Nieboska VI – Między światłem a mrokiem (Radosky) 4.35/5 (16)

William Bouguereau , “Nimfy i satyr”

Kiedyś… W Piekle…

Wieża Oriona zamilkła. Azazel, niegdyś Anioł, obecnie znaczący diabeł, nakazał przybyszowi wyjaśnić tajemnicę budowli. Złotowłosy mężczyzna, z mieczem w ręku i zuchwałością zaszczepioną mu przez Stwórcę, udał się na miejsce, by rozwikłać zagadkę.

Wojownik zastał wyważone wrota wieży. Zaciekawiony, wkroczył pewnym krokiem do wnętrza budowli. Znalazł się w wielkim pomieszczeniu, pośrodku którego usytuowano basen. Tam też natknął się na pierwsze ciała. Potępieni leżeli bez oznak życia, w miejscach, w których zastała ich śmierć. Kilku straceńców unosiło się bezwładnie na wodzie czerwonej od krwi. Ułożenie ciał grzeszników wskazywało, że ich koniec okazał się szybki i nagły. Nikomu tutaj nie mógł już w żaden sposób pomóc. Skierował się do kolejnej sali. Gdy wychodził, do jego uszu dotarła ledwo słyszalna prośba.

– Wody! Proszę, podaj mi wody! – Złotowłosy wojownik pochylił się ku rannemu, wyczarował w dłoni manierkę i podsunął konającemu do ust.

– Dziękuję! – usłyszał w odpowiedzi, gdy przekraczał następne drzwi.

W drugim pomieszczeniu zastał kolejne demony obojga płci, spętane liną i bezwładnie zwisające z sufitu. Mężczyzna przyjrzał się ofiarom zbrodni. Ciała nosiły ślady licznych obrażeń, otrzymanych jeszcze wtedy, gdy zapewne mieli świadomość. Niewątpliwie agresorzy znęcali się i torturowali pojmanych. Złotowłosy poczuł ucisk w sercu. Skrył swoje niebiańskie oczy za powiekami i zapłakał w głębi duszy.

– Zabij mnie! Błagam, zabij mnie! – usłyszał niewieści głos. Otworzył oczy i ujrzał nagą kobietę rozciągniętą na linie. Całe jej ciało pokryte było krwią, sączącą się nadal z rozlicznych ran. Nieszczęśnica odcięte miała uszy, brodawki na piersiach wypalone, brzuch rozpruty ostrym narzędziem. Bez wątpienia bardzo cierpiała.

Mężczyzna postanowił przychylić się do jej błagań. Jednym ruchem przeszył ciało demonicy mieczem, odsyłając duszę do Tartaru.

– Dziękuję! – usłyszał, gdy wyprowadzał uderzenie bronią.

Złotowłosy ruszył ku kolejnym drzwiom. W trzeciej komnacie ujrzał ciała uzbrojonych diabłów, rozrzucone wokół jednej, jedynej diablicy, rozciągniętej na linie zwisającej z sufitu. Wszyscy zdawali się przemierzać właśnie nieskończone przepaście Tartaru. Mężczyzna schował miecz do pochwy. Zdał sobie sprawę, że nikomu już tutaj nie pomoże. I że nikogo nie ukarze za tę niegodziwość.

Wojownik zadumał się nad tą masakrą – napadnięci polegli podczas ataku albo znaleźli śmierć później, poddani torturom… Kto jednak zgładził następnie zbrojnych agresorów?

– Ja ich wykończyłam! – natychmiast usłyszał odpowiedź na niezadane pytanie. Zerknął na zwisającą bezwładnie diablicę. Oczy miała zamknięte, lecz usta jej się ruszały. I wypowiadały słowa…

– Zrobiłam to nie dla zemsty, ani nie dla obrony, lecz z czystej żądzy mordu i ekstazy!

Złotowłosy zbliżył się do niewiasty.

– Aż tak jesteś biegła w sztukach walki?

– Drugiej takiej nie znajdziesz w całym Piekle…

Mężczyzna zaśmiał się w odpowiedzi na tę przechwałkę.

– Skoro aż tak bardzo jesteś sprawna, to dlaczego wisisz tutaj wśród tych ciał i usychasz, czekając na spotkanie z nieskończonymi przepaściami Tartaru?

– Co chcesz ze mną zrobić? – odpowiedziała pytaniem diablica.

Złotowłosy obszedł wiszącą kobietę dookoła. Była naga, pokryta krwią, sam nie wiedział, własną czy napastników. Jej długie, czarne włosy spływały na ramiona. Mężczyzna pomyślał, że w innych okolicznościach wydałaby mu się niezwykle kusząca.

– Mogę cię uwolnić – rzekł.

Diablica uniosła ku niemu jedno oko. Co niespotykane, miało tęczówkę koloru lśniącej czerwieni.

– Czego oczekujesz w zamian? Mam zabić twoich wrogów? A może chcesz mnie wychędożyć?

Mężczyzna zaśmiał się raz jeszcze. Ta dziwna, mroczna istota zaintrygowała go niezmiernie.

– Powiedzmy, że jestem w Piekle od niedawna… Powiedzmy także, że szukam przyjaciół i stronników, którym będę mógł zaufać…

Kobieta zachichotała z trudem. Zdawała się wycieńczona.

– Jestem niegodna zaufania. Oczekiwałam jednak, że po prostu chcesz mnie posiąść… Pozwoliłabym ci na to bez szemrania…

Złotowłosy stanął przed nią i wpatrywał się uważnie. Niewiasta podobała mu się coraz bardziej.

– Jesteś biegła w walce, położyłaś tuzin wrogów, lecz dałaś się spętać. Ja mogę nauczyć cię, jak zabić całe tuziny wrogów i nie dać się spętać. Ze mną twoje szanse na przetrwanie będą większe!

Diablica otworzyła drugie oko, również barwy przenikliwej czerwieni.

– Chcę stać się najlepszą w walce na miecze!

– I taką będziesz! – odparł mężczyzna, podczas gdy ostrze jego broni zmierzało już ku linie opinającej nadgarstki mrocznej niewiasty.

Uwolnione ciało bezwładnie poleciało wprost w męskie ramiona. Diablica, wydobywając z siebie resztki sił, stanęła na własnych nogach, zupełnie jakby okazana słabość była czymś nagannym.

– Nazywają mnie Diablą – rzekła. – Diablą Czerwonooką…

– A ja jestem Szemchazaj…

Piekło, zagubiona oaza

Wszędzie wokół szalała piekielna burza. Pioruny błyskały, piaski unosiły się na wietrze. Diabla Czerwonooka jednak na to nie zważała. Dojrzawszy Belzebuba, obnażyła obydwa miecze i przeszyła spojrzeniem wroga. Rzuciła się na niego z szaleńczą furią. Szybkim biegiem zaczęła pokonywać odległość dzielącą ją od Władcy Piekieł. Pragnienie walki połączyło się z pożądaniem. Wnętrze jej ciała przepełniał żar, który zdawał się tym bardziej rosnąć, im bardziej malał dystans do Króla Demonów. Świadomość konfrontacji z najpotężniejszym diabłem spośród wszystkich popychała wojowniczkę do przodu. Czerwonooka poddała się euforii…

 Belzebub natomiast zmierzał ku swej ofierze nieśpiesznie. Czerwony płaszcz powiewał na wietrze, potężny topór straszył w lewej dłoni, a prostokątna tarcza spoczywała pewnie w drugiej ręce. Gadzie źrenice żółtych oczu zwężały się niczym u krokodyla przed atakiem. Wielkie, bycze rogi złowieszczo sterczały na głowie. Karmazynowy Król kroczył przekonany o własnej potędze i słabości Diabli. Szedł ukarać ją za zdradę oraz odzyskać to, co mu odebrała…

Im bliżej celu znajdowała się wojowniczka, tym postać Szatana zdawała się coraz większa i większa.  Wkrótce wypełniła całą widoczną przestrzeń. Diablica uśmiechnęła się złowróżbnie, wróg znalazł się już w zasięgu jej ostrzy. Napięła mięśnie, krótszym mieczem zasłoniła ciało, dłuższym zaatakowała. Rozbłysk uderzenia pioruna rozświetlił panujący mrok. Belzebub, zaskoczony jak gdyby szybkością rywalki, nie zdążył zareagować. Stal przecięła powietrze i już miała zatopić się w ciele władcy, gdy ten zniknął. Zdezorientowana Diabla została na pobojowisku sama…

Szatan pojawił się na wznoszącej się nieopodal wydmie. Czas i przestrzeń nie miały dla niego tajemnic. Potrafił nimi manipulować, potrafił też zmieniać złudną rzeczywistość Piekła. Spojrzał na swoją przeciwniczkę. Rozglądała się dookoła, szukając wroga i nie pojmując, co się stało. Uznał, że przed zakończeniem tego pojedynku warto udzielić diablicy lekcji. Takiej, by sama zrozumiała, na czym polega różnica pomiędzy Władcą Piekieł a jakąś tam demonicą. I żeby pojęła, jak niewiele warta jest anachroniczna sztuka walki białą bronią. Belzebub zaśmiał się gromko, a śmiech jego wnet rozniósł się po oazie, przebijając się nawet przez odgłosy grzmotów…

Diabla przegryzła wargę, nie potrafiąc opanować wściekłości. Wróg stał na szczycie wydmy i rechotał obrzydliwie. Przeklęła jego piekielne sztuczki i szpetną postać. Otarła przegubem ręki czarną krew sączącą się z ust. I nagle ruszyła na Antychrysta. Wokół niej uderzały pioruny, zupełnie jakby to sam Belzebub nimi władał, lecz ona, raz za razem okazywała się za szybka i zbyt przewidująca, by mogły ją trafić. Biegła, nieustannie odskakując to w lewo, to w prawo, oszukując tym samym zmysły Belzebuba i nie pozwalając sobie samej na chwilę wytchnienia. Dotarłszy do podnóża wzniesienia, rzuciła się na zbocze niczym w ogień. Sypki piach pokonywała zgrabnymi skokami, wiatr wiejący w oczy łagodziła zasłonięciem całej twarzy chustą Robin Hooda. Zorientowawszy się, że jest już niemal u szczytu, napięła mięśnie nóg niczym tygrysica przed atakiem i skoczyła do przodu. Ostrze miecza wymierzyła wprost w Karmazynowego Króla…

Belzebub po raz kolejny rozpłynął się w powietrzu. Tylko po to, by znów pojawić się na szczycie przeciwległej wydmy. Zgodnie z przewidywaniami władcy, diablica okazywała się zupełnie bezradna na manipulowanie przestrzenią. Miotała się w amoku, z narastającą świadomością, że nie zdoła w ten sposób dosięgnąć przeciwnika. Dojrzał też Szatan pierwsze oznaki zmęczenia. Głębszy oddech, wolniejsza reakcja na uderzenia piorunów. Uznał, że należy sprawdzić przeciwniczkę atakiem. Oczy rozbłysły mu haniebnie, mięśnie napięły. Ziemia najpierw się zatrzęsła, a następnie rozstąpiła niczym Morze Czerwone przed Mojżeszem…

Diabla zachwiała się, zaskoczona niewytłumaczalnym zjawiskiem. A zaraz potem straciła grunt pod nogami. Poczuła, jak jej ciało osuwa się rozpadlinę. Rozdziawiła usta, nie wiedząc co zrobić, przez głowę przemknęła jej myśl, że to już koniec. Nadspodziewanie szybki i bardzo, bardzo żałosny. Nawet nie zdążyła napocząć mieczem znienawidzonego wroga… Belzebub znowu zwyciężał, po raz kolejny był górą…

A na to diablica pozwolić nie mogła! Dopóki czarna krew płynęła w jej żyłach, a nienawiść popychała do walki, dopóty nie mogła się poddać! Wewnętrzny upór, największy sojusznik Czerwonookiej, przypomniał o sobie. Spadając już w przepaść, wykonała ruch ramieniem i wbiła miecz w ścianę rozpadliny. A zaraz potem drugi.  Wisiała w powietrzu. Zbroja i tarcza ciążyły nieznośnie, ale wojowniczka, wydobywając z siebie największe pokłady siły, wysunęła z powrotem jeden miecz i wbiła go wyżej. Następnie uczyniła to samo z drugą klingą. Tym sposobem zaczęła zmierzać ku krawędzi rozpadliny. Najpierw powoli, potem coraz szybciej i szybciej. Napędzana mocnym i wielkim sercem, pięła się niezłomnie ku celowi, a ten stawał się coraz bliższy i bliższy… Aż wreszcie wydostała się z pułapki. Stanęła mocno na nogach, zmierzyła Szatana wzrokiem i wyciągnęła ku niemu ostrze dłuższego miecza. Zmęczenie dawało znać o sobie, ale Diabla nie ustępowała. Żądza walki wciąż pozostawała niezaspokojona, wypełniający ją żar wciąż popychał do czynu. Chciała więcej i więcej, chciała zaznać obfitej rozkoszy, którą zapewnić mogło tylko prawdziwe starcie z Belzebubem…

Karmazynowy Król stał niewzruszony na przeciwległej wydmie. Walka z kimś takim jak Diabla nużyła go, lecz nie byłby sobą, gdyby nie omieszkał dokonać perswazji manipulacyjnej. Przemówił…

– Nie musisz tutaj ginąć! Wystarczy, że uklękniesz przede mną, że oddasz to, co mi ukradłaś… Że zwrócisz Adelę! Wówczas Ja pozwolę ci dalej siać zepsucie i zniszczenie w całym Piekle! Na kolana… I błagaj o litość!

Usta Czerwonookiej ułożyły się w ironiczny uśmieszek. Potrząsnęła głową, w efekcie czego długi czarny warkocz zatańczył w powietrzu…

– Na kolana, to ja padam tylko przed Bogiem! – odparła, jak na chrześcijankę przystało i natychmiast poderwała się do biegu. Podniecenie dodawało jej siły, entuzjazm popychał do przodu. Słodki ciężar mieczy w obydwu dłoniach zdawał się balsamem dla jej pożądliwej natury…

Zmniejszając dystans, nie spuszczała wzroku z Szatana. Stał z podniesionymi rękoma, nad rogami objawiła mu się złocista kula skondensowanej energii, z początku niewielka, rosła coraz bardziej, razem z każdym krokiem, który przybliżał Diablę do celu. Kolejny raz przeklęła w myślach te piekielne sztuczki, ale  nie zatrzymała się. Pędziła co sił w nogach ku Belzebubowi…

Kula błyskawicznie powiększała swoją objętość, po chwili wypełniała już całą przestrzeń nad Władcą Much. Diablica pokonała ledwie połowę odległości dzielącej ją od arcywroga, gdy ten zebrał swoją moc, po czym cisnął energią wprost w przeciwniczkę. Czerwonooka nie okazała strachu. W jednej chwili schowała płynnym ruchem obydwa miecze do pochew, po czym ściągnęła z pleców tarczę. Przyklęknęła na jedno kolano i zasłoniła się w ostatniej chwili… Kula uderzyła z ogromną mocą. Diabla zachwiała się… Toczyła niezliczone boje w przeróżnych kręgach Piekła, ale z tak wielką siłą jeszcze się nie zetknęła. Nie poddała się jednak. Wbiła stopy w piach i trwała za tarczą, opierając się niszczycielskiemu atakowi.

