Brunetka według Megasa Alexandrosa I  5/5 (24)

26 min. czytania

George Barbier, “Pieśń o Bilitis”

Wiosna zawitała na wyspę wcześnie tego roku. Morze, przez zimę szare i sztormowe, naraz wygładziło się i pobłękitniało w ciepłych promieniach słońca. Przystań niewielkiej polis zbudziła się ze snu wraz z przybyciem pierwszych cudzoziemskich statków. Melos nie była wprawdzie istotnym punktem na mapie Hellady, ale leżała niemal pośrodku szlaku morskiego wiodącego z Attyki na Kretę, dlatego też wiele korabiów zatrzymywało się tu, by dać odpoczynek załogom i uzupełnić żywność oraz wodę.

A skoro już przybiły do nabrzeża z ładowniami pełnymi towarów, kapitanowie wykorzystywali postój, by nieco pohandlować. Położona nieopodal portu agora ożywała wówczas, zaś stragany wypełniały się produktami z dalekich stron. Można tu było nabyć egipski papirus oraz len, wschodnie jedwabie, wonności i przyprawy, ateńską i koryncką ceramikę, wyborne wino z Kos, Thasos oraz Półwyspu Chalcydyckiego. Z rzadka trafiali się też niewolnicy, a już całkiem wyjątkowo – wyborne rumaki z Tesalii. Wprawdzie na wyspie nie było gdzie na nich jeździć, ale i tak zawsze znajdowały kupców – co zamożniejsi prowincjusze też mieli przecież swe ambicje i za nic nie przepuszczali okazji, by popisać przed gorzej sytuowanymi rodakami.

Jednakże mimo wizyt kupieckich statków życie na Melos toczyło się powolnym, pozbawionym nerwowości rytmem. Wielkie burze dziejowe, które niegdyś ciężko doświadczyły polis, o mały włos nie doprowadzając do jej zagłady, teraz z daleka omijały wyspę. Była więc ona miejscem zapewniającym bezpieczny azyl przed panoszącym się wszędzie wokół – czy to w Helladzie, czy też w Azji – chaosem. Przynosiła wytchnienie dla zbolałego ciała, przepełnionego żalem serca i znużonego umysłu.

Słynny w całym mówiącym po grecku świecie rzeźbiarz Bryaksis spędzał tu zawsze wiosny. Odnajdywał na Melos coś, czego nie mógł doświadczyć w Koryncie, Epidaurze czy Halikarnasie – głęboki, niezmącony spokój, pozwalający mu odrodzić twórcze siły przed powrotem na kontynent, gdzie nieodmiennie czekały nań liczne kontrakty oraz zamówienia. Zresztą, w ostatnich latach jego pobyty na wyspie stawały się coraz dłuższe. Teraz powracał na nią wraz z końcem jesieni, przed zimowymi sztormami, i zostawał do początków lata. Trzy miesiące przerodziły się zatem w sześć, a czasem nawet siedem.

Nieprzychylni artyście mawiali, że powodem tej zmiany była nadciągająca starość. Coraz słabszy i bardziej zniedołężniały, miał ponoć stracić apetyt na długie wędrówki po Helladzie. Prawdziwa przyczyna była jednak zgoła odmienna. Zaś sławny twórca nigdzie nie czuł się tak młodo, jak podczas zimowania na Melos.

* * *

Drewniane łoże skrzypiało donośnie, jakby zaraz miało rozpaść się w drzazgi. Tais była jednak pewna, że nic takiego się nie stanie. Bryaksis zamówił je przed ponad trzema laty u najlepszego cieśli na wyspie. Miało uświetnić wielce radosną okazję: ich noc poślubną. Od tego czasu masywny mebel po wielokroć dowiódł już swej solidności. Bez względu na to, co na nim wyczyniali, nigdy nie sprawił im zawodu.

Wcześniej, przed pojawieniem się w jego życiu ciemnowłosej Beotki, rzeźbiarz nie przywiązywał wielkiej wagi do miejsca spoczynku. Sypiał na wąskiej pryczy w pracowni, by nie oddalać się zbytnio od rozpoczętego dzieła, czasem po domach licznych przyjaciół, zaś w upalne noce, których na Melos nie brakowało, rozkładał siennik na tarasie swojej willi. Po ślubie jednak postanowił się ustatkować – i to pod wieloma względami. Praca przestała mu wypełniać całe dnie, zaś huczne sympozjony wśród kompanów oraz heter – noce. Docenił uroki domowego zacisza i porządnego łóżka, w którym spędzał czas u boku żony… a od niedawna także jej kochanki, młodej Chloe.

Dziś, w słoneczny wiosenny poranek, znów byli razem, zaś małżeńskie łoże dawało dowody swej wytrzymałości. Biodra Bryaksisa na przemian unosiły się i opadały, zaś penis wchodził głęboko w pochwę leżącej pod nim Chloe. Szczupła dziewczyna obejmowała boki rzeźbiarza udami, otwierając się dlań najbardziej, jak było to możliwe. Ręce splotła mu na szyi. Jej długie włosy, zwykle związane w gruby warkocz, a dziś swobodne, rozsypały się po poduszkach. Mężczyzna całował ją po dekolcie, wydając przy tym głośne pomruki.

Naga i smagła Tais klęczała na łożu, tuż przy spółkującej parze – swoim mężu i dawnej niewolnicy. Kochała po równo ich oboje: podstarzałego, łysego artystę o szerokich ramionach oraz młódkę o kasztanowych lokach i bezczelnym, zielonym spojrzeniu. To Beotka zaproponowała, by zaczęli ze sobą sypiać, domykając w ten sposób erotyczny trójkąt, jaki od dawna z nimi tworzyła. Ponadto, miała nadzieję, że z tego związku narodzi się nowe życie. Wiedziała przecież nazbyt dobrze, że sama jest jałowa. Tymczasem Chloe przed niespełna trzema laty wydała na świat zdrowego i silnego chłopca. Godnego potomka Spartanina Gylipposa, który zginął śmiercią bohatera w Delfach.

Tais również marzyła o dzieciach. Zaś Chloe bardzo chciała spełnić jej pragnienie. Dlatego też na wypowiedzianą niepewnym głosem propozycję zareagowała natychmiastową zgodą. Tak, będzie się oddawać Bryaksisowi i przyjmie w sobie jego życiodajne nasienie. Pozwoli, by uczynił ją brzemienną, a potem wyda na świat potomstwo, które wychowają razem. Beotka była onieśmielona, ale i zachwycona hojnością swej wyzwolenicy. To było znacznie więcej, niż mogła oczekiwać.

Rzeźbiarz również nie czynił najmniejszych obiekcji. Wręcz przeciwnie, z ochotą przystał na przedłożony mu plan. Skwapliwość, z jaką to uczynił, ani nie zaskoczyła, ani nie dotknęła Tais. Potwierdziła co najwyżej jej przypuszczenia względem męża. Choć nieraz zapewniał Beotkę, że jest jedyną kobietą w jego życiu i że nie pragnie nikogo więcej, zbyt dobrze znała mężczyzn, by dawać wiarę takim słowom. To prawda, że na Melos nie utrzymywał żadnej konkubiny, nie widywano go też w jedynym domu rozkoszy w miasteczku… Z drugiej jednak strony, co roku, wraz z nadejściem lata, udawał się na kontynent, realizować liczne zamówienia, które wciąż spływały doń po oszałamiającym sukcesie „Apolla i Cyrene”, posągów wykonanych dla sanktuarium w Delfach. Tam miał niezliczone sposobności, by sypiać z innymi niewiastami. A nawet jeśli w istocie dochowywał wierności Tais, to z pewnością odczuwał niekiedy pokusę… i tu również pomoc wyzwolenicy okazywała się nieoceniona. Bryaksis odnalazł w niej partnerkę skrajnie odmienną od żony. Młodszą, bardziej śmiałą, o zupełnie innym typie urody… W dodatku sam, choć trudno mu było uchodzić za przystojnego, przypadł zielonookiej do gustu, a to za sprawą wielkiego doświadczenia oraz biegłości w miłosnej sztuce. Zbliżenia z nim szybko przestały być dla Chloe jedynie przysługą wyświadczaną ukochanej. Stały się przyjemnością samą w sobie.

