Opowieść helleńska: Kassander I (Megas Alexandros) 4.48/5 (14)

Jean-Leon Gerome, "Greckie wnętrze"

Jean-Leon Gerome, “Greckie wnętrze”

Kassander lubił Korynt. Nie było to wcale częste wśród żołnierzy z macedońskiego garnizonu. Wielu z pobratymców Kassandra gardziło gwarnym, wiecznie ruchliwym miastem i jego portem pełnym egzotycznych woni, szemranych tawern oraz tanich kobiet. Trackim góralom czy jeźdźcom z tesalskich równin ciasno zabudowana metropolia zdawała się więzieniem. Źle się czuli w obrębie murów, w cieniu piętrowych gmachów, chylących się nad wąskimi uliczkami. Odzyskiwali humor dopiero na szczycie Akrokoryntu – ufortyfikowanego wzgórza wznoszącego się nad miastem. Tu nie docierały wrzaski przekupniów, smród tysięcy stłoczonych na ulicach ludzi. Rozpościerał się stąd natomiast wspaniały widok na Zatokę Koryncką, Przesmyk Istmijski, na wzgórza Peloponezu.

Dla Kassandra jednak to właśnie Akrokorynt był więzieniem.

Bezpiecznym, ale ciasnym kawałkiem skały, na której prócz macedońskiej twierdzy mieściła się jedynie niewielka świątynia Afrodyty. Dlatego też lubił opuszczać wzgórze i schodzić ku tętniącemu życiem miastu. W przeciwieństwie do swych dzikich żołnierzy Kassander pochodził z Ajgaj. Stara siedziba macedońskich władców do dziś była miejscem koronacji każdego monarchy z rodu Argeadów. Wychował się zatem w mieście. Prawda, że wielokroć mniejszym i mniej świetnym niż Korynt. Ale to właśnie tam wojsko obwołało królem Filipa – późniejszego zwycięzcę spod Cheronei. To na agorze Ajgaj – a nie na nieporównanie wspanialszej korynckiej – stał syn Filipa, Aleksander, gdy nałożono mu na głowę królewski diadem. Ów Aleksander przyćmił później chwałę swego ojca, niosąc wojenną pożogę w samo serce odwiecznego wroga wszystkich Greków – Persji. Zaprawdę, choć w porównaniu z metropoliami południowej Hellady Ajgaj mogło się zdawać małe i niepozorne, przygotowało przecież Kassandra na wszystkie cuda Teb, Aten, a wreszcie – Koryntu.

Dlatego teraz kroczył ulicami miasta, z dumnie podniesioną głową, mierząc twardym spojrzeniem mijanych ludzi. Wiedział, że go nienawidzą, ale nie dbał o to. Był okupantem, to prawda. Ale czuł się tutaj jak u siebie. I żaden z tych nędznych, pokonanych Hellenów nie mógł odwieść go od tego poczucia. By okazać im pogardę i zademonstrować, że się ich nie boi, nie przywdział nawet napierśnika. Szedł przez tłum w czarnej szacie haftowanej złotymi nićmi, nałożonej na nagie ciało. Z jego ramion spływał ciężki, macedoński płaszcz wojskowy, spinany pod szyją żelazną klamrą. Za jedyną broń miał przypięty u pasa xiphos – macedoński krótki miecz dwusieczny. Jego eskortę tworzyło zaledwie dwóch Tryballów, olbrzymich mężczyzn z najdzikszego z trackich plemion.

Kassander chciał początkowo wyruszyć do Azji z Aleksandrem, lecz Mojry zdecydowały inaczej. Pod Cheroneą był jeszcze zwykłym żołnierzem, walczącym jednak w elitarnej jednostce Hypaspistów. Podczas oblężenia Teb dowodził już własnym oddziałem. Jego jednostka pierwsza wdarła się na mury i otworzyła reszcie armii jedną z miejskich bram. Król osobiście wyróżnił go przy podziale łupów, oddając mu część przynależnego sobie złota oraz kilka młodych dziewcząt. Wtedy też dostrzegł go stary Antypater – obok Parmeniona najświetniejszy z aleksandryjskich generałów. Gdy władca zbierał swą armię przed wyprawą na Persję, Antypater również starał się pozyskać wybitnych oficerów. Sędziwy wódz miał pozostać w Helladzie jako jej strażnik i królewski regent. Jeśli pragnął utrzymać w posłuchu wiecznie buntowniczych Greków z południowych poleis, potrzebował najlepszych ludzi.