Żar wypełniał jej podbrzusze. Podniecenie pojawiło się wraz z zagrożeniem i rosło tym silniejsze, im dłużej trwało starcie. Ból, krew i pot zdawały się przemieniać w rozkosz, nieznośne drżenie i mokrą wydzielinę. Nienasycona szczelina między udami wszetecznicy rozwierała się szeroko i zamykała naprzemiennie. Stwardniałe sutki uciążliwie wbijały się w twardy, skórzany napierśnik. Przyjemność rosła wprost proporcjonalnie do siły ataku, a w tym Szatan nie miał sobie równych… Zmierzała Diabla ku zatraceniu się w orgazmie… Ekstaza wydawała się równie nieunikniona, co klęska.

„To byłby wyuzdany koniec” – pomyślała pogrążająca się w emocjach Czerwonooka, ale natychmiast oprzytomniała. Wciąż kryjąc się za tarczą, przeniosła ciężar ciała na lewą stronę i mocno zapierając się nogami, sparowała szatańską kulę w bok. Strumień energii przemierzył oazę, niszcząc porastające ją palmy i znajdując swój efektowny koniec na zboczu wydmy. Huk wybuchu rozsadzającego tę górę piachu wydał się ogłuszający. Pył i kurz uniosły się w powietrze, by następnie nieśpiesznie opaść na ziemię.

W tym momencie Diabla nie wytrzymała. Równie wycieńczona, co rozochocona, upadła na ziemię, nie potrafiąc opanować narastającej fali potężnego orgazmu. Strumień moczu trysnął spomiędzy jej nóg. Rozkosz zdawała się rozsadzać od środka, tak jak belzebubi atak rozniósł w pył całą wydmę! Przyjemność przyszła szybko i trwała tylko przez ulotną, lecz jakże niezapomnianą chwilę… Czerwonooka przyjęła ekstazę całą sobą…

Uwalniając się od przepełniającego ją napięcia, nie spuszczała jednak wzroku z przeciwnika. Gdy kulminacyjny punkt orgazmu przeminął, a satysfakcja zalała niczym powódź całe jestestwo demonicy, podniosła się na drżących nogach i dokonała gorzkiej oceny pojedynku. Wciąż nie zamoczyła ostrza w ciele Belzebuba, co więcej, Szatan wydawał się zabawiać jej kosztem, a ona nie potrafiła tego przerwać. Ostatni atak powstrzymała z najwyższym trudem. Spojrzała na rękę, w której wcześniej trzymała tarczę. Chciała ją wyprostować, ale przeszkodził w tym przejmujący ból. Zrozumiała, że ta kończyna na wiele się już nie przyda… Zdała też sobie sprawę, że to poważna kontuzja, która jeszcze bardziej ogranicza jej szansę w starciu z Belzebubem. Ponadto zmęczenie dawało się coraz bardziej we znaki, a w głowie szumiało od eksplozji i grzmotów piorunów… Wojowniczka uznała, że walka nie zmierza w pożądanym kierunku.

Znalazłszy się na skraju zagłady, postanowiła zwrócić się do jedynej istoty w całym Trójświecie, która mogła ją wysłuchać. Do Boga.

Upadła na kolana. Próbowała rozłożyć ramiona, jak czyniła to podczas modlitwy Adela, ale ból ręki uniemożliwił wykonanie także tego gestu. Złączyła więc tylko obydwie dłonie przy piersi. Serce, które się tam kryło, biło przyspieszonym rytmem. Diabla czuła, że dzieje się coś podniosłego, wręcz wielkiego. Wokół niej waliły pioruny, ale ona na to nie zważała. Rozpoczęła modlitwę.

– Panie Wszechmogący… Wiem, że nie jestem najlepszą chrześcijanką… Wiem, że zbyt często pogrążałam się w grzechu rozpusty i mordu… Wiem również, że nie mam prawa cię pro… pro… pro-sić… Jednak teraz, tocząc śmiertelny bój z naszym wspólnym przeciwnikiem, Szatanem, śmiem pro… pro… pro-sić cię i bła… bła… bła-gać. Boże władający światłem, spraw, by Antychryst znalazł się w zasięgu mojego miecza i nie umknął mojemu ostrzu. Tylko tego jednego potrzebuję… Tylko o to cię pro… pro… pro-szę… Niech się stanie!

Czerwonooka zakończyła modlitwę, podnosząc się z powrotem na nogi. Posłyszała szyderczy rechot Belzebuba, ale się tym nie przejmowała. Spojrzała na rękojeść miecza skrytego w pochwie, miecza otrzymanego od tajemniczej, skrzydlatej postaci… Taką klingą posługiwał się też Szemchazaj… Słodki ciężar broni wręcz nawoływał do dalszej walki. Wewnętrzny żar, chwilowo przygasły po spełnieniu, znów zaczął się tlić.  Diabla uniosła głowę, wróg stał na wzniesieniu, na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmieszek. Ileż dałaby, by zmazać ten wyraz zadowolenia z wrednej gęby!

Ogień ponownie ogarniał jej ciało. Modlitwa, nienawiść i wizja rozkoszy dalszego starcia zagrzewały do czynu. Jeszcze nie przegrała! Wciąż trwała i mogła walczyć. Czerwone oczy diablicy zalśniły pożądliwym blaskiem, sprawna ręka powędrowała ku pochwie, obnażając miecz. Zacisnęła szczęki, ruchem głowy zarzuciła warkocz na plecy i jeszcze raz poderwała się do natarcia!

Belzebub stał wpatrzony w nadciągającą rywalkę i czuł niedosyt. Uwielbiał awantury, ale najwyraźniej w całym Piekle nie mógł znaleźć przeciwników, którzy mogliby mu zagrozić. Czerwonooka nie stanowiła wyjątku. Uznał więc, że czas zakończyć to niesatysfakcjonujące widowisko. Diabla musiała zginąć! Przypomniał sobie stare powiedzenie, kto mieczem wojuje, od miecza ginie. A więc, skoro wojowniczka miała czelność zwrócić się w jego obecności do Niebieskiego, polegnie we właściwy dla tego antagonisty sposób…

Wzniósł swój gadzi wzrok ku niebu Otchłani, pogrążonemu w mroku. Podniósł ręce i zrobił coś, czego nie uczynił nikt przed nim. Dał ostateczny dowód swej wielkości. Przegnał chmury dymu zsyłające ciemność.

I przywołał jasność. Dojmującą, niebiańską jasność.

Strumień czystego światła spadł na oazę i uderzył wprost w wojowniczkę. Diabla przystanęła, kolejny raz zaskoczona niewyjaśnionym zjawiskiem. Zakryła oczy ręką…

Na tę właśnie chwilę czekał Szatan. Raz jeszcze skorzystał ze swoich zdolności władania przestrzenią i pojawił się tuż nad wojowniczką. W ręku dzierżył wielki topór… Uniósł go nad głową, gotów wyprowadzić atak. Czerwonooka stała nieświadoma śmiertelnego zagrożenia i osłaniała oczy. Szerokie ostrze przecięło ze świstem powietrze i pomknęło wprost ku diablicy…

Pałac Szatana Belzebuba, cela Szemchazaja

– Narozrabiałeś Szemchazaju, ale masz szczęście. Szatana nie ma w domu, teraz ja tutaj rządzę. – Lilith we własnej, opuszczonej przez Boga duszy sterczała nade mną i z całą swoją majestatyczną powagą dzieliła się nowinami. Miała zgrabne, delikatne niczym jedwab dłonie oraz pełne, uwydatnione wargi, proszące się o pocałunek. Była doskonała.

– Gdybym był człowiekiem, pomyślałbym, że śnię… Skoro nim nie jestem, to oznacza, że moje oczy delektują się najpiękniejszym widokiem w całym, niezmierzonym Piekle! – wydusiłem z siebie, zauroczony niespodziewanym objawieniem tej niezwykłej kobiety.

Rudowłosa Lilith pochyliła się ku mnie i zaczęła mówić bardzo powoli, zupełnie jakby obawiała się, że jej słowa do mnie nie docierają. Zaróżowione usta układały się w kuszące kształty, takie jak serce bądź odwrócona linia waginy. Nie potrafiłem oderwać od nich wzroku.

– Z powodu tej radosnej okazji, postanowiłam rozerwać pozostałe diabły, urządzając spektakularną orgię. Takiej, jakiej jeszcze nikt nie przeżył! I nigdy nie przeżyje! Uczyniłbyś mnie szczęśliwą, gdyby twoja upadła osobowość, uświetniła rozpustę wypełnieniem drobnej przysługi…

Pokiwałem głową na znak, że zrozumiałem. Jednocześnie moje spojrzenie uciekło od ponętnych warg tej niezwykłej grzesznicy i zatrzymało się na uwięzionych w obcisłym materiale jasnej sukienki piersiach. Dwie półkule błagały o uwolnienie, a ja zostałem ugodzony ostrzem okrutnego dylematu – czy cieszyć się widokiem pięknych ust Lilith, czy tych powabnych wypukłości?

– Rozumiem więc, że spełnisz moje życzenie?

Siedząc na podłodze w lochu, odsunąłem się od obiektu swych nowych westchnień. Doznałem oświecenia! To gorące wargi niewiasty powodowały największe namiętności w mojej duszy i złudnym ciele.

– Nie – odparłem kategorycznie.

– Nie? – powtórzyła ze zdziwieniem Pierwsza Kobieta, rozchylając cudowne usta. Zatrzęsło mną, poczułem przymus rzucenia się na nią i skradnięcia choćby jednego pocałunku. Miałem przekonanie graniczące wręcz z pewnością, że ktoś tak doskonały musi smakować czystą słodyczą. Wiedziałem, że nie powinienem tego robić, lecz w tamtej chwili nie potrafiłem oprzeć się zaletom matki wszystkich grzesznic…

– Nie – powtórzyłem.

Lilith przymrużyła oczy, kąciki jej ust ułożyły się w ironicznym uśmiechu.

– Szemchazaju, czego oczekujesz w zamian za posłuszeństwo?

– Chcę i pragnę tylko jednego. Abyś pocałowała mnie. Teraz i tutaj, prosto w usta!

Niesławna diablica zaniemówiła. Nie dała tego po sobie poznać, ale jestem pewien, że moje żądanie czule połechtało jej dumną duszę.

– Czy jeśli się zgodzę, będziesz nam posłuszny?

– Tylko tobie Lilith. Tylko wobec ciebie mogę okazać posłuszeństwo i pokorę. Albowiem ty jedna wzniecasz iskrę w moim sercu i sprawiasz, że tracę chęć konfrontacji, zyskując w zamian pragnienie uległości…

Pierwsza Kobieta wciąż wpatrywała się we mnie swymi pięknymi oczyma, rozkosznie rozchylając przy tym usta i ukazując w ten sposób rząd olśniewająco białych zębów oraz język, z którym zamarzyłem spotkać się w namiętnym tańcu.

– Wiem Szemchazaju, że nie jestem tą jedyną i nigdy nie będę… Z przyjemnością jednak poczuję namiastkę tego, co potrafisz ofiarować kobiecie – odpowiedziała po krótkim namyśle, ku mojej wielkiej radości.

Podniosłem się z miejsca i stanąłem tuż przed nią. Lilith była niższa ode mnie, toteż lekko pochyliłem się ku jej rozkosznym wargom, a ona uniosła się na palcach stóp. Złączyliśmy się w pocałunku. Z satysfakcją skonstatowałem, że smakowała równie słodko, jak to sobie wyobraziłem. Zachłannie wsunąłem język, chcąc uszczknąć jeszcze więcej przyjemności, a diablica nie pozostała mi dłużna, wychodząc na wilgotne spotkanie.

W trakcie wymieniania się płynami nie zapomniałem pogładzić dłonią kształtnych pośladków prześwietnej grzesznicy, podczas gdy drugą położyłem nietaktownie na jej piersi. Skryta za okrutnymi połami materiału wypukłość kusiła pełnymi kształtami. Nie chciałem i nie potrafiłem się powstrzymać. Zacisnąłem mocno palce, sprawdzając jędrność tego kobiecego atrybutu. W odpowiedzi Lilith przygryzła moje wargi…

Podniecenie coraz bardziej dawało się nam we znaki. Wzwód wzdymał moją tunikę i ocierał się o diablicę. W odpowiedzi Lilith przywarła do mnie jeszcze mocniej, nasycając się twardym dowodem moich niecnych zamiarów. Pochwyciłem połę sukienki i uniosłem materiał, odsłaniając ponętne uda. Upragnione przeze mnie łono Pierwszej Kobiety znajdowało się tak blisko, że niemal namacalnie poczułem odwieczną moc tego miejsca. Oderwałem się od spijania nektaru z ust diablicy i wytyczyłem swoim pocałunkom szlak w dół jej ciała. Ku źródłu rozkoszy…

Zwinna dłoń zakradła się do moich spodni i niecierpliwie pochwyciła wzburzoną męskość. Pod wpływem dotyku nachalnych palców Lilith zadrżałem na całym ciele. Rudowłosa niecierpliwie uwolniła penisa z niewoli materiału i poczęła miarowo masować go dłonią na całej długości. Żądza rozpalała ogień w moim wnętrzu, chuć zawładnęła myślami i zapragnęła posiąść diablicę w odwieczny sposób…

Piersi kobiety uwierały mnie rytmem przyśpieszonego oddechu. Przez moment smakowałem jej smukłą i gładką szyję, po czym osunąłem się wilgotnymi ustami ku przeznaczeniu. Wyobraziłem sobie, że nim wtargnę napęczniałym dowodem swych intencji między intymne wargi Lilith, zapoznam się z jej esencją kobiecości własnymi zmysłami wzroku, smaku i dotyku. Tak też czyniłem, klęcząc już niemal przed swoją boginią, gdy nagle rudowłosa oderwała dłonie od penisa i cofnęła się o kilka kroków.

– Nie teraz Szemchazaju! Przecież obiecałeś coś dla mnie zrobić. – Ogarnięty pożądaniem ledwie pojmowałem znaczenie jej słów. A jednak uległem woli Pierwszej Kobiety…

– Dla ciebie wszystko!

Lilith odwróciła się tyłem. Jej gęste, czerwone włosy spływały daleko za ramiona i kończyły się tuż przed wspaniale uwypuklonymi przez suknię pośladkami. Jak ja jej wówczas pragnąłem!

– Odeślesz tego chuja Cycerona do Tartaru…

Popatrzyłem ze zdumieniem na Lilith, ale ta nieprzytomnie błądziła gdzieś wzrokiem. Czy ona tego naprawdę chciała? Nie potrafiłem sobie wyobrazić, by ktoś tak subtelny i delikatny mógł żądać czyjeś zguby. A jednak się nie przesłyszałem. Czyżby Pierwsza Kobieta odwiedziła mnie w lochach, wystawiła na pokuszenie, tylko po to, bym pomógł jej pozbyć się niewygodnego oratora? Byłem pewien, że myśli o mnie. Że toczy wewnętrzną walkę między koniecznością, która ją tutaj przygnała, a namiętnością, której ziarenko zasiałem w jej słodkich wargach… Jednak zawarliśmy umowę. A ja musiałem ją wypełnić.

