Odkrywając siebie XIV (Ania)  4.11/5 (66)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 20 minut/-y    

Marika Bunny, “XT107997“, CC BY 2.0

– Nie za dużo już tych homoseksualistów? – Śmieję się, gdy Andrzej chce mnie umówić z kolejnym.

– Wiedziałem, że wolisz lesbijki – wtóruje mi.

– To chyba oczywiste. – Wiem, że moje oczy błyszczą. To ciekawość. Zwykła, szczeniacka chęć bawienia się.

– Okej. – Andrzej poważnieje. – Jeśli chcesz, mogę umówić cię ze stuprocentowym samcem, ale musisz liczyć się z tym, że skończy się podobnie jak ze mną.

– Uważasz mnie za aż taką nimfomankę? – Udaję oburzenie.

– Tak – szepcze mi prosto do ucha.

Jestem usidlona. Obejmuje mnie mocno ramionami. Jestem krabem, a on jest moją skorupą. Całuje spragnioną pieszczoty szyję. Z każdym muśnięciem przechodzi mnie przyjemny dreszcz docierający aż TAM. Jak on to u licha robi?! Nigdy nie byłam szczególnie pobudliwa, a teraz wystarczy jedno spojrzenie, jeden dotyk, nawet myśl o Andrzeju, a między nogami tryska istna kaskada i staję się żarłoczna. Nienasycona.

– Mogę się tobą pobawić? – pytam nieśmiało.

Bardzo chciałabym poznać jego ciało, tak, jak niedawno poznałam swoje. Gładzić je, całować, uciskać. Sprawdzać reakcje. Przypomina mi się rozmowa z Michałem. Chciałabym, żeby był moją pomocą naukową. Leżał nieruchomo niczym fantom i tylko mimiką i cichymi jękami zdradzał, co czuje. No, mógłby ewentualnie sugerować inne rodzaje pieszczot.

– Nie wiem – mruczy. – Chyba wolę bawić się tobą.

– Proszę – jęczę, wcale nie chcąc, by odrywał ode mnie swoich rąk.

Zgadza się! Mam swoją upragnioną zabawkę! Rozbieram go, niedbale rzucając ciuchy na podłogę. Kładzie się na łóżku, a ja klękam tuż obok. Nie wiem, od czego zacząć. Przygląda się uważnie, gdy sunę wzrokiem po jego muskularnym ciele. Takim męskim. Owłosionym. Grubo ciosanym. Trochę jak niewykończony posąg. Ma duże stopy i duże dłonie. Dobrze zbudowane nogi. Nie cierpię mężczyzn, którzy spędzają godziny na siłowni, żeby wyrzeźbić klatę, a zapominają o nogach. Chodzą później jak na szczudłach albo cienkich, pajęczych nóżkach. Jego nogi są silne. Nogi biegacza. Dotykam stóp, bardzo delikatnie, a on aż podskakuje.

– Łaskocze – tłumaczy.

Nie tak to sobie wyobrażałam. Łaskotki? Też je mam, ale gdy dotykam sama siebie, ten problem nie istnieje. Mocniej przyciskam palce do jego skóry i jadę wyżej. Czuję szorstkie włoski. Na swój sposób one też mnie pieszczą.

– Tak lepiej?

W odpowiedzi kiwa głową. Zamyka oczy. Pozwala mi zapanować nad sobą. Błądzę po nim palcami. Czasami widzę, jak walczy, by się nie poruszyć. Jest spięty. Czuję to. Czego on może się bać? Taki wielki, silny lew.

Ma gładko ogoloną twarz. Moje palce bez oporów suną po niej. Po policzkach. Powiekach. Brodzie. Drży, kiedy dotykam uszu. Ciekawe. Łaskotanie czy przyjemność? Ja uwielbiam, gdy przygryza moje małżowiny! Postanawiam to zrobić. Może nieco przesadnie delikatnie. Nigdy tego nie robiłam. Nie chcę przegiąć. Mruczy. Chyba mu się podoba. Mocniej chwytam zębami płatek. Przejeżdżam po nim językiem. Zostawiam mokry ślad na szyi, żuchwie, policzku. Ręce w tym czasie przeczesują jego włosy.

Zaczynamy całować się namiętnie. Usta Andrzeja są takie miękkie i ciepłe. Język szalony. Chwyta mnie za kark. Wyrywam się, odsuwam i karcę go wzrokiem. Miał leżeć spokojnie! Nie dotykać! Tylko poddawać się moim pieszczotom. Choć, szczerze mówiąc, wątpię, by był do tego zdolny. Jest zbyt porywczy.

Zabiera ręce. Widzę, że nie jest mu łatwo, ale stara się. Stara się spełnić moją prośbę. Sunę po jego klatce piersiowej. Bokach. Omijam sutki. Opływam wokół nich palcami. Językiem. Rozchylonymi wargami. Skóra jest gładka. Przyjemna. Mięśnie twarde. Ani grama tłuszczu. Ma długą, białą bliznę na przedramieniu. Kilka pieprzyków rozsianych tu i ówdzie. Drobne przebarwienie na udzie. Czyżby znikający siniak? Jak go sobie nabił? Kiedy? Czy to ślad po namiętnym seksie? Nie pytam. Nie chcę rozmawiać, tylko odkrywać. Badać.

Rozsuwam owłosione nogi i siadam między nimi. Podziwiam. Pomarszczony woreczek moszny. Bujne kędziorki wąską ścieżką idące aż do pępka. Budzącą się do życia męskość. Dotykam. Skóra jest aksamitna. Miękka. Najwyraźniej bardzo wrażliwa. Wzdycha, gdy ważę jego klejnoty w dłoni. Mam wrażenie, że to wyraz ulgi. Tego się bał? Że będę za mało delikatna? Wiem, że jest bezbronny, gdy tak się przede mną otwiera. Oddaje mi się.

