Profiler 2/3 (kenaarf)  4.56/5 (3)

39 min. czytania
profiler22

Daria K. (amelyshato), „Knife”, CC BY-NC-ND 3.0

Ze snu wyrwał go dźwięk dzwonka w telefonie. Odruchowo, zanim jeszcze odebrał, spojrzał na tarczę zegarka.

– Kurwa mać! – zaklął siarczyście. Cyferki pokazywały ósmą szesnaście. Zaspał, zmarnował całą noc. – Halo? – wydukał do aparatu.

– Chyba ciężko pracowałeś, bo coś markotnie brzmisz?

– Tak – skłamał – jestem wykończony.

– Jak ci idzie? Jakieś konkrety?

– Do konkretów daleka droga. Wiesz, że potrzebuję znacznie więcej czasu niż noc. A przede wszystkim potrzebuję wiktymologicznego tła[i]. Póki nie ustalicie personaliów, nie będę mógł posunąć się z analizą. – Próbował znaleźć dla siebie wymówkę. Odczuwał wstyd, że tak opóźnił pracę.

– Wierz mi, pracujemy nad tym. Cały wydział postawiłem na nogi. Dziewczyna na pewno nie mieszkała w tej mieścinie za lasem – sprawdziliśmy to. I raczej nie parała się zawodem kurewki. W nocy chłopcy chodzili po dziuplach uzbrojeni w rysopis zmarłej – nic. Obawiam się, że trzeba będzie sięgnąć po pomoc mediów. Właśnie… Widziałeś dzisiejsze gazety?

– Jakoś nie po drodze mi do kiosku – zdobył się na żart Marek.

– A, no tak. Ale internet masz – stwierdził rozmówca.

– A no mam.

– Odbierz pocztę. Wysłałem ci kilka informacji i wyników.

– Dobra, zaraz zerknę. – Podniósł się z łóżka i o mały włos nie wylądował z powrotem na posłaniu. Łowca zmaterializował się u jego stóp. – Po południu postaram się wysłać wstępny profil.  – Doskonale wiedział, że składa obietnice na wyrost.

– Świetnie. W razie wątpliwości będę dzwonił i pytał o szczegóły. Będziemy w kontakcie. Dzięki.

Marek odłożył telefon i zaczął pogawędkę z kotem. Nasypał trochę kocich chrupek do miski i zasiadł przed laptopem. Że też nie nauczył się od razu zapisywać swych przemyśleń w komputerze. „Jestem jednak starej daty” – przemknęło mu przez myśl. Jak ognia unikał Facebook’a czy Twitter’a. Nie chciał mieć do czynienia ze światem, gdzie ludzie spędzali całe dnie na gapieniu się w ekran. Gdzie porozumiewanie się skarlało do wystukiwania literek, a wielu czekało tylko na zastrzyk endorfin, który dawał dźwięk sms-a lub nowy email.

Wziął się solidnie do roboty i zapamiętale uderzał w klawisze, czasem robiąc krótkie przerwy, aby przeczytać wyniki swojej pracy. Kot, zamiast udać się na codzienny obchód, ułożył się tuż przy LAPTOPIE i dzielnie przyglądał się tym zmaganiom. W połowie dnia wysłał wstępną ocenę do komisarza, jednak nie zaprzestał dalszej pracy, nadrabiał przespaną noc. Późnym wieczorem ponownie rozmawiał ze Stefańskim, który przekazał mu najświeższe informacje o toczącej się sprawie.

Komisarz wysłał również pierwsze sprawozdanie z pracy patologa. Dziewczyna zginęła poprzez uduszenie. Rana krocza została zadana tuż po śmierci. Istniało podejrzenie, że sprawca mógł odbywać stosunek z ofiarą w chwili, kiedy ta wydała ostatnie tchnienie. Cięcia dokonano za pomocą noża o ostrej i cienkiej klindze długości szesnastu centymetrów. Policjant wysłał również ogromną ilość zdjęć. Kadry rozpoczynały się niewinnie, można by rzec. Kilkadziesiąt metrów od ciała. Ukazywały drzewa, poszycie leśne, w końcu ukazując zwłoki z różnych perspektyw i pod każdym kątem.

Pracował do późna, analizując dane, które Stefański co rusz podsyłał mu pocztą elektroniczną. Zastanawiał się, kiedy policjant śpi. Od wszczęcia sprawy byli w stałym kontakcie. Komisarz chyba nie zmrużył jeszcze oka. Jednak on potrzebował chwili odpoczynku. Zasnął nad ranem. Nie odpoczywał długo, gdyż kolejny raz obudził go telefon.

– Mamy ją. Wiemy, kim była. – Bez powitań, z wielkim entuzjazmem, wręcz krzyczał Stefański. – Pewnie spałeś, ale tak sobie pomyślałem, że chciałbyś wiedzieć.

Marek momentalnie przestał złorzeczyć w myślach na brak manier rozmówcy.

– Rodzina?

– Tak. Mamy wszystko. Sami zgłosili zaginięcie córki zaalarmowani telefonem, że nie stawiła się dwa dni z rzędu w pracy. Na własną rękę szukali jej u znajomych. W końcu, nie mając już do kogo dzwonić, poszukali pomocy u nas.

– Czyli już wiedzą – stwierdził.

Zapadło milczenie.

– Chcę się z nimi spotkać.

– Marek, postaram się to załatwić jak najszybciej, ale wiesz, że to dla nich trudny moment, przeżywają tragedię. Nie wiem, czy będą chcieli.

– Dowiedzenie się jak najwięcej o dziewczynie szybciej pozwoli na wytypowanie potencjalnego sprawcy – motywował, przypominając oczywistości

– To może umówimy się, że przyjedziesz do mnie na komisariat. Spróbuję załatwić spotkanie. Poza tym chciałbym, żebyś pogadał z chłopakami i opowiedział im trochę o swych przypuszczeniach.

– Słuchaj, Zdzichu – rzadko zwracał się po imieniu do policjanta, mimo, że znali się już długo. – Dobrze wiesz, że spotkanie z rodziną może okazać się dla mojej pracy kluczowe. Muszę poznać życie tej dziewcz…

– Miała na imię Marta.

– No właśnie. Muszę wiedzieć o niej wszystko.

Chwilę jeszcze dyskutowali i ustalali szczegóły spotkania. Marek nie mógł odmówić pomocy, ale nie lubił pracować pod presją czasu. Po skończonej rozmowie wziął szybki prysznic, wybrał wyjściową koszulę, wsiadł do auta i ruszył w drogę. Włączył radio, czego zwykle nie miał w zwyczaju – unikał wiadomości, w których roiło się od kolejnych rozbojów i śmierci niewinnych osób. Ustawił lokalną rozgłośnię. Tego dnia ciekawiło go, czy media donoszą o brutalnym mordzie na młodej dziewczynie. W kronice, spikerka obszernie wypowiadała się na temat sprawy, o której tak naprawdę niewiele było wiadomo.

„Policja prowadzi szeroko zakrojone śledztwo w sprawie kobiety, której częściowo obnażone i okaleczone ciało znaleziono dwa dni temu, w lesie pod miejscowością Tanowo. Natychmiast zabezpieczono teren i rozpoczęto czynności operacyjno-rozpoznawcze, mające na celu określenie ostatniej drogi dziewczyny. Przyczyny śmierci nie ujawniono, jednak nasz…”

Wyłączył odbiornik. Nie znosił spekulacji medialnych, które miały na celu jedynie wzbudzenie sensacji. Dojechawszy na miejsce, zaparkował auto i pewnym krokiem przeszedł przez wielkie drzwi prowadzące do wnętrza komisariatu. Przywitał się z kobietą w informacji, znała go, więc nie zadając zbędnych pytań, wręczyła identyfikator i spojrzeniem ciemnych oczu odprowadziła ku schodom.

Zapukał do biura Stefańskiego.

– Wejść – padło w odpowiedzi.

– Cześć, komisarzu.

– O, jesteś wreszcie. – Uniósł się z krzesła wyciągając dłoń na powitanie. – Siadaj, zadzwonię jeszcze w jedno miejsce i możemy ruszać.

– Ruszać? Gdzie?

– Chciałeś rozmawiać z rodziną.

– A, załatwiłeś spotkanie. Dzięki. – Usiadł na niewygodnym krześle. – Jak dużo wiedzą o sprawie?

– Wszystkie badania są do ich wglądu, to w końcu rodzina.

– Jak to znoszą?

– Są w szoku. Bądź delikatny i… – Popatrzył uważnie na swego rozmówcę. –…Nie wspominaj o trójce.

Oczekując reakcji Marka, bębnił nerwowo po blacie stołu, tuż przy nieotwartej paczce papierosów. Chyba akurat rzucał, bo profiler nie wyczuł świeżego zapachu nikotyny.

– Nie rozumiem – zaprotestował gość komisarza. – To jest kluczowa informacja. Świadomość, że Marta nie była pierwsza i może nie być ostatnia jest naszym atutem w rozmowach z rodziną ofiary. Przecież wiesz, że ludzie w takich sytuacjach potrafią się zamknąć, próbując za wszelką cenę zachować wspomnienie zmarłej osoby tylko dla siebie.

– Czytałeś gazety?

– Nie, ale słuchałem kroniki.

– Więc dobrze wiesz, jak taka informacja dałaby nam po tyłku. Kiedy już przeprowadzisz ten swój wywiad z rodziną, sporządzisz bardziej szczegółowy profil, wtedy będę gotowy do stoczenia batalii z tymi hienami, a informacje mogą okazać się nawet dość przydatne.

– Nie podoba mi się to. Postępujesz zachowawczo, jakbyś się bał.

Stefańskie nie odpowiedział, a Markowi nie chciało się drążyć tematu.

– Co o niej wiemy?