– Dobrze, zrobię to, czego ode mnie oczekujesz – zadeklarowałem.

Lilith odwróciła się ku mnie. Jej błękitne oczy rozpalał tajemniczy żar, na twarzy rysował się wyraz nie pożądania, lecz determinacji.

– Szemchazaju! – rzekła ta, która cieszyła się mianem Pierwszej Kobiety. – Gdy już wypełnisz swoją obietnicę, gdy już do mnie wrócisz… Wtedy dam ci, to czego oczekujesz i pragniesz…

Po wypowiedzeniu tych słów diablica bezceremonialnie stanęła w rozkroku i uniosła sukienkę. Uniosła wysoko, tak wysoko, że z miejsca, gdzie wszystko się zaczynało i kończyło, buchnął jasny strumień światła. Nie widziałem subtelnych linii wzgórka łonowego, uwypukleń warg sromowych, czy źródła rozkoszy – łechtaczki, lecz właśnie jasne, oślepiające światło.

Przesiąknięty do głębi duszy tą światłością, przyklęknąłem na jedno kolano. Jasność przyzywała i opętywała umysł. Żaden Anioł, nawet upadły, nie mógł pozostać obojętny na tak ostentacyjną formę uwodzenia. Żądza zdobycia Lilith zawładnęła mną bez reszty. Cyceron musiał zostać unicestwiony!

Gdzieś w Piekle…

Diabla tkwiła w miejscu, sparaliżowana oślepiającą światłością. Oczy zakryła ramieniem, lecz z dłoni nie wypuściła miecza. W tym samym momencie ciężki, bojowy topór Belzebuba przeszył powietrze ze złowieszczym świstem. Żelastwo spadało na zdezorientowaną wojowniczkę z niewiarygodną prędkością, gotowe zadać jeden, ostateczny cios…

I dopiero wtedy diablica przestała udawać, że nie potrafi znieść światła. Wykonała niesygnalizowany ruch, uchylając się przed toporem. Miecz rozbłysnął własną jasnością, po czym prowadzony jej ręką ugodził w bok tułowia Szatana. Przebił pancerz, zagłębił się w ciele Ciemiężyciela. Z rany, zamiast krwi czy światła, buchnął szary dym.

Władca zawył z bólu bądź upokorzenia, przetoczył się po ziemi, ale natychmiast powstał. Z niedowierzaniem spojrzał na dowód własnej pomyłki, po czym zmierzył wzrokiem wszetecznicę.

Stała kilka kroków przed nim, wpatrzona we własne dzieło zniszczenia.  Oczy jej lśniły żądzą mordu, usta lubieżnie się rozchylały. Triumfowała w momencie, gdy jej koniec wydawał się nieunikniony. Zaryzykowała cała sobą, zawierzając Bogu i w nagrodę przebiła mieczem przeciwnika. Otrzymała to, czego tak bardzo pragnęła i o co się modliła. Czuła światłość Wszechmogącego w dłoniach, dzierżąc jarzący się miecz, czuła ją w wyrywającym się z piersi sercu. I w swej nienasyconej naturze zapragnęła zaznać jej jeszcze więcej.

– Ty zdradziecka suko – zasyczał nienawistnie Belzebub. – Wyrzekłaś się mnie! Szatana! Piekła! I dla kogo? Dla pierdolonego Niebieskiego?

Czerwonooka zachichotała.

– Zawarłam przymierze z Bogiem Światła…

Nie dokończyła. Karmazynowy Król charknął odstręczająco, ścisnął w jednej ręce trzon topora, w drugiej tarczę i rzucił się na przeciwniczkę. Ta nie zawahała się ani przez chwilę. Niczym kocica napięła mięśnie, palce zacisnęła na rękojeści miecza i skoczyła ku nacierającemu Belzebubowi. Zderzyli się w połowie dzielącego ich dystansu. Szatan sparował jej uderzenie tarczą, zaatakował toporem. Diabla, uchylając się przed nadlatującym ostrzem, natychmiast wyprowadziła kontruderzenie. Jaśniejący miecz znów przeszył ciemność piekielnej nocy, ale kolejny raz napotkał przeszkodę w postaci twardej niczym tytan tarczy.

Władca Otchłani runął na wojowniczkę, przytłaczając ją swym wzrostem oraz posturą. Ze znakomitym uzbrojeniem, z wielką sprawnością i zdumiewającą szybkością zmuszał wszeteczną chrześcijankę do zaprezentowania wszystkich nabytych umiejętności. Czerwonooka czyniła to z gracją tancerki i wyrachowaniem, którym poszczycić mógłby się sam Anioł Śmierci. Jednak ona była tylko diablicą, a on Upadłym Cherubinem i Szatanem.

Belzebub napierał z narastającą furią. Górował nad Diablą zasięgiem ramion, ale zdawał się ustępować techniką walki. Wojowniczka broniła się, uchylając przed ciosami z zadziwiającą zwinnością i raz za razem odpowiadała niebezpiecznym kontratakiem.

Szatan nie ustawał w porywistych natarciach, zdawał się wcale nie męczyć. Poruszał się z prędkością błyskawicy i z obłąkańczą determinacją. Czerwonooka sparowała kolejny cios toporem, ale otrzymała uderzenie tarczą w twarz. Instynktownie cofnęła się, lecz Belzebub nadal atakował, zmuszając ją do coraz bardziej desperackiej obrony…

Wtem Diabla rozluźniła mięśnie i nieszablonowym ruchem, zamiast cofnąć po raz kolejny, przesunęła się w bok. Ominąwszy zasłonę tarczy, zdzieliła Szatana łokciem, zaczepiła stopą. Zaskoczony Belzebub stracił równowagę. Spróbował jeszcze przed upadkiem smagnąć rywalkę toporem, ale ostrze nie znalazło jej już w tym miejscu, w którym spodziewał się demonicy. Pozostając w nieustannym ruchu, atakowała z drugiej strony. Wielkie cielsko Antychrysta poszybowało w stronę piachu… Kątem oka dostrzegł jeszcze ekwilibrystyczny ruch przeciwniczki i ostrze miecza zmierzające ku szyi. W ostatniej chwili zdołał uchronić się przed dekapitacją, zachował głowę, ale utracił coś równie niemal cennego – jeden z dorodnych rogów szpecących jego postać.

Belzebub ryknął potwornie. W krótkim odstępie czasu otrzymał ranę na ciele oraz utracił część diabelskiej korony. Takie poniżenie było ponad jego siły. Postanowił chwilowo odstąpić, pojawić się w oddali i prowadzić walkę z dystansu…

Czerwonooka wojowniczka nie zamierzała jednak poprzestawać na dotychczasowych sukcesach. Ogień przepełniał jej serce, rozkoszny żar tlił się w podbrzuszu. Upojne zmęczenie zachęcało do czynu. Jeśli istniało cokolwiek, co darzyła prawdziwą miłością, to walka bez wątpienia stanowiła ten jeden, szczególny aspekt istnienia. Walka nadawała sens jej życiu, w walce odnosiła swe największe zwycięstwa, walka też przyprawiała ją o podniecenie…

Diabla splunęła na piach śliną przemieszaną z czarną krwią. Przymrużyła powieki, rozluźniła mięśnie… I niespodziewanie skoczyła do ataku. Jeśli Szatan miał plan, to, zamiast realizować swoje zamysły, zmuszony został do obrony przed nacierającym mieczem. Nieporęczny topór, tak groźny w ataku, na niewiele się zdawał w defensywie. Władca wymachiwał więc prostokątną tarczą, opędzając się od coraz bardziej niebezpiecznej przeciwniczki. Ta zdawała się pojawiać wszędzie i przewidywać każdy ruch Belzebuba. Furia w jej oczach dorównywała furii w czynach. Parła do przodu finezyjnym krokiem wojowniczki. I im większe starania dokładał władca, by przerwać to swoiste oblężenie, tym większym animuszem wykazywała się diablica.

Diabla zamarkowała cios mieczem wprost w splot słoneczny Karmazynowego Króla. Ten zasłonił się tarczą, jednocześnie odchylając ramię z toporem do kontruderzenia. Na taką okazję liczyła wszetecznica! Takich darów nie omieszkała marnować. Zamiast w tarczę, wyprowadziła cios w ramię potwora. Ten nie zdążył zareagować, niezawodna broń wbiła się w ciało i przedzieliła kończynę na pół.

Dłoń, wciąż dzierżąca topór, opadła na piach, z kikuta eksplodował strumień szarego dymu, dowodzący drogi, którą przebył Belzebub. Od Cherubina, poprzez Upadłego Anioła, aż do Szatana.

Diabla zatrzymała się, pragnąc nasycić oczy dziełem zagłady, a ciało doznawaną ekstazą… Władca Piekieł tymczasem wybałuszył gadzie ślepia. To, czego doświadczał, sprawiało wrażenie zbyt surrealnego, by mogło zaistnieć nawet w Piekle. A jednak antagonistka z rzeźniczą precyzją kroiła go po kawałku. Na myśl o tym, co jeszcze mogłaby mu odrąbać, poczuł silny niepokój… Co gorsza, Czerwonooka wydawała się przewidywać każdy ruch, jaki miał wykonać, każde cięcie, jakie pragnął zadać…

Szatan uświadomił sobie, że ona, Diabla, zwyciężała w tej walce, a on sam, Antychryst, Władca Piekieł, z każdą chwilą przybliżał się do ostatecznej porażki. Był jednak nie tylko okrutnikiem, ale też pragmatykiem. Odrzucił więc tarczę i przemówił po raz drugi. Dym ciągle wydobywał się z jego ran i opatulał w jakiś sekretny sposób…

– Teraz jestem pewien – stwierdził Belzebub.

– Pewien czego? – zapytała sarkastycznie diablica.

– Tego, że jesteś moją prawdziwą córką!

Czerwonooka zaśmiała się. Nie spodziewała się takich słów, ale postanowiła nie okazywać zaskoczenia. Stała wpatrzona we wroga, skórzana zbroja opinała jej ciało, czarne włosy zaplecione w warkocz dodawały uroku, sińce i drobne rany prezentowały się równie ponętnie, co występnie.

– Zdajesz sobie sprawę, Gówniany Królu, jak bardzo cię nienawidzę? Jak bardzo pragnę cię zniszczyć? Całe życie w Piekle poświęciłam temu celowi!

– To naturalne – odparł Szatan. Jego żółte tęczówki oczu zwęziły się niczym przed atakiem…

– Zabiłeś moją matkę, a mnie upokorzyłeś! Teraz ja upokorzę ciebie!

– Lecz to dzięki mnie jesteś tym, kim jesteś! Najpotężniejszą diablicą spośród wszystkich demonów! Spójrz, Diablo, jak wiele osiągnęłaś! I jak wiele jeszcze możesz osiągnąć! – Głos Belzebuba przybrał kuszące tony.

– Chcesz się wkupić w moje łaski? – zakpiła wszetecznica, ale jakby mniej pewnie… – Daremny twój trud, ja łask nie udzielam…

– Chcę ci zaoferować Kurewstwo Piekielne! Miejsce po mojej lewicy! Nieskończony ocean ognia, mordu, potu, łez i krwi! Wyobraź sobie, Diablo, jak wiele razem możemy osiągnąć! Ktoś taki jak ja i ktoś taki jak ty, razem przemienią to przeklęte i nieznośne miejsce w coś jeszcze gorszego i bardziej bezecnego! Czyż nie tego zawsze chciałaś, czy nie o tym marzyłaś?

Czerwonooka nie odpowiedziała. Opuściła miecz i wsłuchiwała się w słowa władcy.

Czy naprawdę tego chciała?

Czy o tym marzyła?

– Przyłącz się do mnie! Wspólnie odnajdziemy moją oblubienicę, wspólnie też zszargajmy jej niewinność… Tak, Diablo, możemy to uczynić… Możemy zhańbić ją wspólnie… Zadać wielki ból, obdarzyć nieskończonym wstydem… – Szatan rozłożył ramiona, z kikuta prawej ręki wciąż wydobywał się smętny dym. Stał nad Czerwonooką, roztaczał swe szalone wizje i artykułował obsesje. A im więcej mówił, tym więcej wątpliwości nachodziło wojowniczkę.

Diablica wbiła miecz w ziemię, a pożądliwe spojrzenie w Belzebuba. Kolejny raz zmierzała w stronę odstępstwa…

***

Potężny wstrząs obudził Adelę. Dziewczyna z konsternacją zorientowała się, że leży brzuchem na końskim grzbiecie. Ręce i nogi miała związane, ciało wymyślnie przymocowane tak, by nie spadło z rumaka. Natychmiast oprzytomniała. Myślami powróciła do ostatnich chwil świadomości i szokujących słów Diabli…

„W jednej sprawie się myliłaś, Adelka”.

„To nie Robin Hood jest moim ojcem, lecz Belzebub!”

Po tym wyznaniu Czerwonooka pozbawiła ją przytomności. Zapewne też związała, wrzuciła na grzbiet Króla Karo i wyprawiła przed siebie. Dziewczyna westchnęła. Powinna zorientować się wcześniej… Diablica dawała znaki świadczące o pokrewieństwie z Szatanem, ale ona ich nie dostrzegała. Po fakcie wszystko stało się oczywiste – Adela przypomniała sobie trud, z jakim Diabla rozmawiała o uczuciach i połączyła to z zachowaniem Belzebuba. Przypomniała sobie również dobór zbliżonych do siebie słów obojga, a także ich podobne gesty i odruchy…

„Nieodrodna córeczka tatusia” – skomentowała w duchu dziewczyna. Zadumała się też nad własną i ludzką ignorancją. Zarówno w życiu, jak i po nim, człowiek miewał problemy z zauważaniem tego, co dosłownie stawało przed jego oczyma.

– Jak można być tak ślepym? – zapytała Adela, ale nie miał jej kto odpowiedzieć…

„Gdybyśmy tylko uważnie słuchali się nawzajem, gdybyśmy poświęcali należny czas i uwagę najbliższym”… – Westchnęła po raz drugi…

Więzy na rękach coraz bardziej ją uwierały, więc znaną sobie sztuczką wypaliła je ogniem. Uwolniła się i uniosła na siodle, wzrokiem zlustrowała pobliski krajobraz. Gdzie okiem nie sięgnąć, wszędzie panowała piekielna ciemność, dziewczyna nie dostrzegła niczego poza pustynią. Adela spojrzała za siebie… Gdzieś tam, daleko, ponure niebiosa Otchłani rozświetlały się grzmotem i błyskiem piorunów. Piekło w tamtym miejscu zdawało się kończyć… Dziewczyna poczuła ciarki na plecach.

– To Diabla Czerwonooka walczy ze swoim ojcem, Szatanem Belzebubem – skomentowała wpatrzona w złowieszcze widowisko. – Niech Bóg ma ją w swojej opiece…

Król Karo, wielki czarny ogier naprężył się, gotów do wykonania szybkiego ruchu. Adela usłyszała kroki i dojrzała chłopca wyłaniającego się z mroku. Głowę miał pozbawioną włosów, jego jedynym odzianiem była skromna przepaska biodrowa.

