Figle słońca (Karel Godla)  3.69/5 (184)

36 min. czytania

Rowena Waack, „Untitled„, CC BY-NC-ND 2.0

[Kolejny fragment większej całości (poprzednia publikacja to „Dziewczyna z podbitym okiem”). UWAGA. Tylko dla cierpliwych czytelników, bo erotyki niewiele po przebrnięciu długiej nudy.]

Historia wydarzyła się niedługo przed wypadkiemi i utkwiła jak zadra w pamięci Franciszka.

Dochodziła dziesiąta, poniedziałkowy ranek. Na trasie panował potworny tłok. Wymarzona, piękna lipcowa pogoda, która utrzymywała się przez cały tydzień, spowodowała, że do miasta wracały po weekendzie tłumy mieszczan większe niż zwykle. Jak okiem sięgnąć wlekły się tabuny pojazdów.

W tym ścisku Franek zmierzał samochodem do biura.

Przez dwie godziny był zmuszony pełzać po lokalnej drodze, bo inaczej nie da się nazwać tak powolnej jazdy, nim dotarł do głównej arterii, która prowadziła przez miasto. Wielopasmowa jezdnia wiodła go teraz wprost na południe, lecz tempo jazdy wcale nie wzrosło. Udrękę powolnej wędrówki potęgowało słońce, które przez boczną szybę przypiekało mu lewą rękę i skroń. Kiepska klimatyzacja auta pracowała z maksymalną intensywnością, jednak gorąco i tak doskwierało.

Massakra”, pomyślał ponuro. Czekało go jeszcze co najmniej drugie tyle mordęgi, zanim dotrze do biura. Dojedzie zatem najwcześniej na dwunastą. Trzy godziny spóźnienia. Punktualność niegodna nie tylko najemnego pracownika ale nawet króla. Wyrzucił z siebie wrzaskiem wiązankę przekleństw. Gdyby ktoś z boku słyszał ten wybuch, oskarżyłby go o histerię.

Napady gniewu powróciły jeszcze kilka razy.

Uspokoił się. Pomyślał samokrytycznie. A co, gdybym był w nastroju do podziwiania widoków…? Gdybym się nie śpieszył?

Gdyby ogarnął go marzycielski nastrój, uznałby może pod wpływem fantazji, lada czym pobudzanej do lotu, iż jego trasa wiedzie przez bajkową krainę. Wystarczyło przymrużyć lekko oczy. Ospałe zaproszenie do marzeń skrywało się w słonecznym upale, suchym kurzu i przytłumionym, usypiającym szumie setek silników. Podróż przez siedem rzek i siedem gór. Jakby oglądał, przewijając od końca, symboliczne zakończenie jednego z ulubionych obrazów, Lawn Dogs, które wryło mu się głęboko w pamięci. Jakby wracał do Camelot Gardens, zamiast stamtąd uciekać. Ha, na asfaltowym gościńcu panował dziś taki gorąc, że mógłby na moment stać się kosiarzem trawników i dla ochłody skoczyć na golasa z bariery mostu, popisując się przed zafascynowanym tłumem, głównie młodych dziewuch. Ot, taka chwila wyimaginowanej odwagi. Ten Trent! Uważał filmową postać za dziwadło. Przypuszczenie, że kosiarz bardziej lubił się chwalić swoim kutasem niż akrobacjami, nie było pozbawione podstaw. W filmie scena skoku wystąpiła raz, ale z jej przebiegu wynikało, iż chłopak skakał z mostu regularnie o określonej porze, a atrakcyjność tego przedstawienia przyciągała wiele młodych i starszych fanek. Bez wątpienia Trent to ekshibicjonista. Franciszek mógłby skoczyć jak on. Tyle oczu by go podziwiało.

Wysokie budynki po wschodniej stronie wypiętrzały się na tle nieba niczym wapienne ostańce. Dawały swoim cieniem chwilę wytchnienia. Franek co i raz wdzierał się na lewy skraj czteropasmowej jezdni, którym dzisiaj płynął najwolniejszy strumień ruchu. Uciekał przed słonecznym żarem, gdy tylko przy poboczu wyrastały wysokie ściany domów albo ekranów pochłaniających hałas, zwłaszcza na estakadach. W różnym stopniu nieprzeźroczyste powierzchnie wielkich parawanów ofiarowały ćwierćmrok, w którym zanurzała się co prawda tylko lewa połowa auta, ale doceniał i to. Po wyjechaniu z półcienia natychmiast usiłował wrócić do szybszego nurtu drogi i wpychał się weń na wariata. Egoistyczne manewry chama, jakim się dzisiaj stał, wzbudzały wściekłość i trąbienie jadących z tyłu nieszczęśników.