– Możesz mocniej – szepcze, gdy chwytam jego kogucika.

No tak, ta część ciała nie jest już taka delikatna. Twarda jak ze stali. Główka próbuje sama wyswobodzić się z okrycia. Wyziera zalotnie. Na czubku błyszczy kropelka przeźroczystego płynu.

Oczy Andrzeja są zamglone, policzki zarumienione, oddech płytki i urywany. Nie może się powstrzymać. Wije się. Porusza biodrami. Eksponuje swoje krocze, próbując zachęcić mnie do bardziej intensywnej zabawy. A mi się nie spieszy…

Tarmoszę ptaszka. Głaszczę go. Robię nim kółka. Wałkuję w dłoniach. Słabiej. Mocniej. Sprawdzam różne siły nacisku. Nie pozwalam mu się rozebrać. Zlizuję tę niesforną kropelkę rosy. Jest słonawa. Po chwili porzucam go, żeby zająć się pomarszczonym woreczkiem poniżej. Luźnymi fałdkami i niezwykle delikatną zawartością. Masuję. Szarpię. Ugniatam. Schylam się żeby pocałować, a wtedy on unosi biodra, żeby podać mi prosto do ust swoje skarby. Lewe oczko Misia-Pysia, prawe oczko Misia-Pysia. Biorę jedno jajko do ust. Bardzo ostrożnie. Andrzej jęczy, ale chyba z rozkoszy, nie bólu. Wypuszczam je z ust. Przygryzam luźną skórkę. Po chwili biorę drugie. Tuż przed oczami podskakuje mi jego konik. Niecierpliwy chce zwrócić na siebie uwagę. Drży.

Przejeżdżam językiem od samej nasady aż po czubek. Łobuz tymczasem jednak się rozebrał! Skórka jest taka napięta, jakby nigdy nie było jej w nadmiarze. Widzę, że unosi rękę, żeby sięgnąć do mojej głowy. Przerywam i patrzę mu w oczy. Zmieszany cofa dłoń. Zaciska usta w wąski paseczek. Czeka. Na rozkosz. Na spełnienie. A co gdybym teraz przerwała? Zmusiłby mnie? Ciekawe.

Bawię się dalej. Odkrywam nowe lądy. Głaszczę płaski brzuch, owłosione uda. Całuję. Przygryzam. Podciągam się, żeby pocałować go w usta. Teraz to on jest żarłoczny. Spragniony. Jestem dla niego niczym woda na pustyni. Moje usta. Moje dłonie. Niczym oaza. Gdzieś w głębi widzę lęk, strach przed tym, że okażę się fatamorganą.

Opuszczam się. Ubrane w luźny T-shirt piersi ocierają się o męskość. Przechodzi mnie dreszcz. Teraz specjalnie zataczam nimi kółeczka. Sutki twardnieją. Zrzucam z siebie bluzkę. Naga skóra o nagą skórę. Oboje poruszamy się płynnie. Rytmicznie. W końcu mocniejszym pchnięciem wpycha go między dwie półkule. Zmieniam trochę pozycję i ściskam je. Przesuwam się w górę i w dół. Hot dog. Apetyczna paróweczka między moimi bułeczkami. Paróweczka? Olbrzymia kiełbacha! Toż to posiłek dla wielkoluda.

Nabrzmiewa jeszcze bardziej. Robi się purpurowy. Główka odznacza się niczym kapelusz grzyba. Puszczam. Naciskiem zmuszam go, by opuścił biodra. Kładę się z głową w jego kroczu. Wdycham waniliowy zapach jąder. Słodki i upajający. Unoszę się na ramionach i sięgam ustami fiuta. Nieznacznie drga pod moim dotykiem. Pachnie inaczej. Mniej intensywnie. Mniej słodko. Za to jest taki żywy. Interaktywny.

Liżę go przeciągle. Od dołu w górę. Niespiesznie. Sunę językiem tuż pod żołędzią. Jest taka gorąca! Czuję, jak Andrzej pręży się cały. Nogi. Brzuch. Pośladki. Nie bardzo wiem czemu. Będę musiała potem spytać. Biorę do ust sam czubek. Znów zebrała się na nim wilgoć. Gęsta. Lepka. Słonawa. Zasysam niczym smoczek. Próbuje wbić się we mnie głębiej. Nie pozwalam mu. Przerywam.

Klękam i chwytam jego pałkę rozkoszy w obie dłonie. Joystick. Splatam palce. Badam siłę nacisku. Ruszam. Wykonuję kilka rytmicznych ruchów. Potem zwalniam. Przyspieszam. Droczę się z nim. Zamknął oczy i wiem, że jest już gdzie indziej, w innym świecie. Na skraju wielkiej przepaści. Znowu przerywam. Całuję delikatnie to naprężone zwierzę między nogami.

– Proszę – jęczy przez zaciśnięte usta. Brzmi naprawdę błagalnie. – Proszę – powtarza, dławiąc się powietrzem.

Waham się, ale biorę go do ust. Pozwalam mu wplątać jedną dłoń w moje włosy. Czuję, że i tak to ja mam władzę. Jest uroczy. Bezbronny. Nieprzytomny. Całkowicie mój! Uległy…

Bardzo powoli nabijam usta na ten rozgrzany pal. Naciska moją głowę. Żeby przyspieszyć? Żebym wzięła głębiej? Nie wiem. Kiedy czuję, że robi się niebezpiecznie, zsuwam się z niego. Następny ruch jest nieco szybszy i bardziej zdecydowany. Już wiem, na ile mnie stać. Na ile mu pozwolę. W końcu ssę jak oszalała, wykonując płytkie, ale gwałtowne ruchy. Pęcznieje. Drży. Zamiera na moment w bezruchu, silnie naciskając moją głowę, po czym eksploduje. Zalewa moje usta lepką, gorącą substancją o nieco mdłym smaku. Sperma. Próbuję ją przełknąć, ale nadal wielki organ, którym jestem zakneblowana przeszkadza mi w tym skutecznie. Sperma wycieka kącikami. Białe krople spadają na brzuch Andrzeja. Stróżki śliny ściekają mi po brodzie. Czekam, aż sam wysunie się ze mnie. Teraz to jemu się nie spieszy.

