprawiając w drżenie burzę jasnych loków. – Możesz być pewna, że nie odstąpię go ani na krok.

Melisa dała młodemu oficerowi znak, by podążał za nią. Zaprowadziła go do ciasnej izdebki, w której spędzała noce. Jedynie tutaj mogli rozmówić się bez świadków.

– Byłem przy zachodniej bramie. – Argyros zaczął bez zbędnych wstępów. – Widziałem Eurytiona i jego jeźdźców. Musieli wypytać żołnierzy z nocnej warty, kto i którędy opuszczał wówczas obóz.

– A więc ruszyli w pościg?

Adiutant Kassandra skinął głową.

– Co najmniej sześćdziesięciu mężów. Zabrali ze sobą dodatkowe konie, by zmieniać te, które zajeżdżą. Na równinie podzielili się na dwa oddziały. Jeden ruszył drogą na Isztahr, drugi na Pasargady.

Słysząc owe słowa, Melisa pojęła, że oto piasek zaczął przesypywać się w klepsydrze. Talia oraz Iszan mieli coraz mniej czasu. Mogła mieć tylko nadzieję, że to, co im dała, wystarczy.

* * *

W Isztahr, zwanym Miastem Wdów, panował spokój. Ulice były puste, na targowiskach nie przewalały się, jak niegdyś, tłumy. Niekiedy tylko panujący niepodzielnie bezruch urozmaicał przemarsz wojskowego patrolu. Nowy zarządca garnizonu dbał o porządek – choć przecież dawno już zabrakło tych, którzy mogliby go zmącić. Męska populacja została wszak unicestwiona, niewiasty zaś skryły się w domowym zaciszu, by opłakiwać swych ojców, mężów, braci oraz synów.

Zwycięscy Hellenowie dawno już opuścili wykrwawione i splądrowane miasto. Ich miejsce zajęły oddziały złożone z Persów. W odróżnieniu od poprzedników, ci nie dopuszczali się gwałtów i grabieży. Dowódca, młody Chosroes, trzymał swoich ludzi krótko i nie pozwolił na żadne bezprawie. Nieliczni żołnierze, którzy nie usłuchali rozkazów, zakończyli żywot na krzyżu. Potem nie zdarzały się już przypadki niesubordynacji.

Jedynie o zmierzchu Isztahr ożywało. Kobieca populacja opuszczała wówczas domy i zbierała się przy ołtarzach Świętego Ognia. Obrzędy prowadził sam Widarna oraz lojalni wobec niego magowie w czarno-czerwono-złotych szatach. W swoich kazaniach namawiali, by pogodzić się z okrutnym losem i śmiercią najbliższych. By docenić łaskę okazaną przez zdobywców, którzy zgodzili się, by miasto otrzymało perski garnizon. By poniechać buntu i odnaleźć swoje miejsce pod rządami króla królów Aleksandra, pierwszego tego imienia.

Chosroesowi wydawało się to przesadą. Duch oporu mieszkańców został już przecież złamany. Młody oficer nie widział powodu, by zamęczać tych, co przeżyli, helleńską propagandą. Kapłan Świętego Ognia trwał jednak przy swoim. Zamierzał do szczętu wyplenić wpływ swego poprzednika, czcigodnego maga Bardiji, który stanął na czele buntu w Isztahr i poprowadził jego lud na rzeź.

– To, co się stało, nie może się powtórzyć – mawiał z uporem Widarna. – Perska krew jest zbyt cenna, by bezrozumnie wylewać ją w piach.

O tym właśnie rozprawiali w kwaterze dowódcy garnizonu, założonej w jednej z opuszczonych arystokratycznych rezydencji, kiedy wartownik zapowiedział przybycie posłańca z Persepolis. Chosroes polecił, by go wprowadzono. Mężczyzna przyszedł w asyście dwóch żołnierzy z garnizonu Isztahr.

Posłaniec okazał się Hellenem. Nie było to zaskakujące: Arsames, z łaski najeźdźców zarządca Persydy, tak lękał się nienawiści rodaków, że całkiem otoczył się cudzoziemcami. Mężczyzna zbliżył się do dowódcy garnizonu Isztahr i wręczył mu zapieczętowany list. Chosroes przyjrzał się pieczęci, zanim ją złamał. Skrzydlaty lew. Rozwinął papirus i zaczął czytać na głos:

– Dostojny Arsames, z woli naszego łaskawego pana satrapa Persydy, do swego mężnego oficera, Chosroesa, pozdrowienia. Spieszę ci donieść o ostatnich wydarzeniach w wojnie domowej, która wykrwawia nasz umiłowany kraj. Oblężona w Pasargadach Jutab wezwała na pomoc wszystkie swe zastępy. Z ubolewaniem stwierdzam, że jej apel spotkał się z gromką odpowiedzią. Nie dalej niż wczoraj pod mury Persepolis przybyła wielka armia jej popleczników. Prowadził ją zdrajca nad zdrajcami, po trzykroć przeklęty przez Ahura Mazdę Mitrydates. Możesz mi wierzyć, że niczego nie pragnąłem tak bardzo, jak przeszyć go włócznią. Jednak nie pozwoliło mi na to poczucie odpowiedzialności za powierzone mi miasto oraz całą Persydę. Dlatego też zawarłem z nim ugodę…

W tym miejscu Chosroes zawiesił głos i spojrzał w pobladłe oblicze Widarny.

– Czytaj dalej! – Ponaglił go Pierwszy Mag Ukrytej Świątyni.

Oficer przełknął głośno ślinę i ponownie skupił wzrok na papirusie.

– Dlatego też zawarłem z nim ugodę, która wiąże również ciebie. W zamian za odstąpienie od stolicy poprzysięgłem, że nie będę wojował z armią Mitrydatesa. Pozwolę mu pomaszerować pod Pasargady i zmierzyć się z Kassandrem z Ajgaj. Sądzę wręcz, że ci dwaj są siebie warci. Tobie zaś, drogi Chosroesie, nakazuję: pozostań ze swymi oddziałami w Isztahr. W żaden sposób nie mieszaj się do walki buntowników z Hellenami. Wojna domowa wkracza w decydującą fazę. Musimy zachować nasze siły w nienaruszonym stanie, bo wkrótce będą nam potrzebne. Wierząc, że posłuchasz rozkazu tego, kto uczynił cię wodzem i zaufasz jego doświadczeniu, przesyłam ci, mój miły, najserdeczniejszy pocałunek.

Wstrząśnięty Chosroes opuścił ręce, w których wciąż trzymał papirus. Błędnym wzrokiem spojrzał na posłańca, który stał tuż obok i najwyraźniej nie zbierał się wcale do odejścia.

– Czego jeszcze chcesz? – spytał po grecku oficer. – Wszak przekazałeś już wiadomość…

– Mój pan, czcigodny Arsames, życzy sobie, bym przyniósł mu twą odpowiedź.

– Odpowiedź? Jak można odpowiedzieć na coś takiego…

– Potwierdzić otrzymanie rozkazu i poprzysiąc, że się doń zastosujesz – odparł chłodno Widarna. – Satrapa pragnie twego hołdu. A także współudziału w zdradzie.

– Zarzucasz memu panu zdradę?! – Hellen uniósł się gniewem.