– Ostatni raz widziano ją wczesnym rankiem, we wtorek, tydzień temu. Uprawiała jogging. Tak na marginesie, to nie rozumiem tej mody ściągniętej zza oceanu. Biegała regularnie, niemal codziennie, zawsze przed pracą, około godziny siódmej. Pracowała jako sekretarka w biurze dziekana w godzinach od dziewiątej do siedemnastej, dojeżdżała tramwajem. Samotna, bezdzietna. Mieszkała sama. Dwa lata temu rozstała się z partnerem. Sprawdziliśmy go. PRACUJE w Danii. Z tego, co wiemy, miała kilka przelotnych znajomości. Jak można przypuszczać, chodziło o kontakty seksualne. Szukamy tych facetów. Rozmawialiśmy z sąsiadami. Marta miała dobrą opinię spokojnej dziewczyny. Przesłuchujemy każdego: członków rodziny, współpracowników, tego chłopaczka od joggingu. Kiedy ją widział, miała na sobie…

Na Marku zawsze duże wrażenie wywierał fakt, że policjant, prowadząc swe śledztwa, doskonale pamiętał wszystkie szczegóły, godziny zdarzeń i ich kolejność bez zaglądania do notatek. Skończywszy zdawać raport z postępów, a raczej ich braku, Stefański zadzwonił jeszcze do laboratorium, zanotował coś na kartce i zwrócił się do swego gościa:

– Czasami mam dosyć tej roboty. – Nabrał głęboko powietrza i dodał: – Jedźmy, rodzina Marty czeka.

W drodze na miejsce wymienili jeszcze kilka uwag. Marek dzielił się swymi spostrzeżeniami. Przywitał ich mężczyzna po pięćdziesiątce. Uderzył go cichy głos i delikatna twarz ojca dziewczyny. Włosy już jakiś czas temu przyprószyły się siwizną, pozostawiając czerń krzaczastych brwi. Posturą przypominał niedźwiedzia. Jednak w przeciwieństwie do wielkich mężczyzn, którzy posiadają ekspansywnego ducha, pan Wojciech wydawał się wewnętrznie niemal pusty. Jeśli nawet kiedyś posiadał męski temperament, teraz nie został po nim choćby ślad. W środku olbrzymiej cielesnej powłoki tkwiło kruche i niespokojne dziecko.

– Żona odpoczywa. Śpi po środkach nasennych – wyjaśnił od progu nieobecność małżonki.

Wymienili smutne powitanie. Pan Wojciech starał się panować nad emocjami, chwilami jednak głos mu się łamał. Profiler wiedział, że w sercu mężczyzny zaległa ciemność. Opowiadał o córce ze łzami w oczach. Wspominał szkolne lata, opowiadał o sukcesach w sporcie, wspólnych wyjazdach na wakacje, czy zimowiska. Jednak w Marku pogłębiało się uczucie, że są to wspomnienia odległych czasów.

– Jakie mieliście, państwo, relacje z córką na przełomie ostatnich lat?

Zapytany zamyślił się. Odwrócił głowę w kierunku zdjęcia rozkosznej blond trzylatki. Po jego twarzy przemknął nikły uśmiech i na moment Marek ujrzał przed sobą człowieka, który niegdyś mieszkał za fasadą ciała.

– Ma pan dzieci? – ojciec ofiary odpowiedział pytaniem.

– Nie.

– Widzi pan, każde z nich kiedyś dorasta, przestaje dzielić się swoim życiem z najbliższymi, ma swoje tajemnice, pragnienia, o których nikomu nie mówi. Ja panu mówię, kim dla mnie była Marta – moją malutką dziewczynką, moją Martusią.

– Ale rozumie pan… – próbował się wtrącić do rozmowy Stefański.

Pan Wojciech zrobił się niespokojny. Jakby nadciągające słowa miały opaść na niego przytłaczającym, niepotrzebnym ciężarem. Marek doceniał zaangażowanie Stefańskiego, niemniej jednak komisarzowi brakowało czasem taktu. Dlatego przerwał i pokierował rozmową wedle własnego planu, spoglądając przy tym wymownie na policjanta.

Opuszczając mieszkanie, złożył obietnicę, której nie powinien składać:

– Złapiemy go. Zapłaci za to, co zrobił pańskiej córce.

– Niczego więcej nie oczekuję, ale to i tak nie zwróci jej życia – odparł smutno pogrążony w żalu ojciec. Wzruszył ramionami i zapadł się w sobie.

– Chcesz jechać do jej mieszkania? – zapytał komisarz, kiedy wsiadali do auta.

– Tak – odparł bez namysłu, ale myślami wciąż był z ojcem dziewczyny.

– Załatwimy tę chałupę i pojedziemy z powrotem do komendy.

Jechali w ciszy. Marka dawno już przestał poruszać widok zwłok. Oczywiście, czyjaś śmierć wywierała na niego nim pewien wpływ, wzbudzała emocje, jednak o wiele bardziej poruszał go widok porzuconego dziecięcego rowerka, kosmetyki zostawione w nieładzie na umywalce – takie okruchy życia. Rozmowa z rodziną zawsze należała do trudnych, nie potrafił ulżyć ich cierpieniom. Z przykrością patrzyło się na zaczerwienione od płaczu oczy potężnego mężczyzny. Widział pustkę w oczach matek. Przez lata wyrobił w sobie pewien dystans. Bez tego nie byłby w stanie wykonywać swojego zawodu. Najtrudniejszym aspektem pracy było wejście w życie ofiary. Poznawał nawyki, przyzwyczajenia, przyjaciół, ulubione potrawy, książki i robił to wszystko, mając świadomość, że nigdy nie będzie mu dane porozmawiać, czy choćby uścisnąć dłoni osoby, której życie poznawał.

Marta mieszkała na obrzeżach miasta, w urokliwym, można by rzec, zakątku. Tuż na krańcu największego miejskiego parku. Spokojna, pełna zieleni okolica.

– Ładnie tu – skwitował, kiedy zaparkowali pod czteropiętrowym budynkiem z jasną elewacją i czerwoną dachówką.

– Tam – wskazał ruchem głowy policjant – dziewczyna biegała. Zerkniesz?

Zeszli z nasypu, przeszli wąski wąwóz i wdrapali się na pagórek. Za ścianą krzaków krył się kolisty plac zarośnięty trawą i otoczony drzewami. Żwirowa dróżka wiodła wokół zieleni. Tu i ówdzie stały ławki.

– Na wprost za drzewami jest szkoła i ulica, za nią kolejny mały park, a później to już Kasprowicza.

– Stąd chyba już niedaleko do lasku Arkońskiego?

– Tak, biegała tam w weekendy.

– Co miała na sobie, kiedy widział ją ten chłopak?

– Klasycznie: adidasy, dres, włosy miała wysoko spięte.

– Czyli była już w drodze do pracy, kiedy ją porwał.

– Yhm. Sprawdzamy całą trasę, którą zwykła przebywać w drodze do pracy. Pytaliśmy wśród pracowników piekarni, pobliskich sklepów i kiosków. Nic.

Wrócili pod budynek. Dziewczyna mieszkała na parterze, komisarz przekręcił klucze w zamku i pchnął drzwi. Późnopopołudniowe słońce sączące się przez zaciągnięte zasłony topiło pokój w modrej zieleni tropikalnego akwarium.

– Staraliśmy się nie zrobić zbyt dużego bałaganu. Chłopcy już tutaj skończyli.

Komisarz jeszcze coś mówił, ale Marek przestał go słuchać. Zanurzał się w życie Marty. Przeglądał zawartość szafy, czytał nazwiska autorów ustawionych na regale książek, zaglądał do kuchennych szafek, wąchał kosmetyki w łazience. Jak pisał Tolkien w Hobbicie: „Kto szuka, ten najczęściej coś znajduje, niestety czasem zgoła nie to, czego mu potrzeba”. Wciąż miał za mało informacji.

– Komputer?

– Laptop. Zabraliśmy go. Zarejestrowała się na jednym z portali dla samotnych. Sprawdzamy pocztę i ewentualnych kandydatów do spotkania.

Profiler wyjął notatnik i zaczął spisywać, póki co, luźne uwagi. Stefański, nie chcąc mu przeszkadzać, wyszedł na klatkę, słychać było, jak rozmawia przez telefon. Po blisko trzech godzinach opuścili mieszkanie.

– Pierwsze wnioski?

– Niezależna. Pewna siebie, ale skryta. Zdaje się, że wbrew temu, jak chciała być postrzegana przez ludzi – wrażliwa. Dbająca o zdrowie i o kondycję. Wyzwolona seksualnie. Otwarta na nowe znajomości. Ze zdjęć uśmiecha się do nas ładna blondynka, wręcz eteryczna. Ale przypuszczam, że mordercy nie chodziło tylko o jej wygląd. Musiał obserwować ją przez jakiś czas i znalazł w niej coś, co z jednej strony go pociągało, a z drugiej mierziło. Muszę porównać jego profil z dzisiejszymi notatkami, wtedy będę mógł powiedzieć coś więcej.

– To teraz na komendę. Masz umówione spotkanie.

– Już się nie mogę doczekać – odparł ironicznie. Nie lubił takich spotkań. Większość gliniarzy miała lekceważące podejście do pracy Marka.

– Nie przesadzaj, nie jest aż tak źle.

– Tobie łatwo mówić, a ja wiem swoje. To na mnie patrzą, jakbym miał co najmniej dwie głowy, nie na ciebie.

– Wszystkim zależy na rozwiązaniu tej sprawy jak najszybciej, więc powinni przyjąć oferowaną pomoc.

Kiwnął tylko głową w odpowiedzi, nie posiadał aż tyle optymizmu.

 

* * *

 

Gośka

Musiały pokłócić się właśnie wczoraj. W dniu drugiej rocznicy. Dwa cudowne lata bez trudnych tematów. Jasne, każdy się spiera o źle rzucone gacie, ale prawdę powiedziawszy, to są drobnostki. Można przywyknąć. Nauczyć się. Dostosować. Życie to nieustanny kompromis.

Ale to?! Co ona sobie wyobraża? – złorzeczyła w myślach Gośka. Nie żyjemy w Ameryce, idiotko! – wykrzyczała wprost w spoconą szyję kochanki. Aneta chciała ją podejść. Zrzucić bombę, kiedy będzie najmniej przygotowana, bezbronna. I prawie jej się udało zrobić z wczorajszego wieczoru małą Hiroszimę. Nic nie zapowiadało katastrofy. Kolacja, wino. Obłąkańczy seks. Język zataczał szaleńcze koła wokół łechtaczki. Palec w jej poddańczym tyłku napierał z siłą i wprawą. Idealną pewnością. A później to! Dziecko! Gdyby jeszcze stać je było na in vitro. Ale nie, Aneta postanowiła przespać się z facetem, nie informując nawet swej partnerki o podjęciu decyzji, że przyszedł czas na macierzyństwo.