– Dziękuję – szepcze i wyplątuje palce z moich włosów tylko po to, by je czule pogłaskać.

– Nie ma za co. – Uśmiecham się, wypuszczając go z ust.

Kładę mu głowę na brzuchu. Leżymy tak dłuższą chwilę. Jest przyjemnie. Intymnie. Tyle tylko, że ja jestem strasznie podniecona. Mokra. Pragnę. Jego hegemon zmienił się teraz w bezbronnego kociaczka, uroczy kłębuszek. Miękki i delikatny. Jedwabisty w dotyku. Przeciekający między palcami.

***

Postanawiam kupić wibrator. Z ciekawości. W znacznej mierze pod wpływem kobiet, które opowiadały o swoich zabawkach. Nie bardzo wiem, jak się do tego zabrać. Zaczynam więc od szperania po ofertach internetowych sex shopów. Nie może być zbyt duży. Nie jestem pod tym względem szczególnie ambitna. Pytanie tylko czy wibrator może okazać się za mały?

Zdumiewa mnie różnorodność powiększaczy i afrodyzjaków, ohydnie wyglądające gumowe lalki i…owieczki imprezowe. Sztuczne waginy. Z niektórymi przedmiotami nie wiedziałabym nawet co zrobić. Przypominam sobie, że mam określony cel. Postanawiam nie zbaczać z obranej ścieżki i nie interesować się niepotrzebnie dziwactwami.

Wibratory. Małe, duże, gigantyczne. Ze szkła, silikonu, metalu. Przypominające męskie członki i takie zabawne. Nawet w kształcie stożka – żeby uwolnić ręce.

Na pewno musi być przyjemny w dotyku, ograniczam się więc tylko do tych zrobionych z silikonu. Wolę chyba proste, dizajnerskie i wyglądające jak zabawki. Odrzucam żylaste, wulgarne, świecące w ciemnościach i tandetne. Nie chcę kolby kukurydzy, ale mógłby być krecik albo delfinek. To takie słodkie. Sądzę, że samym widokiem mógłby mnie wprawić w dobry nastrój.

Różne rodzaje zasilania. Wiele trybów działania. Kwestia wodoodporności. Higieny. Widzę, że to nie będzie wcale proste! Do użytku wewnętrznego i zewnętrznego. Z wypustkiem masującym łechtaczkę. Specjalnie zakrzywione dla lepszego stymulowania punktu G. Uff… I jak tu wybrać odpowiedni? A może jajeczko?

W końcu rezygnuję z czytania i postanawiam kierować się wyglądem. Ale nie w internecie. Musiałabym przecież podać swoje dane. Wizyta w sklepie z kolei wymaga dużo odwagi. Konfrontacji z drugim człowiekiem. Ciekawe, czy pracują tam kobiety, czy mężczyźni? Chyba byłoby mi łatwiej, gdyby to była kobieta. Na pewno nie dam rady poprosić o pomoc. Nie będę pytać. Ucieknę jak najszybciej.

Kiedy przechodzę obok sklepu, czuję ekscytację i niepokój. Mam spocone dłonie i szybszy rytm serca. Nie dostrzegam żadnej wystawy. Szyby są oklejone wielką reklamą. Różową! Nikt z zewnątrz mnie tam nie zobaczy. Najważniejszy jest więc moment wejścia i wyjścia. Newralgiczny. Nie chcę, by ktoś znajomy mnie przyłapał. Nie daj Boże sąsiadka albo koleżanka matki. Zawracam. Rozglądam się. Dużo ludzi. Nieznanych. Boję się.

Nie dam rady! Nie teraz. Zbyt trzęsą mi się ręce. Nie mogę oddychać. Przechodzę dalej i staję za rogiem. Zakazany owoc. Dziś go nie zerwę. Wiem, że taka zabawka pewnie sprawi mi dużo frajdy, ale wiem też, że nawet Ance nie powiedziałabym o dokonaniu takiego zakupu. Może Andrzejowi, ale nie żadnej z koleżanek, nie matce. A czyż to nie kobiety powinny rozumieć mnie lepiej?

***

Jestem w wielkiej jaskini oświetlonej jedynie dwoma pochodniami. Słyszę szum fal dobiegający z zewnątrz. Nie mogę się ruszyć – związana (kostki i nadgarstki), podwieszona na jakimś haku. Szorstka lina zbyt ciasno oplata moje delikatne ciało. Boli. Nie wiem, czy jest sens wołać o pomoc. Skąd się tu wzięłam?

Do moich uszu dociera niski ryk. Przeciągły. Boję się. To musi być jakieś duże zwierzę. Niedźwiedź? Zrobi mi krzywdę? Szuranie. Idzie tu! Drżę. Ze strachu. Z zimna. Trzęsę się niczym trzcina na wietrze. Szarpię się, kalecząc sobie przy tym skórę. Lina jest tym, co wiąże mnie z resztą świata. Jedynym połączeniem. Ja – samotna wyspa – i ten dziwny światłowód. Nie dotrze przez niego do ludzi informacja o moim bólu, o moim uwięzieniu. Zniknę i nikt się o tym nie dowie. Nikt poza otaczającą mnie skałą, nietoperzem pod nią podwieszonym, jakimiś robaczkami, żuczkami, którym jestem zupełnie obojętna. Ale przecież ktoś musiał zapalić pochodnie, ktoś musiał mnie związać… jakiś człowiek!