– Milcz, cudzoziemski psie – warknął mag, po czym zwrócił się do żołnierzy po persku: – Bierzcie go! To zamachowiec, przybył tu, by zgładzić waszego wodza!

Persowie natarli na posłańca i szybko go obezwładnili. Mężczyzna z początku stawiał opór, głośno przeklinając, lecz kiedy wykręcono mu brutalnie ramiona, zaczął niezrozumiale wrzeszczeć.

– Wtrąćcie go do najgłębszego lochu! – komenderował wciąż Widarna. – Później się z nim rozprawimy!

Kiedy żołnierze wyszli, prowadząc między sobą Hellena, Chosroes odzyskał w końcu mowę.

– Coś ty uczynił? To był człowiek satrapy…

– Zrobiłem to, na co nie potrafiłeś się zdobyć – odparł kapłan. – Teraz jednak przyszła pora, byś to ty podjął decyzję. Jesteś dowódcą, rozporządzasz znaczną siłą. Armia buntowników zmierza pod Pasargady. Czy posłuchasz rozkazu Arsamesa i będziesz stał z bronią przy nodze? Czy też spróbujesz wpłynąć na bieg wydarzeń i spełnić przysięgę, jaką złożyłeś królowi królów, Aleksandrowi?

Młodzieniec nadal milczał, więc Widarna podniósł głos.

– Cała Persyda czeka, Chosroesie. Pytam zatem raz jeszcze: co wybierzesz?!

* * *

Na początku był ból. Nadciągający falami, pulsujący, rozsadzający głowę. Z bólu zrodziła się pierwsza, świadoma myśl: „Żyję. Wciąż żyję”. Potem napłynęły wspomnienia. Nocna bitwa. Wyzwanie rzucone mu przez przywódczynię buntowników. Ciśnięta włócznia, rozdzierający kwik wierzchowca. Upadek na zdeptaną kopytami ziemię. Ciemność. Nieprzenikniona i, jak mu się zdawało, ostateczna. A jednak nie. Jakimś cudem wciąż trzymał się tego brzegu Styksu. Radość Jutab nie potrwa długo. Przekona się, że nie tak łatwo zgładzić Kassandra z Ajgaj.

Światło dnia przenikało przez opuszczone powieki. Do uszu docierały dźwięki: odgłosy kroków, ściszone rozmowy, jęki oraz zawodzenia. Gdzie ja jestem – zapytał sam siebie. Musiał się przekonać. Ból nasilił się, pulsowanie pod czaszką stało się nieznośne. Mimo to zdołał otworzyć oczy. Wpierw dostrzegł szary, kamienny sufit. Obrócił nieco głowę w prawo, co okupił kolejnymi paroksyzmami cierpienia. Wówczas jego spojrzenie padło na nadzwyczaj urodziwą kobiecą twarz. Była nieruchoma i jakby wykuta z brązu, otoczona misternie ułożonymi, również brązowymi włosami. Uświadomił sobie, że kiedyś już widział podobny posąg. Było to jednak w Helladzie… Co jego kopia robiła tutaj, tak daleko od ojczyzny? Mocno zdezorientowany, zdobył się na kolejny wysiłek i tym razem obrócił głowę w lewo. Oczom generała ukazała się pozostała część komnaty. Przy posłaniu, na którym go ułożono, znajdował się niewysoki stół, na nim zaś dzban z wodą lub winem, ceramiczny kubek oraz misa z jakąś polewką, która dawno już chyba ostygła. Izba była pusta, lecz Macedończyk dostrzegł jakiś ruch w otworze wejściowym, który prowadził na korytarz.

Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo chce mu się pić. Wciąż czuł się słabo, a w okolicy nie widział nikogo, kto mógłby mu pomóc. Nie było rady, musiał sam podnieść się z łoża, choć przewidywał, że ból rozerwie mu czaszkę. Zebrał wszystkie siły i wsparł się na łokciach. Opłacił to nową falą cierpienia, zawrotami głowy i nagłymi mdłościami. Nie poddał się jednak, dopóki nie usiadł na posłaniu.

– Dostojny panie, nie czyń tego! – Parmys, niewolnica jego jońskiej kochanki, wpadła do komnaty, zaalarmowana i przestraszona. – Czcigodny Erechteus przykazał, byś pozostał w łożu i za nic w świecie nie próbował wstawać!

Zdołał jakoś opanować nudności i wychrypiał:

– Wina… Podaj mi wina.

– Wybacz, panie… Czcigodny Erechteus przykazał, by poić cię samą wodą.

Lidyjska służka uniosła dzban i napełniła z niego kubek. Następnie przysunęła naczynie do ust Macedończyka. Nie próbował przejmować go z jej rąk, pozwolił, by go napoiła. Woda była mętna i ciepława, lecz jemu zdawało się, że zaczerpnięto ją z chłodnego, krystalicznie czystego potoku. Pił długo. Nim wreszcie zaspokoił pragnienie, Parmys musiała dwukrotnie jeszcze napełnić kubek.

– Gdzie Melisa? – zapytał.

– Długo czuwała przy twym posłaniu. Teraz dogląda chorych. Rozkazała, bym ją powiadomiła, gdy tylko oprzytomniejesz.

– Kiedy otworzyłem oczy, nie było cię tutaj…

– Wybacz, panie – powtórzyła. – Tak długo leżałeś bez ducha… Wyszłam tylko na moment, by pomóc dziewczętom w roznoszeniu leczniczego naparu… Jest nas tak mało, a rannych wciąż przybywa.

– Sprowadź ją. Teraz.

– Jak sobie życzysz, panie.

Kiedy opuściła komnatę, ostrożnie złożył głowę na poduszkach. Mdłości minęły, podobnie jak uczucie dezorientacji. Pozostał jednak pulsujący ból. Macedończyk uniósł rękę i ostrożnie dotknął skroni oraz czoła. Pod palcami poczuł bandaż.

Wkrótce do sypialni wbiegła Melisa, w białym peplosie poplamionym w paru miejscach krwią. Włosy miała w nieładzie, oczy zaś podkrążone z niewyspania. Lecz na jego widok twarz Jonki rozpromieniła się radością.

– Najdroższy… Tak się cieszę, że jesteś znowu z nami – rzekła miękko. Zbliżyła się do posłania i osunęła na kolana, by przyjrzeć mu się z bliska, nasycić obecnością. – Umierałam z niepokoju, kiedy nie mogłeś się obudzić…

– Jak długo… byłem nieprzytomny?

– Pół nocy i większą część dnia. – Mąż o śnieżnobiałych włosach oraz brodzie odpowiedział mu zza pleców dziewczyny. Sędziwy Erechteus nie potrafił dotrzymać kroku Melisie, więc dopiero teraz dotarł do jego łoża. Parmys postępowała krok za nim, by wesprzeć starca, gdyby potknął się i stracił równowagę. – Spadając z konia, doznałeś ciężkich obrażeń głowy…

– Pewnie dlatego czuję się jak Zeus tuż przed wydaniem na świat Ateny – parsknął Kassander i zaraz skrzywił się na skutek wywołanego tym bólu. – Czy mam poszukać sobie Hefajstosa, by rozłupał mi ten obolały czerep i wypuścił boginię na wolność?

