Niezapominajka (kenaarf)  4.33/5 (6)

36 min. czytania

Źródło: Pixabay

Te zwyczajne kobiety po prostu zapominamy. Ta niezwykła – zrządzeniem losu spotkana – burzy dotychczasowy sposób myślenia. Istnieje w naszym życiu raptem kilka godzin, a w pamięci zostaje już na zawsze.

Otworzył oczy. Miraż rozpłynął się niczym dym z papierosa. Miał dziwne wrażenie, że coś mu się śniło, ale nie potrafił odtworzyć sennych majaków. Po chwili wiedział już, co nie pozwoliło na dalszy odpoczynek. Polucja, pierwsza od wielu lat.

Leżał na wznak z rękoma pod głową. Czuł jak sperma, która jakoś dziwnie zebrała się w zagłębieniu pod plecami, stygnie. Powinien wstać. Powinien posprzątać. Powinien wiele rzeczy.

Obojętnie pomyślał o żonie. Dawniej często przyłapywał się, że tęsknie ją wspomina. Wyobrażał sobie, jak wygląda jej ciało. Czy nadal goli tę linię włosów biegnących od pępka w dół do łona? Czy jej świeży pot ma taki sam, ostry zapach?

Mokre sny o Iwonie szybko się skończyły. Raz na jakiś czas budził się w środku nocy z głową pełną erotycznych fantazji, większość rojeń sennych była pozbawiona sensu i monotonna, całkiem jak życie na jawie.

Prawdopodobnie wczorajszy telefon uruchomił wspomnienia.

Przeprowadzili jak zwykle nieudaną rozmowę. Ważkość nieczęstego kontaktu z żoną zniszczona została przez jedno zbyt długie opóźnienie między pytaniem a odpowiedzią. Rytm słów rwał się albo brzmiał jednostajnie i bez emocji.

Sprawy między nimi źle się miały. Po beznamiętnych pytaniach o zdrowie rodziny i przyjaciół wypływała na wierzch, w całej swej okazałości, kwestia kryzysu ich związku.

– Myślałam, że będzie lepiej – powiedziała w trakcie wczorajszej rozmowy. – Naprawdę tak myślałam. Sądziłam, że szybko wrócisz i że może nam się uda, wiesz.

Słuchając jej, miał wyrzuty sumienia. Płakała. Wiedział, że to on zawinił. Był żałosną kupą gówna. Rozczarowanie wyrażała dorosła kobieta, a nie niedojrzała dziewczyna; to on był sprawcą jej rozżalenia.

– Przepraszam. Znasz mnie – próbowała załagodzić na koniec.

Nie, pomyślał. Wcale cię nie znam. Może kiedyś cię znałem; to była inna Iwona, i za nią, Bóg mi świadkiem, tęsknię.

Powstrzymał się przed wypowiedzeniem tych myśli.

Z niezwykłym dla siebie sentymentem wspominał dzień ślubu. Iwona w dopasowanej, białej sukni z koronkowym gorsetem, patrząca na niego szklącymi się ze wzruszenia oczyma. Pamiętał wszystko, każdy szczegół, jakby dopiero co wstał od biesiadnego stołu.

Noc poślubna. Szelest koronek i tiulu. Niebieska podwiązka, mająca spełniać rolę czegoś pożyczonego – świeżo poślubiona należała do przesądnych kobiet. Śmiech, który towarzyszył próbie ściągnięcia błękitnej tasiemki z uda za pomocą zębów. Zapach świeżej pościeli. Smak słonego potu wymieszany z lekką goryczą kobiecości. Drżące ciało pod palcami. Głos. Dźwięczał mu w głowie. Krzyk. Paznokcie wbite w napięte mięśnie pleców.

Poczuł ból. Wzdrygnął się, otrząsnął, wracając do tu i teraz.

To już przeszłość, tłumaczył sobie po raz wtóry. Chociaż czasami coś go gryzło, coś łapało za gardło. Samotność. Zmora każdego emigranta.

Podniósł się z łóżka. Przespał cały dzień. Niebo za oknem wyglądało równie niechlujnie jak jego pościel, której nie prał już zbyt długo. Rozejrzał się po bajzlu w pokoju. Miał charakter bałaganiarza i nic sobie z tego nie robił. Zdarzały się jednak dni, gdy spoglądał na armageddon w swojej sypialni z pewną irytacją.

Za oknem, po trawniku skradała się szarość, nastał już późny wieczór. Siąpił drobny deszcz. Bezbarwna mżawka zniekształcająca odległości i zabijająca dźwięki.

 Wszystko zlało się w kolor sepii. Widok za szybą, nastrój, życie, przyszłość.

Ostatnich miesięcy nie mógł nazwać dobrym czasem. Nieustannie wypełniony poczuciem klęski, porażki, gdy po przespanej z trudem nocy, wyruszał w drogę do pracy. Żył dniem, nie wybiegał w planach dalej niż do jutra.

Wszedł do łazienki; lustro stanowiło jedyny, porządny element wystroju: duże, obejmujące całą postać. Dokładnie przyjrzał się swemu odbiciu, dokonując skrupulatnych oględzin własnego oblicza, jakich zazwyczaj można spodziewać się tylko po kobietach; mężczyźni raczej tego nie praktykują. Niepokoje odcisnęły na twarzy piętno – skóra stała się anemiczna, wypełniły się wory pod oczami. Jedyne z czego był zadowolony to zęby; białe, równe, silne.

Wypróbował uśmiech do gładkiej tafli, ale nie było w nim już tego błysku, co dawniej. Bruzdy wokół ust się pogłębiły, a spojrzenie zdradzało brak optymizmu. Nie był już tym wysokim mężczyzną, na widok którego unosiły się brwi i rozchylały kobiece usta.

Iwona na zalotne spojrzenia obcych kobiet reagowała początkowo żartobliwymi scenami zazdrości, niejednokrotnie obdarzając partnera delikatnymi kuksańcami. Przed oczyma stanął obraz wspólnego wyjazdu do Pragi, gdzie zabawili się w nieznajomych.

Przyszła jeszcze wtedy żona, siedząc przy barze, uśmiechała się kokieteryjnie i spoglądała spod długich rzęs na Patryka, który zajmował miejsce przy jednym ze stolików. Zbliżył się do niej. Powoli, przyczajony jak polujący drapieżnik.

– Czy sprawi mi pani przyjemność i napije się ze mną wina?

Szarmanckość i elegancja, Iwona zawsze na to leciała.

W geście aprobaty nieznacznie kiwnęła głową. Rozmawiali o kinie, literaturze. Trzymając ją w objęciach na środku parkietu, czuł jak drży pełna oczekiwania i podniecenia.

Już w pokoju szeptał:

– Ma pani piękne ciało. Od razu zwróciłem uwagę na linię pośladków. Naprawdę, urzekające.

Później, gdy już rutyna wdarła się do związku, spróbowali powtórzyć tę grę; nie wyszło. Żartobliwe sceny zazdrości przerodziły się w poważne awantury.

Odegnał wspomnienia i przeniósł obserwację z twarzy na resztę ciała. Warstwa tłuszczu pojawiła się na mięśniach brzucha. Dłoń, która złapała wałek skóry, popełzła w stronę krocza. Od niechcenia pobudził się do stanu niepełnej erekcji. W czynności nie było nic erotycznego, ot zwykła ciekawość, czy jest w stanie wykrzesać życie ze zwiotczałego kutasa.

Pomyślał o zmarnowanym dniu. Miał ochotę się napić. Napić i urżnąć. Nie robił tego od dłuższego czasu, praca odbierała możliwości rozrywki. Przywykł do wczesnego wstawania. Czasami, wieczorem nażłopał się piwa, ale nie przepadał za nim. Dzisiaj mówiąc o piciu, miał na myśli wódkę. Dużo wódki.

Wrócił do pokoju i ubrał się. Już miał wychodzić, kiedy przypomniał sobie o mp3. Wcisnął miękkie słuchawki do uszu i wyruszył w mrok.

Przyjeżdżając do Anglii miał poczucie wolności, ale i poczucie, że będzie musiał stanąć na wysokości zadania i dokonywać właściwych wyborów.

Pamiętał swój pierwszy dzień. Oglądał świat zza okien autobusu. Sycił wzrok atrakcjami, które oferowała ogromna aglomeracja. Ludzie, sklepy, reklamy – łaknął szczegółów, nie ważne, jak bardzo były trywialne. Przykleił twarz do szyby. Autobus mknął i powoli wyswobadzał się ze ścisku miasta. Minęli rzekę, kierując się w stronę Westway.

Początkowo, po przyjeździe, nie stronił od życia w towarzystwie, zwłaszcza kobiet. Niejednokrotnie wypuszczał się w miasto i po suto zakrapianych alkoholem wieczorach lądował w przytulnych mieszkankach u boku ledwo co poznanych amatorek seksualnych igraszek. Związane z tym wyrzuty sumienia zatrzymywały go w domu przez kilka kolejnych wieczorów. Jednak w końcu wracał do barów i nieznajomych kobiet.

W pracy był postrzegany jako gbur. Potrafił przysłonić twarz maską i zapieczętować usta, wówczas nikt nie był w stanie odgadnąć, co dzieje się w jego głowie. Tłumaczył sobie, że przecież to tylko na chwilę. Nie widział sensu w nawiązywaniu bliższych relacji z kimkolwiek, wszak niebawem miał wrócić do Polski, do żony, rodziny i znajomych. Nie warto lokować sympatii w ledwo co poznanym koledze z pracy.

Dzisiaj przemykał ciemnymi ulicami, bijąc się z myślami. Zasłuchany w chropowatym głosie Roguckiego [i], który właśnie wykrzykiwał:

„I jeszcze nie ocalają mnie!

Noce płaczu i modlitwy.

Tyle razy próbowałem

Szeptów, celebracji, miłosnych zaklęć, kłamstw.

Tak mi przykro! O tak mi przykro!

Chciałbym jeszcze raz [ii]!”

Skupiony na muzyce stracił poczucie czasu i nawet nie zorientował się, kiedy stanął u celu swej wycieczki.

Sklep z jaskrawymi neonami rzucał się w oczy. Na witrynie naklejki układały się w hasła: „polskie piwo”, „polska wódka”. W okolicy znajdowało się sporo minimarketów, w tym typowo monopolowych, jednak późnym wieczorem większość z nich była zamknięta.

To miasto skupia mieszankę różnych narodowości, ale największymi pijakami w tej matni są z pewnością Polacy – pomyślał Patryk. Zsunął kaptur z głowy, wyjął słuchawki, które teraz swobodnie zwisały mu na piersi i wszedł do środka.

Uderzył go zapach, a raczej odór, sfermentowanego piwa i potu. Dzwoneczki zawieszone tuż przy drzwiach zakomunikowały pojawienie się klienta.

Przy ladzie, stało dwóch podpitych facetów. Głośni i wulgarni Angole. W mało wybredny sposób komplementowali obsługującą ich dziewczynę, która właśnie, wypinając pupę, schylała się po alkohol z najniższej półki.

Z ciekawością zerknął na obiekt adoracji tubylców. Z tego, co pamiętał, w sklepie zazwyczaj pracowali młodzi mężczyźni; pierwszy raz widział tu kobietę. Praca na nocnej zmianie w całodobowym sklepie monopolowym z pewnością nie należała do najbezpieczniejszych.

Jedyne, co mógł dostrzec, to sprany kolor ongiś czarnych jeansów opinających zgrabny zadek.