Tuż za mną szmery, szuranie, ciężki oddech masywnego stwora. Nie potrafię się odwrócić. Nawet gdyby więzy na to pozwalały i tak zapewne stałabym jak wmurowana. Czy ten stwór mnie obwąchuje? Czuję, jak coś lodowatego przesuwa się wzdłuż kręgosłupa. Już wyobrażam sobie mokry nos grizzly gotowego zaraz połknąć mnie w całości. Wstrzymuję oddech. Zamykam oczy. Zamieram. Przez myśl przebiega mi, że jestem dziewicą złożoną w ofierze bestii. Pokarmem.

Łaskotanie. Jeśli to rzeczywiście zwierzę, ma bardzo miłe, mięciutkie futerko, przyjemne w dotyku, a nie gadzie łuski czy ostrą szczecinę. Robi mi się cieplej, gdy ta puszystość przetacza się powoli po całym ciele. Nie mam odwagi otworzyć oczu. Skupiam się na pozostałych zmysłach. Nie słyszę już sapania. W zasadzie nie słyszę nic poza falami rozbijającymi się o pobliski brzeg. Trochę jakbym miała przytkniętą do ucha muszlę. Od stworzenia bije przyjemne ciepło. Wstyd przyznać się do tego, ale chcę by dotykało mnie nadal. Tym zimnym noskiem. Tym futerkiem. Najlepiej na zmianę.

Nagle powietrze przecina cichy świst. Aua! Nie mogę powstrzymać krzyku. Coś przypominającego cienką trzcinkę boleśnie opadło na moje pośladki. I jeszcze raz. I znowu. Uda. Plecy. Boki. Czuję gorąco. Pieczenie. Mam wrażenie, że na mojej bladej skórze pojawiają się krwawe pręgi. Koniec? Przerwa? Przez chwilę nie dzieje się nic. Biorę głęboki oddech. Jestem jednym wielkim doznaniem. Uwrażliwiona skóra nabiegła krwią. Każdy powiew powietrza, nawet najlżejszy, przynosi teraz ulgę. Pieści.

– Podoba ci się? – Nagle słyszę szept. Ludzki. Tak inny od dzikich ryków, których się spodziewałam.

Znam ten głos! Grzegorz! Szczerze mówiąc, miałam już nadzieję, że pozbyłam się swojej obsesji. No, a przynajmniej, że osłabła… tymczasem to znowu on. W moim śnie. Wzdrygam się. Po chwili uświadamiam sobie, że tak, że mi się podoba, że chcę więcej, że jestem cała mokra. Rozgrzana.

– Odpowiedz! – żąda i, aby uzmysłowić mi, że nie mam wyboru, boleśnie uderza poorane już plecy.

– Taaaaaaak – jęczę.

– Wiedziałem, masochistka z ciebie.

Chcę zaprotestować. To nieprawda! Chcę przyjemności, nie bólu, ale z drugiej strony… cóż… ból (niezbyt silny), poniżenie (w rozsądnych granicach) sprawiają mi właśnie przyjemność. Więc może to prawda? Może jestem masochistką?

Nadal nie otwieram oczu, mimo że wiem, co za drapieżnik stoi przede mną. Lubię na niego patrzeć, ale teraz chcę czegoś innego. Chcę, by był tylko narzędziem.

Przesuwa zimną dłonią po wszystkich ranach. Czule. Łagodząco. Chłodząco. Tylko po to, by zaraz dać mi soczystego klapsa. Aż podskakuję. Wiem, że to dopiero początek i niecierpliwie czekam na resztę.

Klęka i rozwiązuje mi stopy. Czuję jego głowę na wysokości swojego łona. Jego włosy. Jego ciepło. Przypadkowe muśnięcia przyprawiające o zawrót głowy. Nie są tak milusie jak futerko. Szorstkie. Niesforne. Długie.

Wstając, trąca nosem mój klejnocik. Drżę z niemożliwej do ukrycia przyjemności. Chcę go tam czuć! Mocno! Jestem niewolnicą. Niewolnicą własnych pragnień, zupełnie niezdolną do uwolnienia się z ciasnych więzów. Przerażam samą siebie. On jest moją obsesją, moim narkotykiem, moim marzeniem.

Szepczę jego imię. Jak w malignie. Powtarzam w nieskończoność. Krzyczę. Jego ręce błądzą po mnie. Dotykają. Raz mocno. Raz delikatnie. Czule lub stanowczo. Jestem naga. Całkowicie ale niewystarczająco. Dla niego chcę się rozebrać jeszcze bardziej. Chcę, by we mnie wniknął. W każdy por. Pod skórę. By dotykał moich wnętrzności. Przylgnął do kręgosłupa. Żeby był we mnie. Niemożliwie i niepowtarzalnie. Płonę. Spalam się cała.

Nie panuję już nad własnym ciałem. Tańczę. Wiję się. Wychodzę mu naprzeciw. Oplatam nogi wokół jego bioder. Jakże to rozczarowujące, gdy czuję, że nadal jest ubrany. Materiał drażni mnie. Rozwściecza. Żałuję, że nie mogę go zerwać. Łapię sznur i unoszę się nieco wyżej. Nie chcę wisieć bezradnie. Chcę działać! Być partnerką w zbrodni, nie przedmiotem!

– Spokojnie, mała – szepcze namiętnie. – Chyba nigdzie nam się nie spieszy.

Może jemu nie, ale mnie tak! Nie mogę się doczekać. Pragnę spełnienia. Tu i teraz. Natychmiast! Ocieram się o szorstki jeans jego spodni. Dla mojej cipuszki jest niczym papier ścierny, ale teraz chcę mocnych doznań.