– Dziś nie stosujemy już w tym celu młota – odparł poważnie Erechteus. – To znaczy, do otwierania czaszki. W swej księdze poświęconej ranom głowy przemądry Hipokrates zaleca posłużenie się piłą oraz wiertłem…

– Tylko żartowałem, medyku.

– Nie pora na żarty, dostojny generale. Jeśli ból, który odczuwasz, nie ustanie, obawiam się, że trzeba będzie to uczynić. Wedle Hipokratesa zabieg należy wykonać nie później niż na trzeci dzień od wypadku.

Macedończyk oderwał spojrzenie od pobrużdżonego zmarszczkami oblicza i przeniósł je na gładką i piękną twarz Melisy.

– O czym on bredzi, na Hadesa?!

– Proszę, Kassandrze, wysłuchaj go… To najlepszy lekarz w twoim korpusie. A kto wie, może i w całym mówiącym po grecku świecie. Od wielu dni obserwuję go przy pracy. Zapewniam, że jesteś w dobrych rękach.

– Zacny Erechteusie. – Generał zwrócił się do medyka z szacunkiem, którego jeszcze przed chwilą wcale nie odczuwał. – Jestem ci wdzięczny za opiekę i liczę, że będziesz mnie doglądał, póki całkiem nie wrócę do sił. Teraz jednak chciałbym się rozmówić z moją kobietą. Jeśli więc pozwolisz…

– Tak… Na mnie już pora. Muszę zrobić obchód i sprawdzić, jak czują się inni chorzy. Przyjdę tu jeszcze przed zmierzchem, by zbadać cię i zmienić opatrunek.

Czuł, że nie jest w stanie skinąć głową, więc uniósł tylko dłoń i pożegnał starca gestem. Parmys oddaliła się wraz z siwobrodym. Macedończyk został w komnacie sam na sam z Jonką.

– Oddałem tę sypialnię Jazonowi – zauważył, spoglądając w jej głębokie, brązowe oczy. – By wyzdrowiał z ran odniesionych podczas szturmu… Czemu więc budzę się właśnie tutaj?

– Od paru dni Jazon czuł się coraz lepiej… Kiedy usłyszał, co ci się przytrafiło, i że położono cię na sienniku, jak zwykłego żołnierza, od razu postanowił zrobić ci miejsce. Na resztę rekonwalescencji przeniósł się do własnej kwatery…

– Pod opiekę tego ciemnookiego efeba, którego znalazł sobie gdzieś między Tygrysem i Eufratem? Tak czy inaczej, rad jestem, że wraca do zdrowia… Ostatnio nie miałem czasu go odwiedzać…

Melisa potrząsnęła głową.

– Z pewnością nie żywi urazy. Jeśli chcesz, poproszę, by do ciebie przyszedł.

– Tak… Niech przyjdą wszyscy. Jazon, Dioksippos, Eurytion i Argyros…

– Z tego, co wiem, Eurytion opuścił obozowisko…

– Prowadzi zwiad? Słusznie! Nie wolno dopuścić, by Jutab znów nas zaskoczyła…

– Przekażę twoją wolę pozostałym oficerom – ucięła temat Jonka.

Kassander uniósł rękę i dotknął palcami jej czarnych włosów. Niegdyś lśniących, teraz zaś wyraźnie nieświeżych. Poczuł jednak, że wcale nie przeszkadza mu ich stan. Zaczynał lubić tę odmienioną Melisę. Spracowaną, przemęczoną, a przecież niosącą wciąż pomoc jego towarzyszom broni. A od niedawna – również jemu.

– Oddaliliśmy się od siebie – zaczął z wahaniem. – Poróżniły nas… niedotrzymane obietnice i pochopnie wypowiedziane słowa. Chciałbym… położyć temu kres.

– Ja również o tym marzę, Kassandrze.

– Jeśli nadal tego pragniesz… Gdy tylko wróci, pomówię z Eurytionem. Skoro nie potrafi dobrze traktować tamtej niewiasty… odbiorę mu ją i powierzę twej pieczy.

Jonka uśmiechnęła się blado, słysząc jego słowa.

– Nie kłopocz się tym, najdroższy. Najważniejsze, byś odpoczywał i zdrowiał.

– Powinienem wstać, pokazać się żołnierzom. Dowieść, że nadal mają wodza…

– Żołnierze poczekają. Każę ogłosić, że czujesz się już lepiej. Ciebie zaś błagam, wytrzymaj w łóżku chociaż do rana. I spróbuj się przespać. Erechteus zawsze powtarza, że sen to najlepszy uzdrowiciel.

– Czuję, jakby ktoś raz po raz walił mi w głowę maczugą. W dodatku od środka. Nie wiem, czy w tym stanie zdołam zmrużyć oko.

– Zaraz przyniosę coś uśmierzającego ból.

– Wino? – spytał z nadzieją.

– Ziołowy wywar. Pozwoli ci odpocząć.

– Niech i tak będzie. – W głosie Kassandra wybrzmiała rezygnacja. Nie miał siły spierać się z kochanką. Nie teraz, gdy zaczynali się już godzić. Zdawał sobie sprawę, jak kruche to porozumienie. Do rana będzie więc posłuszny. Wino poczeka.

* * *

Kiedy Parysatis dotarła wreszcie do cytadeli, ledwie trzymała się na nogach. Kłucie w boku nasiliło się, utrudniając oddychanie. Lewe ramię wciąż bolało po tym, jak próbowała osłonić się przed ciosem helleńskiego wodza. Mimo to zdołała uśmiechnąć się do żołnierzy pełniących wartę przed drzwiami prowadzącymi na jej pokoje. Należało do końca zachować pozory. Podkomendni nie mogli przecież oglądać jej łez.

W przedsionku powitała ją tylko jedna z hinduskich niewolnic – ta, która przewodziła pozostałym, Darszwana. Przywdziała zielone, odsłaniające brzuch sari, dzięki czemu można było podziwiać w całej okazałości krwistoczerwony klejnot w jej pępku. Służąca uśmiechnęła się, po czym złożyła głęboki pokłon.

– Słowa nie zdołają wyrazić mej radości, gdy widzę cię całą i zdrową, pani. Musisz być wyczerpana po nocnej bitwie. Przygotowałam ciepłą kąpiel, która przyniesie wytchnienie twemu ciału.

Parysatis miała już spytać, gdzie podziała się reszta Hindusek, lecz po krótkim namyśle stwierdziła, że tak jest lepiej. Z pomocą Darszwany pozbyła się kunsztownie zdobionego, naznaczonego helleńskim mieczem pancerza, a następnie ubrań. Gdy była już całkiem naga, niewolnica jęknęła cicho na widok jej boku. Niegdysiejsza księżniczka spojrzała w dół. Żebra po lewej stronie były fioletowe od potłuczeń. Nie mogła uwierzyć, że jeden cios Kassandra, przed którym nie zdołała się osłonić, mógł spowodować tak rozległe szkody. Służka podeszła bliżej i zaczęła badać obolałe miejsce. Miała bardzo delikatny dotyk, więc nie sprawiła swojej właścicielce dodatkowego cierpienia.

– Miałaś wielkie szczęście, pani. Nie wyczuwam złamanych żeber – orzekła po dłuższej chwili. – Powinien jednak obejrzeć cię prawdziwy medyk.