Gośka czuła się zdradzona, oszukana. Zdrada niejedno ma imię. „A później… co będzie później” – głowiła się dziewczyna. Pieluchy, smród i ubóstwo.

Szła zamaszystym, pewnym krokiem. Zderzenie z mężczyzną poczuła całą sobą.

– Kurwa, uważaj jak chodzisz! – wycedziła odruchowo. Każdy facet był teraz potencjalnym wrogiem. Ojcem dziecka Anety. Bo przecież nie jej. Może w tym tkwił problem? Nie miała czasu tego przemyśleć.

Nieznajomy z przygarbionymi ramionami, z telefonem przy uchu ni to łkał, ni to próbował złapać oddech.

– Uspokój się. To mi właśnie stanęło serce. – Próbowała zażartować.

– Ona… Ona… jest chora – jąkał się. – Nie umiem jej pomóc.

– Kto? Gdzie? O kogo chodzi? Stary, dzwoniłeś na pogotowie?

– Każą mi… ja nie umiem, nie potrafię. – Przyłożył do ucha dziewczyny telefon. Usłyszała kobiecy głos instruujący, co robić.

– Kurwa, mężczyźni – westchnęła z rezygnacją. – Gdzie ona jest? Zaprowadź mnie do niej. Oby bachor się nie udusił. Aneta by… A w dupę z Anetą…

 

* * *

 

Rzeczywiście. Stefański nie kłamał w kwestii zaangażowania pracujących przy sprawie śledczych. Od znalezienia Marty minęły już dwa dni, a w pokoju wciąż było czuć zapał i celowość działania. Stosy kubków, przepełnionych popielniczek i styropianowych opakowań piętrzyły się na biurkach. Nikt nie chciał iść do domu.

 

Marka fascynowała interakcja między policjantami. Hierarchia bywa u nich elastyczna, ale zawsze wiadomo, kto jest szefem. Kujawa, nadkomisarz, którego Marek miał okazję poznać bliżej przy kilku wcześniejszych sprawach, właśnie tłumaczył coś zebranej grupie mężczyzn. Znajdował się o szczebelek wyżej od Stefańskiego, ale często odgrywał rolę raczej administracyjną, miał o wiele mniejsze doświadczenie w terenie. Z entuzjazmem przywitał nowoprzybyłych. Szybko wycofał się z dalszej dyskusji, tłumacząc, że czeka na niego ogrom papierkowej roboty.

Stefański przedstawił profilera śledczym, którzy zdążyli się już wygodnie rozsiąść na krzesłach, przyjmując niedbałe pozycje. Co poniektórzy zdjęli marynarki, jeszcze inni podwinęli rękawy. Z doświadczenia wiedział, że gliniarze swą wiedzę o profilowaniu zawdzięczali kilku nieciekawym lekturom z gatunku „idiot-friendly”.

– Szczerze mówiąc, to całe psychocośtam to nie moja para kaloszy – rzekł potężny facet przypominający niedźwiedzia w ludzkiej skórze. Z krzaczastymi wąsami i ciemnymi włosami wyglądał jak celtycki wojownik z komiksu o Obelixie i Asterixie. – Jestem śledczym i powinny do mnie przemawiać dowody, a nie przypuszczenia.

Komisarz rzucił olbrzymowi swoje opatentowane spojrzenie mówiące: „Jestem za dobrze wychowany, żeby nazywać cię idiotą”. Marek przewidział takie właśnie powitanie, dlatego niezrażony rozpoczął swój wywód:

– Sprawca jest najprawdopodobniej młodym mężczyzną. Mówimy o przedziale od dwudziestu do trzydziestu lat. Osobiście uważam, że ma mniej niż dwadzieścia pięć. Ewidentne problemy z odnalezieniem się w społeczeństwie. Niedojrzały seksualnie. Może mieszkać z matką lub kimś równie bliskim. Silny, dobrze zbudowany. W samo morderstwo musiał włożyć ogrom siły, do tego dochodzi przeniesienie zwłok. Zna terytorium, na którym zostawił ofiarę, co nie jest jednoznaczne z tym, że mieszka w pobliżu. Zdecydowanie jego miejsce zamieszkania znajduje się poza strefą buforową. Może przyjeżdżał tu kiedyś na odpoczynek, na grzyby. Może miał kogoś znajomego w pobliżu. Posiada świadomość przestępczą – na miejscu zbrodni nie znaleziono narzędzia, którym okaleczył kobietę. Nie znaleźliście istotnych śladów, znakiem tego jest bardzo uważny. Nie mamy do czynienia z zabójstwem na tle emocjonalnym, zwłoki nie nosiły śladów depersonalizacji[ii], więc możemy założyć, że nie znał ofiary. Obrażenia nie są przypadkowe. To typowe zabójstwo na tle seksualnym. Morderca mógł w dzieciństwie doświadczać przemocy fizycznej i psychicznej. Przeżył ten okres zestresowany, sfrustrowany, bez więzi emocjonalnej z rodziną. Mord miał zaspokoić jego potrzebę potwierdzenia własnej wyższości i wartości. Wcześniejsze kontakty seksualne miał nieudane, może doświadczył ośmieszenia, wyśmiania. Zakładam głębokie zaburzenie popędu, dewiację seksualną. Planował, dokładnie wybierał ofiarę. Mogę przypuszczać, że mamy idealny przykład nazabijania[iii] czyli zbyt dużego ładunku emocjonalnego, który nie został rozładowany w trakcie samego morderstwa. Dlatego to, co się stało, określam mianem morderstwa z lubieżności – zaspokojenie chuci, wzniecenie pobudliwości. Odebranie życia kobiecie w trakcie aktu płciowego ma wzmóc popęd, opóźnić wytrysk, lub go przyspieszyć. Żądza seksualna sprawcy była nadmierna i nie dała się zaspokoić naturalnym aktem. Morderstwo z lubieżności to szczyt sadyzmu. Sprawca lubi zadawać ból fizyczny i psychiczny – poniżać, dręczyć, upokarzać. Mówimy o sadyzmie, kiedy jest on potrzebny do uzyskania odpowiedniego poziomu pobudzenia erotycznego. Istnieją cztery rodzaje morderstwa z lubieżności: przed zbliżeniem, zamiast niego, w trakcie i po. Seksualny sadysta to osoba, która podnieca się dzięki cierpieniom innych osób. Nie chodzi tu o zadawanie bólu, tylko cierpienie ofiary. Ból jest tu tylko narzędziem, które ma spowodować cierpienie i to właśnie cierpienie jest dla niego najważniejsze. Możemy wyróżnić sadyzm fantazyjny, bierny[iv] i agresywny. Pierwszy i trzeci zdecydowanie pasuje do profilu poszukiwanego.

Marek przerwał swój monolog, aby sięgnąć po notatki.

– Powiesz nam coś więcej o nim, jak może wyglądać, gdzie PRACUJE – odezwał się „celtycki wojownik”.

– Proszę mi dać chwilę – odparł niezrażony Marek i zaczął kontynuować:

– Na podstawie zwłok mogę powiedzieć, że w sprawcy objawiają się dwa typy mordercy. Pierwszy to morderca zorganizowany, tak zwany socjalny – interesuje się pracą policji, stara się zacierać ślady, atakuje powoli, nawiązuje kontakt z ofiarą, zabija w punkcie A, martwe ciało przenosi do punktu B. Inteligentny, śledzi wiadomości lokalne. Mógł wcześniej uczestniczyć w praktykach związanych z kazirodztwem. W dzieciństwie dopuszczał się maltretowania zwierząt. Drugi typ to misjonarz, ma poczucie misji, usuwa zbędny według niego element, oczyszcza społeczeństwo. Stosuje metody myśliwego – porusza się po swoim terenie i łowcy – zwabia ofiarę, wykorzystując na przykład swój zawód. Jest tropicielem – po spotkaniu ofiary śledzi ją i atakuje w najlepszym momencie i czatownikiem – zwabia ofiarę w znane i bezpieczne miejsce. Jest w pełni świadomy co robi. Nie macie do czynienia z upośledzonym osobnikiem. To spostrzegawczy typ, uczy się. Maniak mocy i władzy, musi dominować nad ofiarą, miejscem i czasem, dlatego nie zabił jej w miejscu, gdzie została znaleziona. Utożsamia seks z dominacją, poddaniem się jednej ze stron. Zna uczucia ofiary i agresora. Znacznie lepiej czuje się w roli drugiej. Należy do grupy psychopatów wtórnych, którzy posiadają uczucia, wyrzuty sumienia. Przestanie zabijać, kiedy go złapiemy, kiedy umrze, lub ciężko zachoruje. Sam cierpi i wywołuje cierpienia u innych. Można to nazwać impotencją serca – nie potrafi dotrzeć do ludzi, rekompensuje sobie to zatem potrzebą posiadania władzy nad innymi. W dzieciństwie otaczał się pewnie młodszymi i słabszymi, którymi łatwiej jest sterować. Jego patologia nie wyróżniała się na tyle, żeby organy ścigania zainteresowały się jego postacią. Ze względu na swoje cechy nie rzuca się w oczy, sprawia wrażenie przeciętnego członka społeczeństwa, w którym działa. Ciężko jest połączyć pewne symptomy i uświadomić sobie, że ktoś z naszego otoczenia jest zdolny do takich okrucieństw. To nie jest automat do zabijania. Też ma uczucia. Mylnie go oceniamy, mówiąc, że jest bezduszną bestią, gdyż łączy tabu śmierci z tabu seksu – nie dosyć, że odebrał niewinnej kobiecie życie, to jeszcze przed, lub po śmierci, wykorzystał ją i okaleczył.

– Ale dlaczego tak ją okaleczył? – padło pytanie gdzieś z tyłu sali.