– To dobry koń – stwierdził przybysz, wysuwając rękę ku wielkiemu łbu zwierzęcia.

– Najlepszy – odparła dziewczyna.

– Ma zamknięte oczy, ponieważ nie chce patrzeć na wszystkie niegodziwości, jakie popełniane są w Piekle – oznajmił chłopiec swoim niewinnym, dziecięcym głosem.

– Znasz go? Znasz Króla Karo?

– Znamy się od dawna. To mój stary druh.

– Przyszedłeś się z nim spotkać? Skąd wiedziałeś, że tutaj będzie…

Chłopiec głaskał drobną rączką głowę rumaka, nagle uniósł jednak wzrok i rzucił spojrzenie w stronę Adeli.

– Nie przyszedłem tutaj dla niego, lecz po to, by spotkać się z tobą!

– Ze mną? – zapytała dziewczyna z niepokojem.

Wokół panowała ponura ciemność, zawężała znacznie widok, spowijała też postać dziwnego chłopca. Za plecami Adeli rozgrywał się bój decydujący o losach Piekła… Niepewność coraz bardziej zaczęła jej doskwierać.

– Co tutaj robisz? Dlaczego jesteś sama?! – krzyknął młodzik.

– Przyjaciółka mnie zostawiła…

Podrostek wyprostował rękę, wskazując na rozgrywający się w oddali ponury spektakl zniszczenia.

– Musisz pomóc Diabli! – krzyknął ponownie, tak donośnie, że w uszach dziewczyny aż zadudniło. Z przerażeniem dostrzegła, że z oczu wypływają mu krwawe łzy. On na to jednak nie zważał, wykrzyczał najgłośniej, jak tylko potrafił – Musisz pomóc Diabli! Ona umiera!

Adela obejrzała się za siebie. Pioruny uderzały, burza trwała, walka zapewne nadal się toczyła. Na myśl nasunęły się jej heroiczne pojedynki biblijnych i mitycznych postaci jak Dawida i Goliata, Hektora i Achillesa. Odwróciła się ponownie w stronie chłopca, ale już go nie zobaczyła. Zniknął w jednej chwili, równie niespodziewanie, jak się pojawił.

Dziewczyna nie roztrząsała tajemnicy tego niewytłumaczalnego spotkania. Złapała za wodze, uderzyła piętami w bok konia.

– Wracamy po Diablę! – oznajmiła swoją wolę.

Król Karo więcej nie potrzebował, w jednym momencie zawrócił i pognał przed siebie. Potężne ciało wyprężyło się jak struna, wielki łeb obniżył niemal na wysokość grzbietu, uszy ułożyły się wzdłuż głowy. Wspaniały rumak pędził najszybciej jak potrafił przez pustynię, ku niszczącej bitwie…

Pałac Trzeciej Świątyni

Ciało nagiej diablicy wyginało się w łuk. Nie widziałem jej twarzy, ale odchylona ku tyłowi głowa sugerowała zaznawaną rozkosz. Przyjrzałem się bliżej. Pieprzyk tuż nad wcięciem pośladków kogoś mi  przypominał…

– Scarlett? – wydusiłem z siebie, zaskoczony spotkaniem z dawną kochanką.

Znad jej ud wysunęła się twarz obślinionego starca. Spomiędzy ust wypadały mu płatki róży. Zaskoczona niewiasta odwróciła się w moją stronę, jednocześnie zasłaniając piersi rękoma. Sprawiała wrażenie dziewicy przyłapanej na niegrzecznych zabawach. Wszyscy jednak wiedzieli, że z cnotą ta diablica miała niewiele wspólnego.

– Witaj, Cyceronie – rzekłem, zamykając drzwi komnaty.

– Szemchazaj??? – Wyraz twarzy oratora stanowił swoistą mieszankę podniecenia i zdziwienia.

– Z twojej miny wnioskuję, że nie spodziewałeś się mnie tutaj… Wolnego i… niebezpiecznego… –             Zbliżyłem się do rozebranej pary. Niewiasta jedną ręką zasłaniała piersi, drugą położyła na czole. Wyglądała, jakby miała za chwilę zemdleć.

– Jesteś niczym więcej niż kawałkiem wielkiego, stełczącego, bałdzo twałdego chuja – oznajmił tymczasem orator, pokonując lęk. Usta wykrzywił w groteskowym grymasie nienawiści.

Scarlett, okazała więcej rozsądku. Wbrew moim przypuszczeniom, nie zemdlała, ani też nie zgrywała dłużej cnotki. Rozwarła przede mną uda, ukazała swe zalety. I możliwości, które miała do zaoferowania…

A te zdawały się zdumiewające. Miejsce wilgotnych warg sromowych, zajmował bowiem kwiat róży. Patrzyłem i nie wierzyłem własnym oczom. Piekło wciąż mnie zaskakiwało.

– Wynoś się – rozkazałem niechętnie, a demonica posłusznie wybiegła z komnaty, odprowadzana przez dwie pary oczu…

Zwróciłem się ku Cyceronowi. Staruszek przywarł do ściany, niestety, na swoje nieszczęście nie potrafił przez takowe przechodzić. Jego uwiędłe ciało, wydęty brzuch, skurczony członek i krzywe nogi raniły moje zmysły estetyki.

Wysunąłem rękę, gotów zmiażdżyć tę zepsutą powłokę i rzucić duszę w odmęty Tartaru.

– Zaczekaj!

– Na co? – Zdziwiłem się szczerze.

– Nawet nie wiesz, jak bałdzo cię nienawidzę! Za to, co chciałeś złobić naszemu nieczcigodnemu Szatanowi nie znajdziesz przebaczenia… Taka zbłodnia nie ulega ani przedawnieniu, ani zapomnieniu… Żadna kała, któłą możesz ponieść, nawet w dłobnym stopniu nie odzwiełciedli ogłomu twych win błutalu…

Cyceron stał przede mną i wyrzucał z siebie te pełne jadu słowa razem z pianą sączącą się z ust. Stary, pomarszczony, bez włosów na czubku głowy, ale za to z posiwiałymi kudłami z tyłu, wyglądał żałośnie. Zaprzedał swoje ideały Piekłu, a gdy przyszło ustanowić zastępcę i namiestnika, Belzebub wybrał Lilith.

– Nawet teraz, przed swoim końcem, próbujesz mnie jeszcze obrazić? Nadaremnie, twoje słowa są równie puste, jak myśli Scarlett.

– Obłazić? Ty to nazywasz obłazą? Błak mi słów, któłe mogłyby opisać zdładę, jakiej się dopuściłeś!

Miałem dosyć. Machnąłem dłonią, a w efekcie orator zawisł w powietrzu. Machał śmiesznie rękoma i nogami, usiłując bez powodzenia postawić stopę na jakimkolwiek podłożu. Wyglądał komicznie. Zacisnąłem pięść, a starzec zaczął się dusić. Chciałem skończyć z tą kreaturą jak najszybciej, towarzystwo diablic wydawało mi się bowiem o wiele bardziej obiecujące…

– Musisz zabić Lilith! – wystękał Cyceron.

– Dlaczegóż miałbym to robić? – Zmniejszyłem uścisk, pozwalając mu zaczerpnąć powietrza. Twarz obleśnego starca ponownie wykrzywiła się w grymasie gnębiącej go nienawiści.

– Dla zemsty!

– A cóż takiego Lilith mi uczyniła, że miałbym się na niej mścić?

– To ona zwabiła cię do pałacu! To ta Babilońska Kułwa uknuła intłygę, któła dopłowadziła cię do zguby!

Milczałem, ale pozwoliłem Cyceronowi mówić. Przypomniałem sobie, że rzeczywiście to Pierwsza Kobieta zaprosiła mnie na szatańskie orędzie. Tam też spotkałem Adelę… Tam zaczął się mój upadek…

– Musisz wiedzieć Szemchazaju, że Wielka Szmata podsunęła Szatanowi pomysł, by przywołać z Tałtału twoją małżonkę, Iształ… I żeby tym sposobem zdobyć nad tobą kontłołę!

– Skąd mam wiedzieć, że mówisz prawdę? – Rzuciłem jego ciało na podłogę. Orator chciał się zaśmiać, ale mu nie wyszło. Zakaszlał, przetarł dłońmi twarz, czując, że jego niebywały dar perswazji raz jeszcze odniósł skutek.

– To nie wszystko zdłajco Sełafiński… Babilońska Wiedźma, wespół ze wspólniczką, uwięziły twojego sługusa, Cztełdziesci i Czteły. Uważam, że to część ich planu…

– Jakiego planu? – zapytałem zdumiony usłyszanymi rewelacjami. Tymczasem Cyceron komicznie skakał na jednej nodze, radując się z faktu, że uwierzyłem jego słowom. Skakał tak i klaskał, aż wreszcie się opamiętał…

– Obsełwuję ją od dawna. Chodzę, za nią niepostrzeżenie jak cień… Jestem obecny przy każdej wykonywanej przez nią czynności… Nigdy nie spuszczam z niej oka… W toalecie, w łożu, zawsze ją niezawodnie podglądam! Gdybyś tylko zobaczył, co ona ma pod spódnicą, gdybyś tylko widział, jakie ona ma cy…

– Cyceronie, przejdź do konkretów… – przerwałem równie poirytowany, co zazdrosny o to, co ujrzał starzec.

– Matka wszystkich ladacznic chce przejąć władzę nie tylko nad pałacem, co już złesztą uczyniła, ale też nad całym Piekłem!  A wówczas, dla nas, mężczyzn, nie będzie już w czeluściach piekielnych bezpiecznego miejsca…

Pożądanie, które mnie tutaj przywiodło, ustąpiło miejsca rozsądkowi. Podziwiałem Lilith, cieszyła się mirem Pierwszej Kobiety, była mądrą i ponętną diablicą. Jednak myśl, że mną manipulowała, że igrała sobie z życiem Isztar, okazała się przeważająca. Cały urok i czar rudowłosej prysł.

– Pomyśl Szemchazaju, co się z nami stanie, gdy całe Piekło zniewieścieje?

Wizja nie wydawała się najgorsza, jednak gniew przeważył.

– A więc muszę się z nią rozmówić – oznajmiłem.

– Miej się na baczności spadkobiełco judaszowskich tładycji! Wielka Suka posiada czałną dziułę między nogami i zasysa wszystko, co tam wpadnie!

Zignorowałem te słowa. Nagle los starca wydał mi się nieistotny. Liczyła się rudowłosa diablica i myśl, że zza kulis rozgrywała swój wielki spektakl marionetek. Ze mną w roli głównej.

– Żegnaj – odparłem i odwracając się plecami do Cycerona ruszyłem ku wyjściu.

– Zaczekaj! – krzyknął orator. – Jak możesz, to zabij też Cezała!

Drzwi same się przede mną rozwarły. W oddali słyszałem jeszcze wrzaski Cycerona…

– I Małka Antoniusza! Zabij Małka Anto…

***

Po wyjściu od Cycerona udałem się niezwłocznie na poszukiwania Lilith… Przemierzając mroczne, oświetlone słabym światłem świec wnętrza Pałacu Trzeciej Świątyni, na każdym kroku stawałem się świadkiem gorszących i obscenicznych scen. W całej budowli trwała seksualna orgia. Uzbrojeni od stóp aż po same czubki głów strażnicy zrzucali metalowe ustrojstwo i nader swawolnie poczynali sobie z niezliczonymi diablicami oraz diabłami, usługującymi im na wszelkie sprośne sposoby. Zatracając się w poszukiwaniu zaspokojenia, nie zwracali na mnie szczególnej uwagi. Mało kto patrzył na twarze, nikogo nie zainteresował Upadły Serafin, zbiegły z lochów, w których umieścił go Belzebub. Rozpustników pochłaniały bez reszty rozchylone usta, sterczące kutasy, obnażone cycki, jędrne tyłki i mokre cipki.

Widok splecionych ciał, wsparty odgłosami jęków i ciężkiego sapania nie pozostał obojętny także takiemu miłośnikowi kobiecych wdzięków jak ja. Kopulujący nie ustawali w swych staraniach, wieńcząc je raz za razem doniosłym orgazmem. Splecione, spocone ciała oddziaływały na moje roznamiętnione zmysły. Przygasłe podniecenie wróciło ze zdwojoną siłą. Penis uwierał ściśnięty w spodniach, a myśli odbiegały od celu, za który jeszcze niedawno postrzegałem wyrównanie rachunków z Lilith. Ogień wypełniał moje wnętrze zarówno z pożądania, jak i złości.

Wśród lubieżników rozpoznawałem liczne, dawne kochanki. Lubieżną Teodorę, pozbawioną wad Mary Sue, gawędziarę Szeherezadę, skrytą Matę Hari, władczą Semiramidę, fałszywą Gonerylę, tajemniczą Panią Dwoistości, wyzwoloną Olimpię de Gouges, uduchowioną Imperię, dowcipną Zufolinę, flirtującą Nell Gwyn, łagodną Dziewannę, mroczną La Voisin, zakompleksioną Jokastę, bezwzględną Balladynę,   roztańczoną Salome, niszczycielską Nanę, niewyrośniętą Lolitkę, zbuntowaną i twórczą Virginię, rozwiązłą Messalinę, dumną Kleopatrę, okrutną Brunhildę, krwawą Medeę, słodką tylko z imienia Lukrecję, nienasyconą Katarzynę, zdradziecką Dalilę, uwodzicielską Betsebe, sprowadzającą nieszczęścia Marię Stuart, niepohamowaną Margot, rozmiłowaną w błyskotkach królową Saby, niezrównaną Helenę, namiętną tak w miłości, jak i w nienawiści Fedrę, ognistą nie tylko w łożu Tais oraz wiele, wiele innych wspaniałych i zdumiewających niewiast…

Obawiałem się ich reakcji na mój widok, ale spojrzenia tych królowych, półbogiń, morderczyń, rozpustnic, kurtyzan, szpiegów i zdrajczyń pozostawały mętne. W tej chwili zajmowała je wyłącznie własna żądza. Łapczywe dłonie chwytały mnie za ręce i kostki, pragnąc wciągnąć w wir grupowego seksu, ale ostatkiem siły woli wymykałem się od zatracenia w rozkoszach.

Dążąc do spotkania z Lilith, z pewnym trudem dotarłem do głównej części szatańskiego pałacu – sali audiencyjnej. Tutaj z kolei kłębili się, również pogrążając w cielesnych uciechach najznaczniejsi z diabłów i diablic. Z najwyższym trudem omijałem demony i demonice w najsprośniejsze sposoby folgujące swym chuciom. Moje ukradkowe spojrzenia szukały wśród tej orgii zmysłów Pierwszej Kobiety, lecz nigdzie nie potrafiłem jej dostrzec.

W Piekle posłańcy złych nowin zawsze pojawiali się znikąd i jakby na potwierdzenie tej myśli, usłyszałem kobiecy szept oraz poczułem na ramieniu dotyk drobnej dłoni.