Czuję ulgę, gdy wkłada dłoń między moje nogi. Pociera. Rozprowadza nagromadzoną tam wilgoć. Mam nadzieję, że zaraz we mnie wtargnie. Palcem. Dwoma. Trzema. Rozerwie. Otworzy.

Zrzuca mnie z siebie. Niepewnie staję na zimnej skale. Czuję chłód owiewający rozgrzane krocze. Słyszę jak rozpina spodnie. Masywna klamra brzęczy. Sztywna skóra ociera się o szlufki. Materiał opada. Jęczę. Te dźwięki, te domysły, wszystko działa na moje zmysły. To już nie sadzawka, a wielkie mokradło. Ocean podniecenia. Głęboki i niecierpliwy.

Kiedy jest nagi, bije od niego ciepło. Bardziej wyraźne. Zmysłowe. Okrąża mnie. Jestem niczym oblężone miasto. Staranuj moje bramy, proszę! Błagam! Gdyby chciał, byłabym gotowa błagać go na kolanach. Tylko że musiałby mnie do tego rozwiązać. Drżę, czując oddech tuż przy nabrzmiałych sutkach, spragnionych jak ja cała. Znęca się nade mną. Ja już nie mam siły! Mój oddech jest płytki i urywany. Dławię się powietrzem. Znów na niego wskakuję. Owijam się wokół jego bioder. Jest gorący i gotowy, ale ja nie potrafię trafić. Nadziać się. On śmieje się z moich wysiłków.

– Proszę, jaka napalona…

Nie zamierza mi pomóc, wycelować. Moje ręce są nieznośnie unieruchomione, a penis wygina się i ucieka. To może potrwać wieki! Przyjemnie drażni wejście i łechtaczkę, ale ja chcę czegoś więcej. Chcę tego olbrzyma w sobie! Nie zrażam się, ciągle próbuję i w końcu się udaje. Po całych wiekach męczarni w końcu wsuwa się do środka. Poruszam się na nim jak oszalała. Jakby od tego zależało moje życie.

Zbliżam się, napełniam, tak jak zbliżają się spienione fale. Ich szum, ich chłód, wypełnia grotę. Ich mokre języki zaczynają lizać moje stopy splecione poniżej jego bioder. Ten dodatkowy bodziec sprawia, że zaczynam spadać w głąb przepaści, w nicość. Jest ciemno, całkiem ciemno i nieważko. Błogo. Wstrząsa mną nagły dreszcz. Krzyczę w pustkę, a potem dołącza do mnie jego krzyk. Dziki i zwierzęcy.

Otwieram oczy. To nie Grzegorz! Wzdrygam się z obrzydzenia. Czemu, do cholery, nie otworzyłam ich wcześniej?! Łagodna twarz Michała wyraża wdzięczność, ale ja jestem wściekła za to oszustwo. Jak mogłam tak dać się nabrać?! Budzę się zniesmaczona. Dziwny był ten sen, a w jego rozkoszy było coś gorzkiego.

***

Odbieram, kiedy dzwoni Michał, ale w głębi duszy mam do niego żal o to, co wydarzyło się w moim śnie. Wiem, głupie, nie miał z tym nic wspólnego, ale jednak.

– Cześć, Gabi – wita mnie dźwięcznie, jakby chciał uwieść samym tonem głosu.

– Cześć – burczę ochryple.

– Wszystko w porządku?

– Taaak. Czemu dzwonisz? – Podejrzewam jakiś podstęp.

– Chciałem usłyszeć twój głos. Poza tym dawno się nie widzieliśmy. Nadal mnie unikasz?

– Tak – przyznaję. – Postanowiłam o tobie zapomnieć.

Słyszę jak głośno wzdycha. Najwyraźniej jest mu ciężko na sercu. Zabolało? Milczymy. W ten niezręczny sposób. Wcale nie chcę mu tego robić, ale chyba nie potrafię inaczej.

– Czyli spotkanie nie wchodzi w grę? – pyta zrezygnowany.

– Raczej nie. – Nie rozumiem, czego może jeszcze chcieć. Nie poddał się?

– Nawet w większym gronie? Jakieś kręgle albo bilard. Bezpieczne, publiczne miejsce, w którym nie będę miał szans cię zaatakować.

– O co chodzi? – Tym razem to ja głęboko wzdycham.

– Oszaleję, jeśli cię nie zobaczę – jęczy.

– Michał! – Nie za bardzo staram się ukryć rozdrażnienie. – My się prawie nie znamy. Nie rozumiem, czemu tak cię wzięło.

Cóż, ja Grzegorza też wcale lepiej nie znam, więc chyba powinnam rozumieć. Obsesja. Czy Michał właśnie to czuje? Czy jestem dla niego zakazanym owocem, tak, jak jego kuzyn dla mnie? To, co niedostępne, zazwyczaj najbardziej nas pociąga.

– Stęskniłam się za Sonią – dodaję po chwili, choć sama nie wiem, czy to prawda. – Zróbmy tak. Przyjdę jutro do centrum. Przed porą lunchu. Wyjdę z Sonią coś zjeść, o ile ona będzie miała ochotę, a kiedy wrócimy, będziesz mógł odprowadzić mnie na pociąg. Okej?

– Okej – Jego głos jest zbolały, udręczony, nie słyszę ani cienia ulgi.

***

Ubieram się możliwie jak najmniej prowokacyjnie, czysto, schludnie, ale starannie wykluczając stroje obcisłe lub odsłaniające zbyt wiele. W efekcie wyglądam niczym nowicjuszka w stonowanych szarościach i z mysim ogonkiem. Nie maluję się. O dziwo nikogo to nie szokuje. Nawet słyszę kilka komplementów. Że niby wyglądam „uroczo”, „słodko” i „dziewczęco”. Jakbym ubrała się w landrynkowy róż! Trudno.