Właścicielka kształtnego tyłka odwróciła się w końcu, dziwnie powoli. Długie włosy, przesłaniały połowę twarzy. Patrzyła na klientów jednym wielkim, sarnim okiem. Kolor szopy okalającej drobną twarz przynosił Patrykowi szereg skojarzeń; bezładna fryzura miała intensywny, prawie czerwony odcień.

Kolor kardynałów i nierządnic, koszenili; kolor życia i krwi, pomyślał, a wiele innych porównań przelatywało mu przez głowę.

Choć malutka, sklepikarka była zbudowana nad wyraz proporcjonalnie. Mimo chłodu panującego na zewnątrz, eksponowała swój skromny biust; założyła obcisły t-shirt, spod którego prześwitywał jaskrawy biustonosz, unoszący i ściskający piersi.

Miała różowy policzek i wyglądała zdrowo, jakby właśnie oderwała się od dojenia krów, a nie sprzedawała najtańszą wódkę. Mogła mieć najwyżej dwadzieścia lat.

Mimo natarczywej paplaniny klientów, wlepiała spojrzenie jedynego oka w nowo przybyłego.

Pomyślał przez chwilę, iż jest niespełna rozumu. Wrażenie osłabło, kiedy odezwała się łamaną angielszczyzną. Tego akcentu nie mógł pomylić. Polka, uradował się.

– Something else? – Głos prawie dziecięcy, lekko piskliwy.

Mimo początkowego odczucia okazało się, że wzrok miała klarowny, w pełni świadomy. Jeśli istniał w nim jakiś cień obłędu, to znajdował się tam za zgodą właścicielki – odrobina szaleństwa, pielęgnowana z niewiadomych powodów.

Uśmiechnęła się, jakby znała jego myśli. Na twarzy momentalnie pojawiła się przebiegłość taksówkarza z Bejrutu i wdzięk dziecka w jednym.

Nie zważając na zaczepki dwóch półgłówków, postawiła na ladzie butelczynę i wklepała na klawiaturze kod produktu. Machinalnie założyła spływające swobodnie włosy za ucho, odsłaniając wcześniej skrywany policzek.

Mężczyźni wybuchnęli śmiechem. Trącając się łokciami, bełkotliwie pokpiwali z dziewczyny.

Ponownie zerknął na ofiarę żartów. Różowa blizna przecinała subtelną twarz. Ciągnęła się od skroni po kącik ust. Delikatna, napięta SKÓRA, błyszczała i przyciągała uwagę.

Sklepikarka, nie tracąc rezonu, powtórzyła swoje pytanie. Odpowiedzią była kolejna salwa śmiechu. Zapijaczeni mężczyźni, już bez żadnych zahamowań, obrzucali ofiarę wyzwiskami.

Nie zdążył pomyśleć, zadziałał spontanicznie. Ręka wystrzeliła ku szczęce bliżej stojącego awanturnika. Krew trysnęła z rozbitego nosa. Nim drugi Angol zareagował, Patryk już szarpał ofiarę za poły rozpiętej kurtki, wypychając siłą na ulicę. Adrenalina buzująca w organizmie dyktowała kolejne ruchy. Uchylił się od ciosu i uderzył w brzuch przeciwnika, aż tamten zwinął się z bólu.

Stanął w bezpiecznej odległości, odzyskując jasność umysłu. Zazwyczaj unikał konfliktów, niejednokrotnie wolał schować dumę do kieszeni, niż wdawać się w dyskusję, a co gorsze, bijatyki.

Dzwoneczki przy drzwiach wydały charakterystyczny dźwięk. Pojawił się drugi rozrabiaka. Spojrzał na napastnika, po czym chwiejnym krokiem podszedł do dyszącego kolegi.

Patryk już spiął mięśnie, gotowy do odparcia kolejnego ataku. Jednak Angole mieli na tyle rozumu, żeby nie wdawać się w bójki z nieznajomym przybyszem.

– Spieprzajcie! – Starał się, aby głos brzmiał pewnie i donośnie.

Uspokajał oddech, upewniając się, czy łobuzom nie przyjdzie do głowy szukać rewanżu. Jednak oddalali się powoli, co chwilę przystając i głośno przeklinając. Mistrzowie ringu.

Dziewczyna stała za ladą z zamyślonym wyrazem twarzy, jakby sytuacja sprzed chwili nie miała miejsca.

– I co ja mam teraz, kurwa, zrobić? Przecież już nabiłam to cholerstwo – zeźlona złorzeczyła pod nosem.

– Wycofaj zakup, zrób korektę, nie wiem, nie znam się na kasach – odpowiedział w ojczystym języku.

Dopiero teraz podniosła głowę i ze zdziwieniem spojrzała ma mężczyznę.

– Ja tu nie pracuję, zastępuję kolegę. Wyszedł na chwilę. – Zerknęła na zegarek. – W zasadzie godzinę temu. Powinien już wrócić. Cholera, nie wiem, jak robi się korektę. – Zmarszczyła nos w geście niezadowolenia.

Przyglądał się dziewczynie w milczeniu. Odwzajemniła spojrzenie. Spodobało mu się to, zazwyczaj kobiety unikały otwartego „gapienia się”. W badawczym spojrzeniu wyczuwał coś więcej niż zwykłą ciekawość.

Cóż tu, dziwił się, może być do oglądania? Facet ze zmęczeniem wypisanym na twarzy, ciało ociężałe od nadmiaru złego jedzenia i braku ruchu, znudzone życiem spojrzenie.

Jednak ciemne, sarnie oko przyglądało mu się z wyraźną fascynacją. Ostentacyjnie odgarnęła włosy, ponownie ukazując swoją szpetotę, jakby go oceniała.

– Chcesz, to zerknę na to ustrojstwo – zaproponował, wciąż obserwując mimikę dziewczyny.

Podszedł do sklepowego kontuaru i nachylając się, próbował zerknąć na kasowe przyciski.

– Ej, poradzę sobie. Jeszcze mi tu łapy wsadzisz i kasę wyciągniesz – zaoponowała niezbyt stanowczo.

Wciągnęła brzuch, żeby zwiększyć dystans do nieznajomego.

– Miałbym dać w mordę obszczymurkom tylko po to, żeby cię okraść? – wyraził zdziwienie, jednocześnie odsuwając się od lady.

Uśmiechnął się cierpko spod jednodniowego zarostu; dość arogancko.

– Nasłuchałam się wystarczająco dużo, żeby być ostrożna – tłumaczyła. – Kajtek uprzedzał… – urwała w pół zdania, gdyż znajomy dźwięk oznajmił przybycie następnego klienta.

– Jestem – padło już od progu.

– Miałeś wyjść tylko na chwilę. Nikt mi nie płaci za użeranie się z pijakami! –krzyknęła sklepikarka, wychodząc zza lady. – Pieprzę ciebie i pieprzę taką robotę. Następnym razem na mnie nie licz.

Blizna na twarzy poczerwieniała, dziewczyna wkurzyła się nie na żarty.

Wywiązała się ostra pyskówka. Patryk stał biernie, przysłuchując się nerwowej wymianie zdań, zawiłym tłumaczeniom Kajtka. W geście wsparcia zbliżył się do dziewczyny, próbując zasłonić ją swoją sylwetką przed spojrzeniem chłopaka, który w końcu zwrócił na niego uwagę.

– A ty to kto? – Spojrzał oskarżycielko na Patryka. – Mówiłem ci chyba, żebyś nikogo tu nie sprowadzała – zwrócił się ponownie do rudzielca.

– Chciałem zrobić zakupy, ale…

– Chciał zrobić zakupy – powtórzyła jak echo – ale zamiast tego prawie dostał po ryju. Wygonił stąd dwóch pijaków i w ogóle chciał pomóc.

Tempo rozmowy zwolniło, emocje opadły.

– Daj mi czteropak i będziemy kwita. Mam dosyć tego miejsca – zaproponowała pojednawczo.

Sklepikarz bez zbędnych dyskusji sięgnął po puszki z piwem.

– A ty co chcesz? – zapytała swego obrońcy, który wciąż nie uczestniczył w dyskusji.

– To samo. – Zrezygnował z wódki, miał dość wrażeń.

Ściskając piwo pod pachą, przepuścił ją w drzwiach. Powitał ich chłód nocy. Oślepieni neonami, stali w milczeniu przed witryną.

– To co zrobimy z tak pięknie rozpoczętym wieczorem? – zagaiła.

– A co proponujesz? – zaciekawił się przez moment.

– Przejdźmy się. Może wpadniemy do Dreamrzeźni? – raczej stwierdziła, niż zapytała.

– Jasne – odparł wbrew sobie.

Ciesząca się złą renomą mordownia, była ostatnim miejscem, w którym chciałby dzisiaj spędzić czas. Miejsce stworzono chyba z myślą o rodakach, o czym mogła świadczyć chociażby nazwa.

Ruszyli. W milczeniu. Przyzwyczajony do miarowego rytmu, narzucił szybkie tempo. Dziewczyna co rusz musiała podbiegać, aby mu dorównać. Robił krok, ona dwa. Nie skarżyła się. Jedynie szybki oddech świadczył, że spacer daje się jej we znaki; zwolnił.

Kiedy w końcu oddech wrócił do normy, odezwała się:

– Mów mi Koma.

Uścisnął wyciągniętą dłoń i odnotował, jak była ciepła. Małolata rozciągnęła usta w przyjaznym grymasie. Na lewym policzku pojawił się głęboki dołeczek.

Na chwilę uciekł spojrzeniem. Dawno żadna dziewczyna nie obdarzyła go tak ciepłym uśmiechem. Na hali pracowało z nim sporo kobiet i z jedną z nich, Vic, ciepłą, jasnowłosą niewiastą o ekscytującym półuśmiechu, który odsłaniał nieco krzywe zęby, chciałby wymienić coś więcej niż uwagi na temat pracy. Ale na chęciach się skończyło.

– Coma… jak ten zespół?

– Nie wiem, o jaki zespół ci chodzi. Koma to przeinaczenie Kamy, a Kama jest od Kamili.

– Zagmatwany ten twój pseudonim.

– O jakim zespole mówiłeś? – zbyła go.

 – Coma, polski zespół rockowy. Nie słyszałaś?

– Nie słucham rocka.

– A czego słuchasz?

– Techno, wiesz, muzyka klubowa: głośna, skoczna i szybka. Tak żeby można potańczyć.

– Z tego, co wiem, o muzyce techno wszystko można powiedzieć, ale nie to, że można przy niej tańczyć.

– Bo stary już jesteś. – Spojrzała na niego krytycznie. – I na dodatek nie masz bladego pojęcia o muzyce. W Dreamrzeźni tylko to grają. Myślałam, że lubisz.

– Masz mnie! Nie lubię.

– To dlaczego zgodziłeś się pójść?

– Bo mnie zaprosiłaś.

– Nie zaprosiłam – odparła stanowczo. – Zresztą mogłeś odmówić. – Słowa zabrzmiały oskarżycielsko. – Usiądziemy na chwilę? Zasapałam się. – Wskazała głową ławkę.

Kiedy usiedli, nabrała głęboko powietrza i jakby z trudem, przyznała się:

– Nie lubię techno.

– W takim razie, dlaczego tam idziemy?

– Bo nic innego nie przyszło mi do głowy. Tutaj nie ma miejsc, które darzyłabym sympatią.

