Perska Odyseja XXIII: Kochankowie i szpiedzy (Megas Alexandros)  4.75/5 (19)

29 min. czytania

Charles Greyre, „Daphnis i Chloe schodzący z góry”

Choć nad obozowiskiem Macedończyków zapadła już ciemna noc, praca w lazarecie nigdy się nie kończyła. Po wczorajszej bitwie felczerom i wspomagającym ich niewiastom przybyło ponad pół setki podopiecznych. Wszystkim należało przemyć i opatrzeć rany, niektórym przygotować uśmierzające ból wywary, innych po prostu podnieść na duchu dobrym słowem. Melisa, Parmys oraz pornai były już na granicy wyczerpania. Na szczęście przyszła pora nowej zmiany. Zastąpić je miały kolejne z ciągnących za wojskiem ślicznotek.

Kiedy wypoczęte dziewczęta zajęły się już pacjentami, te, które kończyły służbę, zebrały się w niewielkiej izbie należącej do Melisy. Na niskim stole znajdowała się mosiężna miska wypełniona wodą, w której po kolei obmywały się z krwi rannych. Czekając na swoją kolej, Parmys przysłuchiwała się ich rozmowom. Ponieważ Jonka udała się do komnaty Kassandra, by zobaczyć, jak miewa się jej kochanek, mówiły swobodnie, jak to między koleżankami po fachu.

– Szkoda tego Perdiksa – oznajmiła tęga Lachesis, skrapiając wodą twarz oraz dekolt. – Był z niego dobry kawalerzysta i nie mówię tu tylko o ujeżdżaniu koni! – Jej słowa rozbawiły Scytyjkę Aglaię oraz Nubijkę Hebe. Kolejne słowa sprawiły jednak, że nieco spoważniały: – Któryś Pers wbił mu włócznię w brzuch. Grot złamał się w ranie. Zdołał wrócić do obozu, lecz skonał z głową na mych kolanach.

Pulchna ladacznica ustąpiła miejsca przy misce ciemnoskórej.

– Każda z nas straciła na wojnie któregoś z towarzyszy – przemówiła tamta, pocierając dokładnie palce, by pozbyć się każdej grudki zaschniętej krwi. – Pamiętacie argiwskiego hoplitę, Harmocydesa? Upodobał mnie sobie w czasie marszu przez Frygię. Odtąd często gościł w moim namiocie… i był tam mile widziany – dodała ze smutkiem. – Nie wrócił z nocnego szturmu Pasargadów. Rozpytywałam po całym obozie, wśród jego towarzyszy broni… Nikt nie potrafił rzec, czy poległ, czy też trafił do niewoli.

– Ciesz się ową niewiedzą – odparła Tekla, nieco starsza od tamtej ladacznica, która przewodziła pozostałym. Kiedy potrząsnęła głową, blask pojedynczej lampy oliwnej zatańczył na jej rudych lokach. – Póki trwa, możesz mieć nadzieję, że jeszcze kiedyś go ujrzysz.

– Oby tylko Persom nie przyszło na myśl go wykastrować – myślała głośno Hebe. – Mają taki zwyczaj, prawda? To byłaby wielka strata…

Aglaia parsknęła śmiechem.

– Już nie zachwalaj tak swojego hoplity, bo wszystkie zzieleniejemy z zazdrości!

– I nie lękaj się – dodała ruda porne. – Teraz to ona zbliżyła się do miski i zaczęła obmywać w niej ręce, choć woda była już ciemna od posoki. – Persowie nie okaleczają dorosłych mężczyzn, lecz młodych chłopców, by uzyskać tą drogą wiernych, posłusznych niewolników.

– Skoro mówimy o ulubionych klientach… – odparła pokrzepiona na duchu Hebe. – Prawda to, że nasz wódz dwukrotnie zaszczycił cię zaproszeniem na swą kwaterę?

– Nie lubię się chwalić… – mimo zmęczenia, twarz Tekli pojaśniała dumą – ale prawda! I mogę was zapewnić, moje miłe, że w hojności… jak i w innych kwestiach… prześciga każdego z mężczyzn w tym obozowisku!

– Chyba prześcigał – odgryzła się Scytyjka. – Od chwili, gdy zniesiono go z pola bitwy, nie w głowie mu kobiece wdzięki! Ty jednak nie wyglądasz wcale, jakbyś się tym przejmowała…

– Och, zapewniam, że się mylisz, kochana. Modlę się o powrót do zdrowia dostojnego Kassandra z Ajgaj. Przyznam jednak, że znalazłam kogoś, kto pociesza mnie pod jego nieobecność. Nie jest wprawdzie tak zamożny, lecz nadrabia to młodzieńczym wigorem!

– Kto to? Nie trzymaj nas w niepewności, Teklo! Zdradź nam jego imię! – prosiły teraz obie przyjaciółki.

– Generalski adiutant, przystojny Argyros! To on wypełnił mi poprzednią noc. A dzisiaj mnie odwiedzi!

Milcząca dotąd Parmys poczuła, jak w jej serce wbija się nóż o lodowatej klindze. Nie bacząc na to, że któraś może to zauważyć, posłała ognistowłosej gniewne spojrzenie. Nigdy dotąd nie gardziła helleńskimi pornai – jakież zresztą miała do tego prawo, ona, niewolnica z rozwiązłej Lidii, gdzie każda kobieta parała się nierządem… A przecież teraz miała dla Tekli jedynie nienawiść. Jak ta ruda wywłoka ośmieliła się skraść jej ukochanego? Ach, jakże chciała wyrwać jej te kłaki, wydrapać oczy, zerwać z ust pełen pychy uśmiech!

Nieświadoma szalejących w niej emocji Tekla zwolniła miejsce przy misce. Lidyjka zbliżyła się do naczynia na sztywnych nogach. Już miała zanurzyć ręce… gdy uświadomiła sobie, że czuje obrzydzenie. Nie z powodu czerwonego zabarwienia wody, wszak codziennie miała do czynienia z krwią… lecz dlatego, że przedtem myła w niej ręce rywalka. Wiedziona nagłym impulsem porwała miskę i cisnęła nią o podłogę. Mosiądz zabrzęczał donośnie, brudna woda rozlała się szeroko, zachlapując także ścianę. Tego już jednak Parmys nie widziała. Czym prędzej wypadła bowiem z izby, pozostawiając za sobą trzy zaskoczone dziwki.

* * *

Persowie nie wyglądali wcale na żołnierzy dumnej, powstańczej armii, która miała wyzwolić kraj spod helleńskiego jarzma. Pstrokato odziani, z różnorodnym orężem i pancerzami stanowiącymi kompozycję wielu, często niepasujących do siebie elementów, przypominali bardziej rabusiów przemierzających gościńce w nadziei na łatwy łup. Gdyby spotkał ich w innych okolicznościach, Iszan pewnie lękałby się o wypełnioną srebrem sakiewkę. A jednak ci właśnie mężowie o powierzchowności grasantów dopiero co rozgromili oddział najlepszej na świecie, tesalskiej konnicy. Zmusili do panicznej ucieczki samego Eurytiona z Feraj. Ocalili młodego Elamitę oraz powierzoną jego opiece dziewczynę.

Jechali teraz kłusem pośród brodatych bojowników, kierując się na zachód, drogą na Persepolis. Talia dosiadała swego siwka, zaś Iszan kołysał się na grzbiecie wierzchowca należącego do jednego ze zgładzonych Tesalów. Choć dawno już zapadł zmierzch, oficer w łuskowej zbroi ani myślał zatrzymywać się na spoczynek czy choćby zwolnić tempa. Persowie nie dzierżyli pochodni, więc za jedyne źródło światła służyły im rozsypane po nieboskłonie gwiazdy. Co chwila któryś z koni potykał się na nierówno ułożonych kamieniach gościńca. Wówczas w miarowy tętent kopyt wdzierało się rzucone po aramejsku przekleństwo.

Orszak minął dwa wyniosłe wzgórza i dotarł do miejsca, w którym droga skręcała ostro na południe. Wówczas oczom Iszana ukazał się cel ich nocnej wędrówki. Obozowisko buntowników rozłożyło się po obu stronach traktu. Było rozległe niczym miasto, choć nieotoczone murami ani palisadą. O tej porze rozświetlały je nieliczne ogniska. Było już po wieczerzy, większość Persów udała się zatem na spoczynek, zaś płomienie, nad którymi przedtem pieczono strawę, wygasły, kiedy przestano je podsysać.