– Jutro. Udam się do niego jutro. A teraz… Wspominałaś coś o kąpieli?

– Oczywiście. Pójdź ze mną, pani.

Kiedy Parysatis weszła do łaźni, oniemiała z wrażenia. Choć dobrze znała tę komnatę, teraz ujrzała ją w zupełnie nowej aranżacji. Wanna, w której pławiła się zeszłego wieczoru, była teraz oświetlona paroma tuzinami świec rozstawionych w jej narożnikach. Na powierzchni wody hojnie rozsypano różane płatki. W powietrzu unosiła się ledwo dostrzegalna, lecz pobudzająca zmysły woń kadzidła.

– Przygotowałaś to wszystko dla mnie? – spytała ze szczerym podziwem.

– Moja pani zasługuje na wszystko, co najlepsze. – Darszwana obróciła się ku Persjance. – Szczególnie wtedy, gdy zwycięska wraca z pola bitwy.

Zwycięska. Jak słodko brzmiało owe słowo. Przywódczyni buntowników uświadomiła sobie, że tego dnia słyszy je po raz pierwszy. Nikt spośród najbliższych doradców nie uznał tego, co udało jej się osiągnąć, za triumf. Choć przecież w ciągu jednej nocy zdobyła nieprzyjacielski obóz, wyzwoliła tysiąc perskich chłopów, pokonała w boju samego Kassandra z Ajgaj. To oni powinni bić przede mną wdzięczne pokłony, pomyślała z nagłą irytacją. Jedyną, która mnie docenia, jest cudzoziemska służka.

Zapragnęła nagrodzić Hinduskę za jej starania oraz dobre słowo. Gdy już zanurzyła się w rozkosznie ciepłej wodzie i przyjęła pierwszą falę wywołanych tym doznań, otworzyła oczy i spojrzała na niewolnicę.

– Dołącz do mnie, Darszwano.

– Będzie ci mniej wygodnie, pani…

– Nie żartuj. Starczyłoby tu miejsca nawet dla czterech kobiet.

Służąca nie oponowała dłużej. Z wdziękiem wyswobodziła się z sari, niespiesznie weszła do wanny i usadowiła naprzeciw swojej pani. Westchnęła, kiedy woda otulała jej uda, biodra, a w końcu sięgnęła podnóża krągłych piersi o ciemnych brodawkach.

– Prawda, że przyjemnie? – spytała z uśmiechem Parysatis. – Ach, jak za tym tęskniłam w czasie poniewierki w górach Zagros…

Ich nogi były splecione pod wodą, co rusz stykały się kolanami lub muskały łydką udo drugiej. Ale choć wanna na to pozwalała, żadnej nie przyszło na myśl, by spróbować się odsunąć.

– Szkoda, że nie było mnie wtedy przy tobie, pani. Znalazłabym sposób, by uczynić to surowe życie znośniejszym.

– Myślę, że potrzebowałam wówczas owej surowości. Choć łaknęłam pałacowych luksusów… Ostatecznie ich brak dobrze mi zrobił. Uczynił mnie twardszą i bardziej wytrwałą. Zahartował ciało oraz duszę. Przygotował do roli, jaką przyszło mi odegrać.

Brązowe oczy indyjskiej piękności badawczo przypatrywały się Persjance.

– Odczuwasz czasem lęk, moja pani?

Cóż za dziwne pytanie! Z pewnością nie ośmieliłby się go zadać żaden mężczyzna, chyba że w celu poniżenia. A jednak w kobiecych ustach brzmiało ono zupełnie naturalnie. Parysatis nie wyczuwała stojących za nim złych intencji. Stwierdziła więc, że tutaj, w zaciszu prywatnej łaźni, może udzielić szczerej odpowiedzi.

– Nie czasem, Darszwano. Cały czas się boję. Przede wszystkim tego, że choć wielu pokłada we mnie swe nadzieje, to jednak w chwili próby zawiodę. Ugnę się pod ciężarem, jaki włożono na me barki. Okażę się słaba i niegodna. Przyniosę wstyd mieszkańcom tego miasta i bojownikom w całej Persydzie.

Hinduska podniosła się, wzburzając nieco taflę wody i przysunęła bliżej swojej pani. Ostatni raz spojrzała jej w oczy, po czym objęła ramieniem i mocno przytuliła. Dziewczyna, którą nazywano Jutab, Dziewiczą Oswobodzicielką i Nadzieją Persydy, poczuła, że ów pełen serdeczności gest przełamuje bariery, które wokół siebie wzniosła. Jeszcze ściślej przywarła do ciała niewolnicy, wtulając nos między jej bark i szyję. Pozwoliła, by łzy popłynęły swobodnie spod opuszczonych powiek, prosto na oliwkową skórę towarzyszki kąpieli. Ta zaś czule gładziła jej włosy i raz po raz składała pocałunki między policzkiem a skronią.

– Płacz, moja pani – mówiła uspokajającym tonem. – Tutaj, jak nigdzie indziej, masz do tego prawo.

Prawo do łez. Do odsłonięcia się i okazania słabości. Dotychczas Parysatis nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo tego potrzebowała. Dla obrońców i mieszkańców Pasargadów musiała grać rolę wojowniczej księżniczki – silnej, zdeterminowanej, nieugiętej. Tylko w ramionach Darszwany mogła być naprawdę sobą.

Uniosła głowę i z wdzięcznością popatrzyła w oczy służki.

– Nie wiem, jak to uczyniłaś… lecz czuję się pokrzepiona. Dziękuję ci.

– Nie trzeba podziękowań, moja pani. Jestem tylko niewolnicą. Twój uśmiech i przychylne spojrzenie w zupełności wystarczą.

– A jednak chciałabym zrobić coś więcej… Sprawić, byś i ty doświadczyła przepełniającej mnie błogości…

Hinduska zawahała się, lecz tylko na chwilę. A potem czule ujęła w dłonie twarz Parysatis. I zaczęła się ku niej pochylać. Rozmyślnie powoli, by umożliwić pani wyrażenie sprzeciwu, gdyby nie pragnęła tego samego. Jednak Persjanka ani myślała się sprzeciwiać. Z lekko rozchylonymi ustami czekała na to, co miało się wydarzyć.

Pierwszy pocałunek był delikatny, niemal nieśmiały. Ot, lekkie muśnięcie warg. Jakby służąca nie chciała jej spłoszyć albo też sama nie była pewna własnych pragnień. Zaciekawiona nowym doznaniem Parysatis nie odsunęła się ani nie okazała niechęci. Zresztą, czy na pewno nowym? Przez głowę przemknęły jej wspomnienia wcześniejszych epizodów, które przygotowały ją na tę chwilę. Pieszczot, jakimi obdarzyły ją w kąpieli niewolnice Mitrydatesa, mulatka i blondynka, których imion nie poznała. Masażu otrzymanego niedawno od samej Darszwany, z początku przynoszącego odprężenie, lecz później coraz bardziej zmysłowego. Kto wie, do czego by doszło, gdyby nie przerwał im wówczas dostojny Farzin?

