Mam do nich słabość I (Karel Godla)  3.06/5 (17)

28 min. czytania

Dla A., pielęgniarki
z północnego województwa

Piotr dostrzegł Marzenę z daleka. Szła wolno, rozglądając się. Szukała wzrokiem swego potencjalnego pracodawcy. „O la la, fajna laska!” – pomyślał mężczyzna z zadowoleniem i ulgą jednocześnie, pamiętając wczorajszą katastrofę. Wygramolił się z chłodu kabiny i natychmiast uderzył go żar stygnącego popołudnia. Czekał na kobietę, w jednej chwili oblewając się lepkim potem pod biurową koszulą i tak już nieświeżą po całym dniu w pracy. W nawale zajęć zapomniał ją zmienić na zapasową, zabraną rankiem z domu. Spotkali się wzrokiem z daleka i Piotr momentalnie przeczytał w dziewczęcych oczach, że Marzena wcale nie jest taka pewna siebie, jakby się wydawało, sądząc z tonu głosu w telefonie. Raczej nadrabiała miną. „Hmm, fajna” – oceniał figurę. Aprobująca pierwsza fotografia, wstępne prześwietlenie ciała doświadczonym wzrokiem aż do kości, głęboki rentgen sięgający bioder, kolan. Na mężczyznę spłynęła pewność, że ją przeleci. Nie wiadomo tylko jak dużo czasu zajmą mu niezbędne podchody. Tak. Bez wątpienia ją przeleci.

Ale wróćmy do początku historii. Do genezy męskiego zainteresowania kobietami, które uprawiały prastary zawód. Wspomnimy dzieje pewnego ogłoszenia o pracę, które powstało w wyniku Piotrowej fascynacji.

Jaki zawód? Nie o prostytucję bynajmniej chodzi.

****

Jako dziecko, chłopak, młodzieniec, Piotr nagminnie odwiedzał gabinety lekarskie oraz szpitale. Rzadziej z rzeczywistej potrzeby, częściej z winy hipochondrii matki (oj, dobrze, niech będzie, że z przewrażliwienia) odnoszącej się zarówno do jej własnego, jaki i syna zdrowia.

Obrazy pielęgniarek w nieskazitelnej bieli fartuchów i białym obuwiu suną przed oczyma ówczesnego szczylka, dziś dojrzałego mężczyzny. Młode, uśmiechnięte twarze, głaskanie po głowie, „jaki ładny, duży chłopiec”. Potem w porze lata pierwsze spostrzeżenia, że biały fartuch potrafi być przejrzysty i widać pod nim białą bieliznę oraz kontur ciała. Że guzik najniższy i najwyższy są czasami rozpięte i udo się wychyli jak delfin z wody, albo pierś w dekolcie błyśnie i zgaśnie tajemniczo. Każda pielęgniarka otacza się aurą wiedzy tajemnej. O tym, co dzieje się w zaciszu rozlicznych gabinetów, kiedy personel medyczny swymi żądaniami i czynami wymusza rumieniec wstydu oraz szybsze bicie serca u pacjenta. Wtajemniczona w intymne treści skrywane przez dokumentację chorych, niesioną niedbale pod pachą albo przytuloną całym plikiem mocno do piersi. Jakby to było wczoraj, powraca charakterystyczny odgłos pełnego energii stukotu chodaków, kiedy chłopiec patrzył i wydawało się, że ciasny fartuszek blond siostrzyczki trzaśnie nieuchronnie na udach. Albo wspomnienie delikatnie rozkołysanego kroku, kiedy biodra szczupłej, przezgrabnej „pigułeczki” tańczyły jak na fali. Piotr tęsknie wyobrażał sobie burty i rufę jej cielesnej łodzi, szkutniczego arcydzieła ewolucji. Obdzierał wzrokiem młodą panią pielęgniarkę z odzienia. Po przyjeździe z dalekiej prowincji do wielkomiejskiej kliniki kilkugodzinne oczekiwanie w korytarzu na wizyty czy zabiegi stanowiło normę. Wgapianie się w młode, na biało ubrane kobiety, pozwalało przetrwać nudę. Nie dziwota, że zebrał oraz zapisał w pamięci tyle spostrzeżeń.

Gdy miał już trzynaście czy czternaście lat, matka, dobra obserwatorka, komentowała niekiedy z uśmiechem:

– Coś mi się zdaje, Piotrusiu, że ta pani wpadła ci w oko.

Tak sobie żartowała. Matka od czasu do czasu, kiedy nie podpadał swoim baranim uporem, starała się być dla syna kimś na kształt kumpeli. Piotr miał z rodzicielką nienajgorsze stosunki, choć uwagi, dotyczące rodzącego się u młodego chłopaka zainteresowania spódniczkami, nigdy nie trafiały mu w smak. Raczej straszliwie krępowały. Przy pierwszych żartobliwych komentarzach swojej rodzicielki mieszał się i czerwienił. Potem przywykł. Zdarzało mu się z udaną obojętnością przytakiwać:

– No, wcale zgrabna.

Albo „ładna” albo „miła”. Niby co miał matce odpowiedzieć? Że mu się podoba tyłek, albo powabnie zarysowany biust? Ona pewnie i tak wiedziała, że chłopięca ocena atrakcyjności nie ogranicza się do urody buziek, a wręcz stawia cielesne walory na pierwszym miejscu. Kiedy w podejrzeniach rozważał tezę, że matka mogłaby odgadnąć, iż synowi podobają się tyłeczki szpitalnych czy ambulatoryjnych piękności, rumienił się jeszcze bardziej.

Piotr jako młodzieniec trafił dwa razy do szpitala. Za każdym razem spędził tydzień na szczegółowych badaniach. Leżał na internie w czteroosobowych salach z młodymi żołnierzami albo sportowcami z wojskowych klubów. Raz nawet cywilny syn generała się nadarzył. Współlokatorzy z pokojów, zazwyczaj zdrowi jak byki (bumelanci migający się od koszarowych udręk) i ostro napaleni na dziewczyny, bez przerwy o nich gadali. Cóż jest dla młodych wojaków bardziej istotne niż dupeczki, ich fizyczne walory i użyteczność w seksualnych igraszkach. Dojrzewający płciowo chłopiec nasłuchał się wtedy ordynarnie serwowanych rewelacji.

Personel żeński w owych odległych czasach bywał wyłącznie młody. Najwidoczniej dyrekcje placówek medycznych jednomyślnie uznawały, że młodość siostrzyczek wpływa korzystnie na rehabilitację chorych żołnierzy, ich sex appeal czyni terapię potencjalnych obrońców ojczyzny skuteczniejszą. To znaczy, może Piotr sporadycznie trafiał i na starsze pielęgniarki, ale seniorki, jako mniej interesujące, szybko zatarły się chłopcu w pamięci.

Młode siostrzyczki utworzyły we wspomnieniach całą galerię dziewcząt, różnych pod względem urody i budowy ciała. Do wyboru do koloru. Nawet ruda się trafiła. Rudą chłopak szczególnie zapamiętał, bo owa ryszawo albo aganiok (Gustlik z ulubionego serialu Piotra mawiał o bohaterce granej przez prześliczną rudą aktorkę: ta „ryszawo dzioucha”; a tego drugiego miana używali krasnoarmijcy oraz inny bohater wspomnianego serialu – Grigorij)… A więc ta ryszawo, jak ją w myśli nazywał, dzień w dzień ubierała na siebie wyrazisty zapach potu. Inne kobiety też pachniały, ale jakby mniej intensywnie i pociągająco niż wspomniana ruda. Ognistowłosa siostra pachniała mydłem i świeżym potem. Bardzo ładnie i zupełnie abstrakcyjnie dla prawiczka. Z pewnością rozsiewała wkoło także inne wonie, na przykład perfum czy dezodorantu, lecz zapach potu zawsze najgłębiej właził chłopcu w nozdrza i nęcił. Ładnej, elfiej twarzy rudzielca nie zapamiętał, ale fakt, że pachniała słodko i kwaśno zarazem; że pot kobiety w ogóle może roztaczać zachęcającą woń, nie trzeba do podniety pachnideł; stał się głęboko utrwalonym doświadczeniem. Nieco później, już w liceum, podczas pierwszego i jedynego kolonijnego wyjazdu, pogłębił swą życiową empirię na temat rudych dziewcząt, ugruntował i czynami poparł, dobiegnięciem, jak to amerykańscy chłopcy mówią, do najdalszej bazy.

Jak wspomniano, wiele się napatrzył i nasłuchał podczas pobytów w szpitalu. Młodzi mężczyźni i młode kobiety, przebywając blisko siebie, tworzą zwykle mieszankę wybuchową. Co prawda, erotyczne dialogi młodych ludzi bywały nie w pełni zrozumiałe dla naiwnego, nieznającego życia chłopaka. Ale krótkie szamotaniny, klapsy po niesfornych rękach, chichoty, niby oburzone protesty stanowiły lekcje niezłej szkoły życia. Wiele wykładów z taktyki prowadzenia końskich zalotów miało miejsce w szpitalnej sali.

Syn generała, podstarzały student wydziału malarstwa działał subtelniej. Na małych kartonikach od niechcenia skrobał piórkiem czarną grafikę, której często obieranym tematem stawał się kobiecy akt. Zdaniem Piotra z pomazanych kartoników wyłaniały się niezdarne kobiece postacie. Przypominały zwykłe bohomazy, co jakby tłumaczyło, dlaczego student wciąż jeszcze borykał się ze studiami, zamiast je dawno ukończyć. Artysta, który nie potrafił oddać piękna kobiecego ciała, nie był, w opinii chłopca, godzien dyplomu. O kubizmie czy twórczości Picassa młody prostaczek z prowincji niewiele jeszcze wtedy słyszał.

W trakcie szkicowania jeneralski syn marnotrawny toczył intelektualne rozmowy z siostrzyczkami. Prowadzony bez rękoczynów podryw – bo taki nieoczywisty charakter miały owe pogwarki – najwidoczniej skutecznie prowadził do celu. Z salowych dialogów, jakie doszły do Piotrowego ucha, wynikało, iż artysta spotykał niektóre pielęgniarki poza szpitalem. Żołnierze szeptali też między sobą, że od czasu do czasu, głównie na wieczornej zmianie, grafik zamykał się z cycatą i dupiastą brunetką, Małgosią, w magazynku pielęgniarek. Wszyscy zazdrościli i opisywali obrazowo, co by zrobili, na miejscu zepsutego syna wysokiej wojskowej szarży, z ową kształtną pigułeczką. Okazywana zawiść wynikała z faktu, iż pośród całego żeńskiego personelu interny Małgorzatę faworyzowano w gronie pacjentów oddziału najbardziej. Jedynie najmłodszy Piotr wolał śliczną, subtelnej urody Melanię (choć wspomniana ryszawo też mocno najmłodszego pacjenta interesowała), bo ona traktowała go przyjaźniej niż te inne oschłe i patrzące na chłopca z góry siostry.

– A wam się siostra Mela nie podoba? – pytał żołnierzy. – To taka prześliczna dziewczyna.

– Podoba, podoba, kocie – zbywali go pobłażliwie.

Nazywali chłopca kotem, jak młodego nieopierzonego żołnierza, a ponieważ tymże epitetem traktowali również siebie nawzajem w przepełnionych drwinami i męskimi przechwałkami rozmowach, taki gnojek, jakim wtedy był, czuł się dowartościowany. Prawie równy znacznie starszym towarzyszom szpitalnej nudy. Obiektywnie patrząc, Mela wyglądała niczym anielskie, eteryczne chuchro bez biustu i bioder, o którego kości można by się poobijać w trakcie obłapki. Więc nie dziwota, że wojacy woleli Małgorzatę o jędrnym, dużym tyłku i ładnych, w sam raz piersiach. Kobiecy ideał żołnierza w każdej armii jest podobny. Jednak Piotrowi podobała się wtedy anorektyczna, niedojrzała fizycznie Mela. Dopiero za jakiś czas miał pojąć, dlaczego wymarzony wzorzec szeregowców, kaprali i sierżantów jest zupełnie inny. Że od anielskiej buzi ważniejsze dla nabuzowanych testosteronem wojaków są obfite krągłości kobiety. Chłopiec już też zaczynał instynktownie oceniać piersi i tyłki, ale cały proces wartościowania kobiecej budowy miał dla prawiczka jeszcze teoretyczny charakter, nie poparty doświadczeniem z obmacywanek. Co nieco podpowiadała mu wspomniana intuicja, nie mógł też ignorować opinii starszych i rówieśnych samców, sam będąc na etapie baranka, który nim wydorośleje i okrzepnie we własnych indywidualnych gustach, idzie owczym pędem za stadem.

Pod koniec podstawówki Piotr zachorował zakaźnie. W domu miała miejsce rutynowa wizyta pracownika sanepidu. Przeprowadzono szczegółowy wywiad, nasypano chloru do muszli klozetowej. Dwukrotnie odwiedzali chorego lekarze, którzy nie wiadomo jednak, czy chłopca, czy jego ładną matkę chcieli ujrzeć, bo więcej czasu spędzili na wesołej rozmowie z urodziwą kobietą niźli na badaniu jej syna. W rezultacie wywieziono ośmioklasistę do wielkiego miasta, do zakaźnego szpitala na kurację albo raczej na kwarantannę, bo organizm sam musiał zwalczyć chorobę. Chyba, że glukoza w torebkach, którą mu przez cały okres pobytu podawano, uznawana była za czyniący cuda w terapii preparat, bez której chory by nie wyzdrowiał.

Podróż nie obyła się bez perypetii. Ambulans uległ na trasie awarii i Piotr w towarzystwie rodzicielki dotarł do szpitala dopiero z wieczora. Przyjęcia na oddział odbywały się zazwyczaj przed południem, na pierwszej zmianie i matka musiała odbyć długą dyskusję z personelem, aby wytłumaczyć, że przybyła z daleka i przekonać, że nie można odłożyć procedury wprowadzającej chorego na łono szpitala do jutra. Bezduszne rejestratorki marudziły, że salowe już poszły, że nie ma komu pacjenta wykąpać, łóżka nowego przygotować, itp. Ale matka postawiła na swoim. Wolnych salowych, którymi izba przyjęć mogłaby dysponować o tak późnej porze, podobno rzeczywiście nie było. Mama uprosiła jednak młodą pielęgniarkę i ta zgodziła się zająć nowym pacjentem. Piotr siedział w kącie znudzony, obojętny na swój los, przeto nie był świadom szczegółów negocjacji. Gdy się zakończyły, matka podeszła, wskazała chłopcu tobołek z rzeczami, aby o nich nie zapomniał. Obiecała, że wraz z ojcem będzie odwiedzać syna tak często, jak to będzie możliwe, i czule pożegnała. Młoda pielęgniarka stała z tyłu i obserwowała rodzinną, pełną matczyno–synowskiej serdeczności scenkę. Miała wytartą z emocji twarz, pewnie zmęczoną po całym dniu.

– Chodź ze mną – rozkazała nastolatkowi, gdy matka pokazała w końcu plecy i ruszyła do wyjścia.

Tobołek z rzeczami zaraz chłopcu zabrała do, jak wyjaśniła, odkażenia. „Jutro dostaniesz z powrotem” – obiecała. Jednak książki, które stanowiły w dobytku ucznia ostatniej klasy podstawówki najważniejszy składnik (Odyssea [i], ulubiony tom Pana Samochodzika[ii], Tomek na wojennej ścieżce Szklarskiego), wróciły do rąk młodego pacjenta dopiero po kilku dniach.

Pielęgniarka poprowadziła Piotra cichym korytarzem w głąb nieznanego terytorium kliniki zakaźnej. Jak się okazało, najpierw do umywalni lazaretu. Łaźnia miała rozmiar małego boiska. W pomieszczeniu stało kilka wanien. Wokół każdej pod sufitem zainstalowano szyny do rozwieszenia zasłon, lecz najwidoczniej dawno z nich nie korzystano, bo ani kotar ani parawanów dla komfortu pacjentów nie zainstalowano. Dziś można się domyślać, że zadecydowały względy higieniczne. Podłogę pomieszczenia tworzyły białe, matowe ze starości płytki. Wiele z nich pokrywała gęsta pajęczyna pęknięć.

Czekał biernie, patrząc jak dziewczyna przygotowuje kąpiel w jednej z wanien. Kiedy pochyliła ciało nad emaliowaną kadzią, zatykając odpływ i co chwila sprawdzając dłonią ciepłotę tryskającej z kranów wody, obojętność opuściła młodego przybysza. Podszedł bliżej, wpatrując się jak zahipnotyzowany w wypięty pod fartuchem tyłek pielęgniarki. Miał na oględziny długą chwilę, prawie wieczność, korzystając z jej zaabsorbowania. Nieoczekiwany moment magii, kiedy wydaje się, że spadają zasłony, trwał i trwał. Fartuch dziewczyny w łaziebnym oświetleniu stał się mocno przejrzysty, a majtki pod nim plastycznie odwzorowywały ciało. Piotr nigdy dotąd nie oglądał intymnych zakamarków dorosłej nagiej kobiety, nawet na zdjęciu. Teraz nagle widział wyraźnie tajemnicze pofalowanie krocza, domyślał się głębokiej bruzdy. Próbował sobie wyobrazić szczegóły, przeczuwał jak naprawdę wygląda ciało dziewczyny pod bielizną. Miał ochotę kucnąć i zajrzeć jej pod fartuch – może by lepiej było widać zakątki „gdzie słońce nigdy nie dochodzi”, ale wstydził się, że strzykaweczka przyuważy nieprzyzwoitą próbę. W dole młodzieńczego brzucha zrobiło się ciepło, zarazem przyjemnie i niewygodnie z powodu ciasnoty ubrania. Tego uczucia, z pełną świadomością czym jest spowodowane, doświadczył nie tak dawno temu, a potem objawy podniecenia zaczynały powracać coraz częściej, burząc spokój i napełniając głowę niesprecyzowanymi pragnieniami.

– Jak masz na imię? – zapytała pielęgniarka, przekrzykując szum wody oraz ponownie sprawdzając czy temperatura wody w wannie jest odpowiednia do kąpieli. Wiedziała, że tam stoi. Ale czy wyczuwała, gdzie kieruje pożądliwy wzrok? Nawet na chłopca nie spojrzała. Nie odwróciła głowy, zajęta przygotowaniami.

– Piotrek – odpowiedział.

Nagle uświadomił sobie, że wanna szykowana jest dla niego i zaraz będzie musiał do niej wejść. I jak to ma być? Przecież nie siądzie w wodzie ubrany. Zbliżała się chwila zawstydzająca.

Dziewczyna wyprostowała się. Seans magiczny został ku chłopięcemu rozczarowaniu zakończony.

– Na co czekasz? Rozbierz się, muszę cię umyć – zabrzmiało jak sentencja kary. – Nie wstydź się, jestem pielęgniarką – dodała sucho, widząc jego rozterkę, jakby banalne słowa wszystko załatwiały, jakby tego, kim ona jest, nie wiedział.

Było czego się wstydzić, bo właśnie wyrosły mu bujne włosy na podbrzuszu i ci słabo jeszcze owłosieni koledzy mocno się z Piotra nabijali. Na dodatek członek przerażająco spuchł ośmioklasiście od krwi. Młodzieniec martwił się, czy siostrzyczka nie uzna go za chorego albo nienormalnego. Mogła przecież nie wiedzieć, że chłopakom od czasu do czasu tak się dzieje, i po chwilowej anomalii fiutek najzwyklej w świecie wraca do nikczemniejszych rozmiarów, spuchnięcie wcale nie jest objawem zakażenia czy stłuczenia. Z drugiej strony korciło prowincjusza, aby się rozebrać przed tą niebrzydką młodą kobietą. Przepełniony sprzecznymi uczuciami pacjent szybko obnażył ciało, ocierając ukradkiem zawstydzającą wilgoć, która zgromadziła się na czubku jego chłopięcego organu i mogłaby młodej łaziebnej zasugerować, iż istotnie jest chory. Ów zabieg estetyczny pomógł tylko na chwilę, gdyż nie wiedzieć czemu, ciekło z niego i ciągnęło się szklistym śluzem obficie.

Już miał zasłonić podbrzusze przed wkroczeniem do wody, ale nie zdążył. Dziewczyna, taktownie odwrócona plecami w trakcie zrzucania przez podopiecznego ubrania, nagle odwróciła głowę i ujrzała kompletnie już nagiego chłopca, a przede wszystkim jego dumnie salutującego kutasa. Jakby się zawahała. Nastała chwila zaskoczenia.

– Właź do wanny. Woda stygnie – poleciła.

Głos jej zachrypł. Poczerwieniała jak piwonia, z tych najdojrzalszych i najbardziej intensywnie kolorowych kwiatów. I chyba zawstydziła się swojego rumieńca. Być może dlatego, że w końcu pielęgniarce nie wypada pensjonarsko reagować na widok młodego chłopca z dumnie sterczącą chłopięcością. I grubą nicią szklistego śluzu sklejającego czubek sterczyny z kolanem.

Wlazłszy do wanny, Piotr nawet nie zdążył się zanurzyć, gdy doszło do incydentu. Czy to niechcący czy raczej z pełną ciekawości premedytacją, dziewczyna potrąciła łokciem jego dumnie paradującą i śliniącą się chłopięcość, po czym niezwłocznie ponowiła elektryzujący dotyk muskając mosznę oraz przesuwając nagi nadgarstek wzdłuż penisa od nasady do żołędzi. Gotowego do kąpieli chłopca przeszedł rozkoszny prąd, co wystarczyło, by wytrysnął, z następującymi po sobie uczuciami ekstazy, potem zdziwienia, i w końcu, gdy nieco doszedł do siebie, zawstydzenia.

Młodzieńcze wytryski potrafią być imponujące. Piotr nieźle się popisał. Pierwsza i druga, a może i trzecia salwa zmieściły się poza wanną. Później jeszcze śmignęła biała smuga – ślad torpedy przez całą wodną toń. Ostatnie krople na zakończenie tej cudownej kanonady spadały rozkosznie między rozstawione nogi.

– No… ładnie! Ja już ci wody zmieniać nie będę, musisz się zadowolić taką – powiedziała pielęgniarka. Widząc jego ogłupiałą i niepewną minę, uśmiechnęła się nagle zwycięsko. Odzyskała przewagę w rozgrywce, jeśli można tak nazwać scenkę o erotycznym zabarwieniu pomiędzy dwójką przedstawicieli odmiennej płci i o tak zróżnicowanym wieku.

Scenariusz dzisiejszego emocjonalnego zawirowania łudząco przypominał schemat odgrywany często w dzieciństwie przez koleżanki Piotra, choć role nagiego i ubranego uczestnika rozgrywki los wtedy wyznaczał na odwrót. Część obnażonych, zakłopotanych dziewczynek – pacjentek, z którymi bawił się w doktora w przedszkolu, szybko intuicyjnie wyczuwała, że swoją nagością zdobywają nad zafascynowanym kolegą istotną przewagę i przestawały się wstydzić. Podobny mechanizm zadziałał również teraz. Stremowana młoda pielęgniarka przeprowadziła może pierwszy w życiu eksperyment na genitaliach osobnika płci przeciwnej. Efekt molestowania uznała za sukces. Zdobyła cenne doświadczenie na przyszłość.

Piotr wyczuł, że iście widowiskową erupcją spermy nie zrobił w mniemaniu siostrzyczki nic nagannego, a raczej coś, do czego ona podchodzi z sympatią. Uznał, że ta na biało ubrana kobieta, wcale nie potępia jego niekontrolowanego wybryku. Nie wiedział dlaczego. Reakcja pigułeczki zaskakiwała, ale uznał, że pielęgniarki są bardziej wyrozumiałe, bo takie być muszą wobec pacjentów. Podają w końcu kaczki potrzebującym i tak dalej.

W trakcie pobytu w szpitalu miał nadzieję na powtórzenie kąpieli z młodą siostrzyczką. Wielką nadzieję. Ale kąpiele odbywały się w sposób planowy, na pierwszej zmianie. Wcale nie należały do obowiązków pielęgniarek. Kąpała go stara, znudzona, szorstka salowa. Zajmowała się tylko chłopięcymi plecami. Resztę ciała sam musiał myć. Żadna przyjemność. Żałował i jednocześnie rozumiał, że szpital to nie starogreckie palatium, a on nie jest aż tak bardzo mile widzianym gościem w pałacu, by go młode służebnice witały i myły co chwila. Swoją drogą, co to za pomysł, żeby kąpać sprawnego, przytomnego pacjenta – kilkunastoletniego byka, jakby sam się umyć nie potrafił. Chyba kryła się w tym kobieca nieufność, co do nawyków higienicznych młodych samczyków. Poczynając od matek, kończąc na koleżankach w klasie, chłopcy nie mieli u przeciwnej płci opinii czyścioszków.

Owej siostrzyczki nie spotkał więcej. Pracowała na innym oddziale, w innym skrzydle, może akurat wzięła urlop – cokolwiek było przyczyną, nie zobaczył jej nigdy. Serce zabiło mu szybciej nie raz nie dwa, gdy drzwi do sypialnej sali otwierały się i słyszał nieznany głos, ale to nigdy nie była jego pamiętna łaziebniczka.

Czasem wieczorami oddawał się marzeniom. Wyobrażał sobie, iż łazienkowy epizod z siostrzyczką kończy się inaczej.

Marzenia onanisty po raz pierwszy.

– No… ładnie! Ja już ci wody zmieniać nie będę. Musisz się zadowolić taką – powiedziała pielęgniarka. Gapiła się to na Piotra, to na jego wzwiedzioną chłopięcość coraz śmielej, jakby delektując się zażenowaniem chłopca i własną przewagą. A on czuł się tak onieśmielony, że aż sparaliżowany. Nawet zasłonięcie przyrodzenia stało się niewykonalnym gestem.

– Siadaj, muszę ci umyć głowę. Twoim… źle wychowanym ptaszkiem zajmiemy się później – zaśpiewała, bo jej głos nabrał melodyjnego wigoru. Nadal napawała się zawstydzeniem pacjenta. Wyraźnie rozbawiona, już nie sprawiała wrażenia zmęczonej.

Młodzieniec skwapliwie pogrążył się w przygotowanej kąpieli. Przelotnie spoglądał na długą wstążkę nasienia unoszącą się blisko powierzchni, nim strugi wylewanej na włosy wody nie zalały mu oczu i nie musiał ich zamknąć. Zastanawiał się, czy to, że tak gwałtownie wytrysnął członek (i czym chlusnął), ma związek z coraz częściej powtarzalnymi porankami, kiedy budził się z mokrymi plamami na spodniach od piżamy. Doszedł do wniosku, że powiązanie istnieje. Musi zajrzeć do podręcznika anatomii – nowego przedmiotu, który znalazł się w planie zajęć ośmioklasistów i na razie nie wzbudzał zachwytu, bo straszna nuda. Przypominał sobie, że chłopaki chichotali w klasie, oglądając podręcznik. Coś tam widocznie znaleźli ciekawego. On tylko przekartkował, szukając obrazków nagości, ale były schematyczne, mało interesujące.

– Ile ty masz lat, Piotrusiu? Zapomniałam zerknąć w kartę.

– Skończone piętnaście – bąknął Piotr, czując się nieco pewniej w maskującej nagość mało przejrzystej kranówie. Chciał dodać, że całe piętnaście i prawie całe trzy miesiące, ale to dziecinne – tak wchodzić w szczegóły.

– To wszystko wyjaśnia. Tacy młodzi chłopcy nie umią poprawnie zachować się w obecności kobiet. Trzeba cię dobrych manier nauczyć. Widział to kto, żeby tak przy kobiecie napinać ptaszka. I jeszcze z niego popuszczać, sikać na całego, popisywać się. A fe!… Wstydu nie masz! – świergotała pani pielęgniarka po aktorsku obrażonym, jednak w gruncie rzeczy dobrotliwym, tonem. Zawstydzenie młodego pacjenta najwyraźniej wzmagało gadatliwość starszej na oko o kilka lat dziewczyny. Wyczuwał w głosie, że się uśmiecha, ale nie mógł sprawdzić, bo musiał zaciskać powieki.

Milczał zmieszany. Woda lejąca się na głowę dawała pretekst do trzymania języka za zębami. Nie wiedziałby zresztą co powiedzieć. Słowa pielęgniarki wydawały się chłopcu niesprawiedliwe. Wcale się przecież nie popisywał. Wcale nie chciał. Incydent miał miejsce wbrew jego woli. Ale jak to drwiącej siostrze wytłumaczyć. Na pewno by mu nie uwierzyła. Inna część mózgu wspominała rozkoszne uczucie towarzyszące wytryskowi. Nic z tego nie rozumiał. Sikanie nigdy nie było szczególnie przyjemne, no chyba, że wtedy, gdy się długo wstrzymywał i pęcherz, aż pękał. A tu coś innego białego z niego wyleciało i jakie to było… cudownie niosące ulgę.

Staranne mycie głowy trwało na tyle długo, że zdążył ochłonąć. Potem oparty wygodnie o ścianę wanny rozkoszował się dotykiem delikatnych palców na skroniach i ciemieniu. Mile odczuwał ten kontakt, zupełnie inaczej niż wtedy, gdy myła go matka. Zaszczypało go pod rzęsami od chloru albo mydła. Energicznie przetarł oczy przedramieniem, wzbudzając falę i chlapiąc na boki. Spróbował uchylić powieki, aby sprawdzić, co się stało.

– Nie wierć mi się, chłopak, nie wierć, bo już i tak mam przez ciebie mokry fartuch – skarciła go rozbawiona łaziebniczka, a Piotr zdębiał.

Dwie piersi – szkoda, że słabo oświetlone, gdyż żarówki pod sufitem łaźni świeciły raczej anemicznie – zawisły tuż przed jego nosem niczym planety, do połowy widoczne w półmroku dekoltu, a raczej kołysały się leciutko, drgały mimowolnie wzbudzane ruchem właścicielki, co świadczyło o ich jędrnej zwartości. Pod „planetami” obwisał stanik. Miseczki ledwie zasłaniały majaczące półkule, prawie zupełnie odsłoniły, to co ochraniały, jakby chciały powiedzieć – popatrz, jakie piękności są nam powierzone. Biust wisiał sobie, a stanik sobie. Nigdy nie widział tak dokładnie i tak intymnie piersi dorosłej kobiety; cycków jak wołali na nie: pogardliwie – rówieśnicy, tęsknie – starsi chłopcy i młodzi mężczyźni. Piersi nie wzbudzały dotąd zachwytów Piotra, ale te widziane z bliska, krąglutkie jak duże owoce, wyglądały niezwykle pociągająco, budziły zainteresowanie i chętkę, by coś zrobić. Po prostu wzywały do czynu. Chociaż nie ośmieliłby się zrobić czegokolwiek, to jednak w głowie zaroiło się od pomysłów, jak by tu się z cyckami bliżej zapoznać, lepiej je obejrzeć, sprawdzić ich gładkość i konsystencję w dotyku. Wszystko to przemknęło mu przez myśl w jednej chwili. Nie mógł oderwać oczu.

– Oj, Piotrusiu! Piotrusiu! Jak można kobiecie w dekolt zaglądać? Nie masz za grosz przyzwoitości, niedobry chłopcze – pogodnie dogadywała pielęgniarka. – Tak ci się podobają moje piersi? – Wstawaj, muszę ci umyć plecy. Niżej też cię oporządzę, bo chłopcy często się tam niżej nie domyją. Niejeden to brudas. Znam ja was, ananasów. – Nie uczyniła żadnego gestu, by zasłonić biust. Dopiero po chwili uniosła się i poprawiała coś pod fartuchem, widocznie luźny, nieco już wysłużony stanik, co nawet niedoświadczony chłopiec potrafił rozpoznać, przesunął się i uwierał.

– Całą mnie pomoczyłeś – stwierdziła. Rozpięła jeden guzik u góry i próbowała strzepywać wilgoć, wachlować zamoczonym fartuchem. Potem rozpięła jeszcze jeden i chłopiec patrzący kątem oka zauważył, że niemal cały biustonosz znalazł się na wierzchu. – Jestem mokra od góry do dołu. Jeszczem takiego niegrzecznego pacjenta nie miała. Powinnam chyba dać ci klapsika – pogroziła mu palcem.

Mówiła tonem starszej kobiety, jakby kogoś naśladowała, ale Piotr nie słuchał. Zmartwiał, bo od widoku piersi błogo i jeszcze cieplej mu się zrobiło w podbrzuszu. Tak jak wtedy, gdy wybałuszał oczy na tyłek, kiedy szykowała mu kąpiel. A tu znowu musi podnieść się, obudzonego ptaka na widok wystawić. Siostra z pewnością ponownie udzieli mu reprymendy. Spróbował wstać, podpierając się jedną ręką, a tą od strony pielęgniarki zasłaniając podbrzusze. Nieefektywna to jednak była tarcza, bo znowu kuśka mu napuchła i urosła do maksymalnych rozmiarów. Jedną ręką nie dał rady skutecznie się zasłonić. Jeszcze w trakcie unoszenia z wody, nerwowo dołożył drugą rękę, aby uczynić osłonę obszerniejszą.

– Nie chlap, chłopczyku! Czy ty to specjalnie robisz, czy co? – Dziewczyna lamentowała chwilę, bo wzburzona zbyt raptownym ruchem woda oblała jej fartuch i kolana.

Podniosła się na równe nogi z przykucniętej pozy i pochylona potrząsała połami ciasnego kitla. Rozpięła kolejne guziki, tym razem od dołu.

– Ty chyba chcesz mnie koniecznie zmoczyć, Piotrusiu. Żebym zdjęła fartuszek. Naprawdę niegrzeczny z ciebie łobuziak. Jak można… – Udała, że dopiero teraz dostrzega zasłaniającego się kurczowo chłopca. – Znowu? Nie zasłaniaj się. Przecież i tak widzę. Ten twój ptaszek… jak żołnierz. Stoi na baczność. I cały się ślini. A fe!

Komentarz brzmiał żartobliwie. Wachlowała energicznie dolnymi brzegami fartucha i zerkający nieznacznie Piotr widział w końcu majtki, a nawet był w stanie rozpoznać przebijającą się przez materiał ciemniejszą plamę. To musiało być owłosienie łona, osławiony kobiecy bóbr. Przełknął głośno ślinę. Mógłby się tak gapić bez końca, zwłaszcza, że w dole brzucha robiło się coraz przyjemniej.

– Muszę się porozpinać, bo cała jestem mokra. A ty bądź dżentelmenem i nie podglądaj. Najlepiej zamknij oczy! I odwróć się. Zaraz będę ci myć plecy.

Rad nierad chłopiec odwrócił się do ściany i czujnie nasłuchiwał odgłosów zza głowy.

– Nie odwracaj się. Zdejmę fartuch i położę go na kaloryferze, aby się podsuszył. Masz nie otwierać oczu, Piotrusiu. Przyrzekasz?

– Przyrzekam.

Myła go energicznie, komentując chudość.

– A teraz się pochyl. Umyję ci ten owłosiony tyłek. – Poklepała go łagodnie po półdupku. – Ładnie się pochyl i rozstaw nogi żebym miała dobry dostęp. Nie ma się co wstydzić. Mycie to normalna rzecz. Myje się niemowlaka, dzieciaka. Dorobisz się żony, to będzie cię myła, jak zachorujesz. A ty ją.

– Czasem kobiety w ciąży muszą leżeć, żeby nie poronić. I wtedy trzeba taką ciężarówkę myć od stóp do głów. Między nogami też, choć to nie zawsze przyjemne. Będziesz mył swoją żonkę, Piotrusiu? Nie będziesz się brzydził? – pytlowała wesoło za jego plecami.

– Nie będę – sapnął bez zastanowienia.

– To dobrze. Zawsze sobie to trzeba przed ślubem wyobrazić, Piotrusiu. – Zastanowiła się, głos spoważniał. – Mówię, że jak już będziesz duży, to nim się ożenisz, wyobraź sobie, czy będziesz potrafił swoją przyszłą myć, taką sfajdaną. Ślub to ważna rzecz. Ludzie obiecują być razem w zdrowiu i chorobie. Potem to już będzie za późno na zmianę decyzji. Jak się kocha to i do mycia pupy ukochanej osobie jest się gotowym. Tak? Będziesz pamiętał?

– Będę – przyrzekł na odczepnego Piotr, który słuchał piąte przez dziesiąte. Rozstawił nogi i pochylił się, opierając ręce o wyłożoną kaflami ścianę. „Co za wstyd!”

– Dobry chłopczyk.

Mycie wiadomo co spowodowało. Gdy go dotykała między pośladkami, łaskotała, dokuczała, jeszcze bardziej naprężył się „ptaszek”. Tak tę część ciała nazywali rodzice, takiego miana używała pielęgniarka, czasem koledzy. Oczywiście inne równoważne przydomki znał bardzo dobrze. Obok tych wulgarnych lub rzeczowych było jeszcze medyczne – prącie. „Ptaszek” jakby nie pasował do sterczącego, nabrzmiałego organu. Napęczniały narząd w ogóle z Piotrem nie współgrał, bo taki “nieusłuchany”, samowolny. Chłopiec zastanawiał się, jak dziewczyna może dotykać go w tak mało atrakcyjnym miejscu, jakim są pośladki, i jeszcze na ten temat żartować. Bawić się dotykaniem i jednocześnie sprawiać tyle radochy. Czy ona wie, że jest mu przyjemnie? Lepiej, żeby nie wiedziała, bo to jakoś tak mało honorowo czuć lubość, gdy dotykają cię koło tyłka.

Pielęgniarka gaworzyła żartobliwie za plecami. O jakiejś prostacie i o tym, że siostra Genowefa bardzo lubi oglądać młodych chłopców i na pewno go zbada. Kto to jest ta Genowefa? I co to jest prostata? To chyba jakaś medyczna nazwa ptaszka, dotąd mu nieznana. Ciekawe jak się bada ptaszka. Poczuł, że wzbudzająca zastanowienie, dotąd zwykła, teraz nagle tajemnicza, część ciała jeszcze bardziej się napręża.

– Jak tak stoisz pochylony, Piotrusiu, wszystko… – zachichotała. – No, prawie wszystko ci wisi. Można by cię, chłopczyku wydoić jak byczka. Ale ja wolę cię umyć jak stoisz przodem. Obróć się. Wiesz, dlaczego z przodu? Bo masz oczy jak cielaczek. Takie naiwne. Lubię patrzeć, co tam w tych cielęcych oczach widać. To takie dziwne. Na dole niezły już z ciebie byczek, a oczy jak u cielaczka. Wiesz? No, patrzcie. Naprawdę niezły już z ciebie byczek. Dorosły mężczyzna by się nie powstydził. Nie zasłaniaj!

Dojrzały facet może byłby dumny, ale Piotr mimowolnie się zakrył, a rumieńca na twarzy chyba też mu natura nie poskąpiła. Słów o dojeniu byczka nie zrozumiał. Nawet się nie zastanawiał nad ich znaczeniem, bo oczy skakały mu niczym oszalałe. Oto widział przed sobą prawie nagą kobietę. Miała na sobie tylko stanik i białe majtki podciągnięte do pępka. Ależ to ponętny dla oka widok. Zupełnie inny niż plażowe obrazki kobiet w może nawet bardziej skąpych dwuczęściowych kostiumach kąpielowych, które nazywano bikini. Ciemniejszy kontur owłosienia rysujący się pod majtkami pobudzał wyobraźnię.

– Chłopcze, miałeś mieć zamknięte oczy! Co z ciebie za dżentelmen? – zaprotestowała naguska z surowością w głosie. Najwidoczniej testowała na podopiecznym wszystkie swoje kobiece minki oraz grymasy, bo zaraz ponownie zachichotała: – Ależ masz minę, Piotrusiu. Mało ci te oczy cielaczka z orbit nie wyjdą. Podobają ci się moje piersi, chłopczyku?

– No, już dobrze, dobrze. Możesz nie zamykać. Ale żebyś mi nie rozpowiadał po szpitalu, o tym co widziałeś. Przyrzekasz?

– Przyrzekam – obiecał Piotr i oczy znowu wylazły mu z orbit, gdy pochłaniał widok.

Pielęgniarka przykucnęła, tak że znalazła się na wysokości brzucha chłopca. – Obmacamy skarby w twoim woreczku, Piotrusiu. Po prawdzie to wcale wcale ten woreczek, a skarby też wyglądają pokaźnie. Jak u dorosłego.

Pacjent z niedowierzaniem patrzył jak dziewczyna wyciąga rękę. Cofnął się odruchowo, wzbudzając kolejną falę wody, ale ona była szybsza i przycisnęła jądra do krocza zdecydowanym ruchem. Jęknął w duchu, omal nie chwyciwszy napastniczki za przedramię.

– Ciiiiii… no już dobrze, przepraszam. Nie bój się, cielaczku. Stój spokojnie, to nie będzie bolało. Jak się będziesz źle zachowywał, to naskarżę siostrze Genowefie. Ona nie takich jak ty przyprowadzała do porządku.

– Chodź mi tutaj bliżej, Piotrusiu, muszę ci jajeczka umyć. Zrobię to delikatnie. A ty masz być grzeczny. Prężenie ptaszka ci wybaczam, bo jesteś młodziutkim chłopcem, ale jakby ci się co innego przydarzyło, to nie chcę być w twojej skórze, jak cię Genowefa dopadnie. Wystarczy, że raz się dzisiaj popisałeś.

Myła powoli mosznę, mydliła ją trzy razy i spłukiwała dokładnie, mrucząc pod nosem, że ma spore jajka, i spory zarost tam na dole, a jemu było tak przyjemnie, że aż nie wiedział, co się z nim dzieje.

– Zarośnięty jesteś całkiem jak dorosły mężczyzna. Dawno ci włosy na podbrzuszu wyrosły, Piotrusiu? – dopytywała, a on z trudem odpowiadał.

– Teraz umyję ci tego drąga. Boże, jaki on wielki, ten twój ptaszek. Tak cię natura obdarzyła. Ho ho. Szczęśliwa będzie twoja żona. Hmm. Myślę, Piotrusiu, że tego już nie zniesiesz. Jajeczka masz takie nabrzmiałe, jakby miały pęknąć. – Objęła dłonią jądra, odciągając je nieco od ciała. – Trudno. Pozwalam ci jeszcze raz siknąć. Ale grzecznie. Podnieś ręce w górę i połóż na głowie. Nie wolno ci ich opuszczać, słyszysz? Niczego dotykać nie wolno! Mają być w górze cały czas. Ja sama się tobą zajmę jak należy, żebyś sobie siknął!

Potrząsnęła nagle ramionami, jakby ją coś załaskotało i piersi niespodziewanie wyskoczyły ze stanika na wolność.

– Ups. Za luźny mam staniczek. Już nie będę poprawiać, bo mam mokre ręce i bym go pomoczyła. Mam nadzieję, że ci widok nie przeszkadza. Chyba nie, co? Ptaszek aż płacze z radości. Łezki puszcza. Zaraz ci je wytrę, poczekaj. Podobają ci się moje cycki, nawet nie kłam, że nie, bo ja i tak znam prawdę – trajkotała, trochę bardziej zaczerwieniona. Czy to z powodu ciepła bijącego od kąpieli, czy to z powodu emocji, iż młody chłopiec widzi ją niemal w pełnej krasie.

– Ręce masz trzymać na głowie! Chyba nie chcesz mnie rozgniewać, Piotrusiu, żebym naskarżyła siostrze Genowefie?

Trzymając lewą ręką jądra we władaniu, wyciągnęła drugą dłoń i objęła chłopięcego członka przy nasadzie. Dziewczęce palce zacisnęły się bez szczególnego trudu, w pełni obejmując obwód ptaka, ale nie omieszkała podkreślić przesadnie rozmiarów tej części ciała Piotra, w czym (w przesadzie) była w łaźni konsekwentna, przez cały czas, który tam razem spędzili.

– O mój boże, ale wielki ten twój ptaszek, Piotrusiu. Ledwo mogę go objąć. Ja nie wiem jak on się zmieści… hmm. A jaki twardy. Czuję, jak ci w nim krew pulsuje, Piotrusiu. Ojej, chyba ci strasznie serce wali. Aż muszę sprawdzić, czy ci z piersi nie wyskoczy, biedaku. Zaraz do ptaszka wrócę, nie martw się.

Pielęgniarka uniosła się na proste nogi i stanęła przed pacjentem.

– Ale się zagapił, mój cielaczek. – Pomachała mu palcem przed oczyma. – Tu jestem, chłopczyku. – Przyłożyła rękę do chudego tułowia chłopca i wczuwała się przez moment w pracę serca, które rzeczywiście waliło dużo szybciej, niż powinno. – Patrz mi w oczy przez chwilę. Na cycki jeszcze się napatrzysz. Przecież ci pozwoliłam. No, Piotruś, popatrz na mnie tymi cielęcymi oczami. Taki nieśmiały z ciebie chłopiec, a ja dzisiaj chcę ośmielić chłopczyka.

– Podobają ci się? – pytała z miłym uśmieszkiem i w zasadzie nie oczekiwała odpowiedzi, bo widziała ją w oczach podopiecznego.

– Tak. Podobają – zebrawszy się na odwagę, bełkotliwie wystękał pacjent, zakłopotany wymianą spojrzeń.

– O, w końcu przemówił, mój cielaczek i się przyznał. Daj mi rękę – rozkazała i nie czekając na reakcję, chwyciła go za przedramię.

– Dotknij. Przekonaj się jakie są ciepłe i jędrne. Pewnie nigdy nie miałeś okazji sprawdzić. Co? Dotykałeś kiedyś?

– Nie dotykałem. – Męczył się Piotr, nie wiedząc jak dziewczynę tytułować. Bo wołać siostro jakoś nie wypadało, a pani też nie chciała mu przejść przez gardło.

– No to masz okazję. Wykorzystaj ją – zachęcała. – A umiesz rozpiąć stanik? Jest przemoczony, tylko przeszkadza. Podsuszyłabym go na kaloryferze.

Skoro chłopiec w ciemno potwierdził, kazała mu się rozebrać, zachowując całkowitą bierność i zmuszając go do nieśmiałych dotknięć, a to jednej ręki, a to drugiej, żeby zsunąć ramiączka i oswobodzić ciało z mokrej części bielizny. Zagapił się na jej tyłek, czego pielęgniarka musiała się domyślać, odwracając głowę z uśmiechem i łaskocząc go rozpuszczonymi pod czepkiem włosami, aż owionął chłopca świeży zapach szamponu.

Tak się zagapił, że stanik osunął się na mokre kafelki łaźni.

– Oj, ale z ciebie gapcio, Piotrusiu. Gapisz się na moją pupę i świata poza nią nie widzisz. – Zakołysała biodrami i nagle pochyliła się, aby podnieść bieliznę. Ruch był zaskakujący. Nim zdążył zareagować, raptownie zderzyła się pośladkami z jego sterczącą chłopięcością. Zamarła zgięta w pół i odwróciła głowę. Minę miała ni to oburzoną ni to uśmiechniętą. Najwyraźniej zbytkowała sobie z chłopca.

– Oj, Piotruś! Dźgnąłeś mnie swoim drągiem, ty niedobry! I to gdzie. Nie dotyka się kobiet TU… bez pozwolenia. Ale się przestraszyłam. Ładnie to tak? – zaprotestowała. Musiała być bardzo wygimnastykowana, bo wytrzymała dłuższą chwilę niemal w pół zgięta, z wyprostowanymi kolanami i wcale nie próbowała odsunąć tyłka od krocza chłopca. Zakłopotany pacjent próbował odchylić delikatnie podbrzusze, ale dziewczyna jeszcze bardziej się wypięła i utrzymała kontakt z chłopięcym przyrodzeniem. Figi wypuczyły się w kroku, odwzorowując ciało, które skrywały. Głównie zaintrygowały jakby dwa spore wałeczki – tak pomyślał, bo pamiętał z przedszkolnych lat zabawy w lekarza. Koleżanki miały między nogami szparki otoczone tłuściutkimi, różowymi fałdkami.

– Wiesz, że to niegrzecznie straszyć dziewczyny? Każda by się przeraziła takiego drąga. Jak sobie pomyślę, ile byś mi szkód mógł narobić. Aż mnie ciarki przechodzą, gdy sobie to wyobrażę. Strasznie pobudzasz moją wyobraźnię, cielaczku.

Piotr też wyobrażał sobie co nieco, błogo przytulony do pośladka. Już nie próbował się odsunąć, zachwycony, gdy dziewczyna zakołysała biodrami i pocierała jego chłopięcość figami. Nagle przestała.

– Co ja z tobą mam! Całe majtki mi zabrudziłeś, Piotrusiu – stwierdziła z wyrzutem. Wyprostowała się, a on odkrył ze zgrozą, że materiał na tyłku dziewczyny jest oblepiony śluzem, który ciągnie się cienkimi nićmi między jego jurnym ciałem a figami. Dziewczyna nie pozwoliła mu zareagować. Obróciła się twarzą w twarz i patrzyła mu z przyganą w oczy. Przez chwilę dał się zwieść i pomyślał, że jest rzeczywiście niezadowolona, ale jej twarz znowu rozjaśniła się w ciepłym uśmieszku, nieco drwiącym.

– I co teraz? Nie patrz na mnie cielęcymi oczami, tylko powiedz! Przecież specjalnie mi to zrobiłeś. Mam chodzić w brudnej bieliźnie? A może mi ją upierzesz? – patrzyła mu w oczy.

– Hi hi hi. Taki sterczący możesz służyć jako wieszak.

Nim się zorientował, zawiesiła biustonosz niczym na haczyku na jego hardo wystającym członku.

– Upierzesz, Piotrusiu? Mam ściągać majtki? Nie zrobisz mi krzywdy tym swoim okropnym drągiem. Boję się go, Piotrusiu. – Podkreślała mimiką swój niby lęk. – Obiecaj, że mi nic złego nie zrobisz!

Nie rozumiał obaw pigułeczki. Przecież on kobiet nawet kwiatkiem by nie skrzywdził. Jedynym niegodnym dobrego chłopca czynem, którego się świadomie dopuszczał, było zaglądanie przy każdej nadarzającej się okazji pod sukienkę napotkanej pani i próba wypatrzenia jakie majtki nosi delikwentka.

Piotr obiecał machinalnie, że będzie grzeczny, i stał ogłupiały, nie wiedząc, co ma z sobą zrobić.

– Masz takie przerażone oczy, ty mój cielaczku. Nie zrobisz mi krzywdy tym drągiem, prawda? Tak ci dobrze z oczu patrzy. Chyba dobry chłopiec jesteś, tylko trochę niegrzeczny? Jak będziesz posłuszny, nauczę cię… – nie dopowiedziała, ale wzrok pielęgniarki był przyjazny i zdawał się coś miłego obiecywać. Stroiła dziwne miny, oblizywała wargi, robiła nimi ciup, jakby go całowała. Czuł, że powinien coś zrobić, chociaż coś powiedzieć, ale nie mógł wydobyć głosu.

– Słodziutki jesteś, Piotrusiu. Wiesz jak na mnie działasz, chłopczyku? Schrupała bym cię, jak ciasteczko – wyszczerzyła zęby i kłapnęła nimi w sposób, który wydał się chłopcu uroczy i nieprzyzwoity jednocześnie.

– Stój grzecznie, umyjemy ci tego brudnego i zaślinionego drąga. A potem może pozwolę ci… Takiego dużego chłopca trzeba już zacząć uczyć, jak ma się obchodzić z kobietami. Bez nauczycielki wyrośnie na łobuza. Chcesz się uczyć, Piotrusiu?

Pacjent intuicyjnie odgadnął, że propozycja obiecuje miłe doświadczenia. Przytaknął. Oczywiście, że chce się uczyć od tej miłej siostry. Może pigułeczka pozwoli mu jeszcze dotykać swoje krągłe piersi. Albo mu pokaże, co skrywają figi. Boże, co to by była za rewelacja.[cdn]

Powyższą scenę z pielęgniarką odtwarzał w wyobraźni przez wiele chłopięcych i młodzieńczych lat. Ewoluowała i zmieniała się z każdym doświadczeniem. Trochę, zwłaszcza o oczach, dorzuciła Zośka (ona pierwsza o cielęcych oczach i zachodzeniu mgłą mu mówiła), coś tam z ciepła i serdeczności wziął od małej, o higienie dopowiedział pamiętnej nocy na koloniach Witek. W młodości często odgrywał ten wymarzony scenariusz: powrót do czasów inicjacji, naiwności, najmocniej przeżywanych fizjologicznych uniesień. Podczas wspominania najwolniej jak potrafił bił konia – tak masturbacyjny proceder nazywali wiejscy chłopcy w podstawówce. A on wtedy jako naiwny młodziak nie bardzo rozumiał, o co chodzi z tym często przywoływanym w rozmowie „biciem konia”. Widział nie raz i nie dwa brutalne sceny, gdy woźnica z wściekłością chłostał pociągowego człapaka batem, a biedne zwierzę szczerzyło zęby i wydawało dziwne, chrapliwe dźwięki. To były okrutne, głęboko zapadające w pamięć, epizody, nijak się kojarzące z praktyką rozładowywania seksualnego napięcia.

Wkładał do ulubionego scenariusza wiele z tego, co lubił sobie wyobrażać. I kobiece ciepło, i chłopięce albo obustronne zawstydzenie. Błogie słowa podziwu, że taki fajny, duży fiutek, bo przecież miał zwykłego, przeciętnego, ale to przecież dla wkraczającego w wiek męski młodzieńca miłe, gdy kobieta chwali i podziwia. Dosmaczał onanistyczną bajeczkę szczyptą kobiecej dominacji, skutkującej upokorzeniem podczas intymnego badania. Tak było przez jakiś czas póki bardziej nie dojrzał. Później ulubiony scenariusz odgrywany w wyobraźni podczas „bicia konia” – przecież nie przestaje się tego robić prawie nigdy – dojrzał jednak do zamiany ról: to mężczyzna był dominatorem, a kobieta chciała, lecz nie mogła się oprzeć i ulegała.

Coś z tych ulubionych scen miało też wpływ na jego ars amandi. Mycie kobiecego tyłka. Wielu kobietom to robił. Dlatego, że jeśli do kobiet podchodził, czynił to z nadzieją. Wyłączając oczywiście przygody, prostytutki i jedną jedyną kochankę, która mu się w życiu trafiła. Kochanki intymnie nie obmył, co jest znamienne, a i sam tylko raz poprosił ją o pomoc przy myciu pleców, gdy u niej nocował.

I pomyśleć, że każda kobieta ma w życiu człowieka – także w seksualnym aspekcie – swoją rolę. Na starej babce uczył się myć kobiece plecy. Potem życie przyniosło mu młodą, pełną temperamentu Zośkę i kolejne praktyczne nauki. A potem w kostnicy widział zupełnie nagie już ciało babki – starej kobiety i uświadomił sobie kolej rzeczy. Weźmiesz ładną atrakcyjną dziewczynę za partnerkę, a po wielu nocach jej ciało nieuchronnie zmieni się w obwisłą, pomarszczoną zwiotczałość. Jesteś na to gotów? Lepiej się gdzieś w czubku głowy, na peryferiach radości i pożądania, gotuj i do nieubłaganej sytuacji. Nie zaszkodzi przeprowadzić próby i umyć kobietę, z którą wiążesz nadzieję. Ot tak dla upewnienia się, że jesteś do tego zdolny. I że ona o tym wie.

Przejdź do kolejnej części – Mam do nich słabość – część II

——————

Tekst chroniony prawem autorskim. Opublikowany w witrynie najlepszaerotyka.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i publikacja w innej witrynie bądź przedruk tylko za zgodą autora.

Późniejsze przygody Piotra zostały opisane w cyklu o Elżbiecie. Tutaj link – Elżbieta I Początki

[i] Ulubiona książka autora i jego bohatera – Piotra. W okolice Morza Śródziemnego i czasy starożytne (co prawda kilkaset lat późniejsze) przenoszą czytelnika także opowieści tutejszego twórcy, Megasa Alexandrosa. Np. cykl Opowieści Helleńskie [link do pierwszej części].

[ii] Serię opowiadań o Panu Samochodziku stworzył Zbigniew Nienacki. Na portalu znajduje się erotyczny pastisz młodzieżowej serii zatytułowany Pan Samochodzik i Złoty Orzeł [Link do opowiadania] napisany przez autora o pseudonimie Seaman.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Witam serdecznie!

Muszę przyznać, że zdecydowanie bardziej lubię tego młodego, niedoświadczonego, pełnego marzeń i fantazji Piotra, niż jego starszą i dojrzałą wersję znaną z cyklu "Elżbieta".

Opowiadanie podoba mi się zwłaszcza w części wspomnieniowej, natomiast nie jestem przekonany do jego struktury jako całości. Ta retrospekcja/fantazja jest tak obszerna że zdominowała cały tekst. Właściwie nie dowiadujemy się nic o wspomnianej w pierwszym akapicie Marzenie. Znika z naszego horyzontu, wyparta przez swe dawniejsze koleżanki. Jeśli to opowieść szkatułkowa, to mam nadzieję, że w następnej części poznamy dalsze losy Marzeny i przekonamy się, czy bohater faktycznie ją "przeleciał".

Pozdrawiam
M.A.

Megasie, masz całkowitą rację, krytykując konstrukcję. Mamy tu opowieść typu: dwie w jednym. Jedni mogą czytać początkowy fragment, drudzy końcowy. Co kto lubi. Ot, taki eksperyment. Niezależnie od tego czy udany czy nie, nauka z tego będzie jakaś. Miałem nawet napisać dwa zdania komentarza na wstępie wyjaśniając, dla kogo są poszczególne części. Ale stwierdziłem, że to byłaby arogancja 🙂

Napisz komentarz