– Myślałam o tobie Szemchazaju. – Odwróciłem się i ujrzałem śliczną twarz Lilith, obsypaną drobnymi piegami. Wyglądała kwitnąco. Stałem przy niej, wiedząc o manipulacjach, których się dopuściła i milczałem. Cyceron miał rację, powinienem ją w tejże chwili zniszczyć, odesłać duszę do Tartaru i nigdy więcej nie wracać myślami do tej intrygantki. Nie potrafiłem jednak zdobyć się na taki czyn. Zadeptanie pięknego kwiatu, stanowiło zawsze akt barbarzyństwa. Tak mawiała moja małżonka. A rudowłosa diablica wydawała się kwiatem dorównującym urodą nawet Isztar.

– Zastanawiałam się, Szemchazaju, nad twoim upadkiem… Zastanawiałam się, dlaczego ktoś taki jak ty, godzi się na niewolę u Belzebuba… Mógłbyś być władcą tego świata, a tymczasem zatracasz się w próżnych przyjemnościach. Tak, dają one chwilową rozrywkę, ale czymże jest ta namiastka spełnienia wobec prawdziwej rozkoszy władzy…

Wysunąłem rękę i przejechałem koniuszkami palców po subtelnych ramionach diablicy. Jasną, delikatną skórę także tutaj zdobiły piegi.  Ich szlak wiódł ku smukłej szyi. Podążyłem ochoczo w tym kierunku…

– Nie zaprzeczaj, mój drogi… Nawet pokonany i zniewolony prezentujesz się bez porównania godniej niż reszta tej hołoty…

Dłonie odgarnęły pęk długich, czerwonych włosów i objęły kruchą szyję. Mógłbym zmiażdżyć ją i rozwiązać tym samym jeden z problemów. Powstrzymałem się jednak. Najpierw musiałem ją posiąść, a dopiero potem dokonać aktu zemsty.

– Czy zrobiłeś to, o co cię prosiłam? – Wpatrzony w ruch hipnotyzujących warg, nie zamierzałem udzielić prawdziwej odpowiedzi. Wolałem zbałamucić niewiastę i zdobyć to, co kryło między jej udami. W tamtej chwili o niczym innym nie marzyłem.

– Oczywiście. Znienawidzony orator już nie będzie cię niepokoił! – skłamałem, nie odczuwając żadnego wstydu.

Na wieść o zgonie wroga diablica uśmiechnęła się cynicznie. Zdecydowanym ruchem wbiła rękę do moich spodni i ponownie wydobyła pobudzony organ na zewnątrz. Piąty członek rósł w jej dłoniach. Bawiła się nim przez dłuższą chwilę, napawając jego mocą i własną siłą, którą udowadniała tym dotykiem. Świadoma podniecenia, jakie we mnie wywoływała, Lilith triumfowała, żywiąc zgubne przekonanie, że jest panią sytuacji. Wypuściła penisa z rąk i gwałtownym ruchem rozerwała mi koszulę. Dostała to, co chciała. Widok umięśnionego, obnażonego torsu jeszcze bardziej ją podochocił. Zachłannie badała dotykiem twardą skórę, kreśląc po niej paznokciami sobie tylko znane znaki. Tu i ówdzie ukłuła mnie, wzmagając jeszcze podniecenie.

Jedną ręką gładziłem czerwone włosy, drugą ułożyłem wygodnie na biodrze diablicy. Stercząca męskość niecierpliwie ocierała się o jasną suknię, szukając upragnionego dostępu do cudownej tajemnicy Wielkiej Nierządnicy.

– Wiem, dlaczego ciągle upadasz mój drogi – wyszeptała Lilith. I natychmiast wyjaśniła swoją myśl. – Z powodu miłości! Czyż to nie oczywiste?

Objąłem rudowłosą ramionami i przylgnąłem do jej ciała. Pełny i kształtny biust, schowany za cienkim materiałem sukienki, cudownie uwierał tors. Zapach wodził moje zmysły na pokuszenie. Przywarłem ustami do różowych warg demonicy i ukradłem jeden, równie słodki co namiętny pocałunek. Odepchnęła mnie dłońmi i wydyszała głosem nabrzmiałym żądzą:

– Nie rozumiesz Szemchazaju? Zostawiłeś Boga dla ukochanej Isztar, stałeś się Upadłym Aniołem. Rzuciłeś wyzwanie Szatanowi dla jego oblubienicy, Adeli. I przegrałeś, znowu z powodu kobiety… Miłość determinuje nasz los. Twój i mój. Jesteśmy tacy sami!

I na potwierdzenie tych słów, diablica stanęła w rozkroku. Spod sukienki znów buchnęło jasne światło. A ja lgnąłem do niego niczym Henoch do Nieba. Chwyciłem penisa, odgarnąłem materiał. Najwyższe szczęście i największa rozkosz znajdowały się w zasięgu, jednego, mocnego pchnięcia. Tylko czy Lilith miała rację? Czy to miłość determinowała nasz los? A może było to po prostu pożądanie?

– Szemchazaju… Jestem skromną kobietą… – Rudowłosa wciąż mnie uwodziła. – Nie posiadam wielkiej władzy, wpływów ani bogactw. Nie uważam się za najpiękniejszą niewiastę w Piekle, ani za najbardziej elokwentną – mówiła ta, która zawsze i we wszystkim była Pierwszą. – Pragnę więc ofiarować ci coś innego. Coś przytulnego, przepełnionego jasnością, intymnością i dobrocią. Źródło mojej duszy – cipkę! Jest Ona taka sama jak wszystkie cipki tego świata, ale zarazem różni się bardzo od wszystkich pozostałych cipek Piekła… Czy chcesz się do niej zbliżyć Szemchazaju? Czy chcesz poznać jej smak i zapach? Kształt i gładkość? Światłość i jasność?  – Kusiła diablica… – Czy tego pragniesz, Szemchazaju? Czy chcesz się zatracić w mojej cipce?

Chciałem tego ja, chciała też Ona. Lilith wysunęła rękę, pchnęła mnie opuszkami palców. Upadłem plecami na podłogę i zahipnotyzowanym wzrokiem wpatrywałem się w światłość wypływającą spomiędzy jej ud.

Rudowłosa przykucnęła nad nieco zniecierpliwionym, ale wciąż pełnym nadziei organem. Jedną ręką podwinęła sukienkę, oślepiając mnie niemal niebiańskim światłem. Drugą pochwyciła penisa, wiodąc go ku wejściu do swego wnętrza. Podążając w stronę cielesnego zjednoczenia, uciekła gdzieś pożądliwym wzrokiem… Po czym rozsunęła szerzej uda, rozsądnie doceniając słuszny rozmiar mojej męskości i naparła jakże namiętnie…

Penis wszedł w nią jak miecz w pochwę. Nadzwyczaj pojemna kuciapka pochłonęła organ aż po samą jego nasadę. Z uroczych ust niewiasty wydobył się przeciągły jęk rozkoszy…

Lilith, czując wreszcie w sobie część mojego jestestwa, oddawała się przyjemnościom. Jej narowisty temperament znalazł teraz okazję, by ujawnić się w całej pełni. Diablica wiła się z rozkoszy, zachłannymi dłońmi to drapała mnie po torsie, to znowu czochrała swoje długie, czerwonawe włosy. Słodkie wargi Wielkiej Nierządnicy rozchylały się co kilka chwil, wyrzucając z siebie rytmiczne dźwięki ekstazy.  Nie zapominała także o sprawcy tego uniesienia. Zgrabnymi ruchami rozsunęła ramiączka sukienki. Fragmenty niegodnego takiej Pani materiału opadły, zatrzymując się najpierw na biuście, by następnie zsunąć się na biodra. Dwie półkule obdarzyły mnie swymi ponętnymi kształtami. Piersi Lilith, średniej wielkości, cechowały się pięknymi, harmonijnymi kształtami i niewielkimi, lecz napęczniałymi z podniecenia sutkami. Gdy diablica naparła biodrami, biust najpierw delikatnie uniósł się w górę, by następnie z wdziękiem opaść. Pragnąłem, by ten widok cieszył moje stracone zmysły jak najdłużej.

Spowolniłem czas – potrafiłem to czynić, robiłem tak wielokrotnie podczas walki – a zbliżenie z Lilith było przecież formą bitwy… Ciało diablicy niemal się zatrzymało… Piersi zawisły w powietrzu, pokonując grawitację Piekła… Rozkoszne usta rozchylały się w słodkim grymasie dzikiej żądzy… Błękitne oczy skryły się za opadającymi powiekami… Aksamitne płatki intymności pochłaniały wzburzony organ w zwolnionym tempie… Przejmująca światłość, która miało swoje źródło we wnętrzu Wielkiej Nierządnicy, przygasała, zakryta penisem… Przyjemność stała się nieznośnie dojmująca, bodźce zbyt intensywne, nie potrafiłem ich wszystkich należycie kontemplować.

Czas na nowo przyśpieszył, głośny jęk zagłuszył wrzaski innych demonów kopulujących wszędzie dookoła. Ciało półbogini powróciło do właściwego sobie, naturalnego stanu. W jednej chwili jej dolne wargi zakryły nabrzmiałego penisa, a śliczne piersi opadły w dół.

Pierwsza Kobieta zatraciła się do reszty w spowodowanym orgazmem amoku. Wbiła paznokcie w moje piersi, raniąc je dotkliwie. Jako stworzony z ognia Serafin, zamiast krwi miałem w ciele gorący żar. W otwartych ranach pełgały płomienie – jawny dowód namiętności Lilith.

– Szemchazaju, zasłużyłeś na więcej! – wymęczona rudowłosa dyszała niczym dziwka. A ja w odpowiedzi poczułem pragnienie wychędożenia jej niczym pospolitej demonicy. Ktoś z takim doświadczeniem z łatwością musiał przejrzeć pragnienia kochanka. Tak też uczyniła Lilith. Poderwała się na nogi, obróciła tyłem i opierając się rękoma o jakąś kopulującą parę, wypięła kształtne pośladki. Jasność wypływająca spomiędzy dolnych warg ponownie poraziła mnie swą barwą. Kierowany bądź to sterczącym fallusem, bądź czystym instynktem, naparłem na obiekt pożądania. Zatraciłem się w dogłębnej, hipnotyzującej światłości. Opatulała mnie ciasno, obdarzając swoim ciepłem i szczęściem.

Wprawiając biodra w ruch i wykonując pchnięcia penisem w tym niebywale zadbanym ogródku Pierwszej Nierządnicy, czułem się, jakbym znowu powrócił do Domu Pana. Nie dziwota, że tylu przede mną zatraciło się… W niej…  I dla niej…

– Nie przestawaj… błagam, nie przestawaj… – Jęczała, a ja nie miałem zamiaru kontentować się tym, co dotąd otrzymałem.

Coraz bardziej samolubnie zmierzałem ku własnej satysfakcji. A ta, powodowana natarczywymi sztychami, miała przyjść szybko i z niszczycielską mocą. Znalazłszy się tuż przed kulminacyjnym punktem, naszła mnie chwila refleksji. Lilith powinna zapłacić za przewiny, które wyrządziła! Oszukiwała, kłamała, manipulowała, doprowadzając wielu do zguby…

Możliwe, że wyczuła zmianę, która zaszła we mnie, gdyż wysapała pomiędzy kolejnymi dźgnięciami…

– Zalejesz mnie nasieniem czy ogniem?

Wtem sprawy gwałtownie przyśpieszyły. Niezapowiedziany niegodziwiec wtargnął do sali, zakłócając radość z folgowania żądzom zarówno mnie, jak i innym demonom. Rozległ się donośny wrzask:

– Lilith zdładziła! Zdładziła Szatana Belzebuba!

Wszyscy rozpoznali głos Cycerona. Znała go też świetnie wypięta przede mną diablica. Natychmiast wyrwała się z moich objęć, zupełnie jakby zobaczyła nie ducha, lecz Świętego na samym dnie Otchłani. Odwróciła się, stając ze mną twarzą w twarz. Tęczówki jej oczu zwęziły się, usta wykrzywiły w wyrazie niesmaku.

– Wyruchałeś mnie! – Krzyknęła z oburzeniem.

Nic nie odpowiedziałem. Mój nieusatysfakcjonowany penis wciąż niecierpliwie mierzył w otwór rudowłosej. Złączone uda skryły świetlisty dar, ale jej nagie ciało, zgrabne biodra, jędrne piersi oraz śliczna buzia ozdobiona drobnymi piegami nieustępliwie wypełniały mnie dziką, niepohamowaną żądzą. Pragnąłem posiąść ją znowu…

Jednak Lilith miała inne plany. Wymierzyła mi dłonią siarczysty policzek, ignorując pożądanie. I krzyknęła na całą salę…

– Szemchazaj jest tutaj! Uciekł z lochu i chce nas pomordować!

Wrzaski oratora i diablicy wyrwały z seksualnej gorączki spółkujących grzeszników. A brzmienie mojego imienia niezmiernie raniło ich upadłe dusze. W jednej chwili w moją stronę rzucił się tłum potępieńców. Silne ramiona uniosły mnie przed oblicza gniewnej kochanki. Twardy i gotowy do satysfakcji penis zdradzał mój wewnętrzny ból. Zamiast walczyć, pragnąłem chędożyć! Niespełniony, dostrzegłem usta Lilith, bezgłośnie wypowiadające intrygujące słowa…

– Jeszcze z tobą nie skończyłam Szemchazaju…

Nie miałem jednak czasu na rozmyślania. W sali audiencyjnej Belzebuba rozpętał się niemalże armagedon. Kilka par rąk trzymało mnie w silnym uchwycie, inne zadawały ciosy. Wszyscy byli nadzy, wściekli i rozochoceni. Czułem ich sztywne, uwierające kutasy. Nikt nie miał broni, więc każdy atakował czym popadło, najczęściej po prostu pięściami… Uderzenia odbijały się od mojego ciała, nie czyniąc jednak żadnej, nawet najmniejszej szkody. Jakkolwiek nisko bym nie upadł, pozostawałem przecież Upadłym Serafinem, a kimże byli oni?

Przytłumiłem niezaspokojone pożądanie, dałem dojść do głosu złości. Tytanicznym wysiłkiem szarpnąłem do przodu, rzucając wszystkimi, którzy próbowali mnie trzymać za ramiona. Uwolniłem się. Dostrzegłem diabła Ajaksa biorącego duży zamach ręką i uprzedziłem atak szybkim wypadem. Pechowiec oberwał po głowie i padł na ziemię.

Jak spod ziemi wyrósł przede mną inny potężny arcydemon, Adramelek. Postać równie znana co budząca pogardę, nawet w Piekle. Według plotek na Ziemi miał kiedyś status bóstwa, któremu składano w ofierze niemowlęta. Nawet teraz, idąc do boju, nosił się pysznie niczym paw. Dorównywał mi wzrostem i muskulaturą. Ciemne włosy ozdobił kolorowymi piórami, ale poza nimi nie miał na ciele niczego innego. Z przodu sterczał mu dumnie fiutek, lśniący od wydzielin jakiejś lubieżnicy. Diabły roztropnie rozstąpiły się na boki, dając nam miejsce do rozprawy.