Gdy Antypater zaproponował Kassandrowi dowództwo macedońskiego garnizonu w Koryncie, ten nie zastanawiał się długo. Choć wschodnia ekspedycja kusiła go i pociągała, umiał – jak zawsze – dokonać słusznego wyboru. Ponad niepewne perspektywy azjatyckiej wyprawy przedłożył realne i natychmiastowe profity. Pod władzą korynckiego zarządcy było nie tylko miasto, ale i większa część Peloponezu (z wyjątkiem dumnej Sparty, która nie dała się włączyć do stworzonego jeszcze przez Filipa Związku Helleńskiego). Oprócz wysokiego żołdu Kassander mógł także liczyć na hojne dary od podległych sobie poleis, łapówki od towarzystw handlowych korzystających z portów półwyspu, dowody wdzięczności od wspierających macedońską władzę stronnictw politycznych. Zamiast tułać się po bezdrożach Azji, cierpiąc głód, choroby i niedostatek, mógł w pełni korzystać ze wszystkich rozkoszy helleńskiego stylu życia.

I z takim właśnie zamiarem wyruszył dziś wczesnym popołudniem z Akrokoryntu. Choć jego beztroska przechadzka po mieście miała znaczenie polityczne – utwierdzała bowiem macedońskie panowanie nad Helladą – to jednak jej cel był znacznie bardziej prozaiczny. Macedoński garnizon na wzgórzu gwarantował bezpieczeństwo, jego spiżarnie były zawsze pełne, zaś piwnice zapełniały amfory dobrych win. Mimo to nie zaspokajał on wszystkich potrzeb żołnierzy. Nie chcąc osłabić wojskowej dyscypliny, Kassander nie zgodził się na obecność niewiast w twierdzy. By dać dobry przykład, sam nie sprowadzał sobie na kwatery ani pospolitych pornai, ani wytwornych heter. Zabronił też stosunków pomiędzy żołnierzami – przestrzegania owego rozkazu pilnowali Agrianie, pogardliwie odnoszący się do tego typu praktyk. Ponieważ jednak, jak każdy prawdziwy Macedończyk, Kassander był mężczyzną pełnym żądz (i przedkładającym pod tym względem kobiety nad swych towarzyszy broni), musiał regularnie udawać się do miasta, by szukać ich zaspokojenia.

Gdy szedł przez koryncką agorę, a Tryballowie roztrącali brutalnie przechodniów, otwierając mu drogę przez tłum, jego myśli nie zaprzątały zatem kwestie wielkiej polityki. Nie zastanawiał się teraz nad manewrami spartańskiego króla Agisa, gromadzącego wokół siebie nieprzejednanych wrogów macedońskiej władzy. Nie rozpatrywał losów wschodniej ekspedycji Aleksandra, która poddała już woli młodego króla Azję Mniejszą, Syrię i Egipt. Nie myślał nawet o najnowszych intrygach królowej matki, Olimpias, stale dążącej do wyrwania chociaż części władzy z rąk starego Antypatra. Kassander starał się podjąć decyzję, od której zależeć mogło jedynie jego osobiste zadowolenie – który z niezliczonych domów publicznych Koryntu zaszczycić dziś swą obecnością.

Naturalnie, jako człowiek o niespożytych siłach i znacznych dochodach, mógł sobie pozwolić na utrzymywanie w mieście kilku kobiet do swej wyłącznej dyspozycji. Przy Bramie Istmijskiej w wynajętym przez niego domu mieszkała otoczona wszelkimi luksusami Tais, piękna Beotka o kruczoczarnych włosach i krągłych piersiach. Jej uroda w pełnym rozkwicie zawsze pobudzała jego męskość i sprawiała, że do bladego świtu sycił się słodyczą pocałunków i wilgotną ciasnością pomiędzy jej udami. W dzielnicy portowej miał Likajnę, która po swych doryckich przodkach odziedziczyła złote pukle i oczy o barwie spokojnego morza. Kassander jednak najbardziej cenił sobie jej pełne, lśniące i uszminkowane na karminowo usta. Chętnie brała w nie jego członek i nie wypuszczała go, póki nie napoił jej obfitą porcją nasienia. W centrum miasta, tuż przy agorze, mieszkała jego najnowsza nałożnica – Mnesarete. Choć jej biust i łono godne były dłuta Praksytelesa (podczas pobytu w Atenach Kassander mógł obejrzeć cudowny posąg tego rzeźbiarza, przedstawiający nagą Afrodytę), Macedończyk najbardziej upodobał sobie jej obfite pośladki. Nie było na nich ani trochę tłuszczu – po prostu sama natura obdarowała tę dziewczynę rodem z Argos wspaniałą i rozłożystą pupą. Kassander nie omieszkał wyzyskać tego faktu – z wielką przyjemnością korzystał więc z jej tylnej świątyni, zagłębiając swojego penisa pomiędzy krągłe pośladki. Mnesarete nie tylko nie protestowała – zresztą, która z niewiast ośmieliłaby się sprzeciwić macedońskiemu zarządcy – ale wręcz sama zachęcała go, by tam właśnie szukał zaspokojenia. Które przychodziło zawsze, gdy tylko jego argolidzka kochanka mocno zacisnęła na nim swoje mięśnie.

Kassander mógł więc swobodnie wybierać pomiędzy największymi pięknościami Koryntu. Tego dnia postanowił jednak, że nie uda się do żadnej ze swoich stałych kochanek. Jak każdy prawdziwy mężczyzna nie cierpiał monotonii, lubił natomiast odmianę i wciąż nowe podniety. Tych zaś najpewniej mogły dostarczyć nierządnice. Po namyśle zdecydował, że nie odwiedzi również żadnej z heter, z których słynął Korynt. Zazwyczaj imponowały mu – prostemu żołdakowi, który do wszystkiego doszedł siłą swoich ramion, odwagą i wrodzonym sprytem – wysublimowaniem, znajomością poezji, a czasem nawet filozofii. Dziś jednak nie miał ochoty na rytuały, w jakie obfitowała wizyta u jednej z tych luksusowych kurtyzan – inteligentne dysputy przy winie, wspólne słuchanie muzyki, powolne przechodzenie do rzeczy, by nie być uznanym za niewolnika własnych żądz. Dzisiaj Kassander nie miał ochoty długo się powstrzymywać.

Pozostawały mu więc domy rozpusty. Korynt oferował szeroki ich wybór – od podejrzanych przybytków w dzielnicy portowej, gdzie mężczyźni spółkowali z niewolnicami w fetorze potu i nasienia poprzednich klientów, aż po pełne luksusów rezydencje, w których odziane w przezroczyste szaty piękności witały klientów pucharem słodkiego wina i wilgotnym pocałunkiem w usta. Kassander nawet nie brał pod uwagę tych pierwszych – choć oczywiście bywał ich klientem w zamierzchłych czasach sprzed swego wyniesienia, sprzed Cheronei oraz Teb. Teraz jednak, gdy miał w swych pokojach na Akrokoryncie pięć skrzyń pełnych złota i kosztowności, mógł sobie pozwolić na każdą ekstrawagancję. I nie zamierzał się ograniczać.

Po długim namyśle skręcił więc w ulicę prowadzącą na południe miasta. Tryballowie zaskoczeni nagłą zmianą kierunku zaczęli jeszcze gwałtowniej roztrącać korynckich obywateli. Jeden z nich, nie dość szybko ustąpiwszy z drogi, otrzymał od rosłego barbarzyńcy potężny cios w twarz. Krew trysnęła na kamienie agory, a gdy mężczyzna upadł na kolana, z ust posypały mu się wybite zęby. Tłum zahuczał głośno i przez chwilę wyglądało na to, że ludzie rzucą się na Kassandra i jego przybocznych. Macedończyk zatrzymał się i powiódł spojrzeniem po otaczających go mężach. Popatrzył tym stojącym najbliżej w oczy – każdemu po kolei. Nawet nie podniósł dłoni do rękojeści xiphosa. Uznał, że byłoby to odczytane jako oznaka niepokoju, a może i strachu. Nie miał zamiaru dawać im choć takiej satysfakcji.

