Opera (RozkojarzOna)  4.59/5 (9)

11 min. czytania

Źródło: Pexels.com

„Chuj wie co ty lubisz”[1] – zaśpiewałam półgłosem do odbicia w lustrze. Niezbyt byłam zadowolona z tego co, widziałam. – „Ale raczej tu nudy”[2] – myślałam dalej słowami utworu Vito Bambino, którą mianowałam prywatną uwerturą przed wyjściem do opery. – „Coś czuję, że ciężko z tobą być”[3] – krytykowałam siebie samą tekstami piosenek to na głos, to w myślach, kiepsko znosząc widok własnej twarzy i ciała.

Niezadowolenie pomieszane ze stresem kipiało. Byłam wkurzona. Ta mała czarna ciągle się podwijała. Nogi wyglądały jakoś koślawo, odzwyczajone od sukienek, a włosy wywijały się złośliwie w każdą stronę tylko nie w tę, co powinny.

Tak źle i tak niedobrze. Chwilowo byłam nawet skłonna przyznać rację wszystkim facetom twierdzącym, że ciężko mnie zadowolić. Niestety, poznałam takich kilku.

Wyjątkiem był Angel. Mieszkaniec francuskiego domu mody Mugler. Urodzony w latach 90-tych. Mój rówieśnik. Skandalista. Wywrotowiec. Rewolucjonista uwięziony w ciężkim flakonie z grubego, ręcznie polerowanego szkła. Majstersztyk w kształcie gwiazdy z błękitnym, lodowatym płynem wewnątrz. Gość honorowy na mojej toaletce.

Uwielbiałam go. Kochałam miłością bezgraniczną moment pierwszego zaciągnięcia się tą narkotyczną wonią, mimo że już na samym początku kąsał skórę i drażnił nozdrza ostrym, trupim zapachem. Tkał wokół siebie pajęczynę lekkiego dreszczyku, a słodycz utrzymywał w sekrecie. Tylko cierpliwi mogli poznać jego prawdziwe oblicze. Czasem postępował trochę rubasznie wobec innych. Dużo pozwalał sobie w towarzystwie. Często podduszał mnie, jak w erotycznych grach typu BDSM, żeby dopiero za jakąś chwilę otulić czułością pana dominującego nad uległą w podzięce za jej posłuszeństwo i oddanie.

Spojrzałam setny raz w lustro. Potem na zegarek. Musiałam się powoli zbierać i zebrać własne myśli. Kraków o tej porze dnia potrafił być kapryśny. Wystawanie godzinami w korkach było na porządku dziennym. I przeciwnie. Czasem można było umrzeć z nudów, dotarłszy do celu o wiele za wcześnie. Ruletka.

Szybki sprawdzian: torebka, klucze, telefon. Bilety na „Carmen”. Na ekranie smartfona jeszcze SMS od mamy, żebym napisała później jak było.

Na pewno nie – pomyślałam, żałując, że w ogóle napomknęłam o wieczornym spotkaniu.

W przedpokoju narzuciłam na ramiona marynarkę. Włożyłam złote, lakierowane szpilki. Głęboki wdech, znak krzyża i można wychodzić.

Napięcie rozsadzało mi głowę. I myśli. W końcu niecodziennie chodzi się na randkę z Tindera. Zwłaszcza ja, której dni upływały na etacie w skarbówce, a weekendy na tańcach z mopem i flirtach z pralką, na przekopywaniu księgarń, testowaniu nowych przepisów na babki, ale głównie na plądrowaniu giełd płyt winylowych, dzięki czemu wieczorami mogłam zatracać się do reszty w muzyce. Byłam wibrującą nutą. Powyginanym kluczem wiolinowym. Czasem przynudnawą melodią. Zbyt długim antraktem. Pokreśloną pięciolinią. Zależnie od nastroju.

Zanim padła propozycja spotkania, korespondowaliśmy przez internet. Chociaż „korespondowaliśmy” to chyba zbyt dużo powiedziane, bo opowiadałam praktycznie tylko o sobie lub o tym, co miałam na sobie. Pytania zadawane przeze mnie z kolei były zbywane lub odpowiedzi na nie zdawkowe. Próżno było też szukać zdjęcia. Nie wiedziałam jak wygląda. Nie raczył nawet wspomnieć o tym. W przeciwieństwie do mnie nie udostępnił jakiegokolwiek awatara. Duch, nie facet.

Tę niewiedzę wynagradzały rozmowy.