Wracający ze zwiadu kawalerzyści dotarli do wysuniętego posterunku nocnych straży, broniących dostępu do obozu. Drogę zastąpili im nieliczni piesi w pełnym rynsztunku. Kolejni podnosili się z ziemi i zaspani rozglądali za swym orężem.

– Stać! Kto jedzie? – zawołał jeden z piechociarzy.

– Przyjaciele! – odparł głośno dowódca w łuskowej zbroi. – I dziękuj za to bogu. Gdyby zamiast nas przybyli tutaj Hellenowie, zostalibyście wyrżnięci w pień. Zanim niektórzy z was zdążyliby odnaleźć swoje włócznie.

– Wybacz, dostojny Mitrydatesie! – Mężczyzna rozpoznał dowódcę konnych. – Rozkażę moim ludziom, by wzmogli czujność. Więcej nie zastaniesz nas niegotowych.

– Oby tak było, Orasmynie. Zabawa w wojnę bezpowrotnie się skończyła. Wieczorem rozbiliśmy oddział helleńskiej konnicy. Zdaje się, że nikt nie ruszył za nami w pościg. Mogę jednak się mylić. Dlatego nie wolno nam więcej popełniać błędów.

Piechur energicznie pokiwał głową.

– Natychmiast podwoimy straże, panie!

– A teraz przepuść nas. Jesteśmy zdrożeni i mamy kilku rannych, których trzeba prędko opatrzeć.

 Zwiadowcy wjechali w końcu do pogrążonego we śnie obozu. Chłopak rozglądał się dookoła, ciekawy, jak odpoczywa powstańcza armia. W ciemnościach trudno było się rozeznać, lecz odniósł wrażenie, że namioty rozmieszczone były tu chaotycznie, zaś ścieżki między nimi wytyczono bez żadnego ładu i składu. Jakże inaczej wyglądała wojenna siedziba Macedończyków, z której wymknęli się zeszłej nocy!

Po jakimś czasie dotarli do części obozowiska, gdzie kwaterowali ludzie Mitrydatesa. Ci, którzy nie wzięli udziału w rekonesansie, rozpalali już dla powracających kompanów duże ognisko. Arystokrata obejrzał się na Iszana oraz Talię.

– Zsiadajcie z koni – rozkazał. – Poczekacie tutaj na mnie. – Następnie zwrócił się do jednego z podkomendnych: – Firazie, załatw im jakąś strawę oraz miejsce do spania. Pilnuj, by nigdzie się nie oddalili. Kiedy wrócę, będę miał do nich wiele pytań.

Gdy Elamita i Lidyjka znaleźli się na ziemi, Persowie przejęli wodze ich wierzchowców i odprowadzili je wraz z innymi. Mężczyzna nazwany Firazem wprowadził ich jednego z namiotów.

– Należał do Ershama – wyznał ze smutkiem. – Niestety, już mu się nie przyda.

 Wewnątrz panował nieprzenikniony mrok, mężczyzna rozchylił więc poły wejściowe tak, by do środka docierało nieco światła od okolicznego ogniska. Zwiadowcy właśnie się wokół niego rozsiadali. Wkrótce płomień zaczął wesoło trzaskać. W jego blasku Iszan i Talia mogli się rozejrzeć po wnętrzu. Dobytek poległego nie był zbyt imponujący: ujrzeli wyłącznie rozłożony na nagiej ziemi siennik oraz podróżną skrzynię, na której stała miska z resztkami śniadania oraz ceramiczny kubek.

– Zdejmijmy z siebie całe to żelastwo – zaproponował młodzieniec. – Tutaj na nic nam się nie zda.

Choć odebrano im broń, zaś hełmy zagubiły się gdzieś w bitewnej zawierusze, wciąż mieli na sobie pancerze, ciężkie kawaleryjskie płaszcze oraz nagolenniki, w których opuścili macedoński obóz. Pozbywszy się tego brzmienia, stanęli w samych płóciennych tunikach. Wtedy właśnie przyszedł do nich Firaz. Niósł dwie miski wypełnione parującym jadłem, które wyglądało jak ryż z kawałkami mięsa.

– Posilcie się – poradził. – I spróbujcie trochę przespać. Nasz wódz wróci późno. Poszedł rozmówić się z radą wojenną, a to zawsze trwa.

– Dziękujemy. – Iszan skłonił głowę, przyjmując dar. Ceramiczne naczynia niemal parzyły go w ręce, więc szybko odłożył je na podróżną skrzynię. – Za wszystko. Gdyby nie wy, Tesalowie dopadliby nas w tej wiosce…

Pers wyszczerzył zęby w ciemnościach.

– Daliśmy im łupnia, prawda? Widzieliście, jak umykali w popłochu?

– Aż się kurzyło! – Eunuch również pozwolił sobie na uśmiech.

– Czekajcie, przyniosę wam jeszcze trochę wina. Nie macie nic przeciwko piciu z jednego kubka? Nie mamy tu nadmiaru naczyń.

Iszan zerknął na Talię, ona zaś potrząsnęła głową. Firaz wyszedł na chwilę z namiotu i wrócił z dzbanem trunku oraz kubkiem.

– Słuchajcie… Jestem prostym człowiekiem. Wrogowie moich wrogów są mi przyjaciółmi. Nie wiem wprawdzie, czemu podróżowaliście przebrani za obmierzłych Hellenów. Ale to już wyjaśni mądrzejszy ode mnie…

– Mitrydates. Jaki on jest, Firazie?

– Dumny i wyniosły, jak to arystokrata. Sprawia wrażenie, że sra wyżej niż my, pospólstwo. Ale to dobry wódz, a na wojaczce zna się lepiej niż ktokolwiek. Rad jestem, że służę właśnie pod jego rozkazami.

– Czy jest prawym mężem? – po raz pierwszy odezwała się Talia. Pers zmierzył ją zaciekawionym spojrzeniem.

– Znam go raptem od paru tygodni. Lecz nigdy nie widziałem, by dopuszczał się niegodziwości. Ani dawał upust grzesznym chuciom. Możesz się czuć przy nim bezpieczna – zwrócił się bezpośrednio do Lidyjki. – A teraz, muszę już wracać do swoich… Nim odejdę, dam wam jedną radę. Kiedy przyjdzie Mitrydates… bądźcie szczerzy. Nie próbujcie go zwodzić. Od razu wyczuje fałsz, a tego nienawidzi.

– Nie mamy nic do ukrycia – zapewnił Iszan. – Ale i tak jesteśmy ci wdzięczni.

– Bywajcie zatem. I powodzenia!

* * *

Niedługo po wschodzie słońca Kassander obudził się w swojej komnacie. Otworzywszy oczy, ujrzał po jednej stronie łoża brązowy posąg Afrodyty, po drugiej zaś Melisę, która przysiadła na skrzyni na ubrania i tam, wyczerpana po nocy spędzonej przy rannych, zapadła w drzemkę. Czuł się już silniejszy, choć czaszkę wciąż rozsadzał mu ból. Kiedy podnosił się, by usiąść na posłaniu, jego zduszone przekleństwa zbudziły Jonkę. Przypadła doń i wprawnie pomogła oprzeć się na spiętrzonych poduszkach. Następnie przyzwała Parmys i poleciła jej podać Macedończykowi śniadanie. Spożywał je, walcząc z zawrotami głowy. Gdy w końcu zaspokoił głód, oznajmił, że pora wstawać.

– Proszę, wytrzymaj jeszcze trochę w łożu. – Wyzwolenica na próżno usiłowała przemówić mu do rozsądku. – Mądry Erechteus zalecił, byś nie podnosił się, jeśli nie będzie to absolutnie konieczne.

– Ależ jest konieczne – odparł stanowczym tonem. – Muszę pokazać się żołnierzom. Na pewno już gadają, że skonałem albo leżę bez ducha… Trzeba czym prędzej rozproszyć ich niepokój. Podnieść morale. Na powrót wzmóc dyscyplinę. Potem zaś… pomówię z oficerami. Rozeznam się w sytuacji…

– Mogę ich wezwać tutaj – zaproponowała Melisa. – Żołnierze poczekają jeszcze klepsydrę lub dwie.

– Tak czy inaczej, nie przywitam ich w łożu. Podkomendni nie powinni oglądać słabości swego wodza. Pomóżcie mi wstać. – Macedończyk odrzucił kołdrę i uświadomił sobie, że jest nagi. – I na Zeusa, znajdźcie mi jakieś odzienie.

Pierwszy w komnacie generała stawił się Dioksippos. Mimo odniesionych niedawno obrażeń kroczył raźno i sprężyście, a na widok generała wyszczerzył zęby.

– Kassandrze, stary druhu! Wiedziałem, że szybko staniesz na nogi!

– Zdaniem niektórych zbyt szybko.

Macedończyk spojrzał na Melisę, która czuwała tuż obok, gotowa wesprzeć go, gdyby się zachwiał. Skinieniem głowy zapewnił ją, że nic mu nie jest. Ociągała się jeszcze przez parę chwil, lecz w końcu opuściła komnatę. Miała wszak co robić. W willi nie brakowało tych, którzy potrzebowali jej pomocy.

Następny przybył dowódca Traków. Poruszał się z wyraźnym trudem, zaś twarz miał niezwykle bladą. Znać było, że rany odniesione podczas nocnego szturmu Pasargadów wciąż mu doskwierały.

– Generale… Rad jestem, widząc cię przytomnym – rzekł z wysiłkiem.

– Mogę powiedzieć to samo, Jazonie. Przepraszam, że nie odwiedzałem cię, kiedy sam tu leżałeś. Sprawy wojny zaprzątnęły mnie tak bardzo… że nie zatroszczyłem się o przyjaciela…

– Tak bywa z wojną. Jest… absorbująca. Pochłania w zupełności. Nie zawracaj sobie tym głowy, miałem dobrą opiekę. Dbał o mnie mój nieoceniony Muranu… Ponoć zanim odzyskałem przytomność, przychodził również wyzwoleniec twej kobiety, Iszan. Ostatnio jednak nigdzie go nie widziałem. Wiesz może, gdzie się podziewa?

Nim Macedończyk zdążył odpowiedzieć, w drzwiach stanęła Parmys, która przyniosła na tacy amforę wina oraz pięć zdobycznych srebrnych pucharów. Omiotła wzrokiem pomieszczenie i pojęła, że kogoś brakuje.

– Gdzie jest Argyros? A także nasz kawalerzysta, Eurytion? – Kassander wypowiedział na głos to, co niewolnica jedynie pomyślała.

– Tesal wczoraj wyruszył na zwiad – rzekł Dioksippos.

– Tak też słyszałem. Ale dlaczego jeszcze nie wrócił?!

Lidyjka podała Macedończykowi napełniony trunkiem kubek. Porwał go i od razu opróżnił do połowy. Zaraz skrzywił się z niesmakiem. Naczynie wypełniała woda, jedynie doprawiona niewielką porcją wina. Najwyraźniej zakaz medyka Erechteusa wciąż pozostawał w mocy.

– Dobrze, później go poszukamy. Mojego adiutanta również. Teraz, moi panowie, oczekuję raportu.

– Główne obozowisko korpusu jest bezpieczne – zaczął Ateńczyk. – Podwoiłem straże i wzmocniłem patrole wokół Pasargadów, by zapobiec dalszym niespodziankom ze strony buntowników. W ciągu dnia roboty posuwały się naprzód w nowych obozach na północ oraz wschód od miasta. Są już otoczone palisadą i gotowe na przyjęcie załóg. W południowym, na który uderzyła Jutab, chwilowo nic się nie dzieje, z braku rąk do pracy. Jutro skierujemy tam jeńców z pozostałych placów budowy.

– Ilu ludzi straciliśmy w nocnym ataku? – zapytał Kassander.

– Wszyscy, którzy nocowali w południowym obozie, strzegąc perskich chłopów, zostali wyrżnięci w pień. Niespełna stu, głównie Macedończycy i Trakowie – odpowiedział mu Jazon. – Spośród Tesalów, którzy ruszyli im z odsieczą, poległo trzydziestu, dwukrotnie więcej odniosło rany. Jutab zdołała pozbawić nas tysiąca jeńców, ale nie wzmocni to zbytnio jej sił: nieliczni dotarli bowiem do bram Pasargadów. To była krwawa noc. Dla obu stron.

– Przeklęte oblężenie – warknął generał. – Powinniśmy już dawno dołączyć do Aleksandra i wraz z nim ścigać króla królów w północnych satrapiach! Zdobywać bogate miasta i napychać sobie sakwy łupami! Zamiast tego utkwiliśmy w tej do szczętu splądrowanej krainie, gdzie wykrwawiamy się w drobnych potyczkach. Kiedy Pasargady wreszcie skapitulują, ta dziwka drogo mi za to zapłaci.

W tej właśnie chwili do izby wszedł raźnym krokiem Argyros. Jego przybycie rozproszyło nieco ponury nastrój wodza.

– A oto mój adiutant! W końcu zaszczycił nas swą obecnością! – zadrwił Kassander. – Gdzieś się podziewał, chłopcze? Zaspałeś na sienniku którejś z obozowych dziwek?

Oczekująca nieopodal na rozkazy Parmys skuliła się, jakby otrzymała cios pięścią w brzuch. Zaraz jednak odzyskała panowanie na sobą i przybrawszy obojętny wyraz twarzy, wbiła wzrok w podłogę.

– Proszę o wybaczenie, generale – odparł ze spokojem młodzieniec. – Nie doniesiono mi, że już wstałeś.

– A więc dlaczego tu jesteś? Jeśli sądziłeś, że śpię, mogłeś jeszcze raz zerżnąć tę ślicznotkę!

– Tesalowie wrócili ze zwiadu. Widziałem ich przy zachodniej bramie obozu. Wyglądają, jakby przyszło im stoczyć bitwę. I wcale w niej nie zwyciężyli.

– Miało już nie być kolejnych niespodzianek – Macedończyk rzucił ostre spojrzenie Dioksipposowi, po czym na powrót zwrócił się do adiutanta: – Sprowadź tu Eurytiona, chłopcze. O ile przeżył. Bardzo chcę usłyszeć, co ma do powiedzenia.

* * *

 

Jadło było proste, lecz smaczne i sycące. Wino natomiast cierpkie i mocne. Opróżnili miski oraz dzban i z lekkim szumem w głowach zaczęli szykować się na spoczynek. Perski wódz mógł wrócić nad ranem, oni zaś padali z nóg po nieprzespanej nocy i całym dniu spędzonym na końskich grzbietach. Nie wiedząc, czy wolno im korzystać z siennika, Iszan rozścielił na podłożu swój kawaleryjski płaszcz. Ten należący do Talii posłużył im za przykrycie. Ułożyli się blisko siebie, inaczej któreś z nich musiałoby przenieść się wprost na nagą ziemię. Lidyjka obróciła się plecami do młodzieńca i prędko zapadła w sen, po raz pierwszy od bardzo dawna wolna od lęku. On zaś, mimo zmęczenia, długo jeszcze nie mógł zamknąć oczu. W swym krótkim życiu nigdy jeszcze nie spoczywał tak blisko niewiasty. Nie dzielił z nią posłania. Panujące w namiocie ciemności pozwalały mu dostrzec jedynie ogólny zarys sylwetki, lecz przecież słyszał wyraźnie spokojny oddech, czuł ciepło bijące od jej ciała. Sama obecność dziewczyny pobudzała go do marzeń i fantazji, o które wcześniej nawet się nie podejrzewał. W mroku mógł snuć je swobodnie, wyzwolony z okowów wstydu.

W owych marzeniach nie był wcale eunuchem, lecz pełnym wigoru młodzieńcem, który właśnie ocalił niewiastę z opresji. Powoli, bardzo powoli zsunął płaszcz z ciała Talii i sięgnął ręką ku jej biodru. Zanim go dotknął, odwróciła się ku niemu. W ciemnościach dostrzegł, że oczy ma wielkie i lśniące. Przywarła doń całym ciałem, ustami poszukując jego własnych. Pocałunek, jakim został obdarzony, był zaskakująco mocny, intensywny, wręcz natarczywy. Przyjął go jednak z ochotą, rozchylając szerzej wargi i śmiało wychodząc naprzeciw językowi dziewczyny. Roznamiętnieni tulili się do siebie, wzajemnie obdarzając pieszczotami. Dłoń Iszana błądziła po plecach Lidyjki, z czasem wędrując na krągłe pośladki, a nawet niżej, na nagie uda poniżej skraju tuniki. Drugim ramieniem otoczył jej szyję, jakby nie chciał pozwolić, by się cofnęła, choć przecież ona wcale nie miała takiego zamiaru. Przeciwnie, drobną ręką sięgnęła w dół, między jego nogi. Przez moment poczuł paniczny lęk, że znów stał się kastratem, zaś Talia odnajdzie tam jedynie pustkę. A jednak palce zacisnęły się wokół twardniejącego penisa, jeszcze silniej go pobudzając. Chłopak zaczerpnął tchu, czując, jak po ciele rozchodzą mu się fale przyjemności.

Lidyjka potwierdzała swoim zachowaniem wszystkie plotki, jakie krążyły o niewiastach z Sardis. Jej wyuzdanie rosło z każdą chwilą. Naparła na Iszana i zmusiła go, by opadł na plecy, potem wsunęła się na niego i objęła mu biodra udami. Prostując się nad oczarowanym młodzieńcem, zsunęła przez głowę tunikę i odrzuciła ją za siebie. Choć w mroku mógł podziwiać jedynie zarys nagiego ciała, to wystarczyło, by rozpalić zmysły do czerwoności. Uniósł ramiona, sięgnął ku niedużym, ale bardzo kształtnym piersiom. Wyczuł pod palcami nabrzmiałe podnieceniem sutki i ścisnął je między opuszkami, nie siląc się na delikatność. Talia westchnęła i odrzuciła głowę w tył.

Przez jakiś czas bawił się sprężystym biustem dziewczyny, podczas gdy ona pocierała łonem o jego podbrzusze, podrażniając członek przez materiał tuniki. Wkrótce nie mógł już dłużej wytrzymać tej tortury. Uniósł się nieco i również pozbył bardzo niewygodnego w tych okolicznościach ubrania. Lidyjka tylko na to czekała. Stanowczym ruchem chwyciła oswobodzoną męskość, ustawiła ją niemal pionowo i jęła się na nią osuwać. Jęknął, czując jak żołądź dotyka gładkich, wilgotnych już warg, rozchyla je i wnika głębiej, w gościnnie mokre wnętrze. On, który nigdy dotąd nie był z kobietą, teraz rozsmakowywał się w doznaniu. Doświadczona kochanka dbała o to, by nic mu nie umknęło. Powoli pogłębiała penetrację, przyjmując go w sobie ze zduszonymi jękami.

Iszana ogarniała euforia. Sięgnął ku biodrom Talii, złapał za nie i z całych sił przyciągnął do siebie. Penis aż do końca zanurzył się w jej ciele. Zaskoczona wydała z siebie cichy krzyk i znieruchomiała, wsparta dłońmi o szczupły tors chłopaka. Dopiero po dłuższej chwili ochłonęła na tyle, by rozpocząć powolny, acz bardzo zmysłowy taniec na podbrzuszu młodzieńca. Wieczerzający na zewnątrz Persowie chyba już kończyli, bo przestali podsycać ognisko, które płonęło ostatkiem sił. W namiocie zapadła nieprzenikniona niemal ciemność. Elamita zamknął więc oczy i skupił uwagę na pozostałych zmysłach. Wsłuchał się w ciche jęki dziewczyny, wciągnął w nozdrza jej naturalną woń, niestłumioną orientalnymi pachnidłami, tak popularnymi wśród Hellenek oraz ich niewolnic. Opuszkami muskał jedwabiście gładką skórę, czuł, jak jego członek otula wilgotna ciasność.

Nacisk drobnych rąk na klatce piersiowej wzmógł się, kochanka pochyliła ciało do przodu, co pozwoliło jej mocniej nabijać się na męskość Iszana. Stała się też głośniejsza, jakby nie potrafiła już stłumić przyjemności, którą jej dawał. Kiedy pojął, czyja to zasługa, przepełniła go duma. By ofiarować jeszcze więcej, zaczął poruszać biodrami, wychodząc naprzeciw jej ciału. Dzięki temu penetracja stała się jeszcze głębsza, zaś namiot wypełniły jęki obojga oraz mokre mlaśnięcia towarzyszące spółkowaniu. Nie potrafił ocenić, jak długo pędzili tak w miłosnym uniesieniu, zgodnie i równo, niczym zaprzęgnięte do rydwanu konie. Ale czuł, że niebawem nie da już rady dotrzymać Lidyjce kroku. Z każdym pchnięciem zdążał do własnego spełnienia, nie potrafiąc jednak ocenić, czy i ona jest już blisko. Przecież w ogóle nie znał się na kobietach, Talia była jego pierwszą… I choć bardzo nie chciał sprawić jej zawodu, pojął, że nie da już rady odwlekać tego, co nieuniknione.

Jakby domyślając się jego rozterek, dziewczyna pochyliła się jeszcze niżej i przywarła doń całym ciałem. Gorące usta obsypywały pocałunkami szyję oraz bark Elamity. Tempo zbliżenia nieco spowolniło, dając nadzieję, że nie skończy przed nią. Otulił wiotką kibić ramieniem ramionami, drugą ręką gładził krzywo przystrzyżone, kasztanowe włosy. Teraz wchodził w nią powolnymi, niemal leniwymi sztychami, dzięki czemu oboje mogli złapać oddech po szaleńczej galopadzie. Wciąż jednak balansował na granicy ekstazy. Wystarczył bardziej gwałtowny ruch, mocniejszy skurcz otulających go mięśni, by doszedł…

A jednak, choć łaknął wspólnie przeżywanej rozkoszy, ta nie była im dana. Niespodziewanie czyjaś silna dłoń wylądowała mu na ramieniu i mocno za nie potrząsnęła. Iszan wpadł w panikę. To musiał być on – okrutnik, który ścigał ich na drodze do Persepolis! Bestia w ludzkiej skórze w końcu ich dopadła! Przerażony uniósł powieki, spodziewając się ujrzeć nad sobą rozwścieczonego Tesala. Zamiast tego zobaczył pochylonego Firaza.

– Wstawajcie – przemówił Pers. – Dostojny Mitrydates chce was widzieć.

W namiocie nie panowały już nieprzeniknione ciemności, sądząc po szarym świetle wsączającym się przez otwór wejściowy, na zewnątrz już świtało. Elamita usiadł na posłaniu. Talia również się zbudziła. Wciąż miała na sobie tunikę, w której zeszłej nocy udała się na spoczynek. On również był ubrany. Więc to wszystko, czego doświadczył, było jedynie sennym marzeniem? Nie musiał nawet sięgać między własne uda, by przekonać się, że wciąż jest rzezańcem. Chłopak znów poczuł przejmujący smutek. Firaz nie dał mu jednak okazji, by się nad sobą użalać.

– No już, podnoście się. On nie należy do najcierpliwszych ludzi. Przyniosłem wam trochę wody do obmycia się, potem pójdziecie ze mną.

– Myślałem, że twój dowódca wróci tutaj? – spytał zdezorientowany Iszan, gramoląc się na równe nogi.

– Wzywa was do swojej kwatery. Nie pytajcie dlaczego, sam nic nie wiem. Poza tym, że będzie dla was lepiej, jeśli się pospieszycie.

Zbliżył się do pobliskiej misy, zaczerpnął wody, obmył nią ręce oraz twarz. Resztę zostawił Talii, która też pewnie chciała się odświeżyć. Wkrótce byli gotowi. Z Firazem opuścili namiot i ruszyli na spotkanie z wodzem.

* * *

Kiedy Argyros wprowadził Eurytiona do komnaty, obecni tam mężczyźni przerwali rozmowę i wbili w olbrzyma zdumione spojrzenia. Nawet Parmys przyjrzała mu się dyskretnie. Dowódca jazdy prezentował się okropnie – w pogiętym napierśniku, zakurzonym płaszczu, z twarzą w połowie pokrytą sińcami, w połowie zaś zaschniętą krwią pochodzącą z rany na skroni, która zdążyła się już chyba zabliźnić. Najstraszniejsze były jednak oczy, płonące wściekłością oraz żądzą mordu. Gdy jednak spostrzegł swego wodza, wyprężył się na baczność. Przy pasie oficera kołysała się pusta pochwa po mieczu. Hełm również musiał gdzieś zapodziać.

– Generale – rzekł adiutant – wybacz stan tego… człowieka. Nalegałem, by się choć obmył, nim stanie przed twym obliczem.

– To, z czym przychodzę, nie może czekać ani chwili. – Tesal wychrypiał głosem kogoś, kto od wielu klepsydr nie mógł zaspokoić pragnienia.

Parmys szybko napełniła dwa ostatnie puchary i zaniosła je nowoprzybyłym.

– Za naszymi plecami pojawił się nieprzyjaciel!

Dioksippos wydał z siebie okrzyk zdumienia. Bardziej opanowany Jazon jedynie uniósł brwi.

– Czystość cenię sobie u obozowych kurew – wycedził Kassander. – Żołnierz musi się czasem ubrudzić… gdy ma ku temu dobry powód. Mów, co się stało, Eurytionie. Po kolei, byśmy rozeznali się w sytuacji!

Olbrzym przyjął naczynie z rąk niewolnicy, lecz nie podniósł go do ust, póki nie spełnił rozkazu.

– Wczoraj rano wyjechaliśmy na zwiad w sześćdziesiąt koni. Podzieliłem ludzi na dwa oddziały i skierowałem na zachód, drogami na Persepolis oraz Isztahr… Sam objąłem dowództwo nad pierwszym z nich.

– Dlaczego tam? – przerwał mu generał. – Przecież Pasargady leżą na wschód od obozowiska…

– Uznałem, że po rzezi, jaką sprawiliśmy im zeszłej nocy, buntownicy nie zaryzykują kolejnego wypadu. Nadarzyła się więc okazja, by zadbać o bezpieczeństwo naszych tyłów…

– Godna podziwu roztropność – rzucił chłodno Argyros.

– I jak się okazało, uzasadniona… – Tesal zignorował jego ton. – Jadąc drogą na Persepolis, wpadliśmy w pułapkę. Nagle rzuciła się na nas ponad setka jeźdźców. Byli lekko opancerzeni, lecz nie brakło im włóczni, szabli oraz łuków. To bez wątpienia Persowie. Stawiliśmy opór, lecz kiedy połowa naszych zginęła, zarządziłem odwrót.

– Postąpiłeś słusznie – ocenił Kassander. – Gdybyście wszyscy polegli, nie dowiedzielibyśmy się o nowym zagrożeniu. – Następnie zwrócił się do pozostałych oficerów: – Co o tym sądzicie?

– To raczej nie pospolici rabusie – zaczął po namyśle Trak. – Ci nie grasują w tak licznych bandach. Nie napadają też na zbrojne oddziały. A zatem buntownicy.

– Wyrżnęliśmy ich w pień w Persepolis oraz Isztahr – zauważył Dioksippos. – Kto inny ośmieliłby się stawić nam czoła?

– Ci, którzy już raz podjęli próbę, gdy przekraczaliśmy masyw Zagros. Najwaleczniejsi z rebeliantów. Wojownicy samej Jutab. Zostawiła ich za sobą, by objąć dowództwo w Pasargadach. Najwyraźniej ruszyli jej na odsiecz.

– Jeśli masz słuszność, Jazonie – wtrącił generał – zmierzając tutaj, musieli mijać Persepolis. Arsames powinien był nas ostrzec.

– Być może satrapa nie jest już twoim sojusznikiem.

Macedończyk próbował zmarszczyć brwi, lecz spowodowało to napad świdrującego bólu w czaszce.

– Jutab zamordowała mu brata! – wykrztusił, znów walcząc z zawrotami głowy.

– I sprawiła, że władza wpadła mu w ręce – nie ustępował Trak. – Pamiętaj, Kassandrze, trafiłeś pośród Persów. Nie ufaj żadnemu z nich, choćby mienił się twym przyjacielem. I nigdy, przenigdy nie odwracaj się do nich plecami.

Po słowach Jazona zapadła cisza. Generał zażądał gestem, by napełnić mu kubek, następnie znów go opróżnił. O dziwo, chłodna woda z ledwie wyczuwalnym posmakiem wina przyniosła mu ulgę. Ból nieco osłabł. Kiedy rozejrzał się po twarzach swoich oficerów, pojął, że czekają w napięciu na jego dyspozycje.

– Musimy wiedzieć, gdzie przebywają i jak mocni są Persowie – przemówił w końcu. – Ta setka na drodze mogła być całym oddziałem… lub jedynie strażą przednią liczniejszego zastępu. Jazonie, niech twoi Trakowie obsadzą wzgórza na zachód od obozowiska i wypatrują śladów wroga. Eurytionie, ledwie trzymasz się na nogach. Odpocznij wraz z twoimi ludźmi. Argyrosie, tym razem ty poprowadzisz zwiad. Oddaję pod twą komendę całą konnicę, jaka nam została. Macie unikać miejsc, gdzie łatwo o zasadzkę. Trzymać się otwartej równiny. Nie wdawać w zbędne potyczki. Potrzebuję wieści, a nie kolejnych strat.

– Zgodnie z rozkazem! – zawołał adiutant, dumny z tego, jak ważną misję otrzymał. – Przysięgam, że nie wytracę naszych jeźdźców.

I choć nie dodał słów „jak Eurytion”, wszyscy pojęli, co miał na myśli. Tesalski olbrzym zacisnął dłonie w pięści, lecz nie odważył się sprzeciwić woli generała.

– A jakie polecenia masz dla mnie, Kassandrze? – spytał Ateńczyk.

– Kontynuuj budowę umocnień wokół miasta. Obsadź załogami hoplitów i łuczników nowo wzniesione obozy. Bez względu na to, co nadciąga z zachodu, naszym zasadniczym celem pozostaje zwycięstwo nad Jutab. Chcę, by do obrońców Pasargadów dotarło, że nie mają dróg ucieczki. Wówczas ich kapitulacja stanie się kwestią czasu. A teraz zostawcie mnie samego. Nie ty, dziewko – rzucił do Parmys, która zaczęła zbierać pozostawione przez mężczyzn naczynia. – Będziesz mi… jeszcze potrzebna.

Domyślając się, do czego może mu posłużyć, Parmys zarumieniła się, zupełnie jakby nie była wyuzdaną Lidyjką, lecz niewinną dziewicą, lękającą się mężczyzny. Spojrzała przepraszająco na Argyrosa, ale ten unikał jej wzroku. Dioksippos zaśmiał się, uradowany tym, że Kassandrowi wracają siły, a wraz z nimi – dawne, niespożyte apetyty. Jazon pozdrowił generała skinieniem, urażony Eurytion wyszedł bez słowa. Po chwili Macedończyk został sam na sam z niewolnicą. Odwróciła się w jego stronę i z wahaniem uniosła dłonie do wiązań sukni. On jednak powstrzymał ją uniesieniem ręki.

– Wiem, co sobie pomyślałaś, Parmys. Chciałem, by i oni tak pomyśleli. Niech sądzą, że ich generał jest już całkiem zdrowy i pełen męskiego wigoru… To dobrze wpływa na morale. Prawda jest jednak taka… że ta krótka narada bardzo mnie znużyła. Udam się teraz na spoczynek, a ty… – Zbliżył się do posłania i opadł na nie z wyraźną ulgą. – Ty dopilnujesz, by nikt mi nie przeszkadzał.

* * *

Namiot wojennej rady różnił się od innych jedynie rozmiarami – był wykonany z takiego samego zgrzebnego materiału, lecz znacznie rozleglejszy, by pomieścić licznych oficerów powstańczej armii. Gdy poprzedzani przez Firaza Iszan oraz Talia weszli do środka, zobaczyli, że grunt zaściełają tu grube dywany pokryte różnymi pstrokatymi wzorami. Nikt nie przejmował się ich estetycznym dopasowaniem, zadbał natomiast, by pokrywały każdy fragment nagiej ziemi, dzięki czemu można było tu siedzieć podczas omawiania wojennych planów. Podtrzymującą konstrukcję namiotu drewnianą belkę zaopatrzono w kilka żelaznych uchwytów, w których tkwiły lampy oliwne, wypełniające wnętrze migotliwym światłem.

Na dywanie pod belką spoczywał w siadzie skrzyżnym sam Mitrydates. Nie miał już na sobie pysznej zbroi łuskowej, lecz tylko skórzany kaftan, jaki wkładano pod pancerz, by uniknąć otarć. Po obu jego stronach stali perscy bojownicy o srogich minach, z szablami przy pasach. Na podłożu przed dowódcą rozłożony był podróżny tobołek. Przybysze zobaczyli cały swój dobytek, z którym uciekali z macedońskiego obozu: zapakowane w sakwy jadło, pokaźny mieszek srebra, a także… dwa listy. Ich pieczęcie zostały już złamane. Elamita poczuł, jak po plecach przechodzi mu dreszcz.

– Zdaję się, że umykając przed helleńskim pościgiem zgubiliście bagaż – zaczął bez słowa powitania Mitrydates. – Na szczęście jeden z mych podwładnych znalazł go podczas grabienia zwłok waszych prześladowców. Bardzo ucieszył się, widząc zapasy oraz srebro… ale listy wzbudziły jego podejrzenie. Niestety, nie potrafił czytać, więc po krótkim wahaniu przyniósł pisma do mnie. Artabanie – zwrócił się do draba po swej prawicy – możesz zabrać łup. Zostaw jedynie listy. Te należą do mnie.

Zbrojny zbliżył się i podniósł mieszek, jak również sakwy z jedzeniem. Następnie obładowany zdobyczą opuścił namiot. Wciąż jednak pozostało tu jeszcze trzech Persów. Iszan zdawał sobie sprawę, że nie mają z Talią żadnych szans na ucieczkę. Tymczasem arystokrata sięgnął po pierwsze z pism. Otworzył je i przeczytał płynnie:

– „Generał Kassander, głównodowodzący wojsk helleńskich w Persydzie, do dowódców wszystkich garnizonów i oddziałów, pozdrowienia. Posiadacz tego listu wykonuje poufne zadania, które osobiście mu powierzyłem. Życzę sobie, by uzyskał od was wszelką pomoc, o jaką poprosi. Nie żałujcie mu gościny, srebra, prowiantu ni wierzchowców. Zarówno on, jak i towarzyszące mu osoby znajdują się pod moją ochroną. Czynię was odpowiedzialnymi za ich bezpieczeństwo.”

Po tych słowach zapadła cisza. Elamita gorączkowo myślał nad jakimś kłamstwem, które mogłoby zadowolić Persa. Nic jednak nie przychodziło mu do głowy. Mitrydates odczekał dłuższą chwilę, nim rzekł:

– W drugim jest to samo, tyle, że po grecku. Zechcecie mi wyjaśnić, czemu podróżowaliście z listami noszącymi pieczęć samego Kassandra z Ajgaj? Jakież to poufne zadania mieliście wykonać? I dlaczego ścigali was żołnierze generała, który wam je powierzył?

Ponieważ Iszan wciąż uparcie milczał, wódz kontynuował przesłuchanie:

– A może ta gonitwa była jedynie komedią odegraną na nasz użytek? Byśmy wam zaufali i wprowadzili do naszego obozu? Czy mieliście rozpoznać siły, jakimi dysponujemy? A jeśli tak, skąd Hellenowie wiedzą, że nadciągamy?

Firaz przesunął się za Talię. Nagle chwycił ją od tyłu i przyciągnął do siebie. Krzyknęła cicho, lecz zaraz umilkła, gdy jej gardła dotknął długi, lekko zakrzywiony nóż. Elamita bez zastanowienia ruszył jej na pomoc, lecz drogę zastąpił mu drab stojący dotąd po lewicy arystokraty. On również dobył broni.

– Gadaj, chłopcze – warknął niecierpliwie Mitrydates. – Nie mamy tu wprawdzie doświadczonego w zadawaniu tortur kata, ale i tak zmusimy was do mówienia.

Eunuch zrozumiał, że pozostawało mu tylko jedno: wyjawić prawdę, bez względu na to, jak niewiarygodnie zabrzmi. Zaczął więc opowiadać o tym, jak po śmierci dowódcy helleńskiej jazdy towarzysząca mu niewiasta, wolna Lidyjka, została oddana w opiekę jego następcy, który okazał się nieludzkim okrutnikiem; jak nałożnica samego generała ulitowała się nad jej losem i postanowiła wyrwać dziewczynę z rąk oprawcy; jak korzystając z zamieszania wywołanego nocnym atakiem Jutab udało im się wymknąć z obozowiska; jak dotarli do opuszczonej wioski, gdzie dopadł ich pościg.

– Listy miały nam pomóc w ucieczce, umożliwić dotarcie do Persepolis, albo i jeszcze dalej, do Suzy – ciągnął Iszan. – Pieczęć wykradł osobisty adiutant generała, który współdziałał z Melisą. Przysięgam, że nie jesteśmy szpiegami Kassandra z Ajgaj. Naczelny wódz nie wie nic o naszej misji.

Kiedy skończył, Mitrydates pogrążył się w zadumie. Elamita stał w bezruchu, wpatrzony w obnażoną szablę przed sobą. Był władny jedynie przełykać ślinę, w oczekiwaniu na wyrok.

– Twoje słowa brzmią jak baśń – oznajmił wreszcie arystokrata. – Jest tu niewinna, skrzywdzona dziewczyna i jej zmarły tragicznie kochanek, okrutny żołdak, który zajął miejsce tamtego, litościwa niewiasta udzielająca pomocy… Brakuje jedynie magicznych dżinów oraz ifrytów. Z drugiej strony, wątpię, byś wymyślił coś tak fantastycznego na poczekaniu, pod groźbą żelaza…

Nie ważąc się otworzyć ponownie ust, Iszan skinął tylko głową.

– Jeśli zatem nie kłamiesz, obozowisko najeźdźców wydaje się całkiem pogrążone w chaosie. Generał nie wie, co czynią jego oficerowie, adiutanci, nałożnice. Wszyscy okłamują wszystkich i próbują się nawzajem przechytrzyć. Nic zatem dziwnego, że Jutab wypuszcza się na nocne wycieczki i z powodzeniem gromi oblegających. Przyznam, że spodziewałem się po Hellenach czegoś więcej.

Wypowiedziawszy te słowa, Mitrydates wstał z dywanu, po czym zbliżył się do Talii. Dał znak Firazowi, by ten oswobodził Lidyjkę.

– Jedynie ty jesteś władna dowieść, że eunuch mówi prawdę – zwrócił się do dziewczyny. – Twierdzi, że nowy pan obchodził się z tobą z wielką brutalnością. Skoro tak, z pewnością nosisz na ciele świadectwa owego traktowania. Wiem, że to niegodna prośba… Muszę jednak nalegać, byś pokazała owe ślady.

Elamita poczuł, że rośnie w nim gniew.

– Jak śmiesz? – Postąpił krok naprzód, a rosły Pers uniósł szablę. – Po tym wszystkim, co wycierpiała, chcesz upokorzyć ją ponownie?!

– Mógłbym was posłać na męki, by dowiedzieć się, jak było w istocie – rzekł spokojnym tonem arystokrata. – Nie czynię tego jednak, skoro istnieje prostsza, bardziej ludzka droga.

Chłopak chciał protestować dalej, lecz wówczas Talia skinęła głową.

– To rozsądna prośba – stwierdziła wyzbytym emocji głosem.

Następnie sięgnęła do swej tuniki i zdecydowanym ruchem ściągnęła ją przez głowę. Choć odsłoniła nagie ciało, żaden z Persów nie okazał na ten widok podniecenia. Firaz, który stojąc za plecami Lidyjki pierwszy ujrzał pokryte bliznami plecy, zaczerpnął głośno powietrza. Mitrydates skrzywił się, spoglądając na brzuch pokryty ciemnymi sińcami po ciosach. Ona tymczasem upuściła odzienie na ziemię i zaczęła rozwiązywać bandaż, który przysłaniał jej udo. Kiedy zdjęła opatrunek, oczom mężczyzn ukazało się niedawno wypalone piętno.

– Wolna mieszkanka imperium – wycedził arystokrata – oznaczona niczym niewolnica albo zwierzę. To samo spotyka dziś tysiące poddanych króla królów. Dlatego właśnie Jutab podniosła sztandar powstania. Dość już zobaczyliśmy, Talio. Możesz się odziać.

Potem odwrócił się plecami od dziewczyny, pozwalając jej ubrać się w spokoju. Firaz i drab z szablą schowali oręż i uczynili tak samo.

– Wierzę ci – przemówił perski wódz, spoglądając na Iszana. – Pozwolę wam kontynuować podróż do Persepolis, a nawet wyposażę na nią, znacznie hojniej niż zrobiła to kochanka Kassandra z Ajgaj. Stawiam wszelako jeden warunek: nim odejdziecie, zdradzicie wszystko, co jest wam wiadome o wojskach Hellenów pod Pasargadami. Już wkrótce zewrzemy się z nimi w boju. Każda informacja może być zatem na wagę złota.

Elamita rozważył prędko ofertę Mitrydatesa.

– Zgoda. Podzielimy się z wami tym, co wiemy – zaczął powoli, zbierając się na odwagę, by wypowiedzieć kolejne słowa. – Ale ja również mam warunek. Liczę, że tak szlachetny mąż jak ty spełni go bez sprzeciwu.

– Przedstaw go zatem.

– Nałożnica generała, Melisa… Tak jak rzekłeś, panie, to dobra i litościwa niewiasta. Jeśli bogowie będą wam przychylni i zatriumfujecie nad Hellenami… proszę, byś wziął ją pod swoją ochronę. Nie zasłużyła na to, by paść łupem żołdactwa.

Arystokrata skinął głową. Następnie rzekł podniosłym tonem:

– Przysięgam, że uczynię wszystko, by oszczędzić jej tego losu.

* * *

Gdy dowiedzieli się, że na zwiad poprowadzi ich generalski adiutant i urodzony Macedończyk, Tesalowie bynajmniej nie okazali wrogości ani niezadowolenia. Wielu walczyło już pod rozkazami młodzieńca w bitwie o Isztahr i dobrze wspominało jego przywództwo. Innym zaś zdążyła się sprzykrzyć brutalna władza Eurytiona z Feraj. Ci pragnęli widzieć w Argyrosie prawdziwego następcę powszechnie lubianego Herakliusza.

Niedługo po tym, jak wydał polecenia, niespełna trzystu jeźdźców w pełnym rynsztunku zgromadziło się przy zachodniej bramie obozowiska. Przedpołudniowe słońce lśniło w wypolerowanych pancerzach, hełmach oraz grotach włóczni. Morale było wysokie – kawalerzyści wyczekiwali chwili, gdy będą mogli wyrwać się poza obręb palisady i pocwałować przez równinę. Kiedy młody oficer jechał wzdłuż ich szeregów, prezentowali broń i wznosili gromkie okrzyki.

– Czołem, Argyrosie!

– Prowadź nas do zwycięstwa!

– Na pohybel Persom!

– Chwała Macedonii i Tesalii!

Pozdrawiając ich uniesionym ramieniem, zbliżył się do bramy. Na dany znak pełniący przy niej straż hoplici zaczęli rozsuwać podwoje. Argyros odwrócił się w tym czasie ku swym podkomendnym. Odczekał, aż ucichną i zaczął mówić donośnym głosem:

– Synowie Tesalii! Towarzysze broni! Za chwilę poprowadzę was w nieznane. Nie wiemy, jak silny jest przeciwnik ani gdzie się znajduje. Czy czeka na nas w zasadzce, czy w otwartym polu. Lecz mimo to mam pewność, że nie zawiedziemy! Wspólnie wypełnimy powierzone nam zadanie! Wiecie dlaczego jestem o tym przekonany? Bo z woli naszego wodza, Kassandra z Ajgaj, wiodę dziś ze sobą najwaleczniejszych spośród ludzi!

Odpowiedział mu pełen entuzjazmu ryk.

– Tak, Tesalowie, słusznie zwą was najprzedniejszymi jeźdźcami Hellady! – ciągnął, przekrzykując wrzawę. – To zaś oznacza, że lepszej konnicy nie ma nigdzie w świecie! Udowodnijcie Persom, że nie mogą się z wami równać! Trzymajcie się razem! Wspierajcie, gdy któryś odniesie ranę! Choćby wróg rzucił przeciw nam nieprzeliczone hordy, nie zostawimy dziś nikogo spośród nas na jego pastwę!

Brama stała już otworem. Przy akompaniamencie okrzyków oraz szczęku oręża młodzieniec spiął konia i puścił się ku niej kłusem, który wkrótce przeszedł w galop. Pęd załopotał ciężkim, kawaleryjskim płaszczem. Dobiegające zza pleców dudnienie upewniło go, że Tesalowie nie zostają daleko w tyle.

Nim jeszcze opadł kurz wzniesiony ponad tysiącem kopyt, na plac przed bramą dotarła szczupła postać w białym, poplamionym zaschniętą krwią peplosie. Parmys dyszała z wysiłkiem. Gdy tylko Kassander zamknął oczy, puściła się biegiem, w nadziei, że zdąży ujrzeć ukochanego, nim ten wyruszy w pole. Choćby z oddali, choć na chwilę. Nogi przyniosły ją tu aż z lazaretu. Dopiero teraz, kiedy pojęła, że się spóźniła, spłynęło na nią zmęczenie. Spoglądając na zawarte znów podwoje, osunęła się na kolana.

– Bywaj, najdroższy – wyszeptała przez spierzchnięte wargi. – Niechaj Kybele ma cię w swej opiece…

* * *

Mitrydates okazał się honorowym mężem. Kiedy Iszan i Talia odpowiedzieli na wszystkie jego pytania, zgodnie z obietnicą obdarował ich końmi, a także prowiantem na drogę oraz mieszkiem srebra, jeszcze większym i cięższym od tego, który stracili, uchodząc przed pogonią. Zwrócił im także listy z generalską pieczęcią.

– Rozważnie korzystajcie z tych dokumentów – doradził, podając Elamicie zwoje papirusu. – W Persepolis wysłannicy Kassandra z Ajgaj, czy to prawdziwi, czy fałszywi, mogą już nie być pożądanymi gośćmi.

Późnym rankiem eunuch i Lidyjka opuszczali obozowisko rebeliantów drogą wiodącą na zachód. Porzucili niewygodne pancerze, nie były im już do niczego potrzebne. Wszędzie wokół obserwowali przygotowania do wymarszu. Brodaci bojownicy dogaszali ogniska, zwijali namioty, przywdziewali pancerze, kulbaczyli wierzchowce. Wciąż nie przypominali prawdziwej armii na wzór macedońskiego korpusu. Ale za to byli niezwykle liczni i jak się zdawało, pewni zwycięstwa.

Dopiero gdy oddalili się na dobre dwa stadiony od ostatnich perskich posterunków, Talia przerwała milczenie:

– Sądzisz, że mają szansę wygrać tę bitwę?

– Nie mnie to oceniać – odparł skromnie Iszan. – Większość życia spędziłem w pałacu królewskim w Suzie, usługując lepszym od siebie. Napełniałem puchary, ścieliłem łoża, wynosiłem nocniki. Nie znam się na sprawach wojny.

– Inaczej to brzmiało, kiedy rozmawiałeś z tamtym Persem. Wydałeś mi się wtedy taki mądry… Nie miałam pojęcia, że wiesz tyle o siłach Hellenów.

– Musiałem sprawiać takie wrażenie, by Mitrydates pozwolił nam odejść. Prawdą jest, że kręcąc się przy sztabie Kassandra usłyszałem to i owo o stanie wojsk. Jeszcze więcej mogłem wywnioskować z rozmów z Jazonem. Wiedz jednak, że nie czułem się dobrze, wyjawiając owe sekrety. Mam świadomość, że zdradziłem generała, który mnie wyzwolił, a także przyjaciela, jakiego znalazłem w Traku. Uczyniłem to jednak dla naszego przetrwania. Dla ciebie, Talio.

– Wiem i jestem ci wdzięczna. Także za to, że zadbałeś o przyszłość Melisy. Nie zniosłabym myśli, że cierpi w niewoli, kiedy ja jestem już bezpieczna.

– Do tego jeszcze długa droga. Wciąż mogą nam zagrozić maruderzy, a nawet pospolici rabusie. Nie zaznam spokoju, póki nie skryjemy się za murami Persepolis.

– Ja jestem już spokojna. Między nami a Eurytionem z Feraj stoi teraz dziesięć tysięcy zbrojnych Persów. Nawet jeśli zdoła się z nimi rozprawić… my będziemy już daleko. Prawda, że będziemy, Iszanie? Mam nadzieję, że Persepolis okaże się tylko postojem w naszej podróży. To ponure i po dwakroć spustoszone miasto. Cóż mielibyśmy tam robić? Za to bardzo chciałabym ponownie ujrzeć twoją ojczyznę. Tam po raz ostatni byłam szczęśliwa…

Mówi o Elamie, lecz tak naprawdę myśli o Herakliuszu, uświadomił sobie młodzieniec. Przystojnym oficerze jazdy, silnym, walecznym i męskim. Wraz z jego śmiercią w Górach Zagros życie Talii zamieniło się w pełen brutalności koszmar. Iszan rozumiał, że nie zdoła nigdy zastąpić jej utraconego kochanka. Nie dorównywał mu wszak pod żadnym względem. A jednak to właśnie on, eunuch i wyzwoleniec, wywiózł dziewczynę z obozowiska Hellenów, zaś w czasie pościgu strącił z konia samego Eurytiona, bestię w ludzkiej skórze. Następnie przekonał perskiego wodza, by mimo wszystkich podejrzeń, pozwolił im kontynuować podróż. Zapłacił za to wprawdzie wysoką cenę, lecz czuł, że Lidyjka była tego warta. Po wydarzeniach ostatnich dni nabrał przekonania, że potrafi zapewnić jej bezpieczeństwo. A kto wie? Może pewnego dnia – przywrócić radość życia.

– Skoro tego pragniesz, tam właśnie się udamy – odpowiedział żarliwie. – Mnie również tęskno za domem.

Przez pewien czas jechali w milczeniu, tuż obok siebie. Lidyjka niemal instynktownie kierowała koniem, Iszanowi przychodziło to z większym trudem, tym niemniej obydwa wierzchowce szły prawie łeb w łeb. Niespodziewanie Talia wyciągnęła ku chłopakowi rękę. Zaskoczony, ujął skwapliwie drobną dłoń. Zdawała się przyjemnie ciepła i miękka, ale w uścisku, jakim go obdarzyła, znać było wewnętrzną siłę. Czując rosnące uniesienie, zawołał:

– Żegnajcie na zawsze, pustkowia Persydy!

Po raz pierwszy od dawna Talia roześmiała się, a potem dokończyła:

– Nas już czekają kwitnące ogrody Suzy!

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Czytelniczki i Czytelnicy Perskiej Odysei,

trochę mi to zajęło (wiem, już dawno stało się to pewną tradycją), ale oto kolejny rozdział przed Wami. Obiecuję postarać się, byście kolejny otrzymali w rozsądnym i niezbyt odległym terminie. Tym bardziej, że nadciąga czas epickich zmagań i wielkich rozstrzygnięć.

Jak zawsze wielkie podziękowania należą się niezastąpionej Atenie, która błyskawicznie skorygowała moją pełną błędów pisaninę:-)

A teraz zapraszam Was do lektury i ponownego spotkania z dawno niewidzianymi znajomymi!

Pozdrawiam
M.A.

Wreszcie otrzymaliśmy oczekiwaną od dłuższego czasu kontynuację powieści przenoszącej nas w epokę Aleksandra Wielkiego. Kontynuację bardzo udaną, zawierająca podane w odpowiednich proporcjach wątki militarne, erotyczne, obyczajowe, nie bez akcentów romantycznych oraz humorystycznych. Wszystko to poparte głęboką wiedzą Autora na temat opisywanych miejsc i czasów. Do tego wartka akcja, dobry warsztat i przepis na udaną powieść historyczną z elementami erotycznymi gotowy. Potrzeba jednak właściwego wykonawcy, a tutaj pióro (klawiatura) spoczywa w pewnych rękach.
Główne wrażenie, jakie odniosłem po przeczytaniu obecnej odsłony to niezwykle pozytywny obraz Persów, przedstawionych od bardzo szlachetnej strony. Mitrydates miałby przecież wszelkie powody do wzięcia na tortury i surowego przesłuchania (zakończonego najprawdopodobniej egzekucją) podejrzanych uciekinierów, przy których znaleziono jednoznacznie kompromitujące dokumenty. W końcu trwa wojna i tak postąpiłby na jego miejscu prawie każdy dowódca, nie cechujący się nawet na co dzień szczególnym okrucieństwem. Sądzę, że Kassander nie wahałby się w podobnej sytuacji ani chwili. Tak niezwykła szlachetność sprawia wręcz, że zaczynam życzyć zwycięstwa Persom (niezależnie od ogólnej sympatii dla Parysatis – wolę to imię), chociaż wiem, że ostatecznie muszą przegrać (chyba, że Autor zacznie przykładać mniejszą wagę do realiów i przeniesie nas do równoległego świata fantasy – czego się jednak się nie spodziewam).
Tymczasem niecierpliwie oczekuję ciągu dalszego.

Dziękuję Ci, Neferze, za entuzjastyczną recenzję nowego rozdziału!

Zaiste, zależało mi na uwypukleniu szlachetności przynajmniej niektórych Persów – wśród nich szczególnie Mitrydatesa. Chciałem odróżnić go od pragmatycznego do bólu, bezwzględnego Kassandra (a także całej galerii perskich dwulicowców i kanalii, którą przedstawiłem dotychczas). On i Parysatis są być może ostatnimi prawdziwie godnymi obrońcami starego imperium. Czy odniosą zwycięstwo? Czy w toku tej wojny zachowają swoją prawość? O tym traktować będą kolejne rozdziały. Spoilerować nie będę, ale jak wiadomo z dotychczasowych moich prac, z grubsza trzymam się realiów historycznych, niekiedy dodając coś od siebie, ale nic, co stałoby w jawnej sprzeczności ze źródłami (chyba, że z niekompetencji i niewiedzy). Raz jeszcze mogę obiecać, że postaram się, by kolejna część pojawiła się tu niedługo!

Pozdrawiam
M.A.

Eurytion wyłgał się z własnej samowolki, choć zapewne też Kasander nie drążył tematu, świadom, że lepiej może i przymknąć oko niż stracić skutecznego oficera. Przezorne zachowanie, na Eurytiona też przyjdzie czas…
Też jak czytałem fragment o Mitrydiatesie i dwójce uciekinierów to myślałem, że arystokrata podda ich mniej lub bardziej wymyślnym torturom, ale okazał się zadziwiająco rozsądny. Choć gdybym nie znał całej historii Talii napisałbym,iż okazał się zadziwiająco naiwny…
Kasander wraca do swiata żywych, ale skoro odmówił sobie kobiecych wdzięków, znaczy, że jest z nim znacznie gorzej niż mogłoby się wydawać…

Sama batalia wojska Kasandra z buntownikami Jutab, nasunęła mi na myśl oblężenie Alezji przez Cezara. Dowódczyni powstańców zmuszona do obrony miasta, macedończycy niby oblegają miasto, ale są zarazem narażeni na rózne grupy dywersyjne spieszące Jutab z pomocą. Kto wie jak to się skończy?
Może Kasander wytraci wojsko, a tylną częśc ciała uratuje mu sam Aleksander na wielkim czarnym koniu wracający z Indii? A sama Jutab dołączy do zacnego grona żon i kochanek sławnego wodza – Barsine, Roksany i Statejry?

A w tle całej potężnej awantury i lawiny domysłów otrzymujemy jeszcze bolesną miłość maluczkich tamtego świata – Parmys i Ishana…

Witaj, Radosky!

Zaiste, Eurytionowi udało się na razie uniknąć kłopotów, choć myślę, że sam się o nie prosi i prędzej czy później go nie ominą. Na moment sprzeniewierzę się nieco swym zasadom i zdradzę Ci również, że trafnie się domyślasz co do Kassandra. Skoro już dał się powalić Jutab, tak łatwo się nie wykaraska 🙂

Przyznam, że gdy planowałem sobie rozgrywkę między korpusem Kassandra oraz wojskami perskich buntowników, myślałem o Alezji i jej podwójnym oblężeniu. Niestety, czas, jaki potrzebny był buntownikom na dotarcie pod mury Pasargadów był zbyt krótki, by Macedończycy zdołali opasać miasto wałami – a co dopiero podwójnym pierścieniem pozwalającym utrzymać oblężenie i samemu się przed nim bronić. Tak więc sytuacja, choć podobna, znacznie się jednak różni. No przygody Juliusza Cezara w Galii wydarzą się jakieś dwieście osiemdziesiąt lat później, więc Kassander nie może się inspirować pomysłami wielkiego Rzymianina 🙂

Co zaś się tyczy Aleksandra, znajduje się znacznie bliżej niż w Indiach – obecnie przebywa w północnych satrapiach, ścigając króla królów, Dariusza. To jednak wciąż kilkaset kilometrów (czy może raczej jakieś półtora tysiąca stadionów) więc nie liczyłbym tu na cudowny ratunek. Choć z drugiej strony, kto wie? Read and find out!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Napisz komentarz