Wielopasmówka falowała wielokrotnymi wzniesieniami wiaduktów nad wiodącymi skośnie arteriami. Huśtawka na trasie w górę i w dół. Nieustanne zmiany oświetlenia. Istna grę blasków i cieni. Subtelna. Zabawa operatora światła na planie filmowym. Znowu powracał do Camelot Gardens i zastanawiał się w rozmarzeniu, jakby to było trzymać głowę pod suknią zmywającej naczynia kobiety. Na pewno nie znalazłby tam chłodu, więc skąd te myśli?

Czuł erekcję i choć nigdy nie robił tego w samochodzie, miał ochotę masturbować się nieśpiesznie tu i teraz aż do skutku. Dzisiejszy upał posiadał wszelkie wzmagające jurność cechy klimatu Iquitosii.

Marzenia jak przypłynęły, tak odpłynęły. W końcu miał dość. Poniechał nawet prób szukania cienia poprzez chuligańskie manewry zmiany pasa ruchu. Kosztowało to zbyt dużo energii.

Od blasku bolały go oczy. Aby je oszczędzać, w chwilach bezruchu przymykał powieki albo spoglądał w lustro nad głową. Tonowało ono nieco ostrą operację promieni słonecznych, tych bezpośrednich z nieba i tych odbitych zewsząd: od wypucowanych lub zakurzonych aut, od asfaltu, od płaszczyzn przydrożnych obiektów. Skoro obserwacja świata przez przednią szybę męczyła, zwrócił wzrok na to, co działo się z tyłu.

Za plecami oczywiście samochód. Czeskie, ciemne, popularne auto. W środku kobieta. Oświetlona jak wszyscy z lewej strony. Marzenia powracają. Klęcząc, trzyma głowę pod jej suknią. Ostra woń spoconej pizdy wypełnia kabinę. Czuje, że z kutasa wypływa kropla śluzu.

Ale nie. Franciszek już zrywa się z klęczek, bo po subtelnej zmianie światła kobieta za kierownicą wydaje się być nagle stara jak świat. Matrona powracająca po weekendowej wizycie u dorosłych dzieci.

Oświetlenie zamigotało. Na moment zmienia się ekspozycja i widzi ją lepiej. No, nie! Nie jest taka stara. Chyba wczesna czterdziestka. Światło to prawdziwy czarodziej, który potrafi odjąć lub dodać lat.

Ożywiony na chwilę Franciszek porusza się na siedzeniu, chce dojrzeć numery auta, sprawdzić, skąd pochodzi dama za kierownicą. Blachy są miejskie, a więc to jeszcze jedna tutejsza mieszczka, która wraca do domu po zażyciu słońca i zaczerpnięciu świeżego powietrza poza murami aglomeracji. Numery zaraz ulatują mu z głowy, zapamiętuje tylko ostatni znak. U.

Ruszają kilka metrów do przodu. Kolejna zmiana ekspozycji. Kabina z tyłu staje się nieco bardziej rozjaśniona, więc można wychwycić więcej szczegółów. Ale nadal nie widzi dobrze twarzy za szybą. Choć połowa jej oblicza jest teraz silnie oświetlona, jednak zbyt mocno, a do tego światło jakby faluje i nie można oszacować wieku. Eee, chyba pięćdziesiątka. Ma rude włosy w bardzo jaskrawym odcieniu. Ruda, starsza pani. Ruda, podstarzała kotka.

Jednak dalej gapi się z nudów. Mimo uważnej obserwacji, ze skupieniem rozbitka na bezludnej wyspie śledzącego żagiel na horyzoncie, nadal nie potrafi ustalić wieku ani prawdy o urodzie jadącej za nim automobilistki. Pozostaje w ciągłej niepewności. Słońce, jego figle świetlne, czyni cuda. Gwiazda, wokół której krąży ziemia, pracuje dzisiaj jako najlepszy wizażysta. W pracy pomaga mu albo przeszkadza brudna tylna szyba w jego aucie. Kobieta jest raz starsza, raz młodsza, to znowu zbyt stara. Przystojna twarz potrafi zamienić się niemal w mgnieniu oka maszkarę i na odwrót. Buzia a la młoda Jane Fonda, a za sekundę nieapetyczny Frankenstein uosobiony przez Bonham Carter, tyle że bez paskudnych szwów.

Nieznajomą też musi nudzić nieruchome tkwienia w korku. Bez przerwy trzyma komórkę przy uchu. Głównie słucha, kobiece usta poruszają się tylko od czasu do czasu. Nijakie są te usta, nie widzi ich dobrze. Nie potrafi stwierdzić, czy ma cienkie, skłonne do zaciskania wargi, czy pełne od botoksu lub innego świństwa balony. Skromny samochód sugerowałby raczej brak botoksu, choć kto to wie.