Kiedy dyskutowałam z nim o muzyce i licytowałam się czy więcej seksu słychać w trąbce, czy w saksofonie.

Kiedy upierał się, że najbardziej smutna piosenka Janis Joplin to „Little Girl Blue„, a ja obstawałam za „A Woman Left Lonley„.

Kiedy to ja spowiadałam mu się, że uwielbiam smyczki i to właśnie one dotykają mnie najbardziej, sięgają absolutnych głębin mojej duszy, poruszają każdą napiętą wewnątrz strunę.

Kiedy opowiadał o muzyce jazzowej, której w ogóle nie czułam, ale czułam wyraźnie, nawet przez ekran monitora, że płynie w jego żyłach.

Kiedy upierałam się, żeby posłuchał nielubiangeo bluesa, a potem w środku nocy zdalnie, zsynchronizowani zapętlaliśmy cover „I’d Ratger Go Blind” w mistrzowskim wykonaniu Joe Bonamassa i Beth Hart.

Zaczarował mnie słowami. Rzucił urok, którego nie chciałam zdejmować. Pragnęłam, żeby nasze magiczne chwile trwały wiecznie. Myślałam o tym przez całą drogę.

Jak zwykle na Starym Mieście problemy z zaparkowaniem. Musiałam kawałek przejść, co nie było łatwe w szpilkach. Po bruku. Źle stanęłam, noga się wykręciła i prawie skręciłam kostkę.

W operowym foyer jakieś dwie starsze panie, wyraźnie zniesmaczone moimi wyzywającymi butami, zerkały z pogardą w oczach, dając upust swojemu niezadowoleniu z mojej obuwniczej impertynencji w tak poważnym miejscu. Z ochotą skinęłam głową w ich stronę z grzecznym powitaniem. Odwróciły się ostentacyjnie plecami do mnie. To dopiero niekulturalnie.

Rozglądałam się, próbując wytropić partnera z wirtualnego świata. Umówiliśmy się, że to on podejdzie. Koniec końców, widział przecież moje zdjęcie.

Który z nich to ty? – pomyślałam.

Omiotłam wzrokiem wysokiego, szczupłego blondyna wpatrującego się we mnie jak w obraz, ale po chwili dołączyła do niego kobieta. Wykluczony. Potem faceta w bordowej marynarce. Dużo starszy. Zbyt dużo. Pudło raczej. Zniecierpliwiona spojrzałam za siebie. Oparty o filar stał mężczyzna z nosem w telefonie. Wyglądał na jakiegoś biznesmena wiecznie zajętego pracą. Po chwili schował telefon do kieszeni spodni i ruszył w moją stronę. Serce zabiło mi mocniej, ale przeszedł zupełnie obojętnie.

Wkurzyłam się. A to dupek. Wystawił mnie. Skoro tu jednak przyszłam, postanowiłam dobrze się bawić na ulubionej operze.

Widzowie powoli wchodzili do góry, zajmowali zarezerwowane miejsca. Godzina na zegarze zdradzała, że za chwilę miał zadzwonić dzwonek oznaczający rozpoczęcie wieczoru. Weszłam schodami na piętro. Skierowałam kroki na balkon. Zlokalizowałam napis „Loża nr. 5” i ruszyłam w tamtą stronę. Ze zdziwieniem przyjęłam fakt, że na moim krześle leży czerwona róża. Uśmiechnęłam się ironicznie. Chyba ktoś zapomniał zabrać. Niemożliwe, żeby ten upominek był dla mnie, bo niby od kogo. Mój partner nie przyszedł, a w duchy nie wierzę. Rozejrzałam się wokół. Obłapiająca czerwień z każdej strony. Cóż, kolor namiętności.

Rozbrzmiały brawa dla dyrygenta i wystartował spektakl. Historia przepełniona niedyskretnymi aluzjami seksualnymi w akompaniamencie wiolonczeli. Opowieść o miłości, uwodzeniu i śmierci. Zastanawiałam się, dlaczego mój internetowy znajomy wybrał dla nas akurat tę operę. Czy to miała być jakaś sugestia? Przepowiednia? Cygańska wróżba? Cyrkowa sztuczka zgapiona od Escamillo?

– No i gdzie jesteś, sukinsynu? – wymamrotałam pod nosem.

Błądziłam myślami wewnątrz siebie i oczami po widowni wypatrując kogoś, kto mógłby być Jaromirem z Tindera. Aż zabrzmiały ostatnie słowa Habanery i nastąpiła przerwa. Pomyślałam, że to dobry moment na lampkę szampana. Sięgnęłam po torebkę. Chciałam wstać, ale jakaś postać stanęła mi na drodze. Aż podskoczyłam ze strachu.

