Obrazy Rozkoszy -4- (MRT_Greg)  3.63/5 (9)

28 min. czytania
greg

gregMRT

Wraz z nadchodzącym wieczorem na niebie pojawiły się ciężkie, posępne chmury zwiastujące załamanie pogody. Delikatny za dnia wietrzyk teraz przybrał na sile, targając konarami drzew niósł zapowiedź huraganu. Morska kipiel z głuchym łoskotem waliła w skały kamiennego klifu, na którym zbudował swoją siedzibę. Pusta szklanka po lemoniadzie przewróciła się i z cichym brzękiem potoczyła ku krawędzi stolika.

Nagły poryw wiatru zdmuchnął, skrupulatnie ułożony stos kartek, jedna z nich wirując w powietrzu, otarła się o jego skronie. Złapał ją w locie i położył przed sobą wpatrując się w obrazek. Wyblakła ilustracja przedstawiała unoszący się wśród chmur czarny galeon z czerwonymi żaglami. Poniżej widniał skalisty cypel nieznanego lądu a w oddali mniejszy żaglowiec. Sięgnął do kieszonki po okulary, założył na nos i odczytał napis pod rysunkiem;

Johannes E. Moller, „Latający Holender”

– Tylko nie to – stęknął, wpatrując się ze zgrozą w ciemniejący horyzont.

– Coś nie tak?

Z pod stołu wysunęła się twarz młodej kobiety z ciemnymi, kręconymi włosami. Z szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w zlęknione oblicze Baltazara. Jedną ręką oparła się o kolano mężczyzny, podczas gdy drugą nieprzerwanie masowała jego sztywny członek. Purpurowa główka, błyszcząca od jej śliny co chwilę znikała w drobnej kobiecej dłoni, podczas gdy pomarszczone jądra, czekając na swoją kolej, leżały bezczynnie na krześle. Spojrzał w dół. Poprzez szeroki rowek między jej drobnymi piersiami widział srebrny kolczyk zawieszony w pępku. Podbrzusze niknęło w cieniu.

– Nie, nic – odrzekł – wstań Moniko – dodał chwytając za jej talię.

Z wyraźną niechęcią puściła jego członek, sądząc że, jak to nieraz się zdarzało, opadnie, nie czując na sobie damskich palców. Jednak widok jej zgrabnego, nagiego ciała zadziałał mocno pobudzająco i niewielkich dotychczas rozmiarów penisa mężczyzny, urósł prawie dwukrotnie. Posadził ją na stoliku przed sobą, rozsuwając szeroko jej nogi. Sapnął na widok wygolonego łona i nabrzmiałego sromu. Położyła stopy na oparciu fotela, podparła się rękoma i wyginając ciało w mostek przysunęła swe krocze do jego twarzy. Delikatnie, ledwo muskając językiem, polizał ją wokół warg, starając opanować chęć wniknięcia w jej wnętrze. Stęknąwszy drgnęła, chcąc by się w niej zagłębił. Niepomny jednak na jej działania, chwycił za jej pośladki, odsuwając od siebie i nadal delektował się smakiem jej ud, delikatnie je przygryzając. Dzięki swej sile mógł panować nad wijącym się ciałem dziewczyny. Gdy po raz wtóry próbowała dźgnąć go swoim kroczem w twarz, trzepnął ją w tyłek. Jęknęła zaciskając dłonie na krawędzi stołu. Płatki jej róży niczym u ostrygi rozchyliły się, ukazując wilgotne wnętrze. Liznął po różowej szparce, powodując wzrost niekontrolowanego ruchu bioder partnerki. Manewrując koliście pupą, chciała nadziać się na jego wysunięty język. Wreszcie, gdy jej się to udało, pochyliła się do przodu i odsuwając od stołu, szarpnęła za białe włosy mężczyzny, wciskając całą jego twarz w swoje krocze. Doświadczała nieziemskich rozkoszy, czując jak jego język wydłuża się w niej ślizgając po ściankach pochwy. Odnalazł punkt G i na nim skupił całą swoją uwagę. Puściła stół, przycisnęła go jeszcze mocniej do swego łona i głośno jęcząc, zaczęła wykonywać ruchy podobne do ujeżdżania.

Wreszcie sam, nie mogąc opanować pożądania, ściągnął ją z siebie, rzucił na stół i wbił w nią swego członka aż po samą nasadę. Donośne mlaskanie jąder obijających o jej anus jeszcze bardziej go podnieciło. Zgniatając w swych wielkich dłoniach jej maleńkie piersi, sapał głośno do jej ucha. Z szeroko rozłożonymi nogami, czując jak ociera się swym owłosionym ciałem o jej rozognione wnętrze ud, chwyciła za jego barki wbijając w nie paznokcie. Choć wydawało się to niemożliwe, jeszcze bardziej przyspieszył, tłocząc w nią coraz głębiej swój organ. W pewnym momencie poczuła ból, gdy przebiwszy się przez ciasny tunel pochwy, uderzył w ściankę macicy, lecz zaraz potem całkowicie straciła nad sobą kontrolę. On zaś uniósł się nieznacznie nad jej ciałem i spod wpół przymkniętych powiek obserwował wijącą się dziewczynę.

Kątem oka zauważył przesuwający się na widnokręgu kształt. Otworzył szeroko oczy. Ledwo widoczny, skryty we mgle tuż nad powierzchnią morza, unosił się ciemny żaglowiec. Błysk na pokładzie uświadomił mu, że jest obserwowany. Strach ścisnął mu gardło, lecz w tym samym momencie poczuł nadchodzący orgazm. Uniósł nabite na siebie ciało dziewczyny, trzymając ją jedynie za sutki, ryknął niczym dzika bestia, odchylając głowę do tyłu. Krzyknęła czując ból i równoczesne spełnienie, gdy wypełniał ją swym nasieniem. Złapała za jego ramiona chcąc ulżyć sobie w cierpieniu, zacisnęła mięśnie pochwy, przytrzymując go w swoim wnętrzu. Jakiś czas jeszcze, cicho postękując pompował w nią spermę, aż wreszcie, z nabitą wciąż na siebie dziewczyną opadł na fotel. Przytuliła się do niego, drżąc na całym ciele. Otworzył szeroko oczy, przypominając sobie o nieoczekiwanym widoku. Statek zniknął. Być może przysłoniła go mgła, której opary sięgały już podnóża tarasu, opływając kostki mężczyzny. Przez chwilę wydawało mu się, że widzi jeszcze fragment żagla, lecz zaraz miraż zniknął.

– Tomasz – szepnął.

– Kto? – spytała, nie rozumiejąc.

– Nasz artysta. . . – zawahał się.

– Zatem Piotr – poprawiła go Monika, patrząc czule w oczy.

– Tak, Piotr – uśmiechnął się, głaszcząc odkryte ramiona dziewczyny.

– Czemu więc Tomasz? – spytała.

Spojrzał w dół na jej brodawki. Sine plamy wokół nich rozlewały się na piersiach.

– Nie wiem – szepnął, marszcząc brwi.

– Ty czegoś nie wiesz? – spytała chichocząc

– Najwyraźniej – odparł potakując w zamyśleniu głową – będziemy musieli go spytać gdy wróci.

– Najwyraźniej będziemy musieli – powtórzyła za nim i wtulając się w ramiona mężczyzny dodała – może i my byśmy już tak wrócili?

– Dobry pomysł – odpowiedział Baltazar podnosząc się z fotela.

Z dziewczyną wciąż nabitą na wiotczejący powoli członek wstał i pomaszerował w kierunku, skrytego w mroku dworowi. Jego ciało w niczym nie przypominało starca, tym razem jawił się wręcz jako trzydziestoparoletni, silnie umięśniony mężczyzna. Jedynie po rysach twarzy można było poznać w nim Baltazara. Białe włosy sięgały bioder mężczyzny.

Wchodząc do budynku, zerknął jeszcze za siebie i wyszeptał w noc;

– Uważaj na siebie Piotrze.

******

– To tutaj – rzekła Carlotta, rozglądając się dookoła.

Znajdowali się z powrotem na wybrzeżu w sąsiedztwie portu. O tej godzinie panowała tutaj cisza, przerywana cichym szumem morza i skrzypiącym odgłosem, ocierających się burt, stojących na redzie statków. Cienki sierp księżyca, raz po raz przysłaniany przez chmury, rzucał tak niewiele światła, że można było ujrzeć jedynie zarys kadłubów.

Większość latarni została już wygaszona, znikły grupki ludzi, jedynie od czasu do czasu w cieniu przemykał ostatni spłoszony przechodzień. Niedaleko ujadał jakiś kundel, po chwili umilkł z głośnym skowytem. Ciemne okna kamienic dobitnie sugerowały, że najwyższy czas iść spać. Tylko z jednego sączyło się delikatne światło, z wewnątrz dobiegały popiskiwania dziewcząt i tubalny śmiech mężczyzn. Masywne drewniane drzwi z judaszem przypominały raczej wejście do klasztoru niż przybytku rozkoszy, o którym opowiadała mu po drodze. Chybotliwy płomień w lampie zawieszonej nad wejściem ledwo oświecał zabytkowy portal. Koronująca obramowanie rzeźba przedstawiała parę kochanków w czułym uścisku, wokół nich w płaskorzeźbach widniały kolejne postacie, ni to skradające się ni pełzające ku dwojgu pośrodku.

Zastukał mosiężną kołatką w kształcie kotwicy. Drzwi po chwili uchyliły się nieco, ukazując w otworze twarz nadobnej matrony. Mocny makijaż na twarzy nie pozostawiał wątpliwości jaką funkcję pełni w tym lokalu. Ujrzawszy przybyszy, otworzyła na oścież drzwi.

– Carlotta, jak miło cię zobaczyć – rzekła ściskając dziewczynę. – Kogo nam dziś przyprowadziłaś? – spytała odsuwając ją od siebie by móc przyglądnąć się Tomaszowi.

– Dzień. . . dobry wieczór – rzekł cicho, kiwnąwszy delikatnie głową.

– Dzieńdobrywieczór – odrzekła śmiejąc się. – Proszę, niech Pan wchodzi, czym chata bogata – dodała mrużąc oko.

Barwy we wszystkich odcieniach tęczy na jej twarzy przypominały maskę cyrkowego klauna, utapirowane, rude włosy falowały nad jej głową, za każdym razem gdy odwracała się w którymś kierunku. Czerwona, długa suknia, zdobiona złotymi cekinami, ciasno opinała jej nie najszczuplejsze ciało. W zasadzie to była dość otyła, co jednak nie przeszkodziło, młodemu mężczyźnie, który nagle pojawił się obok nich, objąć ją w pasie.

– Nie teraz, Manuel – rzekła, wyzwalając się z uścisku dandysa.

Ten, zniesmaczony jej gestem, wyjął z jej rąk długą cygarniczkę, zaciągnął się i strzepnął popiół na parkiet. Z wyraźną niechęcią zlustrował Tomasza. Na zniewieściałej twarzy gruba warstwa białego pudru przykrywała obfity męski zarost. Zmrużył pomalowane na błękitny kolor powieki, zatrzepotał długimi rzęsami, po czym z obrażoną miną odwrócił się i kołysząc biodrami odszedł w kierunku schodów. Błyszczący materiał prowokacyjnie szeleścił za każdym krokiem. Tomasz spojrzał z zażenowaniem na starszą kobietę.

– Niech się pan nie przejmuje. To mój bratanek. Praktykuje od niedawna i jeszcze nie potrafi się zachować. Pan jednak, jak zrozumiałam, woli jednak dziewczynki, tak? – spytała spoglądając to na niego, to na Carlottę.

– O tak – odrzekła dziewczyna, nieznacznie się rumieniąc – zdecydowanie woli dziewczynki. . .

– Zdaje się, że jako jedyny w tym towarzystwie nie wiem, o co chodzi – rzekł marszcząc ze zniecierpliwieniem brwi.

– Spokojnie panie Tomaszu, zaraz się wszystko wyjaśni – odrzekła pani domu, a widząc odwracająca się Carlottę – a ty dokąd moja miła?

– Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia i muszę umówić pewne spotkanie.

– Zostawisz mnie tutaj? – spytał Tomasz.

– Nie bój się – odrzekła – nic ci się tu nie stanie, Madame Elena zaopiekuje się tobą – mrugnęła figlarnie i już jej nie było.

– No to, panie Tomaszu, od teraz jest pan w moich rękach – starsza pani chwyciła go pod rękę i poprowadziła w głąb korytarza.

– Rozumiem, że razem uknuły panie tę intrygę? – spytał raczej retorycznie, pozwalając się prowadzić.

– Ależ, dlaczego od razu tak mocne słowa? Poza tym, to nie tylko nasza zasługa, myślę, że już dawno się Pan domyślił, kto za wszystkim stoi?

– Baltazar!

– Przykro mi, nie znam – spojrzała na niego ze zdziwieniem.

Z jej oczu wyczytał, że faktycznie nie wiedziała, o kogo chodzi. Wzruszył ramionami, nikt inny nie przychodził mu na myśl, a starzec był jedyną osobą, którą mógł powiązać z wydarzeniami. Na chwilę zapadła cisza, co pozwoliło mu przyjrzeć się mijanym pomieszczeniom.

Za wyłożonym dębową mozaiką holem ciągnął się wąski korytarz. Po bokach otwarte drzwi prowadziły do kuchni, jadalni, toalet i innych pomieszczeń gospodarczych. Po chwili weszli do okrągłego foyer. Wokół niego w podcieniach umieszczono szerokie kanapy, na których siedziały młode kobiety w objęciach mężczyzn. Dostrzegł wśród nich eleganckich urzędników miejskich, oficerów statków i innych wysoko postawionych osobistości. Na jednej otomanie dojrzał nawet, ubranego w czarny uniform kapłana. Z twarzą ukrytą w cieniu, ściskał obnażoną pierś młodziutkiej, może czternastoletniej dziewczyny, której jedna ręka ginęła pod jego sutanną. Unoszący się co chwila materiał i chrapliwe pojękiwanie mężczyzny jasno sugerowały, że wielebny niedługo zaspokoi swoje, skrywane za dnia żądze.

Pomieszczenie otwierało się ku górze, na kolejnych kondygnacjach otaczały je krużganki, po których przechadzały się kolejne dziewczęta. Co chwila któraś z nich spoglądała w dół, mocno wychylając się spoza drewnianej balustrady.

Gdy weszli wszystkie oczy zwróciły się na nich. Usłyszał tupot obcasów na drewnianych schodach i już po chwili ustawiło się przed nimi w równym rządku kilkanaście młodych ponętnych dziewcząt, kusząco podciągając spódnice i śląc całusy w jego kierunku. Jedna z nich, na oko dwudziestokilkuletnia, wysunęła się do przodu. Dostrzegł coś znajomego w rysach jej twarzy. Przekrzywił głowę, usiłując sobie przypomnieć gdzie też już ją spotkał. Po chwili uśmiechnął się.

– Monika – bardziej potwierdził swe przypuszczenia niż spytał.

– Witaj Pio… – zająknęła się na chwilę – Tomaszu – dodała szybko, mając nadzieję, że nie usłyszał początku pierwszego imienia. – Myślałam, że już nie przyjdziesz.

– Niemożliwe – odparł – jak dotąd wszystko idzie po waszej myśli, nieprawdaż? – spytał odrobinę zły.

– Nie złość się mój drogi. Poza tym chyba nie narzekasz?

– W porządku – odparł rozluźniając się – zastanawiam się tylko, co jeszcze ukartowaliście dla mnie…?

– „Ście” – spytała unosząc ze zdziwienia brew – nie wiem o kim mówisz. Carlotta powiedziała mi o pewnym przystojniaku, który pojawił się w naszym mieście, stąd wiem o tobie.

– A to, że niby mam jeszcze jakąś sprawę do załatwienia, to też pewnie nie wiesz o co chodzi?

Rozłożyła ręce.

– Wybacz, ale naprawdę nie wiem o czym mówisz. Carlotta miała cię tu tylko przyprowadzić, by – tu spojrzała w kierunku dziewcząt – zabawić się z nami.

– Aha – odparł.

Nie wierzył w ani jedno jej słowo. Dobrze wyłapał uchem, gdy zająknęła się, wymawiając jego imię. Wiedziała jak naprawdę powinna się do niego zwracać, mimo to nadal udawała zaskoczoną. – „Dobra, – pomyślał – grajmy dalej w tę grę, zobaczymy co się będzie działo”.

– Mogę? – Monika przejęła ramię Tomasza od Eleny, która, acz niechętnie, pozwoliła młodej dziewczynie zaopiekować się mężczyzną. Swymi pulchnymi paluszkami, na którego każdym połyskiwał złoty pierścień, pogładziła go po twarzy, po czym pchnęła w kierunku dziewcząt.

– Idź, zabaw się – rzekła z niejakim smutkiem.

On jednak nie usłyszał już jej słów. Otoczony kobiecymi ciałami, zmierzał w kierunku ukrytego za podcieniami pokoju. Czuł przez ubranie ich ciała, młode, jędrne piersi wbijające się w jego plecy, szczupłe dłonie, krążące pod ubraniem, szukające jego męskości. Porwany przez tłum, dał się ponieść w kolejną krainę rozkoszy. W progu Monika zdecydowanym ruchem odtrąciła niektóre z dziewcząt wybierając te, które według niej najbardziej odpowiadały jego gustowi. Poprzez plątaninę włosów ujrzał niewielki salonik skąpany w przyćmionym świetle kilkuset świeczek, rozstawionych wokół ogromnego łoża. Pozwoliły mu ułożyć się wygodnie na plecach, po czym odchylił do tyłu głowę i przymknął oczy. Usłyszał skrzypnięcie zamykanych drzwi i cichy jęk sprężyn, gdy wokół niego usadowiło się pięć łaknących rozkoszy niewiast.

Dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę z ciszy, jaka zaległa. Otworzył oczy i przebiegł wzrokiem po otaczających go postaciach. W wyniku przeciągu wiele świeczek zagasło, więc z trudem rozpoznawał ich twarze. Uniósł się i sięgając ręką ku jednej z nich, pociągnął za sznurek wiążący gorset dziewczyny. Materiał opadł ukazując aseksualnie chude ciało z wyraźnie odznaczającymi się żebrami, powyżej których ledwo uwypuklały się drobne piersi. Przejechał po nich palcami wyczuwając maleńkie brodawki.

Usłyszał szelest materiału i rozglądnął się wokół. Pozostałe dziewczęta były w niewiele lepszym stanie. Ośmielone jego ruchami rozpięły mu koszulę, ściągnęły spodnie i majtki. Jego członek leniwie spoczywał między nogami, jakby nieświadomy czekających go rozkoszy. Na wpół siedząc pozwolił się głaskać, czując jak drobne dłonie przesuwają się po jego ciele, docierając do intymnych zakamarków. Pozwalając im na pieszczoty sam ledwie co je dotykał, bojąc się, że swymi silnymi dłońmi mógłby skrzywdzić te kruche ciałka.

Po chwili jedna z dziewcząt usiadła w nogach łóżkach, głaszcząc go po udach, ocierała swymi piersiami o jego kolana. Dwie z nich przytuliły się z boku, pieszcząc jego tors i sztywniejące sutki. Kolejna naparła na jego plecy, rozpłaszczając na nich swoje, i tak już niewielkie, pączuszki. Ostatnia ułożyła się w charakterystycznej pozycji, podkładając mu pod nos swoją szparkę, sama zajęła się członkiem Tomasza. Ten zaś drgnął, gdy poczuł na swej skórze ciepły oddech dziewczyny i otaczające go chłodne palce. Wpatrzony w ściśnięty srom, czuł jak jego prącie tężeje a następnie wsuwa się do jej ust. Zacisnął dłonie na pośladkach blondynek po bokach, przyciągając je do siebie. Nieznacznie rozłożyły nogi i przyciskając swe łona do jego bioder zaczęły rytmicznie nimi pocierać, pojękując cichutko. Chuda brunetka, zajmująca się jego członkiem, sięgnęła rękę w kierunku swej szparki i rozchyliła ją palcami ukazując mu swe lekko już wilgotne wnętrze. Liznął ją tam jakby od niechcenia. Zadrżała. Dziewczęta z boku pomogły rozchylając szerzej płatki jej róży, u dołu której uformowała się lekko kropla jej soków. Zlizał ją a następnie wepchnął język do wnętrza, czując jak otwiera się przed nim. Ogólne pojękiwanie nasiliło się, gdy równocześnie wsunął środkowe palce rąk w dziurki jej koleżanek.

Wreszcie, nie mogąc doczekać się upragnionej rozkoszy, zrzucił klęczącą nad nim dziewczynę i przyciągną do siebie tę, która wciąż tkwiła u jego stóp. Skradając się niczym dzikie zwierzę, pomrukując, bez mrugnięcia wpatrywała się w jego oczy. Sięgając dłońmi ku jego ramionom, wspięła się i zatopiwszy w nim swe usta, usiłowała nadziać na sterczący penis. Nie mogąc trafić sięgnęła ręką w stronę krocza i nakierowała go na swoją szparkę. Wciągnął z sykiem powietrze, gdy poczuł jak wnika do jej wnętrza, rozpychając się między delikatnymi skórkami. Była bardzo ciasna. Ciasna i nie całkiem jeszcze wilgotna, tak, że za pierwszym razem udało mu się wsunąć zaledwie do połowy. Podniosła pupę i ponownie opadła, tym razem wciągając go całego. Krzyknęła, a z jej oczu potoczyły się łzy. Przez ścianki pochwy ściśle przylegające do jego prącia, czuła pulsujący organ mężczyzny. Zaciskając zęby, zaczęła powoli przyspieszać rytm, czując za każdym pchnięciem, jak rośnie wilgoć między jej nogami. Wreszcie po chwili mogła swobodnie ujeżdżać go wznosząc się tak, że niemal cały wysuwał się z jej wnętrza i po chwili, z głośnym mlaśnięciem, opadała z powrotem.

Tymczasem inne dziewczęta zajęły się sobą. Blondynki obejmowały się nawzajem, całując i ściskając swoje pupcie. Pocierały się piersiami, drażniąc sterczące brodawki. Na chwilę odchyliły się i sięgając rękoma ku kroczu partnerki zaczęły rytmicznie się masturbować. Dla jednej z nich pojedynczy palec kochanki nie wystarczał, chwyciła jej rękę i wsunęła całą w siebie. Drobna dłoń zmieściła się początkowo jedynie na głębokość nadgarstka, by po chwili zniknąć w całości. Czując gmerające we wnętrzu palce koleżanki w szale pożądania szarpnęła za swój sutek, ciągnąc go we wszystkie strony. Widząc co się dzieje, Tomasz uczynił to samo z brodawką jej partnerki. W międzyczasie przyciągnął pozostałą dziewczynę, widząc jak usiłuje sama się zaspokoić swoje podniecenie.

Usiadła okrakiem na jego twarzy, jej soki spływały mu po brodzie, gdy swym językiem drażnił jej różowe wnętrze. Mocno docisnęła krocze do jego ust, na chwilę pozbawiając go możliwości złapania oddechu. Tymczasem ujeżdżająca go dziewczyna złapała go za przeguby, gdy usiłował oswobodzić się spod nacisku. Jego płuca coraz bardziej domagały się tlenu, przerażony zdał sobie sprawę, że nie jest w stanie wykonać najmniejszego ruchu. Wierzgnął, usiłując wydostać się spod ich ciał. Tymczasem pozostałe dziewczyny widząc sytuację, przycisnęły się do jego boków, zamykając ostatnią drogę ucieczki. Z ustami zatopionymi w łonie dziewczyny, z nosem przyciśniętym do jej podbrzusza, czuł jak ucieka z niego ostatni oddech. Daremnie usiłował wykrzyczeć cokolwiek do jej wnętrza. Mimo pojawiających się zawrotów głowy, ze zdziwieniem odkrył, że jego członek zesztywniał jeszcze bardziej. Gdyby mógł go teraz ujrzeć zapewne byłby dumny, widząc jak wielkie robią się oczy dziewczyn, gdy ujeżdżająca go wstała ukazując jego członek w całej okazałości. Będąc już na granicy przytomności, poczuł skurcze zwiastujące orgazm. Stężał i po chwili wyrzucił z siebie fontannę nasienia, opryskując rozchylające się w oczekiwaniu na smakołyk usta dziewcząt. W tym samym czasie wyczuł jak, szarpiąc się ekstazie, uciskająca jego twarz dziewczyna osiąga własne spełnienie i z głośnym jękiem opada na łóżku obok niego.

Zaczerpnął powietrza i zerknął na otaczające go ladacznice. Uśmiechały się drwiąco, rozmazując na swym piersiach jego nasienie. Spojrzał na swojego członka. Skąpany w sokach dziewczyny i jej krwi spoczywał na powrót między nogami. Teraz zrozumiał dlaczego z takim wstydem pozwalała się rozbierać i następnie z jakim oporem nadziewała się na niego. Pogłaskał ją po głowie i przytulił do siebie. Pozostałe ułożyły się wokół niego, oplatając go swymi długimi nogami, głaskały po twarzy i tułowiu, szepcząc czułe słówka miłości.

Jakiś czas pozwoliły mu odpocząć po czym ponownie zabrały się do dzieła.

Tę noc na długo miał zapamiętać i nawet gdy jego dni chyliły się ku końcowi z rozrzewnieniem wspominał upojną noc jaką spędził z pannami z ulicy Avignon.

Nazajutrz obudził się z potwornym bólem głowy. Czuł też dotkliwe rwanie w okolicach jąder, w końcu nie często się zdarzało by pięć podnieconych kobiet gwałciło go przez całą noc, wysysając z niego ostatnie krople nasienia. Na najbliższy czas miał dość erotycznych przygód, choć sama myśl o słodkiej Carlotcie wzbudzała ciepło między nogami. Z otwartymi szeroko oczami leżał zagrzebany w atłasowej pościeli. Zmięte prześcieradło, noszące na sobie wyraźne znaki ostatniej nocy zsunęło się na podłogę, przykrywając ubrania dziewcząt. Te leżały nadal wokół niego, cicho posapując przez sen. Spojrzawszy na nie ze zdumieniem odkrył, że wyraźnie zmieniły się względem ostatniego razu. Znikła chudość, ich ciała przybrały zdrowy różowy odcień, rumieńce na twarzach jeszcze nie zblakły. Piersi, teraz znacznie pełniejsze, zakończone miękkimi brodawkami, niczym ciepły okład spoczywały na jego ramionach i tułowiu. Z niedowierzaniem sięgnął ku jednej z nich, zważył w dłoni i pozwolił by miękko opadła z powrotem. Dziewczyna jęknęła przez sen, po czym mocniej przytuliła się do niego, jakby dając do zrozumienia, że jeszcze nie wypuści go z łóżka.

Otoczony dziewczęcymi ciałami leżał, wsłuchując się w odgłosy poranka. W przystani już dawno zaczął się ruch i teraz, mimo grubych murów, donośne pokrzykiwania pracowników docierały aż tutaj. Za kolorowym witrażem ujrzał cień przesuwającej się dorożki, stukot końskich kopyt na kamiennym bruku niósł się jeszcze długo z oddali. Spieszący do pracy tłum ludzi: marynarzy, urzędników, brzmiał niczym szum odległego wodospadu. Przez wszystkie te dźwięki przebijał się wyraźny pisk mew, kołujących nad miastem.

Skrzypnięcie drzwi wyrwało go z zadumy. W otworze ujrzał uśmiechniętą twarz młodziutkiej dziewczynki. Niczym nie skrępowana weszła do pokoju i wspięła się na łóżko. Przez chwilę przyglądała się nagim kobietom, po czym sięgnęła palcami ku jego kroczu. Położyła palec na ustach i lekko ciągnąc go za sztywniejącego członka nakazała by wstał. Zsunął się z łóżka, w drodze do łazienki złapał własne wymiętoszone ubranie, pozwolił prowadzić się nieznajomej. Na widok balii wypełnionej gorącą wodą nie potrzebował dalszego zaproszenia. Krzywiąc się pod wpływem ukropu powoli zanurzał się, aż wreszcie, czując mrowienie na całym ciele, usiadł i pozwolił małej zająć się sobą. Zrzuciła swoje odzienie ukazując młode, nie całkiem jeszcze rozwinięte kobiece atrybuty, choć w dole podbrzusza dostrzegł jakby błysk srebrnego kolczyka. – „Kolejna transformerka” – pomyślał ujrzawszy jej bladą nagość. Namydliła mu plecy po czym gestem nakazała by wstał. Gorąca woda parując spływała kaskadami z jego ciała, na wpół sztywny członek znalazł się na wysokości jej twarzy. Poświęciła sporo uwagi myjąc go w kroczu, pod wpływem jej drobnych dłoni poczuł, że znów sztywnieje.

Ochlapała go wodą i wzięła do ust. Jęknął czując podniecenie. Po pełnej wyuzdania nocy jej dotyk był jak łaskotanie puchowej poduszki, z której pomocą onanizował się będąc jeszcze szczeniakiem. Ssała go na przemian i szarpała rączką, tak że niewiele czasu minęło gdy niewielki strumień spermy wypłynął z otworku wprost w jej otwarte usta. Chwilę poczekała aż zwiotczeje, po czym, ukrywszy go w swych dłoniach ściągnęła z powrotem w dół. Zapiekło. Gorąca woda dotarła do podrażnionego członka, przez chwilę miał ochotę z wrzaskiem wyskoczyć z bali, po chwili jednak uspokoił się. Kojący wpływ wody spowodował rozluźnienie, przymknął oczy relaksując się. „Tego właśnie było mi trzeba – pomyślał – a nie kolejnej orgii”.

Jakiś czas potem, gdy woda wyraźnie się ochłodziła, wstał, wytarł swe ciało wielkim puszystym ręcznikiem, ubrał się i, czując burczenie w żołądku, udał się na poszukiwanie kuchni. Pamiętając rozkład domu bezbłędnie do niej trafił, zastając tam, poznanego w nocy mężczyznę. Na stole, po środku pomieszczenia, leżały pokrojone kromki chleba, plastry wędliny, żółtego sera i cała masa warzyw i owoców. Wzdłuż ścian ciągnęły się wysokie szafy i regały, na których zalegały garnki, patelnie i dziesiątki talerzy, najwyraźniej nieużywanych, gdyż pokrywała je gruba warstwa kurzu.

– Cześć – przywitał się z dandysem.

Pochylił się nad stołem przygotowując sobie kanapkę, zerkając kątem oka na młodzieńca. Ten zobojętniały mamlał coś w ustach, ośliniony kęs spadł na podłogę, gdy starał się wyartykułować słowa powitania. Przełknął resztę, nachylił się w stronę Tomasza, ukazując pod błyszcząca koszulą maleńki stanik przytrzymujący niewielkie piersi, jak u małej, z którą przed chwilą się zabawiał. U mężczyzny jednak całą klatkę pokrywało ciemne owłosienie.

– Cześć kochany – odrzekł – Czy mógłbym coś dla ciebie zrobić? – pogłaskał spoconą ręką twarz Tomasza.

– Mógłbyś mi, na przykład, nie obrzydzać posiłku – odparł krzywiąc się na widok wątłego torsu chłopaka. Ledwo stłumił odruch wymiotny, czując zapach moczu i kału jaki bił od geja.

– Jak chcesz, kochany – odparł tamten, wkładając sobie palec do ust.

Tomasz przełknął ślinę czując napływającą żółć. Czym prędzej przyszykował sobie kanapkę i uciekł do jadalni, goniony śmiechem homoseksualisty. Na miejscu usiadł na miękkim fotelu i wgryzł się w czerstwy chleb. Zapomniał wziąć coś do picia, jednak nie miał ochoty znów wracać do kuchni. Międląc w ustach suche jedzenie zastanawiał się nad planami na nadchodzący dzień. Carlotta wspominała o jakimś spotkaniu, nerwowo bębnił palcami o blat stołu, nie mogąc się jej doczekać, miał już dość tego miejsca. Przełknął ostatni kęs i odetchnął, czując jak wracają mu siły. Wstał, kierując się w stronę wyjścia gdy w drzwiach wpadł na. . .

– O wilku mowa – rzekł, widząc ukochaną kobietę

– O kim… – zerknęła za jego ramię i widząc pustą salę dokończyła – …mowa?

Nie odzywając się przyciągnął ją do siebie i złożył na jej ustach długi pocałunek. Odwzajemniła się, tuląc do niego. Pachniała świeżością, morską bryzą i tym, charakterystycznym dla śródziemnomorskich krajów, wszechobecnym zapachem oliwek.

– Nieważne – odrzekł – zabierz mnie stąd już, proszę.

– Tak ci źle było? – spytała unosząc brew ze zdziwieniem.

– Nie, było świetnie, ale… mam już dość. Cały poranek myślałem o tobie.

Uśmiechnęła się zadowolona.

– No to chodźmy – chwyciła go za rękę prowadząc w stronę wyjścia.

– A Madame Elena? – Spytał rozglądając się na boki.

– Zapewne śpi jeszcze. Miała ciężką noc. Wczesnym rankiem do portu zawitał delegat z Karaibów wraz z całą murzyńską świtą. – A widząc grymas na jego twarzy dodała zgryźliwie – Dziewczynom pewnie jeszcze długi czas będzie odbijać się czekoladą.

Uśmiechnął się. W obecnych dla niej czasach, czarnoskórzy przedstawiciele nadal traktowani byli jako podludzie, w jego rzeczywistości na takie sformułowania mógł sobie pozwolić jedynie w gronie dobrych znajomych i to tylko w formie żartu.

Zmrużył oczy, wychodząc na zewnątrz. Ostre słońce dawało się już mocno we znaki, temperatura sięgała 30 stopni w cieniu i nic nie zapowiadało by miało się ochłodzić.

– Szybko – krzyknęła, ciągnąc go w stronę dużego czerwonego pojazdu – musimy zdążyć na omnibus. Na następny nie opłaca się czekać, a przed nami kawałek drogi.

Zdyszani dopadli pojazdu, gdy właśnie ruszał spod krawężnika. Wskoczyli do niego w biegu i, przepychając się przez tłum, znaleźli wolne miejsce koło okna. Usiadła mu na kolanach, wtulając się w jego ramiona, zdyszana, pozwoliła by zajął się oglądaniem mijanego krajobrazu.

Droga początkowo biegła wzdłuż wąskich miejskich uliczek, by zaraz wypaść na szeroką arterię. Na przełomie XIX i XX wieku Hiszpania przeżywała rozkwit gospodarczy, wielkie inwestycje w centrach dużych miast wymagały dostosowania komunikacji. Stąd masowe wyburzenia, dzięki którym powstałe drogi przez długi czas spełniały swoje zadanie. Najbardziej znana Europejska przebudowa z tego okresu dokonała się w Paryżu w drugiej połowie XIX wieku, gdy francuski urbanista, baron Georges Haussman, nie licząc się z protestami mieszkańców ani historyczną zabudową wyrżnął w tkance miasta szerokie pasy pod budowę nowoczesnych ciągów komunikacyjnych, alejek, parków, gwiaździstych placów i dwóch pierścieni bulwarów. Dopiero przełom XX i XXI wieku przyniósł ze sobą boom motoryzacyjny, który sprawił, że stare arterie nie wytrzymywały natłoku pojazdów. Lecz sto lat wcześniej nikt nie przypuszczał, że technika tak bardzo posunie się do przodu. W owych czasach posiadanie samochodu było luksusem na jaki tylko niewielu było stać. W Stanach Zjednoczonych z taśmowej linii produkcyjnej zjeżdżał właśnie pierwszy model Forda T, który na stałe zapisał się w kartach historii motoryzacji, w tym samym czasie Andre Citroen, zarządzając firmą Mors produkował pierwsze francuskie samochody zaś producent najszybszych bolidów dopuszczonych do ruchu publicznego, Ferruccio Lamborghini, miał urodzić się dopiero za kilka lat.

Po kilku minutach gęsta zabudowa mieszkaniowa pozostała w tyle, wzdłuż drogi usadowiły się rozłożyste rezydencje. Można było na nich odczytać cały przekrój architektury, od gotyku po secesję. Omnibus z mozołem wspinał się na wzgórze Montjuic, z tyłu rozlała się szeroka panorama Barcelony. Carlotta podeszła do kierowcy i szepnęła mu coś na ucho. Wywiązała się dyskusja po czym pojazd stanął na rozdrożu.

– Chodź – kiwnęła na Tomasza.

Wysiedli wprost na nieznośny żar. Kryjąc się w cieniu palmy, czekali aż autobus odjedzie w chmurze spalin na tyle daleko, by mogli przejść przez jezdnię. Carlotta była wyraźnie oburzona, mrucząc pod nosem przekleństwa. Skierowała się na północ, w stronę majaczącej się w oddali wielkiej budowli. Podążył za nią, domyślając się, że kierowca nie chciał ryzykować wjazdu szerokim autem w wąską dróżkę, jaka tam prowadziła. Carlotta szła w milczeniu szybkim krokiem, nie oglądając się za siebie. Dopiero po pół godzinie dotarli do widzianego z oddali domostwa. Masywna bryła budynku kryła się w ciemnej zieleni rododendronów, których wielkie różowe kwiaty uginały gałęzie krzaków do samej ziemi. W tle widać było wysokie trawy i bambusy a daleko na boki ciągnął się palmowy sad. Sam budynek nosił w sobie cechu budowli gotyckiej, z charakterystycznymi dla budownictwa sakralnego spadzistymi dachami. W elewacjach kryły się wysokie ostrołukowe okna z maswerkami, w górze ściany szczytowej widniała rozeta, bogato zdobiona witrażami. Zastosowane po bokach przypory z wieńczącymi je pinaklami sugerowały sporą, otwartą przestrzeń we wnętrzu. Otaczające budowle pasy gzymsów kończyły się w narożnikach rzygaczami w postaci gargulców i innych mitycznych stworów. Na rogu zachodniej ściany widać było szeroki ukryty taras, dach schodzący daleko poza lico ściany podpierały kamienne, ogoniaste bestie z rogami, wpatrując się w przybyłych. Dostawiona do głównej bryły budynku wąska, strzelista wieżyczka nosiła na sobie ślady podobnego stylu, złamanego jednak płynnymi secesyjnymi formami.

Weszli po szerokich, kamiennych schodach, stając przed ogromnymi drewnianymi odrzwiami. Odniósł wrażenie, że jest obserwowany, kamienne posągi na balkonie miały kosmate twarze zwrócone nadal w jego stronę. Przetarł oczy i spojrzał przed siebie. Na wysokości oczu wisiała mosiężna kołatka w kształcie głowy wilka. Dotykając jej poczuł, zamiast chłodnego metalu, miękką szczecinę. Niepewnie uniósł ją do góry i zastukał, wsłuchując się w, rozbrzmiewające wewnątrz, echo. Na granicy słyszalności dotarł do niego psi skowyt. Odwrócił się zatrwożony, wyrzeźbiona w kamieniu hiena, miała zjeżoną na głowie sierść i otwarta paszczę, skąd kapała ciemna posoka. Artysta musiał być wybitnie natchniony, by tak skrupulatnie podkreślić każdy szczegół zwierzęcia. Drapieżnik zastygł z jedną łapą uniesioną nad drugim stopniem. Mógłby przysiąc, że gdy ujrzał ją w pierwszej chwili siedziała spokojnie na pierwszym. Powrócił wzrokiem przed drzwi, słysząc delikatny pisk. Niemal bezszelestnie otworzyły się, z wnętrza buchnął smród grzyba i wilgoci. W holu, u podnóża szerokich drewnianych schodów, których szczyt tonął w ciemnościach kolejnej kondygnacji, z założonymi na piersiach rękoma, stał gospodarz domu. Na głowie miał kefiję, charakterystyczne dla arabów nakrycie głowy, ubrany w bogato zdobioną złota nicią szarą galabiję, obuty w lekkie trzewiki z wielbłądziej skóry. Twarz skryta w mroku wydawała się zbyt szeroka jak na przedstawiciela krajów muzułmańskich. Co ciekawe, miast kruczoczarnych kręconych loków, na ramiona mężczyzny spływały długie, białe włosy, lekko podwinięte na końcach.

Weszli do środka a postawny mężczyzna wyszedł im na spotkanie, rozkładając szeroko ręce. Tomek jednak zwrócił większą uwagę na to co działo się między jego stopami niż na niego samego. Za każdym krokiem od miękkiego obuwia odrywał się szary, włochaty kształt i, ciągnąc za sobą łysy ogonek, znikał w szparach między deskami parkietu. Stworzonka na oko przypominały szczury, takie jakie widział w podlondyńskim metrze, te najwyraźniej jednak nie bały się przybyszy, zanim pochowały się w szczelinach, błyskając żółtymi ślepiami uważnie zlustrowały gości. Ledwie wyczuwalny podmuch zatrzasnął drzwi za nimi. W trakcie dało się słyszeć jakby oddech, niczym radosne westchnienie ogromnego stwora, zadowolonego z wpadających do jego wnętrza smacznych kąsków.

– Carlotta – mimo, iż szeptał, jego głos odbijał się echem od ścian, narastał niczym huk odrzutowca, by w jednej chwili zamrzeć. Ucałowawszy ją głośno w oba policzki, przytulił do siebie. – Cieszę się, że znów cię widzę – dodał, odsuwając dziewczynę nieco od siebie – nabrałaś ciałka, czy mi się zdaje?

– Zdaje ci się Zahid – a zwracając się do Tomka – ilekolwiek się widzimy ma nadzieję, że jestem w ciąży.

– A nie chciałabyś? – spytał, czując jak gęsta atmosfera powoli rozluźnia się.

– No wiesz?! – oburzyła się – Miałabym stracić swoją figurę? – dygnęła przed nim, wypinając pierś do przodu. Pod cienkim materiałem wyraźnie odznaczały się ciemne brodawki.

– Zahid, to jest właśnie malarz, o którym ci wspominałam. Tomaszu oto Zahid, mój. . . – ściszyła nieco głos – …mentor.

– Tomasz…? – Zahid urwał czekając na resztę.

– Wilski – odparł zapytany.

– Zahid. – i po chwili dodał, widząc pytający wzrok artysty – Zahid Tal Arab. Witaj w moim Al-Haram, mekce tutejszych muzułmanów.

– Mieszkasz tutaj?

– A gdzieżbym indziej mógłbym? W tym przeżartym społeczną zgnilizną mieście, gdzie ludzkie życie jest mniej warte niż ciepła strawa w kubryku? – żachnął się, machając rękoma.

– Skoro więc uważasz to miejsce za mekkę to przynajmniej nie masz daleko podczas ramadanu…

– Mylisz znaczenia Tomaszu – gestem zaprosił ich dalej – Podczas ramadanu muzułmanie, zgodnie z Koranem, świętują objawienie archanioła Gabriela naszemu Mahometowi i przekazanie mu pierwszych wersów świętej księgi. Ma to miejsce w trakcie każdego dziewiątego miesiąca naszego kalendarza. Mekka zaś, to miejsce, które każdy szanujący się muzułmanin powinien przynajmniej raz w życiu odwiedzić. Jest mniej więcej tym samym, czym Watykan dla chrześcijan, cel pielgrzymek, gdzie można prosić boga o łaskę i wstawiennictwo.

Mężczyzna prowadził ich ciemnym korytarzem, bezbłędnie trafiając w szukane drzwi. Za nim ciągnął się zapach orientalnych perfum; ostra woń olejku migdałowego z lekką nutą drzewa sandałowego. Weszli do niewielkiego pokoiku z półkolistym sufitem, pokrytym kolorowym freskiem. Obraz utrzymany w układzie podobnym do rysunku na sklepieniu kaplicy Sykstyńskiej, tu przedstawiał zagniewanego Boga z palcem oskarżycielsko skierowanym w stronę Satanaela, pierwszego upadłego anioła. Jasna postać Stworzyciela silnie kontrastowała z ziemisto-szarą postacią z czarnymi skrzydłami. W jasnych jeszcze loczkach przeklętego widać było zalążki czerwonych rogów, rysy twarzy postaci wydały mu się znajome

– Zahid, jeśli sądzisz, że domaluję ci tu kolejne demony to. . . zły adres wybrałeś. Ja się tym nie zajmuję – rzekł Tomasz, sadowiąc się na krześle. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że diabeł z sufitu patrzy wprost na niego.

– Spokojnie, wcale nie po to chciałem cię tu sprowadzić. – Sięgnął w kierunku komody i wyjął stamtąd pomarszczony rulon.

– „Dałbym sobie głowę… – pomyślał Tomasz i czując na sobie łapczywy wzrok Zahida, poprawił się – …palec uciąć, że szafka jest poza jego zasięgiem”.

Gospodarz rozprostował zwój na stole, przyciskając jeden z rogów kałamarzem. Starał się nie zniszczyć, nadwyrężonego przez czas, szkicu. W trakcie układania, zagryzał wargi, ręce mu drżały jakby dotykał jakiejś cudownej relikwii lub co najmniej płótna Michała Anioła.

– Chodzi mi właśnie o to – rzekł jakby spodziewając się, że Tomasz zaraz zabierze się do pracy.

– Co to jest? – odparł młody mężczyzna. W ogóle nie kojarzył rysunku przed sobą.

– Nie wiesz? Toż to jeden z najsławniejszych szkiców. . . nadal nie wiesz? No dobra, krótka historia. Ta rycina, pochodząca z początku XVIII wieku przedstawia kobietę. . ,

– …tego akurat się domyśliłem… – przerwał mu Tomasz, wpatrując się w odsłonięte piersi postaci na rysunku.

– …która była drugą, najsławniejszą piratką wszechczasów. Pierwsza to Anna Below, zaś ona to…

– Mary Read – ponownie wpadł mu w słowo.

– Zgadza się. Mary Katharine Read – szczególnie mocno podkreślił drugie imię.

– No dobra. – Tomasz wzruszył ramionami – I co w związku z tym?

– Widzę, że potrzebujesz dalszej pomocy. Carlotto – zwrócił się do siedzącej jak trusia dziewczyny. Mężczyźni zaprzątnięci rozmową na moment zapomnieli o obecności kobiety – możesz mi, moja droga, podać obraz. . . – wskazał palcem w narożnik pokoju – …o, właśnie ten.

– „Tam już nie dosięgniesz?” – Pomyślał zgryźliwie Tomasz

Tymczasem gospodarz przedstawił mu kolejny obraz tym razem oprawiony w pozłacane ramy.

– Może to ci podpowie?

Tomasz przyglądnął mu się uważnie lecz nadal nie wiedział o co chodzi.

– Marynistyka nie jest moją mocną stroną – rzekł z zakłopotaniem.

– No dobra – gospodarz oparł płótno o mosiężną lampkę – po nitce do kłębka. Opowiedz co widzisz a ja, w miarę postępów, będę dopowiadał to co sam wiem.

– Ok. – zgodził się wzruszając ramionami. W końcu cóż mu szkodzi. – Przedstawiony na rysunku statek to, na moje oko, XV lub XVI wieczny galeon. Szerokie nadburcia sugerują, że jest to jednostka transportowa, jednak dwa rzędy luków armatnich, pozwalają przypuszczać, że w trakcie użytkowania został przerobiony na okręt wojenny. Jest duży, zatem służy zapewne do dalekich, oceanicznych rejsów. Bandera powiewająca na wietrze, wskazuje na przynależność statku do angielskiej floty. Zatem byłbym skłonny przysiąc, że jest to raczej okręt z połowy XVI wieku, choć wcześniejsze miały podobny wygląd. Według mnie jest to jednostka konwojująca statki transportowe z bogatych koloni angielskich do macierzystego portu. Czegoś nie zauważyłem?

– Wszystko poprawnie. Skoro już wiesz jaki to statek oraz kogo przedstawia pierwszy rysunek, to może podasz nazwę jednostki.

Tomasz siedział bez słowa wpatrując się w obraz, wysilając pamięć. Kompletnie nic mu nie przychodziło do głowy.

– Mary Katharine Read. . . – podpowiedział jeszcze raz Zahid – …Mary K. Read… K R E A D – przeliterował

– Drake! – wykrzyknął Tomasz

– Brawo – Zahid zaklaskał w dłonie – anagram nazwiska najsławniejszego korsarza królowej Elżbiety oraz w ogóle w całej historii. Mary, po ojcu Read, po matce, niektórzy doszukują się innych korzeni, Drake. Zatem żaglowiec to. . .

– Golden Hind – Teraz już nie miał żadnych wątpliwości. Że tez nie skojarzył faktów.

– Dokładnie – odrzekł Zahid – Golden Hind, Złota Łania, statek na którym sir Francis Drake zapuszczał się w najdalsze oceaniczne regiony, tam gdzie tylko jeden śmiałek, w ówczesnych czasach popłynął. Nawiasem mówiąc, dopiero niedawno cieśninę między południowym kontynentem amerykańskim a Antarktydą, nazwano od jego nazwiska. To właśnie na Złotej Łani Drake zasłynął jako pirat, w dodatku pirat – dżentelmen. Ponoć nie w smak mu było mordowanie załóg atakowanych okrętów, wielu z jeńców przyjmował wręcz z wyszukaną dostojnością, tych wyższych rangą rzecz jasna. Droższe jego sercu były bogactwa jakie z Karaibów zwoziła hiszpańska armada, dzielił się nimi ze swym krajem, dzięki czemu od XVII wieku, mając glejt królewski w kieszeni, mógł bezkarnie łupić obce statki handlowe.

– Ale… kto namalował ten obraz? Nie przypominam sobie aby któryś ze znanych malarzy poświęcił mu uwagę.

– No wiesz?! – Gospodarz wyraźnie się oburzył – sądziłem, że jednak znasz się na swym fachu.

– Jak wspomniałem, na marynistyce nie znam się najlepiej.

– W porządku zatem, mogę ci wybaczyć. Autorem obrazu jest Andries van Eertvelt, malarz holenderski. Rysunek powstał około 1620 roku, czyli w czasie gdy, wedle przekazów, Golden Hind dawno już gnił w londyńskim doku. Ale, chciałbym ci pokazać jeszcze jedno, popatrz – obrócił obraz. Z drugiej strony widniał ten sam statek, tylko widziany z innej perspektywy. – To też Łania tyle, że obraz, autorstwa Willem`a van de Velde powstał blisko sto lat później, czyli w czasach gdy postrachem oceanów byli…

– …Mary i Anne u boku Calico Jacka…

– …na pokładzie Złotej Łani – zakończyła z uśmiechem Carlotta.

– Widzisz drobne postacie na statku? – spytał Zahid artystę podsuwając mu pod nos lupę

– Tak! – ten wykrzyknął zaskoczony – ale są mocno zamazane, podobnie zresztą jak cały obraz.

– Bo przez ostatnie 50 lat spoczywał na dnie wraz z innym statkiem i mimo, że zamknięty w szkatule, woda morska najwyraźniej musiała dostać się do wnętrza, niszcząc obraz. Pomożesz mi go odnowić? – szybko przeszedł do konkretów.

– Chyba muszę cię zmartwić, – odrzekł zapytany – nie mam przy sobie żadnych przyrządów.

– A wystarczy ten kuferek? – Gospodarz przesunął nogą ciężka walizę. Przez szczelinę w materiale dostrzegł pędzle i farby.

– Dobra – zgodził się Tomasz – kiedy mam się tym zająć?

– A kiedy możesz?

– Jeśli zacznę teraz to do wieczora powinienem z niewielką częścią się uporać. Dopiero gdy poznam warsztat twórcy będę mógł na całego zając się obrazem. Myślę, że około trzech do czterech dni.

– Hmm… nie sądziłem, że już teraz będziesz chciał.

– A na co mam czekać? – spytał Tomasz. Podając termin wydłużył go nieco. Spodziewał się, że całość zajmie mu niewiele ponad czterdzieści osiem godzin, jednak miał nadzieję zwiedzić stare domostwo.

– Dobra więc. W takim razie pozostaje mi tylko pozostawić cię w spokoju, byś mógł spokojnie poświęcić się pracy. My zaś w tym czasie – zwrócił się do Carlotty – myślę, że możemy udać się na taras, gdzie rozgrzejemy się nieco, co ty na to?

Dziewczyna bez słowa uniosła się i podała mu swoje ramię. Spoglądał za nimi jak wychodzą, objęci czule, niczym para kochanków. Nutka zazdrości ostrą igłą ukłuła go w serce.

Zostawszy sam pochylił się nad obrazem, uważnie mu się przyglądając. Pochłonięty swą pracą nie zwrócił uwagi na zmieniające się otoczenie, zwłaszcza przeobrażający się fresk na suficie. Postać Wszechmogącego nikła w oddali podczas gdy Szatan, rozpostarł swe skrzydła na całe sklepienie, wyciągając koszmarną łapę w kierunku siedzącego przy biurku mężczyzny. Przez chwile wydawało się, że jednak go nie dosięgnie, gdyż odległość była zbyt duża, jednak już po chwili zanurzył szponiasty palec we włosach zgarbionego. Ten drgnął, sięgnął ręka nad głowę usiłując strzepnąć, jak mu się wydawało, nieznośnego owada. Pod palcami poczuł ostre jak brzytwa łuski anioła i porastającą ramię szczecinę. Z otwartymi szeroko oczami, w niemym przerażeniu, odwrócił głowę w stronę monstrum. Złowieszczo głośne – „Achhhh” – rozbrzmiało w pomieszczeniu gdy spotkali się wzrokiem. Odchylony na krześle usiłował złapać równowagę, by po chwili z głośnym hukiem uderzyć w posadzkę. Nie zdążył zabezpieczyć potylicy i wyrżnął nią w narożnik kominka. Tracąc przytomność, usłyszał łopot skrzydeł i dziwne słowa, wymawiane w nieznanym mu języku. Po chwili uleciał a wraz z nim jego świadomość.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Słowem wyjaśnienia.

Niniejszy dalszy ciąg przygód głównego bohatera w słonecznej Barcelonie wymagał powtórzenia obrazka. Żaden inny nie pasowałby tu bardziej.

Pozdrawiam
MRT

Witaj, Gregu!

Kolejny rozdział "Obrazów Rozkoszy" nie zawodzi fabularnie, nawet jeśli wykonanie trochę szwankuje 🙂 To wciąż bardzo interesująca historia z mnóstwem tajemnic, które chce się poznać! Czytając o losach głównego bohatera zagubionego między alternatywnymi rzeczywistościami inspirowanymi malarstwem, niemal widziałem te wnętrza, krajobrazy, postacie. Jak zawsze najlepiej wychodzą Ci szczegółowe opisy architektoniczne – to chyba skrzywienie zawodowe, czyż nie? Naprawdę, można przez chwilę zapomnieć o tym, gdzie się jest i co nas otacza i zagłębić się w kreowane przez Ciebie uniwersum.

Erotyka też stoi na niezłym poziomie, choć pozostaje w tyle za pozostałymi elementami narracji. Scena seksu z pięcioma ladacznicami jest w paru miejscach niezamierzenie (chyba!) zabawna, ale generalnie udaje jej się przyspieszyć tętno skromnemu czytelnikowi 🙂

Ciekaw jestem tego zwrotu w kierunku marynistyki, bardzo jestem ciekaw! Jeśli jeszcze na scenie pojawi się Drake albo któraś z piratek, będzie naprawdę interesująco! Ciekaw też jestem, co wspólnego z tym wszystkim ma Szatan, wielki kusiciel. Gorąco zatem liczę, że nie dasz nam długo czekać na Obrazy Rozkoszy 5!

A teraz łyżka dziegciu do tej beczki miodu. Niestety, tekst był dość niechlujny. Miałem wrażenie, że nie przeczytałeś go ponownie, by usunąć najbardziej rzucający się w oczy błędy. Skorygowałem co najmniej kilkadziesiąt błędów interpunkcyjnych, kilka stylistyczny, jeden ortograficzny (czas posypać głowę popiołem!). Jeszcze nie sprawdziłem całego tekstu, ale powoli zbliżam się do tego.

Uwagi przesłałem Ci na priva.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Ach, zapomniałbym. Nie przejmuj się faktem, że użyłeś dwa razy tego samego rysunku. W przeciwieństwie do nas, Ty osobiście tworzysz ilustracje do każdego swojego tekstu. Dlatego trudno od Ciebie wymagać, byś co chwila wymyślał nowe grafiki. Powtórzenie od czasu do czasu jest w pełni akceptowalne, przynajmniej dla mnie.

Pozdrawiam
M.A.

Panie Artysto,
Pogubiłem się nieco w tej opowieści. Nie jestem mocno w tematy malarstwa wprowadzony. Nie wyłapuję więc aluzji, odniesień, metafor. 🙁 Całość nieco mglista.
Ale główny bohater mi imponuje. Tyle panienek na raz! Godne czynów Herkulesa. Choć pewnie Megas zaprotestuje, przy mojej nieco afektowanej tezie 🙂

Że też nie poszłam na tą historię sztuki. Tyle rzeczy mnie omija… Czy jest szansa, że w kolejnych częściach pojawi się Vermeer albo Rembrandt? Mam wielką słabość do malarstwa rodem z Niderlandów.
Lily

Napisz komentarz