– Przykro mi Adrameleku, ale mam większego! – zakpiłem, choć wcale przy tym nie skłamałem!

– Wypierdalaj z mojej orgii! – odkrzyknął strzelisty diabeł i zamiast rzucić się z pięściami, cisnął z dłoni kamiennymi kulami. Wtajemniczeni potępieńcy potrafili urzeczywistniać wytwory wyobraźni. Adramelekowi zamarzyły się więc kule, przed którymi bądź to uchyliłem się, bądź rozbiłem je machnięciem ręki.

– Co jest kurwa? – skwitował arcydemon, a ja odpowiedziałem kontratakiem. Znikłem z miejsca w którym stałem i pojawiłem się tuż nad przeciwnikiem. Przeszyłem powietrze prawym sierpowym, wbijając pięść w zdziwioną twarz diabła. Oszołomiony ciosem przykucnął i mógł tylko bezradnie patrzeć, jak w efektowny sposób atakuję biodrami. Twardy niczym stal i długi niczym gladius kutas smagnął go po głowie, wybijając parę zębów. Adramelek padł rażony nie tyle piorunem, ile chujem…

Obserwujące ten heroiczny wyczyn niewiasty pomdlały…

Taka też była o mnie prawda. Penisa posiadałem nie od parady. Służył mi wiernie nie tylko podczas niesienia przyjemności rozwiązłym damom, ale też jako śmiercionośne narzędzie podczas walki. Sam Wszechmogący takim mnie stworzył!

Po tej demonstracji siły diabłom przeszła ochota do walki. Otaczali mnie szczelnym kordonem, ale żaden nie śmiał rzucić mi wyzwania. Wciąż jednak posyłali mi gniewne spojrzenia i celowali we mnie sztywnymi fallusami.

– Na co czekacie? – Rozpoznałem głos Lilith. – Zabijcie go!

Nikt jednak nie kwapił się do ataku. Poddani Belzebuba tkwili w bezruchu i ani myśleli się narażać. Wreszcie tłum nagusów zakołysał się i rozstąpił. Na środek sali wkroczył ponury jegomość z brodą misternie zaplecioną w warkoczyki. Spod ciemnych kędziorów na głowie wyrastały dwa niewielkie różki. Barki i tors miał równie mocne co owłosione. Jak przystało na nagiego Wielkiego Księcia Piekieł jego wykrzywiona niczym banan fujara, sterczała pełnym wzwodem i swoją posępnością odzwierciedlała naturę posiadacza.

– Nie zabiję cię psie – rzekł Mefistofeles. – Ale wydupczę jak sukę! Będziesz skamlał z moim chujem w dupie, tak jak robił to twój fagas Sariel! A gdy już z tobą skończę, tak jak on zostaniesz pizdą Belzebuba!

– Pozostaje mi tylko pogratulować ci ambicji, sodomito! – Ukłoniłem się prześmiewczo.

Rozłożyłem niedbale ramiona, ostentacyjnie prowokując rywala. Członek zakołysał się niecierpliwie. Jednocześnie nie spuszczałem wzroku z jego oczu. Zawsze bowiem ruch gałek ocznych uprzedzał o ataku i zasada ta sprawdzała się zarówno wobec ludzi, jak i Upadłych Aniołów. Wbiliśmy więc w siebie wrogie spojrzenia, gotowi w każdej chwili poderwać się do natarcia.

Tłum otaczających nas potępieńców poruszył się ponownie i wypluł pomarszczony kawałek ciała. Jegomość upadł między mną a Mefistofelesem i nie podnosząc się z podłogi, wystękał:

– Panowie! Mężczyźni! Niegodziwcy! I inni nikczemnicy! – Rozpoznałem Cycerona, który po tym wstępie zwrócił się bezpośrednio do mnie – I ty Sełafiński zaprzańcu! Nie tłaćcie czasu i sił na społy! Jest wśłód nas ktoś, kto nie tylko darzy nas nienawiścią, ale także chce urzeczywistnić ją czynami! To ta wyłodna dziwka, Lilith! To ona chciała mnie zabić, ona też urządziła tę ołgię, wabiąc tym samym nas, mężczyzn, w pułapkę! Ona jest zdłajcą poszukiwanym przez naszego Szatana!

– Bredzisz starcze! – Mefistofeles kopnął oratora, a ten potoczył się ku moim stopom. Zauważyłem błysk jego oczu i przygotowałem się na atak.

I wtedy wrota sali audiencyjnej zamknęły się z hukiem. Z ulokowanych powyżej lóż w jednym momencie wysypał się rój półnagich dziewcząt uzbrojonych w łuki i oszczepy. Paru pechowców płci męskiej, którzy przebywali na górze, zostało brutalnie zepchniętych w dół. Ciszę przerwał wrzask strąconych i ponury plask ich rozbijających się ciał. Amazonki wymierzyły broń w naszym kierunku. Cyceron znów miał rację, orgia okazała się pułapką, a mężczyźni przychylni Belzebubowi celem dla buntowniczek Lilith. Rozległ się złowieszczy krzyk:

– Zabić ich! Zabić ich wszystkich!

W odpowiedzi na rozkaz Wielkiej Nierządnicy posypały się śmiercionośne pociski. Zaskoczone diabły nie zdążyły zareagować. Niczym barany czekające na rzeź stali w miejscu, padając pod gradem strzał i oszczepów. Już pierwsza salwa zdawała się powalić znaczną część spośród nich. A wojowniczki Lilith ani myślały zaprzestać natarcia. Nadal wypuszczały strzały, z taką samą zawziętością i determinacją jak ta, z którymi jeszcze przed chwilą potępieńcy chędożyli ich ciała. To nie była walka, lecz starannie zaplanowana i przeprowadzana rzeź! W okamgnieniu belzebubia trzoda została przetrzebiona…

Poczucie zagrożenie przywróciło mnie do właściwej postaci. Taką, jaką szczyciłem się zanim zstąpiłem na Ziemię. Z ciała wyrosły mi trzy pary skrzydeł, już nie śnieżnobiałych, jak za czasów chwały, lecz nieco poszarzałych… Otuliłem się nimi szczelnie, chroniąc przed nawałą spadających pocisków. A te przecinały powietrze bez ustanku. Zadawały ból, ale nie raniły. Trwałem, czekając aż furia ataku ustąpi, a masakra dobiegnie końca. Coś małego i obślizgłego wpełzło pode mnie i przywarło do moich nóg. Nędzna kreatura wbiła twarz wprost w pośladki. Oczywiście, któż by inny, Cyceron…

Wdzięczny losowi, że orator przyczołgał się od tyłu, a nie od przodu, doczekałem zaprzestania masakry uwięzionych w sali audiencyjnej.

– Dość! Wystarczy! – krzyknęła wielka planistka tej rzezi. Odchyliłem skrzydła, wyciągnąłem twarz Cycerona z tyłka i wyprostowałem się dumnie. Wokół mnie leżały bezwładnie dziesiątki ciał demonów wszelakich rodzajów i rang. Jeszcze przed momentem jakże potężnych, a teraz skończonych. Wielu z nich znałem, niektórych nawet szanowałem.  Słup ognia wydobywał się z otwartego ciała Upadłego Anioła. W poległym rozpoznałem dawnego towarzysza – Azazela… Świadomość, że ktoś tak potężny poległ od parszywych strzał i oszczepów, wydawała się rzeczą wprost niepojętą. A jednak tak się właśnie stało… Czyżby dawny Serafin, mając udręczone sumienie, umyślnie pozwolił się unicestwić?

Pewności nie miałem. Wiedziałem jednak, że tak jak on oddał daninę Piekłu z płomieni, tak pozostali z wyklętych oddali daninę swej ludzkiej krwi.

Jako jedyny na własnych nogach stał Mefistofeles. Tuzin oszczepów przeszywało mu ciało, wiele na wylot. Dziesiątki wbitych strzał zmieniło postać Wielkiego Księcia w kolczaste monstrum.  Wyglądał jeszcze bardziej odrażająco niż zazwyczaj. Zauważyłem również, że krzywy, ale nie złamany kutas wciąż nieprzyzwoicie pręży się i celuje w stronę buntowniczek…

Ostaliśmy się więc troje. Ja, tchórzliwy Cyceron, oraz nieludzki Mefisto. Nad sobą, w rozległych lożach  mieliśmy przeciwko sobie moc niewieściej furii Lilith. Wojowniczki niezłomnie mierzyły w nas z łuków, gotowe w każdej chwili ponowić niszczycielski atak. Wystarczyłby jeden rozkaz ich Pani.

– Cyceronie, nawet zdechnąć nie potrafisz. – Rozległ się głos Pierwszej Kobiety. Odnalazłem ją w tłumie amazonek. Stała wśród nich, a jednak przewyższała je wszystkie znaczeniem i mocą. Jeszcze przed momentem żarliwie penetrowałem jej jakże życzliwe ciało, by po chwili to ona rękoma swoich popleczniczek mierzyła we mnie ostrzem władzy. Przewrotność Piekła raz jeszcze potrafiła zadziwić…

Tymczasem wywołany do tablicy orator wyskoczył do przodu, prezentując Lilith swoje przykre oblicze. Obscenicznie zamachał zwiotczałym członkiem i pomarszczonymi jajami.

– Możesz mi possać – krzyknął, po czym natychmiast skrył się za mną, ponownie przywierając twarzą do tyłka. Odepchnąłem go, ale rzucił się mi do stóp.

– Szemchazaju! Mefistofelesie! – krzyknęła zgorszona tą demonstracją półbogini. – Pałac upadł, to koniec rządów Belzebuba. Teraz ja jestem Szatanką…

Rozejrzałem się po pobojowisku. Zmasakrowani potępieńcy, rzeka krwi z ludzkich ciał i blask światła z ran Upadłych Aniołów świadczyły o czynach Lilith. Przypomniałem sobie jej wcześniejsze, pełne namiętności słowa o orgii, którą urządzi w pałacu. Kpiła sobie wówczas, mówiąc o rozpuście, której „jeszcze nikt nie przeżył” oraz o „rozerwaniu diabłów”. Ta urocza, drobna kobieta okazała się równie niebezpieczna co Belzebub.

– Myśl łozumem, a nie kutasem anielski kacerzu! – Słowa Cycerona dobiegające spod mych stóp brzmiały niemal jak głos sumienia… – Pomyśl o swojej gołącej żonce wystawionej przez tę łudowłosą kułwę!

Milczący dotąd Mefistofeles też miał coś do powiedzenia. Wyjął strzałę, która wystawała mu z gardzieli, wyrwał oszczep przeszywający biodro i rzucił tym orężem w tłum wojowniczek otaczający Lilith. Strażniczki sprawnie strąciły pocisk.

– Szatan jest tylko jeden i nie będzie nim jakaś pizda – zaryczał poraniony Książę.

– Nigdy nie pokonasz Belzebuba! – dodał orator.

Chociaż dzieliła nas spora odległość, dostrzegłem błysk w oczach diablicy.

– Nie muszę. Diabla Czerwonooka go pokona. Nie zawiedzie… Przecież jest kobietą!

Kolejny raz poczułem się jak pionek na szachownicy, na której rozgrywają swoją partię najstarsi bywalcy Piekła.

– Szemchazaju! Mefistofelesie! – zwróciła się do nas Wielka Nierządnica. – Oglądanie waszych nagich ciał cieszy niezmiernie moje oczy i wywołuje obezwładniające dreszcze w podbrzuszu! Ale jeszcze bardziej ucieszyłoby mnie, gdybyście stoczyli bój ostateczny! Widok waszych napiętych, umięśnionych pośladków, silnych i długich ramion, falujących niczym chorągwie na wietrze kutasów uradowałby wielce zarówno mnie samą, jak i moje dziewczęta! Obiecuję przy tym, że zwycięzcy będzie dane…

Nie dokończyła. Głośnym rykiem przerwał jej czarnobrody okrutnik:

– Mam na to wyjebane…

Zaskoczył zarówno mnie jak i kobiecy oddział swoimi możliwościami. Reliefy, którymi pokryto ściany sali nagle ożyły. Płaskorzeźby przybrały kształt straszydeł, zyskały masę i zdolność ruchu. Z rozjuszeniem właściwym krwiożerczym bestiom zaatakowały zniewieściałą armię. Na skonsternowane wojowniczki spadły mantykory z ciałami lwa, skrzydłami smoka i ogonami zakończonymi kolcem jadowym skorpiona. Amazonki broniły się strzałami i oszczepami. Nadaremnie, pociski odbijały się od skamieniałych potworów, nie wyrządzając im żadnej krzywdy. Rozpoczął się drugi etap pałacowej masakry. Tym razem to kobiety stały się ofiarami. Bestie dopadały je stłoczone w ciasnych lożach i zabijały ostrymi zębami, długimi pazurami, śmiertelnym oraz bolesnym jadem. Wojowniczki broniły się dzielnie, walczyły z pasją, ale takiej sile nie potrafiły się oprzeć. Ustępując przed atakiem ponad tuzina potworów, przy wtórze jęków mordowanych towarzyszek, zaczęły wycofywać się z balkonów.

Przykro było na to patrzeć, a jeszcze gorzej słuchać. Straciłem też z oczu Lilith. Cofające się przed bestiami amazonki stłoczyły się w obronie swojej pani i prawdopodobnie zmusiły ją do ucieczki. Poczułem niepokój o los ambitnej diablicy. Uosabiała ona wszystko to, co najbardziej kochałem w płci przeciwnej, a jednocześnie odzwierciedlała największe tejże płci wady…

Z zadumy wyrwały mnie kopniaki Cycerona i jego gorzkie słowa:

– Tak bałdzo, jak cię nienawidzę, Sełafiński Fałyzeuszu, tak bałdzo oczekuję, że stłumisz wespół ze mną i Mefistofelesem to powstanie dup!

Nie bacząc na jego słowa, ruszyłem w stronę zamkniętych drzwi. Wielki Książę przywołał dwie spośród kamiennych Mantykor i w niemym porozumieniu ze mną także ruszył ku wyjściu. Dotarłszy do wrót skinąłem głową w stronę Mefistofelesa.  Jedna z bestii czarnobrodego uderzyła w zawarte odrzwia i rozbiła je w drzazgi. Wydawało się, że droga stoi przed nami otworem. Triumfujący orator jako pierwszy przekroczył próg, ale natychmiast stanął jak wryty. Przejście przez korytarz zagradzał nam las długich włóczni, dzierżonych w rękach wojowniczek. Wpadliśmy w kolejną pułapkę, Pierwsza Kobieta i jej pomocnice skrupulatnie obmyśliły i przeprowadziły plan całkowitej eksterminacji mężczyzn. Nikt nie miał prawa ujść z tego cało! Obok nas, na podłodze, leżały ciała diabłów pomordowanych przez kochanki w pierwszym akcie rewolucji. Niektórzy mieli poderżnięte gardła, inni dziury w piersi bądź twarzy. Wszystkim obcięto też genitalia. Najwyraźniej poprzez kastrację mężczyzn, diablice symbolicznie zrzucały z siebie ich gorzkie jarzmo.

– Wasze kutasy spotka to samo! – chełpiła się jedna z amazonek, wzorem koleżanek niemal całkiem rozebrana. Widok ich nagich, ponętnych ciał rozkojarzał, lecz bryzgi krwi szpecące te wdzięki przywracały rozum na właściwe miejsce. Te dziewczęta były uzbrojone i niebezpieczne!

– A niech was chuj pochłonie! – ryknął Mefisto i trysnął znienacka nasieniem z członka. Jakaś niewiasta została oślepiona, a jej włócznia opadła. W powstałą wyrwę natychmiast rzuciła się Mantykora, w jednej chwili przełamując obronę i rozszarpując zębiskami nieszczęsną amazonkę. W babskich szeregach wybuchło zamieszanie, niektóre z wojowniczek porzuciły w panice włócznie, tylko część z nich niezłomnie dzierżyła je dalej. Zadawały ciosy, kłując i uderzając w kamienne stwory, ale nie wyrządzały im żadnej krzywdy. Znowu powtarzała się sytuacja z ataku potworów na loże – zaprawione w alkowie, lecz nie w innych bojach grzesznice ulegały niepohamowanej brutalności. Druga z Mantykor poderwała się do ataku, pokonując coraz bardziej przerzedzony las włóczni. Rozochocony Cyceron zerwał się do tańca zwycięstwa, a stojący obok mnie czarnobrody Książę złorzeczył, wydając rozkazy swoim przywołańcom.

Dziewczęta walczyły śmiało, ale bez zbroi nie potrafiły sprostać potworom. Kąsane wielkimi zębami i atakowane kolcami jadowymi, padały jedna po drugiej. Pomimo tego nie rezygnowały. Z właściwym dla swej płci — ale nie dla Piekła — poświęceniem kontynuowały batalię. Jakaś popielatowłosa demonica pochwyciła atakujący z góry ogon bestii i nie bacząc na rozpruwające ją pazury Mantykory trzymała go, aż jej koleżanka nie odcięła kolca z jadem. Desperacki czyn przypłaciła istnieniem. Gdy padła rozszarpana, jej miejsce zajęła natychmiast kolejna z diablic. Spojrzałem na twarz i rozpoznałem znajome rysy. To była Szeherezada, wierna towarzyszka Lilith, a jednocześnie moja – a jakże! – dawna kochanka. Z niewielkim mieczem w ręce i furią w oczach zamachnęła się na potwora. Ostrze broni odbiło się od kamiennej skóry, nie wyrządzając żadnej szkody. Dziewczyna ponowiła atak, kolejny jednak raz bez skutku. Rozzłoszczona bestia obnażyła kły…

Spowolniłem czas. Potrafiłem to robić, manipulując czasoprzestrzenią wedle woli, tak też uczyniłem niedawno podczas cielesnych harców z Lilith. Wszyscy wokół mnie zastygli niemal w bezruchu. Cyceron składał właśnie dłonie do oklasków, Mefistofeles wypluwał z siebie jakieś pełne nienawiści słowa, a kamienne stwory krwawo rozbijały oddział amazonek. Nastroszyłem pociemniałe pióra na skrzydłach, otarłem włosy z czoła i ruszyłem na ratunek dawnej kochance. Ostre niczym riposta świętego Ireneusza zęby bestii zmierzały w zwolnionym tempie ku dziewczynie. Szeherezada przechyliła ciało do tyłu, instynktownie próbując się ratować. Mojemu czujnemu oku nie uszły uwadze jędrne piersi, bezwstydnie obnażone, lecz długo nie nacieszyłem się tym widokiem. Złapałem pysk Mantykory i tytanicznym wysiłkiem rozdarłem go na dwoje. Kamienny stwór rozpadł się na kawałki…

Czas ponownie przyspieszył, a ja nie zaprzestawałem walki. Złapałem ogon drugiej z bestii, a ta zwróciła się przeciwko mnie, rozdziawiając szeroko paszczę. Smród zgnilizny uniósł się w powietrzu, ale nie baczyłem na to. Pchnąłem ramionami, wbijając kolec jadowy do pyska. Ugodzona własną bronią mantykora zatrzęsła się, po czym znieruchomiała na zawsze.

Ocalałe wojowniczki, a także Mefistofeles wraz z Cyceronem znieruchomiali skonsternowani tym, co zaszło. Uratowałem własne przeciwniczki, pokonałem potwory sprzymierzeńca. Stojąc pomiędzy obiema grupkami antagonistów, mogłem usłyszeć gorzkie słowa:

– Kurwa, ocipiałeś? – wycedził przez zaciśnięte zęby Wielki Książę.

– W zdładach jesteś niezłównany, odszczepieńcu – dodał orator.

– Uratowałeś mnie – rzekła zdumiona Szeherezada. – A ja byłam gotów cię zabić…

Zmierzyliśmy się wzrokiem z Mefistofelesem, świadomi tego, że konfrontacja jest nieunikniona. Wojowniczki i Cyceron przestali mieć znaczenie. Odkąd sięgałem pamięcią, darzyliśmy się z Księciem niechęcią i oto nadszedł czas na zakończenie tej awersji.

Zaatakowałem jako pierwszy. W jednej chwili znalazłem się przed wrogiem i wyprowadziłem cios pięścią prosto w twarz. Uchylił się bez trudu, ale natychmiast uderzyłem rozpostartym skrzydłem. Rywal stracił równowagę i poleciał do tyłu. Przebił ścianę i upadł w jakiejś zapomnianej komnacie. Natarłem ponownie, idąc za ciosem i dając się ponieść entuzjazmowi walki. Rozbiłem ścianę w drobny pył, dopadłem  leżącego wciąż wroga. Chwyciłem za dwa oszczepy, które nadal wystawały mu z brzucha, wydarłem z ciała i natychmiast przebiłem nimi ramiona Księcia. Został przyszpilony do podłogi, ale nie stał się przez to mniej groźny. Mefisto zaryczał, a cały pałac zatrząsł się w posadach. Zbyt późno zorientowałem się, że to nie krzyk rozpaczy, ale przywołanie potworów. Nagle runął sufit, a z powstałej dziury wypadły dwie kamienne mantykory. Rozpostarłem skrzydła, poderwałem się do lotu. Strąciłem jedną szybkim ciosem, ale oberwałem kolcem jadowym drugiej w udo. Zawyłem z bólu, a z otwartej rany buchnął ogień.

Zignorowałem cierpienie, złapałem bestię za ogon i cisnąłem nią tam, skąd przyleciała. Kątem oka dostrzegłem, że Mefistofeles wyrwał się z pułapki i właśnie mierzył we mnie odzyskanym oszczepem. Nim zdążyłem zareagować kolejna z Mantykor wypadła z innego pomieszczenia i smagnęła mnie pazurami. Zasłoniłem się ramieniem, które przeszył paroksyzm bólu, a zaraz potem pocisk Księcia ugodził w jedno z moich skrzydeł. Zostałem trafiony i strącony. Z hukiem wbiłem się w posadzkę, niszcząc ją doszczętnie. Ogień z moich ran zajął dywany i rozprzestrzenił się na resztę pomieszczenia. Pałac Trzeciej Świątyni zatrząsł się, odzwierciedlając gniew czarnobrodego.

– To nie skończy się najlepiej! – Zdawało mi się, że rozpoznałem wrzask samej Mary Sue.

Problem ten nie zajmował długo moich myśli. Poderwałem się prężnie na nogi, ale natychmiast zostałem zaatakowany jednocześnie przez Księcia i jego kamienną bestię. Stwór uderzył ogonem, przed którym umknąłem z najwyższym trudem, ale uchylić się przed ciosem Mefistofelesa już nie zdołałem. Trafił stalową pięścią prosto w twarz. Odrzuciło mnie do tyłu, lecąc bezwładnie przebiłem jakąś ścianę, potem drugą… Upadając, wyryłem długą na kilkanaście kroków bruzdę w kamiennej podłodze. Okazało się, że w tej komnacie nie jestem sam…

– Podglądacz! – Załkała jakaś drobna niewiasta i poderwała swój nagusieńki tyłek do ucieczki. Zaraz za nią pognał niespełniony kochanek…

Ogień rozprzestrzeniał się w ślad za moim coraz bardziej podziurawionym ciałem. Płonąłem ja, płonął też pałac. Jednocześnie żądza nie seksu, lecz walki wypełniała całe jestestwo. W uszach szumiał hymn pochwalny na cześć bitwy. Napiąłem mięśnie, zafalowałem skrzydłami, wyprostowałem męski organ i rzuciłem się wprost na Mefistofelesa w najbardziej niszczycielskim ataku. Walczyłem z pasją, ale Książę nie ustępował mi animuszem. Ruszył do starcia z wielką prędkością i pięściami gotowymi do zadania ciosu. Zderzyliśmy się w połowie drogi. Ja trafiłem w twarz, on mnie prosto w brzuch. Dynamika tego spotkania okazała się tak donośna, że uwolniona energia rzuciła nami niczym marnymi robakami do kolejnych pomieszczeń. Powstała przy tym fala zniszczenia przetoczyła się przez pałac, uszkadzając stare mury i naruszając fundamenty.

– Ta rudera płonie! Ratuj się kto może! – Czyżbym rozpoznał głos kolejnej kochanki, Safony?

Nie zważałem na krzyki, wrzaski, ani na dzieło zniszczenia trwające dookoła. Liczyło się tylko starcie z Mefistofelesem. Podniosłem się, oszołomiony mocnym ciosem. Wokół szalał pożar, tynk z sufitu sypał się na głowę, uszy wypełniał harmider podniesiony przez diablice. Trzy zniszczone ściany dalej stał Wielki Książę i mierzył we mnie swym posępnym wzrokiem oraz koślawym członkiem. Zagryzłem zęby, zacisnąłem pieści i rzuciłem się ku niemu w życzeniu odesłania wroga do Tartaru. Nawet nie zdążył przekląć, a już zmierzał do kolejnego starcia. Twarz miał zdeformowaną toczącą go nienawiścią, oczy przepełnione chęcią mordu…

Wpadliśmy na siebie z wielką mocą i furią. Wymienialiśmy ciosy, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Wybuch, który w efekcie nastąpił, wyrzucił mnie w przestrzeń, dopełniając zarazem dzieła dewastacji pałacu. W ostatnim akcie spektaklu budynek kolejny raz zatrząsł się w posadach. Tym razem tak potężnie, że zdawać by się mogło, że to całe Piekło wali nam się na głowę. Mury niesławnej budowli, wzniesionej z kości poległych w pradawnych wojnach, nie wytrzymały. Trzecia Świątynia runęła niczym domek z kart, zapadając się i przemieniając momentalnie w grobowiec. Byłem zbyt oszołomiony i zdezorientowany, aby móc zareagować.

I tak dźwięki bitwy ucichły.

I oto rozbrzmiała jedna, wielka cisza.

Gdzieś w Piekle…

Diabla nie zastanawiała się długo nad propozycją Szatana. Odpowiedzi, zamiast słowami, postanowiła udzielić po swojemu, czynami.

Doskoczyła do tkwiącego w ziemi miecza, uwolniła jego świetliste ostrze i z pasją rzuciła się na Belzebuba. Zdumiony Władca nie zdążył zareagować. Najpierw boleśnie poczuł, jak broń zagłębia się w jego ciele, a dopiero potem zerknął na poniesione straty… A te okazały się znaczne. Wojowniczka uderzyła w najczulszy punkt zarówno samego Szatana, jak i każdego innego mężczyzny – w przyrodzenie… Klinga przebiła się przez ochronny pas i w jednej chwili pozbawiła Księcia obmierzłego kutasa razem z obwisłymi jądrami.

Po Piekle rozniósł się wrzask zranionego Belzebuba.

– W sam raz na naszyjnik – stwierdziła Czerwonooka, oceniając nabity na sztych miecza penis. A zerkając na odcięte jaja dodała zdecydowanie. – I jeszcze na dwa kolczyki…

Przez moment stała w miejscu, wpatrzona w makabryczny łup, po czym zwróciła roznamiętniony wzrok w stronę wroga.

– Głupcze! Naprawdę sądziłeś, że zrezygnuję z walki dla jakichś mizernych funkcji? To jest właściwe dla słabych! Wszystko, czego potrzebuję, już zdobyłam! – Diabla pomachała okrutną bronią. – A jeśli czegoś jeszcze nie posiadam, to sama to sobie wezmę!

Tymczasem Szatan stał sparaliżowany niemocą i gapił się na swego kutasa zetkniętego niczym trofeum na mieczu demonicy. – „Jak się to mogło stać?” – pytał sam siebie, nie dowierzając własnym oczom. Oto rodzona córka, owoc któregoś z rozlicznych gwałtów, patroszyła go w bitwie, odcinając kawałek po kawałku i ani myślała przestać. Przeciwnie. Wydawała się coraz bardziej pobudzona, im dłużej trwała walka, tym stawała się groźniejsza. Znużenie ewidentnie się jej nie imało…

Wojowniczka uśmiechnęła się szelmowsko. W oczach zabłysły jej kurwiki. Zdjęła cenne belzebubie trofea z ostrza, po czym ponownie wbiła miecz w ziemię. Odwróciła się i odeszła kilka kroków. Broń znajdowała się dokładnie pomiędzy obydwoma przeciwnikami.

– Daję ci ostatnią szansę. – Diabla napięła mięśnie, przymrużyła oczy, gotowa do natychmiastowego skoku po groźny oręż. – Możesz zabrać mój miecz, jeśli tylko zdołasz…

Nie dokończyła. Antychryst poderwał się do skoku i z wielką szybkością dopadł broni, ale nie zdążył jej pochwycić. Diablica ponownie okazała się szybsza… Złapała za rękojeść i uwolniła ostrze. Chciała wykonać atak, lecz nieoczekiwanie z rozdziawionej mordy Belzebuba, niczym ze smoczej paszczy buchnął strumień ognia. I tym razem kobieta nie pozwoliła się zaskoczyć, uchylając przed płomieniem w ostatniej chwili…

Możliwość klęski nie zajmowała jej myśli. Ciało rwało się do walki, podniecenie nie dawało o sobie zapomnieć… Wizja czegoś, co wydawało się nieprawdopodobne – pokonania samego Szatana we własnej, sparszywiałej postaci, jawiła się teraz jako coś jak najbardziej realnego. Diabla ponownie uderzyła niezwykłą klingą.

Jarzące się światłem ostrze przeszyło najpierw mrok piekielnej nocy, potem ugodziło szyję arcywroga. Czerwonooka jednym ciosem ścięła czerep Belzebuba. Łeb ześlizgnął się z korpusu i potoczył na ziemię. Z bezgłowego korpusu trysnął dym, po czym ciało bezwładnie zwaliło się na piach.

Orgazm diablicy przyszedł w najbardziej odpowiednim momencie – w chwili jej największego triumfu! Wieścił go i oznajmiał Piekłu silnymi spazmami, które miotały ciałem wszetecznicy. Niemoralny otwór między udami zwężał się i rozszerzał, podobnie jak czerwone tęczówki oczu i przyciemniałe brodawki skryte za napierśnikiem. Diabla czerpała przyjemność całą sobą, nie roniąc ani kropli z ekstazy…

– Nie możesz mnie zabić… – Wyjęczał szatański czerep, wpatrzony w ekstazę rywalki.