Wyglądało więc na to, że układ, który wypracowali, zadowalał wszystkie strony. A przy tym nie rodził niepotrzebnych napięć. Spoglądając na męża, spółkującego z jej dawną niewolnicą, Tais nie odczuwała zazdrości. Ani o nią, ani o niego. Wręcz przeciwnie, przepełniała ją wdzięczność. Wobec bogów, którzy tak pokierowali losami Beotki, że mogła pędzić życie z dwojgiem ukochanych ludzi, z dala od burz, które wstrząsały całym światem. A także wobec nich – dziewczyny i mężczyzny, którzy stali się dla niej całym sensem istnienia.

Bryaksis dyszał coraz szybciej, co zapowiadało, że wkrótce osiągnie szczyt rozkoszy. Przygryzał teraz sutki Chloe, które prędko nabiegały czerwienią. Zielonooka pojękiwała cicho. Miała opuszczone powieki i rozchylone wargi. Tais uznała, że przyszła pora, by przyłączyć się do uprawiającej miłość pary. Najpierw pochyliła się nad wyzwolenicą i namiętnie ją ucałowała. Ta z początku pozostawała bierna, pozwalając Beotce na swobodą eksplorację jej ust językiem. W końcu jednak zaczęła odwzajemniać pocałunek, z typową dla siebie zachłannością. Sięgnęła też dłonią do kołyszącej się, obfitej piersi Beotki. Zaciskała na niej palce, wciąż wilgotne od potu rzeźbiarza. Brunetka zamruczała w głąb jej ust.

Rzeźbiarz wzmógł jeszcze pchnięcia bioder, raz po raz wbijając się głęboko między uda Chloe. Łóżko zatrzeszczało jeszcze donośniej. Jęk wyzwolenicy przeszedł w krzyk. Tais wycofała się, pozwalając kochance w pełni skupić się na przeżywanej rozkoszy. Teraz przesunęła się za plecy męża. Obsypała pocałunkami wilgotny kark, smakując soli jego potu, pozwoliła, by ciężkie, krągłe piersi ocierały mu się o grzbiet. Spojrzała w dół, na owłosione pośladki kołyszące się w rytm zadawanych sztychów. Po krótkim zastanowieniu uniosła dłoń do ust i pośliniła dwa palce, wskazujący i serdeczny. Następnie skierowała rękę w dół.

Wsunęła nawilżone palce między pośladki Bryaksisa i jęła pocierać opuszkami brązowy pierścień jego odbytu, z początku tylko go muskając, ale stopniowo zwiększając nacisk. Rzeźbiarz natychmiast zareagował na tę pieszczotę silnymi skurczami. Beotka kontynuowała zabiegi, jej mąż zaś czynił wszystko, by możliwie rozluźnić mięśnie. Kobieta wiedziała, czego pragnie. Lubił dochodzić, czując jej palce głęboko w środku. Poznała to upodobanie wkrótce po ślubie. Z początku była pełna rezerwy, lecz widząc, jak wzmaga to jego doznania, nauczyła się również czerpać z tego satysfakcję. Teraz pogłębiła nacisk i poczuła, że pokonuje naturalny opór ciała. Bryaksis wydał z siebie cichy krzyk, stłumiony przez biust Chloe.

Rzeźbiarz przyspieszył jeszcze pchnięcia bioder. By poprowadzić go na sam szczyt, Tais kilkoma stanowczymi ruchami dłoni pogłębiła penetrację. Czuła drżenie ciała męża, gdy dochodził i wytryskiwał głęboko w pochwie Chloe. Młódka przyjęła to z długim westchnieniem. Łóżko zatrzeszczało po raz ostatni, jakby triumfalnie. Oto pomyślnie przeszło jeszcze jedną próbę. Najlepszy cieśla na Melos doprawdy zasłużył na swe miano. A także na hojną premię.

Jeszcze przez długą chwilę Beotka pieściła odbyt Bryaksisa. Dopiero gdy mięśnie otulające jej palce przestały gorączkowo pulsować, powoli cofnęła rękę. Patrzyła, jak artysta zsuwa się z młodej dziewczyny i ląduje na plecach. Jego szeroki tors lśnił od potu. Chloe dyszała ciężko. Jedną nogę miała ugiętą w kolanie, drugą wyprostowaną. Spomiędzy warg sromowych sączył się wąski strumyczek nasienia. Wiedziona nagłym impulsem, Tais pochyliła się i zlizała parę kropel, muskając przy tym ciało kochanki. Ta westchnęła błogo. Nie uszło to uwadze rzeźbiarza, choć przecież z trudem łapał oddech po przeżytej rozkoszy.

– Tu masz więcej swojego przysmaku – zauważył z wysiłkiem.

Faktycznie, jego wciąż jeszcze nabrzmiały w erekcji, choć tracący powoli swoją sztywność członek był mokry od nasienia i miłosnych soków Chloe. Beotka nie wahała się ani przez chwilę. Dłonią ujęła męskość u nasady i połknęła od razu całą żołądź. Mieszanka smaków jej męża i zielonookiej przyprawiała o zawrót głowy. Lizała ochoczo, aż na penisie nie została ni jedna kropla.

Następnie położyła się u boku Bryaksisa. Kiedy zwrócił się ku żonie, objął ramieniem jej talię i przyciągnął bliżej, Chloe ochoczo przytuliła się doń z drugiej strony. Czując, jak jej nieduże piersi rozpłaszczają mu się na plecach, zaś wilgotne wciąż łono ociera się o pośladki, rzeźbiarz uśmiechnął się błogo.

– Jestem najszczęśliwszym mężczyzną pod słońcem – rzekł, po czym głęboko ucałował brunetkę.

* * *

Dzięki uprzejmości pierwszej kapłanki Ilitii pracownia Bryaksisa mieściła się na malowniczym wzgórzu, w świętym okręgu Demeter i Kory. Obecnie częściej od samego rzeźbiarza korzystał z niej jego uczeń, Syryjczyk Meszalim. Dawny niewolnik Tais tym razem nie trudził się nad wykańczaniem któregoś z dzieł swego mistrza, lecz nad własnym. Było to pierwsze samodzielne zamówienie, jakie otrzymał, dlatego poświęcał mu każdą wolną chwilę.

W zeszłym roku Melos nawiedziło trzęsienie ziemi. Szczęśliwie zniszczenia, jakie wywołało w mieście, nie były zbyt duże. W świątyni jednak sprawy miały się znacznie gorzej. Nie tylko popękała wschodnia ściana gmachu. Co gorsza, liczący sobie ponad stulecie posąg Kory spadł z postumentu i roztrzaskał się na drobne okruchy. Z początku Ilitia chciała zlecić wykonanie następnego Bryaksisowi. Ten jednak przekonał ją, by dała szansę młodszemu artyście.