Z prawej, gdzie chwilowo ruch jest żwawszy, przejeżdża kabriolet z podniesionym dachem, który zwraca uwagę Franciszka.

Boo…s…ter – sylabizuje pod nosem, bo prawie nie widać napisu, odkrywa go litera po literze. Widzi wielkie opony, dwudziestki albo większe, mocno zużyte, samochód jest zakurzony. W środku szpanuje facet, istny buc: lśniący garnitur, ręka wywalona za otwarte okno, mankiet, spinka, papieros.

Skurwysyn” – syczy z odruchową niechęcią Franek i na chwilę pogrąża się w niewesołych myślach. Kiedyś był takim facetem, ale już nigdy nie będzie. Było, minęło.

Znowu spogląda w lusterko nad głową, sprawdza, co dzieje się z tyłu.

Bez zmian. Czeskie, ciemne, popularne auto. W środku ruda. Przygląda się jej i zaskoczony stwierdza, że to nie ta, którą obserwował wcześniej. Słońce może oszukiwać wzrok, ale nie aż tak. Kobieta widziana za błyszczącym refleksami szkłem ma okrągłą twarz księgowej albo innej biurwy. Nie potrafi skonkretyzować, czym się różni widziana teraz fizjonomia od tej poprzedniej, ale jest pewny, że to ktoś nowy, dużo młodszy, ujrzany dziś po raz pierwszy. Tak twierdzą biometryczne algorytmy zapisane w mózgu.

Sprawdza numery. Są inne.

Spogląda głębiej w lusterko. Przez tylną szybę jadącego za nim samochodu widać wnętrze kabiny kolejnego pojazdu. Tkwi w niej tamta kobieta, której samochód ma U na końcu numeru rejestracyjnego. Mimo że blach oczywiście teraz nie widać, poznaje ją, jest pewien, nawet jeśli nie zobaczył dotąd twarzy w pełnym oświetleniu. A więc ktoś się między nich wepchnął. Rude mają dzisiaj monopol? Czy to coś znaczy w ten koszmarnie upalny dzień? Bo on lubi rude.

Tamta nowa jest z pewnością poniżej trzydziestki. Ładna, szczupła twarz. Ale zaraz światło się zmienia i Franka zdanie również. Nie ładna, a krągła, drapieżna morda egoistki.

Kolejna rekonfiguracja oświetlenia przynosi jeszcze inną reinkarnację oraz nową ocenę. Nie, nie, kurwa! Nic z tych rzeczy. Dobra, matczyna, miła twarzyczka.

Kobieta obraca się, widać profil i coś mówi. Franciszek domyśla się, że tam z tyłu musi być małe dziecko w foteliku. Tak małe. że go nie widać. Pewnie się obudziło. Albo mamuśka gada do siebie. Może mruczy pod nosem przekleństwa, wyklinając upał, zupełnie jak on.

Auto przed nim daje susa do przodu, więc i on jedzie czujnie, aby nikt przed niego nie wskoczył, nie spuszcza jednak z oka lusterka, ciekaw, co dzieje się z tyłu.

Kobieta za nim też rusza, tyle że nagle znikają jej ręce z kierownicy. Jedzie bez trzymanki czy co?

Chyba się nie zabawia swoją spoconą pizdą?”

W mieście chyba naprawdę panuje dzisiaj klimat prawdziwego Iquitos. Puszczając wodze fantazji, wyobraża sobie, że większość samotnych kierowców uprzyjemnia sobie czas, figlując z genitaliami. A w tych autach, gdzie jadą pary, odbywa się nieśpieszne lizanko albo obciąganko: jedno klęczy pod kierownicą, ospale robiąc dobrze zaprzyjaźnionemu drugiemu, pełniącemu w tym upale rolę szofera. Przed oczyma defilują mu kadry jak z pornola: kamera umieszczona na helikopterze albo dronie leci nad rzeką pojazdów, robi losowe zbliżenia na przednie szyby i dokumentuje masową masturbację tudzież równie częste przypadki seksu oralnego, do których dochodzi w korku. Wielki niczym batalistyczna scena filmowa półmisek spoconego autoerotyzmu upstrzony kremem a la fellatio.

Młoda matka znowu gada przez telefon, a rąk nadal nie widać.

Kurwa, jeszcze się zagapi i mnie walnie”, ogarnia go wieszcze przeczucie.