Zapadła krępująca cisza, przerwała ją pytaniem:

– Chciałbyś tak?

Uniósł brew, nie nadążał za tokiem myślenia dziewczyny.

– O, tam, widzisz, pies. – Wskazała kiwnięciem głową. – Właśnie liże sobie jaja, a może kutasika, stąd nie widać.

Nieopodal przycupnął szarobury kudłacz i w półleżącej pozycji lizał sobie jądra – nie bez pewnej dozy entuzjazmu. Nagle, jakby rozumiejąc, że o nim mowa, podniósł łeb. Głowa miała pyszne proporcje, a odcienie czerni i złota, przeplatające się w jego futrze dawały olśniewający efekt; brązowe oczy w panującym półmroku wydawały się czujne lecz łagodne. Był skończoną doskonałością. I był w pełni sobą.

Patryk zastanowił się nad tym. Naturalne zachowanie psa uświadomiło mu, jak wiele rzeczy ostatnio udawał. Nie pamiętał już, kiedy mógł sobie pozwolić na bycie sobą.

Koma, zniecierpliwiona i wciąż czekająca na odpowiedź, szturchnęła go łokciem. Spotkali się wzrokiem niczym bokserzy podczas ważenia. Każdy miał coś do ukrycia. Tajemnicę. Niespodziankę.

Ring, gong, pierwsze starcie.

– Nie rozumiem. – Przyczaił się za podwójną gardą.

Jej słowa speszyły go; nie przywykł do tak otwartych rozmów.

– No, jakbyś mógł, to czy byś sobie lizał? – Czekała na wyraźny ruch, atak.

– Żartujesz?

– Nie, dlaczego? Ja, gdybym mogła, to bym sobie lizała, codziennie, kilka razy. Chociaż pewnie po kilku dniach, by mi się znudziło. Ale przyjemnie zaserwować sobie orgazm własnym językiem, nie sądzisz?

– Bo ja wiem? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem.

– Pitolisz. Każdy o tym myślał, tylko nie każdy się przyznaje. Jak jest czas posuchy, to człowiek różne rzeczy wymyśla. Zastanów się i odpowiedz.

Atak okazał się skuteczny.

– Nie mam się nad czym zastanawiać. Raczej nie chciałbym ssać swojego kutasa. – Dla bezpieczeństwa oparł się o liny. Nierówna walka.

– A to czemu? Co złego jest z Twoim pendejo?

– Z czym?

– To po hiszpańsku „kutas”. Jeden koleś, jak mnie rżnął, to ciągle pytał, czy lubię jego pendejo. To jak? Dlaczego nie lubisz swojego małego?

– Lubię go – odparł zażenowany – ale to jeszcze nie powód, żebym robił sobie dobrze ustami.

Milczała. Zerknął na nią z ukosa. Odsłonięte oko zalśniło przelotnie, odbijając światło ulicy. Zimne i nieruchome, jak ślepie zwierzęcia pochwyconego w świetle reflektorów.

– Bo wy to jesteście egoiści. – W głosie brzmiało oskarżenie. – Jak kobiety wam obciągają – tłumaczyła zapalczywie – to kiedy już wstaną z klęczek, nie złożycie pocałunku na ustach oblepionych waszymi, no, wydzielinami. Bo niby co? Bo to obrzydliwe, smakować siebie samego? Co w tym niewłaściwego, się pytam? A jak wy buszujecie między kobiecymi udami, do czego często trzeba was namawiać, to później od razu pchacie się z oblepioną brodą i ustami do pocałunków. A może my też nie lubimy siebie?

Rozmowa nabrała tempa. Gubił się w toku rozumowania dziewczyny. Musiał to przemyśleć. Byłe partnerki i żona, chyba też już była, nigdy otwarcie nie krytykowały jego poczynań w łóżku. Kobieta nie musi przy każdym stosunku przeżywać orgazm, tłumaczył sobie, kiedy kochanka nie osiągała spełnienia. Męska duma nie pozwalała myśleć, że to on nie stanął na wysokości zadania.

Znowu zarobił kuksańca, musiał coś powiedzieć.

– Po kolei – zaproponował. – Nie rozumiem do czego zmierza ta rozmowa.

– Dlaczego nie chciałbyś sobie obciągnąć?

– Bo to jest nienaturalne – odpowiedział po chwili namysłu. – Nie zostaliśmy tak skonstruowani, więc nie mieści nam się to w głowach.

– Ale gdyby istniała taka możliwość, miałbyś opory?

– Z pewnością. Musiałbym zmienić nastawienie i sposób myślenia.

– I nie miałbyś problemu z połykaniem własnej spermy?

– Mówimy o samym obciąganiu, a nie robieniu laski z połykiem – nie wytrzymał i podniósł głos.

Pomysł wydawał się tak absurdalny, że od razu budził w nim odrazę i gniew.

– Tak, wasz odwieczny purytanizm. Ale jak laska pcha w siebie paluchy, to miło patrzeć, gdy chwilę później zlizuje z nich śluz.

Z grzeczności nie zaprzeczył.

– Po co w ogóle o tym rozmawiamy?

– Do czego jest ci potrzebna kobieta? Pozwól, że odpowiem za ciebie – potrzebujecie się wyżyć seksualnie.

– A wy, jako kobiety, nie macie takich potrzeb? – zakpił.

– Oczywiście, że mamy, ale nie jesteśmy tak zakłamane i dwulicowe.

– A po co nam masturbacja? Przecież to też samozadowolenie.

– Żartujesz sobie? Chcesz porównywać strzelenie sobie palcówki do dobrego lizanka? Walenie konia do obciągania? Wmawiasz mi, że nie ma różnicy między tymi czynnościami? – Wydęła pogardliwie wargi.

– Masz rację, ma – skapitulował niechętnie.

Przegrał starcie.

Przyjęła swój sukces z naturalnym spokojem, bez standardowej formułki w takiej sytuacji: „a nie mówiłam” lub „ widzisz, mam rację”.

Sięgnęła do czteropaku, wyłuskała jedną z puszek. Rozległ się charakterystyczny dźwięk uwalnianego gazu.

 W oddali zawyła syrena.

– Syrena to dźwięk pędzącej kawalerii dwudziestego pierwszego wieku. Małym, prywatnym wojnom zawsze towarzyszy ten dźwięk.

– Nie rozumiem…

Machnęła ręką.

– Zapalisz? – Wyciągnęła ku niemu paczkę fajek.

– Dzięki, nie palę – odmówił.

Dziewczyna pociągnęła długi łyk. Słyszał, jak przełyka zimny napój. Idąc za przykładem towarzyszki, sięgał właśnie po swoje piwo, kiedy z ust Komy wydobyło się głośne, przeciągłe beknięcie.

– Sorry – zachichotała. – Nie wolno się wstrzymywać.

– Jesteś lepsza niż niejeden facet – skwitował.

– E tam, mało wiesz. Kobiety zazwyczaj wstydzą się takich rzeczy. Wiesz, że umiem pierdzieć pizdą?

Na chwilę przestał oddychać, szybko jednak zebrał myśli. Chce otwartej i nieskrępowanej rozmowy, bardzo proszę.

– To żadna rewelacja. W trakcie stosunku to częsta przypadłość i nie ma się czego wstydzić. Zwłaszcza jak…

– A kto powiedział, że ja się wstydzę? I kto mówi o puszczaniu bąków, tych cipkowych, w trakcie pieprzenia? Ja umiem od tak, na zawołanie – zaperzyła się.

Potrząsnęła głową i odsunęła włosy z twarzy.

– Niemożliwe.

– Możliwe, możliwe. Tylko to temat tabu. Wy bekacie i pierdzicie, wcale się tego nie wstydząc, kobiety inaczej do tego podchodzą.

– Mówię ci, niemożliwe. Nigdy nie słyszałem o pierdzeniu pochwą, jak to nazywasz, na zawołanie.

– Prowokujesz mnie – uśmiechnęła się nieznacznie, odwracając ku niemu pokiereszowaną połowę twarzy.

Wyglądała pięknie i upiornie zarazem. Szrama błyszczała w półmroku. Nie chciał patrzeć na bliznę, ale przykuwała uwagę. Szybko odwróciła głowę i naciągnęła kaptur; wyglądała prawie jak żałobnica.

– Ładna jesteś – skomentował nieszczerze.

– Ładny nic nie znaczy! – obruszyła się. – Ładny to najlepsza definicja miernoty. Tak się mówi z uprzejmości i litości. Tak się mówi, bo to jest społecznie akceptowalne. Człowiek powinien żyć bardziej kolorowo i głęboko, a nie tylko ładnie.

Łapczywie łyknęła kolejną porcję piwa. Nie bardzo wiedział, co mógłby teraz powiedzieć. Małolata zbiła go z pantałyku. Tak otwarta i bezpośrednia. W swej naturalności bardzo przekonująca.

– Nie chciałem, żeby to zabrzmiało… – szukał słowa.

– …Litościwie? Przyzwyczaiłam się – rzuciła cierpko. – Zapytaj.

– O co?

– Skąd ją mam? – Zrobiła pauzę i wlepiła wzrok w swojego rozmówcę.

– To by było nieuprzejme.

– Ale jesteś ciekaw – stwierdziła.

– Tak. – Nie widział powodu, aby kłamać.

– Nikt nigdy nie pyta, a powinni. Wiesz, w liceum miałam koleżankę, jej mama zginęła nagle. Wszyscy jej współczuli, ale nikt nie zapytał, jak się z tym czuje, bo sami mieli z tym problem. Czy moja blizna to dla ciebie problem?

– Nie bardzo – wzruszył ramionami.

– Pij! Albo idziemy – ucięła rozmowę.

– Przecież nie wpuszczą nas z tymi puszkami – zaoponował.

– Tym się nie martw. Poupychamy po kieszeniach. Zbieraj się. – Wstała gwałtownie, trąciła otwartą puszkę, złotawy płyn rozlał się wprost pod jego buty.

Ruszyli. Do Dreamrzeźni mieli jakieś piętnaście minut drogi. Dziewczyna znowu co rusz podbiegała, aby dotrzymać mu kroku.

– Jak ty właściwie masz na imię? – wysapała, z trudem łapiąc powietrze.

– Patryk.

– Pracujesz tutaj? Skąd przyjechałeś? Nie wyglądasz na pijaka, zresztą chyba jesteś na to za młody – trajkotała, zupełnie tracąc rytm oddechu.

Nie odpowiedział, nie chciał mówić o sobie więcej niż to konieczne.

– A ty? Co tu robisz? – próbował odbić pytanie.

– Jak to, co robię? To co wszyscy. Mam nadzieję znaleźć pracę, zarobić miliony i wrócić do kraju jako bogaczka.

– Długo już tu jesteś?

– Jakieś pół roku i wymarzonej pracy nie znalazłam. Pracuję dorywczo, jak mi agencja, zdziercy, kurwa, zafajdani, coś znajdzie. Nie bardzo znam język, nie mam wyuczonego zawodu. Dorabiam sobie to tu, to tam.

– Nie myślałaś o powrocie do kraju? Może jednak u nas łatwiej by ci było gdzieś się zaczepić?

Przygryzła dolną wargę, spochmurniała i cicho powiedziała:

– Pracę może bym znalazła, ale nic więcej.

– Więcej?

– Nie mam do czego wracać. Nic i nikt na mnie nie czeka. A ty? Masz rodzinę?

– Nie. – Kłamstwo gładko przeszło przez gardło.