What the fuck?! – wydałam z siebie niedyskretny okrzyk.

– Najmocniej przepraszam, Anno. Nie chciałem cię przestraszyć.

– A ty to kto? – wyparowałam z automatu do eleganckiego faceta naprzeciw, zupełnie zapominając, że przecież czekałam na kogoś niecierpliwie.

– Jam jest częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro –zacytował doskonale znaną mi kwestię z „Fausta” Goethego.

– Wnioskuję, że mistrzem nie jesteś. Zwłaszcza podrywu  – Coś mnie kusiło, żeby nie szczędzić ciętego języka, mimo że zaimponowało mi, że czyta.

Znałam ten wers. Nie tylko z książk, ale też z sieci. Kiedy zapytałam Jaromira z kim mam przyjemność rozmawiać to odpowiedział właśnie w ten sposób. I dopiero zajarzyłam, że to mój znajomy z internetu.

– Nie jesteśmy na „ty” – zganił mnie.

Poczułam się lekko zmieszana, choć przecież zwrócił uwagę na błahostkę.

Okazał się przystojny, choć wyglądał na czterdziestolatka. Wysoki, postawny, onieśmielający.

– Mam mówić „proszę pana”? – zakpiłam.

– Na początek może być. Później wejdzie ci to w nawyk.

Nie zrozumiałam za bardzo, więc zignorowałam tę odpowiedź.

– Jakieś jeszcze życzenia?

– Niecierpiące zwłoki, to jedno. Słuchaj się starszych.

Zdążyłam tylko powiedzieć:

– Słowo „zwłoki” źle mi się kojarzy.

Złapał mnie za rękę i wyszliśmy z balkonu drzwiami, których wcześniej nie widziałam. Podniecające było krążenie bocznymi korytarzami z prawie obcym facetem w środku nocy. Zejście do katakumb operowskich kręconymi, stromymi schodami potraktowałam jako Noc Muzeów, w trakcie której można zwiedzać galerie i wszystkie instytucje kultury za free. Miejsca było dosyć mało, a przejście wąskie. Kiedyś kolor ścian był pewnie biały, ale ze starości solidnie zszarzał. Po środku, aż do samego dołu biegły jakieś poziome napisy w języku dla mnie niezrozumiałym.

– To cytaty z księgi „Liber Magnum” autorstwa czeskiego kronikarza. Jest nazywana księgą Twardowskiego. Plotka głosi, że na 141 stronie jest odbita łapa diabła – wyjaśnił Jaromir.

Mój towarzysz chyba się zorientował, że studiuję wzrokiem otoczenie.

– Jest w Bibliotece Jagiellońskiej. Przykuta łańcuchem do ściany, ponieważ jest niebezpieczna. Ten, kto ją czyta, może łatwo wpaść w sidła szatana.

– Że co?

W końcu stanęliśmy przed drzwiami zamkniętymi na kłódkę. Jaromir wyjął klucz z kieszeni i zajął się otwieraniem. Wtedy poczułam coś chłodnego na szyi. Jakby cudzy oddech. Zimny. Przeszedł mnie dreszcz. Rozejrzałam się, ale nie zobaczyłam nikogo. Gdzieś był chyba przeciąg.

W końcu wrota prowadzące do suteren otworzyły się. Chciałam już wchodzić, ale znów odcięto mi drogę.

– Przechodząc przez ten próg, podpisujesz cyrograf – powiedział z hiperpoważną miną.

Siłą odsunęłam go z przejścia.

– Co ty znowu bredzisz? Za dużo naczytałeś się bajek czy zapaliłeś papierosa bez filtra? – skwitowałam ze śmiechem.

Weszliśmy do pomieszczenia. Panował półmrok. Jedyne źródło światła stanowiło kilka świeczek ustawionych na stoliku stojącym na starym, drewnianym parkiecie. Dwa suto zakurzone krzesła rzucały cień straszniejszy niż najczarniejsza postać z koszmarów. Chwilami jakby wiatr przedzierał się przez jedyne, nieszczelne okno zasłonięte ciężką kotarą gwiżdżąc upiorną melodię. Pachniało starością i pleśnią. Na ścianach wisiały stare, podarte afisze i plakaty. Kto by pomyślał, że budynek opery zdobią tak zaniedbane piwnice?

Czas na randkę. Nareszcie.

– Jesteśmy w podziemiach. Za dawnych czasów właśnie tutaj Twardowski leczył chorych, przywoływał duchy zmarłych i pracował nad wynalezieniem kamienia filozoficznego – wyjaśnił Jaromir.

Poczułam gęsią skórkę, ale mimo to byłam zachwycona. Czułam się trochę jak nastolatka, która zwiała z chłopakiem z internatu, żeby włamać się na szkolny basen.

– Ahaaaa. I ty masz nielimitowany dostęp do tego miejsca o każdej porze dnia czy tam nocy i przyprowadzasz tutaj swoje laski w tajemnicy przed szefem, tak? – zapytałam.

Wskazał mi krzesło. Usiedliśmy. Z kieszeni wyjął paczkę żółtych cameli, którą rzucił ordynarnie na stół. Odpalił szluga. Nachylił się nad szklankami pełnymi alkoholu, zaciągnął się papierosem. Dymem dmuchnął mi w twarz.

Skrzywiłam się.

– Jestem dyrektorem tej opery – powiedział głosem Thomasa Shelby’ego.

– „Upiorem Opery”?[4] – Roześmiałam się.

Słyszałam dobrze, ale chciałam go po prostu rozbawić. Nie uśmiechnął się na ułamek sekundy, odkąd go zobaczyłam. Spojrzał na mnie z iskrami złości w oczach jak tytułowy upiór u Leroux’a.

Zmieszałam się. Znów.

– Przepraszam. Lubię takie zabawy oralne – wypaliłam bezmyślnie. – Przepraszam, przepraszam! Chciałam powiedzieć werbalne. Werbalne miałam na myśli! – poprawiłam się w popłochu z palącymi policzkami.

Teraz dopiero jakby uśmiech delikatny wykrzywił jego usta.

To był ten moment, którego się spodziewałam, że jeśli kiedyś umrę, to nie w żadnym wypadku samochodowym, a właśnie przez nieumiejętność trzymania języka za zębami i przez dezynwolturę własnego aparatu gębowego. Chciałam umrzeć ze wstydu. Zapaść się w podziemia. Zniknąć gdzieś za lustrem, jak Eryk, ten upiór z powieści, w garderobie Christine.

– Nie jesteś zbyt rozwiązła? W mowie – burknął pod nosem.

– Widocznie nie dajesz mi dojść. Do słowa.

– A sama? Często dochodzisz?

– Często gęsto.

Podnieciłam się mimowolnie.

– Interesuje mnie szczególnie to gęsto.

Zdębiałam.

– Proszę?

Wstał, papierosa rzucił na podłogę i zdeptał. Stanął naprzeciwko mnie. Zdecydowanie zbyt blisko.

– Rozsuń nogi. Szeroko.

Zrobiłam to bez wahania. Spojrzałam na twarz Jaromira, chcąc złowić jego spojrzenie, lecz on gapił się na sukienkę, która podjechała na tyle wysoko, że odsłoniły się uda i koronka pończoch.

– Wyglądasz bezczelnie pięknie.

Klęknął przede mną. Palce lewej dłoni oplótł wokół mojej szyi tak jak muzyk czule trzymający chwytnię ukochanego instrumentu. Ścisnął odrobinę zbyt mocno. Odkaszlnęłam. Przestraszyłam się.

Drugą dłonią pobłądził między moimi żebrami, w dół ciała. Zgodnie z linią talii, jakby szukał gdzieś tam otworów rezonansowych.

Potem zsunął się niżej, wpychając palce pod materiał majtek. Bez pardonu przejechał kciukiem wzdłuż mojej szparki nagniatając nabrzmiałą już łechtaczkę tak, jak maestro dociska struny do gryfu najdelikatniejszych skrzypiec.

Syknęłam.

Wsunął palec do środka i zaczął mnie posuwać miarowymi ruchami ręki solisty w swoim popisowym numerze, którego muzykalność równa się jego seksualności.

Dyszałam.

Grał na moim łonie tak, jakby dawał upust całej swojej namiętności na skrzypcach stradivariusa prezentując płomienne melodie długimi, leniwymi przeciągnięciami palców.

Krzyczałam.

Do tego lizał. Zasysał. Całował i mlaskał. Wylizywał, oblizywał się i na powrót zasysał. Niczym maestro.

Jęczałam.

Poruszał się między moimi wargi z wirtuozerią instrumentalisty fanatycznie pocierającego włosie smyczka o struny skrzypiec.

Doszłam.