Franek dowleka się w pobliże ronda. W końcu. Mija ostatni rozjazd ze skrzyżowaniem. Postanawia, że po opuszczeniu ronda zatankuje. Jest tak spóźniony, że kwadrans więcej nie zrobi różnicy. Zjeżdża w prawo, dążąc ku pasowi do skrętu. Znowu wciska się na chama. Zostaje mu jeszcze jeden pas do sforsowania. Ktoś trąbi oburzony. Spocony jak mysz ma to gdzieś. Z oczekiwaniem ulgi wtacza się w cień pod wiaduktem, lecz tu niestety panuje taki sam gorąc jak na słońcu. Zero, kurwa, ochłody.

Obie rude: stara i młoda, musiały zostać na swoim lewym pasie daleko z tyłu, bo nigdzie ich nie widać.

Cześć, mała. Powodzenia Tobie i dzieciaczkowi”, myśli o tej drugiej, młodszej, którą obserwował ostatnio i do której poczuł sympatię.

Kolejny zjazd w prawo, w drodze ku pasowi do skrętu. Kiedy toczy się już od kilku sekund na docelowym, skrajnym, prawym paśmie z wielkimi białymi strzałami na asfalcie, czuje nagłe uderzenie w tył samochodu. Jeeeb!

Kurwa mać!”

Nawet nie patrzy w lusterka. Włącza awaryjne i spocony, ze spuszczoną głową wychodzi sprawdzić szkody. Czuje się straszliwie zmęczony, choć ciśnienie po stłuczce skoczyło. Kątem oka widzi, że ktoś gramoli się niezdarnie z samochodu sprawcy.

Ogląda swój zderzak.

Bardzo pana przepraszam. – Słyszy stary kobiecy głos.

Nie zwraca uwagi, ignoruje idiotkę, która dopełniła mu ruiny całego przedpołudnia. Uszkodzenia na szczęście nie wydają się wielkie. Po prostu zagapiła się durna starucha i lekko go stuknęła. Więcej huku niż zniszczeń. Ale na wszelki wypadek sprawdza, czy bagażnik otwiera się bez problemów.

Starsza pani jeszcze coś do niego mówi podenerwowanym, dziwnie wysokim głosem. Stoi na asfalcie boso, błyszczą plamy jaskrawych paznokci, odcinając się od opalenizny stóp. Zerka spod oka wyżej: jasne mini obciska niezłe biodra. Szpilki pewnie zdjęła do jazdy. Nogi długie, bardzo długie. I zgrabne mimo wieku.

Dostrzega cieniutką strużkę moczu płynącą ku środkowi jezdni między stopami kierowcy w spódnicy.

Pewnie babcia zsikała się z emocji”, nawet nie czuje się zaskoczony. „Kobiety z wiekiem zaczynają cierpieć na nietrzymanie moczu.”

Mokra plama na miniówce osłaniającej podbrzusze zdaje się rosnąć. Ale złudzenie, że doszło do fizjologicznej katastrofy, trwa tylko przez moment. Okazuje się, że strumyk cieczy – nieokreślony płyn ustrojowy auta – wypływa spod podwozia uszkodzonej czeszki, a jasne mini jest niemal nieskazitelne, nieco tylko wygniecione. Mózg spłatał mu figla. Ot, siła autosugestii.

Wściekły Franek podnosi w końcu głowę i patrzy na kobietę, która nadal tkwi przy swoich drzwiach, przestępując z nogi na nogę. Pewnie boi się zbliżyć albo rozmiękły od słońca asfalt parzy ją w nagie stopy. Twarz wydaje mu się jakby znajoma, ale jest zaskakująco młoda. I prześliczna. Wiedziony intuicją zerka na tablicę rejestracyjną, ignorując wydętą od uderzenia maskę czeskiego auta.

O, cholera, to ta ruda z samochodu!”, dostrzega końcowe U numeru rejestracyjnego.

Mija ich rwany strumień wolno jadących samochodów. Wszyscy się gapią z rozdziawionymi ustami. Na nich, a może tylko na tę laskę z oszałamiającymi nogami. Bo w końcu Franciszek jest tylko szarym, podstarzałym facetem, który nikogo nie interesuje.

Rozlega się głośna klaksonada, jakby wszyscy nagle zapomnieli kultury, ale hałas wydawany przez samochody dochodzi do Franka niczym przytłumiony szmer zza siedmiu gór i lasów. Spogląda na rudą jak ogłupiały i świat przestaje na chwilę istnieć. Chce ściągnąć ciuchy, wejść na barierkę i skoczyć. Niech ładna laska zobaczy jego chuja, a on niech ochłonie w zimnej wodzie, bo tego mu trzeba, gdy patrzy na tę niezwykłą, bosonogą kobietę. Czy ona jest z filmu, czy z baśni dla erotomanów?