– Czasami, jeśli mężczyzna  nie może osiągnąć spełnienia, stwarza sobie dodatkową podnietę, chociażby poprzez fetysze i fantazje, bez których nie jest w stanie odczuwać przyjemności. W fantazjach może pojawiać się agresja. Rozgoryczenie i gniew w stosunku do kobiet może mieć wiele powodów. Te niesamowicie silne fantazje tworzą rzeczywistość wirtualną, do której daleko twórcom programów komputerowych. W tej rzeczywistości rozwija się sposób postrzegania otoczenia. W końcu sama fantazja przestaje przynosić zadowolenie. Obraz, na przykład niebieskookiej blondynki, smukłej i młodej, którą śledzi, napada i gwałci jest przenoszony do realnego życia. W ciągu lat jego fantazje żywiły się zgorzknieniem i frustracją. Marta zapłaciła za wszystkie jego krzywdy najwyższą cenę. Sądzę, że już wcześniej szukał zaspokojenia, na przykład w podglądaniu, ekshibicjonizmie, gwałcie lub samej próbie. Jest pewien siebie i sytuacji. Wszystko świadczy o tym, że za wroga mamy istotę inteligentną, myślącą, analizującą. Nie jest w związku, nie ma na tyle rozwiniętej empatii, aby utrzymać na dłużej emocjonalną więź. Pracuje, ale owa praca nie wymaga zbyt wysokich kwalifikacji. Dużą rolę w jego życiu odgrywa pornografia, zwłaszcza obrazująca sceny znęcania się. Stworzył silną psychologiczną barierę przed negatywną oceną wizerunku własnej osoby. Winą za to, co się stało, obarcza otoczenie, a rodzinę przede wszystkim.

 

– Czy to jest typowy kolekcjoner? Zakładając, że wcześniejsze zwłoki, o ile były i o ile można wierzyć w ten kartonik, też zostały okaleczone w ten sam sposób?

– No właśnie, kolekcjoner. To bardzo trafne określenie, bo można to porównać do prawdziwego kolekcjonera chociażby sztuki, który lubi kupować, zdobywać. Później odczuwa kolejną przyjemność, napawając się widokiem kolekcji. Mając świadomość, że należy do niego. Pierwsza przyjemność przy gwałcie, morderstwie, druga przy oglądaniu, dotykaniu trofeum. Nie możemy mieć pewności, że poprzednie ofiary również zostały pozbawione części ciała. Wtedy mógł zabrać tylko, na przykład, torebkę, biżuterię, część odzienia. Rzecz, którą wybrał, mogła się okazać zbyt błaha, nie przywoływała wspomnień, nie powodowała podniecenia. Przez okaleczenie, zabranie trofeum, stan euforii u mordercy na pewno się zwiększył, a efekt przyjemności znacznie wydłużył. Ale tutaj należy dobitnie zaznaczyć, że nie podnieca go sam fakt zabicia, ale zachowanie ofiary. Odczuwa silną erekcję zaciskając dłonie na tchawicy, widząc przerażone spojrzenie. Wiedząc, że ofiara ma świadomość zagrożenia i zdana jest na jego łaskę.

– Czyli kogo mamy szukać i gdzie? Trochę więcej konkretów byśmy chcieli.

– Nie podam wam adresu, nie wskażę rysopisu. Moje przypuszczenia powinny zawęzić krąg, wśród którego powinniście szukać sprawcy. Przejrzyjcie stare sprawy odnośnie zgłoszeń o podglądaczu, ekshibicjoniście w okolicach, po których poruszała się denatka. Już wcześniej mógł być notowany i dostać wyrok w zawieszeniu. Strony pornograficzne to jego hobby.

Marek jeszcze przez chwilę instruował policjantów, na co powinni zwrócić szczególną uwagę. Ci jednak z coraz większym lekceważeniem słuchali tego, co miał im do przekazania. Jak uczniaki w szkolnych ławach zaczęli wymieniać między sobą kąśliwe uwagi. Stefański posyłał im posępne spojrzenia, nie wróżące niczego dobrego. Skończywszy, profiler podziękował mimo wszystko za uwagę, kiwnął głową do komisarza i wyszedł z sali.

– Marek. – Gliniarz stąpał tuż za nim.

– Wiem, wiem. To nie twoja wina. Przyzwyczaiłem się.

– No, dzięki… – Było widać, że Stefańskiego palił wstyd za zachowanie podwładnych. – …Że poświęciłeś swój czas. Dla mnie twoje wskazówki są ważne i na pewno wedle nich będę kierował sprawą. Poza tym chciałbym, żebyś dalej pracował nad bardziej szczegółowym profilem. Przeczesujemy las w okolicy Tanowa. Skoro mówisz, że ten skurwiel zna teren, to może nam się poszczęści i znajdziemy, hmm, coś jeszcze. Poza tym ciągle szperamy w bazie danych. Jest kilka dziewcząt zaginionych, uderzająco podobnych do Marty, ale to wszystko są sprawy sprzed kilkunastu miesięcy. Wiesz, czasem jak patrzę na te zdjęcia, to dochodzę do wniosku, że nie chciałbym być blondynką. One najczęściej są ofiarami zwyrodnialców.

– To nie ich wina. Duży wpływ na postrzeganie blondynek ma przemysł pornograficzny, ale to już rozmowa na kiedy indziej.

– Jak dotrę do siebie, wyślę ci zdjęcia tych zaginionych, może tobie coś szczególnego rzuci się w oczy.

Po krótkiej rozmowie, Marek udał się w drogę powrotną do swej samotni.

Przez kolejne dwa dni zgłębiał życie Marty. Wszystkie wcześniejsze sprawy odłożył na i tak już spory stos. Czuł, że aktualnemu dochodzeniu należy poświęcić odpowiednią ilość uwagi i czasu. Stefański dzwonił po kilka razy dziennie, uzupełniając wiedzę Marka o dodatkowe wyniki i postępy w śledztwie. Mężczyzna znał już na pamięć wszelkie, nawet najdrobniejsze zadrapania na ciele kobiety, ale wciąż na nowo sięgał do zdjęć. Pracując intensywnie, zapominał o całym świecie. Przed oczyma przewijały się niechciane obrazy, w uszach dzwonił wyimaginowany krzyk ofiary. W głowie kłębiły się domysły: czy uciekała, czym go sprowokowała, czy błagała o litość.

Łowca, jakby świadom nastroju swego pana, zjawiał się wieczorami, zaglądał do miski i układał się spać, uprzednio wypełniając wnętrze pokoju miarowym mruczeniem.

Kolejny dzień przyniósł chwilowe osłabienie formy. Dlatego odłożył papiery na bok i wybrał się na długi spacer wokół jeziora. Niebawem cały teren miał się zrobić paskudnie błotnisty i dopiero silne mrozy umożliwią kolejne wyprawy. Spacer zajmował mu blisko trzy godziny. Kroczył po miękkim poszyciu, mijając plamy słońca i cienia. Lubił w trakcie spaceru przysiąść na starym pniu między krzewami i napawać się odgłosami lasu. Gdzieniegdzie wśród listowia skrzyły się jeszcze jeżyny, pewnie i one niebawem znikną, pożarte przez zwierzynę albo uwiędną.

Dłuższe spacery, z dala od stosów akt, pozwalały na chwilę oddechu, nabranie potrzebnego dystansu. Kiedy czuł, że naładował już baterie, niespiesznie wracał do domu. Nie przekroczył jeszcze dobrze progu, kiedy dźwięk telefonu rozbrzmiał gdzieś spomiędzy zmiętej pościeli. Nim go odnalazł, aparat umilkł. Spojrzał na wyświetlacz, siedem nieodebranych połączeń. Przeszły go ciarki. Czyżby nie zdążyli? Czy mógł tak strasznie się pomylić? Czy zabójca Marty uderzył ponownie i to tak szybko? Pytania kotłowały się w głowie, kiedy wybierał numer do komisarza.

– Halo! – zirytowany głos Stefańskiego nie brzmiał przyjemnie.

– Cześć. Dzwoniłeś – wydukał niepewnie Marek.

– Poczekaj. – Wokół policjanta panował dziwny zamęt, hałas. Profiler próbował wyłapać skrawki zdań. – Już jestem. Słuchaj, mamy numer dwa.

– Nie rozumiem – zaczął niepewnie. Wizja kolejnych okaleczonych zwłok odebrała mu na chwilę umiejętność myślenia.

– Znowu piłeś? Mówię przecież, że prawdopodobnie znaleźliśmy ofiarę numer dwa.

Marek nabrał głośno powietrze. Ulga, którą poczuł, nie mogła równać się z niczym innym. Brzemię odpowiedzialności, które przed chwilą go przytłoczyło, zniknęło.

– Skąd wiecie, że to on?

– Chyba od początku numerował swe ofiary. Kartonik.

– Gdzie?

– Przy… – głos policjanta zawahał się na małą chwilę – …szczątkach.

– Gdzie znaleźliście dziewczynę? – Marek nie zwrócił uwagi na wahanie ani na użyty zwrot.

– W tym samym lesie, tyle, że o wiele dalej od mieściny i głębiej między zaroślami. Miała wykopany grób.

– Mogę przyjechać?

– A myślisz, że po co wydzwaniam do ciebie pół dnia? Prokurator już odjechał. Dokonał oględzin wraz z lekarzem sądowym, ale wiedza patologa na nic się zdała. Czekamy na antropolog, Grażynę Harazim. Może o niej słyszałeś. Jedzie z Gdańska, w zasadzie już powinna być, wyjechała od razu po naszym telefonie. Jest świetna w tym, co robi.

– Tak, wiem, kim ona jest.

Marek nigdy nie poznał kobiety osobiście, ale słyszał dużo dobrego na temat jej pracy. Nawet czytał kilka publikacji i wykładów dla policji.

– Czekamy więc na nią. Dopiero jak skończy, zabierzemy szczątki.

– Antropolog, szczątki. – Dopiero teraz do Marka dotarł sens słów komisarza. – To znaczy, że ciało jest w stanie zaawansowanego rozkładu?

– Przyjedziesz to zobaczysz. Ale wiadomo, bez powodu byśmy nie prosili o pomoc nikogo obcego.

– W porządku. Jadę. Zadzwonię, jak już będę w Tanowie.