Przypomniała sobie również pewien zwój, który jako dziewczynka znalazła przypadkowo wśród dokumentów swego brata, a później czytywała najciemniejszą nocą z wypiekami na twarzy. Perskie tłumaczenie wierszy Safony z Lesbos. Greckiej poetki, która swe miłosne strofy kierowała nie do mężczyzn, lecz do dziewcząt. Do pięknej Athidy, mądrej Girino, wdzięcznej Anaktorii… Ileż marzeń, pragnień i fantazji zrodziły wtedy owe poematy!

Teraz zaś miała przy sobie własną Athidę, tak blisko, że mogła niemal usłyszeć przyspieszone bicie jej serca. Ramieniem objęła talię służki, drugą rękę zanurzyła w kruczoczarnych lokach. Gdy ich usta zetknęły się ponownie, zaskoczyła Hinduskę śmiałością. Odpowiedziała na pocałunek, mocniej przywierając do warg tamtej, a nawet rozchylając je koniuszkiem języka. W westchnieniu, które wydała z siebie Darszwana przyjemność mieszała się z ulgą. Podjęła ryzyko i nie została odrzucona. Pragnienia pani okazały się zbieżne z jej własnymi.

Coraz bardziej roznamiętniały się w pocałunkach. Po wargach przyszedł czas na gorączkowy taniec języków. Przerywały jedynie po to, by zaczerpnąć tchu i ponowie rzucić się w wir pieszczot. Rękoma eksplorowały wzajemnie swe ciała, poznając najwrażliwsze na dotyk punkty, odkrywając niezbadane przez wcześniejszych kochanków zakamarki ekstazy. Parysatis, która dotąd spółkowała wyłącznie z mężczyznami, domyśliła się, że Darszwana ma większe doświadczenie w kwestii saficznych rozkoszy. Starała się zatem od niej uczyć, naśladować ruchy oraz gesty, odpłacać za przyjemność, jakiej sama doznawała. Z każdą chwilą przychodziło jej to jednak z coraz większym trudem. Indyjska piękność brała górę w tym miłosnym pojedynku. Coraz bardziej pewna siebie, przejmowała inicjatywę, z władczością, jakiej trudno było spodziewać się po niewolnicy. Dawnej księżniczce wcale to jednak nie przeszkadzało. Wreszcie całkiem skapitulowała, oddając się w ręce służki.

Wsparła się plecami o brzeg wanny i odchyliła głowę w tył, wydając szyję oraz dekolt na coraz bardziej łapczywe pocałunki Darszwany. Jedna ręka Hinduski masowała jej pierś, druga zanurzyła się pod wodę. Kiedy poczuła dotyk zręcznych palców na sromie, zakwiliła. Tymczasem usta kochanki zeszły niżej, na krągłe półkule Parysatis. Brodawki, już twarde i spiczaste z podniecenia, wkrótce nabrzmiały jeszcze bardziej za sprawą ssania, liźnięć, a nawet lekkich ukąszeń. Niewolnica umiejętnie wydzielała swojej pani rozkosz, niekiedy doprawiając ją odrobiną słodkiego bólu. Jej palce poczynały sobie coraz śmielej, rozchylając dolne wargi Persjanki i co rusz zagłębiając się między nimi.

Woda w wannie burzyła się przy gwałtowniejszych poruszeniach obu kobiet. Kilka świec przewróciło się i zgasło, lecz pozostałe wciąż oświetlały rozgrywający się w łaźni miłosny akt. Czując, jak kciuk kochanki pociera jej łechtaczkę, Parysatis jęknęła przeciągle. Jakby w odpowiedzi, palce zanurzyły się głębiej, zaś śnieżnobiałe, drobne zęby mocniej przygryzły sutek. Niemal zachłysnęła się krzykiem. Prawie dotarła na szczyt ekstazy, lecz Hinduska nie pozwoliła jeszcze go osiągnąć. Zmniejszyła intensywność pieszczot, pozwalając Persjance dojść do siebie. Dopiero wtedy, gdy ta nieco ochłonęła, przypuściła ostatni, decydujący szturm. Już po chwili dawna księżniczka znów dyszała z narastającej prędko przyjemności.

Tym razem nic już nie stało na przeszkodzie przed szczytem. Darszwana zwielokrotniła wysiłki, obdarzając ciało swojej pani tyloma pieszczotami, iloma tylko potrafiła. Parysatis drżała w jej rękach, niczym struna liry, trącana palcami Apolla. Zaś jęki, które co rusz wyrywały się z jej ust, układały się w istną muzykę rozkoszy. Potem zaś ekstaza rozlała się po jej ciele, wygłuszając wszystko inne. Dziewczynę przeszył dreszcz, mocniej nabiła się na palce Hinduski. Ta, którą nazywano Jutab, Dziewiczą Oswobodzicielką i Nadzieją Persydy, dochodziła, wykrzykując imię swojej niewolnicy.

* * *

Dopiero po południu zatrzymali się na popas. Talia wypatrzyła wąski strumień, meandrujący między kamieniami, w pewnym oddaleniu od drogi na Persepolis. Nad jego brzegiem dali wreszcie odpoczynek koniom, które musiały być jeszcze bardziej wymęczone od nich. Zjedli trochę przygotowanego przez Melisę prowiantu i w milczeniu patrzyli, jak wierne rumaki skubią trawę.

Iszan zwrócił się ku Lidyjce. Przez dłuższą chwilę podziwiał ją bez słowa. Wyglądała niezwykle, w płóciennym pancerzu, ciężkim kawaleryjskim płaszczu, nagolennikach. Wszystko to stanowiło rekwizyty w maskaradzie, dzięki której udało im się opuścić helleński obóz. Talia zdjęła do posiłku skrywający twarz hełm, uwalniając w ten sposób krzywo ścięte, kasztanowe włosy. O dziwo, ta pospiesznie wykonana fryzura wcale nie odbierała jej uroku. Spoglądając na dziewczynę, Elamita doznał dziwnej, nieznanej mu dotąd emocji. Czuł, że powinien odwrócić spojrzenie, lecz nie potrafił tego uczynić. Chciał na nią patrzeć, nasycić się widokiem, zachować go w pamięci, wypalić pod powiekami. Iszan pragnął, choć wydawało się, że nie powinien być do tego zdolnym.

Potem zaś przyszedł całkiem znajomy, przejmujący smutek zrodzony ze świadomości tego, kim był. Czy może raczej, czym go uczyniono. Nie wątpił, że jako pełnoprawny mąż byłby w stanie lepiej bronić powierzonej mu niewiasty. Silniejszy, bardziej zdecydowany i budzący respekt, osłaniałby ją przed zagrożeniami w drodze, a także u jej kresu – czy to w Persepolis, czy w Elamie. Niestety, los zechciał inaczej. Iszana wykastrowano jeszcze w dzieciństwie. Jednym cięciem pozbawiono go męskości, dumy, rozkoszy, szansy na spłodzenie potomków. Później zaś przyszykowano go do roli sługi, jedynej właściwej dla rzezańca. Teraz zaś sługa miał przewodzić, ochraniać, podejmować decyzje, od których zależało życie. Młodzieniec nigdy jeszcze nie czuł się tak bardzo nie na miejscu, niegodny otrzymanego zadania.

Talia zauważyła w końcu, że jej się przygląda. Z początku zmieszała się i zarumieniła, szybko jednak pojęła, że nie musi się wstydzić spojrzenia eunucha. Mimo to próbowała okazać mu życzliwość.