Nie gap się tak na nią, durniu. No, kurwa, przestań się na nią gapić. Nie bądź fiutem, debilu!”

Na moment odwraca wzrok, a potem, jak zaczarowany, żre ją spojrzeniem ponownie. Nie potrafi tego głodu opanować.

Bosonoga niemal dwa lat później

Poniedziałkowy incydent wrył mu się w pamięć przez tę wyjątkową kobietę. Była przepiękna i mimo to pozbawiona wyniosłości, jaką miewają ślicznotki zepsute przez swoją urodę, a właściwie przez nadskakujące im otoczenie. Zachowywała się z naturalnym zażenowaniem i przestrachem wywołanym stłuczką, ale nic ponadto. Gdy ochłonęła, potraktowała go jak bliźniego, któremu trzeba zadośćuczynić, ale nic ponadto. Jak mężczyznę, z którym trzeba omówić konkretną sprawę, ale nic ponadto. A może nawet nie zobaczyła w nim mężczyzny. Bardzo prawdopodobne.

Przyczyny jej rezerwy, jak zgadywał, były dwie. Po pierwsze miał kiepski samochód, który zdradzał niezamożność właściciela i odstręczał od gołodupca większość atrakcyjnych niewiast, a po drugie… niestety z upływem lat kończyła się moc męskiego czaru. Przeminęła młodość. Eros coraz rzadziej dosiadał jego grzbietu, a jeśli już przybył na pomoc, to nie chciał lub nie potrafił słać celnych strzał w serca (albo chociaż cipy) tych kobiet, na które Franciszek spoglądał z zainteresowaniem. Spotykała go ze strony przeciwnej płci obojętność lub co najwyżej aseksualna życzliwość. Strzały zazwyczaj nawet nie zadrapywały celu.

Uczuciowe pudła sprawiały coraz mniejszy ból. Od pewnego czasu z rezygnacją przyzwyczajał się do braku żeńskiego zainteresowania, ale owego poniedziałku désintéressement ze strony rudej piękności zabolało bardzo mocno.

Teraz, niemal dwa lata po wydarzeniu, mógł i chciał coś z tym zrobić.

Franek opowiedział Szikardonowi o kobiecie podczas porannej drogi do biura i z zaskoczeniem wysłuchał jego wątpliwości. Zastrzeżenia ze strony opiekuna w stosunku do kobiet w orbicie zainteresowań podopiecznego zdarzały się niezmiernie rzadko. Niemniej, mimo tych obiekcji, działania zostały podjęte i jeszcze w tym samym dniu, kiedy wracali na wieś do domu, Franek otrzymał krótkie streszczenie tego, czego kompan zdołał się dowiedzieć o Barbarze Kosińskiej, obecnie dobiegającej trzydziestki. Ukoronowaniem raportu stała się transmisja na żywo.

Od spotkania minęły niemal dwa lata, ale, jak się okazało, w jej życiu nie zaszły przez ten czas istotne zmiany. Nie wyemigrowała z kraju jak tysiące rówieśników. Nadal mieszkała w domu rodziców. Zajmowała piętro ich willi, gdzie prowadziła biuro i pracownię. Konsekwentnie rozwijała z koleżanką małą ale całkiem prężnie działającą firmę. Zdaniem Szikardona kombinowała przy tym z podatkami. Nie wzbudzała jednak swoim procederem zainteresowania urzędników skarbówki.

Transmisja. W trójwymiarowym kadrze wyświetlanym za przednią szybą Krystynyiii ukazała się nagle scena z czwórką ludzi w pierwszym planie, a wnętrze samochodowej kabiny wypełniła cicha muzyka i ludzkie głosy. Lokalizacji miejsca domyślił się, słysząc dochodzący znad talerzy gwar żabojadów posilających się wokoło. Jakość obrazów olśniewała, aktorów sceny widział z odległości kilku kroków w naturalnej wielkości. Miał wrażenie, jakby zasiadł przy sąsiednim stoliku w ogródku francuskiej restauracji.

Poznał dziewczynę od razu. Chłonął scenkę. Rozmawiała po angielsku na temat prezentacji, którą przeprowadziła wcześniej w pobliskim biurze partnerów biznesowych. Później podano lunch i rozmowa stała się żartobliwa. Najwidoczniej nie był to pierwszy wspólny posiłek czwórki biesiadników. Panowała między nimi komitywa. A ona… niezwykła czarodziejka.

„Co za kobieta!”, utwierdzał się w swoich zachwytach Franciszek, obserwując uważnie piękność, która spostponowała go dwa lata temu. Podziwiał ujmującą w uśmiechu i mimice twarz, zdrowe, perłowe zęby, pełne skromności zachowanie połączone z pewnością siebie. Nadal miała w sobie ten czar, którym ujęła Franciszka dwa lata temu. Przykuwała uwagę jak wtedy. Znowu pożerał ją wzrokiem. Poczuł ciarki na grzbiecie i ciepło w podbrzuszu na myśl o bliskości.