Nie przebrał się, zmienił tylko buty, złapał torbę, sprawdzając, czy aby na pewno ma swój notes i coś do pisania, po czym wsiadł do auta i z niespotykanym u niego pośpiechem ruszył w drogę. Nie zadzwonił do komisarza, kordon policji wyznaczył dokładne miejsce, gdzie znaleziona została ofiara. Zaparkował na poboczu i podszedł do pierwszego napotkanego policjanta.

– Szukam komisarza Stefańskiego.

– Jest – mężczyzna urwał w pół zdania. – A pan to właściwie kto? – zapytał podejrzliwie.

– Marek Zalewski. Komisarz na mnie czeka.

– Ta, a ja to zgrabna baletnica. Pismak pewnie. – Spojrzał na Marka z pogardą. – Niestety nie mogę…

Profiler już nie słuchał, odwrócił się do policjanta plecami i zadzwonił do Stefańskiego. Po dłuższej chwili spomiędzy drzew wyłoniła się znajoma sylwetka. Wyglądał na zmęczonego. Sine cienie pod oczyma dodawały jego łagodnej twarzy mroczności i tajemniczości.

– Jesteś w samą porę. Babka od kości zjawiła się tuż przed tobą. Dopiero zaczyna oglądać zwłoki. Chodź.

Marek rzucił jeszcze niechętne spojrzenie policjantowi i ruszył w ślad za komisarzem. Podobnie jak w przypadku oględzin zwłok Marty, weszli w las wyjeżdżoną dróżką. Tutaj jednak nie było kolistego parkingu obsypanego piachem, aczkolwiek wytrawny kierowca mógł sobie bez problemu poradzić z lawirowaniem po małej przestrzeni. Minęli pierwsze krzewy i zagłębili się w wilgotnym lesie. Szli po wydeptanych wcześniej śladach. Co rusz napotykali kolejnego policjanta, to fotografującego glebę, to układ drzew. Niektórzy pobierali próbki do badań. Im bliżej było miejsca znalezienia zwłok, tym liczba mężczyzn się zwiększała.

– Kto znalazł ciało? Przecież to środek lasu, idziemy i idziemy.

– Jakiś facet z miasta przyjechał tu z psem, żeby czworonóg wyganiał się bez smyczy i kagańca. I to właśnie zwierzak znalazł to miejsce.

Marek miał jeszcze o coś zapytać, ale właśnie dotarli. Spora grupka gliniarzy w jaskrawych kamizelkach ciasnym wianuszkiem otaczała delikatną kobiecą postać, która właśnie przyklękła na prowizorycznym grobem. Nie mógł ocenić wieku antropolożki, gdyż jej twarz skrywał daszek sportowej czapki.

– Wiesz, ona jest naprawdę świetna w tym, co robi. Aż się dziwię, że nie mieliście okazji do spotkania. Też często wykłada swoją wiedzę gliniarzom na różnorakich konferencjach.

– Tak, ale ja do Gdańska nie jestem zapraszany. Oni tam mają swój sztab profilerów. Nie potrzebują moich rad.

Podeszli na tyle blisko, że mógł usłyszeć, o czym mówi kobieta.

– Zmiany zachodzące w ciele, w tym, co z niego zostało, mogą być tak nieznaczne jak lekkie przesunięcie cienia lub równie dramatyczne, jak pożar w starym, zardzewiałym aucie – zaczęła dość poetycko i niezrozumiale. Dalsza część wypowiedzi była równie tajemnicza: – Przede wszystkim należy określić wielką czwórkę. I po to ja jestem wam potrzebna, żeby na podstawie tego, co tutaj mamy, a więc samych kości, móc określić podstawowe dane, co umożliwi ewentualną identyfikację ofiary.

– A ta wielka czwórka? Co to jest? – zapytał jeden z techników.

– Płeć, rasa, wiek i wzrost – odparła spokojnie, bez wyższości w głosie. – Kości są najważniejszym i najwiarygodniejszym źródłem informacji. Jeśli ciało uległo rozkładowi, rozczłonkowaniu lub zostało częściowo zjedzone przez zwierzęta lub też jeśli tkanka miękka jest w stanie głębokiego rozkładu, wtedy bardzo ciężko określić wielką czwórkę. – Przerwała na chwilę, obeszła dół dookoła i stanęła na jego najwyższym brzegu. – Tutaj mamy ewidentnie do czynienia z ciałem kobiety. Wąskie usta, spiczasta broda to typowe cechy żeńskie. Czoło gładkie i ładnie zaokrąglone nad brwiami, podręcznikowy przykład, można by rzec.

Marka uderzyło sformułowanie „ładnie zaokrąglone” w odniesieniu do czegoś, co stanowi szczątki człowieka, kobiety, która musiała ponieść bolesną śmierć. Pani antropolog koncentrowała się mocno na pracy, nie zastawiając się, po co i dlaczego. W przeciwieństwie do niego, ona skupiała się wyłącznie na tym, co miała przed oczyma. Wiedziony ciekawością postąpił krok naprzód, aby zajrzeć do wnętrza grobu. „Faktycznie.” Pomyślał, że gdyby nie ubranie, nie wydałby opinii na temat płci. Resztki skóry, która już dawno musiała zsunąć się z czaszki, napawały go obrzydzeniem. W dole znajdowały się jedynie kości obleczone w strzępki ubrań. Tu i ówdzie szkielet wydawał się niekompletny.

Rozejrzał się wokół. Kilka dni temu przy ciele Marty pracowało dużo ludzi. Zewsząd dochodziły dźwięki aparatów. Co poniektórzy, bardziej wrażliwi zakrywali nozdrza, zbliżając się do gnijącego ciała. Tutaj sprawa wyglądała inaczej. Nie bardzo było co fotografować. Kości oraz każdy najdrobniejszy szczegół okolicy zostały już pewnie uwiecznione na zdjęciach.

– Zwróćcie uwagę, że owady zaczynają opuszczać szkielet. Nie widać kokonów much. O tutaj, kilka os i chrząszczy, łańcuch pokarmowy w akcji. To nie jest przypadek, to uporządkowana sekwencja. Owady zrobiły co swoje, ogołacając szkielet.

– Kiedy zginęła? – Marek zadał pytanie, które od początku kłębiło mu się w głowie.

– Ciężko powiedzieć. Mamy tutaj czwartą fazę rozkładu. Zauważ, że czaszka jest odsłonięta, brzuch zapadł się dawno temu, odsłaniając żebra i kręgosłup. Skóra na dłoniach pozbawiona jest naturalnego tłuszczu, wyschła. Ale chłopcy z daktyloskopii bez problemu nawilżą ją i będą mogli zdjąć odciski, linie papilarne wciąż są widoczne. Pewnie nie miała ran na dłoniach, bo inaczej owady pozbawiłyby ją skóry w miejscach, gdzie znajdowałyby się rany. Za to szyja. Zobacz, kość żuchwowa cała jest odsłonięta, to samo z kością łonową. Więcej powiem, jak popracuję ze szczątkami.

– Widzę, że nie ruszaliście jeszcze ciała. Skąd zatem wiadomo, że to ”dwójka”?

Gdyby spojrzenie mogło zabijać, Marek z pewnością padłby na wyściełane trawą podłoże bez tchu. Stefański popatrzył na niego jak na największego zbrodniarza.

– Jaki numer „dwa”? – zapytała antropolożka, podnosząc się z kucek.

– Mieliśmy o tym wspomnieć, ale dopiero jak zapozna się pani ze szczątkami. Nie chcieliśmy nic sugerować. Tydzień temu znaleźliśmy ciało dziewczyny oznaczone cyfrą „trzy”. Przy dzisiaj oglądanych szczątkach znaleźliśmy kartkę z numerem „dwa”, co skłania do wysnucia tezy, że mamy do czynienia z tym samym sprawcą.

– Pan chyba źle pojmuje moją pracę. Oceniam sprawę na podstawie tego, co widzę. – Oparła wojowniczo dłonie na biodrach.

– Najmocniej panią przepraszam. To jest ważne śledztwo, nie możemy popełnić żadnego błędu. Zapomnijmy o sprawie i niech każdy robi, co do niego należy. Później wszystko przedstawię i opowiem o pierwszych znalezionych zwłokach.

– Dowiem się, skąd wiadomo, że to „dwójka”? – wtrącił się Marek, chcąc przy okazji skierować rozmowę na inny tor. Prywatne potyczki Stefańskiego z panią antropolog mało go interesowały. Za to otaczający ich śledczy i policjanci z zaciekawieniem przysłuchiwali się wymianie zdań, na co w końcu i Stefański zwrócił uwagę:

– A wy co, kurwa? Do roboty! Macie mi przeczesać ten pierdolony las wzdłuż i wszerz. Wszystko! Każdy śmieć ma zostać wyzbierany.

– I kości. Z tego, co widzę, brakuje kilku. Sądzę, że zwierzęta mogły rozszarpać ciało. Jak poskładam szkielet, będę wiedziała, czego brakuje.

Mężczyźni ruszyli do roboty. Grudki ziemi, poszycie leśne, wszystko trafiało do papierowych woreczków. Marek już się nie dziwił temu widokowi. Chociaż w serialach i filmach kryminalnych często wprowadzają widza w błąd, używając foliowych torebek.

– A ty to kto? – zapytała kobieta.

– Przepraszam. – Wyciągnął dłoń. Jednak antropolożka nie odwzajemniła gestu. Na dłoniach wciąż miała rękawiczki. – Marek Zalewski. Jestem profilerem i…

– Tak, tak. Słyszałam o tobie. Pracowałeś z moim kolegą z wydziału. Sprawa „Skorpiona”, o ile dobrze pamiętam.

– Tak, pracowałem z Przemkiem Wardą.

– Pracuję z nim od kilku miesięcy. Kiedy wróciłam ze Stanów, zostałam skierowana do jego grupy śledczej.

– Była pani w Quantico[v]? – Kobieta konsekwentnie przeszła na ty, ale nie rewanżował się tym samym.

– Tak, skąd wiesz?

– Przebywałem tam na rocznym szkoleniu. To pierwsze miejsce, gdzie kierują na wymiany.

– Nie chcę przeszkadzać – wtrącił się komisarz. – Może później omówicie wszystkie kwestie, i te osobiste, i te związane ze sprawą – uśmiechnął się. – A póki co, weźmy się do roboty.

Marek, jak skarcone dziecko, od razu sięgnął do torby po notes. Kobieta jeszcze chwilę stała zamyślona, dopiero po chwili wróciła do oględzin szczątków.

– No, to skąd wiadomo, że to numer dwa? – Marek ponowił pytanie.

– Kartonik. Tym razem ułożony na ciele. Przysypany ziemią. Mniejszy. Chłopcy już go zabrali.

– Kurwa – zaklął. – Będę potrzebował zdjęcia.

– Wiem, wiem, ale nie mogliśmy czekać. Prokurator kazał jak najszybciej przekazać kartonik do laboratorium. Trzeba porównać rodzaj papieru, folii. Nie znam się na bindowaniu, ale może chłopaki znajdą coś, co łączy te dwa papierki, jeżeli oczywiście dokonywał foliowania w jakimś punkcie usługowym, bo jeżeli ma swój sprzęt, będzie gorzej. Zawsze można sprawdzić, kto dokonał zakupu, ale to trwa znacznie dłużej.

– Czy już teraz – lekko naburmuszony Marek zwrócił się do kobiety – jest pani w stanie określić, czy są uszczerbki na kościach w okolicach łonowych?

– Mów mi po imieniu, proszę. – Spojrzała na niego spod rzęs. – Nie bardzo rozumiem, o co pytasz?

– Poprzednia ofiara została znaleziona w drugiej fazie rozkładu. Miała nacięcia na genitaliach. W zasadzie to została ich pozbawiona. Mówię o narządach płciowych rozrodczych. Odrzuciliśmy tezę rozszarpania przez zwierzęta i częściowego „rozniesienia” ciała po okolicy. Rodzaj obrażeń jasno wskazuje na udział sprawcy w okaleczeniu, czego dowiodły badania. Użył noża. Z psychologicznego punktu widzenia zrozumiałe jest, że zabrał ze sobą wybrany fragment, zbyt dużo siły i czasu musiał poświęcić na tego typu okaleczenie, żeby później po prostu to zostawić. Dodam jeszcze, że z pewnością jest to dla niego potwierdzenie czynu, który stale powoduje napięcie seksualne.

Grażyna nie odpowiedziała. Kucnęła tuż przy szczątkach i bacznie zaczęła się im przyglądać.

– Na tę chwilę nie potrafię udzielić odpowiedzi. Muszę oczyścić kości. Wtedy będziemy wiedzieli.

Podszedł do nich jeden z techników, wypytując antropolożkę o opinię na temat ułożenia zwłok. Marek próbował skupić się na swojej pracy, ale kątem oka obserwował Grażynę. Kobiety często nie nadają się do pracy w dochodzeniach. Przy gwałtach, morderstwach na tle seksualnym, zabijaniu dzieci, włączają niepotrzebne emocje, angażują się, co wypacza podejście i obiektywizm. Przez cały czas istnienia jednostki Archiwum X[vi] wstępowało do niej sporo kobiet, ale Grażyna była jedyną, która pozostała. Specyfika pracy okazała się zbyt obciążająca dla pozostałych. Grażyna sprawiała wrażenie innej. Nie przejawiała emocjonalnego zaangażowania, nie oceniała sprawcy i nie rzucała opinii w stylu „bezduszny szaleniec”. W rozmowie z technikiem zadawała konkretne, rzeczowe pytania odnośnie ciała Marty. Jej twarz przybierała wyraz, który Marek uznał za interesujący; trochę zamyślony, trochę obronny. Im dłużej na nią patrzył, tym bardziej mu się podobała. Cieniutkie zmarszczki wokół oczu sugerowały, że lubi się śmiać. Jasnoniebieskie oczy i wysokie kości policzkowe. Usta nawet w bezruchu wydawały się gotowe do uśmiechu. Wilgotny błyszczyk lśnił na wargach. Spomiędzy rozpiętej sportowej kurtki wystawał golf, który idealnie obciskał okrągłe piersi. Nie były za duże, ale więcej niż pełna garść to marnotrawstwo. Czy to zasługa dobrego stanika? – zastanawiał się Marek.

Kiedy niespodziewanie zwróciła ku niemu zamyślone oblicze i przyłapała, że się jej przyglądał, przechyliła lekko głowę, a usta rozchyliły się nieznacznie w zalążku uśmiechu. Zdekonspirowany psycholog szybko powrócił do swych czynności.

Prowizoryczny grób miał na oko sześćdziesiąt – siedemdziesiąt centymetrów głębokości. Ciało zostało przysypane listowiem i ziemią, tworzącą teraz błotnisty osad. Technicy w celu dokładnego obfotografowania kości usunęli już znaczną część materiału, którym przestępca zamaskował zwłoki. Marek miał tylko nadzieję, że wcześniej również przyłożyli się do zadania i będzie mógł wszystko obejrzeć na spokojnie na zdjęciach. Kiedy kończył już zapisywać pierwsze sugestie, podszedł do niego Stefański.

– Słuchaj, wiem, że proszę o dużo, ale jestem w kropce.

Profiler przygotował się na prośbę o szybkie działanie, sprawne sporządzenie kolejnego profilu, uzupełnienie poprzedniego, dlatego słysząc prośbę komisarza, aż otworzył usta ze zdziwienia.

– Zaopiekujesz się panią antropolog? Opowiesz jej trochę o sprawie. Muszę dać chwilę czasu całemu zespołowi. Zanim dostarczymy kości do laboratorium, muszą zostać spełnione wszystkie procedury. Nie chcę ciągać tej kobiety za sobą.

– Mam być niańką? – zażartował.

– Dobra, dobra. Niańką takiej panny też mógłbym zostać.

– Oho! Uważaj, bo. Już widzę, jak małżonka bierze sobie twoją podopieczną pod skrzydła – zaśmiał się. – Dobra, zabiorę ją gdzieś.

– Dzięki stary, mam u ciebie dług. Ta robota to krzyż pański. – Stefański posiadał złośliwe poczucie humoru, które sprawiało, że czasami brzmiał, jakby miał dosyć świata, ale Marek wiedział, że komisarz lubił swoją robotę. Pies z powołania.

– Będę czekał przy aucie.

Na pożegnanie kiwnęli sobie głowami.

Mężczyzna wrócił do samochodu, oparł ciało o maskę wysłużonej Mazdy. Pogrążył się w chaotycznych myślach. Analizował, porównywał. Sprawca potrzebował uwagi, akceptacji i podziwu. Jego pierwsze poczynania były ostrożne. Sondował reakcje swoje i policji. Kartki z numerami napawały wszystkich zaangażowanych w dochodzenie strachem. Jednak Marek widział w kartonikach nadzieję. Morderca mógł w ten sposób przejawiać skruchę, chciał zostać złapany; wiedział, że robi źle, mógł doświadczać poczucia winy, które jednak nie było na tyle silne, aby się ujawnić.

Z zamyślenia wyrwał go melodyjny, kobiecy głos:

– Słyszałam, że masz się mną zaopiekować? – rzuciła Grażyna. Wykonywana przez kilka ostatnich godzin praca zdawała się nie psuć jej humoru.

– Zrobiliśmy losowanie i niestety wypadło na mnie – odparł z ustami rozciągniętymi w uśmiechu.

– No, to jak? Będziemy zwiedzać miasto, czy może zabierzesz mnie do dobrej knajpy? Szczerze mówiąc, wolę opcję drugą, nic dzisiaj jeszcze nie jadłam.

– Jestem za. – Coraz rzadziej spotykał kobiety, które jawnie przyznawały się do potrzeby jedzenia. Miał tylko nadzieję, że Grażyna nie jest kolejną zwolenniczką szeroko pojętej zieleniny. – Znam jedno miejsce, gdzie podają wyśmienite mięcho. – Sprawdzał kobietę.

– W takim razie jedźmy już, na samą myśl burczy mi w brzuchu. – Nie czekając na odpowiedź, wsiadła do auta.

W trakcie jazdy trajkotała niezmordowanie, zasypując Marka ciekawostkami ze swej pracy. Nie wyraziła cienia dezaprobaty, kiedy wprowadził ją do lekko zatęchłej knajpy. Zajęli miejsce tuż przy wielkim oknie. Zza lady pozdrowił go właściciel przybytku, patrząc pytająco na jego towarzyszkę. Marek wzruszył tylko ramionami. W powietrzu czuć było zapach smażonych krążków cebuli, podawanych tutaj w cieście naleśnikowym.

– Mam nadzieję, że smakuje lepiej niż pachnie – rzuciła bez nagany w głosie, kiedy kelner postawił przed nią talerz z parującym jeszcze kawałkiem mięsa. Wokół pieczystego ułożono gotowane warzywa, karotki, różyczki kalafiora. Sporą porcję ziemniaków obficie podlano ciemnym sosem.

– Jedz, a przestaniesz narzekać.

– Za dużo gadam?

– Nie, skądże. – Uśmiechnął się i wyrozumiale, i ironicznie zarazem.

– Często tu bywasz? – wybełkotała z pełnymi ustami.

– Jak tylko jestem w mieście, staram się wpadać.

– To gdzie ty właściwie mieszkasz?

– Kawałek za miastem, nad jeziorem.

– Brzmi kusząco. – Spojrzała na niego uważnie znad talerza. – A teraz powiedz mi wszystko o sprawie z kartonikami.

Kiedy Marek dzielił się z kobietą zdobytą wiedzą, ta wręcz pochłaniała dania i deser. W końcu nie wytrzymał:

– Nie wiem, gdzie ci to wszystko wchodzi – stwierdził, wskazując ruchem głowy szybko zmniejszający się kawałek ciasta na jej talerzyku. – Taka jesteś chuda, że ledwo cię widać.

Powoli odłożyła sztućce. Przybrała na usta uśmiech: w połowie cyniczny, w połowie smutny.

– Zajadam stres.

– Większość normalnych ludzi reaguje na stres brakiem apetytu. Czym się stresujesz? Pracą?

– Też. Nie powiesz mi chyba, że na ciebie to nie działa? Widok martwych ludzi nie napawa cię obrzydzeniem? Lękiem, że komuś z twoich bliskich też może się coś takiego przytrafić?