Sonia niezmiernie cieszy się na mój widok. Wychodzimy od razu. Michał odprowadza nas do drzwi tęsknym wzrokiem. Kiedy idziemy w stronę jej ulubionej knajpki, opowiada o wydarzeniach poprzednich dni. Bardzo angażuje się w badania. Jednak niespodziewanie, w środku wywodu, wyciąga z rękawa sprawę swojego wnuczka.

– Oszalał na twoim punkcie – szepcze konspiracyjnie.

– Nie wątpię, skoro mnie prześladuje – odpowiadam nieco sarkastycznie, zła, że poruszyła ten temat.

Przez całą resztę spotkania jestem już nie w humorze. Myślałam, że mnie polubiła i że chciała pogadać o wszystkim i o niczym, a nie załatwiać sprawy sercowe krewniaków. Wrrr… Czemu nie jest już taka czarująca? Ujmująca i ciepła?

Niechętnie przeżuwam naleśniki za szpinakiem. Grzebię widelcem w talerzu. Nie patrzę Soni w oczy. Nie mam ochoty. Ona oczywiście to zauważa. Pyta czemu. Kłamię, że źle się czuję. Nie spotkam się z nią więcej! Nie chcę. To takie niezręczne. A wszystko przez tego gnojka. Jestem na niego coraz bardziej zła.

Przez moment mam ochotę uciec. Nie dotrzymać słowa. Nie dać się odprowadzić. Nie robię tego jednak. Idę z nią do centrum. On czeka już jak na szpilkach, gotowy wyjść w każdej chwili. Żegna się z babcią całusem, a pozostałym rzuca zdawkowe „cześć”.

Jest przystojny – teraz blady i nieco zmęczony – nawet bardziej niż wcześniej. Opalenizna jakoś do niego nie pasowała. Wampiryczna uroda. Ciemne obramowanie oczu, ciemne włosy, cera nieco szklista i jasne, mięsiste usta.

– Cześć, Gabi. – Całuje mnie w policzek, a ja instynktownie cofam się o krok. Całe moje ciało mówi „nie zbliżaj się”. – Boisz się mnie?

– Nie, ale nie chcę, żebyś mnie dotykał.

Czy to przez ten głupi sen? Przez tamten incydent? A może chodzi o coś całkiem innego? Sama nie wiem.

– W porządku – mówi ze smutkiem, kiedy schodzimy po schodach. – Ślicznie wyglądasz.

Rany, kolejny! Wyglądam ponuro, aseksualnie, przytłaczająco, a wszyscy twierdzą, że mi z tym do twarzy! Chcę się od niego jak najszybciej uwolnić. W tej chwili jest intruzem. Obcym. Zagrożeniem.

– Naprawdę tylko chciałeś mnie zobaczyć?

– Tak.

– No to już zobaczyłeś – stwierdzam oschle.

– Gabi – jęczy błagalnie, tak jak to ma w zwyczaju.

– Co? – Podnoszę nieco głos.

– Jesteś na mnie zła? Za tamto?

– Pytasz o to, czy jestem zła za to, że mnie przeleciałeś? – warczę. – Nie, bardziej jestem zła na siebie, że mi się podobało.

– Czemu? – Uchwycił się tego, czego mówić w ogóle nie powinnam.

– Bo zrobiłeś to naprawdę wbrew mnie. Zrozum… – Waham się. – …że nawet jeśli fantazjuję o brutalnym seksie, o przemocy, wcale nie chcę być gwałcona ani poniżana. Chcę, żeby nawet ostry seks był partnerski, za obopólną zgodą.

– W takim razie powinnaś być zła na mnie, nie na siebie.

– Niezupełnie. Chyba nie rozumiesz. – Nabieram głośno powietrza, zastanawiając się, jak to wytłumaczyć. – Ty, każdy inny mężczyzna, czy nawet każdy inny człowiek, jesteś czymś zewnętrznym, czyhającym zagrożeniem. Nie mam na ciebie wpływu.

– Ależ masz – wtrąca bezczelnie.

– Nie! – protestuję. – Wpływ mam jedynie na samą siebie, na to co robię, jakie podejmuję decyzje, a w tym wypadku zdradziło mnie moje własne ciało. Oddało ci się, mimo że ja wcale nie chciałam ci się oddawać. Czerpało z tego przyjemność, mimo że ja wcale nie chciałam czuć wtedy przyjemności. Gdybym jej nie czuła, pewnie potrafiłabym być zła na ciebie, a tak mogę być zła tylko na siebie.

– Pokrętna logika. – Kręci głową.

– Kobieca. – Śmieję się.

Na szczęście dochodzimy do dworca i zaraz się uwolnię od Michała. Z jakiegoś powodu jego obecność mi ciąży. Czuję się, jakbym chodziła w betonowych trzewikach przez gęste, lepkie błoto.

– Gabi – jęczy cicho. – Jeśli nie możesz dać mi swojej miłości, chciałbym, żebyś dała mi chociaż swoją przyjemność.

Co?! To trochę dziwaczna metoda zaciągania dziewczyny do łóżka! „Ulżyj mi w bólu, proszę”. Czy ja naprawdę wyglądam na taką łatwą?! Wskakującą każdemu facetowi do łóżka? Co on u licha sobie wyobraża?!

– Pominę fakt, że to, co powiedziałeś, mi uwłacza – syczę. – Aż taki z ciebie masochista? Sądzisz, że w czymś ci to pomoże?

– Wiem – mówi po krótkim zastanowieniu – że to będzie bolało. Może nawet bardzo, ale nie wyobrażasz sobie, jak ogromnie cierpię teraz.

– Poboli i przestanie. Nie rozumiem, czemu chcesz rozdrapywać rany.

– Uważasz, że jesteś raną? Czymś, co się zagoi?

– Każde zadurzenie w końcu mija.

– Gabi! – I znów ta przeklęta rezygnacja w jego głosie, ten przejmujący ból! – Obawiam się, że to nie jest zwykłe zadurzenie, tylko poważna choroba.

– Śmiertelna? – Śmieję się.

– Może – odpowiada poważnie. Zbyt poważnie.

– Michał! – tym razem ja jęczę. – Rany, czy ty mi grozisz?

– Nie, ale sam nie wiem, jak skończę. Nie mogę jeść, nie mogę spać… Nie wiem, co robić. Nie wiem, co ci powiedzieć. Nie chcę cię tym przytłaczać, ale w tej chwili jesteś dla mnie jak powietrze. Nie potrafię żyć, nie widząc cię, nie słysząc. Potrzebuję chociaż niewielkich ochłapów twojej życzliwości. Chwili rozmowy, spotkania, czegokolwiek, co postanowisz mi dać. Możesz się na mnie wyżywać, krzyczeć, bić, wypłakiwać na moim ramieniu. Zniosę wszystko, byle tylko móc czasem być blisko ciebie.

Kurcze, czemu to nie Grzegorz dostał bzika na moim punkcie?! Słodkie, smutne i przytłaczające. Nie wiem, czy będę potrafiła sobie z tym poradzić i, prawdę powiedziawszy, wcale nie chciałabym, żeby facet, na punkcie którego ja mam bzika, tracił w ten sposób na męskości. To takie upadlające. Skomlenie o odrobinę ciepła. Musiałabym chyba być sadystką, żeby to mnie kręciło. Ale też musiałabym być sadystką, żeby nie chcieć mu choć odrobinę ulżyć.

– Zniesiesz wszystko? – pytam podejrzliwie.

– Tak… – Spuszcza wzrok.

– Czyżbyś chciał, żebym wystawiła cię na próbę? Wiesz, że może być ciężko?

– Tak – szepcze.

Mam ochotę dać mu naprawdę twardy orzech do zgryzienia, coś przy czym wymięknie. Odmówi. Zyskam wtedy dobry pretekst, żeby się go pozbyć, a może i jemu szybciej przejdzie, jeśli będę okrutna. Przez moją głowę w mgnieniu oka przelatują fantastyczne pomysły. Będę kazała mu patrzeć, jak pieprzy mnie Andrzej, albo jeszcze lepiej, każę mu to nakręcić! Mogłabym też patrzeć, jak to oni się pieprzą, jak obciąga innemu facetowi, jak daje się zerżnąć. Odmówiłby? Zrobiłby to? Ukryłby wstręt i ból? Płakałby? Miałby orgazm? Czułby się poniżony?

– Prowokujesz – mówię smutno. – Masz szczęście, że nie pociąga mnie zbytnio poniżanie innych, choć muszę przyznać, że miałabym kilka dobrych pomysłów.

Wieczorem przychodzi mi jeden do głowy. Zdaję sobie sprawę, że nieco perfidny, ale dzwonię do Michała, żeby mu o nim powiedzieć.

– Hej… – wita się nieco zaspanym głosem, wyraźnie zaskoczony. Czyżby mimo wczesnej pory już spał? Nawet jeśli? Co z tego, skoro obiecywał znieść „wszystko”?

– Cześć, chyba nie przeszkadzam? – Musi słyszeć pobrzmiewającą w moich słowach złośliwą satysfakcję.

– Ależ skąd! – Odnoszę wrażenie, że zrywa się z łóżka i staje na baczność. Raczej dosłownie niż w przenośni. Kusi, żeby spytać…

– Chyba już wiem, jak przetestować twoje masochistyczne skłonności – staram się brzmieć zachęcająco.

– Taaak? – Wyraźnie się ożywia.

– Zawsze możesz odmówić. – Drażnię się z nim, ale w gruncie rzeczy byłabym rozczarowana, gdyby nie podjął rękawicy.

– Wiem… – szepcze w dziwnie przygnębiający sposób.

– Chcę przeprowadzić z tobą wywiad – rzucam na wydechu, bo po pierwsze boję się, że nigdy nie zapyta o szczegóły, choć pewnie umiera z ciekawości, a po drugie znając siebie, w tym tempie, zanim dojdziemy do sedna, mogę się rozmyślić. Niby pomysł wydaje się nieszczególny, mdły wręcz, ale pikanterii dodaje mu fakt, że nie dość, że ma obnażyć przede mną swoje życie seksualne, to jeszcze ma obnażyć swoje ciało. W hotelu, całkiem nagi, niczym nieosłonięty, z ptakiem na wierzchu. – Nago! – dorzucam szybko. Zaskakuje mnie, że we własnym głosie słyszę drżenie. – To znaczy ty będziesz nagi, ja ubrana – uściślam. – I pod żadnym pozorem nie wolno ci się do mnie zbliżać – zastrzegam. Po drugiej stronie linii nie słyszę oznak euforii. Wdaje się, że zamarł. Osłupiał. – Żyjesz? – upewniam się, bo albo zerwało połączenie, albo wstrzymał oddech.

– Tak… pewnie… oczywiście… – duka, teraz jeszcze bardziej zdezorientowany, niż na początku. Nie wiem jakiej reakcji się spodziewałam, ale zdecydowanie bardziej wylewnej.

– Chcesz się zastanowić? Przemyśleć? – W niespodziewanym przypływie życzliwości chcę zostawić mu otwartą furtkę.

– Nie, skąd, w żadnym razie! – protestuje gwałtownie. – Zgadzam się! Co tylko zechcesz! Brzmi świetnie!

Głośno przełykam ślinę, bo wyobraźnia zaczyna pracować. Bardzo intensywnie zresztą.

– Szczegóły jeszcze dogadamy – rzucam i rozłączam się pospiesznie.

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Kolejna część na odpowiednio wysokim poziomie, poniżej którego chyba nie zejdziesz.

Seny erotyczne soczyste, plastyczne, obrazowe, realistyczne, urozmaicone, pomysłowe…. naprawdę trzeba by się postarać, żeby napisać to lepiej. To znaczy.. może nie lepiej, ale.. inaczej. Bo tu się lepiej chyba nie da.

Z drugiej jednak strony – czy nie są zbytnio nasycone? Czy nie jest tak, że napisałaś wszystko co było do napisania i nie zostawiłaś miejsca na pracę własną czytelnika, na domysły, przypuszczenia, grę wyobraźni? Że odsłoniłaś przed nim wszystkie karty?

Zawsze byłem zwolennikiem minimalizmu uważając, że lepiej napisać za mało niż za dużo, a lepsze jest wrogiem dobrego.

Błędy? Drobne, ale ich wyeliminowanie uczyni dobry tekst jeszcze lepszym.

“Jestem krabem, a on jest moją skorupą.”

A gdyby tak… jestem krabem, zaś on moją skorupą?

“Ma gładko ogoloną twarz. Moje palce bez oporów suną po niej”

A ja bym dał… suną po skórze.

“Lewe oczko Misia-Pysia, prawe oczko Misia-Pysia”

Ach, nieodżałowana Zofia Czerwińska. I jeszcze się jej przy tym całowaniu szlafrok rozchylił i na moment wychynęła soczysta pierś…

“Hot dog. Apetyczna paróweczka między moimi bułeczkami. Paróweczka? Olbrzymia kiełbacha! Toż to posiłek dla wielkoluda”

Pięknie…

“Mam spocone dłonie i szybszy rytm serca.”

Aż się prosi żeby powiedzieć – przyspieszony oddech.

“Wstyd przyznać się do tego, ale chcę by dotykało mnie nadal. Tym zimnym noskiem. Tym futerkiem. Najlepiej na zmianę”

Wstyd się przyznać, ale chcę by dotykało mnie nadal. Tym zimnym noskiem, tym futerkiem. Nosek. Futerko. A potem była zmiana.

Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać:)

“Coś przypominającego cienką trzcinkę boleśnie opadło na moje pośladki”

A skąd to wiesz? Jesteś związana i nie możesz się ruszyć.

“Mam wrażenie, że na mojej bladej skórze..”

No przecież nie na mojej:)

“Uwrażliwiona skóra nabiegła krwią.”

A może podrażniona?

“Każdy powiew powietrza…”

Dwa razy p.o, pod rząd.. A może ruch powietrza?

“Czuję się, jakbym chodziła w betonowych trzewikach przez gęste, lepkie błoto.”

Jakoś mnie nie przekonuje to porównanie. albo “przechodziła” albo “stąpała” albo.. Dałby w ogóle.. jakbym przechodziła przez gęste lepkie błoto. I już.

“Może nawet bardzo, ale nie wyobrażasz sobie, jak ogromnie cierpię teraz.”

Teraz? A była inna opcja?

Generalnie uważam, że pisząc tylko erotykę zwyczajnie się marnujesz. Ale jak znam życie, to może być tak, że w końcu Ci się przeje i pociągnie Cię w innym kierunku:)

Miło mi Aureliusie, że ta część również przypadła Ci do gustu 🙃

Szczerze mówiąc wątpię, żeby znudziło mi się pisanie erotyki. To nie moje główne zajęcie, tylko odskocznia. Nie sądzę też, żeby było to marnowanie talentu, wręcz przeciwnie, sądzę że ten temat przez główny nurt niepotrzebnie spychany jest na margines. Seksualność to szalenie ważna część naszej tożsamości i naszego życia. Tymczasem w koło dominują nader nierealistyczne opisy. Dokładność i plastyczność moich opisów, mam nadzieję, daje niektórym do myślenia 😝

Jak choćby z tą uwrażliwioną skórą 😉 „Podrażniona” ma wyłącznie negatywne konotacje i kojarzy się z dyskomfortem. „Uwrażliwiona” wyraża to, co miałam na myśli: rozgrzaną od razów i przez to znacznie bardziej wrażliwą na bodźce. Też te przyjemne 🙃 Powinieneś chyba spróbować – jeśli nie przesadzisz ze spankingiem, późniejsze pieszczoty mogą się dzięki niemu okazać znacznie przyjemniejsze. Polecam szczególnie zabawy kostkami lodu…

Serdecznie pozdrawiam

A.

Nasza bohaterka niezwykle się rozwija i pędzi niezwykle szybko odkrywać kolejne meandry swojej seksualności. Pytanie tylko, czy to swoista ciekawość, czy też rodząca się potrzeba wynikająca z wielotorowej natury? Niemniej podoba mi się opcja pewnego zainteresowania Michałem – chłopak momentami mnie rozczula.
Aniu, sceny z “momentami” przyprawiają o gęsią skórkę. Chapeau bas 🙂

Uściski,
SW

Mnie też Michał czasami rozczula 😏

Serdecznie pozdrawiam

A.

Brawo dla Autorki.
Czasami jest skłonna coś ulepszyć, dodać, zmienić.
A historia toczy się wolno, jednak niemal ciągle w jednym kierunku. Interesującym i stresującym czytelnika, bo musi czekać na nowe odkrycia/przeżycia bohaterki do czasu publikacji kolejnego odcinka.
Brawo,

Ech, te moje sadystyczne skłonności…

Feministka, sadystka…. szukam klucza, który by połączył lub rozłączył te dwa pojęcia 😉

Napisz komentarz