Jego zainteresowanie osiągnęło kulminację, gdy grupka zapłaciła rachunek i ruszyła do wyjścia. Ubrania trójki kobiet i towarzyszącego im geja stały się nagle przeźroczyste, nieistniejące. Mężczyzna prześlizgnął się łakomym spojrzeniem po nagiej sylwetce Barbary, zafascynowane źrenice uaktywniły zoom w kadrze i mógł z dokładnością pojedynczego włoska stwierdzić, że ta, która dwa lata temu wbiła mu w pamięć potężnego ćwieka, skrywa nad pizdą krótko przystrzyżoną jasnorudą kępkę. Tylko ten intymny szczegół przypominał o naturalnym kolorze jej fryzury z czasów stłuczki przed niemal dwoma laty, bo przed paryskim spotkaniem przefarbowała włosy na blond. Ocenił, że po zmianie wyglądała równie uroczo jak w naturalnym wcieleniu rudzielca.

Obnażanie kobiet, które wzbudzały zainteresowanie Franciszka, stanowiło częsty trik Igiełiv. Z tego powodu nazywał je w duchu rozpłodowymi aktywistkami, stręczycielkami albo ostrzej kurwami. To one transmitowały przebieg spotkania w knajpie.

Podnieconego mężczyzny nie zdziwiła reakcja własnego ciała, mocno odmienionego po wypadku. Rozpłodowe kurwy uczyniły z niego seksualnego głodomora, jakim nigdy wcześniej nie był. Musiał dopaść tę młodą kobietę. Im szybciej, tym lepiej.

Ponieważ na widok nagiej dziewczyny Franciszek doznał trwałej erekcji, nie musiał Szikardonowi nic potwierdzać po zakończeniu transmisji. Opiekun sam doszedł do wniosku, że pomysł spotkania z Barbarą, który omawiali rano, jest nadal aktualny.

Okazało się, że dziewczyna wraca następnego dnia do kraju razem ze wspólniczką, która wystąpiła w projekcji jako jedna z bohaterek. Wobec tego Szikardon zaplanował akcję na nadchodzący weekend. Oczywiście na upartego mógłby natychmiast zabrać podopiecznego na prokreacyjny wypad za granicę, ale nie dałoby się szybko dotrzeć do Francji inaczej, niż z naruszeniem przestrzeni powietrznej, a to zawsze wywoływało stanowczą krytykę ze strony Preto i spółki. Obaj spiskowcy woleli uniknąć kolejnej afery. Franek z rozsądku zgodził się poczekać kilka dni na kobietę, która ponownie skradła mu spokój.

Podstęp zaaranżowany przez Szikardona, aby ułatwić Franciszkowi spełnienie marzeń, nie należał do szczególnie wymyślnych. Przede wszystkim miał być skuteczny. Barbara wyjeżdżała w piątek po południu za miasto. Ponoć na party, w którym miały wziąć udział wyłącznie kobiety. Miała świętować podpisany właśnie w Paryżu deal, największy w karierze. W chwili, gdy wyruszała w drogę, panowała piękna pogoda zapowiadająca udaną imprezę. Jednak, kiedy zmuszona potrzebą zjechała z trasy na leśny parking, pogoda zaczęła się szybko pogarszać. Samochodu, którym podróżowała, nie udało się już powtórnie uruchomić, gdy do niego wróciła, zrobiwszy siku w zaroślach. Niespodziewanie została spieszona na polanie, w gęstym lesie na skraju drogi, dziesięć kilometrów od najbliższych ludzkich siedzib. Oczywiście telefon też dziwnym trafem nagle stracił zasięg i nie mogła wezwać pomocy.

Chwilę potem rozegrał się kolejny epizod scenariusza, który wymyśleć mógł tylko reżyser dysponujący mocami większymi niż ludzkie. Niebo stało się czarne i jak na zawołanie spadły pierwsze krople, a na parking przy akompaniamencie niedalekich grzmotów wjechała podstarzała beta z podpitymi karkami w środku. I deszcz, i burza zostały lokalnie wywołane przez Szikardona, jemu tylko znanym sposobem, bo kilka kilometrów dalej nadal utrzymywała się piękna pogoda.

Karki zaczęły atakować samochód, w którym młoda kobieta przezornie się zamknęła. Widząc urodę potencjalnej ofiary, domagali się całusów oraz grozili, że rozwalą szybę, wyciągną ją z auta, jeśli im nie otworzy i nie spełni łobuzerskich żądań.

Tak to mniej więcej przebiegało według późniejszej opowieści dziewczyny. Resztę szczegółów dostarczył mu później skan umysłu Barbary oraz niechętne wyjaśnienia Szikardona.

Lokalną burzę ujrzał na własne oczy. Została rozpętana na niewielkim obszarze, bo kilka kilometrów dalej nadal panowała piękna pogoda. Franek, zmierzając w stronę leśnego parkingu, gdzie ugrzęzła Barbara, nie zauważył ani jednej chmurki. Dopiero gdy znalazł się blisko celu podróży, zjeżdżając w rozległą nieckę terenu, mógł podziwiać niezwykłe zjawisko. Podczas gdy całą dolinę rozświetlało słońce, a na szlaku przed maską Krystyny błyszczał rozgrzany, suchy od tygodnia asfalt, dalej – dla kontrastu – w połowie przecinającego dolinę podjazdu, wyrosła ciemna ściana deszczu, za którą nawierzchnia drogi zdążyła poczernieć od wilgoci. Linia oddzielająca oświetloną ziemię i mokry cień rysowała się bardzo wyraźnie na łagodnym wzniesieniu okalającym dolinę.

Szarżując już w deszczu, Krystyna bez ostrzeżenia i hamowania skręciła nagle z szosy w zjazd wiodący między gęstymi krzakami ku parkingowi. Dopiero tu zaczęła zwalniać i ujechawszy ledwie kilkadziesiąt metrów, natknęli się na czarną betę tarasującą zwężoną w tym miejscu polną drogę. Sedan wyglądał na opuszczony. Przednie drzwi pasażera i tylne prawe porzucono rozwarte na oścież, mimo lejącej się z nieba wody.

Krystyna zawyła straszliwie na widok przeszkody i zatrzymała się kilka metrów przed tylnym zderzakiem samochodu. Franciszek, mimo strug deszczu, które potokiem spływały po szybie nad bagażnikiem, dostrzegł w kabinie ruch i pojął, że za kierownicą zawalidrogi nadal czuwa człowiek. W środku głośno dudniło radio, a silnik auta pracował na wolnych obrotach.

Krystyna ponownie wydała z siebie przenikliwe wycie, od którego musiały zaboleć uszy kierowcy. Drzwi kierowcy otworzyły się niemal natychmiast, a dźwięki prostackiej muzyki buchnęły z wnętrza auta jeszcze głośniej.

Na harmider głośników Szikardon zareagował bez zwłoki. Może zgadując życzenia Franciszka, a może z własnej inicjatywy. Momentalnie wytłumił discopolowe dudnienie i zgasił silnik bety. Krystyna ponownie, tym razem tylko na krótką chwilę, zakłóciła złowieszczym wyciem jednostajny odgłos ulewy.

– Głuchy jesteś, człowieku? Nie słyszysz sygnału? Zjedź z drogi! – zażądał Franek stanowczo, acz spokojnie, gdy tylko kierowca bety wynurzył ogolony łeb z czarnego wnętrza.

Oznajmiwszy czego żąda, wyskoczył z Krystyny.

– Głupi gnoju, nie widzisz, że nie ma przejazdu!? Cofaj i spierdalaj! – odwarknął dość pojednawczo kark, który zdążył już wysadzić nogi w modnym sportowym obuwiu na zewnątrz. Nagły strajk radia i silnika spowodował, że zaintrygowany schował kończyny z powrotem w kabinie, tracąc na chwilę zainteresowanie intruzem, szczupłym i niegroźnie wyglądającym brunetem. Uznał, że takiego chudeusza połamie jedną ręką i kopem wrzuci między krzaki.

Franciszek błyskawicznie znalazł się przy drzwiach kierowcy. Zatrzasnął je szarpnięciem. Do ich szyby niemal natychmiast przylgnęła okrągła, z pozoru dobrotliwa twarz łobuza, zobaczył jego rozszerzone ze zdumienia oczy. Najwidoczniej poczciwiec nie był przygotowany na napastliwe zachowanie niegroźnie wyglądającego przybysza. Zaszamotało się w środku, ale Szikardon zablokował drzwi i nie pozwolił łobuzowi wysiąść. Uchylił tylko nieco szyby bety i Franek mógł spokojnie oznajmić, nie starając się przekrzyczeć wyzwisk uwięzionego zakapiora:

– Widzę, człowieku, że ci silnik zgasł. Przepchnę cię kawałeczek, bo nie mogę czekać.