– Iszanie – zaczęła – wiedz, że jestem wdzięczna za wszystko, co już dla mnie zrobiłeś i co nadal czynisz. Melisa pomogła mi uciec od oprawcy, ale to ty nadstawiasz karku, bym dotarła w bezpieczne miejsce. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam ci odpłacić za doznane dobro. Ale możesz być pewien, że spróbuję.

W swoim niedługim życiu zdążył się już przekonać, jak miło jest przyjmować wyrazy wdzięczności od niewiast. Pomógł wszak ocalić Melisę przed rozszalałym tłumem w Persepolis. Jonka była jednak kobietą z zupełnie innej sfery – Hellenką i nałożnicą generała – pozostawała więc całkiem poza jego zasięgiem. Talia zdawała mu się znacznie bliższa i bardziej przystępna. Kto wie, gdyby jego życie potoczyło się inaczej, u kresu tej wędrówki mogliby się do siebie zbliżyć jeszcze bardziej… Dlatego słowa, które wypowiedziała, tylko pogłębiły jego cierpienie. Nie wiedząc, co odpowiedzieć, strącił z kolan okruchy chleba, którym się posilał, następnie podniósł się na równe nogi.

– Na nas już pora. Zbyt długo tutaj zmitrężyliśmy.

Już wkrótce znowu podążali drogą na zachód, w stronę Persepolis. Wypoczęte konie z początku trzymały dobre tempo. Ale im bliżej zmierzchu, tym bardziej zdawały się opadać z sił. Pod wieczór były już w stanie wyłącznie wlec się stępa.

– Powinniśmy się gdzieś zatrzymać, nim całkiem je zajeździmy – stwierdził Elamita. – Przed nami widzę jakąś osadę. Tam spędzimy noc.

Wypowiedział owe słowa z taką stanowczością, że Talia nawet nie próbowała oponować. Fakt, że udało mu się narzucić swą wolę, przyprawił go o lekki zawrót głowy. Poczucie triumfu nie trwało jednak długo. Lidyjka zdjęła bowiem hełm, wstrzymała wierzchowca i przez dłuższą chwilę nasłuchiwała. Potem zaś posłała Iszanowi zalęknione spojrzenie.

– Tętent wielu kopyt. Dochodzi ze wschodu!

Młodzieniec poczuł, że robi mu się zimno.

– W konie! – rozkazał.

Oboje wbili pięty w boki swych rumaków. Siwek i bułana klacz raz jeszcze usłuchały, zrywając się do kłusu, który płynnie przeszedł w galop.

Iszan obejrzał się przez ramię. Pościg wypadł zza pasma niewysokich wzgórz, które niedawno mijali. Jeźdźcy pędzili na dobrych, tesalskich i perskich wierzchowcach, pochylając głowy nad ich grzywami i wznosząc dzikie okrzyki. Było ich co najmniej dwa tuziny. Na samym czele galopował prawdziwy olbrzym. Koń, który go dźwigał, również musiał być gigantem pośród swoich braci.

Wiatr wył w uszach Elamity. Uda zaciskał na bokach klaczy, rękoma kurczowo dzierżył wodze. Nigdy jeszcze nie jechał w ten sposób i chyba tylko cudem utrzymywał się nadal na końskim grzbiecie. A mimo to Talia okazała się jeszcze śmiglejsza. Z łatwością wyprzedziła go i runęła w stronę osady. Która przecież nie mogła im teraz zapewnić żadnej ochrony…

I choć zarówno konie, jak i jeźdźcy dawali z siebie wszystko, sięgając po ostatnie rezerwy sił, to w głowie młodzieńca pojawiła się przeklęta myśl: „Zginiemy. Dopadną nas. Nie mamy żadnych szans”. W tej samej chwili klacz potknęła się na drodze i choć nie upadła, to znacznie spowolniła bieg. Ścigający Tesalowie byli coraz bliżej. Ich bojowe okrzyki wypełniły mu uszy.

– Uciekaj! – Zawołał za Talią, choć pewnie go nie usłyszała. Już prawie dopadła do pierwszych zabudowań wsi. – Ja ich powstrzymam!

Jak niby mam to zrobić, zapytał sam siebie, świadom absurdu owej śmiałej deklaracji. Klacz potknęła się po raz wtóry, o mały włos nie padając na ubity trakt. Obejrzał się przez ramię. Pierwsi Tesalowie już prawie go dopadli. Mógł już rozpoznać zimne spojrzenie Eurytiona z Feraj. Olbrzym był tuż za nim, unosił włócznię do morderczego ciosu…

I wtedy, w nagłym przebłysku zrozumienia, Iszan pojął, co musi uczynić. Jedną ręką puścił wodze i sięgnął po obijający się o lewy bok oręż. Wyszarpnął ze zdobionej srebrem pochwy xiphosa. Pochylił się i przytulił niemal do szyi bułanej klaczy. Wyszeptał jej do ucha ciche „przepraszam”. A potem z całych sił poderżnął jej gardło. Zwierzę wydało z siebie żałosny kwik i potknęło się po raz ostatni. Młodzieniec zleciał z jej grzbietu i ciężko grzmotnął o ziemię. Za sobą usłyszał ryk Eurytiona. Nie był on pełen triumfu, lecz furii, a może i strachu. Oto bowiem tryskająca krwią klacz wpadła pod kopyta jego potężnego ogiera. Oficer Tesalów próbował jeszcze przesadzić nagłą przeszkodę. Bez skutku. Nogi załamały się pod jego rumakiem. Zdołał jeszcze chwiejnie przebiec paręnaście kroków, nim również zwalił się na gościniec, pociągając za sobą jeźdźca.

Niektórzy Tesalowie zwolnili, a nawet zatrzymali się, by sprawdzić, co z ich dowódcą. Jednak co najmniej tuzin popędził dalej, w ślad za Talią. Iszan leżał tam, gdzie padł, nie będąc w stanie podnieść się ani nawet poruszyć. Spoglądał w stronę osady, świadom, że jego rola dobiegła już kresu. Eunuch z dalekiego Elamu uczynił wszystko, na co było go stać. Bez względu na to, co się jeszcze zdarzy, wkrótce zostanie uśmiercony. Może i dobrze, nie był bowiem pewien, czy ma w ciele choć jedną niezłamaną kość.

Lecz co to? Nim jeszcze Tesalowie wdarli się do wioski, spomiędzy jej zabudowań wypadli inni, znacznie liczniejsi, barwnie odziani jeźdźcy. W rękach dzierżyli oszczepy oraz łuki. Ich pierwsza salwa strąciła z koni co najmniej pięciu żołnierzy Eurytiona. Pozostali dobyli mieczy i starli się z niespodziewanym wrogiem. Iszan patrzył, jak coraz liczniejsi pstrokaci roznoszą ich na szablach. Po czym kierują się w jego stronę. Zza siebie słyszał też paniczne krzyki tych Hellenów, którzy pozostali przy powalonym wodzu.