– Nie myślę tymi kategoriami. Do pewnego stopnia przyzwyczaiłem się do widoku zwłok. Ciebie można by w zasadzie zapytać o to samo.

– Nie. Jest różnica pomiędzy tym, co robię ja i ty. Ja zazwyczaj pracuję przy kościach, obmytych, czystych. Nie muszę oglądać zdeformowanych ciał, poszarpanych twarzy. Pracuję ze szczątkami, ty ze zwłokami.

– To też nie jest tak. Oczywiście, dopiero po latach praktyki pojawił się chłodny dystans, który chroni mnie przed obłędem. Nauczyłem się segregować emocje. Pracując nad konkretną sprawą często doświadczam jednocześnie bólu i gniewu. Gdzieś pomiędzy nimi znajduję równowagę. Staram się nie oceniać sprawcy, jego czynu. Jakby ci to wytłumaczyć… Nie zastanawiam się nad twórczością Chopina, czy dziełami Picassa. Nie oceniam młodej matki porzucającej swe dziecko w pojemniku na śmieci, przestępcy torturującego starszą panią, by po jej śmierci gwałcić ją i rozczłonkowywać. Interesuje mnie szara breja, lepki budyń ukryty pod czaszką. Próbuję znaleźć odpowiedzi, dlaczego miły z natury chłopak wybił pół swej rodziny. Zło jest schowane pod naturalnym uśmiechem. Ciekawi mnie, co takiego stało się w życiu na przykład mordercy od kartoników, że szuka zadowolenia i aprobaty w odbieraniu życia.

– Dobrzy ludzie wychowują dobre dzieci.

– Słucham?

– Odchylenia od normy nie biorą się znikąd, tak to rozumiem.

– Właśnie. Staram się wyjaśniać przyczyny, powody.

– Jakie masz wnioski odnośnie do tej sprawy? – Oczy patrzące na niego spod jasnych rzęs były nadzwyczaj skupione.

– Mamy do czynienia z socjopatą. Zaburzenia osobowości mogą tu mieć podłoże w wychowaniu i środowisku domowym; otrzymał negatywne wzorce. Paranoik, schludny, czysty. Dużą rolę odgrywa dla niego rytuał, powtarzalność, co jest zapewne przejawem konkretnych fantazji. Są to jego istotne zachowania, które uzupełniają niezbędne przygotowania i czynności, aby popełnić morderstwo. Jego modus operandi jest dynamiczne, zmienia się wraz ze zdobywaniem doświadczenia. Sposób działania i rytuał mogą się zmieniać, ale rdzeń podpisu, okaleczanie krocza w tym przypadku, już nie. Do podpisu możemy dodać trofea, które potwierdzają realizację czynu. Jest jako tako zorientowany w praktykach policyjnych. Na pewno nie działał pod presją okoliczności. Wszystko świadczy o działaniu z premedytacją. Wymierzył karę. Dominował. Seksualni mordercy mają tendencję do doskonalenia techniki i zwiększania władzy nad ofiarami. Stopień dewiacji rośnie, umacnia się. Dla mężczyzn dużą rolę odgrywają bodźce wzrokowe, dlatego magazyny z nagimi paniami zrobiły taką furorę. Niektórzy ekshibicjoniści błędnie zakładają, że podobny wpływ na kobietę ma widok wzwiedzionego penisa.

– Jak sobie dajesz z tym radę? – wtrąciła pytanie Grażyna.

– Z czym konkretnie?

– Poznajesz ofiary, ich środowisko, rodzinę. Zgłębiasz ich życie – zawiesiła głos.

– Tak, obrazy ofiar, które widziałem, kiedy życie już z nich uciekło, zamazują się. Bardziej pamiętam ich zrekonstruowaną osobowość. Nie, moja praca nie jest przyjemna. Niektóre wspomnienia pewnie nigdy mnie nie opuszczą.

Spojrzał na ulicę, ludzi za szybą. Poczuł się daleki od beztroskiego życia. Pracując przy zwłokach, obcując ze śmiercią, jest to nie do uniknięcia.

– Masz rodzinę? Kogoś, przy kim mógłbyś zapomnieć o pracy? – kontynuowała przesłuchanie.

– Nie potrafię zapomnieć o pracy, w tym cały problem – odparł z nutką goryczy w głosie.

Uciekł wzrokiem za okno. Dzień powoli dobiegał końca.

Jego destrukcyjne związki sięgały daleko w przeszłość. Ówczesna żona opuściła go bez powodu. Tłumaczyła się, że chodzi o zimno, które najpierw wsączyło się przez szczeliny w ich małżeństwie, a potem zmroziło je kompletnie. Chodziło o to, że odsunął ją od siebie, tłumacząc, iż to dla jej dobra, bo realia zawodu profilera mogą przerazić postronnego obserwatora. Jakby dawał do zrozumienia, że gdyby musiał wybierać pomiędzy pracą a żoną, wybrałby tę pierwszą.

Ostatnia partnerka, z którą się spotykał, krótko przed zerwaniem powiedziała: „Nie wiem, może przynudzam, ale za każdym razem, gdy wychodzimy razem, mam wrażenie, że ciebie ze mną nie ma. Żyjesz we wnętrzu własnej głowy. Ja tak nie mogę. Nie ma dla mnie miejsca w twoim życiu. Nie wiem, może byłbyś bardziej mną zainteresowany, gdybym upodobniła się do książki albo do akt sprawy, a najlepiej – do cuchnącego trupa.”

Po Karolinie postanowił z nikim się już nie wiązać. Przygodny, okazjonalny seks, czemu nie. Jednak nie stać go było na angażowanie się w coś poważniejszego, kobiety mają to do siebie, że po pewnym czasie zaczynają wymagać, oczekiwać więcej i więcej.

Jakiś czas temu pracował w klinice psychiatrycznej jako konsultant. Poznał tam uroczą kobietę. Opiekuńczość miłej koleżanki brał za uwerturę do czegoś bardziej romantycznego – póki pewnego dnia nie zobaczył jej splecionej w uścisku z lekarzem. Poczuł się lekko zbulwersowany – i ogromnie mu ulżyło.

– Nie mam żony, bo pewnie o to pytasz.

– No, tak, to zrozumiałe – odpowiedziała niewzruszona i nieskrępowana jego uwagą.

– To znaczy, co jest zrozumiałe?

– Próbujemy, ale nam nie wychodzi. Druga połówka nigdy nie zrozumie naszej pochrzanionej roboty. A z drugiej strony, jakby tak znaleźć sobie kogoś z branży. Nie, tego też próbowałam. Musi być ktoś na miejscu, z normalnym zawodem, kto zadba o dom, ciepło rodzinne. Pytanie, gdzie biegnie granica pomiędzy związkiem dwojga ludzi a obsesją? Pomiędzy własną osobowością a wyrzeczeniem się siebie dla pracy?

– Rozumiem, że nie masz męża – odgadł, nie bardzo rozumiejąc ostatnich pytań.

– Nie mam i nie miałam. Żaden kandydat nie wytrzymał. Obydwoje konsumowaliśmy klopsy, tyle, że podlane różnymi sosami – westchnęła. – A jak próbujesz zapełnić swój wolny czas, odpocząć od pracy?

– Czas wolny? Żartujesz sobie. Co to takiego? O ile nie pracuję nad niczym bieżącym, pilnym, ślęczę nad starymi aktami, sprawami, które mają za chwilę ulec przedawnieniu.

– Skąd ja to znam. – Mrugnęła do niego porozumiewawczo. – Masz dzieci?

Marek zamyślił się. W pamięci przywołał kawałek jednego ze swych ulubionych wierszy:

„Odbite w oczach dwa ludziki

To cały obraz tej miłości”[vii]

– Nie. – Stanowczy ton uciął kolejne pytania na ten temat.

Zamówili jeszcze po kawie i kolejny kawałek ciasta dla Grażyny. Trzymała kubek kilka centymetrów od twarzy. Wyciągała ku niemu wargi ułożone w sympatyczny, spiczasty ryjek. Siedzieli w zatęchłej knajpie, wymieniając doświadczenia związane z pracą, ale nie tylko. W trakcie miłej pogawędki opowieści o służbowych przygodach przeplatały się z tematyką prywatnego życia. Marek niemal OD RAZU polubił otwartość kobiety, jej optymizm oraz zamiłowanie do wykonywanego zawodu. Z przyjemnością wsłuchiwał się w tembr melodyjnego głosu, ukrytą wibrację, która dawała znać o osobie w chwilach, kiedy kobieta była lekko rozbawiona. Obserwował iskierki tańczące w spojrzeniu niebieskich oczu, które zapalały się, gdy opowiadała o swym fachu. Naturalne, niczym nieskrępowane gesty przywodziły na myśl niedoświadczoną nastolatkę. Dojrzałość słów bardzo kontrastowała z dziewczyńskim zachowaniem. Pewnie zdawała sobie sprawę, że jest pociągająca, ale według Marka nie uświadamiała sobie do końca, jak silnie działa na mężczyzn. Z początku nie zwrócił na to uwagi, ale kiedy chłopak z tacą, bodajże czwarty raz w przeciągu czterdziestu minut, podszedł do ich stolika, proponując „coś jeszcze”, zrozumiał, że chyba wszyscy ulegają kobiecemu urokowi pani antropolog. A ona albo nie zdawała sobie z tego kompletnie sprawy, albo dobrze grała, udając, że nie zauważa, kiedy ktoś wlepiał w nią zauroczone spojrzenie.

 

* * *

 

Najbardziej chyba zapamiętam pierwszą, niepodpisaną. Mówiłem o orgazmie, który wtedy miałem? Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłem. Może, gdyby nie on, wytrysk obfity i tak cudowny, jak nic innego w życiu, to bym już więcej nie napadał na dziewczyny? Nie wiem. Wiem, że to było narkotyczne, znów usłyszeć krzyk. Krzyk gniewu, paniki, niegodzenia się na stan rzeczy, który wymuszałem. Jedna nie krzyczała, tylko w kółko, jak mantrę, recytowała pacierz. Skończyła jak reszta. Amen.

Pewne rzeczy zachowywałem. Nie. Żadne tam gadżety. Wycięte cipy, to tak. Ale ja mówię o ich traktowaniu. Wiesz, ta pierwsza, sporo mnie nauczyła. Była ważna i nawet o tym nie wiedziała. Z każdą następną było łatwiej, podobnie, ale nie tak samo. Ona miała najłatwiej, powinna być szczęśliwa, powinna mi dziękować. Przetarła szlak.

Chciałem, jak mi, kurwa, Bóg miły, chciałem nie być potworem. Nie dało się.

Nie wiem. Po pierwsze żadna nie była tak dobra, żeby brać ją za Elżunię. I co z tego, że podobne. W dupie mam takie podobieństwo. Wygląd i pizda, jak się okazuje, to nie wszystko. Buntowały się. Wierzgały, pluły, gryzły. O! zobacz tutaj, bliznę mam do teraz. Tak się odwinąłem, że zęba wypluła. I dobrze. Później łatwiej poszło.

Kiedy otwierałem drzwi, odskakiwałem przezornie. Niby dostawały po łbie, niby zapętlałem plastik na rękach i dłoniach, ale kto wie. Żadna nie uciekała. Zdezorientowane jak śnięta ryba, tkwiły nieruchomo w budzie auta. Dopiero w momencie, gdy się odzywałem, gramoliły się niezgrabnie, próbując wstać, wydostać się.

Oczy. Byłeś kiedyś na polowaniu? Ja też nie. Ale widziałem filmiki w necie. Dużo. Tak wyglądają oczy zwierzaka złapanego w sidła. Moje dziewczyny tak na mnie patrzyły. Włosy potargane, twarz umorusana smarem ze szmat, rozmyty makijaż od łez. Opuchnięte od płaczu oczy, klejące się smarki i ślina oblepiająca brodę. Wszystkie takie same. Tak samo brzydkie. Gniewałem się na tę brzydotę.

Parkowałem blisko miejsca, które wybrałem. Tylko jedna szła posłusznie, kiedy już uwolniłem kostki. Nie pamiętam, druga albo trzecia. Mówiła, żebym wziął sobie, co chcę i ją zostawił. Nie miała wstrętu do samego pieprzenia. Złożyłem obietnicę, że puszczę ją, jak już się spuszczę, za każdym razem to obiecywałem. Nawet jęczała. Teraz wiem, już wtedy wiedziałem, że udaje, suka jedna. Ale na ból reagowała.

Nie, po co? Marnowałbym tylko czas. To, co mnie interesowało, chowało się w gaciach. Nie było potrzeby rozbierania ich całych. Czasami zadarłem bluzkę, żeby pościskać cycki. Przeklęte spodnie. Nie wiem, dlaczego kobiety je noszą. Te w spódniczkach zyskiwały moją aprobatę. Szybko docierałem ręką w ulubione miejsce.

Ech, gdyby to takie proste było. Żadna nie chciała OD RAZU rozłożyć nóg. Biłem. Tak, biłem mocno. Jedną jak trzepnąłem, to od razu jej pół twarzy spuchło, ale tak, że nie widziała na jedno oko. Im więcej się wyrywały, im większy stawiały opór, tym mocniej tłukłem, kopałem. Lubiłem przydusić. Nie, nie tylko. Wyjmowałem wtedy szmatę, to stanowiło pewne ryzyko – pluły, gryzły i krzyczały. Krzyku chciałem słuchać. Ale czasami trzeba wybrać. Opierałem kolana o tułów i napierałem z całej siły. Wiesz jak przyjemnie jest czuć pulsującą pod twoimi rękoma szyję? Czujesz, jak próbuje przełknąć ślinę. Słyszysz, jak charczy, jak się dusi. Oczy łzawiły. Ciało, dotychczas szamocące się ze mną, z braku tlenu więdło. Można poczuć, jak uchodzi z kogoś życie. Oszałamiające uczucie, mówię ci.

Dusiłem tak kilka razy. Słabły wtedy. Już nie miały siły walczyć. Wykonywały polecenia. Klęczały przede mną. Wiesz, czego chciały? Żebym już je przeleciał. Żeby mieć to z głowy i pójść do domu. A takiego wała! Zabawa się dopiero zaczynała. Same zdejmowały majty. A ja… ja wtedy mogłem patrzeć. Kazałem im się kłaść i szeroko rozkładać nogi. Ta czwarta, chyba, bo nie pamiętam dokładnie, to nawet nie zdążyła zdjąć całkiem spodni. Została w jednej nogawce. Ciekawy widok. Tutaj gołe udo, bosa stopa, a z drugiej strony upieprzona nogawka. Ufajdana w błocie. Krwi. A raz nawet sikach.

Patrzyłem. Długo. Tylko jedna miała owłosioną. Więc mogłem obserwować bez problemu, wszystko jak na dłoni. Pizdy moje ukochane, wielbione. Mięsiste i rozwarte. Prawie jak rozszarpana rana, żywe mięso na wierzchu. Miłe w dotyku, wygodne do ugniatania. I ugniatałem. Pchałem się do środka z paluchami. Tak, z kilkoma. I znowu awantura. Suwały tyłkami po ziemi, próbując uciekać. Sam rozumiesz, nie miałem wyboru, znowu dusiłem. A kutas już mi wtedy stał na baczność. Wystarczyło, żeby rzucić okiem na zaróżowione piczki. Dotykałem się przez spodnie, ale delikatnie, nie chciałem skończyć, nim nie porucham.

Nie. Musiały być przytomne, kiedy pchałem się między nogi ze sterczącą pałą. Później to już nie miało znaczenia. A może miało? Nie wiem. Nie pamiętam. Mięsko ściśnięte, jakby dziewicze, broniło mi dostępu. Wtedy dusiłem. Czekałem aż mięśnie zwiotczeją. Dźgałem kutasem do końca, po same jaja. I puszczałem szyję. Odzyskiwały świadomość z całym moim chujem w sobie. Nie było odwrotu. Fajfusa nie da się wypchnąć jak zużytego tamponu Z pierwszą poszło najszybciej. Nie mogłem się powstrzymać. Najpierw dałem jeszcze raz w łeb. Polała się krew; z nosa, z kącika ust. Pocałowałem ją wtedy. Przełknąłem metaliczny smak i zacisnąłem silniej dłonie. Im bliżej do wytrysku, tym bardziej dziewucha słabła. Na chwilę poluźniłem, wróciła. Wszystko było czerwone. Nie. To w mojej głowie eksplodował czerwony kolor. Zdążyłem wyleźć z niej i zlałem się, a ona przestała się ruszać.

Ta przyjemność trwała i trwała. Nawet po chwili. Wciąż czułem orgazm. Trząsłem się jak dziecko. Przyjemność uciekała. Chciałem ją zatrzymać. Dopadłem do mokrej cipy ponownie. Wkładałem w nią palce, pchałem całą dłoń. Dopiero po wszystkim przypomniałem sobie, że przecież planowałem wsadzić jej w dupę. Z tego wszystkiego pominąłem to. Ale ten błąd więcej się nie powtórzył. Nie zakładałem, że znowu to zrobię. Ale, jak już mnie dopadła potrzeba ponowienia przyjemności, poczucia, że znowu wszystko zależy ode mnie, wiedziałem, co i jak muszę zrobić. Nie szło wszystko już tak szybko.

Ten nóż to tak tylko, do straszenia. Przynajmniej na początku. Ale chciałem mieć coś, co pomoże mi odtwarzać ten dzień, to spotkanie. A co innego bardziej się nadaje niż obiekt mojej fascynacji? Owszem, ćwiczyłem wcześniej cięcia, razy na kupnych kurczakach. Ale wtedy to tylko fantazja była. Pomysł rozpłatania szpary, wzięcia czegoś dla siebie przyszedł spontanicznie. Ostrze schowało się całe wewnątrz cipy. Obracałem nim, raz w prawo, raz w lewo. Wyjmowałem i oglądałem jak ocieka krwią. A później… chlastałem i ciąłem. Wiesz ile człowiek ma krwi? Lało się z nich, jak z kranu. Obrzydliwe, ale przyjemne.

Mięso. Kuciapki. Kizie, jak mówi Elżunia, wkładałem do kartonów po paczkach, które woziłem. Wyłożone bezpłatnymi jednorazówkami, które brałem u mnie w sklepie pod domem.

 


[i] Wiktymologiczne TŁO – informacje kim była ofiara, jaki miała styl życia, itp.

[ii] Depersonalizacja ofiary – mechanizm polegający na dążeniu sprawcy do pozbawienia ofiary pewnych cech. Często stosowane w przypadkach, kiedy sprawca zna ofiarę.

[iii] Nazabijanie – zadawanie więcej ciosów niż potrzeba do uśmiercenia.

[iv] Sadyzm bierny – np. celowe niezaspokojenie partnerki, aby wywołać u niej żal.

[v] Quantico – miasto, gdzie znajduje się Narodowa Akademia FBI.

[vi] Archiwum X – Zespół Przestępstw Niewykrytych.

[vii] Fragment wiersza „Ekstaza” Johna Donne.

 

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Powtórzę to, co napisałem na temat tego opowiadania po jego premierze, 21 listopada 2014 roku:

„Dobry wieczór,

lubię tą część. Jest może najmniej erotyczna ze wszystkich, ale zarazem najbardziej „proceduralna”. Możemy krok po kroku śledzić dochodzenie, poznawać jego kolejne etapy. No i podoba mi się postać Grażyny, antropolożki pracującej dla policji – może dość szkicowo nakreślona, ale zapowiadająca się bardzo ciekawie. Czy Marek i Grażyna są dla siebie stworzeni? Z pewnością nie. Czy mogło by im się udać? Nie mam wątpliwości, że tak.

Po raz pierwszy mamy też możliwość bezpośredniego kontaktu z mordercą. Choć jest to raptem krótki fragment, to i tak ciarki przechodzą po plecach. Kenaarf udało się go wykreować naprawdę świetnie – znowu, kilkoma ledwie pociągnięciami pióra. Ale były to pociągnięcia bardzo sugestywne.

Pozdrawiam
M.A.”

I myślę, że nic więcej dodawać nie trzeba 🙂

Napisz komentarz