– To jesteś jak ja. I to rozumiem. Jakbym miała rodzinę, jakbym miała do kogo wrócić, to bym wróciła. Pewnie w ogóle bym nie wyjechała.

– Ile masz właściwie lat?

– Tyle ile potrzeba, nie musisz się martwić. Na osiemnastkę upiłam się do nieprzytomności.

– Potrzeba do czego i o co nie muszę się martwić? – Sugestia była oczywista, ale ciekawiła go odpowiedź.

Poprawiła kaptur, zsunęła go mocniej na twarz, tak, że nie mógł zaobserwować mimiki, nie mógł dostrzec delikatnego uśmiechu, który obejmował tylko połowę twarzy; chyba miała w zwyczaju uśmiechać się półgębkiem, a może blizna nie pozwalała na prawidłową pracę mięśni.

– Wyglądasz na bardziej inteligentnego, niż jesteś, albo za dużo w tobie wstydu, to chyba dobre określenie i takie polskie.

– Dzielisz ludzi ze względu na narodowość? – zgrabnie zmienił temat.

– Jak długo tu jesteś? – odbiła piłeczkę.

– Trzy lata.

– I nie widzisz różnicy?

Odpowiedź cisnęła się sama na usta. Chciał powiedzieć, jak bardzo obco czuł się w mieście, które stało się jego miejscem zamieszkania, domem. Ale dlaczego miałby zwierzać się dopiero co poznanej kobiecie? Budziła w nim sprzeczne emocje.

– Nie chcesz, nie odpowiadaj, twoje milczenie mi wystarczy – skwitowała i poderwała się z miejsca.

Wzięła go za rękę. Prawie ją pocałował, ale zabrakło mu odwagi. Mężczyźni czasem są fujarami.

Poczuł w jądrach znajomy ból. Wrócił pamięcią do czasów, kiedy był szczeniakiem. W trakcie potańcówki na oczach kolegów obcałowywał ówczesną miłość swego życia. Później, w zaciszu obskurnej toalety, wsunął dłoń pod bluzkę dziewczyny, żeby pomacać pierś.

Po skończonej imprezie, Mariusz, jeden z bliższych kolegów, rzucił jakby od niechcenia, ale z dziwnym blaskiem w oczach:

– Jaja bolą?

– Hę? – Zarumienił się, bo owszem, odczuwał nieprzyjemny dyskomfort w kroczu.

Po kilku kolejnych randkach dziewczyna, jak się okazało, bardziej doświadczona od niego nauczyła go, co zrobić, aby pozbył się niepokoju w slipach. Nie był to jeszcze seks z penetracją, ale z powodzeniem pozwalał na osiągnięcie spełnienia.

Przeszli w milczeniu drogę do najbliższego zakrętu, zza którego wychynął cel ich spaceru.

– Jesteśmy. Zdejmij kurtkę i daj mi.

– Teraz ci zimno, kiedy mamy już wejść do środka? – zdziwił się.

– A jak chcesz wnieść piwo? – zapytała retorycznie.

– Przecież nie musimy go wnosić, kupimy coś na miejscu. – Czasy, kiedy przemycał alkohol do lokalu, miał już dawno za sobą.

– To wyrzucanie pieniędzy w błoto.

– Swoje dostałaś za darmo – zasugerował żartobliwie.

Zupełnie nie spodziewał się wybuchu złości.

– Tylko dlatego, że coś dostałeś, masz tego nie szanować? Tylko dlatego, że za coś nie zapłaciłeś, możesz to wyrzucać? Z ludźmi, z uczuciami też tak masz? Nie dziwota, że nie masz rodziny. – Zatrzymała się gwałtownie, oparła ręce na biodrach w agresywnej pozie.

– Daj spokój, nie o to mi chodziło. Nie pomyślałaś, że…

– Dawaj kurtkę i koniec tematu. Znają mnie tu, nie będą się czepiać, ty musiałbyś ją zostawić w szatni.

Skapitulował i oddał odzienie. Rozbawione głosy i brzęk szkła dało się słyszeć już z ulicy. Głośne tony i miarowy rytm muzyki wibrował aż w żołądku.

Weszli do środka. Wcześniej czuł w ustach suchość, teraz miał tam watę. Podeszwy kleiły mu się do podłogi, której na drugie imię było „syf, czyli rozlane drinki przemieszane z petami”.

Koma, mimo opinii, że nie przepada za elektroniczną muzyką, wyraźnie dobrze czuła się w tego typu miejscach. Zsunęła kaptur ukazując śliczną, a zarazem w błysku oślepiających świateł, upiorną głowę. Zdjęła bluzę, niczym motyl zrzucający z siebie czarny kokon.

Mógł na nią patrzeć – na półprzezroczyste płatki uszu, na miękką linię szyi – i obserwacja ta budziła w nim sprzeczne emocje

Dziewczyna, nie zwracając uwagi na towarzysza, zaczęła podskakiwać w miejscu jak opętany królik na sprężynie. Włosy, momentalnie wyłapując wilgoć unoszącą się w powietrzu, oblepiały obrys twarzy spoconymi pierścieniami. Zawładnęła parkietem śmiało i z werwą. Miała w sobie ten rodzaj pewności, który elektryzował Patryka. Nie tylko dzisiaj, dawniej także. To na tę śmiałość i swobodę „poleciał”, gdy poznał żonę. Na zaraźliwy śmiech Iwony.

Oparł się o ścianę. Oślepiający stroboskop przyprawiał go o ból głowy, który powodował także wirujące mdłości tuż pod mostkiem.

Co za zatęchła dziura, pomyślał.

Wgapiał się w towarzyszkę wieczoru.

Widok przysłoniła mu na moment wypacykowana dziewczyna, w topie ledwo zakrywającym piersi. Jej spocona twarz nosiła ślady rozmytego makijażu.

Klaun dwudziestego pierwszego wieku w wydaniu kobiecym – pomyślał.

Klaunica podsuwała się coraz bliżej, wypinając przy tym biodra.

Minęła chwila, mrugnięcie, zanim Koma odepchnęła natrętną dziewuchę.

– Wygląda i zachowuje się jak cateringowa obsługa orgii – wycedziła.

– Poradziłbym sobie – stwierdził i uśmiechnął się tak szeroko, swobodnie i męsko, jak nigdy przedtem, ale bez echa.

– W to nie wątpię, pytanie tylko jak? – zawiesiła głos, sugerując bóg wie co.

Ściągnęła usta w dziubek, żeby się nie roześmiać. Skojarzyła mu się z butelką coli, w której bąbelki zbierają się na górze i wreszcie muszą uciec na zewnątrz z sykiem i trzaskiem.

– Nie podoba ci się?

– Nie jest w moim typie.

– O miejsce pytam.

– Aaa, chyba już z tego wyrosłem.

– No to idziemy do mnie

Włożyła swoją drobną dłoń w wielką, spracowaną łapę. Trzymali się za ręce otwarcie niczym kochankowie.

– Hmm, nie wiem, czy to…

– Szczęście jest dzisiaj tu, jutro tam. Kto go szuka, nie znajdzie go nigdy – przerwała.

Mieszkanie wyglądało jakby cała zawartość szafy wyemigrowała do dużego pokoju. Podłogi zmatowiałe i porysowane. Porozrzucane w nieładzie bluzki; spod kanapy wystawał czarny but, leżał w plątaninie sznurówek. Rozpoznał styl samotniczego życia: „mam wszystko w dupie”.

Odwrócił oczy od czerwonych majtek odwróconych na lewą stronę. Skupił uwagę na wymiętej maskotce; króliczek miał zamknięte oczy, dwa małe iksy i jeszcze jeden zamiast ust. Lokatorka żyła w tych przedmiotach, a jej zapach unosił się w pokoju.

– Znajdź sobie miejsce, zaraz wrócę.

Nim odpowiedział, już zniknęła.

Chciał się rozejrzeć po lokum dziewczyny, ale uwagę przykuło to, co działo się w łazience. Koma nie zamknęła drzwi. Zastanawiał się, czy celowo. Wstęga bladego światła rozjaśniała podłogę, zatrzymując się tuż przy jego butach. Widział, jak zrzuca z siebie ubranie. Ledwo ściągnęła jeansy, od razu usiadła na sedesie. Słyszał, jak oddaje mocz. Gdyby wychylił się bardziej do przodu, mógłby obserwować zarys obnażonego pośladka. Wstając, nie podciągnęła majtek. Zostawiając bieliznę na podłodze, przeszła nad nią i zniknęła w głębi pomieszczenia. Usłyszał szum płynącej wody, pewnie podmywała się po sikaniu. Od razu pomyślał o swojej higienie. Poczuł się nieswojo: spocony, nieświeży po śnie i polucji.

Nasłuchiwał, jak dziewczyna się krząta, a jednocześnie lustrował pobojowisko stworzone z ubrań i pierdółek porozrzucanych po mieszkaniu. Chyba lubiła poduszki, walały się na podłodze, całe łóżko było nimi usłane.

Wyszła. Stanęła naprzeciw niego. Rzuciła mu spojrzenie. Przełknął ślinę. Miała na sobie jasny top, który przykuwał wzrok. Tylko top.

Wyglądała bardzo atrakcyjnie. Bardziej niż gdyby była nago, pomyślał. Szczerozłote, krótko przystrzyżone, włosy łonowe podkreślały kobiecość, zamiast ją przesłaniać. W głowie Patryka otworzyło się okno z widokiem na tropikalną plażę. Światło z ulicy padało na jej kark, tworząc aureolę wokół głowy, miękko zarysowując szpetną bliznę i zmysłowe, umalowane na czerwono wargi.

Utkwił spojrzenie w ciemnych oczach. Zadziwiła go czerwień na ustach.

Dziewczyna sama pośpieszyła z wyjaśnieniami:

– Wiesz, kiedyś czytałam wywiad z pewną socjolog. Stani… coś tam, nigdy nie pamiętam jej nazwiska, ze Staśkiem się kojarzy. Miała wypadek, została jej blizna. Mówiła, że jak maluje usta na intensywny kolor, to ludzie skupiają się na tym, a nie na szramie.

Pokiwał głową z uwagą. Wpatrzył się w wilgotne wargi, próbując sobie przypomnieć, kiedy ostatnio miał bliski kontakt z płcią przeciwną.

W wyobraźni pojawiło się różowe, dwupokojowe mieszkanie pewnej rozwódki. Pamiętał lawendę w naczyniu z wodą i świeczki, i krwistoczerwoną chustę na lampce nocnej, i cycki. Piersi jak piersi, ni to duże, ni to małe. Przeciętne ktoś by powiedział. Ale jak ma się przed oczyma nawet takie przeciętne, nijakie ale goluśkie, to są one zajebiste.

Tak, wtedy w obcym mieszkaniu był w stanie zrobić wiele, by ich dotknąć, polizać. Okazało się, że los się do niego uśmiechnął i nie musiał robić nic. Łatwizna. Tylko twarzy tamtej kobiety nie umiał przywołać.

Odegnał wspomnienie i zapatrzył się na stopy dziewczyny. W miejscu, gdzie palce wtapiały się w ciało, widniał tatuaż przedstawiający ślady łap.

– Koty, chadzają własnymi drogami – wytłumaczyła. – Trochę jak ja.

Skrzyżowała ręce, złapała za oblamówkę bluzki i jednym zwinnym ruchem pozbyła się ostatniego elementu odzienia.

Lśniące półkule piersi były doskonałe. Rozwarł zaciśnięte dotąd pięści i poczuł mrowienie wewnątrz dłoni, pragnienie dotknięcia ponętnych krągłości.

– Chcesz…? – zaczęła.

Czy chcę? – pomyślał, a jego wzrok przesunął się z powrotem na jej piersi.

– Wierzysz w miłość? Gwałtownie przyciąganie? W zderzenie lecących po kolizyjnych trajektoriach bolidów?

Nie odpowiedział. Dotknął ustami rozchylonych warg; najpierw dolnej potem górnej. I nastąpiło zderzenie. Wpakował nos między cycki. Ochoczo objęła go za szyję. Pachniała dymem, potem i kurzem.

Odsunęła się. Podeszła do łóżka i ściągnęła narzutę.

Czar prysł.

– Obrzydlistwo, nie będę tu spał – krzyknął.

Wskazał ręką na prześcieradło. Na ciemnym kolorze widniały tu i ówdzie białe plamki. Skojarzenie nasunęło się samoistnie.

Dziewczyna spuściła oczy, chyba pierwszy raz tego wieczora przyłapał ją na zawstydzeniu.

– Wiem, powinnam zmienić pościel jakiś czas temu, ale mam tylko jedną, a szkoda mi kasy na pralnię, nie mam pralki.

– Ściągnijmy je, nie będę leżał na zastygłej spermie innych facetów.

– Co? – wymamrotała, nie rozumiejąc, o co mu chodzi.

Dopiero po chwili dotarł do niej sens słów.

– To moje.

– Tak, twoje. Do każdej plamki tak się przywiązujesz? – ironizował.

– To żadna sperma, ciućmoku. W domu łażę i śpię bez majtek. Potrzebujesz więcej wyjaśnień?

– Twoje? – zawahał się. – Aaa, rozumiem. Przepraszam stokrotnie. – I od razu ugryzł się w język: mówił jak własny dziadek.

Odwróciła się, podeszła do okna. Uchyliła je lekko. Wiatr wpadł do pokoju. Zbeształ firankę i poderwał ze stołu serwetę. Potem usłyszeli ptaki.

– Poranne trele. Pieśni służą przyciąganiu partnerów. Jaka szkoda, że ludzie nie potrafią robić tego samego. Za pomocą muzyki. Wiesz, że ptaki mają określoną kolejność? Zaczynają kosy, potem są rudziki i strzyżyki. Szkoda, że nie ma słowików, one potrafią wyśpiewać do trzystu miłosnych pieśni. Czytałam kiedyś, że przyspieszone albo spowolnione, nie pamiętam dokładnie, trele słowika przypominają symfonie Beethovena. Zawsze przed położeniem się spać uchylam okno. Lubię się budzić, kiedy ptaki śpiewają. Przypominają mi dom.

Z łatwością przeskakiwała z tematu na temat, przychodziło jej to z taką lekkością, niczym pstryknięcie palcami.

– Zazdroszczę ptakom umiejętności migracji, nie gubią się. Poza tym, niektóre gatunki wykazują duże tendencje do mimikry. Może gdybym ja ją miała…

Patryk, zagubiony i zbity z pantałyku, wciąż z lekkim wzwodem w slipach, przysiadł na łóżku i słuchał.

Dziewczyna miała rzadki w dzisiejszych czasach dar opowiadania. Odkrywała przed nim klimat zagubionej gdzieś na końcu świata wsi. We wspomnieniach dominował obraz sielanki, beztroski i dziecięcej radości. Zasłuchał się.

Palcami smukłej dłoni skubała rąbek firanki. Wciąż zwrócona do mężczyzny plecami, spoglądała na ulicę, jakby zapominając o towarzyszu, o swej nagości.

– Ojciec… – zawahała się i przekrzywiła głowę, jak szczeniak, który zastanawia się, czy nie czmychnąć. – To dziwne, ale nadal go kocham. Wiele mu zawdzięczam. Bliznę też – opowiadała z odrobiną smutku. – Rzucił mnie na ścianę i walił w dupę. – Złożyła ręce, napluła lekko, roztarła ślinę kilkoma ruchami. Dłonie kląskały jak przy uprawianiu seksu; brzmiały niesamowicie realistycznie.

Odwróciła się. Popatrzyła na niego z uwagą. Wzrokiem, który nie uspokajał. W jej spojrzeniu widział bezradność i strach. Biedny, smutny dzieciak, któremu wydaje się, że można bezkarnie być samotnym z wyboru.

Uderzyć kogoś tak delikatnego jak dziewczyna, która stała naprzeciw niego? Nie mieściło mu się w to w głowie. Damscy bokserzy wzbudzali w nim odrazę. Traktował ich podobnie jak pedofilów. Zrobiłby każdemu z nich dokładnie to samo, co oni robili swoim ofiarom, z chirurgiczną precyzją.

– Pił. Nie, nie był alkoholikiem, co w pewien sposób, mogłoby stanowić wytłumaczenie. Ale wiesz, jak to jest na wsi. Okazji sporo, a odmówić ciężko. Życie, ludzie są jak naskórek – doskonali. Wystarczy zrobić nacięcie przez kilka warstw, a ukazują się ciemniejsze odcienie. Przekrój do kości – jest czarno jak w smole.

Gwałtownie uniosła dłoń i dotknęła oszpeconego policzka.

– Niejednokrotnie próbowałam znaleźć w tym widoku piękno, ale nie potrafię.

Już chciał podnieść się z łóżka, przytulić smukłe ciało. Dać dziewczynie chwilowe poczucie bezpieczeństwa.

Powstrzymała go machnięciem ręki.

– Sama nie wiem, czemu ci o tym mówię. Wiecznie słyszę, że powinnam znaleźć sobie kogoś do „przyjaźni”. Tak jakby to uczucie leżało pod płotem albo w osiedlowej piaskownicy. Łatwiej zwierzać się obcemu.

Niespiesznie podeszła do posłania. Usiadła tuż przy Patryku. Udo w udo, ramię w ramię.

– Prezerwatywy są w tamtej szafce. – Skinieniem wskazała nocny stolik.

Wstał. Kiedy pozbywał się odzienia, dziewczyna ułożyła się wygodnie na poduszkach. Wsunęła dłonie pod głowę.

Stanął w nogach łóżkach i podziwiał widok. Urzekła go widoczna linia żeber, małe piersi, które teraz prawie zlewały się z resztą ciała. Widział jak sutek twardnieje i zaznacza się na tle jasnej skóry. Pod pachą, niedaleko piersi, dostrzegł ciemne znamię.

– Co widzisz?

– Znamię.

– Piegi. Moi bracia wzięli raz węgielki i łącząc jasnobrązowe plamki, wyrysowali na moich policzkach gwiazdozbiór Oriona, Wielki Wóz. Nie miałam nic przeciwko – przez kilka chwil byłam dla nich całym wszechświatem.

Powoli przesuwał wzrok coraz wyżej. Czerwień ust przyciągała. Może dziewczyna miała rację, że intensywny kolor odwracał uwagę od blizny, której w tej chwili, jakby nie dostrzegał.

Podniosła brwi tak, że jej oczy zrobiły się wielkie jak spodki.

– Jak się tak gapisz, to robisz psi pysk – szepnęła.

– Mówi się „oczy szczeniaka”.

– Wierzysz, że kiedyś będziemy uprawiali cyberseks?

Zimne powietrze wpadające przez uchylone okno, owionęło ciało Patryka. Zapragnął, już teraz, natychmiast zanurzyć się pomiędzy poduszkami, szukając tam ciepła. Ułożyć się wzdłuż chudego ciała.

– Przecież ludzie już od jakiegoś czasu uprawiają ten rodzaj miłości. – Powoli zbliżył się do brzegu łóżka.

– Nie, nie chodzi mi o czatowanie, pisanie głupot, ani nawet o Skype’a. – Przesunęła się nieznacznie, robiąc mu miejsce.

– No, więc o co?

– Nie pamiętam tytułu, ale był taki film. Rambo tam grał, to znaczy ten, co odgrywał jego rolę. Razem z kobietą zakładali na głowy dziwne obręcze, naszpikowane nie wiadomo czym. W ich umysłach rodziło się wyobrażenie zbliżenia.

Przerwała na chwilę, kiedy w końcu zaległ koło niej; jedną rękę wsparł na dłoni, drugą ułożył na wyziębionym sutku.

– Chodzi mi o to – kontynuowała – że mając co prawda wrażenie smaku, straciłbyś przyjemność, której dostarcza samo smakowanie. Proces, towarzyszące mu rytualne ruchy, gesty. Towarzysząca temu procesowi rozmowa, kontakt oczu. Ciekawe, czy orgazm mieli prawdziwy, czy w głowie wymyślony. O! pamiętam, ten aktor grał jeszcze boksera.

– Pewnie chodzi ci o Stalone. – Ścisnął napiętą skórę piersi.

Dziewczyna westchnęła.

– I o film „Człowiek Demolka”. Pamiętam opisywaną scenę. Sam zastanawiałem się, jakby to było.

– Dobrze, że już nie dożyjemy czasów, kiedy technika miałaby za nas „odczuwać”. Bo przecież jakbyś mógł poczuć to? – Sięgnęła ręką do penisa, który spoczywał na udzie Patryka. – Oni tam siedzieli w pewnej odległości od siebie. Skąd maszyna na głowie wiedziałaby, że akurat teraz chcę robić tak? – Poruszyła nadgarstkiem, odciągając napletek.

Podniecenie spłynęło promieniami po plecach. Patrzył na pomalowane usta, na ich kącik drgający w bezwiednym uśmiechu. Pochylił głowę. Całował piersi o sutkach tak bladych, że odznaczających się jedynie kształtem.

– Tego też byś nie poczuła – wyseplenił.

Delikatnie miętosił w ustach brodawkę.

– Nie, mogłabym sobie wyobrazić. – Oddech Komy nieznacznie przyspieszył. – Ale co z ludźmi, którzy urodziliby się już w dobie rozwiniętej techniki? Tacy, którzy nigdy nie mieli możliwości zaznania przyjemności z cielesnego obcowania z drugim człowiekiem? Dla nich wymiana śliny w trakcie pocałunku stanowiłaby szczyt obrzydlistwa.

– Wyobrażenie… W tym przypadku nie można tego nazwać nawet fantazją. –Złożył delikatny pocałunek na policzku, który zazwyczaj krył się pod włosami. Dłonią sięgnął do łona. Zajrzał dziewczynie głęboko w oczy. – Bo przecież fantazje – podjął temat – to zlepek zasłyszanych historii, oglądniętych filmów, naszych wspomnień, doświadczeń tyle, że odważniejszych.

– Mając wybór, upierałabym się przy klasycyzmie, prawdziwym pieprzeniu. – Rozchyliła uda ułatwiając pieszczoty. – Jest takie stare, arabskie powiedzenie: honor mężczyzny leży między nogami kobiety.

– Trzeba dbać o dobre imię i honor. Wbrew twym wcześniejszym oskarżeniom z tego też nie chciałbym rezygnować. – Zsunął się niżej, wiodąc językiem wzdłuż ciała i znacząc je mokrym śladem. W nozdrzach i na języku poczuł kwaśną gorycz.

Pierwszy kontakt języka z łechtaczką wstrząsnął kochanką. Gwałtownie uniosła głowę i roziskrzonym wzrokiem, przypatrywała się partnerowi, kiedy zanurzył twarz między uda. Oparła się na łokciach, aby dokładniej obserwować jego poczynania.

Wsunął dłonie pod pośladki, równocześnie przywierając do mokrego krocza.

– W moim życiu są same skrajności. Wiesz, jeden z moich byłych, w ogóle się nie brzydził. Pamiętam, zaskoczył mnie, gdy na jednym ze spacerów nad morzem ukryliśmy się za wydmami. Dosiadłam go. W pięć minut i było po wszystkim. Wstałam i czułam, jak sperma próbuje znaleźć ujście z mego ciała. Złapał mnie za kostki, wskazując, gdzie mam stanąć; tuż nad jego twarzą. Kilka kropel, których nie zdołałam utrzymać upadło na rozgrzany piach. Patrzyłam jak ziarenka piasku, jak rtęć z rozbitego termometru, szybko łączyły się i przywierały do wilgoci. Zacisnęłam się… tam w środku. Prawie cała zawartość wylądowała w ustach kochanka. – Zamilkła i silnie przygryzła wargę, kiedy Patryk spenetrował językiem ciepłe wnętrze pochwy, by już po chwili wysunąć się i powoli smakować skórę ud.

Nabrała powietrze ze świstem.

– I wiesz, co powiedział, jak zapytałam, czy się nie brzydzi?

Zwlekał z odpowiedzią. Językiem kreślił ósemki wokół łechtaczki, co chwilę muskając jej napletek.

– Że smak, jego i mój, wymieszany, znajomy aromat własnego ciała z obcym to coś nie do opisania i że nie zrezygnowałby z możliwości degustacji; z takich, jak to ujął, wrażeń. – Ostatnie słowa rozpłynęły się pod wpływem głośnego jęku. – Kiedy mnie lizał, mówił, że robi mi loda – dodała. – Znacznie różniliśmy się wiekiem, chyba był starszy od ciebie. Wy, dojrzali, zawsze tak macie?

Zaprzestał na chwilę minety. Uniósł głowę, niedbałym gestem starł wilgoć z brody.

– Dziękuję za nazwanie mnie dojrzałym a nie starym. – Wdmuchnął powietrze do wnętrza waginy rozdziawionej jak ciekawskie oko.

Tego już było dla młodej za wiele, wychyliła się do przodu, kaskada rudych włosów opadła na lekko zaróżowioną twarz. Uciekła biodrami, chciał przytrzymać za pośladki, ale wściekły pomruk zmusił go do kapitulacji.

– Nie lubisz?

– Tylko głupie nie lubią.

Parsknął, nie kryjąc irytacji. Miał dosyć gierek, podchodów. Młodość i gibkość kusiły, prawie podane na tacy. Chciał zakosztować soczystości i świeżości. Wbić się w ciało kobiety.

– I co tak myślisz? Teraz powinnam uklęknąć przed tobą i odwdzięczyć się lizaniem? Czyż to nie tak wygląda w waszym męskim wyobrażeniu partnerstwa? Ty mi pięć minut, a ja tobie trzydzieści.

Wyprowadzony z równowagi, zerwał się z posłania i przysiadł na brzegu.

– Zachowujesz się jak rozkapryszona dziewczynka; sama nie wiesz, czego chcesz. Mógłbym sprawiać ci przyjemność przez pół godziny, ba, niech ci będzie, nawet godzinę. Tyle że, nie wiedząc czemu, stroisz fochy.

– Czyli nie chcesz, żebym ci obciągnęła?

– Tego nie powiedziałem.

– Dobrze, że nie kłamiesz. Kładź się, będzie po mojemu.

– Nie wiem czy…

– … Nie marudź.

Nim zdecydował się położyć, łóżko skrzypnęło i już po chwili poczuł na wysokości łopatek dotyk stwardniałych brodawek, a na krzyżu lepkość i ciepło krocza. Drobne dłonie oplotły go w pasie. Tuż poniżej karku czuł ciepły oddech. Ręce, początkowo nieśmiało uciskające fałdę na brzuchu, poruszały się coraz swawolniej w okolicach penisa.

Czuł się jak zdziczałe zwierzę, które dawno temu zakosztowało pieszczot przyjaznej ręki. Zadowolony, że ktoś chce go znowu pogłaskać.

Instynktownie wyprostował plecy, chcąc ułatwić dziewczynie dostęp. Odchyliła się momentalnie. Miejsce dłoni zajęły stopy, które sprawnie otuliły członka; przesuwały się po nim, powodując elektryzujące wrażenie.

Sięgnął za siebie i niemal brutalnie wbił palec w rozwartą cipę kochanki. Mimowolnemu zwężeniu kanału pochwy towarzyszył gardłowy pomruk. Ucisk na penisie wzmocnił się. Naśladując siłę i tempo jej pieszczot, poruszał ręką, nie zważając na ból ramienia.

Poczuł delikatne drganie mięśni na palcach, zwiastun nadchodzącego orgazmu, jak zgadywał. Tej małej niewiele trzeba to pełni szczęścia, przemknęło mu przez głowę.

Spojrzał na wyprężone pomiędzy podeszwami stóp przyrodzenie. Żołądź nabiegła krwią. Penis spoglądał na właściciela jednym okiem.

Dziewczyna nieznacznie uniosła nogę i palcami drażniła wrażliwe miejsca. Paluchem trafiła na wędzidełko, które zaczęła miarowo uciskać.

Przez moment delektował się jeszcze widokiem i pieszczotami. Po chwili jednak zerwał się z posłania, złapał młodą za kostki i zmusił ją by przewróciła się na brzuch. Wydała okrzyk zdziwienia połączony z bólem. Zanim zdążyła się wyrwać, położył się na nią, przygniatając ciężarem. Wyszeptał kilka uspokajających słów wprost w jej ucho, aby się nie broniła.

– Ale nie zemrzesz mi tutaj? – wysapała spomiędzy poduszek z głową zwieszoną tuż za linią łóżka. – Bo gdyby jednak, to wolałabym siedzieć na tobie. Jesteś duży, jeszcze byś mnie udusił.

– Tak czy owak, udusić mogę.

I nijako na potwierdzenie swych słów, złapał za wątłą szyję, jednocześnie napierając na lekko wypięte pośladki.

Dopiero teraz przypomniał sobie o prezerwatywie. Sturlał się na bok, sięgając do szuflady.

– Co jest? Dlaczego…?

– Zostań!

Znów, jak poprzednio, przywarła do niego. Mógł się domyślić, że krótka komenda nie powstrzyma małolaty.

– Chcę ci obciągnąć.

– Nie musisz czuć się zobowiązana. Już mi dzisiaj dosyć nagadałaś o egoizmie facetów.

Z niespodziewaną siłą złapała go za dłoń i wyłuskała z zaciśniętej pięści paczuszkę.

– Nie mówiłam, że nie lubię tego robić. – Mrugnęła zalotnie. – Pozwól, że przynajmniej tym się zajmę.

Ustąpił i został nagrodzony.

Koma z wprawą rozpakowała celofan i delikatnie ujęła krążek między palce. Podniosła się z łóżka i uklękła przed mężczyzną. Wystarczyła chwila, żeby w lekko zwiotczałego członka na nowo tchnąć życie.

Umieściła kondom na żołędzi. Chwilę wpatrywała się w oczy Patryka, potem opuściła głowę. Ustami rozwinęła prezerwatywę na całej długości prącia. Krwisto czerwone usta dotknęły jąder, zostawiając ślad pomadki.

Nie lubił gumek; wolał, aby kobieta dbała o zabezpieczenie, jednak uznał pomysły Komy, za idealną grę wstępną.

Wiedziony impulsem chwycił młodą partnerkę za łokcie i pociągnął ku sobie. Opadła bezwładnie i był to przyjemny ciężar, mimo, że uwierały go kościste biodra, a jej skóra ociekała potem. Uniosła się nieznacznie. Ręką nakierował kutasa do wejścia pochwy.

Pierwsze, bardzo wolne ruchy, powitane zostały pojękiwaniami aprobaty. Przyciągnął do siebie rudzielca i począł składać nieśmiałe pocałunki na oszpeconym policzku.

Dziewczyna, jakby niezadowolona z uwagi, którą poświęcał poranionej skórze, pchnęła go na łóżko. Jednocześnie uniosła się i kucnęła z szeroko rozchylonymi kolanami. Podniecony nie mógł się zdecydować, na co patrzeć: czy podziwiać wyraz jej rozanielonej twarzy, czy kontemplować sterczące sutki, a może gapić się na penisa, co rusz znikającego wewnątrz ciała dziewczyny.

Z wysiłkiem przytrzymał kochankę za ramiona, próbując okiełznać szaleńcze tempo. Spojrzała na niego, jednocześnie z irytacją i figlarnie. Już chciał coś powiedzieć, jednak partnerka okazała się szybsza:

– Mam HIV!

Momentalnie zerwał się, zrzucając ją z siebie. Zamarł na środku pokoju, cały nagi, jeśli nie liczyć skarpetek i prezerwatywy – jego kutas wciąż był dzielnie wyprężony, gotów do akcji. Z roztargnieniem starł smużkę pomadki z jąder.­

– Żartowałam. Nie znasz tego? To z filmu „Reich”. – W jej ustach tytuł obrazu zabrzmiał jak „raj” i w pierwszej chwili nie skojarzył.

Młoda, domyślając się z wyrazu twarzy kochanka, że odbywa gonitwę myśli, dodała:

– Jestem fanką Lindy. I Baki chyba też. Ten film to mistrzostwo świata. Nie wiem, czy wolałabym być tą od Andre, czy tą od Alexa. Tam, w sklepie, jak dałeś pijakowi w mordę, od razu, nie wiedzieć czemu, przypomniała mi się ta scena. Zawsze chciałam ją odegrać.

Patryk już nie słuchał. Próbował odtworzyć w pamięci wspomniany film. Rzucił kochance niedowierzające, a zarazem pełne złości, spojrzenie. Ramiona Komy drgały. Śmiała się już całym ciałem: rękoma, tułowiem.

W pierwszej chwili chciał się odegrać, zrugać dziewczynę, przełożyć przez kolana i, jak dziecko po prostu ukarać, zostawiając na chudym tyłku ślady dłoni. Opanował się. Pożądanie okazało się silniejsze.

Wrócił pośpiesznie do łóżka, ułożył się ostrożnie na ciele kochanki.

– Może jednak okażę się zbyt ciężki. Ale póki jesteś żywa, ciepła, jesteś idealna.

Zachichotała z twarzą wtuloną w męskie ramię.

Wchodził w nią niespiesznie, wkładając siłę w kolejne pchnięcia. Przy każdym sztychu ciało młodej przesuwało się nieznacznie. W końcu głowa otoczona kaskadą czerwonych włosów opadła za linię łóżka. Wpychał się rytmicznie w wilgotną pochwę.

Noc. Jasne światło latarni wdzierało się pod przymknięte powieki. Czuł zapach pokoju, spoconych ciał. Zapach kobiety. Noc. Samotność przeminęła. Nieznajoma dziewczyna a jednak bliska. Inna a tak podobna. Jęk. Czyj? Krzyk. Nie wiadomo kogo. Nigdy wcześniej nie czuł, że należy do kogoś całkowicie. Patrzył w dziewczyńskie, zawilgotniałe oczy, jakby ich właścicielka miała się lada moment rozpłakać. Przywarł do niej wargami, na szybko, na chwilę.

– Zdumiewająca kobieta – wychrypiał, odrywając się od niej wstrząśnięty i zachwycony.

Wytrysnął. Orgazm nie oszołomił, bardziej uczucia, które się w nim skłębiły. Lęki, obawy, niedopowiedzenia. Szczerość i kłamstwa. Pozostał dotyk, zapach. Potem czas drgnął i ruszył, powoli, ociężale, jak wielki wyładowany wóz.

Objął ją. Wygasali i stygli.

– Przyjemnie było. – Zbliżyła usta do jego podbrzusza, co się okazało bardzo satysfakcjonujące, mimo, że Patryk nie był już w stanie zesztywnieć.

Wstał z łóżka, kierując się do łazienki. Kiedy zaczął sikać, mocz popłynął rozdwojonym strumieniem. Ściągnął napletek i strugi połączyły się w jedną. Moszna spoczywała na chłodnym brzegu umywalki. Orgazm przyniósł złudzenie jasności.

Spojrzał w lustro. W odbiciu uśmiechał się do niego facet, którego kiedyś znał i którego bardzo lubił.

Wrócił do pokoju. Dziewczyna przywitała go uśmiechem obejmującym pół twarzy. Rozłożona na łóżku, bezwstydnie dotykała dłonią krocza.

– Wszystko mnie boli z przekrwienia. Jestem jakaś taka rozpulchniona w środku. Kurwa, moja cipa mogłaby teraz z powodzeniem wykarmić trzy pokolenia pijawek.

– Twoja cipa… – zawahał się.

Przypomniał sobie przebieg przeprowadzonej wcześniej rozmowy.

– Chwaliłaś się, że umiesz – szukał określenia. – No, robić nią pewne rzeczy. – Nie wiedzieć czemu, nie nazwał ich po imieniu.

Zaśmiała się.

– O pierdzeniu mówisz?

Kiwnął głową.

– Dobrze, że teraz sobie o tym przypomniałeś, a nie przed pieprzeniem. Będzie łatwiej. Odwróć się – rozkazała.

– Wstydzisz się?

– Nie.

Mimo negacji, głos nie brzmiał przekonująco.

– To dlaczego nie mogę patrzeć?

– Nie robię tego przed każdym, a zwłaszcza przed kimś obcym. Muszę się przygotować.

W pierwszej chwili chciał się uprzeć i móc obserwować, jednak po namyśle zrezygnował z oporu. Dziewczyna gotowa jeszcze odpuścić „pokaz”. Odwrócił się.

Nie wiedział czego się spodziewać. Wzmianka o przygotowaniach nastawiła go na dłuższe oczekiwanie, ale już po chwili po pokoju rozniósł się dźwięk podobny do puszczania wiatrów. Odgłos był nad wyraz sugestywny, znajomy.

– Nie wierzę. I zrobiłaś to pizdą? – Wciąż stał zwrócony plecami do dziewczyny.

– Niedowiarek – zachichotała. ­– Już możesz patrzeć.

– Jak ty to robisz? – zapytał podchodząc do łóżka.

– Otwieram się, zasysam powietrze. – Przylgnęła do niego, kiedy się położył.

– Ciekawe, ile kobiet tak umie? – Zamknął chude ciało w ciasnym uścisku.

– Nie wiem, nawet nie pamiętam, jak sama do tego doszłam. Pewnie przez przypadek. Wielkie odkrycia zawsze rodzą się z pomyłek.

Głaskała go tuż poniżej pępka. Ręka co chwilę uciekała niżej, trącając zwiotczałego kutasa. Był przekonany, że nie jest w stanie zesztywnieć, a odnosił wrażenie, iż kochanka ma jeszcze ochotę na dalszą zabawę. Należał raczej do egoistów – kiedy sam osiągał spełnienie, uważał akt seksualny za skończony. Odwracał się i zasypiał.

Komie należało się więcej. Znacznie więcej.

Złapał dłoń błądzącą w okolicy krocza i przyciągnął do ust. Pocałował kolejno każdy palec. Smakowały kobietą.

– Łaskocze – wyszeptała.

– Połaskoczę cię na dole, ale pokażesz mi jak pierdzisz tą swoją pizdką?

– To jest szantaż. Nie mógłbyś mnie wylizać, nie oczekując nic w zamian?

– Oczywiście, mogę, ale jestem cholernie ciekaw.

– Wszyscy jesteście tacy samy – roześmiała się, jednocześnie odsuwając się od niego i układając wygodnie na plecach.

Rozszerzyła uda.

Więcej zachęty nie potrzebował. Po chwili wylądował z nosem przy wciąż mokrej pochwie.

– Połóż mi rękę na brzuchu – zakomenderowała. – Nie tak mocno! Nie naciskaj.

Czekał. Wlepiał spojrzenie to w skupioną twarz dziewczyny, to w różowe fałdy.

– Rozszerz mnie trochę.

Bez namysłu włożył dwa palce do ciepłego wnętrza.

– Nie tak, ciućmoku. Wargi, odsuń je. Delikatnie.

Nie zwracając uwagi na żartobliwy epitet, zrobił jak kazała. Pod dłonią poczuł napięcie, jakby dziewczyna wciągała brzuch.

Przysunął twarz jeszcze bliżej sromu.

– Otwórz usta – sapnęła, wstrzymując oddech.

W ułamku sekundy rozluźniła mięśnie i mocny strumień powietrza uderzył go w twarz, wtłaczając się do ust. Doznanie było na tyle intensywne, że poczuł w gardle łaskotanie. Przełknął ślinę.

Tym razem czynności nie towarzyszył klasyczny odgłos puszczania bąka. Zapytał o to.

– To zależy ode mnie. Od pracy mięśni – odparła wyraźnie zadowolona z siebie.

– Niesamowite.

– W ten sposób umiem nabrać w siebie wody w trakcie kąpieli, a później wypuścić ją w dowolnym momencie.

– A… – Chciał jeszcze o coś zapytać, ale Koma weszła mu w słowo:

– Koniec tych pogaduszek. Pierd był, teraz lizanko. – Uśmiechnęła się lubieżnie.

Nie mógł odmówić, należało wywiązać się z danego słowa.


[i] Piotr Rogucki – wokalista rockowego zespołu Coma.

[ii] Fragment utworu zespołu Coma, pt. „Listopad”.

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Chyba najlepsze opowiadanie jakie tutaj czytałem, a było sporo dobrych. Jak przeczytam do końca to powiem coś więcej, dużo więcej.

Starałem się. Uwierz, że naprawdę bardzo się starałem. Znaleźć blędy, usterki, niedociągnięcia, niekonsekwencje… ale się nie udało.

Przeważnie tutaj czytam jedynie fragmenty opowiadań po których już wiem, że na dalsze czytanie szkoda czasu. Nieczęsto się zdarza abym przeczytał całość, rzadko abym czytał zastanawiając się i oczekując tego co będzie dalej. Twoje czytałem z niekłamaną przyjemnością.

Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że….. albo wzięłaś sobie do serca wszystkie moje uwagi odnośnie techniki pisania, albo byłaś na moich wykładach gdzie zasadniczo mówię to samo, albo skorzystałaś z rad kogoś innego – wszak przepis na arcydzieło jest wszędzie taki sam.

Podzieliłbym Twoje opowiadanie na cztery. Dwie pierwsze to treść. Pierwsza część do momentu, gdy zjawiają się w mieszkaniu dziewczyny. Nie jest zła, nawet całkiem dobra. Natomiast druga, już w mieszkaniu, jest świetna. Dopiero tam opowiadanie nabiera prawdziwych ruimieńców.

Dwie kolejne to stworzone przez Ciebie postacie – kobiety i mężczyzny. Facet jest niezły, dobrze i wiarygodnie stworzony, natomiast Coma…. jest kapitalna. Jestem pełen podziwu, że udało Ci się stworzył postać tak spójną i zwartą, naturalną, sugestywną, plastyczną, konsekwentną w swojej niekonsekwencji i wewnętrznym chaosie, złośliwą, nerwową, roztrzepaną, szalenie inteligentną, piękną i szpetną, tak okropnie zagubioną i samotną, tak rozpaczliwie pragnącą miłości.

Piszę od wielu, wielu lat, niejedno udało mi się stworzyć, ale nie zrobiłbym tego lepiej.

Scena erotyczna…. nie podnieca mnie, mam inne fetysze, ale jest świetnie napisana, taka naturalna, bardzo sugestywna.

Błędy..? Owszem, drobne, ale są.

„Czuł jak sperma, która jakoś dziwnie zebrała się w zagłębieniu pod plecami, stygnie.”

Zaglębienie pod plecami o którym mowa to prawdopodobnie miejsce powyżej kości ogonowej, gdzie najbardziej wygina się kręgosłup (mało anatomicznie to ująłem, ale chyba wiadomo o co chodzi), tylko tam jest luka gdy się leży. Czyli leży dość daleko od penisa. Wytrysk to objętość mniej więcej stołowej łyżeczki, czy raczej niewiele. Jakim sposobem tak mała ilość spermy przemieściła się tak daleko aby zebrać się tam gdzie się zebrała nie wsiąkając po drodze w prześcieradlo?

„Przyszła jeszcze wtedy żona, siedząc przy barze, uśmiechała się kokieteryjnie i spoglądała spod długich rzęs na Patryka”

Sztucznie brzmi ten początek. Dałbym „wtedy jeszcze nie żona”.

„Dzwoneczki przy drzwiach wydały charakterystyczny dźwięk”

Hmm…. dzwoneczki wydały dźwięk? dałbym „dzwoneczki przy drzwiach zagraly swoją melodię”

” Zapalisz? – Wyciągnęła ku niemu paczkę fajek.

– Dzięki, nie palę – odmówił.”

To, że odmówił zawarte jest w słowach które wypowiedział, nie potrzeba tego dodawać. A jeśli już koniecznie chcesz to zaznaczyć, to dałbym tak:

Zapalisz? – Wyciągnęła ku niemu paczkę fajek.

Pokręcił głową.

– Dzięki, nie palę”

„Odwróciła się, podeszła do okna. Uchyliła je lekko. Wiatr wpadł do pokoju. Zbeształ firankę i poderwał ze stołu serwetę.”

Wiatr wpadł..? A może by….. Wiatr wtargnął nieproszony, zbeształ firankę i poderwał ze stołu serwetę?

„Potem usłyszeli ptaki.”

A potem, już po seksie..

„Noc. Jasne światło latarni wdzierało się pod przymknięte powieki.”

Wychowałem się na wsi. Gdy jest noc ptaki nie śpiewają, ale gdy tylko pojawia się szarość poranka wtedy zaczynają śpiewać jak oszalałe, jak na komendę. Co innego ów slowik, on śpiewa tylko w nocy, ewentualnie zaczyna już wieczorem, gdy zapada zmrok.

Pamiętam noce, gdy księżyc świecił tak jasno, szarego słowika na galęzi brzoskwini w ogrodzie. Ach, jak on śpiewał…

Zrobiło się późno, jutro dokończę.

„Uśmiechnął się cierpko spod jednodniowego zarostu; dość arogancko.”

Hmm… trochę przekombinowane, nie stopniowałbym arogancji. Dałbym po prostu – uśmiechnął się cierpko i arogancko spod jednodniowego zarostu.

„Wiesz, że umiem pierdzieć pizdą?”

Gdy byłem młodym chłopcem oglądałem w filmie „Emanuelle” (nie pamiętam czy w pierwszej czy w którejś z kolejnych części) tak scenę – w jakimś tam erotycznym klubie naga Tajka dawała pokaz. Zapaliła papierosa, ułożyła się na plecach, włożyła tego papierosa między wargi sromowe, „zaciągnęła się”, potem go wyjęła, przełożyła nogi za siebie unosząc biodra i wypinając tyłek i „puściła dyma”. A tego dymu było całe mnóstwo, o wiele więcej niż z płuc.

„Wyglądała pięknie i upiornie zarazem. Szrama błyszczała w półmroku. Nie chciał patrzeć na bliznę, ale przykuwała uwagę”

Znałem kiedyś pewną kobietę, która miała szramę na twarzy, na lewym policzku, pod okiem. W sumie… nigdy nie zapytałem skąd się wzięla, podobnie jak Koma zasłaniala ją włosami. I było dokładnie tak jak napisałaś, z tą blizną wyglądała pięknie i upiornie. I bardzo seksownie.

Generalnie opowiadanie jest bardzo dojrzałe, przemyślane, wszystko jest na właściwym miejscu, potrzebne, akuratne.

Cóż, ogólny zarys fabuły jest banalny. Spotyka się dwoje obcych ludzi i w końcu lądują w łóżku. Ale ubarwiając ją masą (pozornie niepotrzebych) szczegółów. wspomnień, mini retrospekcji, stworzyłaś coś wielkiego. Pozornie z niczego. A gdyby Ci dać naprawdę nośny temat? Możliwe, że powstałoby arcydzieło.

Mógłbym tak jeszcze długo… na koniec pozwolę sobie zacytować słowa pewnej osoby, która zwykła mawiać – „to opowiadanie na dlugo pozostanie w mojej pamięci”. Właśnie tak będzie.

A zespół Coma spotkalem dawno, dawno temu, podczas próby w starej opuszczonej fabryce w Łodzi – chyba jeszcze przed wydaniej płyty „Pierwsze wyjście z mroku”, albo tuż po.

Dobry wieczór,

Dawno mnie tu nie było, a tu taka niespodzianka. Aż dziw, że komuś chce się czytać te moje mało erotyczne treści. Może dlatego zaprzestałam publikacji tutaj? Nie czuję się komfortowo z musem wciskania erotyki w miejscach, gdzie niekoniecznie ją czuję. Piszę, owszem, ale tylko do szuflady. Piszę też znacznie mniej. Moja nowa miłość pochłania wiele czasu – ptaki, to one odciągają mnie od laptopa. To przez nie zrywam się jeszcze w nocy, żeby móc spotkać wybrane osobniki.

Ale do brzegu. Dziękuję za dobre słowo. Ja, z perspektywy czasu, patrzę na to opowiadanie dość krytycznie. Dzisiaj pewnie wiele wątków napisałam inaczej, prościej ubrała w słowa. Widzę w tym tekście wiele błędów. Ale są moje, nie wypieram się ich, na nich się uczę.

Dzięki za odwiedziny,
kenaarf

Mało erotyczne treści? Tego bym nie powiedział. Akurat w powyższym opowiadaniu erotyki jest sporo; poza tym tekst może być nasycony erotyką właściwie bez scen erotycznych. Wtedy również działa na zmysły.

Czy jest jakiś mus, presja na autorów aby opowiadania zawierały jak najwięcej erotyki? Chyba nie, ale pewności nie mam – nie jestem autorem.

W zasadzie mam podobnie – erotyke również piszę do szuflady.

Cenię ludzi którzy mają pasję i w imię jej zaspokojenia są w stanie wiele poświęcić. Ale ranne wstawanie….? Brrr….

Chyba nie ma autora, który by po jakimś czasie nie patrzył na swoje dzieło krytycznym wzrokiem, ale czym lepszy, bardziej „okrzepnięty” autor tym ów dystans jest mniejszy, gdyż „materiał wyjściowy” jest lepszy, pułap z którego zaczynają jest wyższy.

Widzisz w tym tekście sporo błędów? Ja nie. Spotkałem całkiem sporo książek napisanych gorzej niż Twoje opowiadanie. Ciekawi mnie czy piszesz tylko erotykę czy możesz coś więcej. Bo gdyby Ci dać dobry pomysł na fabułę, taki nośny, prawdopodobnie stworzyłabyś coś wartościowego.

Ps. Marzy mi się napisanie opowiadania eortycznego w realiach siedemnastego wieku, ze sceną na targu niewolników w Konstantynopolu. Jednak moja wiedza o tamtych czasach (chociaż znacznie większa niż przeciętnego człowieka) jest niewystarczająca i nawet gdyby była kilka razy większa w dalszym ciągu taką by była. Lecz mimo to ów pomysł mnie kusi. Podobnie jak wiele innych.

W moich tekstach mało jest erotyzmu, a jeszcze mniej seksu jako takiego. Zazwyczaj rozwlekam się w opowieściach, powoli snuję nić na którą nawlekam słowa.
W kwestii musu, cóż… jesteśmy na takiej, a nie innej stronie. I część opowiadania jednak musi być poświęcona erotyce. A mi czasami ciężko ją upchnąć. Piszę o przyziemnych sprawach. Moi bohaterowie są zazwyczaj poszarpani przez życie. Kilku takich bohaterów, bez nuty erotycznej, znajduje się w mojej szufladzie.
Co do błędów – każde kolejne czytanie, tego samego opowiadania, pozwala na wychwycenie błędu, zgrzytu, braku spójności myśli. Po napisaniu tekst powinien swoje odleżeć żebyśmy mogli nabrać do niego dystansu i traktować jak pasierbicę a nie córkę jedynaczkę. Przy moim rozwlekaniu myśli, cięcie i skracanie też wtedy łatwiej przychodzi.

P.S. Życzę spełnienia marzeń, po to są. Aby o nich myśleć, powoli wydeptywać ścieżkę prowadzącą do ich finalizacji. Nasze życie bez marzeń byłoby nudne. Boję się ludzi, którzy marzeń nie posiadają.

Erotyka bez nachalnych i pisanych na siłę scen erotycznych jest najlepsza.

Gdyby iść tym tropem, to poprawialibyśmy tekst w nieskończoność. Sposob „na leżakowanie” jest często stosowany przez wielu autorów, między innymi tak robi Stephen King.

Coż, wiele zależy od techniki samego pisania. Ja, dajmy na to, piszę, piszę i piszę. Nie mam schematu, planu, a w momencie zaczynania nie mam pojęcia jak to się skończy. Problem pojawia się wtedy, gdy piszę o rzeczach trudnych (czyli zawsze) to znaczy takich, o których, z takich czy innych powodów, nie mam pojęcia. Wtedy… piszę, piszę i piszę… a gdy skończę, to muszę do tego wrócić, zdobyć potrzebną wiedzę, powiązać fikcję z prawdziwymi faktami, realnymi miejscami, wydarzeniami itd. Tak, aby fantazja stała się bardziej przyziemna, rzeczywista.

Aby czytelnik nie zauważył, że to co napisałem jest nieprawdą i nigdy się nie wydarzyło. Aby dał się oszukać.

Ostatni tekst poprawiałem sześć razy i mam dość.

– Jakie masz marzenia? – spytałem niedawno koleżankę.
– Chcę wybudować dom.
– To nie są marzenia, tylko cel do zrealizowania – odparłem.

To zabawne, że wspominasz o Kingu. Od dzieciaka zaczytywałam się w jego powieściach i to chyba właśnie one nauczyły mnie pisać niespiesznie, powoli prowadząc czytelnika. Lubię takie formy, rozwleczone, ale z masą ciekawych drobnostek. To wszystko tworzy specyficzny klimat, w którym czuję się dość dobrze.

Zazwyczaj piszę bez planu, idę na żywioł. Raz, jeden, spróbowałam zrobić plan pisania tekstu, bodajże przy „Profilerze”, i cholernie mi nie szło. Też nigdy nie wiem, jak skończy się opowiadanie. W głowie mam jedynie bohatera, początkowo zwykłą pacynkę. Z każdym kolejnym akapitem jestem co raz bardziej świadoma i pewna, jak ów bohater ma wyglądać, z czym ma się zmagać, jakie demony przeszłości go trawią. I tak idę sobie tym ludzikiem przez tekst.
Co do przygotowania, to solidny research zrobiłam przy „Dziwce w mundurze” i „Profilerze”. Cała reszta opowiadań opublikowanych na łamach Najlepszej są prosto z głowy. Słowa cisnęły się pod palce, tekst płynął swoim życiem.

P.S. Cele często mylimy z marzeniami. To w pewien sposób naturalne.

Ja także, będąc malym (i nie tylko małym) chłopcem czytywałem powieści Kinga. Czasami ta niespieszna akcja bywa jednak irytująca, a fabuła z lekka nudnawa.

Pamiętam szczególnie dwie jego książki – „Taliznam”, dwa tomy po około 400 stron i „Smętarz dla zwierzaków”, który jest genialny. Tą drugą książkę mam na własność, kupiłem wieki temu, dobre wydanie, w twardej oprawie. Przez te wszystkie lata pożyczałem ją nieskończenie wielkiej liczbie rozmaitych czytelników. Zasadniczo nie lubię wracać do przeczytanych już książek, ale w tym przypadku robię wyjątek. Opowieść Juda o Timmym Batermanie i wyprawę Louisa na bagna małego boga znam na pamięć.

U mnie pisanie czasami zaczyna się od jednego impulsu, od jednej wyrazistej sceny wokół której obudowuję resztę fabuły. Pomagają mi też sny – często fragmenty fabuł to opisy moich własnych snów.

„Smętarz dla zwierzaków” to pierwsza książka Kinga, którą przeczytałam. Można by rzec, że od niej zaczęła się moja miłość do Kinga. W mojej puli ulubionych znajduje się „Wielki marsz” – totalne przeciwieństwo wszystkiego, co dotychczas napisał King. Krotko, bez gawędzenia, bez powolnego prowadzenia czytelnika. Może pisanie pod pseudonimem miało na to wpływ. I oczywiście „Bastion”, gdzie świetnie zostały zbudowane postaci.
W ostatnich latach, cóż… byłam zawiedziona. Brakowało mi Kinga w Kingu. Jednak jego najnowsza książka „Baśniowa opowieść” jest powrotem do korzeni. To znów jest stary, dobry Stephen. I czyta się go z dużą dozą sentymentu i przyjemności.

Ha, no to zaczęłaś od najlepszej. Ale czy na pewno? Pzreczytałem może z jedną trzecią bogatej twórczości Kinga, to się wypowiadać nie mogę.

„Bastion” czytałem, mam nawet własny egzemplarz. Co do postaci…. najbardziej podobał mi się ten świrus, co szybko jeżdził samochodem. I historia, w której jeden z bohaterów spotyka na stacji benzynowej (oficjalnie nieżyjącego) Jima Morissona.

Ps. A „Talizman” to dwa tomy po jakieś 800 stron, nie 400.

Jako ciekawostkę dodam tylko, że najdłuższą powieścią Kinga jest „Bastion”. Pierwsze, oryginalne wydanie, z bodajże 1978 roku, było krótsze od późniejszego wydania o jakieś 350-400 stron. Wszystko zależy też oczywiście od wydania. Wspomnianą powieść posiadam w wersji kieszonkowej, o ile można tak powiedzieć o takim tomiszczu, i liczy ona około dziewięciuset stron.

Napisz komentarz