Okupując to wysiłkiem i bólem, Elamita obrócił się najpierw na plecy, a po chwili na drugi bok. Zobaczył, jak z pomocą żołnierzy potężny oficer Tesalów dźwiga się z ziemi, poobijany, lecz jak najbardziej żywy. Olbrzym spojrzał gniewnie na najbliższego z podkomendnych, mężczyznę o twarzy wręcz opuchniętej od fioletowych sińców.

– To wszystko przez ciebie! – warknął, dobywając miecza.

Zmaltretowany próbował oponować, lecz nadaremnie. Eurytion wbił mu klingę w brzuch, z łatwością przebijając pancerz. Kiedy tamten osunął się na ziemię, ogromny mąż z trudem wspiął się na jego wierzchowca. Ostatni raz spojrzał w stronę wsi, zaś w oczach miał bezsilność oraz gniew.

– Odwrót! – zarządził gromkim głosem. – Jest ich zbyt wielu! Odwróóót!!

Tesalowie skierowali konie na wschód i rzucili się – tym razem nie w pogoń, lecz do ucieczki. W oka mgnieniu niedawni myśliwi stali się łowną zwierzyną. Barwnie odziani jeźdźcy ścigali ich aż do pasma niewysokich wzgórz, kładąc trupem jeszcze wielu Hellenów. Dopiero wtedy zawrócili.

W międzyczasie Iszan zdołał przewalić się na brzuch, a następnie unieść nieco na rękach. Najwyraźniej jednak nie zostały pogruchotane. Nogi też zaczęły wreszcie okazywać mu posłuszeństwo. Wsparł się na kolanie i próbował wstać. Bez skutku. Kiedy spojrzał w stronę osady, ujrzał, jak kolejni pstrokaci prowadzą między sobą Talię. Szła pieszo, nie miała też na głowie korynckiego hełmu, wiatr poruszał jej krzywo obciętymi włosami. Elamita również zdjął hełm, by nieznajomi mogli przekonać się, że nie jest Hellenem. Wkrótce wszędzie wokół zaroiło się od kolorowo odzianych zbrojnych. Nie ulegało wątpliwości, że byli to Persowie.

Mężczyźni pozwolili Talii zbliżyć się do Iszana. Pomogła mu dźwignąć się z ziemi i podtrzymywała, gdy stał na drżących wciąż nogach. Wówczas podjechał do nich szczególnie pysznie odziany kawalerzysta. Miał na sobie wspaniałą zbroję z łusek w barwie miedzi, a także bogato zdobiony hełm z końską kitą. W przeciwieństwie do rodaków noszących natłuszczone olejkami brody, ten gładko golił twarz. Z grzbietu swego dumnego ogiera posłał Elamicie i Lidyjce badawcze spojrzenie.

– Kim jesteście wy, którzy uchodzicie przed Hellenami? – zapytał całkiem przyzwoitą greką.

– Kornymi poddanymi króla królów – odparł po persku Iszan, opuszczając wzrok na kopyta wierzchowca nieznajomego.

Jedną z pierwszych rzeczy, jakich nauczył się, służąc w królewskim pałacu w Suzie, było to, by nie patrzeć w oczy wysoko urodzonym. A nie miał wątpliwości, że rozmawia właśnie z arystokratą ze starego imperium.

– Jak my wszyscy – odparł chłodnym tonem jeździec. – Lecz którego króla królów? Tylu ich ostatnio jest…

To był decydujący moment. Iszan nie wahał się długo.

– Ukochanego przez Ahura Mazdę Dariusza, trzeciego tego imienia.

Choć nie patrzył w twarz nieznajomego, miał wrażenie, że ten uśmiechnął się na owe słowa.

– Możliwe więc, że zostaniemy przyjaciółmi. Teraz jednak musimy opuścić to miejsce. Nie wiem, czy zagon, który rozbiliśmy nie był częścią większego oddziału. Musimy wycofać się do głównych sił i przemyśleć dalsze ruchy. Wtedy też porozmawiamy dłużej.

– Głównych sił? – spytał zdezorientowany Elamita.

– Oczywiście! Sądziłeś, że to już wszyscy obrońcy wolnej Persydy? Korny poddany króla królów, wiedz, że jest nas znacznie więcej. Wyruszyłem na zwiad z setką ludzi, lecz za nami podążają nieprzeliczone tysiące. Wkrótce się o tym przekonasz. A niedługo przekona się także Kassander z Ajgaj!

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Miłe Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy,

kolejny miesiąc, kolejna publikacja. Tym razem nowy rozdział Perskiej Odysei. Od kwietnia udaje mi się utrzymać comiesięczną regularność premier, miejmy nadzieję, że tak będzie dalej! Jak zawsze tekst jest skorygowany przez niezastąpioną Atenę, której składam w tym miejscu serdeczne podziękowania. Wam zaś życzę ciekawego spotkania z bohaterami Odysei i przede wszystkim – udanej lektury!

Pozdrawiam
M.A.

>>> SPOILER ALERT <<< Bardzo dynamiczny, ciekawy rozdział, chociaż tym akurat razem sam Kassander odgrywa, z konieczności, rolę statysty. Musi jednak szybko podnieść się z łoża boleści, bo kłopoty nadciągają ze wszystkich stron. Będzie miał okazję wykazać, że nie przypadkiem osiągnął swoje wysokie stanowisko. Talii wreszcie dopisało szczęście, od pewnego czasu traktujące ją bardziej niż po macoszemu. Ta zmiana powinna ucieszyć Czytelników. Najbardziej cieszy jednak zapowiedź częstej publikacji kolejnych odcinków. Pozdrawiam

>>> SPOILER ALERT <<< Witaj, Neferze! Zaiste, Kassander będzie musiał wkrótce znów objąć dowodzenie, bo sytuacja macedońskiego korpusu, dotychczas dosyć stabilna, staje się nagle bardzo niepewna. Talia chwilowo uciekła od swego oprawcy, tożsamość tych, którzy jej pomogli nie została jak dotąd wykryta. Wszystko jednak zmierza do kolejnego przesilenia, które nastąpi, jak sądzę, w dwóch następnych odcinkach. Pozdrawiam serdecznie M.A.

Za taką samowolną akcję Eurytion powinien przez dłuższy czas zajmować się czyszczeniem latryn.
Interesująco zapowiada się relacja (konflikt?) Kassandra i tesalczyka z Melisą w tle.

A sytuacja buntowników? Jutab zamknięta w mieście, Mitrydates z wojskiem może tchnąć w powstanie nowe siły… Jednak wydaje się, iż zbyt wielu arystokratów perskich zajęło pozycję oczekującą lub wręcz promacedońską, aby ta rewolta zakończyła się końcowym sukcesem.
Kto wie czy decydujące tutaj nie okażą się działania Widarny…

Witaj, Radosky!

Jestem pewien, że Eurytion znajdzie sposób by się wytłumaczyć – w końcu jako dowódca jazdy musi przeprowadzać regularne zwiady i patrole wokół pozycji Macedończyków, czyż nie?

Problemem Mitrydatesa jest to, że nie panuje nad armią buntowników. Jak wspomniałem w jednym z poprzednich rozdziałów (XX), armia stanowi po prostu zbieraninę różnych partyzanckich oddziałów, które przedtem walczyły osobno, pod własnym dowództwem. Teraz ci wszyscy lokalni hetmani próbują działać wspólnie, uzgadniając decyzje na radzie wojennej. Mitrydates ma tam tylko jeden głos spośród wielu. Może formułować propozycje i sugestie, ale nie jest w stanie przeforsować swych pomysłów. Myślę, że w innych okolicznościach mógłby stanowić dla Kassandra śmiertelne zagrożenie, ale w obecnych – jedyne co może zrobić, to pracować na wspólny sukces anarchistycznej bandy rebeliantów…

Co do wyczekującej postawy perskiej arystokracji – chyba na każdej wojnie (domowej, choć nie tylko) tak właśnie jest, dwie frakcje się okładają, a większość czeka na wynik starcia, bojąc się opowiedzieć po którejś ze stron. Dopiero gdy jedna z nich zaczyna wyraźnie brać górę, pod jej sztandary zjeżdżają się nagle tłumy, podczas gdy w obozie drugiej robi się niezwykle pusto. Wojna w Persydzie jest jeszcze daleka od rozstrzygnięcia, nie do końca nawet wiadomo, ile dokładnie toczy ją frakcji, tak więc sporo przyglądających się zmaganiom ćwiczy się w cnocie cierpliwości i nierzucania się w oczy.

Zadajesz ciekawe pytania i tworzysz jeszcze ciekawsze hipotezy, więc nie napiszę nic więcej, by nie spoilować lub nie mylić perfidnie tropów 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Jeśli Eurytion nie poniesie za swoją akcję konsekwencji, to zwątpię w organizację i inteligencję macedońskiej armii. Sytuacja w obozie jest ciężka, generał leży złożony niemocą, nie wiadomo, czego się spodziewać, bo już raz Jutab uderzyła z zaskoczenia, więc czemu nie miałaby zaczekać na posiłki i uderzyć po raz kolejny za jakiś czas, wykorzystując chwilowe problemy z dowództwem? A ot tak zabiera sobie oddział i jedzie uganiać się za jedną, nieistotną dla nikogo z punktu widzenia strategicznego kobietą. Za samo to powinien zostać solidnie zdegradowany. Jeśli zaś wyjdzie na jaw, że Talia była przebrana za mężczyznę i wiozła list z pieczęcią Kassandra, mówiący, że działa na jego rozkaz, w tajemnicy i pośpiechu, to Melisa może mieć poważne problemy z powodu fałszerstwa takiego dokumentu – ale Eurytion powinien wisieć za jawną zdradę: w końcu ścigał i próbował zatrzymać osobę, która według dostępnych mu informacji wykonywała ważne, pilne i tajne polecenia jego generała. Zwiad? Co to za zwiad, który zamiast się rozejrzeć po całej okolicy obozu i wrócić zdać raport, gna w jedną stronę i próbuje kogoś złapać?

Witaj, Czarna Kaczuszko!

Spójrz na to z innej strony – gdyby nie pościg Eurytiona za Talią i starcie z przednią strażą Mitrydatesa, Macedończycy w ogóle nie wiedzieliby, że mają za plecami armię buntowników. Satrapa Arsames rządzący w Persepolis nie ostrzegł ich przecież o nadciągającym z jego kierunku zagrożeniu.

Zauważ jak wybudzony Kassander zareagował na wieść, że Eurytion opuścił obóz: – Prowadzi zwiad? Słusznie! Tesalowie, jako jedyna konna formacja w korpusie mają za zadanie rozpoznawać teren wokół głównych sił. Eurytion nie będzie musiał nawet tłumaczyć, czemu opuścił obozowisko – bo tego właśnie się od niego oczekuje. Ani wspominać o swoim pościgu – wystarczy jeśli powie, że Persowie uderzyli na jego ludzi podczas dalekiego zwiadu. Przecież podwładni nie zaprzeczą jego słowom.

Może mieć za to kłopoty, by Kassander dowie się, jak obcesowo potraktował Melisę. Z drugiej strony, Melisa może mieć kłopoty, gdy wyjdzie na jaw jej udział w ucieczce Talii i Iszana.

Dokument, będący w posiadaniu uciekinierów, został sfałszowany, podobnie jak ostrakon, którym posłużyli się, by wyjechać za bramę – dlaczego więc Eurytion, który nawet nie wie generalskim glejcie, miałby być posądzony o zdradę? I kto miałby go skazać – Kassander, który wie przecież, że żadnego glejtu nie wydał?

Cóż, pozostaje czekać na kolejną część, mam nadzieję, że wtedy wszystko trochę się wyklaruje 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Nie bardzo rozumiem stwierdzenia autora, że niby to jest jakaś wojna domowa. O ile dobrze znam historię to Aleksander Macedoński podbił Persję. A Dariusz III został zabity przez podwładnego Bessosa. Poza tym kto się tutaj bije z kim. Jeżeli można mówić o jakiejś wojnie to raczej wojnie Persów prowadzonej przez Jutab z Macedończykami dowodzonymi przez Kassandra wspieranego przez kolaborantów w rodzaju Widary i prawdopodobnie Chosroesa. Wydaje mi się, że ten prawdopodobnie zaangażuje się w walkę po stronie Greków. W końcu przecież Dariusz III nie żyje więc po czyjej stronie ma stanąć.

Witaj, Anonimie!

Stwierdzenie nie jest moje, lecz pochodzi z listu satrapy Persydy, Arsamesa. I z jego perspektywy jest to jak najbardziej wojna domowa. Jest przecież służącym Aleksandrowi Persem, wojującym przeciw Persom lojalnym wobec Dariusza III (lub też abstrakcyjnej idei perskiej niepodległości).

Dariusz III wciąż jeszcze żyje podczas tych rozdziałów Perskiej Odysei. Korpus Kassandra dotarł do Elamu wraz z początkiem wiosny 330 r. Wojna z Jutab trwa właśnie przez wiosnę tego roku. Natomiast Dariusz zginął w lipcu 330 r. W dodatku wieści podróżują powoli po kontynentalnej części imperium, gdzie brakuje dobrych dróg (wyśmienita Perska Droga Królewska kończy się w Suzie i nie biegnie dalej na Wschód), a teren pocięty jest łańcuchami górskimi. Tak więc wieści o śmierci króla mogą dotrzeć do Persydy nawet w sierpniu. Do tego czasu buntownicy mają pewien symbol, którego mogą się uchwycić. Nie wiedzą przecież, że Dariusz salwuje się coraz bardziej desperacką ucieczką i zaraz zdradzą go najbliżsi sojusznicy. Rebelianci sądzą, że król królów wycofał się na północ, by zgromadzić kolejną armię.

Z kolei Aleksander w pewnym momencie przestał być tylko władcą macedońskim/panhelleńskim podbijającym wrogi kraj. Zaczął używać tytułu króla Azji (choć poddani często odnosili się doń jako do króla królów) i wciągać we współpracę lokalne elity. I często okazywało się, że one jak najbardziej są na tą współpracę otwarte. Dlatego wielu satrapów zostało wyłonionych z lokalnych ludów. Aleksander zaczął też wprowadzać na dworze orientalne zwyczaje (proskynesis). W długotrwałym procesie, któremu sprzeciwiało się wielu jego rodaków, zaczął stawać się władcą w stylu wschodnim, dzięki czemu łatwiej było go zaakceptować na tronie niezliczonym narodom, które podbił.

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz