Za ciężkimi ciemnymi drzwiami (MRT_Greg)  4.21/5 (394)

29 min. czytania

Ilustracja Autora

Deszcz lał nieprzerwanie od rana. Ciężkie, zimne krople, jak miniaturowe bomby, atakowały przechodniów, zmuszając ich do szybszego kroku. Głębokie kałuże na nierównym chodniku, niczym tyczki na slalomie gigancie, rzucały wyzwanie śmiałkom, którzy próbowali biec na skróty. Niekiedy bezpieczna płaszczyzna okazywała się być groźna pułapką, gdy podmyta płytka zapadała się pod ludzkim ciężarem. Niejeden zaklął siarczyście, gdy niemal przed metą, lądował po łydki w dziurze. Oczywiście były dwa miejsca, które niezależnie od pogody lśniły czystością: trotuar przed konsulatem rosyjskim oraz fragment chodnika przed niepozornymi drzwiami do kamienicy przy ulicy Krowoderskiej. Reszta placu Biskupiego płynęła bystrym nurtem. Ulice otaczające skwerek wytyczały koryto nowopowstałej rzeki, całkowicie ignorującej porządek ruchu drogowego. W miejscu, gdzie rozgałęzienie ulicy Biskupiej schodziło się w jedną ulicę, rzeka zamieniała się w rwący górski strumień, który pędził dalej w dół, zabierając ze sobą wszystko, co nieuważnie znalazło się w jego zasięgu. Wściekle różowy Smart ForTwo, na którym skupiła się agresja nurtu, stał w poprzek jezdni, niebezpiecznie chybocząc się na kołach.

Ambroży przez chwilę analizował zdarzenie, jakby oczekując, że lada chwila to niewielkie autko przewróci się w końcu na bok. Rozejrzał się wokół, szukając kogoś, kto choćby wzrokiem potwierdzi jego przypuszczenia, jednak nikt z przechodniów nie wykazywał zainteresowania zjawiskiem. Mijali go w pędzie, ignorując zupełnie. Wręcz źli, że stoi na samym środku, blokuje jedyną suchą drogę ucieczki przed nawałnicą. Gdyby choć na moment przystanęli, to zapewne też zaskoczyłaby ich jego zupełnie obojętna postawa. Jak gdyby deszcz nie robił na nim żadnego wrażenia.

Nie doczekawszy się niczyjej reakcji, Ambroży ruszył dalej przed siebie. Co chwila zerkając wstecz – Smart zaczynał kolejny piruet – podążał w jasno określonym celu. Mijając białego dostawczaka, usłyszał za sobą potok gniewnych przekleństw. Wąskie przejście – samochód stanął tak, że zostało miejsca co najwyżej na jedną osobę – uniemożliwiało wyprzedzenie.

– Jak się człowiek spieszy… – mruknął do siebie, przepuszczając młodego mężczyznę w kapturze.

Ten, gdy tylko wyprzedził staruszka, przyspieszył kroku. Chwilę potem znalazł się na wysokości luki między parkującymi autami. Pędzący ulicą masywny pickup wpadł w potok, wzbijając ścianę wody. Brejowata kaskada przyozdobiona piaskiem i szarą pianą spadła z impetem na młodzieńca.

– … To się diabeł cieszy – zakończył pan Ambroży, mijając nieszczęśnika, opartego o mur odgradzający ulicę od zabudowań Zgromadzenia Sióstr Urszulanek. Ani myślał pomóc chłopakowi. Pokiwał tylko z politowaniem głową, nie przerywając swojego marszu.

Drewniany pochwyt laski ślizgał się między palcami, grożąc utratą potrzebnej podpory. Musiał zatem skupić uwagę na zachowaniu równowagi i równomiernym dociążeniu nóg. Zdawał sobie sprawę, że w tym tempie, nim dojdzie do celu, deszcz przemoczy go do suchej nitki. Już teraz chłód poważnie zagrażał jego misji. Nie zamierzał jednak rezygnować. Przemierzył już połowę drogi. Rezygnacja w tym momencie oznaczała nie tylko prawdopodobieństwo przeziębienia ale – co gorsza – wieczór spędzony w samotności. Nie miał już na to ochoty.

W końcu, po blisko kwadransie walki z rozchwianiem i innymi starczymi dolegliwościami, dotarł do przejścia dla pieszych. Samochody gnały przed siebie. Nikt nie dostrzegał samotnej postaci stojącej na chodniku.

– Mi się nie spieszy – mruknął Ambroży do siebie. – Ja poczekam. Czekanie wzmaga apetyt.

Dojrzał przerwę w potoku wozów i ruszył do przodu. Zielony Mustang, który wyjechał zza rogu, zahamował gwałtownie. Śliska nawierzchnia sprawiła, że sunął jeszcze jakiś czas, nim zatrzymał się tuż przed mężczyzną. Ambroży przystanął i odwrócił się zaskoczony. Uśmiechnął się łobuzersko, delektując oczy piękną sportową sylwetką auta. Pomachał do kierowcy. W odpowiedzi ujrzał jego czerwoną ze złości twarz, i usta wykrzykujące obelgi. Nie musiał otwierać okna, by być słyszalnym. Mimo to Ambroży nadstawił ucha.

– Słucham? – spytał skrzekliwie.

Udając jeszcze bardziej zniedołężniałego, niźli był, pochylił się nad maską i przyłożył dłoń do ucha. Zastygł w bezruchu. Każdy inny na dźwięk klaksonu podskoczyłby jak oparzony. Ambroży słuch miał nieco przytępiony i choć donośny klang dotarł do końcówek nerwów, udał, że nadal nic nie słyszy.

– Nie wiem, o co mu chodzi – zagadał do przechodzącej obok kobiety.

– Chyba chce, żeby pan zszedł z jezdni – odpowiedziała mu z uśmiechem.

– Aaach – udał zaskoczonego. Rozejrzał się wokół, po czym pacnął dłonią w czoło – Faktycznie!

Mężczyzna w mustangu opadł bez sił na kierownicę. Kątem oka jednak obserwował przemieszczającego się powoli staruszka i gdy tylko nadarzyła się okazja, ruszył z piskiem opon.

– Jak się człowiek spieszy… – mruknął Ambroży nadstawiając ucha. Nie musiał długo czekać. Z szyderczym grymasem na ustach, pokiwał głową – głupie to takie. Zaraz… co to ja miałem? Aha.

Stanął przed drzwiami i uniósł mosiężną kołatkę. Nieco zdziwiony jej obecnością zastukał lekko. Chwilę potem zgrzytnęła zasuwka judasza, a zza drzwi doszedł go gniewny pomruk.

– Zaś nie tu – skarcił się sam, po czym dodał zdecydowanie głośniej: – Przepraszam. Przepraszam. Ja tu obok. Pomyliłem się.

Burkliwa odpowiedź cichła z każdą sekundą, gdy poirytowany dozorca oddalał się do swojego lokum.

– Chłopie! Weź się w garść! – Ambroży ofuknął się. – Jak nie możesz trafić w drzwi, to czego oczekujesz tam? Stary i głupi. Trzeba było siedzieć w domu i przeglądać świerszczyki. Ręką jeszcze trafisz w odpowiednie miejsce. W dodatku trzęsącą, to i nawet nie musisz myśleć przy tym specjalnie. A jak ci nie stanie, to zwalisz winę na poklejone strony…

– Panie Ambroży!

Głos jak z nieba spłynął na niego niespodziewanie. Uniósł wzrok ku górze. W drzwiach kamienicy stała szczupła, elegancko ubrana kobieta. Biurowa garsonka zarzucona na białą bluzkę skutecznie kryła pełne piersi, a stylowa spódnica w kratę sięgała zaledwie za kolana, odsłaniając zgrabne łydki.

Mężczyzna westchnął onieśmielony. Podparł się na poręczy i postawił nogę na pierwszym stopniu. Kobieta zeszła do niego i pomogła mu się wtarabanić do środka.

– No, nie! – pulchna matrona, stojąca w przejściu między sienią a przestronnym holem, podparła się pod boki rękami i pogroziła staruszkowi w udawanym gniewie. – To już jest przesada! Trzeci raz dzisiaj!

Ambroży, który właśnie odkładał kapelusz na półeczkę nad wieszakami, zastygł z ręką wzniesioną ku górze. Nakrycie głowy, stłamszone i przemoknięte, wyglądało jak zdechły psiak.

– Ch… – w udawanym zaskoczeniu zasłonił dłonią usta. Spojrzał na nią uważnie. – Rzeczywiście. Patrzcie no! Przez tę sklerozę, to ja bym się na śmierć zadupczył.

Cichy chichot dobiegł go zza pleców kobiety. Ta podeszła do niego tanecznym krokiem, po czym pomogła zdjąć palto.

– Taki ogier jak pan, panie Ambroży? – uśmiechnęła się filuternie.

Chichot przemienił się w głośny śmiech. Ambroży zerknął w tamtą stronę. Mężczyzna około trzydziestki, dobrze zbudowany… Ba! Aż za dobrze! Ambroży skrzywił się na widok rozrośniętej klatki piersiowej, przechodzącej bezpośrednio w głowę. Pozostali oczekujący stanowili zupełne przeciwieństwo osiłka. Ubrani w modne ciuchy, poszarpane spodnie i neonowe trampeczki przedstawiali styl mężczyzny, którego jeszcze bardziej nie cierpiał. Taki pizduś-plastuś, jak ich nazywał: „Ojejku! Ale masz super foona, ja też chcę takiego”.

Rozejrzał się wokół i nie widząc innego wyjścia, przysiadł na skraju otomany w sąsiedztwie osiłka. Mężczyzna bez mrugnięcia okiem wlepiał wzrok w Ambrożego.

– Mam coś na czole – spytał staruszek. Bezkarczek potrząsnął przecząco głową. – To może rozporek rozpięty? Wie pan, czasem mi się tak zdarza. Zrobię siusiu i zapomnę go schować i potem idę po mieście z zaganiaczem na wierzchu, a kobitki uciekają w popłochu…

Osiłek ryknął śmiechem. Łzy mu płynęły z rozbawienia. Aż się zakrztusił. Spojrzał w kierunku przedstawicieli dżender, lecz bezmyślny wyraz ich twarzy zniechęcił go do zaczepki.

– Się nie dziwię, pewnie jest cienki i pomarszczony. Wie pan? Jak kabanos – osiłek pomachał niedwuznacznie zwisającym paluszkiem.

– A skąd – Ambroży machnął ręką. – Panie, jak byłem w miejskim szalecie, to wszedł taki jeden, trącił mnie i mi mówi: „Przepraszam”. A ja do niego: „I cóż mi z twojego przepraszam? Pół godziny go szukałem a ten wziął i wytrącił!”

Zaśmiali się obaj.

– Ja miałem inną sytuację – nachylił się do Ambrożego i kontynuował, gestykulując wymownie. – Leję sobie pod murem, a tu idą dwa psy. Wiesz pan, jakie? No, i podchodzą do mnie i mówią: „Obywatelu! 50 metrów dalej jest toaleta publiczna”. A ja do nich: „Panowie! Ale ja aż tak długiego to nie mam!”

Ambroży zaśmiał się gardłowo.

– Ja pierdolę – dobiegło ich z sąsiedztwa. Pizduś przekręcił się na drugi półdupek, nie odrywając oczu od wyświetlacza smartfonu.

Ambroży zerknął ponad ramieniem swojego rozmówcy. Ten również przeniósł wzrok na młodzieńca.

– Drogi panie kolego, – Ambroży przybrał niewinny wyraz twarzy – żeby pierdolić, to trzeba dupą ruszać. O! A propos! – wykrzyknął w stronę osiłka. – Wnuk się mnie pyta kilka dni temu: „Dziadku, co mam kupić dupie na walentynki?” „Jak to co?” Odpowiadam. „Papier toaletowy.”

Holl wypełnił się śmiechem. Dziewczęta stojące na balkonie, pomachały do Ambrożego.

Kobiet, która właśnie zmierzała w stronę siedzących, zatrzymała się wpół kroku i wykrzywiła usteczka w anielskim uśmiechu.

Osiłek rozejrzał się wokół.

– Wie pan, co? – zagadnął staruszka. – Mam wrażenie, że w tym akwarium pojawił się prawdziwy rekin.

Ambroży spąsowiał nieco, zaraz jednak, dostrzegając znajomą twarz w kącie sali, odzyskał wigor.

– Niech się pan nie przejmuje – szepnął Ambroży, usiłując podnieść się z kanapy. – W towarzystwie neonków nawet szydlik byłby drapieżnikiem.

Byczykark pomógł mu stanąć do pionu.

– Niezły z pana ancymon – rzucił mężczyzna na odchodnym.

Ambroży przystanął zaskoczony słowem, którego dawno nie słyszał. Jego pierwotne odczucie okazało się być nietrafione. Osiłek okazał się być naprawdę ciekawym człowiekiem.

– Panie Ambroży, jak będzie pan tak co chwila przystawał, to nigdy nie dojdziemy. Do pokoju – dziewczyna dodała szybko, łapiąc mężczyznę od rękę.

– Z tobą, moja droga, dojdę zawsze.

– Wiem – zaśmiała się dźwięcznie.

Jak większość dziewcząt domu madame Bouchaux, Natasza dysponowała nie jednym pokojem, lecz całym mieszkaniem. Usytuowane na parterze miało wyjście do niewielkiego ogródka, zamkniętego z czterech stron wysokimi ścianami kamienic. Studnia – jak ją nazywał Ambroży – była prawdziwą zieloną oazą pośród betonowego otoczenia. Wiotkie pędy winorośli, jeszcze drobne i cienkie, pięły się po płaskiej ścianie, jak gdyby ignorując brak jakiegokolwiek podparcia. Potrafiły wykorzystać mikropęknięcia tynku, by wniknąć tam malutkimi wąsami czepnymi. Dno tej studni porastał mięciutki trawnik poprzerastany kępkami ozdobnych mchów. Oprawę stanowiły cieniolubne paprocie. Odpowiednio nawadniane, czuły się tu wyśmienicie, odwdzięczając się swojej ogrodniczce pyszną zielenią, zdobną w ciemno fioletowe kwiaty. Rój kolorowych, egzotycznych motyli kłębił się ponad wszystkim, sięgając aż trzeciego piętra, gdzie gdzie kończyła się woliera.

Na tę specyficzną oazę w betonowej dżungli wychodziły okna kuchni, łazienki i pokoju gościnnego dziewczyny. Do saloniku umieszczonego od wschodu, można było dostać się pod schodami, prowadzącymi na kolejne kondygnacje kamienicy. Niewielkiego wzrostu Ambroży, nie miał z tym żadnych trudności. Natasza musiała się nieco pochylić.

Pierwsze minuty spotkań były zawsze takie same. Siedział, w milczeniu przyglądając się, jak nalewa wodę do czajnika i zapala gaz. Wyjmowała kubki z szafki, zasypywała je liśćmi herbaty i zalewała wrzątkiem.

Umeblowanie tego pomieszczenia przedstawiało typowy rustykalizm. Biały „babciny” kredens łączył się z ciągiem szafek, zakręcając pod okno. Drewniany stół stał po środku, tuż pod lampą z płóciennym abażurem. Bladożółte, przyćmione światło, tworzyło przyjemną, ciepłą atmosferę. Ściany w beżowej, pastelowej tonacji dawały poczucie miękkości i nostalgii za dawnymi czasami.

Czasem, częstując się ciasteczkami, siedzieli naprzeciw siebie, opowiadając historie swojego życia.

On o dorastaniu w trakcie wojny, o dorosłości, gdy reżim sowiecki okazał się być bardziej morderczy niż nazistowskie gestapo. O latach spędzonych z kobietą, która stanowiła kwintesencję jego istnienia, o bólu rozstania, gdy ukryta choroba zabrała mu jedyną radość życia. O próbie dostosowania się do nowej rzeczywistości i dniach spędzanych samotnie w mieszkaniu, wciąż wypełnionym jej zapachem.

Opowiadał dziewczynie to wszystko z uśmiechem na ustach, roniąc łzę tylko raz.

– Jestem szczęśliwym i spełnionym człowiekiem. Dostałem od życia wszystko to, czego pragnie każdy z nas. No, może prócz koszmaru wojny, ale… ona wpisuje się w krajobraz mojego jestestwa. Bez niej prawdopodobnie byłbym innym człowiekiem. Może już dawno by mnie nie było na świecie…

Uśmiechała się wtedy, podpierając brodę na ręce. Długie włosy spadały na czoło. Niczym czuły ojciec odgarniał je ręką, muskając przy okazji policzek dziewczyny. Chwytała go za dłoń, tą szorstką, poznaczoną bliznami przeszłośc,i i składała na niej ciepły pocałunek. Wzdrygał się przy tym, czując przyjemność, jaką może odkrywać tylko człowiek, który już wszystkiego w życiu doświadczył. Czasem zostawali w tym miejscu: na twardych niewygodnych krzesłach snuli swoje opowieści, najczęściej jednak przesiadali się na kanapę stojącą w korytarzu. Tam, pod nikłym światłem kinkietu, kontynuowali pieszczotę.

Niczym niewidomy, opuszkami palców przebiegał po jej gładkiej skórze, badając każdy załom i płynność linii. Gdy docierał do ucha, nachylał się i całował jego płatki. Wtedy wzdychając lekko, przygryzała wargę. Drażnił swym szorstkim zarostem jej delikatną skórę szyi, zatapiał się w jej włosach, chłonąc ulotny zapach jaśminowego szamponu. Odchylała głowę, odsłaniając dekolt. Delektował się tym pysznym widokiem. Miała pełne piersi, miękkie i soczyste. Rozpiąwszy guziki koszulki, ważył każdą z nich w dłoni, jak gdyby sprawdzając, czy nic się nie zmieniło od czasu ostatniej wizyty. Palcami wyczuwał blizny biegnące u dołu. Niemal identyczne. Nieme świadectwo okrutnego losu.

Jej krótkie życie również wypełniała wojna. Fragmenty wspomnień z dzieciństwa porwane ogniem czołgów, wojsk dysydentów przejmujących Krym. Pocięte obrazy życia naznaczone gwałtem i cierpieniem.

– Rosyjski watażka wszedł do naszego domu. Spojrzał na moich rodziców siedzących przy stole, na mnie i moje rodzeństwo stłoczone pod ścianą. A potem wciągnął pistolet i z zimna krwią strzelił mojemu ojcu prosto w głowę. Matka zerwała się z krzesła. Pchnął ją na ścianę i strzelił. Dwa razy w brzuch. Patrzył jak cierpi, wykrwawia się. Na oczach jej dzieci. Mama w ostatnim geście rozpaczy chwyciła za pogrzebacz. Strzelił jej w twarz. Potem z pomocą żołnierzy wyciągnął mnie i rodzeństwo na dwór i tam strzelił każdemu w tył głowy. Jak morderca NKWD. Mnie oszczędził, choć w kolejne dni modliłam się o śmierć. Wracał z wojny, brudny, zbrukany krwią i rzucał się na mnie. Gdy walczyłam, bił mnie do utraty tchu. Torturowana szybko traciłam siły do obrony, łapał mnie wtedy za dziewczęce jeszcze piersi, zgniatał swoimi łapskami, śmiejąc się gardłowo. – Jesteś moją dziwką! – Krzyczał – moją małą kurewką. Dotykał mnie tam. Niekiedy przesuwał palcem po szczelince, usiłując mnie podniecić, a gdy to nie pomagało, nachylał się i lizał. Połykał mnie, sięgając językiem do mojego wnętrza. Przygryzał płatki sromu, testując moją dojrzałość. Bywało, że zrywał ze mnie ubranie i, przywiązawszy  do łóżka, napawał się widokiem mojej bezbronnej nagości. Pod piersiami przeciągał mi drut kolczasty, żebym nawet nie próbowała się poruszyć. Ściągał wtedy spodnie w dół i robił sobie dobrze, strzelając spermą na moje ciało. Nachylał się nade mną, wyciskając ostatnie krople do moich ust.

Delektował się moją słabością, odsuwając cały czas moment, kiedy mnie wreszcie posiądzie. Nie wiem, co nim kierowało. Może podniecała go sama dominacja, może jakiś wewnętrzny głos sumienia nie pozwalał mu mnie zbrukać. Nigdy się tego nie dowiedziałam.

– Każdy ma swojego diabła – mruknął Ambroży, zatopiony we własnych wspomnieniach. – Ja urodziłem się nieco przed II wojną światową. Dorastałem w cieniu messerschmittów, hartowałem w huku dział. Moi rodzice zginęli zaraz w pierwszych jej dniach. Nie zaznawszy z ich strony zbyt wiele miłości, nie potrafiłem jej okazać nikomu. Błąkałem się jakiś czas samotnie po lasach, zjadając, to co znalazłem. Z czasem, spragniony czegoś pożywniejszego, zacząłem polować. Któregoś razu, gdy piekłem nad ogniskiem zająca, przyłapali mnie polscy partyzanci. Ha! Dumna nazwa. Obdartusy i hultaje niewiele starsi ode mnie, przed wojną typowe szkolne rozrabiaki, w trakcie jej trwania mordercy i bandyci. Gdy przez nasz kraj przetoczyła się hitlerowska maszyna wojenna, grabili to, czym Niemcy pogardzili. Wśród niektórych z nich dostrzegałem tego samego diabła, który pchał okupantów do kolejnych bojów. Mieli pusty wzrok i zimne serce. Strzelając do człowieka, dźgając go nożem lub po prostu dusząc gołymi rękoma, nie odczuwali żadnych emocji. Wśród nich był jeden, który z czasem zaczął dostrzegać karygodność zachowań. Usiłował wpłynąć na nich tłumacząc, że to Niemcy są wrogiem, byśmy nie znęcali się nad naszymi rodakami. Kpili z niego, do czasu nieoczekiwanego spotkania.

Drogą przez las jechał samochód. Miał odkryty dach, więc widzieliśmy kto siedzi we wnętrzu. Krew się w nas gotowała, gdy spoglądaliśmy na idealnie skrojone mundury niemieckich oficerów. Śpiewali coś, gardłowym głosem wykrzykując przekleństwa. Rozróżnialiśmy strzępy słów. Siedząc ukryci w krzakach, ściskaliśmy mocno karabiny. Palce drżały na spustach. Na szczęście udało nam się powstrzymać nerwy na wodzy, gdyż kilka minut później tą samą trasą przejechał wóz pancerny oraz ciężarówka, w której dostrzegliśmy żołnierzy. Spotkania z nimi na pewno byśmy nie przeżyli. Lecz – jak to się mówi – co się odwlecze, to nie uciecze. Niespełna godzinę później samochód z oficerami wracał w stronę Konopnej, miejscowości po drugiej stronie lasu. Tym razem prócz oficerów w samochodzie były też kobiety. Piszczały głośno, bawiąc się w najlepsze. W którymś momencie stanęli. Oficerowie poszli w krzaki, kobiety wyszły z samochodu i oparte o maskę zawzięcie dyskutowały. Miały na sobie mocno rozcięte po bokach, złociste spódnice i równie mocno rozdekoltowane bluzki. Gdy w śmiechu nachylały się nisko, widzieliśmy wyskakujące ze staników mlecznobiałe piersi. Tego już żaden dorastający chłopak nie wytrzyma.

Oficerowie nawet nie wiedzieli co ich spotkało. Nasze największe zakapiory szybko uwinęły się z rosłymi mężczyznami. Zaciągnąwszy ich w krzaki, okrążyliśmy samochód. Nikt się niczego nie spodziewał.

Kierowca zginął na miejscu trafiony nożem. Jak siedział na fotelu, tak oklapł tylko, z głową opartą o piersi, wyglądało jakby zasnął. Rzuciliśmy się na kobiety. Przerażone nie stawiały oporu.

Zakneblowane i ze związanymi rękami zaciągnęliśmy do lasu. Dowódca naszej bandy ukrył samochód w kniei i szybko wrócił do naszego obozowiska. Zastał nas stojących nad łupem, delektujących się ich bezbronnością. Tak po prawdzie, choć każdy z nas odczuwał przyjemne pożądliwe mrowienie w kroku, to w rzeczywistości nie było ani jednego, który by wiedział, co robić. Oczywiście, znaliśmy kierunek naszego pożądania. Kobiety szybko dostrzegły naszą niepewność. Przerażenie na ich twarzach szybko zamieniło się w uśmiech. Dostrzegły szansę na ucieczkę i zamierzały wykorzystać odpowiedni moment. Musiały jednak zapanować nad podnieconą hordą. Jednej z nich udało się oswobodzić z więzów. Czym prędzej pomogła pozostałym dwóm. Panie nie próżnowały. Bliskość ich ciał sprawiała, że poddaliśmy się bez walki. Czarnulka dostrzegła mnie, stojącego w pierwszym szeregu, hardego smarkacza ze zmarszczonymi brwiami. Udawałem groźnego, choć pewnie na jeden rozkaz klęknąłbym przed jej łonem. Co zresztą wkrótce się stało. Jej dłonie oplotły mnie, ciepły oddech na karku zniewolił. Wprawnym, wyćwiczonym ruchem pozbawiła mnie spodni i chwyciła w dłoń sterczącego członka. Jęknąłem, gdy ścisnęła moje jądra. Głaskała mnie szybko i boleśnie, a gdy wystrzeliłem, nachyliła się szybko i połknęła nasienie. Byłem w siódmym niebie, ale jako młody, o niewyczerpalnych siłach, wkrótce prężyłem się znów, gotowy do akcji. Nim moja wybranka obsłużyła kolejnego mojego kolegę, ja chciałem znów ją mieć tylko dla siebie. Tym razem jednak najpierw musiałem jej zrobić dobrze. Pokazała mi co i jak, wydając polecenia w obcym języku. Zrozumiałem jednak gestykulację, a być może też zadziałał pierwotny instynkt samca. Lizałem ją po cipie, z nosem wciśniętym w gęste futro, chłonąłem zapach kobiecości. Moja ślina mieszała się z jej sokami. Jej dłonie nie próżnowały. Jedną ręką obciągała mojemu koledze, drugą tarmosiła łechtaczkę.

Nim stanęła do mnie tyłem, oparta o pień drzewa, i wypięła swoje mięsiste uda, jeszcze raz zrosiłem mech u naszych stóp.

Miękkim członkiem przymierzyłem się, lecz nie wiedziałem, w co mam celować. Obie czeluści wyglądały zachęcająco. Na szczęście pomogła mi. Jej dłonie miały jakąś cudowną moc, gdyż w okamgnieniu znowu stałem się ponownie twardy i gotowy do akcji. A gdy wsunąłem się w nią, gdy pierwszy raz w życiu poczułem ciepło otulające mojego członka, postanowiłem, że odtąd będę to robić przy każdej nadażającej się okazji. Chwyciła mnie za dłonie i położyła na swoich piersiach. Ścisnąłem jej twarde brodawki, wyrywając z jej ust głośny okrzyk. Przeraziłem się, że ktoś nas usłyszy. Na szczęście mój kolega również pojął niebezpieczeństwo sytuacji i czym prędzej zatkał ją swoim kutasem. Ja tymczasem nie próżnowałem. Po dwóch orgazmach na trzeci przyszło mi długo czekać. Panna najwyraźniej również była zaskoczona. Myśląc, że szybko ją przelecę i całkiem opadnę z sił, a ona zajmie się innym. Tymczasem rżnąłem ją bez opamiętania, sięgając coraz głębszych pokładów przyjemności. Z głośnym mlaskaniem obijałem się o jej pośladki, czerpiąc z tego dodatkową przyjemność. Piersiami podzieliłem się z kolegą, który rżnął ją w usta. Ja zaś, obłapiwszy jej pośladki, starałem się wbijać jeszcze gwałtowniej. Krew dudniła mi w skroniach, oczy zalewał pot, a głowę przyćmiła tylko jedna myśl. Dojść. Znowu dojść i wybuchnąć w niej jeszcze mocniej i jeszcze silniej niż poprzednie dwa razy.

W końcu stało się. Na chwilę zgubiłem rytm pchnięć, zadrżałem, moje ciało zesztywniało, a ja poczułem, jak cała moja energia przemieszcza się wzdłuż ciała, by dotrzeć do ujścia. I gdy nadeszła upragniona chwila, wbiłem się w nią z całej siły, przygważdżając ją do mojego kolegi, który szczytował dokładnie w tym samym momencie. A gdy w końcu ejakulowałem, zacisnęła na mnie mięśnie pochwy, przeżywając równie intensywny orgazm.

Padłem wycieńczony na ziemię. Ciężko oddychałem, z błogim uśmiechem na ustach powoli zapadałem w drzemkę.

Niestety, a raczej stety dla nas, plan kobiet polegający na wyruchaniu i opuszczeniu podnieconej młodzieży, spalił na panewce. Moi starsi koledzy mieli niespożyte siły. Gdy jeden posuwał, drugi odpoczywał. Zmieniali się co chwila, a orgia przedłużała się, aż zastała nas noc. Kobiety zaś, pojąwszy sytuację, w jakiej się znalazły, usiłowały uciec, gdy tylko nadarzyła się okazja. Próżne to były starania. Chłopaki szybko je dopadli, związali sznurami i wrócili do gwałcenia.

Pogrążeni w chuci, schowani w ziemnych lepiankach, nie słyszeliśmy przeczesujących las żołnierzy. Nie docierało do nas ujadanie psów ani klekot karabinu maszynowego. Zbyt późno zorientowaliśmy się, co się dzieje. Władek, ten który pierwszy zginął na miejscu, bo poszedł się wysikać, miał szczęście. Gdy do naszego schronu wpadli żołnierze, zaczęli nas tłuc kolbami karabinów, kopać i bić po twarzy. Posępny Niemiec, ujrzawszy mojego dowódcę, wyciągającego właśnie z cipy twardego kutasa, chwycił nóż i odciął mu go jednym, płynnym ruchem. Nieprzytomny z bólu Maniek zwalił się na ziemię. On również miał szczęście, mimo iż resztkami świadomości zapewne poczuł niezliczone ciosy, które spadły na jego ciało. Gdy nas, związanych jak barany, przerzucali, do stojącego nieopodal samochodu ciężarowego, nasz dowódca żegnał się ze światem, eksplodując wraz z całym obozowiskiem.

Leżąc na twardej podłodze, poprzez opuchnięte oko widziałem Niemców, podtrzymujących dziewczyny. Stojący niedaleko oficer rzucił na nie jednym spojrzeniem, po czym kiwnął głową w kierunku pobliskiego żołdaka. Ten wyciągnął pistolet i strzelił raz w serce każdej z nich. Później dowiedziałem się, że były zwykłymi dziwkami, przywiezionymi na front ku uciesze oficerów. Zbrukane polskim nasieniem nie były już takie atrakcyjne.

– Warto było? – spytała Natasza, wsuwając dłoń w krocze Ambrożego.

– Dla seksu jako takiego? Dla poznania kobiecych tajemnic? Jak najbardziej. Było…

Nie dała mu dokończyć. Mroczne fragmenty jego opowieści nie robiły na niej wrażenia. Skupiając uwagę na części z kobietami, wybiegła myślami w przód, pobudzając skryte fantazje. Przez moment czuła, jakby to ona była na miejscu niemieckich prostytutek. Drżała i mimowolnie pieściła się po szczelince. Dostrzegł Ambroży, co się z nią dzieje i zerwawszy szmatki, okrywające jej ciało, zsunął się z kanapy i wcisnął głowę między jej nogi. Rozłożyła je szeroko, pozwalając mu na penetrację językiem. Odchylona do tyłu, z dłońmi wczepionymi w ramiona mężczyzny oddawała mu się bez reszty. Lizał ją miarowo, wpierw delikatnie, coraz zachłanniej, aż w końcu tarł nosem agresywnie po jej łonie, maltretując łechtaczkę. Oderwała go siłą od siebie i spojrzawszy w oczy, bez słów przekazała swoje pragnienie.

Na ile pozwalał mu wiek, Ambroży szybko pozbył się odzienia. Wciąż dbał o swoją strefę intymną. Sztywnego przyrodzenia nie kalał wokół żaden zbędny włosek. Choć z ogromnym bagażem lat, starał się podążać za współczesną modą, goląc się zarówno między nogami jak i pod pachami, wzbudzając tym samym spore zdziwienie na plażach.

Posapując, oparł się rękoma o siedzisko, przyciągnął dziewczynę na skraj kanapy, po czym lekko przymierzywszy, wbił się aż po jądra. Natasza zawyła z rozkoszy. Zacisnęła palce na kilimie i z każdym pchnięciem prężyła swoje młode ciało, usiłując dostosować się do rytmu mężczyzny. On zaś nachylił się ku niej i chwyciwszy w zęby jedną z brodawek, przygryzł ją lekko.

Dziewczyna wzdychała chrapliwie a na po jej ciele rozlał się rozległy rumieniec. Zaciskała mocno powieki i drżała w ekstazie. Opowiadanie Ambrożego było grą wstępną, która rozpaliła ją do czerwoności. Choć potrafiła dawkować swoje podniecenie, tym razem nie opierała się przed nadchodzącym orgazmem. Ambroży może i miał sporo rezerw, lecz tak jak szybko regenerował siły, tak i dochodził. Udało jej się osiągnąć spełnienie dokładnie w tym samym momencie, gdy sztywny kutas Ambrożego wyrzucił z siebie pierwszą strużkę nasienia. Obejmując go czule nogami i przytrzymując na swoich piersiach, pozwalała, by skończył w niej i uspokoił bicie serca. W końcu i sama zmęczyła się trzymaniem nóg w górze. Oklapła jak gumowa lala leżała, przyglądając się gramolącemu się z podłogi mężczyźnie. Nasienie Ambrożego wypływało z niej wąskim strumyczkiem, plamiąc purpurową kanapę.

W końcu nadzy przenieśli się do sypialni. Miękkie łóżko uginało się pod ciężarem ich ciał. Ambroży leżał na wznak, wpatrując się w siatkę pęknięć na suficie. Gdzieniegdzie tynk odpadł, odsłaniając drewno konstrukcji. Przerzucił wzrok na dziewczynę. Rozmarzona przypatrywała mu się spod wpół przymkniętych powiek.

– Co potem? – spytał opierając głowę na zbitej w wałek poduszce. – Ten wojskowy z Krymu. Igrał z ogniem, aż w końcu wymknął mu się spod kontroli.

– Coś jak tak – uśmiechnęła się lekko. Zaraz potem znów ogarnął ją cień przeszłości – Uciekłam, gdy tylko nadarzyła się okazja. W dzień ukrywając się w zgliszczach, biegłam w nocy. W kierunku, który uznałam za bezpieczny. Dotarłszy do bezpiecznej strefy, trafiłam na grupę szmuglującą ludzi do Polski. Nie wiedziałam, że nie ma zakazu wjazdu, wejścia. Zresztą… i tak nie miałam żadnych dokumentów. Wszystko zostało na Krymie. Szef tej grupy potraktował mnie z wyrozumiałością: załatwił papiery, dał nieco grosza i kupił ubranie. Sądziłam, że trafiłam na porządnego człowieka, okazał się być jednak potworem gorszym niż rosyjski morderca.

I tak z rosyjskiego łagru trafiłam na polską autostradę. Facet nawet mnie nie sprawdził. Nie wiedział, że byłam dziewicą. Miał okazję na dobry zarobek. Cóż, co jeden traci, drugi zyskuje. Mój pierwszy mężczyzna okazał się być zakompleksionym tatuśkiem, który tuż po zerwaniu mojej błonki, zlał się do prezerwatywy. Pewnie mój strwożony krzyk i bojaźń sprawiły, że tak szybko doszedł. Najwyraźniej jednak nie byłam jego pierwsza przygodą – sądził, że udawałam i nie docierało do niego, gdy tłumaczyłam mu, że tak nie jest. Albo nie zrozumiał, albo nie chciał zrozumieć.

Kolejny facet zabrał mnie do swojego samochodu i pojechaliśmy do pobliskiego motelu. Można powiedzieć, że zostałam wyróżniona, gdyż dziewczyny z ulicy zazwyczaj idą z delikwentem do lasu, szybko mu obciągają albo, oparte o pień tudzież maskę samochodu, dają gościowi od tyłu. Po latach takiej pracy nawet nie czują podniecenia, a dla faceta wystarczy, jak dziunia ostro pojęczy i pochwali go za twardego kutasa. O moim kochasiu motelowym opowiedziałam jednej z koleżanek. Oczywiście dowiedział się o tym Grisza. Wkurwiony sprał mnie na kwaśne jabłko. Dla niego biznes, to gdy dziewczyna kurwi się na poboczu. Wyjazd do motelu to strata co najmniej godziny, czyli mniej więcej trzech klientów. Kasa rządzi.

– Zawsze rządziła. – Ambroży pokiwał smętnie głową. – I w dodatku zbytki, na które się ją wydaje, zdają się być również niezmienne. Władza, sztukateria, złoto. Zbędne i niedorzeczne. Ludzie otaczają się rzeczami, których nie zabiorą do grobu, nie mogą się pochwalić przed znajomymi, trzymają w sejfach i zamiast cieszyć się życiem, stają się coraz bardziej obłudni, zapalczywi i egoistyczni.

– Po zakończeniu działań wojennych, gdy Armia Czerwona cofała swoje oddziały do ojczyzny, żołdacy sowieccy zabierali ze sobą, co się tylko dało. Sami w obszarpani mundurach, z karabinem na rzemieniu, wyglądali biedniej niż moja ojczyzna po wojennej zawierusze. Na ich twarzach odbijała się szara nieprzystępna głupota. Jakże elegancko na ich tle prezentowali się żołnierze niemieccy. Ci, nawet gdy przegrywali, potrafili to zrobić dumnie.

Przez całą wojnę nie trafiłem do żadnej armii. Ukrywałem się z chłopakami po lasach, kilkoro z nich, jak i ja przeżyło transport do obozu jenieckiego i stamtąd uciekliśmy, zanim Hitler wprowadził okrutny plan obozów koncentracyjnych. Wielu dołączyło do nas po drodze. Przez te sześć lat widziałem tyle okrucieństw, że nie sądziłem, że cokolwiek jeszcze potrafi zmienić mój punkt widzenia. Wychowałem się na wojnie, potrafiłem tylko zabijać i nienawidzić. A jednak tamtego dnia, czternastego kwietnia tysiąc dziewięćset czterdziestego siódmego roku moje życie wywróciło się do góry nogami.

Ze skraju lasu obserwowaliśmy niekończącą się kawalkadę zwycięzców. Wozy pancerne, czołgi, jechały naprzemiennie z wozami zaprzęgniętymi w konie. I ogromny tłum pieszych. Szli, powłócząc nogami, cicho coś nucąc pod nosem. W pewnym momencie coś wybuchło we wsi nieopodal. Konie się spłoszyły, ludzie rozpierzchli. Wśród nich była ona. Wpadła do lasu i stoczyła się z nasypu wprost w kolczaste krzaki. Chłopaki roześmieli się, ja zaś powodowany jakimś dziwnym impulsem skoczyłem jej na ratunek. Chaszcze były gęste i nieustępliwe, dobrych kilka minut walczyłem z naturą nim udało mi się wydostać dziewczynę. Cała podrapana i zalękniona spojrzała mi w oczy. Była mojego wzrostu, bardzo chuda, ubrana w coś co raczej przypominało worek na ziemniaki i drewniane chodaki, zapewne znalezione, bo o kilka numerów za duże. Krótko mówiąc – kupka nieszczęścia. Żołnierze na drodze, którzy starali się uspokoić zwierzęta, nie zwracali uwagi na jedną zgubę. Moi koledzy zaś zajęci byli podkradaniem jabłek z ruskich zapasów. My zaś staliśmy i patrzyliśmy na siebie bez słowa. Umorusany nastolatek z karabinem przewieszonym przez ramię i rosyjska dziewczyna, bez domu, rodziców, przeszłości i przyszłości. Byliśmy sierotami i dostrzegliśmy to w swoich spojrzeniach w jednej chwili. Wyciągnąłem z kieszeni czerstwą już kromkę chleba i jej podałem. Patrzyłem, jak wbija w nią swoje zęby, pochłania kolejne porcje, starając się nie stracić ani okruszka. Chwilę potem opróżniła menażkę z wodą. Kawalkada ponownie ruszyła. Dziewczyna spojrzała w górę, ale nie wykonała żadnego ruchu w stronę odjeżdżających. Chłopaki schodzili z nasypu z kieszeniami pełnymi jabłek. Pogwizdywali wesoło, dyskutując o ruskich. Jeden z nich zatrzymał się przy nas.

– Patrzcie, no – zawołał do innych. – My się jakimiś jabłkami zadowalamy, a ten sobie brzoskwinkę znalazł.

Gwizdnął przez zęby i pociągnął dziewczynę za sukienkę.

– Zostaw – warknąłem, stając przed nim.

Był o dwie głowy wyższy ode mnie i bardziej barczysty, jednak najwyraźniej mój wzrok przekonał go, że nie warto się stawiać.

– Spokojnie, Amber. Dogadamy się. Ty jedną noc, my drugą. Nie, chłopaki?!

– Dotknij, to cię zabiję!

Nie wiem, co się ze mną działo. Byłem w jakimś amoku, gotowy bronić jej, choćby własnym życiem. Chłopaki, którzy byli ze mną od początku, odciągnęli wichrzyciela na stronę. Jakoś wyperswadowali mu, by zaniechał zaczepek. Niemniej jakiś czas później, gdy ruszyliśmy w stronę naszego obozowiska, jeden z nich podszedł do mnie i radził, bym opuścił grupę razem z dziewczyną.

– Wiesz, jak jest – szeptał, rozglądając się na boki. – Kutas rządzi. Jak tylko krew im spłynie do krocza, przestaną logicznie myśleć.

Musiałem się z nim zgodzić.

Dziewczyna, która od tamtego momentu nie odstępowała mnie na krok, nie miała żadnych oporów. Lękiem napawała ją agresywna grupa nastoletnich partyzantów. Cichcem wyrwaliśmy się z obozu i pobiegliśmy w kierunku wsi, a potem dalej, na północ. Byle dalej od niebezpieczeństwa

.

W trakcie podróży niewiele rozmawialiśmy. Jej znajomość polskiego była znikoma, wystarczała jednak na tyle, bym zrozumiał, że jej matka była łączniczką, a córkę zabrała ze sobą, bo wolała nie zostawiać jej samej w domu. Najwyraźniej wojna była mniej przerażająca niż warunki życia w ich ojczyźnie.

Którejś nocy znaleźliśmy opuszczone gospodarstwo na skraju lasu, w pewnej odległości od pobliskiej wsi. Zmęczeni legliśmy w stodole na sianie i spaliśmy do popołudnia następnego dnia.

Gdy się obudziłem, siedziała oparta o słup. Rozglądała się z zaciekawieniem wokół, w ustach mieląc kłos zboża. Poranne słońce przeświecało przez szpary między deskami i rozświetlało jej włosy niczym aureolę. Pomyślałem wtedy, że spotkałem anioła, którego Bóg zesłał na ziemię, bym przestał wojować. Uniosłem się na łokciu i dotknąłem jej ramienia. Wzdrygnęła się przestraszona, lecz ujrzawszy mnie, uspokoiła się od razu. Jej pierś unosiła się wyraźnie do góry, oddech przyspieszył. Rozchyliła usta i oblizała spierzchnięte wargi. Usiadłem przy niej, ująłem twarz w swoje dłonie i pocałowałem ją lekko. Zamknęła oczy i pozwoliła się dalej pieścić. Przebiegłem ustami po jej policzku, powiekach, całując ucho dmuchnąłem poprzez włosy. Zobaczyłem, jak na szyi pojawia się jej gęsia skórka. Objąłem ją w pasie i ułożyłem na miękkim, suchym posłaniu. Uniosłem worek, w jaki była ubrana. Pomogła mi przeciągnąć go nad głową.

Leżała przede mną naga, jak ją natura stworzyła. Wyraźnie nie czuła strachu ani zażenowania, przyglądając mi się z uśmiechem. Głaszcząc po kołtunach na głowie, przyciągnęła mnie do siebie i docisnęła moją głowę do swoich piersi. Całowałem je porywiście, co chwila sięgając zębami brodawki. Jęczała jak kózka, ocierając się o mnie nogami. Ja zaś schodziłem coraz niżej. Zatoczywszy językiem kółko wokół pępka, wcisnąłem twarz w jej łono. Pokryte bujnym zarostem kryło źródło, które obficie zasilało strumyk płynący jej po udach. Czym prędzej wtargnąłem tam językiem, w krótkim czasie doprowadzając ją do szaleństwa. Wiła się pode mną w ekstazie, zaciskając biodra na mojej głowie. Gdy osiagnęła orgazm, wyprężyła się jak struna, wczepiając paznokcie w moją czuprynę. Zaraz potem zacisnęła na mnie uda z siłą imadła. Przez krótką chwilę przeraziła mnie myśl, że skręci mi kark. Gdy w końcu wydostałem się, leżała już spokojniejsza z targającymi nią co chwila lekkimi drgawkami. Obserwowałem, jak wraca do rzeczywistości. Uśmiechnąłem się, widząc jej błogie, maślane spojrzenie. A ona, dostrzegłszy moją gotowość, szybko podniosła się z siania i wskoczyła na mojego ogiera.

W jednym ruchu posiadła mnie całego. Wypuściłem powietrze z ust. Tak bardzo byłem spragniony kobiecego ciepła, że pozwoliłem jej na przejęcie inicjatywy. Syciłem się jej smukłym ciałem, poruszającym się nade mną. Zerkałem w miejsce, gdzie się łączyliśmy, chwytając mocno jej biodra, przyciągałem energicznie do siebie. Ona zaś ujeżdżała mnie z rozłożonymi ramionami, niczym amazonka galopująca po sawannie. Byliśmy wówczas tacy szczęśliwi. Jeszcze długo potem leżeliśmy spleceni ramionami, przytulając się mocno do siebie. Wciąż w niej tkwiłem, raz miękki, raz twardy, ani na chwilę nie chciałem jej opuścić.

Głód jednak zmusił nas, byśmy zadbali o bardziej przyziemne sprawy. Wykąpaliśmy się w drewnianej beczce po kiszonej kapuście. Woda prosto ze studni była zimna jak lód. Ogarnięci amokiem szczęścia nie zwracaliśmy na to szczególnej uwagi. Niestety w domu brakowało jedzenia, udaliśmy się zatem do wsi. Ludzie patrzyli na nas z wrogością, dostrzegając na mojej kochance typowe sowieckie łachmany. Polscy partyzanci też nie kojarzyli im się tylko z dobrymi rzeczami. Krótko mówiąc, nie byliśmy mile widziani. Udało nam się jednak znaleźć dom, w którym poczęstowano nas ciepłą strawą i wyposażono w kilka niezbędnych artykułów spożywczych. Gdy wyszliśmy na podwórko, akurat przejeżdżała kolejna grupa ruskich. Zobaczyli moją Olgę i zaczęli coś krzyczeć. Odpowiedziała im, kręcąc głową. Wtedy z wozu wyszło kilku żołdaków i przyskoczyli do niej. Wyrwali jej tobołek z jedzeniem i usiłowali zaciągnąć do wozu, Rzuciłem się w ich kierunku, jednak odepchnęli mnie silnie i przystawili karabin do głowy. Krzyknęła coś do nich. Nasze spojrzenia się spotkały. Widziałem smutek w jej oczach, ale równocześnie ogromną miłość. Poświęciłbym wówczas życie dla jej ratowania, czułem jednak, że nie miałoby to żadnego sensu. I tak by ją zabrali.

Znałem ją tylko jeden dzień, a byłem gotowy oddać za nią całą resztę życia.

Jakiś czas potem złapali mnie polscy wojskowi. Ktoś gdzieś uznał, że jestem niebezpieczny dla otoczenia, jakieś podejrzenia o znęcanie się nad rodakami. Znaleźli się tacy, którzy wykorzystali przewagę nad bezbronnym niespełna dwudziestolatkiem. Pobili mnie raz na przesłuchaniu a potem bili regularnie, aż stałem się wrakiem człowieka, niezdolnym do czegokolwiek. I w takim stanie, bez żadnych procesów, wyjaśnień, po kilkunastu latach wyrzucili na bruk. W – jak sądziłem – wolnej i niepodległej Polsce.

Drgnęli lekko, gdy zegar w holu wybił dwudziestą. Zbliżał się koniec wizyty. Ambroży chciał jednak jeszcze chwilę skorzystać z ciepła dziewczyny. Przytulił się do niej, chcąc odgonić precz złe wspomnienia. Nawet nie wiedział, kiedy zmorzył go sen.

– Grisza zupełnie nie kontrolował swoich wybuchów – kontynuowała, gdy po krótkiej drzemce, siedział znów obok niej, wpatrzony w kuszące kobiece krągłości. – Pobitej oczywiście nikt nie chciał, więc skoro nie przynosiłam zysków, to byłam stratna. I znów mnie sprał. A potem wyrzucił na poboczu i obiecał, że mnie zabije, jeśli nie zaliczę co najmniej pięciu kierowców. Leżałam więc na poboczu z wystawiona dupą, mając nadzieję, że jakaś litościwa dusza po prostu mnie przejedzie. W nocy było zimno. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Obudziły mnie szorstkie ręce podnoszące z ziemi i wrzucające do samochodu. Niechże się to już skończy – pomyślałam wtedy sobie. I chyba zemdlałam. Gdy się obudziłam, leżałam… tutaj. Na miękkim łóżku, obleczonym świeżą, pachnącą pościelą. Na szafce obok stał termos z gorącą herbatą. Kanapki pachniały tak pysznie, że mimo bólu popękanych warg, zjadłam wszystkie. I znów zasnęłam. A nazajutrz rano spotkałam moją wybawicielkę. Dowiedziałam się od niej o całej, ha, ha, akcji ratowniczej i, że nikt już więcej nie będzie ode mnie wymagał wystawiania swojego ciała na sprzedaż. Wspomniałam, że Grisza na to nie pozwoli i na pewno mnie znajdzie. Madame Bouchaux powiedziała wtedy, żebym już się o to nie martwiła. Dopiero kilka dni później, zupełnie przypadkiem, poznałam goryli Mamy. I już wiedziałam, że Grisza na pewno mi nie grozi.

Już pierwszego dnia wiedziałam, czym się zajmuje Madame. Początkowo onieśmielała mnie sympatyczna atmosfera, pełna relaksu i zabawy. Byłam przyzwyczajona, że za każdym miłym gestem czai się okrucieństwo. Lecz wkrótce zrozumiałam, że nic mi tu nie grozi. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów poczułam się częścią rodziny. Na dodatek Madame dała mi wybór – mogłam wyzdrowieć i zacząć życie na własna rękę – pomogliby mi na początku. Lub zostać i wypełniać obowiązek domu, w zamian za dożywotni wikt i opierunek. Nie wiem, co ujęło Madame, jednak nie mogłam nie przyjąć jej oferty – czułam się zobowiązana. A poza tym, cóż… nic innego nie umiałam.

– Pozostaje się cieszyć że zostałaś, choć przyznam szczerze, wolałbym cię widzieć u mnie na fotelu, niż w tym burdelu.

– Wierz mi, gdybym kiedykolwiek miała taką okazję, na pewno bym skorzystała. Mogłabym żyć w końcu tak, jak pragnie tego każda kobieta w wolnym kraju.

– Co stoi na przeszkodzie?

– Hmm… Co stoi, powiadasz? – Natasza nachyliła się nad nim.

Ambroży zapłonął udawanym wstydem, gdy szczupła dłoń dziewczyny objęła jego przyrodzenie. Delikatnie go masturbowała, patrząc w oczy starszemu mężczyźnie i dostrzegając w nim prawdziwą bratnią duszę. Zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia, mimo iż był dużo od niej starszy. Był klientem Madame Bouchaux, a ona była tylko dziwką na jej usługach. A mimo to tych dwoje łączyło coś więcej i oboje to dostrzegali. I pomimo różnicy statusu, jaka ich dzieliła, w tych krótkich chwilach, jakie mieli dla siebie, zachowywali się, jakby byli zwykłą normalnie żyjącą parą.

– Uch – Ambroży westchnął, wyrzucając z siebie kolejną tego wieczoru porcję nasienia. Czuł się wyzbyty sił, a mimo to wciąż w jej obecności stawał do boju. – Olga… była… równie… sprawna.

– Mówiłeś, że spędziłeś z nią tylko dzień.

– Wówczas tak, ale po latach spędzonych w wolnej Polsce, gdy w końcu udało mi się zregenerować siły, gdy wróciłem do miasta, w którym się urodziłem, i dostałem swój przydział, zamieniony zresztą później na mieszkanie w kamienicy, gdzie się wychowałem, postanowiłem odszukać moja miłość. Nie było to łatwe. Ruscy nie dbali o papierologię. Gdziekolwiek bym nie pytał, spotykałem się tylko ze wzruszeniem ramion. Sprzeczne informacje przeciągnęły mnie po całym ZSRR od Uralu po Wschodnie krańce Syberii, od Turcji, po Arktykę. Po pięciu latach bezowocnych poszukiwań straciłem nadzieję i jak niepyszny udałem się na powrót do domu. Siedząc w przedziale moskiewskiego metra, obserwowałem stłoczonych wokół mnie ludzi. Rozmawiali ze sobą, śmiejąc się i dowcipkując. Żyli swoim radosnym życiem, nie zwracając na nic innego uwagi. Na którejś stacji do wyjścia podniosła się grupa niewiast. Opasłe matrony o wielkich kuprach i stadko dzieciaków. Na ułamek sekundy dojrzałem wśród nich blond kosmyk. A gdy właścicielka tegoż sięgnęła ręką by oplec go wokół ucha, moje serce zamarło. To była ona. Jak zombie wstałem ze swojego miejsca i ruszyłem w ich stronę. Stanąłem tuż za nią i nie wiedziałem, co zrobić. W końcu wyrzuciłem z siebie:

– Olga?

Odwróciła się jak rażona piorunem. Wbiła we mnie spojrzenie, a potem… Obydwoje ryczeliśmy jak bobry, obejmując się i ściskając. Pytanie, które mnie nurtowało za każdym razem, gdy zastanawiałem się nad spotkaniem z nią, nie było warte zadania. W jej życiu nie było wówczas nikogo i to mi w zupełności wystarczało.

Oczywiście, gdy już zamieszkaliśmy razem w Krakowie i umościliśmy sobie nasze cudowne gniazdko, opowiedziała mi swoją historię. Była równie okrutna jak moja, starałem się więc nie okazywać negatywnych emocji jakie mną targały. Szczęśliwy, że jest ze mną, nie wsłuchiwałem się dokładnie w szczegóły. I odtąd docenialiśmy każdy dzień spędzony razem, wierząc, że żadna siła już nie jest w stanie nas rozdzielić.  I trwało to ponad pół wieku. A potem okazało się, że są jednak moce, nad którymi nie panujemy. Odeszła ode mnie, obiecując, że tym razem to ona przygotuje się na moje przyjście. Najwyraźniej jednak stwórca miał inne wobec mnie plany, gdyż, jak widzisz, ani myśli mnie do niej posyłać.

A teraz pozwolisz, udam się tam gdzie nawet król chodzi piechotą.

Natasza przeciągnęła się, obserwując, jak powoli człapie w kierunku toalety, po czym zsunęła się z łóżka i poszła do kuchni zaparzyć herbatę. Usłyszała dźwięk spuszczanej wody i kroki na podłodze, zmierzające do jej sypialni, mimo to czekała aż woda się zagotuje. Owijając włosy wokół palca, obserwowała swoją oranżerię. Z ciężkimi kubkami pełnymi aromatycznego napoju udała się do pokoju. Ambroży siedział na krześle przy okrągłym stoliczku. Ze zwieszoną głową i ręką opartą o blat zdawał się znowu drzemać. Natasza uśmiechnęła się lekko, zbliżyła do niego i postawiła kubek na stole. Spojrzała na arkusz papieru, zapisany drobnym pismem. Kilka zdań wystarczyło, by skoczył jej puls.

– Ambroży? – Nachyliła się nad nim, łapiąc za ramię.

Mężczyzna nie odpowiedział.

Puściła go, zagryzając wargę. Drżącą ręką przytrzymała się ciężkiej zasłony, a oczy zasnuły się łzami. Klęknęła przed nim, Niczym zatroskana matka wzięła jego dłoń między swoje, po czym szepnęła cicho.

– Idź do niej, mój kochany.

Ulewa na zewnątrz przybrała na sile. Strugi deszczu z dziką zajadłością biły w dachy kamienic, Na ciemnym niebie zalśniła wąska kreska pioruna, a zaraz potem dał się słyszeć grzmot. Światła w budynku przygasły lekko, lecz zaraz zajaśniały z całą mocą. Chwilę potem deszcz ustał, a zza chmur wyjrzało słońce.

Mężczyzna kierujący wielkim dostawczakiem zwolnił, przejeżdżając przez kałużę, tak by bryzgi błotnistej wody nie ochlapały starszego mężczyzny opartego o mur Zgromadzenia sióstr Urszulanek.

– Jeszcze tylko kilka kroków – mruknął do siebie staruszek, spoglądając poprzez zamglone okulary w kierunku nieodległej kamienicy.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Grzegorz w najlepszej formie, w takiej np. jak z początków pisania Via Europa albo Obrazów Rozkoszy. Lubię wolną, spokojną narrację ale nie nudną. Łatwo przekroczyć granicę nudziarstwa, Autor jej na szczęście nie przekracza. W dalszej części tekstu, po scenie w poczekalni, narracja jakby przyśpieszała i tu mi żal, bo każdy z retrospekcyjnych wątków można by rozwinąć do osobnego opowiadania – każdy jest tego wart.
Ambroży to trochę mityczny demon seksu, odczytując pewne sugestie autora nt. jego wieku i oceniając dziarskie czyny w sypialni czasów teraźniejszych opowiadania. No ale niech mu będzie. Konwencja NE wymaga czasem pewnych przesadnych zabiegów fabularnych.
Retrospekcje są dokonane bez żadnych sentymentów, bez gloryfikacji, stoją bliżej prawdy albo moich osobistych pozbawionych romantyzmu wyobrażeń o czasach historycznych. Czas wojny jest zawsze taki sam. Czy to wojna w XX czy w XXI wieku – zawsze okrucieństwo, egoizm i tylko czasem ludzki odruch, rzadki.
Dobrze spędziłem czas przy lekturze, za co Autorowi dziękuję.
Uśmiechy,
Karel Godla

Dziękuję Karelu.

Pochwała spod twojej klawiatury, warta jest więcej niż dziesiątki innych komentarzy, na które wielu autorów czeka z utęsknieniem. Cieszę się, że znalazłeś chwilę, by poczytać a przede wszystkim zostawić słowo po sobie.

Przyznam, że w pewnym momencie też zauważyłem, że retrospekcje mogłyby stać się osobnymi opowiadaniami, może nawet jako seria. Ale… Serii zaczętych mam już zbyt wiele. Nie skończenie kolejnej byłoby marnowaniem pomysłu i czasu czytelnika, oczekującego albo kolejnych zdarzeń albo przynajmniej spektakularnego finału.
Dlatego koniec końców uznałem, że jednak pozostanę przy pierwotnej konwencji.

Fakt – Ambroży jest jebaką jakich mało. Ale… ludzie, którzy przeżyli wojnę potrafią zaskakiwać żywotnością i witalnością. Wiem to po mojej babci 🤪😁 – do 90 roku życia aktywnie pomagała w ogródku, chodziła na spacery z psem i prowadziła sensowne rozmowy, na poziomie dużo przewyższającym większą część obecnego społeczeństwa polskiego 🥴😉

Co niezmienne? Większość opowiadań sytuowanych przeze mnie w Krakowie jest odbierana nader pozytywnie. Hmm… 🤔

Miłego dnia,
Pozdrówko
MRT

Czytając o przygodach Ambrożego, nie potrafiłam przestać wyobrażać go sobie jako Pana Kleksa, ale chyba tym bardziej dobrze się bawiłam… scena z brankami wojennymi bardzo udana 😉

„Latający Holender to ja.
Podziwiajcie tę pierś gladiatora!
To jest Lucy, to Mary, a ta…”
😉😁

Intrygująca, napisana naprawdę świetnym warsztatem (przyznaję – inspiruję się lepszymi od siebie ;), przemyślana i wciągająca historia. Chociaż chwilami ma się wrażenie, że przeładowana motywami. Jak słusznie zauważyli przedmówcy – każda z opowiastek jest na tyle godna uwagi, że mogłaby stać się podstawą osobnego dzieła. Tutaj zaś w pewnej chwili czuje się już lekki przesyt. Ale poza tym jestem jak najbardziej za! 🙂

Gregu,

ujęło mnie Twoje opowiadanie. Skonfrontowałeś z nim okrucieństwo wojny z ciepłą więzią łączącą dwoje jakże różnych kochanków, którzy współodczuwają zarazem traumę przeszłości – odległej i znacznie bliższej. Powstał tekst – mimo makabrycznych fragmentów bardzo hmmm… sympatyczny? Taki, po który chętnie się sięga. Dobry, dopieszczony styl to już w tym wypadku wisienka na torcie.

Zastanowiły mnie wprawdzie szczegóły tej historii, dziwna chronologia wydarzeń. Ambroży był nastolatkiem podczas II Wojny Światowej, a zatem spotykając się z uciekinierką z Krymu, Nataszą, ma już dobrze pod dziewięćdziesiątkę. Pozazdrościć fizycznej formy (że o sprawności intelektualnej oraz wybornej pamięci nie wspomnę)! Jego seksualna „wydajność” nadaje tej historii nieco fantastyczny wymiar.

Romans z Olgą też nieco zastanawia. W jakich latach on jej poszukiwał po wyjściu z więzienia i ułożenia sobie życia w „wolnej” (rozumiem, w znaczeniu: wyzwolonej spod niemieckiej okupacji, bo przecież nie niepodległej) Polsce? W późnych 50-tych? Wczesnych 60-tych? I tak po prostu, Sowieci puścili ją z ukochanym-Polakiem do Krakowa? Fakt, że rządy Chruszczowa oznaczały pewną liberalizację, Olgą za związek z „innostrańcem” nie zająłby się pewnie Smiersz (czy jakaś jego kolejna mutacja), ale i tak miałaby poważne problemy. Dla Ambrożego jednak nie wiążą się z tym żadne komplikacje. Pojechał do Moskwy, znalazł, sprowadził do Krakowa. Mało to jednak wiarygodne 🙂

A jednak te szczegóły nie psują ogólnego obrazu opowiadania. A ten jest nadzwyczaj – jak już to stwierdziłem – sympatyczny. Podczas lektury przez większość czasu się uśmiechałem. I za to serdecznie dziękuję.

Pozdrawiam, czytelniczo ukontentowany
M.A.

Napisz komentarz