Otworzyłam oczy. Nie było Jaromira. Nawet nie usłyszałam kiedy poszedł. Kiedy wysunął ze mnie palce. Kiedy cofnął język.

Zdziwiłam się. Zaczęłam się zastanawiać co on znowu wymyślił. Gdzie znów zniknął. Dokąd poszedł. W jakim celu.

Dochodząc do siebie po solidnym orgazmie, poprawiłam ciuchy. Uspokoiłam oddech. Spojrzałam na stolik. Na paczkę fajek. Nigdy nie paliłam, ale nagle zachciało mi się spróbować.

Wyjęłam papierosa. Wsunęłam między usta, a gdy podniosłam wzrok na zapalniczkę, zorientowałam się, że w zacienionym rogu pomieszczenia ktoś stoi i się na mnie gapi. Znieruchomiałam. Ze strachu nie mogłam się ruszyć, ani wydobyć z siebie głosu. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Zrobiło się upiornie chłodno i zaczęło dziwnie pachnieć. Jakaś bardzo chuda postać z parą świecących w ciemności oczu paraliżowała mnie wzrokiem. Zaczęłam w myślach modlić się i wtedy upiór znikł w płomieniach. Jakby się spalił. A w miejscu gdzie stał unosił się tylko siwy dymek.

Mogłam z powrotem mówić i ruszać się, więc bez dłuższego namysłu zerwałam się z krzesła. Zaczęłam walić pięściami w drzwi i waliłam, aż się w końcu zorientowałam się, że są otwarte. Gubiłam się między korytarzami i piwnicami. Nie pamiętałam którędy przyszłam. Wpadłam w panikę i wybiłam pierwsze okno, które znalazłam. To była moja droga ucieczki. Oszołomiona biegłam środkiem ulicy między jadącymi samochodami. Byle jak najszybciej do domu.

Dotarłam bez butów. W podartych pończochach. Z rozwianymi włosami. Zdyszana. Jak ostatnia wariatka. Nareszcie czułam się bezpiecznie. Mój dom. Azyl. Odetchnęłam. Wzięłam długi, gorący prysznic, a gdy wkładałam piżamę, zauważyłam znamię w lewej pachwinie udowej. Nigdy nie miałam tam nawet piega, a kształt tej plamki był podobny do zarysu jakiejś łapy.

Zaczęłam obserwować wszystkie ciemne kąty w moim mieszkaniu i w każdym pojawiała się nowa para świecących oczu. Za plecami ciągle pojawiały się jakieś cienie. Śpiewały coś. Mruczały. Próbowały mnie dotykać w tych miejscach, w których dotykał mnie Jaromir. Potem już ciągle czułam na sobie zimne ręce. Zaczęłam mieć w nocy koszmary i paraliże, zupełnie jak wtedy, gdy pierwszy raz spojrzałam upiorowi w oczy.

Za dnia słyszałam szepty, nakazujące mi pójść do opery. Snułam się tam całymi dniami maniakalnie szukając loży numer pięć. Codziennie okazywało się, że są tylko cztery, chociaż mogłabym przysiąc, że siedziałam właśnie w tej z numerem piątym. Potem pracownicy opery zaczęli mnie śledzić, patrzeć na ręce. Słyszałam, jak o mnie rozmawiają. Bałam się.

– Dlatego wyciągnęłaś nóż w ich kierunku? – zapytała moja specjalistka.

– To nie do nich. Chciałam tylko odpędzić te zjawy. Pozbyć się ich. Pociąć! Poćwiartować! Zakopać! Pochować w murach opery! – wykrzyczałam.

– Dobrze. Już dobrze, Aniu. Spokojnie. Tutaj nikt cię nie znajdzie. Połóż się i odpocznij – odpowiedziała lekarka gładząc mnie po włosach.

Położywszy się do łóżka usłyszałam, że wychodząc powiedziała do pielęgniarki, żeby podwoić dawkę klozapiny.

Jestem pewna, że to słyszałam.

[1]. Cytat z utworu „Nudy” Vito Bambino

[2]. Cytat z utworu „Nudy” Vito Bambino

[3]. Cytat z utworu „Nudy” Vito Bambino

[4]. Tytuł powieści autorstwa Gastona Leroux

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Mmmm… I „Master i Margarita”, i „Faust”, i „Carmen”… I jeszcze kilka jakże przyjemnych aluzji.
Literatura erudycyjna zawsze mile łechcze mój intelekt, pozwalając spojrzeć na tekst (a przy okazji i Autorkę) z tak zwanej szerokiej perspektywy.

Widzę po tym tekście, że Szanowna Autorka niejedno dzieło przeczytała, a przez tom (a może dzięki temu) nie tylko inteligentnie bawi kontekstem, ale i imponuje kunsztem. Tekst ma świetny rytm, zmieniający się w miarę opowieści. Można powiedzieć, że wręcz jest bardzo muzyczny: najpierw delikatnie budowanie nastroju, andante spinato, potem wyraźna zmiana i tempa, i nastroju, allegro agitato wędrówki przez podziemia opery, fortissimo rozkoszy, i zaskakująca, pozornie wręcz dysonansowa coda.

Bravissimo.

Z poważaniem
Boober.

Zawsze podejrzewałam, że Tinder to szatański wynalazek. Aplikacja pozwalająca ludziom swobodnie i bez konsekwencji oddawać się rui i porubstwu musiała mieć piekielny rodowód! Powyższw opowiadanie dowodzi tego ponad wszelką wątpliwość. Biada nam, którzy swipe’ujemy!

A poza tym w tekście jest wspaniały opis cunnilingusu, za który pięknie dziękuję. W literaturze erotycznej rzadko zdarza się tak poetycka deskrypcja tego aktu.

Dobry wieczór,

opowiadanie ma mocny początek, całkiem interesujący środek… i strasznie pospieszne, pędzące wręcz do mety zakończenie. Zawarto w nim kapitalny pomysł, który mógłby być nieco lepiej wykorzystany, gdyby finalna część została nieco rozbudowana. Ale i w obecnej formie jest to rzecz warta lektury i przynosząca czytelniczą satysfakcję. Może i dobrze, że pozostawia z niedosytem. Lepiej, niż gdyby miała pozostawać z wrażeniem przejedzenia 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Dobry pomysł, niezłe wykonanie. Mistrz i Małgorzata à la polonaise, więc musi się skończyć w psychiatryku. Szkoda tylko, że nikt nad Krakowem nie latał na magicznych świniach 🙂

Żeby nie było – tekst jest bardzo dobry, świetny i nowatorski pomysł, i czyta się z przyjemnością. Ale nie jestem tutaj od chwalenia. Nie chwalę i nie lubię być chwalonym.

Może zacznę od końca. Rzeczywiście, zbyt pospiesznie zmierzasz do zakończenia. Można by tutaj, a nawet trzeba, wprowadzić jeszcze jakieś smaczki, dopieścić to i owo. Podelektować się.

Tekst nie ma „świetnego” rytmu i nie ma co się popisywać znajomością fachowego nazewnictwa, bo tak nie jest. Ma natomiast dobry, a nawet bardzo dobry rytm, tu i ówdzie zakłócany przez…. może nie złe, ale mniej fortunne sformułowania.

„a włosy wywijały się złośliwie w każdą stronę tylko nie w tę, co powinny.”

„W operowym foyer jakieś dwie starsze panie”

A konkretnie jakie?

„Z ochotą skinęłam głową w ich stronę z grzecznym powitaniem. Odwróciły się ostentacyjnie plecami do mnie.”

Za bardzo się starasz, ale lepsze zawsze jest wrogiem dobrego.

” potraktowałam jako Noc Muzeów, w trakcie której można zwiedzać galerie i wszystkie instytucje kultury za free”

Każdy wie co to noc muzeów, a jeśli nie wie, to jego problem, nie Twój. Nie wyjaśniaj na każdym kroku trochę bardziej skomplikowanych aluzji.

Opis „piwnicy” jest zły. Nie tylko dlatego…

„ustawionych na stoliku stojącym na starym, drewnianym parkiecie”

Aż mi zgrzyta w zębach.

” Palce lewej dłoni oplótł wokół mojej szyi tak jak muzyk czule trzymający chwytnię ukochanego instrumentu. ”

To albo masz szyję tak cienką jak gęś, albo on palce długie na trzydzieści centymetrów. No dobrze, jestem złośliwy, ale gdybyś napisała „wplótł w szyję” nie miałbym się do czego doczepić.

Generalnie jest bardzo dobrze, ale na przyszłość za bardzo nie kombinuj. Największa siła tkwi w prostocie.

Ps. Kto wybiera takie ładne obrazki do ilustracji tekstu” Czy autor sam musi mozolnie przebijać się przez otchłanie internetów czy to redakcja sama odwala robotę?

Ciekawe, choć zdecydowanie za krótkie 😉

Napisz komentarz