Meszalim zabrał się do pracy z zapałem. Kazał sprowadzić z Paros solidną bryłę najbielszego marmuru, przy pomocy węgla oraz papirusu poczynił pierwsze szkice i projekty. Długo zastanawiał się nad modelką, która pozwoliłaby mu oddać dziewczęcy czar Kory. Ze smutkiem zrezygnował ze swojej dawnej pani. Choć ubóstwiał ją, zmuszony był przyznać, że dojrzała uroda Beotki bardziej pasowała do matczynej Demeter. Jej zaś posąg przetrwał kataklizm i wciąż stał dumnie na swoim miejscu w świątyni. Niezrażony Syryjczyk spróbował zatem pracy z Chloe. Tu jednak spotkał go ponowny zawód. Wprawdzie kochanka Tais była młoda i pełna życia, ale… w tym właśnie tkwił problem. Źle znosiła długotrwałą bezczynność, wymaganą od pozującej niewiasty. W dodatku jej synek, niespełna trzyletni Gylippos zawsze znajdował sposób, by oderwać ją od tego zajęcia i skłonić do skupienia się na nim. W końcu młody rzeźbiarz skapitulował. I właśnie wtedy, gdy zaczynał już popadać w desperację, odnalazł swą modelkę, inspirację oraz muzę.

Pewnego dnia do pracowni zajrzała młoda kapłanka. Ciekawa, jak posuwają się prace nad nowym posągiem, zastała Meszalima stojącego w bezruchu przed nietkniętą jeszcze dłutem bryłą marmuru. Poruszała się cicho, lecz jakimś cudem usłyszał jej kroki na kamiennej posadzce pracowni. Odwrócił się i ujrzał skąpaną w porannym słońcu dziewczynę w długiej, białej szacie, bez himationu, skrywającego zazwyczaj jej jasnozłote włosy. Choć poznał Berenike przed trzema laty, miał poczucie, że dopiero teraz naprawdę ujrzał jej piękno. Zrozumiał również, że jego poszukiwania dobiegły kresu. Już wiedział, kto użyczy swego wyglądu bogini.

Szybkim krokiem pokonał dzielący ich dystans. Pragnął oznajmić kapłance radosną nowinę. Był pewien, że uszczęśliwi ją swymi słowami. Wszak nie każdej służebnicy Kory dane jest pozować do jej posągu! Nie zdążył jednak wypowiedzieć ani słowa. Gdy bowiem zbliżył się do niej, w szmaragdowych, upstrzonych złotymi plamkami oczach dostrzegł strach. Nagły, paniczny, choć przecież nieuzasadniony. Berenike odwróciła się na pięcie i wybiegła z pracowni, zostawiając młodego rzeźbiarza samego. Syryjczyk zatrzymał się i zastanowił nad tym, co właśnie się stało. Gdy tylko to uczynił, poczuł się jak skończony głupiec.

Przypomniał sobie ich pierwsze spotkanie, owego straszliwego dnia w Delfach. Gylippos, spartański najemnik w służbie Tais, urządził ścigającym ją łowcom nagród krwawą łaźnię – po czym sam odnalazł śmierć w boju. Meszalim wyszedł z gospody, gdy było już po wszystkim. Napotkał dziewięć nieruchomych ciał oraz żywą, zalęknioną dziewczynę przywiązaną do pobliskiego drzewa. Wojenną brankę, która przez wiele miesięcy należała do najokrutniejszego z łowców. Syryjczyk przeciął jej więzy, lecz mógł uczynić tylko tyle. Nie umiał sprawić, by zapomniała o tym, co jej uczyniono. Nie potrafił zaleczyć blizn, jakie były pan pozostawił na jej ciele i duszy.

Kiedy wraz z Tais i Chloe odnalazła bezpieczną przystań na Melos, wydawało się, że Berenike całkiem pożegnała swą koszmarną przeszłość. A jednak, wspomnienie gwałtów, chłost i upokorzeń, jakich doświadczyła od Alkajosa i jego kompanów wciąż tkwiło głęboko w niej. Nigdy też nie pozbyła się strachu oraz wstrętu wobec mężczyzn, nawet tych, którzy okazali jej życzliwość. Właśnie dlatego wybrała służbę w świątyni i życie pośród niewiast – zarówno kapłanek, jak i wyznawczyń, bo święty okręg Demeter i Kory odwiedzały głównie kobiety. Właśnie dlatego umknęła przed Syryjczykiem, kiedy ruszył w jej stronę. To było irracjonalne, ale silniejsze od niej.

Nie próbował biec za Berenike. Tylko pogłębiłby w ten sposób jej lęk. Zamiast tego udał się do Ilitii. Oznajmił, że znalazł swoją modelkę. To przełożona sanktuarium wzięła na siebie rozmowę z młodą kapłanką. Uzmysłowiła jej to, co powinno być oczywiste: że Meszalim wcale nie pragnie jej skrzywdzić. Wręcz przeciwnie, chce ofiarować złotowłosej swego rodzaju nieśmiertelność. Ona zaś powinna się na to zgodzić. Tym bardziej, że w ten sposób odda przysługę świątyni.

Dopiero jej wstawiennictwo sprawiło, że Berenike wróciła do pracowni. Zaś Syryjczyk dokładał odtąd wszelkich starań, by więcej jej nie spłoszyć. Dziewczyna otrzymała zwolnienie z większości obowiązków, mogła więc w pełni poświęcić się pozowaniu. Pracowali zwykle od świtu do zmroku, z przerwami na posiłki i rozruszanie mięśni, obolałych za sprawą długotrwałego bezruchu. Spędzone razem mnogie klepsydry sprawiły, że stopniowo zawiązała się między nimi nić porozumienia. Meszalim podejrzewał, iż fakt, że nie jest pełnoprawnym mężczyzną, bardzo w tym pomógł. Skrzywdzona kapłanka nie potrafiłaby chyba poczuć się swobodnie w pobliżu jego mistrza, Bryaksisa, nawet pomimo faktu, że wiele mu zawdzięczała.

Tak mijały dni, które wkrótce przerodziły się w tygodnie. Ociosywana dłutem bryła marmuru zaczęła nabierać kształtów zgodnych z zamierzeniem i wolą artysty. Postanowił ukazać Korę dziewiczą, młodzieńczą i świeżą, jeszcze przed porwaniem przez Hadesa, zanim stała się Persefoną, królową zaświatów. W zwyczajowej, długiej sukni, lecz z rozpuszczonymi włosami, swobodnie opadającymi na plecy i ramiona. Był to pomysł nowatorski, zwykle bowiem boginię przedstawiano w nakryciu głowy. Przed przystąpieniem do realizacji Meszalim długo omawiał go z samą Ilitią. Z początku nieco sceptyczna, z czasem przyklasnęła jego projektowi i wyraziła zgodę.

Co pewien czas do pracowni przychodził też Bryaksis, ciekawy, jak posuwa się praca nad pierwszym samodzielnym dziełem jego ucznia. Niekiedy dawał młodzieńcowi przyjacielskie sugestie i rady, najczęściej jednak tylko się przyglądał. Tego dnia przybył wraz ze swą żoną oraz jej wyzwolenicą. Pomna faktu, że wybiera się do świętego okręgu, Tais przywdziała dość luźny peplos w barwie przedpołudniowego morza, zaś ramiona i włosy przykryła granatowym himationem. Biżuterię ograniczyła do złotej bransolety na prawym nadgarstku. Suknia Chloe była bardziej zmysłowa. Zielony materiał, pasujący do koloru jej oczu, zdawał się przylegać do ciała dziewczyny, podkreślając wszystkie miłe dla oka krągłości. Nie zadała sobie nawet trudu, by skrywać przed światem nagie ramiona lub kasztanowe loki. Srebrny naszyjnik z szafirami zdobił jej dekolt, zaś srebrne bransolety – oba nadgarstki. Idący między dwoma niewiastami Bryaksis zdawał się promienieć. Syryjczyk ostatnio widział go w tak wyśmienitym humorze w dniu jego ślubu z Beotką. Najwyraźniej poranek był dla rzeźbiarza nadzwyczaj łaskawy.