Żaden z mężczyzn nie wytrzymał dłużej jego wzroku. Każdy opuszczał spojrzenie i cofał się w tłum, usiłując się w niego wtopić. Kassander wydął pogardliwie wargi. To już nie byli prawdziwi Helleni, zwycięzcy spod Salaminy, Platejów czy Sestos. Ci tutaj to tylko nędzni naśladowcy, bezsilni spadkobiercy minionej chwały, dziedzictwa, którego nie potrafią nawet unieść. Jedynymi prawdziwymi Hellenami byli dziś Macedończycy.

Kassander nabrał śliny w usta i splunął pod nogi jednemu z obywateli, sędziwemu mężczyźnie w długim chitonie – sądząc po bogatym stroju, zapewne członkowi dawnej oligarchii. Ten bezskutecznie starał się cofnąć, powstrzymali go bowiem stłoczeni za nim ludzie. Plwocina zachlapała mu rąbek szaty. Starzec nie odważył się jednak podnieść oczu na tego, który go upokorzył. Stał z opuszczoną głową i zaciśniętymi ustami. Zacisnął rękę w pięść, ale zaraz rozchylił palce. Uznawszy, że udzielił już Koryntyjczykom lekcji, Kassander udał się w dalszą drogę. Tryballowie postępowali przed nim, górując nad tłumem.

Dom, do którego się kierował, otaczał przepyszny ogród. Okalał go mur wysoki na dziesięć łokci, chroniący zamieszkujące go kobiety oraz goszczących u nich mężczyzn przed oczyma gapiów. Przy bramie straż pełniło dwóch najemnych żołnierzy – tors każdego z nich chronił prosty, lecz wytrzymały napierśnik, zaś przy pasach mieli jednosieczne, zakrzywione miecze typu spartańskiego. Kassander spojrzał z uznaniem na ich muskularne ramiona i silne nogi. W oczach wojowników dostrzegł szacunek, ale nie służalczość. Tak musieli wyglądać dawni Spartanie, których król Leonidas powiódł pod Termopile. Kassander lubił najemników. Sporo ich walczyło pod sztandarem Aleksandra. Jeszcze więcej służyło Antypatrowi w Helladzie.

– Możesz wejść, panie – rzekł jeden z nich z szacunkiem, – ale twoje dzikusy muszą pozostać tutaj. Pani Leandra nie życzy sobie barbarzyńców w swoich progach.

Kassander obejrzał się na Tryballów. Choć mieli na sobie macedońskie pancerze (dostosowane do ich potężnych rozmiarów), w niczym nie przypominali Hellenów. Mieli skłębione, potargane włosy, brudne i poplątane brody, a od ich muskularnych ciał biła silna woń potu – dobitny dowód niechęci do częstych wizyt w łaźni. Macedończyk cenił ich waleczność i siłę, a nie reprezentacyjność. Postanowił więc nie wszczynać dysputy. Ci dwaj stanowczo nie pasowali do przybytku, który miał zamiar odwiedzić.

– Nie możecie wejść – rzekł, odbierając od jednego z nich mieszek z pieniędzmi. Po namyśle wydobył z niego srebrną tetradrachmę. Rzucił ją Tryballowi, który uchwycił monetę ze zręcznością zadziwiającą u kogoś jego postury. – Idźcie do portu i kupcie sobie tamtejsze dziewki. Macie tu na mnie czekać o drugiej godzinie po zmroku. Nie wiem, czy do tego czasu wrócę, ale chcę wiedzieć, że tu warujecie.

– Tak, panie – powiedział bardziej rozmowny z nich. Grecki w jego ustach brzmiał wyjątkowo plugawo. Kassander, którego wiele wysiłku kosztowało przyswojenie sobie akcentu attyckiego (będącego w powszechnym użyciu wśród macedońskiej arystokracji, do której aspirował), pozwolił sobie na pogardliwy uśmiech. Tryballowie odwrócili się i udali z powrotem ulicą, którą tu przybyli. Kassander zaś przekroczył bramy przybytku Leandry.

Niedługo był sam. Gdy tylko znalazł się w ogrodzie, zbliżyła się ku niemu młoda dziewczyna o kręconych, czarnych jak noc włosach i wielkich oczach. Jej ciało zakrywała zielona suknia z tkaniny tak cienkiej, że bez trudu mógł przez nią podziwiać ciemne sutki wieńczące jej piersi. Przedstawiła się jako Artemis. Kassandra rozbawiło nieco to imię. Skąpo odziana ślicznotka nie miała w sobie z pewnością nic z dziewiczej bogini, czczonej szczególnie gorliwie w azjatyckim Efezie. Przyjął od niej jednak kielich nierozcieńczonego z wodą wina i z przyjemnością ucałował jej słodkie, pachnące cynamonem usta. Artemis wzięła go za rękę i poprowadziła ku położonej w głębi ogrodu, piętrowej willi. Było już późne popołudnie i słońce zwieszało się nisko nad zachodnim horyzontem, w domu Leandry zapalono zaś pierwsze lampy. Główna komnata była przestronna i bogato wyposażona. Wypełniały ją wykwintne meble – stojące pod ścianami kanapy, wygodne fotele, a na środku stół suto zastawiony owocami i amforami z winem. W rogu pomieszczenia na poduszkach siedziała całkiem naga flecistka w egipskiej peruce. Grała przyjemną dla ucha, podniecającą swoją egzotyką melodię. Gości nie było jeszcze zbyt wielu, a ci, którzy rozpoznali dowódcę macedońskiego garnizonu, pozdrawiali go pełnymi szacunku ukłonami. Był pewien, że żaden z nich nie będzie mu przeszkadzał w swobodnym wyborze oferowanych tu dziewcząt.

Artemis szepnęła słowo jednemu z niewolników – młodemu efebowi, który z pewnością służył tu nie tylko do rozlewania gościom wina – ten zaś zniknął prędko na piętrze rezydencji. Po chwili zeszła z niego sama Leandra, aby przywitać dostojnego gościa. Kassander spoglądał łaskawie na tę przekwitłą już kobietę, która w latach swej młodości była zapewne przednią heterą. Rysy jej twarzy zdradzały olśniewającą niegdyś urodę. Pomimo zaawansowanego wieku nie roztyła się – zachowała sylwetkę smukłą i niemal pociągającą. Ponieważ jednak gustował w młodszych niewiastach, nie pozwolił jej na zbyt długie i wylewne powitanie.

– Życzysz sobie ujrzeć dziewczęta czy chłopców, mój panie? – spytała Leandra przymilnie. – A może pragniesz obejrzeć i jedno, i drugie?

Kassander uśmiechnął się. Przez chwilę bawił się myślą, czy nie zakazać w Koryncie męskiej prostytucji, by raz na zawsze położyć kres takim pytaniom, które zadawano mu niemal zawsze – zarówno w najpodlejszych, jak i w najlepszych domach rozpusty. Wiedział jednak, że taki zakaz mógłby się skończyć otwartą rebelią mieszkańców i rozlewem krwi. Był głęboko przekonany, że jeśli obywatele Koryntu byli jeszcze zdolni podnieść oręż w obronie jakiejkolwiek sprawy, to było nią prawo do sodomizowania młodych, przystojnych chłopców.

– Wystarczą mi dziewczęta, czcigodna Leandro – odparł z ironiczną uprzejmością. Kobieta skłoniła przed nim głowę, po czym klasnęła w dłonie. Do komnaty zaczęły wchodzić, w odstępach pozwalających na chwilę zachwytu nad każdą z nich, należące do niej niewiasty. Po zaprezentowaniu się Kassandrowi ustawiały się grzecznie w szeregu, tak by mógł swobodnie dokonać wyboru.

Pierwsza weszła Eunike – młodziutka dziewczyna o jasnych włosach zaplecionych w warkocze. Miała niewielkie, ale kształtne piersi zwieńczone szpiczastymi sutkami, dobrze widocznymi przez cieniutką, białą szatę, której barwa miała chyba sugerować niewinność. Drugą była Achaja – stanowiąca całkowite przeciwieństwo Eunike. Kruczoczarne włosy spływały jej swobodnie na plecy, sięgając aż do pośladków. Jej czarna suknia nie była przezroczysta, lecz jej dekolt sięgał aż poniżej pępka i ukazywał sporą część piersi. Kassander zastanawiał się, w jaki sposób wymyślne odzienie nie zsuwa się z jej ramion i nie odsłania całego ciała. Spoglądając na zarysy pod czarną tkaniną, mógł się domyślać, że ma duże, ciężkie piersi i szerokie biodra, za to wąską talię i smukłe nogi. Gaja prezentowała się jeszcze inaczej: Leandra musiała ją sprowadzić zza Środkowego Morza, z ziem na południe od Egiptu – jej skóra lśniła bowiem jak obsydian. Miała kręcone włosy, szeroki nos i mięsiste wargi, spomiędzy których świeciły bielą równe zęby. Włożyła na siebie jasnoniebieską suknię, pod którą widać było całe jej ciemne ciało – obfite piersi, krągłe biodra, jędrne i dość szerokie uda. Berenike miała z kolei kasztanowe włosy, z którymi współgrała jasna czerwień chitonu. Jej usta pokrywała czerwona szminka, przywodząca Kassandrowi na myśl Likajnę. Jej powieki również podkreślono czerwonym tuszem. Piersi miała mniejsze niż Achaja, lecz znacznie większe niż Eunike.

Prezentacja zrobiła swoje – Kassander czuł, że jego członek jest już twardy jak skała. Popijał wino sporymi łykami i ani się spostrzegł, jak ukazało mu się dno pucharu. Nie musiał rzucać spojrzenia w dół, by wiedzieć, że jego erekcja wybrzusza przód czarnej tuniki. Spoglądał na każdą dziewczynę po kolei, wciąż nie mogąc dokonać wyboru. A to jeszcze nie był koniec pokazu…

Ostatnia z kobiet była – jak poinformowała go Leandra – Fenicjanką. Nosiła jednak – podobnie jak poprzednie – greckie imię, nadane jej zapewne przez właścicielkę: Kleopatra. Pochodziła ze zdobytego rok temu przez Aleksandra Tyru. Kassander wiedział, że król, w zemście za długotrwałą obronę miasta, kazał wymordować wszystkich jego męskich mieszkańców, wszystkie zaś bez wyjątku kobiety sprzedać w niewolę. Najwyraźniej Leandra trzymała rękę na pulsie i wiedziała, jak wyzyskać wojenną koniunkturę. Kleopatra miała czarne, kręcone włosy, ciemne jak węgielki oczy oraz smagłą cerę, podkreśloną przez jasnozłotą szatę. Hojny dekolt wyglądał tak, jakby miał zaraz pęknąć pod naporem obfitego biustu. Kassander nigdy jeszcze nie miał Fenicjanki, więc podszedł do niej z zainteresowaniem. Przypatrzył się z bliska jej ciału w świetle lampy, uniósł rękę, wziął ją za podbródek i spojrzał na jej twarz. Natychmiast dostrzegł, że grubo położony makijaż miał zamaskować podbite oko dziewczyny.

– Skąd ten siniec? – spytał zainteresowany. Zdarzało się często (zwłaszcza w podłych domach publicznych), że klient pobił ladacznicę, ale zwykle nie prezentowano jej nazajutrz następnym mężczyznom. Zdziwiło go, że w tym wykwintnym domu panują odmienne zwyczaje. Dostrzegł w oczach Kleopatry nagły lęk, co jeszcze bardziej wzmogło jego ciekawość.

Leandra stanęła za nim i szepnęła mu do ucha:

– Była poddaną króla perskiego. Niektórzy z naszych klientów lubią ją za to zmaltretować… Nie sądź, że mam coś przeciwko, panie. Za niewielką dopłatą i ty możesz to uczynić.

Kassander ostatni raz popatrzył w oczy Kleopatrze, ta zaś szybko wbiła wzrok w ziemię. Drżała już teraz całkiem wyraźnie, nie próbując lub nie będąc w stanie tego ukryć. Był pewien, że panicznie bała się kolejnego bicia. Macedończyk powoli obrócił głowę ku Leandrze.

– Ile za nią? – spytał powoli i dość oschle.

– Tyle samo, co za inne, panie… Chyba że zechcesz ją również zbić.

– Pytam, za ile mi ją odsprzedasz, Leandro – Kassander nie dodał już słowa „czcigodna”. Poczuł, że jego męskość, mocno już naprężona w czasie prezentacji, teraz kurczy się i mięknie.

– Nie jest na sprzedaż, panie…

Kassander upuścił pusty już kielich. A potem uderzył Leandrę w twarz. Otwartą dłonią, lecz mocno. Na tyle mocno, że nogi się pod nią ugięły i upadła na ziemię. Dziewczęta zaczęły krzyczeć i rozbiegły się w różne strony komnaty. Tylko Kleopatra pozostała nieruchoma, patrząc z przerażeniem na swą panią, gramolącą się z podłogi. Kilku gości, dotychczas milczących, zerwało się z foteli. Do komnaty wpadł potężny niewolnik o twarzy oznakowanej piętnem. Spoglądał teraz to na leżącą na podłodze Leandrę, to na Kassandra.

– Ani kroku bliżej – wycedził przez zęby Macedończyk, kładąc dłoń na rękojeści miecza. – Moi ludzie wiedzą, że tu jestem. Jeśli choć kropla mojej krwi spadnie na podłogę tego domu, nikt z was, wliczając w to gości, nie ujdzie z życiem.

Mężczyźni usiedli z powrotem na fotelach. Niewolnik pomógł Leandrze się podnieść.

– Za co… – wybełkotała przez rozbite wargi.

– Milcz! – warknął Kassander, po czym nie zważając już na nią, znów powiódł spojrzeniem po gościach. – Wy podłe psy – zaczął, nie unosząc jednak głosu. – Moi bracia, prawdziwi mężczyźni, jakże inni od was, tchórzy i pętaków, podbijają imperium Dariusza. Co dzień maczają swoje miecze i włócznie w perskiej krwi. Brodzą w niej po kolana, otwierając Hellenom drogę ku wielkości. A co wy robicie? Dowodzicie swej wyższości, bijąc ladacznicę? Triumfujecie nad nią, myśląc pewnie, że sami macie udział w naszej chwale?

– Panie… – próbował wtrącić siedzący najbliżej. Kassander podszedł do niego i z całej siły zdzielił go pięścią w twarz. Mężczyzna spadł z kanapy na podłogę, krztusząc się własnym krzykiem.

– Następny, który mi przerwie, będzie zbierał wnętrzności z podłogi – warknął Macedończyk, dobywając miecza. – Rzygać mi się chce, gdy na was patrzę, synowie Salaminy i Platejów. Oto jak nisko upadliście, skoro jedynym zwycięstwem, jakie wam pozostało, jest to nad fenicką niewolnicą!

Tym razem nikt nie próbował już wchodzić mu w słowo. Wszyscy trwali nieruchomo, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczyma. Kassander posłał im wzgardliwy uśmiech. Wolną ręką chwycił Kleopatrę za ramię i brutalnym szarpnięciem przyciągnął ją do siebie.

– Myślicie, że obchodzi mnie ta dziwka? – spytał. – Możecie mi wierzyć, wcale o nią nie dbam. Ja sam robiłem niewiastom gorsze rzeczy, niż wam może się śnić. Nie tylko niewolnicom, ale i żonom obywateli. Zgwałciłem tuzin kobiet – w Tracji, w zdobytych Tebach i później. Ale przedtem miałem odwagę zabić ich mężów! Wy zaś potraficie zrobić tylko to, co dla mnie było zwieńczeniem dobrego dnia.

Raz jeszcze powiódł spojrzeniem po zgromadzonych. Spostrzegł, że ci mężczyźni drżą ze strachu. Drżą!

– Zgwałciłbym też wasze żony i córki – rzekł, starając się ich jeszcze bardziej upokorzyć, – gdyby Korynt miał odwagę oprzeć się naszej potędze! Ale nie mieliście tej odwagi. Gdy pod Cheroneą stanął przeciw nam kwiat młodzieży Teb i Aten, nie spostrzegłem pośród nich korynckich sztandarów…

Odpowiedziała mu tylko cisza.

– Przeklęci Koryntyjczycy. Dawno już nie jesteście Hellenami.

Opuścił dom Leandry, prowadząc Kleopatrę za ramię. Dziewczyna nie próbowała mu się wyrywać. I choć prowadził ją stanowczo i brutalnie, nie siląc się na delikatność, gdyż jego pierś wciąż rozsadzała furia, czuł, że niewolnica woli być z nim niż wrócić pod tamten dach.

U wrót posiadłości nie spotkał swych Tryballów. Oczywiście, jeszcze nie wrócili z portu. Słońce ledwo kryło się za horyzontem. Nad Koryntem zapadała noc. Drogę zastąpili mu natomiast najemnicy.

– Chyba nie myślisz, że z nią stąd wyjdziesz, panie? – spytał jeden z nich, dobywając spartańskiego miecza.

– Wręcz przeciwnie – odparł Kassander. – Wyjdę z nią, a wy pójdziecie ze mną.

– Czemu mielibyśmy to uczynić, dobry panie? – spytał drugi, również z mieczem w dłoni.

– Bo moi ludzie nie wrócili, a potrzebuję eskorty, by przejść przez miasto – odparł Macedończyk. – Wierzcie mi, nie chcecie, by jacyś rabusie zabili mnie w ciemnym zaułku. Mój wódz, Antypater, nie zostawiłby z Koryntu kamienia na kamieniu.

– Słusznie mówisz, panie – odparł po chwili pierwszy z najemników.

– Ponadto – kontynuował Kassander, by przekonać i drugiego, – sowicie was wynagrodzę. A jeśli przejdziecie na moją służbę, opłacę was równie dobrze jak Leandra. Której i tak zamierzam zakazać prowadzenia interesu.

To przeważyło.

– Dokąd mamy się udać? – spytał drugi z najemników.

– Na akrokorynckie wzgórze. Znajdzie się tam i dla was posłanie.

W tym momencie Kassander przypomniał sobie coś i spojrzał na Kleopatrę.

– Zwykle nie sprowadzam niewiast na moje kwatery… by nie dawać złego przykładu żołnierzom. Ale jest już zbyt późno, by wynająć ci jakiś dom. Poza tym czuję, że jednak potrzebuję dziś kobiety. Nie lękaj się jednak – nie będę cię bił.

Przejdź do kolejnej części – Opowieść helleńska: Kassander II

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Po raz kolejny, z ogromną przyjemnością wróciłam do Opowieści Helleńskiej. I jakże miło odświeżyć znajomość z Kassandrem – nienasyconym koneserem kobiecego piękna, walecznego żołnierza i pożądliwego kochanka.

Witaj, Squzi!

Miło mi, że postanowiłaś powrócić do mojej najstarszej, a jednocześnie w jakiś sposób ulubionej Opowieści – no i do bohatera, od którego wszystko się zaczęło. Mam nadzieję, że spędzisz (i już spędziłaś) wiele miłych chwil z Kassandrem z Ajgaj 🙂

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Cała przyjemność po mojej stronie 🙂 I Kassandra też, jeśli odczuwa moją przyjemność razem ze mną, tak jak to sobie wyobrażam 😀

Nie wątpię, że tak właśnie czyni 🙂

M.A.

Niegdyś zapoznałam się tylko z fragmentami Twej opowieści, było to jednak dawno i przyznaję, nic nie pozostało w mej pamięci. Postanowiłam wrócić do przygód Kassandra i mam nadzieję, że nie zabraknie mi zapału, by dotrwać do końca – widać wena Ci sprzyjała, będzie co czytać 🙂
Ciekawe czy pomysł, by wyposażyć bohatera w hmm…wyjątkowo bogate walory to wabik na czytelniczki 🙂 Podkreślanie owej wielkości chyba bardziej pobudza wyobraźnię facetów. A może ja taka niewymagająca jestem 🙂 Jednym słowem, zapowiada się bardzo interesująco.

Dobry wieczór, Patrycjo!

Cieszę się, że postanowiłaś przeczytać Opowieść od początku – tak właśnie moim zdaniem powinna być czytana. Wtedy najłatwiej wyłapać różne smaczki i powiązania między poszczególnymi cyklami (Kassandra, Tais, Demetriusza oraz krótką historią Likajny).

Co do Kassandra – Macedończycy znani byli w Helladzie z imponującego wzrostu (starogrecki przymiotnik “makednos” znaczył po prostu “wysoki”). Uznałem, że mój bohater będzie nieodrodnym synem swojego ludu – wielki pod każdym względem 🙂 Ale zapewniam, że nie wszyscy moi bohaterowie są tacy. Gylippos czy Demetriusz znacznie mniej odstają od starożytnej “normy”.

Życzę Ci więc interesującej lektury – i wytrwałości, by doczytać do ostatniej strony 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz

+ 38 = 43