Czerwonooka oprzytomniała. Podeszła do odciętej głowy na miękkich jeszcze nogach. Stanęła nad nią w dużym rozkroku i… rozluźniła pęcherz. Strumień ciepłego moczu trysnął wprost na twarz Belzebuba.

– To ja cię wytresowałem… Wtedy, gdy chędożyłem twoją matkę… Wtedy, gdy odwiedzałem cię w łożu… I gdy cię dotykałem… Zawsze się moczyłaś… I nadal to robisz…

– Milcz! – przerwała Diabla.

– Nie możesz mnie zabić – powtórzyła głowa Karmazynowego Króla.

– Milcz! – Nie ustępowała Czerwonooka. – Ja mogę wszystko! Nawet naszczać na ciebie!

Jednak Belzebub zdawał się nie przejmować jej słowami ani czynami. Mówił dalej, nie tracąc siły przekonywania…

– Anioły stworzone są z ognia, ludzie zrodzeni z błota. Ale ty, Diablo, nie powstałaś ani z błota, ani z ognia. Uczyniono cię w Piekle, twoje istnienie jest jedynie ułudą!

Wojowniczka oddaliła się o kilka kroków. Wzrok wbiła w ziemię i słuchała… Słuchała mowy Szatana…

– A skoro nie istniejesz w rzeczywistości, to nie możesz mnie zabić!

– Nie mam żadnych ograniczeń – wyszeptała Diabla. – Mogę zrobić wszystko, co tylko zechcę, czego zapragnę…

Bezgłowe ciało Belzebuba poruszyło się niespokojne. Niemrawo oparło się rękoma o ziemię i uniosło się do pozycji stojącej. Chwiejnym krokiem podeszło do czerepu i objęło go ramieniem. Groteskowe monstrum stanęło tuż za diablicą.

– Nie masz, to prawda, ale nie ograniczeń, tylko duszy! – Zarechotał Szatan. – Jesteś wypaczonym wybrykiem fantazji swej szalonej matki…

– Łżesz! – przerwała wszetecznica. – Ja jestem, żyję i … czu… czuję…

– Szalonej matki i mojego śmierdzącego kutasa! Twoje myśli i uczucia są jedynie słabym odbiciem mojej osobowości…

Broń wysunęła się z dłoni Czerwonookiej i upadła na ziemię. W ślad za nią demonica osunęła się na kolana.

– To nieprawda – zaprzeczyła słabym głosem i ruchem głowy. – Nie jestem taka jak ty…

Belzebub pochylił się i wolną ręką chwycił jej miecz. Wymierzył sztych wprost w klęczącą wojowniczkę.

– Doprawdy? – rzekł.

Wszetecznica przypomniała sobie wszelkie niegodziwości, jakie popełniła w przeciągu całego swojego trwania. Niezliczone mordy, rabunki, gwałty…

Łysy czerep Szatana przymknął oczy. Usta wykrzywił w delikatnym uśmiechu, zupełnie jakby chciał zapewnić córkę, że świetnie ją rozumie… I rzekł:

– Jestem nielitościwy, ale cenię sobie więzi między nami… Dam ci więc po raz trzeci szansę. Trzeci i ostatni raz! Wcale nie musisz tutaj ginąć… To wcale nie musi się tak skończyć… Wciąż możesz do mnie dołączyć… Nigdy nie wybaczam, ale potrafię zapominać… Możesz dalej trwać, zabijać, mordować, palić i rabować z moim imieniem na ustach! Wystarczy, że powiesz, abym zapomniał… Tylko tego chcę i tylko tego oczekuję… Moja mała córeczko…

– Co z Szemchazajem? A co z Adelką? Oni mnie lubili…

– Ciebie nikt nigdy nie lubił i nigdy lubić nie będzie…

– A co z Bogiem Światła? Ochrzciłam się…

– Przeprowadzimy apostazję…

Belzebub zaniósł się gromkim śmiechem. Znów był panem sytuacji, co wcześniej stracił, teraz odzyskiwał. Postać jego w oczach Diabli cały czas rosła, a jej własna malała. Po głowie cały czas tłukła się jej bolesna myśl, że przegrała. A przecież nigdy dotychczas czegoś takiego nie doświadczyła. Zawsze wygrywała! Za wszelką cenę i bez oglądania się na koszty, zawsze triumfowała!

– Nie mogę przegrać – wyszeptała demonica.

– Co mówisz? – Szatan pochylił się pokracznie, nadstawiając ramię przytrzymujące jego odcięty łeb. Miecz uchylił w bok…

Takich okazji Czerwonooka nie marnowała. Szybkim, wyuczonym ruchem sięgnęła do uda, gdzie miała zapięty w ukryciu sztylet i wyprowadziła jeszcze jeden, błyskawiczny atak. Wprost w serce potwora. Wróg nie zdążył zareagować. Ostrze przebiło pancerz i zagłębiło się w ciele. Dym wystrzelił z nowej rany…

Zdumiony Belzebub odchylił się do tyłu. Zatoczył się na nogach, ale nie upadł.

– Ja nie mam serca, ty głupia dziwko – wysyczał i przebił Diablę jej własnym mieczem.

Czerwonooka zwaliła się na ziemię. Z ust popłynęła strużka czarnej krwi, z brzucha wystawała niszcząca broń.

– Wybaczcie mi, ponieważ zawiodłam. – Jęczała, obejmując dłońmi głownię miecza. Zrozumiała, że nie ma już dla niej ratunku. I że w jednej chwili straciła wszystko, o co walczyła… Marzenia o zemście, sny o pokonaniu kogoś tak potężnego jak Szatan. W oczach diablicy pojawiły się łzy. Z wysiłkiem podniosła głowę ku swemu oprawcy. Władca Much i Komarów górował nad nią całym swym nikczemnym majestatem…

Strużka łez spłynęła po policzkach dziewczyny. Diabla płakała po raz pierwszy w przeciągu swojego długiego istnienia. Ciało jej zatrzęsło się w konwulsjach… Uświadomiła sobie, że umiera…

Belzebub przykucnął, gotów dokończyć dzieła zniszczenia. Ostatni raz spojrzał córce w oczy, złapał jej dłonie trzymające miecz i przymierzył się do przekręcenia ostrza oraz powiększenia rany w brzuchu.

– Nieeeeeeeee. – Rozległ się wrzask rozpaczy, a zaraz potem jakaś siła rzuciła Szatanem niczym słomianą kukłą. Diablica z najwyższym wysiłkiem podniosła się na łokciach i skierowała wzrok w stronę, z której przyszła odsiecz. Zobaczyła nieopodal Króla Karo i Adelę, zeskakującą z jego grzbietu. Zdobywając się na ostatni trud, krzyknęła:

– Uciekaj, uciekaj jak najdalej!

Ale dziewczyna miała już dość uciekania. Uciekała przez obydwa swoje życia, na ziemi oraz tutaj. I była już tym zmęczona… Chciała walczyć. Wyciągnęła rękę i wyobraziła sobie ogień. Dłoń zajęła się płomieniami. Wzięła zamach i cisnęła rozgorzałym strumieniem energii prosto w podnoszącego się Belzebuba. Ten zasłonił się wolną ręką. Kończyna pogrążyła się w ogniu, ale płomień po chwili wygasł. Szatan spojrzał na Adelę, chciał coś rzec, ujrzany widok odebrał mu jednak mowę.

Oblubienica podniosła ramiona. Wyraz jej twarzy zdradzał wielką determinację. Unosiła się nad nią wielka, płonąca chmura.

– Niech cię Piekło pochłonie! – wykrzyczała, rzucając ognistym obłokiem.

Karmazynowy Król zasłonił się tym razem wyczarowaną tarczą, ale płomienie objęły ją natychmiast, a zaraz potem pochłonęły go w całości.

Belzebub palił się, pozostając tego świadomym. Miotał się, jak na Szatana przystało, darł się w piekłogłosy, złorzeczył na wszystko co najświętsze, ale żar nie ustępował. Pod wpływem ognia zaczęła się topić zbroja, potęgując cierpienia Władcy Piekieł. Próbował ją zrzucić, ale nie zdołał już tego zrobić. Oderwał jakiś stopiony fragment razem z własnym ciałem i zaskowyczał z bólu. Padł na ziemię i w szczycie desperacji począł tarzać się w piachu, jednak na próżno. Płonął i nic nie mogło go uratować…

Wreszcie zaprzestał daremnej szamotaniny, znieruchomiał i ostatnim wysiłkiem nienawiści, wykrzyczał…

– Klnę się na wszelkie bezecności, wyrodna dziwko, że jeszcze cię dopadnę. – Po wypluciu z siebie tych słów zesztywniał. Dotyczyło to zarówno ciała, jak i wypalonej czaszki…

Koniec Szatana sprawił Adeli ulgę, ale nie mogła pozwolić sobie na wytchnienie. Przyjaciółka, jedyna, jaką zdobyła podczas niekrótkiego pobytu w Piekle, potrzebowała natychmiastowej pomocy.

– Diablo! Diablo! – Niewiasta podbiegła do rannej wojowniczki. Demonica leżała na ziemi w kałuży czarnej krwi, wielki miecz wystawał jej z brzucha, oczy miała zamknięte. Światło, które odnalazła w swoim wnętrzu, umierało… Dziewczyna przykucnęła obok niej, delikatnie objęła dłońmi głowę i lekko ją uniosła.

– Zostań ze mną – wyszeptała. – Uzdrowię cię!

Diabla otworzyła powieki. Spojrzenia obu niewiast, tak różnych, a jednocześnie tak bliskich sobie, spotkały się w jednym punkcie. Adela zagłębiła się w pięknej, rubinowej barwie tęczówek wszetecznicy. A ta przeniknęła przez misternie utkaną nić tajemniczości błękitnych oczu dziewczyny.

Obie uśmiechnęły się do siebie. Diabla z wysiłkiem uniosła rękę i dotknęła policzków towarzyszki.

– Nie możesz odejść, jesteś moją przyjaciółką. Jedyną, jaką mam… – wydusiła z siebie Adela. Słowa z trudem przechodziły jej przez gardło.

– Dz… dz… dzię… – Wojowniczka rzęziła, czarna krew wciąż wypływała z jej ust.

– Wiem, co chcesz powiedzieć – wyszeptała dziewczyna, z trudem powstrzymując łzy.

– Dziękuję, że we mnie uwierzyłaś.

Diablica zastygła bez ruchu. Czerwone oczy wciąż wpatrywały się w przyjaciółkę, ale przepełniający je dotąd żar wygasł.

Diabla odeszła…

Adela załkała nad zmarłą towarzyszką, ale szybko otarła łzy. Ostatni raz spojrzała w jej oczy, po czym zamknęła powieki na wieczność. Wydobyła miecz poległej z jej brzucha i ułożyła go tuż obok ciała. Oderwała kawałek sukni i wytarła krew z twarzy diablicy. Wyczarowanym nożykiem odcięła kosmyk czarnych włosów. Wreszcie podniosła się z ziemi i raz jeszcze przyjrzała się wojowniczce.

Wyglądała tak bardzo spokojnie…

Adela przyklęknęła, rozłożyła ramiona najszerzej, jak tylko potrafiła. Ofiarowywała siebie i duszę przyjaciółki Najwyższemu Panu. Wypowiedziała słowa modlitwy za zmarłych:

– Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie, a światłość wiekuista niechaj jej świeci. Niech odpoczywa w pokoju wiecznym… Boże, przyjmij ją do siebie. Amen.

Dziewczyna wysunęła dłoń i wiązką energii uformowała dół, gdzie mogła złożyć ciało poległej. Tak też uczyniła, obchodząc się ze zmarłą starannie i z nabożną czcią.

Po zakończeniu ceremonii z trudem wyrwała się z letargu. Powróciła do brutalnej rzeczywistości. Natychmiast przypomniała sobie o Belzebubie. Postanowiła, że jeżeli coś z niego pozostało, to spali resztki doszczętnie i rozsieje po niezliczonych stronach Piekła…

Ruszyła w stronę, gdzie leżało ciało oprawcy. Rozejrzała się starannie, rozświetlając ciemność jasnością, lecz żadnych zwłok, ani śladów ich spopielania nie odnalazła. Ugięły się pod nią nogi. Jeszcze raz starannie przeszukała miejsce walki, ale nic nie zobaczyła.

Oblał ją zimny pot.

Czy istniała możliwość, że Szatan Belzebub uszedł z placu boju?

Nie rozważała jednak długo tej kwestii, wzięła miecz Diabli, przywołała rumaka i odjechała w przejmujący mrok Otchłani…

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Bardzo ciekawa strona!

Akcja rwie tutaj do przodu niczym górski strumień, czy raczej rzeka. Pojedynek Diabli z Belzebubem, rozterki oraz decyzja Adeli, odrobinę nierealny i operetkowy, ale jakże widowiskowy, a przy tym ponętny zamach stanu zorganizowany przez Lilith (czyżby miała zapędy feministyczne, bo o samą władzę chyba jej nie chodzi?), przebudzenie Szemchazaja, który wreszcie pokazuje, na co go stać – tzn. w walce, bo z myśleniem nadal u niego tak sobie (manipuluje nim każdy, kto posiada kształtne, kobiece ciało, albo przynajmniej obrotny język w gębie). Tylko uśmiercenia Diabli nie zdołam ci wybaczyć, Autorze. To moja ulubiona postać, wnosiła wiele ożywienia oraz niewymuszonego, swobodnego humoru.

Belzebub raz jeden zaufał kobiecie, i jak się to dla niego skończyło? Krwawym spektaklem w pałacu.

Władza dla Lilith wydaje się bardziej drogą do celu, niż celem samym w sobie.

Mam wrażenie Neferze, że zbyt ostro oceniasz Szemchazaja. Zwłaszcza, że w tej części dostał to, czego pragnął. A los oratora jest mu obojętny. Mogę też ponowić pytanie Lilith – kto tu kogo wydymał, on ją czy ona jego? 🙂

Nie wiem czy należy Diabli żałować. Sam bardzo lubię tę postać, ale miała ona cel, któremu oddała się bez reszty. I w jego realizacji zapłaciła najwyższą cenę. Jednak od początku była świadoma ryzyka.
Osobiście mam dużo szacunku dla osób, które są gotów do najwyższych poświęceń dla realizacji swoich marzeń i pragnień. W odwiecznym dylemacie być czy mieć, to są ci wygrani. I Czerwonooka też na swój sposób wygrała…

Entuzjastyczne komentarze pod kolejnymi rozdziałami Nieboskiej za każdym razem uświadamiają mi, że pora zabrać się za lekturę tego cyklu!

Piękne obrazy dodane jako ilustracja tych rozdziałów stanowią dodatkową zachętę 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Tyle akcji,że można nożem kroić. Co chwilę coś nowego. Spokojnie kilka opowiadań można by obdarować 🙂

Rzeczywiście, teraz gdy spoglądam wstecz na to, co sam napisałem, widzę dobrze – jak nigdy wcześniej – że zgrzeszyłem brakiem umiaru 😉

Napisz komentarz

1 + 1 =