– Bądź pozdrowiony, mój kolego po fachu! – zawołał łysy rzeźbiarz, sprawiając, że Meszalim momentalnie poczuł przepełniającą go dumę. – Za każdym razem, gdy tu przychodzę, widzę twoje dzieło w kolejnym stadium tworzenia. Sądzę, że jesteś już blisko, chłopcze. Jeszcze tydzień, może dziesięć dni i posąg będzie gotowy!

Młody artysta chciał zaprotestować, powiedzieć, że właśnie wkracza w najtrudniejszy etap pracy. Nie zdążył jednak nawet otworzyć ust. Bryaksis zbliżył się i serdecznie uściskał swego ucznia. Tais i Chloe podeszły tymczasem do modelki, która skwapliwie porzuciła pozę, w jakiej spędziła ostatnią klepsydrę.

– Wyglądasz dziś olśniewająco, Berenike – rzekła ze szczerym podziwem Beotka.

Wydawało się, że dziewczyna osiąga ten efekt zupełnie bez wysiłku. Jej twarzy nie pokrywał makijaż, włosy miała rozpuszczone, nie nosiła również biżuterii. Naturalna uroda była zarówno błogosławieństwem, ale i klątwą złotowłosej. To właśnie z jej powodu wpadła w ręce Rzeźnika Elidy. Tym razem jednak wrodzone piękno służyło dobrej sprawie.

– Sama Kora byłaby zazdrosna! – dorzuciła wesoło Chloe.

– Nie bluźnij. – Na moment usta kapłanki skrzywiły się w grymasie irytacji. – Niebezpiecznie jest ściągać uwagę bóstw.

– Zwłaszcza tak zawistnych, jak Persefona! – Jeśli zielonooka przejęła się reprymendą, nie dała tego po sobie poznać. – Pamiętamy przecież, co stało się z Leuce i Minthe…

– Owe nimfy romansowały z Hadesem. Tym ściągnęły na siebie gniew bogini – zauważyła Tais. – Wątpię, by uroda jej wiernej służebnicy wywołała podobną reakcję. Mimo to lepiej zachować ostrożność. – Ostatnie słowa skierowała do swojej kochanki. Ta posłała jej rozbawione spojrzenie, lecz po chwili, ledwie dostrzegalnie skinęła też głową. W ten sposób oznajmiała „będę już grzeczna”.

– Posąg jest już na ukończeniu – zmieniła temat Chloe. – Niedługo uwolnisz się od tego okropnego bezruchu!

Nieco odprężona, Berenike skinęła głową.

– Nie zrozumcie mnie źle… Jestem wdzięczna za szansę, by przysłużyć się bogini oraz sanktuarium. Zaś Meszalim… jest łagodny i cierpliwy. Zupełnie inny niż mężowie, z którymi dotąd miałam do czynienia. Przyznam jednak, że czuję się już zmęczona. Od wielu dni nie robię nic prócz pozowania. Tęsknię za codziennym życiem świątyni. Za rytuałami, składaniem ofiar… Nawet za pracą w ogrodzie ziołowym. Za rozmowami, wiatrem od morza i ciepłem słońca na skórze.

– Potrzebujesz trochę odpoczynku! – zdecydowała Beotka. – O ile zdążyłam się zorientować, obserwując mojego męża, do części prac wykończeniowych przy posągu nie jest konieczna obecność modelki. Jestem pewna, że Meszalim wypuści cię stąd na jedno przedpołudnie.

– Ilitia nie będzie zachwycona…

– Dlatego, by nie rzucać jej się w oczy, zabierzemy cię ze świętego okręgu! W drodze tutaj usłyszałam, że do portu zawinął wczoraj statek z Sydonu z ładowniami pełnymi wonności oraz barwionych tyryjską purpurą tkanin! Wybieramy się z Chloe na zakupy. Będziemy uradowane, jeśli zechcesz nam towarzyszyć.

– Nie mam przy sobie ani obola…

– Tym nie musisz się przejmować. – Zielonooka uśmiechnęła się do kapłanki. – Bryaksis był dziś rano w tak dobrym nastroju, że powierzył nam ciężką sakiewkę srebra. Trzeba je czym prędzej wydać, nim zrozumie swój błąd!

– Nie będziemy aż tak rozrzutne. Myślę jednak, że możemy sobie pozwolić na parę… – Tais mrugnęła do swej wyzwolenicy – drobiazgów. Pomówię z Meszalimem, a ty szykuj się do drogi.

Rozmowa z Syryjczykiem okazała się formalnością. Młody artysta był śmiertelnie zakochany w swojej dawnej pani i nie potrafił niczego jej odmówić. Bez oporu dał więc modelce pół dnia swobody, szczęśliwy, że wywołał tym uśmiech na pełnych, stworzonych jakby do całowania ustach Tais. Wkrótce Berenike mogła znów cieszyć się wiatrem w jasnozłotych włosach – przynajmniej do chwili, gdy przed opuszczeniem świętego okręgu nie zakryła ich niebieskim, haftowanym złotą nicią himationem. Była przecież kapłanką, a to zobowiązywało. Mężczyźni mogli oglądać rozpuszczone włosy Kory, lecz nie tyczyło się to jej służebnic.

* * *

Odprowadziwszy niewiasty na skraj świętego okręgu, Syryjczyk wrócił do pracowni. Zastał Bryaksisa przy niedokończonym posągu. Starszy rzeźbiarz oglądał go uważnie z każdej strony. Wreszcie oznajmił uroczystym tonem:

– Meszalimie, sądzę, że czas twego terminowania dobiega kresu. Już teraz widzę, że to, co stworzyłeś, jest pracą godną mistrza. Przekazałem ci wszystko, co sam potrafię, ty zaś okazałeś się pojętnym uczniem.

– Dziękuję, mój nauczycielu – odparł z szacunkiem młodzieniec. – Czy jednak nie chwalisz mnie nazbyt pochopie? Posąg, jaki wykonuję dla sanktuarium, to stosunkowo łatwy projekt. Jedna postać, w dodatku w dość statycznej pozie. Gdzież mu do dzieł słynnego Bryaksisa? Do twych reliefów z Halikarnasu, posągów z Rodos, do Apollina i Cyrene z Delf?

– Nie powiedziałem, że już mi dorównałeś, chłopcze – roześmiał się mąż Tais. – Lecz w końcu tak właśnie się stanie. Spośród rzeźbiarzy, z którymi współpracowałem przy Mauzoleum w Halikarnasie, Skopas już nie żyje, Leochares zakończył karierę, zaś Timoteos powinien był to uczynić, bo to, co ostatnio wyrabia, jest niegodne tak wielkiego artysty. Nasz czas przemija, Meszalimie. Hellada potrzebuje nowego pokolenia twórców. Głęboko wierzę, że ty będziesz w jego awangardzie.

Syryjczyk nie wiedział, co na to odpowiedzieć, więc pochylił skromnie głowę. Bryaksis odsunął się od posągu i podszedł do niego. Młodzieniec poczuł na ramionach silne dłonie swego mistrza.

– Zanim jednak przedstawimy cię światu – ciągnął Bryaksis, a jego ton stał się poważny – potrzebujesz nowego, greckiego imienia. Obawiam się, choć Aleksander bardzo rozszerzył granice hellenizmu, to nie poszła za tym ciasna mentalność moich rodaków. Owszem, są gotowi zaakceptować rzeźbiarza z Syrii, ale tylko pod warunkiem, że będzie jednym z nich. A więc Grekiem wierzącym w tych samych bogów, mówiącym tym samym językiem i noszącym podobne miano.

Meszalim milczał. Od dawna domyślał się, że ten moment nadejdzie. Przez ostatnie lata żył grecką kulturą, stał się gorliwym wyznawcą greckich bogów, opanował język tak biegle, że jego rozmówcy nie słyszeli cudzoziemskiego akcentu. Syryjskie pozostało jedynie imię. Lecz przecież ono właśnie było ostatnią pamiątką po utraconym życiu. Po szczęśliwym dzieciństwie, nim został pochwycony, wykastrowany, przewieziony do Hellady i tam sprzedany w niewolę. Dlatego wciąż wzdragał się przed jego porzuceniem.

Bryaksis zdawał się to dobrze rozumieć. Mocniej zacisnął palce na ramionach swego ucznia i pochylił głowę, by zajrzeć mu w oczy.

– Wiem, Meszalimie, że od moich pobratymców doznałeś wiele złego. Boleję nad wszystkimi krzywdami, jakie ci wyrządzono. Bogowie wiedzą, że starałem się choć w części im zadośćuczynić. Obawiam się jednak, że nie ma innej drogi. Imię to coś więcej niż słowo. Określa naszą tożsamość. Definiuje to, kim jesteśmy. A także jak jesteśmy postrzegani. My, Grecy, widzimy sprawy dosyć prosto. Można być albo jednym z nas, albo barbarzyńcą. Barbarzyńcę zaś najmuje się jako robotnika lub żołnierza, ale z pewnością nie artystę. Jeśli zatem nie zdecydujesz się na ten krok, cały twój wysiłek pójdzie na marne. Nikt, może poza Ilitią, nie da ci kolejnego zlecenia.

Młodzieniec zdawał sobie sprawę, że mąż Tais ma słuszność. I że wywiera nacisk w tej sprawie tylko dla jego dobra. Nie sposób było dłużej odwlekać decyzji. Uniósł głowę. Starszy rzeźbiarz dostrzegł w jego ciemnych oczach żelazną wolę i determinację.

– Zastanawiałem się nad tym, mój mistrzu. Ty i ja spotkaliśmy się w świętym okręgu Apolla w Delfach. Na pamiątkę owego dnia chciałbym przyjąć miano Apollodoros.

W oczach Bryaksisa ujrzał najpierw zaskoczenie, a potem błysk wzruszenia. Jego nauczyciel nie od razu był w stanie odpowiedzieć. Wreszcie opanował się na tyle, by przemówić uroczystym tonem:

– A zatem pod tym właśnie imieniem pozna cię cały helleński świat. Przysięgam ci, przyjacielu, że nie pożałujesz swej decyzji.

* * *

Przybycie statku z Sydonu sprawiło, że tego dnia agora niewielkiej polis tętniła życiem. Nadzieja na zakup tyryjskiej purpury ściągnęła tu zarówno arystokratów, jak i wszystkie miejscowe elegantki. Przy straganach, na których wystawiano produkty z Fenicji, kłębił się istny tłum. Świadomość, że towaru może nie starczyć dla wszystkich, wydobywała z ludzi najgorsze cechy. Tu dwie niewiasty wyrywały sobie z rąk kosztowną tkaninę, wzajemnie obrzucając się przy tym wyzwiskami. Tam członek miejscowej oligarchii wraz z trzema niewolnikami ze swego orszaku szykował się do bójki z politycznym rywalem i jego służącymi. Nikt nie próbował nawet zaprowadzić porządku – Melos nie było stać na utrzymanie straży miejskiej.

– Na szczęście nie do twarzy mi w purpurze… – stwierdziła cierpko Chloe.

– Mi nawet nie wypada jej przywdziewać – dodała Berenike.

Najbardziej zawiedziona była Tais, której akurat dobrze byłoby w królewskiej barwie. Nie miała jednak zamiaru poniżać się w walce o ostatnie bele tkaniny. Poprowadziła zatem swe towarzyszki ku mniej obleganym stoiskom. Bogactwa Fenicji nie ograniczały się wszakże do jednego wyrobu. Wkrótce jej wyzwolenica cieszyła się nowymi kolczykami uformowanymi na podobieństwo srebrnych łodzi. Sama Beotka dała się skusić orientalnym wonnościom o zapachu olejku migdałowego, cynamonu oraz mirry. Naczynie, które otrzymała, było równie fascynujące, jak jego zawartość: wykonano je z barwionego na niebiesko szkła. Gdy uniosła flakonik ku słońcu, dostrzegła jak promienie przenikają przez jego grube ścianki. Berenike z początku wzbraniała się przed kupcami prezentującymi jej kolejne towary. W końcu jednak zainteresowały ją złote, bogato zdobione fibule. Tais natychmiast to dostrzegła i sprezentowała kapłance szczególnie kunsztowną spinkę. Dziewczyna była nieco zakłopotana, lecz przyjęła dar i wpięła go w swój himation.

Otrzymana od Bryaksisa sakiewka znacznie straciła na wadze, Beotka uznała więc, że pora kończyć zakupy. Trzy niewiasty opuściły agorę i ruszyły w stronę nabrzeża. Nie zamierzały zapuszczać się do samego portu, było to bowiem miejsce niebezpieczne i owiane złą sławą. Chciały po prostu poczuć przyjemnie chłodną morską bryzę, przynoszącą ulgę po panujących w miasteczku duchocie i skwarze.

– Miałaś dobry pomysł, Tais. Przyjemnie wyjść na jakiś czas z pracowni i ujrzeć świat budzący się do życia po zimie – oznajmiła Berenike. – Dziękuję ci za tę przechadzkę. Niedługo jednak będę musiała wracać. Nie chcę nadużywać cierpliwości Meszalima… ani Ilitii.

– Na nas również pora – stwierdziła Chloe. – Jestem ciekawa, jakież to nowe psoty wymyślił mały Gylippos!

Brunetka uśmiechnęła się. Jej mąż sprowadził dla syna zielonookiej – oraz przyszłych dzieci, których wyglądali z coraz większą nadzieją – doświadczoną piastunkę. Mimo to dziewczyna wciąż nie przywykła do tego, że obca niewiasta zajmują się jej pociechą. Na pewno minie trochę czasu, nim przywyknie do nowej sytuacji i w pełni jej zaufa. Możliwe, że stanie się to dopiero wtedy, gdy ponownie urodzi, a nowy potomek skupi na sobie całą jej uwagę.

– W takim razie wracajmy! A kiedy już skończysz pozować, Berenike, musisz nas odwiedzić. Stęskniłyśmy się za twoim towarzystwem.

– Z chęcią to uczynię. Jeśli tylko pierwsza kapłanka wyrazi zgodę.

Chloe ostatni raz popatrzyła w stronę przystani. I uniosła brwi w wyrazie zaskoczenia.

– Patrzcie! Kolejny statek! Wczoraj korab z Sydonu, dzisiaj jeszcze jeden… Port już dawno nie widział takiego ruchu.

– Nasza wysepka z każdym dniem staje się coraz mniej prowincjonalna! – zauważyła Tais. Nie była wcale pewna, czy cieszy się z takiego obrotu sprawy. Przed trzema laty odnalazła tu azyl właśnie dlatego, że mało znaczące Melos nie przyciągało uwagi wielkich tego świata. Wzmożony ruch żeglugowy mógł oznaczać, że sytuacja ulega właśnie zmianie.

– Ciekawe, co wiezie w ładowniach – zastanawiała się wyzwolenica, marząca już chyba o kolejnych zakupach.

Kapłanka zmrużyła oczy.

– To nie statek handlowy – oceniła. – Spójrzcie na smukły kadłub oraz prędkość, z jaką tnie fale.

Teraz Beotka również zaczęła się przyglądać.

– Czarne żagle. – Zdołała dostrzec. – Od czasów Tezeusza to zła wróżba. Ale coś na nich wymalowano… Potraficie rozpoznać ten symbol?

Przez parę chwil milczały, wytężając wzrok. W tym czasie okręt szybko zbliżał się do przystani.

– To gwiazda. Biała albo srebrna – rozpoznała Chloe. Tais poczuła, jak krew zastyga jej w żyłach.

– Godło królewskiego rodu Argeadów – wypowiedziała drżącym głosem. – Na Melos przybywają Macedończycy.

Zwróciła się ku kapłance i spostrzegła w jej oczach strach. Sama również coraz bardziej się bała. Wojenny okręt z pewnością nie zawinął tutaj przez przypadek. Czy to możliwe, że pogoń, której umknęła w Delfach, w końcu ją dopadła?

Kiedyś, w poprzednim życiu, Tais mieszkała w Koryncie, wielkim, zamożnym i do cna zepsutym. Była wówczas konkubiną macedońskiego namiestnika tego miasta. Kiedy żołnierska dola odmieniła się i Kassander musiał pomaszerować na wschód, nadeszła pora rozstania. Nie pogrążyła się w rozpaczy – wszak miała przy sobie umiłowaną Chloe. Niestety, idylla u boku młodej kochanki również nie trwała długo. Wkrótce Beotką zainteresował się nowy namiestnik, Pejton. Z początku chciał ją zdobyć obietnicami, potem groźbami. Gdy jedne i drugie zawiodły, sięgnął po przemoc. Nie zdążył jednak nasycić się własną rozkoszą i jej poniżeniem. Pomściła je przy pomocy mosiężnej statuetki Afrodyty. Głowa gwałciciela zmieniła się w krwawą miazgę, zaś Tais pospiesznie opuściła Korynt. Od tamtej pory uchodziła przed macedońską sprawiedliwością. Ostatecznie, dzięki poznanemu w Delfach Bryaksisowi, skryła się na Melos. Spędziła tu szczęśliwe lata, sądząc, że wreszcie jest bezpieczna. Cumujący w porcie czterorzędowiec całkiem rozwiał jej złudzenia.

Gorączkowo zastanawiała się, kto przybył na jego pokładzie. Może Alkajos, który prowadził pościg za Beotką i zniewolił Berenike. A może Kritias, zdeprawowany kapłan ze świątyni Apolla w Delfach. On również miał porachunki z obydwoma niewiastami. Uświadomiła sobie jednak, że to nie pora na takie dywagacje.

– Wróć do pracowni – zwróciła się do Berenike. – Ilitia nie pozwoli, by w świętym okręgu spotkała cię krzywda. Jeśli zobaczysz mojego męża, przekaż mu, by czym prędzej udał się do domu. Muszę z nim pilnie pomówić.

W pośpiechu pożegnała się ze złotowłosą i razem z Chloe ruszyła ku willi Bryaksisa, również położonej na wzgórzu, choć nie tak wysokim, jak świątynne. Ze wszystkich sił zmuszała się, by nie biec. Niechybnie ściągnęłoby to uwagę Melijczyków, którzy wraz z nadejściem wiosny tłumnie wylegli na ulice. Zaś Beotka wolała teraz jak najmniej rzucać się w oczy.

– Czemu też nie skorzystamy ze schronienia w świątyni? – dopytywała się jej młoda kochanka. – Jesteś przyjaciółką Ilitii. Pozwól, by otoczyła cię opieką.

– Jedyną winą Berenike jest to, że uciekła od okrutnego pana. – Tais mówiła cicho, by nie posłyszał jej nikt postronny. – Nikt nie złamie świętych praw azylu tylko po to, by zwrócić ją Alkajosowi. Ja natomiast… zgładziłam macedońskiego wielmożę. Żadne sanktuarium w Helladzie nie odważy się udzielić mi schronienia.

– A może niepotrzebnie się martwimy? Jest sto powodów, dla których Macedończycy mogli przybyć na Melos. Pościg za tobą jest tylko jednym z nich.

– Dlatego też nie wpadam w panikę. Ale dla ostrożności lepiej nie pchać im się w oczy. Jeśli na pokładzie znajdzie się ktoś, kto stacjonował w Koryncie, mógłby mnie rozpoznać.

Gdy tylko zbliżyły się do domu, na spotkanie wybiegł im mały Gylippos. Chłopiec miał lśniące, czarne włosy ojca, lecz zielone spojrzenie matki. Stęskniony za Chloe wpadł w jej ramiona i nie pozwolił im dłużej rozmawiać. Tuląc go do piersi, wyzwolenica posłała Beotce przepraszające spojrzenie.

– Dołączę do ciebie, gdy tylko będę mogła. Proszę cię, nie czyń żadnego pochopnego kroku.

– Przecież mnie znasz. Z wszelkimi decyzjami poczekam na ciebie oraz Bryaksisa. Pobaw się z synem, oboje tego potrzebujecie.

Chloe poszła z chłopcem na taras, skąd rozciągał się widok na północną część wyspy. Musieli wszak nadrobić spędzone osobno przedpołudnie. Tais skierowała się do kuchni. Znalazła tam dwie niewolnice przygotowujące wieczerzę. Choć do zmierzchu zostało jeszcze sporo czasu, w najlepsze trwało już oczyszczanie ryb z łusek i obieranie warzyw. Beotka zmuszona była oderwać jedną z dziewcząt od pracy. Kazała jej wyjść przed próg willi i obserwować drogę wiodącą ku miastu. Bez względu na to, kto nią nadciągnie, nie chciała zostać zaskoczona.

Służka, która została w kuchni, jeszcze sumienniej zakrzątnęła się przy gotowaniu jadła. Zdawała sobie sprawę, że teraz to na niej spoczywa cała odpowiedzialność za kolację. Korzystając z tego, że dziewczyna skupiła się na swoich obowiązkach i nie zwracała uwagi na swą panią, Tais podniosła ze stołu jeden z ułożonych tam w porządku noży. Przyjrzała się ostrzu – długie, nie za szerokie. W razie nagłej potrzeby powinno być w sam raz. Skrywała je w fałdach sukni i oddaliła się na piętro, do sypialni.

Położyła się na wielkim łóżku, które od trzech lat dzieliła z Bryaksisem, a od niedawna, gdy ich związek wreszcie się domknął – także z Chloe. Pościel pachniała nadal obojgiem jej kochanków, wydawała się wciąż ciepła od ich porannych igraszek. Ach, jakże byli wtedy radośni i beztroscy! Marzyła, by powrócić do tego szczęśliwego stanu. Nóż ułożyła na skraju posłania, tak by znajdował się w zasięgu ręki. Jeśli po nią przyjdą, nie zawaha się. Wąskie ostrze wniknie głęboko i dosięgnie serca, kończąc rzecz możliwie szybko, bezboleśnie i czysto. Tais bynajmniej nie pragnęła umierać. Lecz w chwili, gdy ujrzała w porcie czarny żagiel, poczuła, że musi być na to gotowa.

Teraz, gdy dochowała wszelkiej ostrożności, mogła pogrążyć się w myślach. Należało rozważyć sytuację, w jakiej się znalazła i poszukać dróg ratunku. Mimo to, zamiast skupić się na dziś i jutrze, umysł Beotki uparcie zwracał się ku przeszłości. Wspominała swego pierwszego męża, Laodamosa. Wyzuty z czułości związek, zakończony rozwodem i wygnaniem z Teb, gdy tylko okazało się, że jest bezpłodna. Czas spędzony w Koryncie, u boku Kassandra z Ajgaj. Miłość rodzącą się niespodziewanie między nią i Chloe. Ucieczkę z miasta i podróż do Delf. Spotkanie z Bryaksisem, przybycie łowców nagród i jeszcze jedną ucieczkę – która zawiodła ją na Melos. Tais uświadomiła sobie, że jej życie co parę lat waliło się w gruzy. A ona raz po raz niestrudzenie je odbudowywała. Czy oto nadciągał kolejny już kataklizm? Nagle poczuła się tym wszystkim bardzo zmęczona.

* * *

Nie potrafiłaby powiedzieć, ile czasu minęło, lecz światło dnia wpadające do alkowy przez okno zdążyło już przybrać czerwony odcień zachodu. Wtedy do komnaty wszedł jej mąż. Popatrzył na zamyśloną Tais i lekko się uśmiechnął. A potem dostrzegł czekający w pogotowiu nóż i momentalnie spoważniał.

– Co ci tyle zajęło? Prosiłam Berenike…

– Nie zastała mnie w świętym okręgu. Kiedy udałyście się na zakupy, zabrałem Meszalima do tawerny. Chcieliśmy uczcić jego pierwsze zamówienie… a także inne sprawy. Kiedy usłyszeliśmy o Macedończykach w porcie, przybiegliśmy tu ile sił w nogach.

Beotka usiadła na posłaniu i przyjrzała rzeźbiarzowi. Dopiero teraz dostrzegła rumieńce na policzkach, przyspieszony oddech, lśniące na łysej głowie krople potu. Naprawdę nie oszczędzał się w drodze do domu.

– Meszalim też tu jest? – spytała.

Ostatnio Syryjczyk rzadko gościł w willi. Podobnie jak Bryaksis, całkiem zatracał się w akcie tworzenia. Dlatego od tygodni sypiał w świętym okręgu, w domu przeznaczonym dla pielgrzymów, by nie oddalać się zanadto od swej pracy.

– Nie sądziłaś chyba, że porzuci cię w niedoli? Zostawiłem go na parterze. Wyciągnął skądś ten swój miecz, teraz ostrzy go i poleruje. Mówi, że z jego pomocą przepędzi każdego, kto zechce cię skrzywdzić…

Niegdysiejszy miecz Pejtona, który Meszalim uczynił własnym. Potem dwukrotnie podnosił go w jej obronie. Za drugim razem zmierzył się z Alkajosem i o mały włos nie zginął. Nie potrafiłaby sobie wybaczyć, gdyby tym razem postradał dla niej życie.

– Musisz przemówić mu do rozsądku… Nie jest żołnierzem, jego dłonie zostały stworzone do dłuta, nie oręża…

Rzeźbiarz skinął głową.

– Pełna zgoda. Ale sam nie dam rady go przekonać, choć często zwie mnie swoim mistrzem! Musimy iść do niego razem.

Brunetka wstała z łoża. Wygładziła na sobie niebieską suknię, której nie zmieniła od rana. Przejrzała się szybko w lustrze z wypolerowanego brązu. Jej mąż podniósł w tym czasie kuchenny nóż.

– Odłożę go na miejsce. Może się przydać kucharkom.

– Bryaksisie… wiesz, że to ostateczność… z którą jednak muszę się liczyć.

– Wiem, Tais. I modlę się do wszystkich bogów, jakich znam, by na to nie przyzwolili.

Pozostałych domowników odnaleźli na tarasie. Meszalim skończył już czyścić miecz i teraz wyprowadzał nim próbne ciosy. Chloe i mały Gylippos przyglądali mu się z bezpiecznego dystansu. Zwłaszcza chłopiec wydawał się zafascynowany tym, co widział. Jego zielone oczy przepełniał zachwyt. Bez wątpienia był nieodrodnym synem Spartiaty, który właśnie w tej chwili odkrył swoje dziedzictwo… a być może i powołanie.

Tais nie była koneserką fechtunku, lecz parę razy zdarzyło jej się oglądać podczas ćwiczeń Kassandra, a potem Gylipposa. Syryjczyk nie mógł się oczywiście równać z żadnym z nich. Tym niemniej, na ile zdołała ocenić, jego ruchy były pełne gracji, zaś cięcia wyprowadzane z siłą i precyzją. Nie ulegało wątpliwości, że musiał regularnie trenować, by osiągnąć taki poziom biegłości. Beotka zadawała w duchu pytanie, kiedy w ogóle znajdował na to czas. I jak to się stało, że nigdy wcześniej tego nie spostrzegła.

Meszalim wykonał serię szybkich cięć i pchnięć, po czym opuścił oręż. Czoło lśniło mu od potu. Otarł je ręką i zwrócił się ku swojej dawnej pani.

– Jak oceniasz moje umiejętności, Tais? – zapytał lekko zdyszanym głosem. – Jestem godzien stawać w twej obronie?

– Nie miałam pojęcia, że osiągnąłeś taką biegłość – odpowiedziała ze szczerym uznaniem. – Zawsze widziałam w tobie artystę, nie wojownika.

Syryjczyk postąpił krok w jej stronę. I jeszcze jeden. Stanął znacznie bliżej, niż nakazywał dobry obyczaj. Ona się jednak nie cofnęła. Wiedziała, że słowa, które chciał wypowiedzieć, były przeznaczone tylko dla niej.

– Dawniej byłem bezradny i nienawidziłem tego. Kiedy Pejton zadawał ci gwałt, mogłem tylko stać w miejscu i słuchać twoich krzyków… Jednak od tamtego dnia wiele się zmieniło. Nie jestem już słaby ani bezbronny. Nie będę stał z boku, gdy jakiś Macedończyk podniesie na ciebie rękę…

Zamierzała mu odpowiedzieć, lecz w tej właśnie chwili na taras wpadła niewolnica, którą Tais posłała wcześniej na czaty.

– Ktoś biegnie tu od strony miasta! Jeden chłopak. Chyba posłaniec…

– To może być podstęp – Meszalim bezceremonialnie wszedł jej w słowo. – Czy jest uzbrojony? Nosi hełm, kirys lub nagolenniki?

Dziewczyna potrząsnęła głową.

– To młodzik. Nie udźwignąłby miecza, a co dopiero pancerza.

Bryaksis zmarszczył brwi. Z posłańców korzystała wyłącznie rządząca wyspą oligarchia. Skoro jeden z nich kierował się do domu rzeźbiarza, musiał nieść jakąś ważną wiadomość.

– Z pewnością potem odpytają go ze wszystkiego, co tu zobaczy. Dlatego lepiej, by ujrzał jak najmniej. Poczekajcie tu na mnie. A ty – zwrócił się do niewolnej – powitasz chłopaka i sprowadzisz go do komnaty sympozjonów. Tam się z nim rozmówię.

Rzeźbiarz wszedł do willi, poprzedzany przez służącą. Domownicy czekali na niego w narastającym napięciu. Kiedy w końcu wrócił na taras, był blady i wyraźnie zaniepokojony.

– Otrzymałem wezwanie. Jutro, w samo południe, mam się stawić w gmachu melijskiej rady.

– Rady? – zdumiała się Beotka. – Czegóż mogą chcieć od ciebie oligarchowie?

– Może otrzymasz nowe zamówienie na posąg – zastanawiał się Meszalim. – Choć prawdę powiedziawszy wątpię, by było ich na ciebie stać…

– Rada będzie tylko gospodarzem spotkania – odparł głucho Bryaksis. – Macedoński poseł… To on wzywa mnie przed swe oblicze.

Po raz drugi tego dnia Tais poczuła, jak krew ścina jej się w żyłach.

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Drogie Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy,

dziś na chwilę pozostawimy Kassandra i spółkę pod murami Pasargadów i wrócimy sprawdzić, co dzieje się w Helladzie. Trzy lata minęły od wydarzeń opisanych w Opowieści Tais. Tytułowa bohaterka tamtej historii żyje na wyspie Melos ze swą kochanką Chloe oraz mężem – rzeźbiarzem Bryaksisem. Wkrótce jednak nastąpi coś, co zburzy jej wewnętrzny spokój.

Dawno już obiecywałem Ani oraz innym Autorom, że dołączę do międzyautorskiego cyklu “Brunetka”. Czynię to dzisiaj, oczywiście na swój sposób włączając ten tekst do świata opisanego w Opowieści Helleńskiej i Perskiej Odysei.

Jak zawsze dziękuję mojej drogiej Korektorce – niezrównanej Atenie. No i zapraszam do lektury!
Pozdrawiam
M.A.

Podoba mi się że konsekwentnie rozbudowujesz swój świat, przedstawiasz dalsze losy bohaterów i robisz to dobrze – wątki trzymają się kupy 😉

Witaj, Daeone! Mam nadzieję, że gdy opublikowana zostanie Brunetka część 2, opowieść dalej będzie się trzymała… całości, a może nawet wypełni pewne luki w tym, co jak dotąd napisałem 🙂 Dzięki za miłe słowa!

Pozdrawiam
M.A.

Na pewno większość z Was kojarzy kultowy serial “Przyjaciele”. Ostatnio jego wielbiciele otrzymali długo oczekiwany prezent – specjalny odcinek serialu nagrany po kilkunastu latach od jego oficjalnego zakończenia. Część fanów była jednak rozczarowana, bo odcinek “Spotkanie po latach” nie był fabularną kontynuacją losów szóstki przyjaciół, a po prostu wspominkowym programem z udziałem obsady. Dlaczego producenci zdecydowali się na taki wariant? Ponieważ – jak sami przyznali – nie po to scenarzyści mocno się napracowali, aby wszystkie wątki serialu zakończyły się szczęśliwie, żeby teraz do nich wracać, rozgrzebywać i od nowa je komplikować…

Ponieważ, Aleksandrze, nie wolno rozgrzebywać szczęśliwych zakończeń!!!

Ateno,

pewnie i nie wolno, ale z drugiej strony, czy nie jest czasem przyjemnie zrobić coś zakazanego?

Czarnowłosa Beotka, jej kochanka Chloe oraz rzeźbiarz Bryaksis otrzymali na końcu Opowieści Tais klasyczny happy end. Było nawet wesele. Hojnie sypnąłem cukrem, za co niektórzy Czytelnicy mieli zresztą do mnie pretensje. Już wtedy jednak czułem, że nie wszystko w tej historii zostało opowiedziane. Złożone sploty fabularne Perskiej Odysei uzasadniły w końcu powrót na Melos, bo tamtejsze wydarzenia będą – jak się domyślasz – powiązane z zasadniczym cyklem. Przede wszystkim jednak chciałem tam wrócić, spojrzeć raz jeszcze, jak radzą sobie nasi bohaterowie po tych kilku latach. I w jaki sposób zareagują, gdy niespodziewanie dogoni ich przeszłość.

“Przyjaciół” nigdy nie oglądałem, choć mam (nomen omen) przyjaciół, którzy fascynowali się tym serialem i z sentymentem podeszli do odcinka specjalnego. Potrafię jednak zrozumieć zawód tych, którym nie przypadł do gustu. Też spodziewałbym się fabularnego postscriptum, a nie aktorskich wspominek…

Serdecznie pozdrawiam
M.A.

W tej części sporo jest mężczyzn i blondynki, więc chyba dopiero po drugiej będę mogła powiedzieć, czy brunetka zostaje zaliczona ;p

Aniu,

w Opowieści Tais też było sporo mężczyzn oraz kobiet o różnych kolorach włosów – więc trzymam się tej konwencji 🙂 W przeciwieństwie do Kassandra, który wypełniał sobą całe rozdziały, Tais lubi dzielić swoją przestrzeń z innymi. I jak widać, nie jest nawet zazdrosna 🙂 A czy Brunetka zostanie zaliczona 🙂 przekonamy się już niedługo!

Pozdrawiam
M.A.

Czekam zatem na kolejną część, w tej brunetka niemal do końca jest postacią raczej drugo–, jak nie trzecioplanową, na szczęście zakończenie daje nadzieję, że w końcu wejdzie w światło reflektora 😉

Drugą, jak nie trzecioplanową? No bez przesady jednak 🙂 Śmiem sądzić, że Tais jest w samym centrum rodzinno-przyjacielskiego układu, jaki wytworzył się na Melos. Jest żoną Bryaksisa, kochanką Chloe, byłą panią tej ostatniej, Berenike, oraz Meszalima, który zresztą jest w niej beznadziejnie zakochany. Do tego przyjaciółką Ilitii, przełożonej Berenike. Jest podmiotem wszystkich więzi, którymi połączeni są bohaterowie. I choćby przez to nie może odgrywać pośledniej roli – bo wszystko, co się dzieje, jej dotyczy i od niej w jakiś sposób zależy.

Domyślam się jednak, że trudno będzie Cię przekonać takimi argumentami, będzie to więc musiała uczynić druga część Brunetki, która ukaże się, mam nadzieję, niedługo.

Pozdrawiam
M.A.

A ja cieszę się, że wracasz do starych, lubianych bohaterów. Tym bardziej, ze czynisz to zarazem w ciepły, jak i intrygujący sposób. Mamy bowiem zarówno obrazki obyczajowo-rodzinne, dyskusje o sztuce (z zaznaczeniem pewnego szowinizmu Greków) jak i zawiązanie intrygi. Intrygujące zawiązanie, gdyż czytelnik zostaje z jakże ekscytującym odczuciem niedosytu, że przerwałeś swoją opowieść. Należy poczekać na ciąg dalszy, oby jak najszybszy. Bardzo przyjemne odrwanie od posępnych przygód Kassandra.

Zapewniam Cię, Neferze, powrót na Melos, do Tais i jej przyjaciół był dla mnie co najmniej równie przyjemny jak dla Ciebie lektura tego opowiadania 🙂 Od dawna już chciałem odwiedzić nietypową rodzinę rzeźbiarza. Przy okazji, ponieważ akcja rozgrywa się trzy lata po wydarzeniach z Opowieści Tais (oraz najnowszych rozdziałów Perskiej Odysei) będę mógł pokazać jeszcze kilka zmian które zaszły w tym świecie – a może nawet pojawi się jakiś znajomy, w nieco innym niż przedtem kontekście. Wiem, że piszę dość zagadkowo, ale nie chcę niczego zaspoilować. Dlatego proszę jeszcze o chwilę cierpliwości, a ja kontynuuję pisanie!

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz