Opowieść helleńska: Demetriusz XXI (Megas Alexandros) 4.45/5 (17)

Lord Frederic Leighton, "Idylla"

Lord Frederic Leighton, “Idylla”

Piękne były narodziny dnia oglądane ze zbocza góry Oros.

Najpierw słoneczny blask sprawił, że wschodnie morze zaczęło lśnić. Później dotknął kamienistych plaż Eginy i rozpalił położone po drugiej stronie Zatoki Sarońskiej attyckie wybrzeże. W miarę, jak światło przepędzało mrok, skupiał się on w długich cieniach, rzucanych przez wzgórza, drzewa, budynki. I one jednak kurczyły się i blakły, w miarę jak ognisty rydwan Heliosa wznosił się coraz wyżej na nieboskłonie. Przyjemny chłód nocy również ustępował. Z każdą chwilą robiło się coraz cieplej. Nadchodził kolejny skwarny dzień. Aratos westchnął, marząc o deszczu.

Na razie jednak nie miał powodu do narzekań. Siedział na skraju urwiska, z nogami zwieszonymi w dół. Za plecami miał Dziki Ogród, przed sobą zaś jeden z najpiękniejszych widoków, jakie ujrzał w swym bogatym w doświadczenia życiu. Narodziny dnia symbolizowały nadzieję, kolejną szansę, nowy początek. Dawne lęki, frustracje i zmartwienia odchodziły wraz z nocą. Cały świat wydawał się młody i wart poznania. Dziwne myśli wypełniają moją głowę, stwierdził, nie poznając samego siebie. Czy była to sprawa niewyspania, bo przecież zdrzemnął się tylko na chwilę? A może po prostu się zmienił? Wydarzenia ostatnich miesięcy mogły to spowodować.

Miesięcy, pomyślał z rozbawieniem. Wystarczyłoby do tego kilka ostatnich dni. Od chwili przybycia na Eginę życie Kreteńczyka wywróciło się do góry nogami. Zawsze uważał się za człowieka praktycznego, przedkładającego twarde konkrety nad romantyczne uniesienia. Liczyły się dla niego: dobry oręż przy boku, wypełniona brzęczącą zawartością sakiewka, bezpieczny port, w którym mógł przeczekać burzę. Obecnie jednak działał zupełnie wbrew swoim zasadom. Sprzeniewierzył się umowie łączącej go z hojnym i wpływowym pracodawcą, poprzysiągł zaś wierność młodziutkiej dziewczynie, która nie miała wprawdzie złamanego obola, lecz otoczona była przez możnych nieprzyjaciół. Wszyscy chcieli wykorzystać Korinnę do swych celów, on zaś postanowił jej bronić – zarówno przed Dionizjuszem, jak i przed Filoną. Zamiast wspierać jedną frakcję przeciw drugiej sam stał się trzecim stronnictwem. I tak naprawdę sam dobrze nie rozumiał, czemu się na to poważył.

Czy sprawiła to kobieta? Jeśli tak, to która? Młoda, świeża i pełna życia Korinna czy może subtelna i dojrzała Ismena? Obie okręciły go sobie wokół palca. Aratos zawsze miał słabość do pięknych niewiast, lecz traktował je raczej instrumentalnie. Służyły mu do zaspokojenia żądzy, dzięki nim jego łoże nigdy nie było puste i zimne. Nie przywiązywał się jednak do żadnej z nich. Jego związki trwały od jednej nocy do kilku miesięcy, raz tylko był z kimś dłużej niż pół roku. Może dlatego, że tamta dziewczyna nie znała greckiego. Była Etiopką, którą ocalił z niewolniczego transportu. Nie mogli zamienić ze sobą ani słowa, więc ich wspólnym językiem stała się namiętność. Układ idealny.

Dopiero spotkanie z Korinną i Ismeną wszystko zmieniło. Niespodziewanie Aratos poczuł, że pożąda czegoś więcej, niż tylko ich ciał. Ze zdumieniem pojął, że są mu… drogie. I za nic w świecie nie chciałby, by stało im się coś złego.

Powinniśmy stąd uciec, pomyślał po raz nie wiadomo który. One i ja. Tutaj nie zdołam zapewnić im bezpieczeństwa. Kreteńczyk wiedział, że w swym obecnym stanie niezbyt nadaje się na obrońcę. Trucizna zrujnowała jego ciało, pozbawiła sił oraz szybkości. Dawny fechmistrz nie był już tym samym człowiekiem, co jeszcze pół roku temu. Jakie miał szanse wobec najemników Dionizjusza albo siepaczy królowej Olimpias? Wolał się o tym nie przekonywać. Ucieczka wydawała się najlepszym rozwiązaniem. Granice helleńskiego świata bardzo się rozszerzyły w ciągu ostatnich lat. Mogli się ukryć nie tylko na Peloponezie albo na Eubei, lecz również w Egipcie, Fenicji, na cylicyjskim wybrzeżu. Gdzieś, gdzie nie znaleźliby ich ani ateńscy oligarchowie, ani macedońska monarchini.

Szkoda tylko, że one nigdy się na to nie zgodzą. Był tego całkowicie pewien. Ismena była pierwszą kapłanką Artemidy – i tutaj właśnie sprawowała swą posługę. Porzucenie sanktuarium ściągnęłoby na nią zemstę bogini, a przecież i tak już ją rozgniewała, łamiąc z Aratosem śluby czystości. Korinna zaś kochała swego ojca, Demostenesa, i za nic w świecie nie przystałaby na – bogowie wiedzą, jak długą – rozłąkę. To była ślepa uliczka. Musiał znaleźć inne rozwiązanie.

Usłyszał za sobą szelest rozgarnianych krzewów. Wstał, rozprostował zdrętwiałe ramiona i obrócił się w stronę źródła dźwięku. Droga wiodąca ze świętego okręgu do Dzikiego Ogrodu nie była łatwa. Trzeba się było przeciskać przez chaszcze, które czepiały się odzienia i smagały po policzkach. Zdawało się, że sama natura strzeże tego cudownego miejsca przed obecnością człowieka. Najwyraźniej ktoś znowu rzucił jej wyzwanie. Kreteńczyk postąpił kilka kroków naprzód, oddalając się tym samym od przepaści. Na wszelki wypadek położył dłoń na głowicy krótkiego spartańskiego miecza. Ostrożności nigdy za wiele.

Chwilę później jego oczom ukazała się Ismena, a zaraz za nią Korinna. Obydwie miały himationy naciągnięte twarze, by ochronić je przed ostrymi krzewami. Teraz zsunęły je z głów. Pierwsze promienie słońca dotknęły czarnych włosów kapłanki oraz kasztanowych loków młódki. Pozdrowił je skinieniem głowy.

– Długo już na nas czekasz? – spytała Ismena.

– Miałem sporo do przemyślenia, więc nie doskwierała mi samotność. Cieszę się, że was widzę. Obie.

Brunetka zbliżyła się do niego. Chciał ją pocałować w usta, lecz nadstawiła mu policzek. Natychmiast pojął i musnął go wargami. Korinna była równie powściągliwa, lecz zdradzały ją płonące brązowym ogniem oczy. Czy wciąż go pożądała? A może gniewała się za to, że uwiódł jej kochankę? Kreteńczyk westchnął. Po raz kolejny uświadomił sobie, że w ogóle nie rozumie kobiet.

Usiadły pod wysokim głazem, on zaś spoczął nieopodal, na kobiercu z suchej trawy.

– Wybaczcie, że spotykamy się tak wcześnie, lecz nie chcę, by ktoś ujrzał nas podczas tej narady. Mój zastępca, Pamfilos, zaraz nabrałby podejrzeń, a tymi podzielił się z Dionizjuszem z Faleronu. Ponadto nie mam pewności, czy Filona nie zwerbowała w świątyni jakichś donosicieli.

– To całkowicie zrozumiałe – stwierdziła Ismena.

– Nie przeszkadza nam wczesna pobudka – zapewniła Korinna.

– W takim razie przejdźmy do rzeczy. Jak wiecie, zdecydowałem o nowym rozmieszczeniu najemników. Zamiast pilnować traktu wiodącego do świątyni będą teraz strzec świętego okręgu. Chcę ich mieć pod ręką, gdyby ktoś zaryzykował atak. Jeśli do tego dojdzie, upewnię się, że napastnicy zapłacą wysoką cenę.

Słuchały uważnie, nie zadając żadnych pytań. Aratos zaś postanowił, że musi zaryzykować.

– Takie rozlokowanie żołnierzy ma jeszcze jedną zaletę: oczyszcza dla nas trakt wiodący ku portowi. Stwarza szansę ucieczki, gdyby zdarzyło się najgorsze.

– Co masz na myśli? – spytała młódka.

– Zbrojni, których powierzył mi Dionizjusz, obronią cię przed jego wrogami. Ale nie przed nim samym. Jeżeli sprawy w Atenach potoczą się źle, jeśli twój ojciec stanie na czele demokratów…

– …on każe ci mnie zabić – dokończyła Korinna. – A ty nie wykonasz rozkazu.

– Ale z chęcią zrobią to za mnie inni – odparł Kreteńczyk. – Dlatego musimy mieć plan ucieczki z wyspy. Konie w stajni zawsze gotowe do podróży. Łódź wynajętą w porcie lub w którejś z nadmorskich wiosek. No i kierunek, w którym będziemy uchodzić.

– Rozumiem, że już to przemyślałeś.

– Tak. Na początek udamy się na Kretę. Mam tam wielu przyjaciół, jeszcze z czasów, gdy żeglowałem pod piracką banderą. Udzielą nam schronienia, nim przygotuję dalszy etap podróży. Potem Cypr. A tam będziemy już mogli wybierać…

Kreteńczyk wstrzymał oddech, czekając na nieuchronne protesty. O dziwo, nie doczekał się żadnych. Po krótkim namyśle, Korinna skinęła głową.

– Zawsze chciałam ujrzeć wyspę Afrodyty – na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech. – Lecz jako Atenka nie miałam na to żadnych szans. Wiesz, nasi mężowie nie wypuszczają nas za próg domu, a co dopiero na drugi koniec Morza Środkowego! Wygląda na to, że muszę zostać ściganym zbiegiem, by w końcu tam trafić. Niech i tak będzie. Zgadzam się.

Aratos odetchnął z ulgą. Przeniósł spojrzenie na kapłankę. Ta nie wahała się ani przez chwilę.

– Nie opuszczę mojej ukochanej – oznajmiła stanowczym tonem. – Służyłam Artemidzie przez dwie i pół dekady. Będzie musiała jakoś mi wybaczyć.

Poszło szybciej niż sądziłem, stwierdził z niedowierzaniem. Łatwość, z jaką obydwie niewiasty były gotowe zrezygnować z dotychczasowego życia, wywarła na nim silne wrażenie.

– Czym prędzej rozpocznę przygotowania – rzekł, podnosząc się z trawy. – Dziś w Atenach odbywa się Zgromadzenie Ludowe. Jeśli oligarchowie i demokraci mają się sobie rzucić do gardeł, właśnie nadarza się ku temu najlepsza okazja.

– Zanim odejdziesz… – Korinna urwała w pół zdania. W jej głosie wyczuł napięcie. – Chciałabym napisać list do ojca. Wytłumaczyć mu… czemu uciekam, zostawiając go całkiem samego.

Właściwie nie powinien się na to godzić. To było ryzykowne. List mógł trafić w niepowołane ręce. Już samo utrwalenie ich planu na piśmie wiązało się z dużym zagrożeniem. Z drugiej strony, zdawał sobie sprawę z siły uczucia łączącego Demostenesa i jego córkę. Wiedział, że tylko w ten sposób Korinna może pożegnać się z ojcem.

– Za pół klepsydry ruszam do portu poszukać jakiejś łodzi. Zabiorę twój list i upewnię się, że zostanie doręczony. Proszę cię tylko, byś nie podawała zbyt wielu szczegółów naszej ucieczki. I nie precyzowała, dokąd się udamy.

Młódka spojrzała na niego z irytacją.

– Nie jestem taka głupia jak większość Atenek.

– Jestem tego świadom – po raz pierwszy tego poranka pozwolił sobie na lekki uśmiech. – Większość Atenek nie potrafi pisać.

Nim zdążyła naprawdę się nań zezłościć, Aratos obrócił się na pięcie i wkroczył między cierniste krzewy.

* * *

Poprzedniej nocy Demetriusz wrócił do domu Menandra skrajnie wyczerpany, lecz w dobrym nastroju. Niespodziewane pojednanie z ojcem podniosło go na duchu. Czuł, że pomimo wszystkich nieszczęść, które wydarzyły się w ostatnim czasie, w końcu sprawy zaczynają się układać. Raisę odnalazł przy łóżku rannego przyjaciela. Upewniwszy się, że poeta zasnął spokojnie, Falerończyk udał się do swojej sypialni. Ostatkiem sił ściągnął przez głowę nową tunikę, którą otrzymał w miejsce tej zbrukanej krwią Eubulosa z Soli. Następnie rzucił się na posłanie i niemal natychmiast zapadł w głęboki sen. Na szczęście Hypnos i Morfeusz pozostawili go w spokoju. Nie nawiedziły go ani koszmary, ani też zmysłowe fantazje. Kiedy o poranku otworzył oczy, poczuł się w pełni wypoczęty.

Usłyszał plusk. Uniósł się, wsparł na łokciu i rozejrzał się po komnacie. Raisa kucała w rogu pomieszczenia, na nagiej podłodze. Myła się wodą czerpaną oburącz z miski. Wylewała ją na swoją twarz, szyję, dekolt, rozcierała po podbrzuszu. Nie miała na sobie nawet skrawka ubrania. Młodzieniec poczuł, że jego członek momentalnie twardnieje i zaczyna się podnosić. Nie dając Iliryjce znać, że już się zbudził, patrzył dalej.

Choć pochodziła z dzikiego i barbarzyńskiego kraju, Raisa zawsze dbała o czystość. Jak powiedziała kiedyś Demetriuszowi, w swej ojczyźnie kąpała się w jeziorze oraz w górskich potokach. W willi jego ojca zachwyciła ją prywatna łaźnia z wanną i basenem. Tutaj niestety nie miała podobnych luksusów. Musiała jej wystarczyć miska napełniana wodą z pobliskiej studni. Mimo to nie rezygnowała z codziennych ablucji. Zazwyczaj też dbała o to, by Falerończyk nie oglądał jej podczas porannej toalety. Tym razem najwyraźniej okazała się nieostrożna.

Zafascynowany, wodził spojrzeniem za ruchami jej dłoni. Znów zaczerpnęła z miski i wylała wodę na swój biust. Krople zalśniły na ciężkich, kołyszących się półkulach. Woda musiała być zimna, bo sutki momentalnie stwardniały – młodzieniec widział to nawet z posłania. Iliryjka wzięła jedną brodawkę w palce. Ścisnęła ją między opuszkami i cicho westchnęła.

Drugą rękę zanurzyła w misce. Kiedy ją uniosła, po dłoni spływały lśniące strużki. Szerzej rozsunęła uda i sięgnęła ku swemu kroczu. Dwoma palcami rozchyliła dolne wargi, trzeci zaś wślizgnął się między nie. Tym razem stłumiła jęk. Na szczęście miała zamknięte oczy, bo gdyby spojrzała w stronę Demetriusza, symulowanie snu na nic by się nie zdało. Nawet gdyby zdążył na powrót ułożyć się na posłaniu, zdradziłby go wyprężony dumnie członek. Wtedy najpewniej nie mógłby liczyć na kontynuację pokazu.

Dopóki jednak Raisa nie miała świadomości bycia podglądaną, mógł cieszyć oczy pieszczotami, a tych sobie nie szczędziła. Szczypała brodawkę, która i bez tej stymulacji musiała być twarda niczym pestka dorodnej oliwki. Palce poruszały się na jej sromie, penetrując go z coraz większą łatwością. Choć bardzo starała się być cicho, spomiędzy jej warg co rusz dobywało się zduszone kwilenie. Musi być jej naprawdę dobrze, pomyślał Falerończyk. I zaraz poczuł zazdrość. To on powinien ją pieścić, sprawiać przyjemność, być dawcą rozkoszy. Jeśli pragnęła ekstazy, powinna była przyjść do niego! Ogień, który płonął w lędźwiach Iliryjki był zbyt gorący, by zdołała ugasić go sama. Czemu więc nie skorzystała z jego pomocy?

Nagle zrozumiał. Przyczyna była oczywista – od kilku już dni nie uprawiali miłości. Najpierw odsunął od siebie Raisę, by zachować siły, których potrzeba mu było na bieżni. Potem dał się wciągnąć Menandrowi w wendettę przeciw gwałcicielowi Fojbiane. Jeszcze później, gdy poeta został ranny, musiał ściągnąć dlań medyka, a następnie dowiedział się o zamachu na ojca… Wszystko to sprawiło, że ostatnimi czasy zaniedbywał swą kochankę. Ona zaś najwidoczniej nie miała zamiaru czekać, aż znowu znajdzie dla niej czas.

Teraz się to zmieni, poprzysiągł sobie, a potem wrócił do oglądania pieszczącej się Iliryjki. Wciąż nie zamierzał się ujawniać, by nie zawstydzić dziewczyny. Zaś ta coraz bardziej zatracała się w przyjemności. Ułożył się wygodniej na boku i przyglądał się w skupieniu, nie chcąc uronić żadnego detalu.

Raisa uniosła dłoń do ust i oblizała opuszki palców, zwilżając je. Potem znów ścisnęła między nimi sutek. Druga ręka nie przerywała pieszczot szparki. Penetrowała się dwoma palcami, kciukiem pocierając niezwykle czułe na bodźce wybrzuszenie ulokowane tuż nad nią. Bezwiednie przesunęła językiem po swych wargach i odchyliła głowę do tyłu. Jej ciało przechodziły dreszcze, choć przecież dzień był równie ciepły jak wczorajszy.

Dochodząc, wypowiedziała kilka słów w śpiewnym, iliryjskim języku. Plecami wsparła się o ścianę i rozwarła uda, prezentując Demetriuszowi jeszcze lepszy widok. Drżała, jej piersi unosiły się w przyspieszonym oddechu, zaś wargi sromowe lśniły od wilgoci. Nim zorientował się, co czyni, jego własna dłoń znalazła się na penisie. Obciągnął go kilka razy, powoli, ale mocno, czując, jak jego podniecenie zbliża się do zenitu. Powstrzymał się dopiero na krok przed szczytowaniem. Nie. Nie w ten sposób. Nie bez niej.

Patrzył, jak Iliryjka przeżywa swą rozkosz, a potem pochyla głowę i otwiera oczy. Ich spojrzenia się spotkały. Lecz zamiast rumieńca zawstydzenia, na twarzy Raisy pojawił się zmysłowy uśmiech.

– Mam nadzieję, że podobało ci się to, co zobaczyłeś…

Przełknął ślinę, nie będąc w stanie wydusić z siebie ani słowa.

– …bo chcę to przeżyć ponownie – dokończyła ze śpiewnym akcentem. – Tym razem tak, jak należy. Z tobą.

* * *

Macedoński ambasador w Atenach, Meleager, pochłaniał śniadanie, jakby miał to być jego ostatni posiłek w życiu. W szerokich ustach mężczyzny znikały ogromne kawałki chleba, sera, ryby, po kilka oliwek na raz. Okruchy pożartego pospiesznie jadła zostawały mu w brodzie. Kolejne porcje spłukiwał dużą ilością niezmieszanego z wodą wina. Spoczywający na przeciwległym łożu Dionizjusz przyglądał się z temu z fascynacją. Wulgarność manier tego parweniusza nie przestawała go zadziwiać.

– Widzę, że służy ci apetyt – stwierdził, dyskretnie dając znak niewolnikowi. Ten prędko opuścił komnatę, by przynieść ambasadorowi dokładkę. A także kolejny dzban wina. – Wezmę to za dobrą wróżbę.

– Wielcy ludzie, tacy jak ja, muszą dużo jeść – odparł beztrosko Meleager, zaś strateg zastanowił się, czy właśnie został poczęstowany ironią Macedończyka. Z tym człowiekiem nigdy nie można było być niczego pewnym! – Ty też powinieneś napełnić żołądek. Nadszedł ważny dzień. Potrzebujesz wiele sił!

Dionizjusz spojrzał na swój talerz. Nałożył na niego trochę jadła, lecz nie potrafił się zmusić, by po nie sięgnąć. Świadomość, że już za kilka godzin rozstrzygnie się los Aten, a także jego własny, odbierała mu apetyt. Trudno, pójdzie na Zgromadzenie Ludowe z pustym brzuchem. Może jego burczenie przerwie któremuś z demokratów precyzyjnie zaplanowaną mowę.

– Rozumiem, że nie przewidujesz niespodzianek podczas głosowania? – zapytał Meleager, mierząc go badawczym spojrzeniem.

– Żyjemy w ustroju demokratycznym. Z tego zawsze wynikają jakieś niespodzianki.

Ambasador parsknął śmiechem oraz okruchami.

– Ale już niedługo, prawda, mój przyjacielu? Gdy tylko ateńskie wojska zostaną wysłane na pomoc Antypatrowi, on udzieli ci politycznego poparcia w Attyce. Mając za sobą regenta Macedonii i namiestnika Hellady, będziesz mógł sięgnąć po najwyższe zaszczyty! Z przyjemnością będę patrzył, jak naginasz rodaków do posłuszeństwa. Od wygnania Pizystratydów nie mieli nad sobą jednego pana. Najwyższa pora wrócić do starych dobrych czasów!

Za dużo gada, uznał strateg. Choć biorąc pod uwagę, ile już wypił, trudno się temu dziwić. Macedończyk zachowywał się tak, jakby nie miał zamiaru doczekać południa. Kto wie, czy utrzymując takie tempo, pozostanie przytomny chociaż do końca posiłku.

– Demokraci nie poddadzą się bez walki – rzekł Dionizjusz. – Hiperejdes, Ktezyfon, Gorgonios… Nawet Demostenes będzie zmuszony wystąpić przeciw nam, pomimo tego, że trzymam go za jaja. Jeśli tego nie zrobi, popełni polityczne samobójstwo. Tak więc mamy przeciw sobie wszystkich. Pytanie, kogo posłucha Lud.

Jego rozmówca zmarszczył brwi.

– Sądziłem, że panujesz nad Miastem.

– Bo tak jest w istocie! Ale Ateny to nie imperium perskie! Zwykła siła zbrojna nie wystarczy, by zmusić obywateli do posłuchu. Fokion ma autorytet, Demades popularność, mnie się po prostu boją. Musimy jednak przekonać ponad połowę zebranych na Zgromadzeniu. Głosowanie jest tajne, więc szantaż oraz groźby odpadają.

– Pozostaje za to fałszerstwo. Wszak nie liczy się, kto głosuje, tylko…

– …kto liczy głosy. Tak, Meleagrze, znam to przysłowie. I jestem gotów zrobić wszystko, by Lud podjął słuszną decyzję. Bez względu na to, czy roztropni i kochający Ateny obywatele znajdą się w większości, czy też nie.

W ciszy, która nastała po tej deklaracji, Macedończyk sięgnął po spory kawałek ryby. Wepchnął go sobie do ust i nie przełknąwszy nawet, rzekł:

– Chyba pójdę na to wasze Zgromadzenie. Bardzom ciekaw, czy przypomina nasze wojskowe wiece…

Dionizjusz zmierzył go wściekłym spojrzeniem.

– Nawet nie waż się o tym myśleć! Na Zgromadzeniu mają prawo przebywać tylko Ateńczycy. Twoja obecność zostałaby odczytana jako polityczny nacisk albo – co gorsza – próba zastraszenia. Przegralibyśmy głosowanie z kretesem!

– Dobrze, już dobrze! Żartowałem! – Meleager ryknął śmiechem. – Dałeś się podejść, Ateńczyku!

Strateg miał ochotę porwać ze stołu brązową tacę i przywalić nią w szerokie oblicze ambasadora. Zamiast tego dał znak słudze.

– Nalej mi tego nierozwodnionego wina, chłopcze – rozkazał, zachowując dla siebie wszystkie przekleństwa i zniewagi, jakie cisnęły mu się na usta. – Tylko nie za dużo. Jeśli tak bardzo wyostrza koncept, zaryzykuję.

– Zawsze wiedziałem – rzekł wciąż rozbawiony Meleager – że masz w sobie coś z Macedończyka, Dionizjuszu.

Będę patrzył, jak umierasz w męczarniach, poprzysiągł sobie strateg.

* * *

Na takie dictum mógł tylko skwapliwie skinąć głową.

Pragnął Raisy, pożądał jej z młodzieńczą niecierpliwością, marzył o tym, by wejść w nią i wytrysnąć głęboko w ciasnym i wilgotnym wnętrzu. Podniecenie przytłumiło wszystkie myśli, odebrało słowa, które mógłby wypowiedzieć, sprawiło, że zapomniał o wydarzeniach ostatnich dni. Menander, Fojbiane, Eubulos z Soli – każde z tych imion straciło znaczenie wobec nieosłoniętej niczym nagości jego iliryjskiej kochanki. Lędźwie Demetriusza płonęły, naprężona męskość pulsowała. Ostatkiem sił powstrzymał się przed położeniem ręki na penisie. Chciał, by teraz to ona się nim zajęła.

Wstała z podłogi i zachwiała się, próbując złapać równowagę. Rozkosz wciąż jeszcze dogasała w jej podbrzuszu, sprawiając, że z trudem panowała nad sobą. Kołysząc zmysłowo biodrami, ruszyła w stronę łoża. Młodzieniec wpatrywał się w nią jak zaczarowany. Podziwiał drżące w rytm kroków piersi, lekko wypukły brzuch, gładkie łono, zarumieniony i lśniący od wilgoci srom. Włosy w kolorze słomy rozsypały się po ramionach Iliryjki, a błękitne oczy ani na moment nie oderwały się od niego. Prędko, pospiesznie wsunęła się na łoże. Demetriusz opadł na plecy, ona zaś, przesuwając się na kolanach i dłoniach, znalazła się nad nim. Pochyliła się nieco, tak że jego uniesiony członek otarł się o jej brzuch. Sięgnęła ku niemu, objęła palcami i obciągnęła powoli.

– Tęskniłam za tobą – szepnęła.

– Ja za tobą też… – wykrztusił, czując, jak Raisa powtarza ruch swojej ręki. I znowu… Byle tylko nie dojść przedwcześnie! Zbyt długo czekał na ich powtórne połączenie, by teraz wytrysnąć jej w dłoni. Uniósł się, ujął Iliryjkę za szyję, pocałował jej pełne, różowe wargi. Odpowiedziała stanowczo, niemal agresywnie, wpijając się w niego.

Gdzież się podziała ta zahukana niewolnica, którą była jeszcze przed kilkoma miesiącami? W jakiś tajemny sposób udało mu się wyzwolić jej prawdziwą naturę. Był dla niej dobrym i łagodnym panem, nigdy nie uderzył ani nie zmusił do czegoś, czego sama by nie chciała… Najwyraźniej to właśnie wystarczyło. Traktował ją po ludzku i otrzymał za to wspaniałą nagrodę. Autentyczną miłość zamiast udawanego przywiązania. Spontaniczną namiętność zamiast wymuszonej siłą uległości. Jej pocałunki smakowały ochotą, a nie obowiązkiem. W oczach zaś płonął szczery ogień, którego nie sposób było pomylić z czymkolwiek innym.

Całowali się przez dłuższą chwilę, potem położyła mu rękę na torsie i zdecydowanie pchnęła z powrotem na łóżko. Opadł na nie, zamykając na chwilę oczy. Gdy je otworzył, nie ujrzał już nad sobą Iliryjki. Zaraz jednak poczuł usta kochanki sunące w dół jego brzucha. Muskała i lizała skórę młodzieńca, zostawiając na niej wilgotny ślad. Wsunęła język w pępek, possała go trochę, a potem kontynuowała swą wędrówkę, coraz niżej i niżej. Kiedy złożyła pocałunek na żołędzi, nie wytrzymał.

Nim rozkosz przeszyła jego ciało, wydał z siebie ostrzegawczy jęk. Raisa natychmiast zorientowała się, że przesadziła. Pieszczoty, zamiast rozpalić jego pożądanie, doprowadziły go na sam szczyt. Nie tracąc ani chwili, przywarła wargami do jego męskości, ciasno otuliła żołądź i zaczęła lizać ją zapamiętale. Demetriusz wyprężył się cały. W chwili ekstazy krzyknął ochryple. Wytrysnął w ustach kochanki. Przełykała prędko, zaskoczona obfitością nasienia. Choć parę razy o mało się nie zakrztusiła, nie odsunęła głowy, zanim nie spiła ostatniej kropli. Ostatni raz ucałowała męskość Falerończyka, a potem ułożyła się przy jego boku.

Kiedy ochłonął, uznał, że winien jej jest przeprosiny.

– Wybacz mi, Raiso – szepnął – lecz było tego zbyt wiele…

– Nic nie mów – położyła mu na wargach dwa palce. Uśmiechając się dodała: – Użyj tych pięknych ust… inaczej…

Jakże mógł odmówić takiej prośbie? Sam miał na to wielką ochotę. Od dawna już nie pieścił w ten sposób Iliryjki – najwyższa pora, by wrócił do niegdysiejszych zwyczajów. Tym razem jednak chciał to zrobić odrobinę inaczej.

Dał znak dziewczynie, by obróciła się na brzuch, następnie chwycił ją za biodra i uniósł, tak że uklękła na szeroko rozchylonych nogach. Pojęła natychmiast i wypięła się ochoczo. Przez dłuższą chwilę sycił oczy widokiem jej wyeksponowanych w całej okazałości pośladków. A potem zanurkował między nie. Złożył na sromie Raisy długi, mokry pocałunek, jednocześnie mocno zasysając. Westchnęła głośno, zadrżała. Jedną dłonią gładził wewnętrzną stronę jej uda, drugą położył na pupie Iliryjki. Kosztował jej miłosnych soków u samego źródła, raczył się nimi łapczywie, zlizywał je z dolnych warg, by po chwili wwiercić się językiem w rozkoszną szczelinę w poszukiwaniu następnych kropli. Jego kochanka mruczała cicho, z wielką ochotą przyjmując hołdy młodzieńca. Poruszała biodrami, mocniej wtulając się w jego twarz, w nadziei, że pomoże mu w ten sposób dotrzeć jeszcze głębiej, do jej najbardziej intymnych i najwrażliwszych miejsc.

Demetriusz czynił, co w jego mocy, by osiągnąć ten właśnie cel. Jego język zanurzał się w soczystej szparce, lizał jej ścianki, cofał się na moment, by zaraz wrócić do wielce przyjemnej eksploracji. Przesunął rękę z uda Iliryjki na jej podbrzusze, odnalazł opuszkami łechtaczkę i jął pocierać ją okrężnymi ruchami. Odpowiedziały mu głośne westchnienia i jęki – niezawodny znak, że podąża słuszną drogą. Zwielokrotnił jeszcze swe wysiłki, pragnąc dać Raisie jak najwięcej, wynagrodzić jej swą kilkudniową wstrzemięźliwość.

Pochylona do przodu dziewczyna zaciskała dłonie na pościeli i szorowała po niej biustem. Przygryzała wargi, by nie krzyczeć zbyt głośno. Była rozogniona, szczęśliwa, wręcz euforyczna. Doznania, jakimi obdarzał ją ukochany mężczyzna, sprawiały, że topiła się niczym wosk. Język Demetriusza poruszał się w jej pochwie – gorący, szorstki, na przemian miękki, to znów usztywniony. Młodzieniec zmieniał częstotliwość oraz intensywność pieszczot, nie dając jej ani chwili wytchnienia, sprawiając, że – wciąż niespokojna – czekała na to, co zrobi za chwilę. Palce masowały nabrzmiałą łechtaczkę, która stawała się stopniowo drugim epicentrum rozkoszy. Iliryjka dyszała ciężko, wyraźnie czując nadchodzącą falę.

A potem fala uderzyła w nią i rozlała się po całym ciele, docierając aż do koniuszków palców. Demetriusz poczuł, że pochwa kochanki kurczy się i zaciska wokół jego języka. Usłyszał krótki, urwany krzyk, na chwilę przed tym, jak Iliryjka zdusiła go, zatapiając zęby w poduszce. Jeszcze mocniej naparła pośladkami na jego twarz, więc chwycił ją oburącz za biodra i wtulił się jeszcze mocniej. Poruszał językiem szybko i stanowczo, aż przestała drżeć i wyczerpana przyjemnością osunęła się na łoże.

* * *

W porcie Eginy Aratos spędził całe przedpołudnie. Zdążył przybyć do miasteczka, nim wyszedł w morze nieduży statek handlowy, zmierzający do Aten z transportem arkadyjskiej wełny. Kreteńczyk powierzył kapitanowi list od Korinny, a także wręczył mu srebrną tetradrachmę i obiecał, że drugie tyle otrzyma, gdy dostarczy pismo Demostenesowi. Załatwiwszy tę sprawę, zaczął rozglądać się po nabrzeżu w poszukiwaniu jednostek, które mógłby nająć dla siebie oraz dwóch niewiast.

Po długich negocjacjach udało mu się wreszcie zawrzeć umowę z właścicielem „Chyżoskrzydłego”. Jak się dowiedział, ów szybki korab, będący w istocie przebudowanym trójrzędowcem, regularnie kursuje między kontynentalną Helladą i Kretą, zatrzymując się także na mniejszych wyspach, takich jak Melos czy Egina. Na oko starego wilka morskiego, jakim był przecież Aratos, „Chyżoskrzydły” bardziej nadawał się na okręt piracki, niż na jednostkę handlową. Nie podzielił się jednak swymi podejrzeniami z kapitanem. W ostatnich latach eskadry Aten oraz Rodos ukróciły piractwo na Morzu Egejskim, zmuszając wielu łupieżców do zajęcia się uczciwą pracą. Kimże jest, by wypominać temu człowiekowi mało chwalebną przeszłość? Zwłaszcza, że sam nie mógł się pochwalić lepszą.

– Przyjdę do ciebie jutro, najdalej pojutrze. Będę miał ze sobą dwie kobiety – mówił Aratos, wręczając mężczyźnie mieszek ze srebrem. – Gdy to się stanie, musisz czym prędzej wyjść w morze. Teraz otrzymasz zaliczkę. Resztę zapłacimy, kiedy dotrzemy do Knossos.

Przypieczętowali ubity interes, udając się do nabrzeżnej tawerny. Dzień stawał się coraz bardziej upalny, więc zażądali schłodzonego wina. Z miejsca, gdzie siedzieli, roztaczał się widok na cały port. Aratos zobaczył, że zbliża się ku niemu pękaty statek handlowy, płynący od strony Aten.

– Spory dziś ruch w egineckiej przystani – zauważył.

– Zaiste – odparł kapitan „Chyżoskrzydłego”. – W tej zapyziałej mieścinie dawno już się tyle nie działo.

Kreteńczyk spoglądał uważnie na rosnący w oczach korab. Na jego burcie wymalowano nazwę „Tisis”.

– „Zemsta”. Dziwne miano dla jednostki handlowej, nieprawdaż?

– Z pewnością nie dziwniejsze niż „Kutas Posejdona”. Widziałem taki statek w Koryncie. Idioci wymalowali na burcie nie tylko nazwę, ale i stosowny rysunek. Tuż przy samym dziobie! Że też tacy nie boją się wychodzić w morze…

Aratos parsknął śmiechem, aż wino poszło mu nosem. Opanował się i otarł twarz wierzchem dłoni. Po chwili jednak poczuł trudny do wytłumaczenia niepokój. Nie wiedział, czy była to sprawa wzmożonego ruchu w porcie, czy może dziwnej nazwy statku. Kreteńczyk nauczył się jednak ufać swemu instynktowi. Podniósł się od stołu i wyciągnął rękę w stronę kapitana.

– Pora już na mnie. Sądzę, że wkrótce znów się spotkamy.

– Jutro lub najdalej za dwa dni. Pamiętam.

– Rad jestem. Bywaj!

Opuściwszy tawernę, skierował swoje kroki ku jednej z bocznych uliczek odchodzących od agory. W jego nozdrza uderzył silny fetor końskiego łajna, upewniając go, że dobrze idzie. Odebrał ze stajni wierzchowca, wskoczył mu na grzbiet i wbił pięty w boki, zmuszając do szalonego galopu. Jego niepokój się nasilił. Aratos zdecydował, że musi jak najprędzej wrócić do świętego okręgu. Choć nie było ku temu żadnych racjonalnych przesłanek, czuł, że nie ma ani chwili do stracenia.

* * *

Demetriusz nie dał jej wiele czasu na odpoczynek.

Pieszczenie Raisy znów rozpaliło jego żądzę. Upajający smak jej kobiecości, drżenie bioder, zmysłowe jęki i westchnienia – wszystko to spowodowało, że ponownie zapragnął jej ciała. Tym razem miał pewność, że będzie się nim raczył, ile tylko zechce. Pierwsza rozkosz zazwyczaj przychodziła prędko, szybciej, niż by sobie tego życzył. Gdy jednak kochał się po raz drugi w krótkim odstępie czasu, mógł to czynić znacznie dłużej. A i doznania stawały się głębsze, bardziej przejmujące.

Leżała na brzuchu, z nieskromnie rozsuniętymi udami, przez co jej srom, wilgotny od soków i śliny, był dla niego doskonale widoczny. Oddychała głęboko, przeżywając ostatnie wspomnienia niedawnej ekstazy. Przysunął się do niej, pochylił i ucałował miejsce, gdzie pośladki przechodzą w plecy. A potem wyżej, tuż obok kręgosłupa. Stopniowo przesuwał się w górę jej grzbietu, aż dotarł do podnóża szyi. Jednocześnie, niby przypadkiem, jego członek otarł się o udo dziewczyny. Wyraźnie poczuła, że znów jest twardy i nabrzmiały. Obróciła ku niemu głowę i rozchyliła wargi na powitanie jego ust.

Sięgnął ręką pod nią i objął krągłą pierś. Bawił się nią, na przemian zaciskając i rozchylając palce, więżąc między wskazującym i środkowym różowy sutek. Na jego wargach i języku wyczuła własny smak. Liczył, że i ona nie pozostanie nań obojętna. I nie pomylił się.

– Chcę ciebie… teraz – wyszeptał między pocałunkami. Raisa uniosła się i ponownie oparła się na kolanach, wypinając ku niemu pupę. Uklęknął tuż za nią i położył dłonie na bokach dziewczyny. Przez chwilę napawał się widokiem jej nagości. Twardy członek ocierał się o pośladki Iliryjki, czasem zagłębiając się między nie. Zniecierpliwiona obejrzała się na niego i kusząco zakołysała biodrami.

Nie czekając dłużej, wszedł w nią jednym powolnym, lecz głębokim pchnięciem. Raisa zaczerpnęła łapczywie tchu. Zanurzył się w niej aż po jądra. Była tak śliska i mokra, że praktycznie nie napotkał oporu. Kiedy umościł się w jej wnętrzu, otuliła go swą pochwą. Zamknął oczy, rozkoszując się tym doznaniem. Gdyby to było możliwe, pozostałby tu na zawsze. W końcu jednak cofnął się i pchnął po raz wtóry. Wyszła mu na spotkanie ruchem bioder. Mocniej uchwycił boki Iliryjki i zaczął się z nią kochać niespiesznymi, długimi sztychami. Komnatę wypełniły ich ciche jęki oraz wilgotne odgłosy spółkowania. Raisa opuściła głowę, a jej jasne włosy rozsypały się po poduszce.

Falerończyk uniósł powieki i spojrzał w dół. Patrzył, jak jego członek znika w pochwie Iliryjki, po czym wynurza się, lśniąc od jej soków. Jego podniecenie się wzmagało, a wraz z nim – ochota na gwałtowniejsze zabawy. Przesunął ręką po aksamitnie gładkich plecach Raisy i położył dłoń na jej karku. A potem wbił się w nią z impetem, znacznie mocniej niż poprzednio. Poderwała głowę, z jej ust wyrwał się krzyk. Powtórzył to – raz, drugi, trzeci. Pchnięcia niczym ciosy sztyletem. Poczuł, jak mięśnie dziewczyny zaciskają się kurczowo wokół jego penisa. To zachęciło go do jeszcze mocniejszych sztychów.

Jego kochanka wtuliła twarz w poduszkę, by przytłumić coraz głośniejsze krzyki. On zaś pracował mocno biodrami. Drżąc z pożądania i gniewu, zdobywał gwałtownie jej ciało. Nie miał pojęcia, co w niego wstąpiło, lecz nagle poczuł znużenie powolną, pełną czułych pieszczot miłością, którą dotąd uprawiali. Miał tego dosyć! Nie był już dawnym Demetriuszem, grzecznym młodzieńcem o romantycznym usposobieniu. Bezpowrotnie utracił swą niewinność.

Znów zamknął oczy. Natychmiast ujrzał pogrążony w mroku zaułek – ten sam, w którym razem z Menandrem dopadli Eubulosa z Soli. Tam właśnie zabił człowieka… a może nawet dwóch. Potem zaś instruował poetę, jak ma odebrać życie Eubulosowi. Ich krew splamiła jego tunikę, ale też i duszę. Teraz wróciła do niego niczym szkarłatny przypływ. Krzyki Raisy docierały do niego stłumione, jakby z oddali. Czuł, że jego podbrzusze z coraz większą siłą uderza o jej pośladki. Przytrzymywał dziewczynę za kark, zmuszając, by pochylała głowę, a drugą ręką unieruchomił jej biodro, by nie umknęła przed coraz brutalniejszymi pchnięciami.

Wszyscy musimy płacić, myślał gorączkowo, za to, co robimy i za to, kim jesteśmy. Nikt przed tym nie ucieknie. Eubulos, Fojbiane, Menander… Raisa i ja. Wszyscy jesteśmy przeklęci… Pod zaciśniętymi powiekami wciąż widział klingę sztyletu, po której spływała krew. W mroku nocy zdawała się czarna niczym smoła. Wzmógł jeszcze siłę swoich pchnięć. Penis wdzierał się w pochwę Iliryjki, docierał aż do jej końca. Krew uderzała w skroniach młodzieńca. Przez jej donośny szum przebił się rozpaczliwy krzyk Raisy:

– Przestań! To boli!!

 Ocknął się na moment przed potężnym orgazmem. Czując, że jego uścisk osłabł, Iliryjka wymknęła mu się z rąk i uciekła do przodu. Strumień nasienia, który wytrysnął z jego penisa, spadł na jej pośladki oraz uda. Falerończyk doznał silnego zawrotu głowy. Wciąż jeszcze szczytując, pochylił się naprzód i byłby upadł twarzą na łoże, gdyby w ostatniej chwili nie wsparł się na ramieniu. Kolejne mlecznobiałe krople spłynęły na pościel.

Raisa kuliła się u wezgłowia, przestraszona i wstrząśnięta. Spoglądała na młodzieńca szeroko otwartymi oczyma. Takiego go jeszcze nie znała. Nigdy wcześniej nie potraktował jej w podobny sposób. Bezwzględna stanowczość, brutalność, egoizm w czerpaniu rozkoszy, nawet kosztem sprawianego jej cierpienia… Wszystko to przypominało Iliryjce jego ojca, Dionizjusza z Faleronu. Nie było to miłe skojarzenie.

Dyszał ciężko, pochylony do przodu. Głowę miał opuszczoną tak nisko, że nie widziała jego twarzy. Zaspokojona męskość skurczyła się i zwiotczała. Teraz cały wydawał się słaby, wycieńczony, pokonany. Gdzie podział się ten, który przed paroma chwilami brał ją niczym rozjuszony zdobywca? Gdyby nie dotkliwy ból w podbrzuszu, mogłaby uwierzyć, że to wszystko wcale się nie wydarzyło. A jednak…

– Dlaczego…? – spytała drżącym głosem. – Dlaczego to zrobiłeś? – zawahała się na moment, a potem dokończyła: – Dlaczego stałeś się nim?

Podniósł głowę, w jego oczach ujrzała ból. Chyba jej nie zrozumiał, przynajmniej nie do końca.

– Nie wiem, jak cię przepraszać. Coś mnie opętało… Uczyniłem straszne rzeczy, Raiso. Teraz one wróciły. Bardziej realne niż w chwili, gdy ich dokonywałem.

Zrozumiała, że jest równie bezradny i przestraszony jak ona. Podniosła się z łoża i zbliżyła do niego na kolanach. Uniosła dłoń i pogładziła go po twarzy.

– To nie byłeś ty – szepnęła. – Ty nigdy nie wyrządziłbyś mi krzywdy.

Potrząsnął głową. Po jego policzku spłynęła łza. Widząc to, Raisa poczuła, że coś w niej mięknie. Zarzuciła ręce na szyję Demetriusza i przyciągnęła go ku sobie. Kolejne łzy spadły na jej bark.

– Nie mogę przysiąc, że to się nie powtórzy… – szepnął Demetriusz. – Jeśli tak się stanie… masz prawo się przede mną bronić. Później nie będę miał ci tego za złe.

– Ciii… nic już nie mów.

Tulili się do siebie, próbując nawzajem ukoić swój lęk. I choć nie rozumieli tego, co właśnie się stało, oboje czuli, że między nimi zaszła jakaś nieodwracalna zmiana. Od tego poranka nic już nie będzie takie jak dawniej. Albowiem uczucie, które ich łączyło, również utraciło swą niewinność.

* * *

W ogrodach okalających podmiejską rezydencję Hiperejdesa panowało poruszenie. Obywatele, którzy przez ostatnią dobę strzegli życia ludowych przywódców, teraz zwijali prowizoryczne obozowisko i szykowali się do wymarszu. Za kilka godzin na wzgórzu Pnyks miało rozpocząć się Zgromadzenie. Demokraci zamierzali rzucić wyzwanie oligarchom i raz na zawsze odebrać im władzę nad Atenami. Wpierw jednak Hiperejdes i jego sojusznicy musieli bezpiecznie dotrzeć na miejsce. Dlatego też należało zapewnić im bezpieczeństwo. Grupa ich obrońców wyglądała niczym zbrojny orszak – mężczyźni nosili przy pasach miecze, a pod chitonami kryli pancerze z wygotowanej skóry, brązu albo płótna. Niektórzy włożyli nawet korynckie hełmy.

Patrząc na nich, Hiperejdes miał wątpliwości, czy miejska straż nie wpadnie w popłoch i nie zamknie przed nimi bram.

– Brakuje im tylko tarcz i nagolenników – stwierdził Gorgonios, podchodząc do adwokata. – Wyruszamy do Aten niczym armia idąca na podbój. To źle wygląda.

– A mamy inne wyjście? – zapytał inny demokratyczny przywódca, Ktezyfon. – Dionizjusz z Faleronu nas do tego zmusił. Zamknął Demostenesa w areszcie domowym, próbował zgładzić Hiperejdesa…

– …a gdy to się nie udało, uderzył w najdroższą mi osobę – dokończył adwokat. Jego towarzysze wiedzieli, że bardzo cierpi po zabójstwie swego kochanka, Narkissosa. – Wiem, że środki ostrożności są konieczne. Ale niech oni chociaż ściągną z głów te hełmy! Mało w nich widzą i jeszcze mniej słyszą, a w tym upale ugotują się na miękko, nim dotrzemy do miejskich murów!

– Słuszna uwaga – Archelaos ruszył w stronę zbrojnych, by przekazać im polecenie.

– Nie obawiasz się konfrontacji? – Ktezyfon uniósł brwi. Był najbardziej bojowo nastawiony z całego grona. – Jeśli zaatakują nas po drodze, musimy być w pełnej gotowości!

– Nasza eskorta liczy kilkuset ludzi – stwierdził Hiperejdes. – Jeśli znajdziemy się w potrzebie, dołączą kolejni. Oligarchowie musieliby być głupcami, by uderzyć na nas podczas przemarszu na Zgromadzenie. Walki ogarnęłyby całe Ateny. Nie mogą liczyć na zwycięstwo w takim starciu, zbyt mało ludzi ich popiera.

– Nie doceniasz przeciwnika – upierał się tamten. – A to się zawsze mści.

– Nikt nie wie lepiej niż ja, do czego zdolny jest Dionizjusz z Faleronu! Otrzymałem jednak wiadomość od Fokiona. Stary oligarcha obiecuje nam bezpieczne przejście przez Miasto. Przysięga, że nikt nie będzie na nas nastawał.

– Wierzysz mu?

– Fokion nigdy nie złamał danego słowa – zauważył Gorgonios. – Myślę, że możemy mu zaufać.

Nagle wśród szykujących się do drogi Ateńczyków wybuchło jakieś poruszenie. Przywódcy skierowali wzrok w stronę ludzkiej ciżby. Ta zaś rozstąpiła się, czyniąc przejście pojedynczemu człowiekowi. Natychmiast rozpoznali w nim Demostenesa. Choć ciężar zgryzot przygiął go do ziemi, a w rzadkich włosach znać było znacznie więcej siwizny, niż jeszcze przed kilkoma dniami, nie ulegało wątpliwości, że to właśnie on. Nie zastanawiając się długo, Hiperejdes wyszedł mu na spotkanie.

– Bądź pozdrowiony, Demostenesie – rzekł tak, by słyszeli go zarówno Gorgonios, Archelaos i Ktezyfon, jak i zgromadzeni wokół obywatele. – Czekaliśmy na ciebie już wczoraj. Cieszę się, że do nas dołączyłeś.

– Witaj, zacny przyjacielu. Po namyśle uznałem, że nie ma innego miejsca, w którym wolałbym się znaleźć. Jestem z wami. Na dobre i na złe.

Adwokat zdawał sobie sprawę, jak wiele kosztowała go ta decyzja. Dzieci pozostałych demokratów, przetrzymywane na Eginie w charakterze zakładników, zostały już uwolnione przez ludzi Kritiasa i bezpiecznie przerzucone do Sparty. Tylko córka Demostenesa pozostawała w niewoli oligarchów. Jego zachowanie na Zgromadzeniu mogło zaważyć na jej losach.

Hiperejdes zbliżył się do Demostenesa, ujął go za ręce i nachylił się do przodu.

– Jesteś pewien, że tego właśnie chcesz? – zapytał szeptem. – My sami możemy pokonać oligarchów. Jeśli lękasz się o córkę, wróć lepiej do domu.

– Dziękuję za radę oraz troskę, ale nie zrobię tego – twardo odparł tamten. – Zbyt długo już chodziłem na smyczy Dionizjusza z Faleronu. Pozwoliłem, by uprowadził Korinnę, by zamordował moich niewolników: Damaris, Stylianosa, słodką Timo… by podeptał świętość mojego domu i rozlał krew na jego podłodze. Moja cierpliwość się skończyła. Już nigdy więcej nie dam się mu upokorzyć.

– Niech i tak będzie – Hiperejdes skinął głową, po czym podniósł głos. Kolejne zdania już niemal wykrzykiwał: – Pójdź zatem u mego boku, przyjacielu. Ruszamy do Aten, by przynieść im wolność! Komu zależy na dobru naszej polis, jest dzisiaj w tym orszaku!

Odpowiedziały mu oklaski i wiwaty. Przy ich akompaniamencie wziął Demostenesa w ramiona i mocno przycisnął do piersi.

* * *

Menander obudził się około południa. Był obolały po operacji, ale dzielnie znosił cierpienie. Próbował nawet żartować z Demetriuszem, lecz próba roześmiania się przekonała go, by tego poniechał. Wkrótce przybył też Arystoteles, by sprawdzić, jak miewa się jego pacjent. Zmienił opatrunek na boku poety, pokazał Iliryjce, jak robić to w przyszłości, ocenił, że nacięcie, którego dokonał, prędko się zasklepi.

– Jesteś młody i pełen życia, Menandrze – rzekł, kiwając łysą głową, jakby na potwierdzenie własnych słów. – Szybko się wyliżesz.

Potem napoił chorego naparem z ziół, który sprawił, że ten znów zapadł w sen.

– Sen to najlepszy medyk, jakiego znam – stwierdził Stagiryta. – Zwłaszcza dla takich źrebaków jak on.

Nie chcąc dłużej niepokoić pacjenta, przeszli do komnaty, którą Falerończyk dzielił z Raisą.

– Dziękuję ci, mistrzu – młodzieniec skłonił się przed nim z szacunkiem. – Nigdy nie zapomnimy o pomocy, jakiej nam udzieliłeś. Przyjdzie czas, gdy będę mógł się za nią odwdzięczyć.

– Nie wątpię, Demetriuszu. Jesteś przecież synem swego ojca – odrzekł Arystoteles. Zamiast jednak rozwinąć temat raptownie go zmienił: – Nie powinieneś już wybierać się na Zgromadzenie?

– Zaraz wyruszam. Chciałem wpierw dowiedzieć się, co z Menandrem.

– Twa troska przynosi ci chlubę, uczniu, lecz wątpię, by uszanowali ją Scytowie z miejskiej straży. Krążą już po ulicach z kapiącymi od czerwieni sznurami… Jeden chciał smagnąć mnie, uwierzysz? Wszak każdy kulturalny człowiek dobrze wie, że nie jestem obywatelem Aten!

To była jedna z prastarych tradycji Miasta, służąca wymuszaniu obecności na Zgromadzeniu Ludowym. W dniu jego zwołania Scytowie zbroili się w sznury nasączone szkarłatną farbą. Jeśli zauważyli obywatela, który zajmował się prywatnymi sprawami, smagali go liną, tak że farba brudziła mu strój. Oznaczony w ten sposób Ateńczyk narażał się na drwiny, a nawet grzywnę za niewypełnienie patriotycznego obowiązku, jakim był udział w obradach. Dlatego też każdy kto tylko mógł, karnie podążał na wzgórze Pnyks.

Tym razem jednak sytuacja była bardziej skomplikowana niż zwykle. Dopiero co skończyły się Wielkie Dionizje Miejskie, w Atenach wciąż przebywało mnóstwo cudzoziemców. Odróżnienie obywatela od metojka czy przybysza z zagranicy mogło okazać się dla Scytów nader problematyczne. Demetriusz domyślał się, że tego dnia wielu przyjezdnych zostanie napiętnowanych czerwienią.

– Scytowie nie są cywilizowani – zauważył koncyliacyjnie.

Arystoteles parsknął, nieprzekonany.

– Przydałaby im się odrobina kultury… Kto w ogóle wpadł na pomysł, by powierzać tym dzikusom pilnowanie porządku w Atenach? Równie dobrze można by kazać wilkom, by strzegły zagrody pełnej owiec… Jak Słońce Hellady może tolerować takich barbarzyńców? I jeszcze te ich spodnie. Spodnie!! Żaden szanujący się Grek nie włożyłby czegoś tak niemęskiego…

Falerończyk słuchał nauczyciela, starając się nie okazywać znużenia. Wrogość Arystotelesa wobec wszystkiego, co niehelleńskie, była powszechnie znana. Pod tym względem bił na głowę nawet pospolite umysły, z natury skłonne do nieufności wobec obcych. Jego ksenofobia była uparta i konsekwentna, a nade wszystko, podbudowana intelektualnie. Filozof stworzył klasyfikację ludów świata – z podziałem na cywilizowane, a więc związane z greckim etnosem i barbarzyńskie. Scytowie należeli do tej drugiej kategorii, podobnie jak Persowie, Frygijczycy, Egipcjanie, Libijczycy, Trakowie, Ilirowie, Izraelici, Armeńczycy, Sakowie, Nubijczycy, Etiopowie… A także sto innych nacji, których nazw młodzieniec nawet nie potrafił spamiętać. W końcu jednak tyrada Stagiryty dobiegła kresu.

– Pora już na mnie – rzekł, zarzucając na ramię torbę z przyborami medycznymi. – Na ciebie też, mój uczniu. Niedługo zaczną się obrady.

Ojciec życzy sobie, bym był świadkiem jego triumfu, pomyślał Demetriusz. Jeszcze wczoraj cieszył się na ten dzień, uznając go za kolejny etap ich pojednania. Teraz jednak wcale nie palił się do wyprawy na Zgromadzenie. Czuł, że powinien zostać tutaj, z Raisą. Wytłumaczyć jej jakoś to, co się stało… Naprawić krzywdę, którą wyrządził.

Jak zwykle nic nie poszło po jego myśli.

Opuścił dom Menandra razem z Arystotelesem. Wypadła im wspólna droga między Długimi Murami, łączącymi porty – Pireus i Faleron – z położonymi w głębi lądu Atenami. Rozstali się dopiero wtedy, gdy dotarli do właściwego Miasta. Filozof ruszył dalej na wschód, ku Bramie Diocharesa oraz leżącemu za nią Likejonowi. Demetriusz zaś pomaszerował na północ, w stronę pełnego już ludzi wzgórza Pnyks.

* * *

Aratos wjechał do świętego okręgu na spienionym koniu. Strzegący drogi najemnicy rozpierzchli się przed nim. Kreteńczyk zatrzymał zmordowanego wierzchowca, zsunął się z jego grzbietu i rzucił wodze jednemu ze zbrojnych.

– Sprowadź mi Pamfilosa! – ryknął na drugiego. – Niech szuka mnie w świątyni.

Tam właśnie znalazł Ismenę i Korinnę. Pierwsza kapłanka Artemidy składała ofiarę, zaś córka Demostenesa wraz z innymi dziewczętami śpiewała hymny na cześć Boskiej Łowczyni. Upewniwszy się, że obie są bezpieczne, fechmistrz wycofał się z budynku i wyszedł na świeże powietrze.

Na schodach ujrzał swego zastępcę, zwalistego męża o łysej czaszce i małych, jakby świńskich oczkach. Pamfilos miał na sobie płócienny pancerz oraz zaplamioną jadłem chlamidę. Na twarzy zaś wyraz niezadowolenia.

– Czy jest jakiś powód, dla którego odrywasz mnie od posiłku, dowódco?

– Zdaj mi raport!

Słysząc ton Aratosa, żołdak zareagował odruchowo: wyprężył się i zasalutował.

– Posterunki rozstawione, tak jak kazałeś, dowódco! Święty okręg bezpieczny. Patrolujemy obszar regularnie. Nikt nie zauważył ani Celta, ani tej Filony, której opis nam podałeś.

– Dobrze – Kreteńczyk powoli się uspokajał. Wyglądało na to, że tym razem jego instynkt spłatał mu figla. – Możesz wracać do swego jadła. Sam dokonam przeglądu posterunków.

– Tak jest!

Pamfilos oddalił się w stronę gmachu, gdzie mieściła się kuchnia. Fechmistrz spoglądał przez chwilę za nim, a potem potrząsnął głową z irytacją. Starzeję się, pomyślał. Staję się nazbyt ostrożny i lękliwy. Zajeździłem tego biednego konia zupełnie bez powodu. Cóż, stało się. Pora zająć się obowiązkami.

Przez następną godzinę obchodził wszystkie posterunki, które rozmieścił w świętym okręgu. Rozmawiał z żołnierzami, a przy okazji oceniał stan ich uzbrojenia, pancerza oraz trzeźwości. Przegląd wypadł całkiem nieźle, co zresztą go nie zdziwiło: w końcu sam zaciągał wielu z nich na służbę u Dionizjusza. Pozostali zostali wybrani przez Lizandra, którego osądowi również ufał. Mimo pewnego rozprężenia, które wynikało ze spokojnej służby na Eginie, a także niezbyt surowego dowództwa Pamfilosa, ludzie ci pozostali zawodowcami. Był pewien, że w razie ataku sprawią się dzielnie.

Ostatni posterunek, który odwiedził, znajdował się w Dzikim Ogrodzie. Pamfilos był bardzo zdziwiony, kiedy Aratos kazał mu obsadzić owe miejsce. Wszak Ogród znajdował się w głębi świętego okręgu, nad stromą przepaścią, na którą nie sposób było się wspiąć. Kreteńczyk wolał wszakże zabezpieczyć się od każdej strony. W końcu ustalili, że straż będzie tam trzymał pojedynczy żołnierz. Tego dnia był to przystojny i wiecznie uśmiechnięty Skiron. Stał nad samym brzegiem urwiska i spoglądał w dół. Fechmistrz ruszył w jego stronę, starając się stąpać jak najciszej. Nie udało mu się jednak zaskoczyć najemnika. Gdy był już całkiem blisko, ten nagle obrócił się w jego stronę, płynnym ruchem wyciągając z pochwy machairę. Kiedy ujrzał Aratosa, zmieszał się.

– Wybacz mi, panie. Sądziłem, że ktoś próbuje zajść mnie od tyłu.

– Nie ma tu czego wybaczać, Skirosie. Zachowałeś czujność, jakiej oczekuję od moich ludzi.

– Dziękuję, dowódco.

– Jak ci się podoba miejsce twojej służby?

– Nie mogę narzekać. Piękne widoki, a ten wysoki głaz daje dość cienia, by skryć się przed skwarem.

– Tylko nie zaśnij mi w tym cieniu – rzekł Kreteńczyk z udawaną surowością.

– Czy mogę o coś spytać, dowódco?

– Pytaj.

– Czy naprawdę spodziewasz się ataku z tej strony? Spójrz na to urwisko. Nasi wrogowie musieliby być ptakami, by się tu wedrzeć!

Aratos podszedł do krawędzi i popatrzył w przepaść. Jakieś trzydzieści łokci niżej znajdowała się wąska, spadzista półka skalna, a dalej kolejne urwisko, równie strome, ale znacznie głębsze. Rozumiał wątpliwości Skirosa. Lecz nawet, gdyby je podzielał, nie mógł teraz zmienić rozkazu. Musiał dbać o swój autorytet wśród tych żołnierzy.

– Mówisz tak, boś nigdy nie widział wyczynów iliryjskich górali – stwierdził tonem światowca. – Najbieglejsi z nich są ci z plemienia Agrian. Taka przepaść to dla tych sukinsynów łatwizna. Wspinają się po płaskim kamieniu niczym małpy po gałęziach drzewa.

Najemnik poparzył na niego z niedowierzaniem. A może po prostu nigdy nie widział małpy.

– W każdym razie są w tym cholernie biegli – dokończył fechmistrz. – A jeśli oni to potrafią, ktoś inny również może posiąść ową umiejętność. Rozumiesz teraz, czemu wolę dmuchać na zimne, Skirosie.

– Tak jest, panie!

– Doskonale. Bądź nadal czujny i nie daj się zaskoczyć.

Opuścił Dziki Ogród i ruszył w stronę świątyni Artemidy. Wtem drogę zastąpił mu Pamfilos.

– Przybył posłaniec z Aten – rzekł, uśmiechając się wyjątkowo, nawet jak na niego, plugawo. W świńskich oczach żołdaka widać było rozbawienie. – Od stratega Dionizjusza z Faleronu. Ma ze sobą nowe rozkazy. Zaczekałem na ciebie, byś sam mógł je usłyszeć.

Mimo panującego upału Aratos poczuł, że robi mu się bardzo zimno. Najwyraźniej instynkt go nie oszukał… Posłaniec musiał przybyć na pokładzie „Tisis”. Sądząc po złośliwej minie Pamfilosa, „nowe rozkazy” bardzo przypadły mu do gustu. To zaś mogło oznaczać wszystko, co najgorsze. Starając się zachować obojętny wyraz twarzy, Kreteńczyk ruszył w ślad za swym zastępcą. Szli w stronę zajadu dla pielgrzymów, gdzie najwyraźniej zatrzymał się przybysz z Aten.

W połowie drogi Aratos złapał się na tym, że jego dłoń uchwyciła rękojeść przypasanego u lewego boku miecza.

* * *

Kiedy mijał wzgórze Muz, usłyszał, że ktoś woła go po imieniu. Rozejrzał się i ujrzał biegnącego w jego stronę przyjaciela z gimnazjonu, Hesperosa.

– Witaj, druhu! – uścisnęli się na powitanie.

Tamten popatrzył na niego badawczo, po czym spytał:

– Idziesz na Zgromadzenie?

– Wybieram się. A ty?

– No to idziemy razem.

Przez jakiś czas maszerowali obok siebie. Wzgórze rosło im w oczach. Pogrążony w myślach Falerończyk nie starał się podtrzymać rozmowy. Hesperos również milczał, choć zdawało się, że słowa cisną mu się na usta. W końcu przemógł się i oznajmił:

– Odważny z ciebie człowiek. Nigdy w to nie wątpiłem, ale teraz mam na to dowód.

Zaskoczony Demetriusz obrócił ku niemu twarz.

– Czym zasłużyłem sobie na tak miłe słowa?

– Zmierzasz na Zgromadzenie. Mimo wszystko… To wymaga charakteru.

– Jak każdy Ateńczyk. Cóż w tym dziwnego?

W oczach Hesperosa ujrzał bezbrzeżne zdumienie. Potem jego przyjaciel zaniósł się nerwowym śmiechem.

– Nawet ci brew nie zadrży… Zupełnie jak twój ojciec. Jakby to ujął Menander? Wy, Falerończycy, jesteście wykuci z twardego żelaza.

Demetriusz był coraz bardziej zdezorientowany. W końcu zatrzymał się. Hesperos również przystanął. Przez dłuższą chwilę mierzyli się spojrzeniem.

– Możesz mi wytłumaczyć, o co chodzi?

– Naprawdę nie wiesz? Całe Ateny mówią o tym od rana…

– Nie byłem na agorze. Nie znam nowych plotek.

– Plotki! Dobre sobie…

Irytacja Falerończyka sięgnęła zenitu. Chwycił towarzysza za przód tuniki i potrząsnął nim stanowczo.

– Mów, na Zeusa!

 – Już mówię, już mówię! Nie musisz mnie szarpać! Dziś w nocy ktoś napadł na dom Korojbosa z demu Aixone. Nie byłoby w tym nic dziwnego, przestępczość bardzo ostatnio wzrosła… ale tym razem było inaczej. Napastnicy nic nie ukradli… Wyważyli tylko drzwi, pobili kilku niewolników… a potem wywlekli Korojbosa na dziedziniec i… i…

Chłopak mówił tak szybko, że stracił oddech. Demetriusz potrząsnął nim raz jeszcze, chcąc zmusić, by kontynuował. Choć po prawdzie, sam bał się tego, co zaraz usłyszy.

– …i pogruchotali mu nogi. Kowalskim młotem – dokończył Hesperos.

Przyznałem mu pierwszeństwo, pomyślał z nagłą goryczą. Miał pobiec na Igrzyskach Pytyjskich w barwach Aten… Przynieść chwałę naszemu Miastu. Teraz już nigdy nigdzie nie pobiegnie. Zabrali mu to, co kochał najbardziej.

Wypuścił z rąk tunikę przyjaciela. Ten gapił się na niego szeroko otwartymi oczyma.

– Ty naprawdę nie miałeś o niczym pojęcia… Musisz wiedzieć, że całe Ateny podejrzewają twojego ojca. A także ciebie. I trudno im się dziwić. To wy najbardziej skorzystaliście na wyeliminowaniu Korojbosa.

– Nie miałem z tym nic wspólnego… – odparł Demetriusz, lecz zaraz zamknął usta. A jednak to moja wina, dokończył w myślach. Gdybym pobiegł szybciej niż on, byłby dziś cały i zdrowy. Ojciec nie musiałby usuwać mi go z drogi…

– Wierzę ci, druhu – zapewnił Hesperos – ale to niczego nie zmienia. Miasto już cię osądziło, a zatem jesteś winny. Myślę, że nie powinieneś pokazywać się na Zgromadzeniu. Kto wie, co się wydarzy… Ludzie już są wzburzeni morderstwem Eubulosa z Soli.

To przynajmniej słuszne oskarżenie. W ostatniej chwili ugryzł się w język.

– Obawiam się, Hesperosie, że resztę drogi będziesz musiał pokonać sam.

– A gdzie ty pójdziesz?

– Mam coś do załatwienia – mówiąc to, odwrócił i ruszył w przeciwnym kierunku.

– Demetriuszu… – usłyszał za plecami. Stanął w miejscu, lecz nie obejrzał się za siebie.

– Tak? – spytał zduszonym głosem.

– Na twoim miejscu nie pokazywałbym się na ulicach.

Westchnął ciężko.

– Nie jesteś na moim miejscu. I powinieneś się z tego cieszyć.

Nie czekając na odpowiedź przyjaciela, zerwał się do biegu.

Przejdź do kolejnej części – Opowieść helleńska: Demetriusz XXII

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

bardzo podoba mi się stworzenie tego trio: Aratos, Ismena i Korinna – choć skojarzenia z Gylipposem, Tais i Chloe same się nasuwają.
Okoliczności nieco inne, nieco inni bohaterowie, ale zmuszeni się ratować.
Jestem bardzo ciekawa, co wymyśli Aratos.

Nawet nieco bardziej mnie to ciekawi, niż to, co stanie się w Atenach, choć doskonale prowadzisz intrygę, a raczej wielowątkowy splot różnych intryg, przeciwstawnych interesów i układów.

Nie pozostaje mi nic innego, jak po raz kolejny poprosić o ciąg dalszy tej niesamowitej opowieści:-) Oczywiście nota maksymalna.

Witaj, Miss!

Dzięki za miłe słowa oraz wysoką notę. Co do trio Aratosa, Ismeny i Korinny – jednak trochę różni się od relacji Gylipposa, Tais i Chloe. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z pełnym trójkątem miłosno-erotycznym. W drugim przypadku trójkąt jest niedomknięty – Tais nigdy nie była skłonna do bliższego kontaktu z Gylipposem. W dodatku jeszcze skomplikowała ten układ, kiedy wprowadziła doń Bryaksisa 🙂

Jedno jest pewne – różne wątki Opowieści Demetriusza zbliżają się do kulminacji. Zarówno na Eginie, jak i w Atenach, nadchodzą ważne wydarzenia. Ciąg dalszy nastąpi – i to już bardzo niedługo!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Witaj Megasie,

Podobało mi się spotkanie Aratosa, Ismeny i Korinny i podjęcie decyzji odnośnie ucieczki. Ale wątpię aby wszystko się idealnie ułożyło.

Świetna rozmowa Dionizjusza Z Meleagerem. Uwielbiam ich razem i tą, z konieczności, ukrywaną pogardę Dionizjusza. Chyba zaczyna Macedończyka powoli nienawidzić 🙂

Bardzo rozbawiła mnie rozmowa Aratosa z kapitanem „Chyżoskrzydłego”. "Kutas Posejdona" był cudowny 🙂 I to jak kapitan dokładnie opisał ten okręt i swoją opinię na temat załogi. Uwielbiam takie wstawki, nadają opowieści życia i realizmu.

Ojj…Coś się chyba zmieniło w miłości Demetriusza i Raisy. Chyba bezpowrotnie. Podoba mi się, że realistycznie oddajesz wpływ jaki morderstwo ma na młodego Falerończyka. Na jego osobowość, emocje, sumienie. Mam nadzieję, że Raisy nic złego nie spotka.

Bardzo mi się podobało przybycie Demostenesa do wyruszających demokratów. Jego powitanie z Hiperejdesem świetne, to chyba dwóch największych przywódców stronnictwa demokratycznego teraz (nie liczę agentów Olimpias)? Zastanawiam się jaki ma ojciec Korriny stosunek do adwokata? Czy czuję jakiś wstyd lub zazdrość przez to iż on uciekł z pola bitwy a Hiperejdes walczył do końca?
Demostenes podjął trudną decyzję, przyznam że mam dużą nadzieję że jego córka przeżyję. Podobała mi się ta wyjątkowa i dziwna w starożytnych Atenach tak głęboka miłość ojca do córki. Przez nią polubiłem wielkiego mówcę.

Cieszę się, że pokazałeś ksenofobię Arystotelesa. Zawsze dobrze jak postacie są głębsze i nie idealne. Rozbawiła mnie też tyrada Stagiryty (o niemęskich spodniach) 🙂

Mam do Ciebie także kilka pytań o Scytów w Atenach – ciekawią mnie oni, Scytowie jako straż miejska, swego rodzaju policja, w Atenach to jest dość absurdalne a jednak prawdziwe. Czy wiadomo skąd się tam oni brali? Czy tam mieszkali, mieli swoje rodziny, czy zawód przechodził z ojca na syna? Czy istnieli Scytowie urodzeni w Atenach, albo wręcz kilka pokoleń urodzonych w Atenach? A może przybywali ze Scytii zawsze, zawsze tylko jako najemnicy, i opuszczali miasto z czasem, nie starzeli się tam?

No i na koniec Demetriusz w końcu dowiaduję się o "wypadku" Korojbosa. Ciekawy jestem co teraz nastąpi…Jestem pewny, że młody Falerończyk nie będzie zachwycony postępkiem swojego ojca 🙂

Pozdrawiam
Aoba

Czy mówiłem Ci już, Aoba, jak lubię Twoje komentarze? 🙂

Właśnie takie sprawiają, że chce się pisać tę rozrastającą się już do gargantuicznych rozmiarów serię i nasycać ją tymi wszystkimi szczegółami.

Jeśli chodzi o wątek Aratosa, Ismeny i Korinny – Rozdział XXII skrywa wszystkie odpowiedzi na Twoje wątpliwości. Rozmowy Meleagra i Dionizjusza piszą się bardzo przyjemnie – z jednej strony pretensjonalny arystokrata z "rodziny wywodzącej się od Tezeusza", z drugiej prostacki, ale bardzo inteligentny prowincjusz. Dynamika między nimi bardzo mi odpowiada. I owszem, ich relacje będą się powoli zaostrzać.

"Chyżoskrzydły" to kolejna z moich ulubionych klamer fabularnych. Pamiętasz, na jakim statku Tais uciekła z kontynentalnej Hellady? No właśnie 🙂 Teraz trochę rozbudowałem historię tej jednostki. A co do "Kutasa Posejdona" – cóż, to był nagły pomysł, który bardzo mi się spodobał. Taki dosadny humor w stylu George'a R.R. Martina.

Co do relacji Demetriusza i Raisy – chciałem pokazać w przekonywujący sposób jak główny bohater tej historii radzi sobie ze stresem pourazowym, a także to, jak jego uczynki i związane z nimi podświadome poczucie winy niszczy jego relacje z najbliższymi. Demetriusz przeżył ostatnio silną traumę, a nie jest przecież Kassandrem czy Gylipposem – wobec czego płaci cenę.

Jeśli chodzi o Demostenesa – uznałem,że nie może on dłużej siedzieć okrakiem na płocie – musi się wreszcie zadeklarować po jednej ze stron. Nawet kosztem swojej córki, którą przecież kocha. Tragedia męża, który będąc politykiem jednocześnie chciał być dobrym ojcem i przyzwoitym człowiekiem. Tak, razem z Hiperejdesem są najbardziej prominentnymi przywódcami demokratów. Agenci Olimpias, choć potężni na swój własny sposób, nie mają żadnego poparcia w ateńskim Ludzie. To są specjalni wysłannicy z bardzo specyficznymi talentami i potężnymi zasobami pieniężnymi. Ale polityczną partię muszą rozgrywać ateńscy politycy.

Stosunek Demostenesa do Hiperejdesa? Z pewnością są sojusznikami, ale nie muszą darzyć się sympatią. Z pewnością Demostenes zazdrości koledze, że ten w chwili próby pod Cheroneą zachował się godnie, ale również może go z tego powodu nienawidzieć. Jednak dopóki największym zagrożeniem są oligarchowie, ich sojusz jest mocny, połączony najsilniejszym spoiwem – wspólnymi interesami.

Co do ksenofobii Arystotelesa, to chciałem zawrzeć ten element, bo faktycznie – Arystoteles był jednym z pierwszych, którzy teoretycznie uzasadnili rasizm. Poza tym to wzbogaca jego postać i czyni ją bardziej wielowymiarową. Arystoteles przestaje być tylko wielkim myślicielem, ale nabiera nieco mroczniejszych tonów.

c.d.

Odnośnie Scytów w Atenach, to jest to ciekawa historia. Ok. 490 r. p.n.e. Ateny zakupiły 300 scytyjskich niewolników, by na ich bazie uformować korpus łuczników do swojej nowej armii. Ponieważ Grecy nie radzili sobie najlepiej z łukiem, sprowadzenie cudzoziemskich posiłków wydawało się najlepszym pomysłem. W późniejszym okresie oddział ten urósł do tysiąca, a jego zastosowanie zmieniło się – zostali oni przekształceni w straż miejską. Z biegiem lat określenie "scytyjscy łucznicy" stało się zwyczajowe. Byli to po prostu państwowi niewolnicy których nabywano poza granicami kraju. Ich zadaniem było utrzymywanie porządku w Atenach. Ponieważ żaden wolny obywatel nie mógł "położyć rąk" na drugim obywatelu, to właśnie Scytom przypadały aresztowania i doprowadzanie zbrodniarzy przed oblicze sprawiedliwości. Nie wiadomo nawet, czy w tym okresie nadal używali łuków – jeśli tak, to raczej nie jako broni dystansowej, a białej – po zdjęciu cięciwy elastyczny scytyjski łuk mógł służyć jako policyjna pałka. Mogli też być uzbrojeni w bicze – na co wskazują źródła. Nie wiem natomiast, czy zawód był przekazywany "z ojca na syna" i jak wyglądało starzenie się owych publicznych niewolników. Może po upływie okresu służby byli wyzwalani? Dalsze fundowanie im państwowego wiktu i opierunku przestawało być zasadne. A może sami wykupywali sobie wolność?

Co do krzywdy Korojbosa – powiem tylko, że będzie ona brzemienna w skutki.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Witaj Megasie,

Jest mi bardzo miło z powodu Twojej pochwały. Dziękuję Megasie!

O! To dla mnie niespodzianka, myślałem że Meleager nie będzie miał w Opowieści Demetriusza jakiejś większej roli, ciekawe, ciekawe co się wydarzy 🙂
Interesuję mnie też czy Dionizjusz szanował Kassandra? Czy też uważał go za prostaka? Na pewno miał mu za złe, że doprowadził do związku Hiperejdesa z Demetriuszem. Jaki naprawdę miał Dionizjusz do Macedończyka stosunek?

Dla mnie ten "Kutas Posejdona" był taki realny, prawdziwy – wyobraziłem sobie tych żeglarzy, ludzi raczej prostych, lubiących bawić się, żartować. No i ten statek 🙂 W każdym razie świetny smaczek 🙂

Bardzo dobrze Ci to wychodzi. Problemy Demetriusza i to co się z nim dzieje to ciekawy wątek. I podejrzewam że może się w nim wydarzyć jeszcze jakaś tragedia.

Na pewno wątek Demostenesa będzie mnie ciekawił, nawet jeśli nie będzie mu dane już córki zobaczyć.

Interesujące są więc wzajemne stosunki Demostenesa i Hiperejdesa. Ale podejrzewam, że ze względu na sytuację polityczną w Atenach ich sojusz musi trwać i żadnego konfliktu między nimi raczej nie będzie.

Całkowicie się zgadzam co do Arystotelesa, zawsze ciekawsze są postacie które nie są kryształowo dobre.

Scytowie to rzeczywiście bardzo ciekawa historia! Ciekawe jaki oni mieli stosunek do swojej roli, czy utożsamiali się jakoś z miastem, z jego systemem, czy znali się na demokracji? No i czy nie czerpali radości ze swojej służby, w końcu – będąc niewolnikami – byli w niektórych sytuacjach ponad wolnymi obywatelami? Jeśli na te pytania nie ma odpowiedzi w żadnych źródłach to byłbym ciekawy Twojego zdania Megasie. Jak ty widzisz takiego przeciętego Scyta z Aten – jego poglądy, wartości, uczucia?

Pozdrawiam,
Aoba

Witaj, Aoba!

Meleager odegra jeszcze pewną rolę. Będzie też okazja poznać go od nieco innej niż dotychczas strony. Lubię wyciskać maksimum soków ze stworzonych przez siebie postaci 🙂

Czy Dionizjusz szanował Kassandra? Na pewno traktował go jako wartościowego sojusznika. Nawet gdy wściekł się na niego za stręczenie Demetriusza Hiperejdesowi, musiał w końcu powściągnąć swój gniew. Poza tym bez wątpienia szanował jego zdolności jako żołnierza. Czy traktował go jako prostaka? Trudno powiedzieć – Kassander dołożył wiele starań, by zakamuflować swoje niskie pochodzenie. Nauczył się attyckiego dialektu, jakim posługiwały się elity macedońskie i helleńskie. Znane mu były pisma historyków, takich jak Tukidydes czy Ksenofont. W prawdzie gardził filozofią, ale był w stanie ukryć to w dyskusji. Nie kreował się na parweniusza, jak Meleager, który lubi w ten sposób drażnić Ateńczyków. Możliwe więc, że Dionizjusz traktował go z większą atencją.

Odnośnie Scytów, trudno jest powiedzieć, jaki mieli stosunek do Aten i swoich zadań, bo żadnych źródeł pisemnych po sobie nie zostawili. Biorąc pod uwagę, że zarówno "Scytowie" jak i "łucznicy" były pojęciami umownymi, trudno w ogóle dojść, czy łączyło ich coś więcej niż tylko wspólnota losów. Pochodzili zapewne zarówno spoza Hellady, jak i z innych jej krain. Byli niewolnikami, ale funkcje, które spełniali w Atenach dawały im władzę nad wolnymi obywatelami polis. Domyślam się, że po jakimś czasie akceptowali swój los, a może nawet się w nim rozsmakowywali. Publiczny niewolnik w Atenach mógł dość do sporego majątku i z czasem wykupić swoją wolność. Zwłaszcza jeśli był stróżem prawa – w grę wchodziły różne nieoficjalne dochody w rodzaju łapówek. Myślę, że bez względu na swoje pochodzenie, z czasem stawali się "tutejsi" i Ateny wiązały ich z sobą mocą przyzwyczajenia. Nie zdziwiłbym się, gdyby większość z nich po wyzwoleniu pozostawało w tym mieście na "emeryturę". To jednak tylko i wyłącznie sfera domysłów. Jesteśmy na nie skazani, bo źródeł brak.

Pozdrawiam
M.A.

Witaj Megasie,

Zaciekawiłeś mnie teraz mocno Meleagerem. Zapewne ta postać będzie kryła w sobie więcej niż pozory pokazywały. Tutaj jednak nawet ja nie chcę żadnych spoilerów 🙂 Cieszę się na niespodziankę, zwłaszcza że całkiem Macedończyka lubię.

Dziękuję za przybliżenie tematu stosunku Dionizjusza do Kassandra. Z tego co pamiętam to sam Dionizjusz chyba też gardzi filozofią? I chyba nawet tego bardzo nie ukrywa?

Dziękuję też za dalsze wyjaśnienia odnośnie Scytów w Atenach oraz za Twoje własne wyobrażenie ich życia. Mnie też ta wizja wydaję się najbardziej prawdopodobna.

Pozdrawiam
Aoba

Witaj ponownie!

Meleager to znacznie głębsza postać, niż wydaje się Dioznizjuszowi. Zarówno jeśli chodzi o wrażliwość, jak i o motywacje.

Owszem, Dionizjusz gardzi filozofią (choć w młodości kochał się w swym nauczycielu, Platonie i był zwolennikiem jego idealistycznej filozofii). Tym niemniej wysłał syna do szkoły Arystotelesa i Teofrasta. I jak wiemy – Demetriusz w dalszym życiu będzie zainteresowany "umiłowaniem mądrości".

Pozdrawiam serdecznie,
M.A.

Witaj Megasie!

A więc nauczyciel w którym kochał się Dionizjusz to był sam Platon! To bardzo ciekawe, czyżby to jakiś zawód miłosny tutaj przyczynił się do tego że z wiekiem stał się tak bardzo cyniczny?

Pozdrawiam
Aoba

Owszem, to był Platon.

W Opowieści Demetriusza daję dwie wskazówki świadczące o tym – w miejscu, gdzie (przed sympozjonem z Meleagrem, po którym Demetriusz ucieka z domu) Dionizjusz opowiada synowi, że kiedyś był takim idealistą jak on i chłonął nauki Arystoklesa zwanego Platonem i w miejscu, gdzie Dionizjusz wspomina, że był beznadziejnie zakochany w swoim nauczycielu.

Można domyślać się, że spotkał go zawód. Kiedy Dionizjusz był efebem, Platon miał już ok. 70-tki. Możliwe więc, że namiętności, którym dawał świadectwo w "Uczcie" nieco już w nim osłabły. A zawiedziona, młodzieńca miłość potrafi zmienić człowieka, nadać mu bardziej surowy rys charakteru.

Pozdrawiam
M.A.

Rzeczywiście, mogłem się domyśleć. Cóż, może czas bym sobie odświeżył Opowieść Demetriusza od początku 🙂 Ale z tym raczej zaczekam aż się skończy aby móc przeczytać całość bez żadnej przerwy.

Dionizjusz to bardzo interesująca postać, cieszę się że mogę dowiedzieć się o nim jeszcze więcej!

Pozdrawiam
Aoba

No to będziesz mógł zacząć odświeżać sobie Demetriusza już w grudniu! No, na przełomie grudnia i stycznia.

A kolejny rozdział Opowieści pojawi się na NE 18 października, jak zawsze 30 minut po północy!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Napisz komentarz

+ 76 = 77