Wrócił na tył auta i ostentacyjnie położywszy rękę na klapie bagażnika, nawet nie udawał, że popycha sedana. Szikardon wykonał całą robotę za niego. Przemieścił zawalidrogę o kilka metrów. Wpychał samochód w młode, ustępujące pod naporem karoserii krzaki, chcąc zrobić na przejeździe dość miejsca, aby Krystyna mogła się przecisnąć. Na koniec popychanki raptownie zatrzymał betę, co spowodowało, że zaskoczony kark uderzył czołem w szybę. Niezbyt mocno, lecz Szikardon uzyskał pretekst, aby pokryć szkło gęstą jak piana siateczką pęknięć.

Chwilę potem Krystyna z Franciszkiem na pokładzie minęła o centymetry bojowy wóz karków. W środku miotał się wściekły z bólu i zakrwawiony kierowca, nie mogąc ani wyjść, bo wszystkie drzwi były zablokowane, ani odzyskać panowania nad jakimkolwiek systemem auta. W desperacji usiłował otworzyć schowek, gdzie najprawdopodobniej miał schowaną broń, ale skrytka okazała się niedostępna. Plastik jej drzwiczek, który normalnie ustąpiłby pod zdecydowaną pięścią, nabrał cech stali.

Krystyna w ciszy przetoczyła się aż do końca ciasnego wjazdu. W polu widzenia pojawiła się otoczona ścianą krzaków polana. Na jej skraju nieruchomiała ciemnogranatowa czeszkav, obok której mimo ulewy tkwiły cierpliwie dwie męskie sylwetki. Potężniejszy z karków pochylał się nad szybą w drzwiach kierowcy i cierpliwie, acz stanowczo zbyt lekko, stukał pięścią w szkło. Jego wysiłki przywodziły na myśl pierwszą, nieśmiałą choć uporczywą, próbę masturbacji. Drugi obwieś przyglądał się wysiłkom upartego kolegi, naciągnąwszy czarną kurtkę na głowę, aby osłonić się przed deszczem.

Na widok potężnego kampera, którego postać przybrała dzisiaj Krystyna, mężczyzna bez wigoru atakujący szybę stuknął w nią ostatni raz i wyprostował się, obserwując ze zdumieniem pojazd, który toczył się wprost na niego. Franciszek ujrzał, że usta bandziora otwierają się do krzyku, ale nie zrozumiał, co tamten wrzasnął, zanim uskoczył przed nacierającą maską kampowozu.

Pociski wystrzelone przez drugiego zbira, który jeszcze chwilę temu kontemplował działania kumpla, zarzuciwszy kurtką na głowę, aby chronić się przed ulewą, nie uczyniły krzywdy powłoce Krystyny.

O, cholera, strzelają!”

Kamper zahamował i znieruchomiał obok czeszki, niemal stykając się prawym bokiem z jej lusterkiem. Franek otworzył drzwi i wysiadł.

Świat zwolnił teraz wyraźnie, jak zawsze po wypadku, kiedy narastała w nim wielka mobilizacja do czynu albo gdy ogarniał go strach. Rozpoznał ten stan, gdy krople deszczu znacząco zmniejszyły prędkość w pędzie ku ziemi. Każdą wybraną drobinę wody mógłby teraz śledzić wzrokiem dopóki nie rozpryśnie się o wilgotny grunt.

Ledwie wynurzył się spoza osłony kampera, poczuł na piersi uderzenia jakby piłeczek pingpongowych. Odczuwalna siła uderzeń zdawała się być mniejsza niż przy strzelance z użyciem ASG. Zbir celował dobrze, ale pociski nie czyniły Franciszkowi żadnej krzywdy dzięki osłonie Szikardona. Przez szum krwi w uszach przebijał się tylko huk wystrzałów. Spojrzał w dół na pierś. W miejscach uderzeń ołowiu niemrawo rozwierały się strzępy pękającej koszuli. Wyglądem i powolnym ruchem przypominały płatki rozkwitających kwiatów widziane w czołówce przyrodniczego filmu z dzieciństwa.

Świat musiał dzisiaj zwolnić jeszcze bardziej niż podczas wcześniejszych przygód, kiedy dopiero odkrywał udoskonaloną percepcję własnych zmysłów.

Poczuł, że wpada w bojowy trans.

Jestem niepokonany!”

– Spadówa, bo jak wyjmę giwerę, będzie po was – zablefował wrzaskliwie w euforii. Podniecony strzelaniną nie słyszał własnych słów zagłuszonych pomrukiem krwi w tętnicach. Być może ci, do których się zwracał, odbierali jego słowa jako niezrozumiały bełkot.

Kolejna piłeczka pingpongowa uderzyła go w czoło i po tym wystrzale karkowi skończył się magazynek. Bandzior zamarł zdumiony, bo o ile poprzednią nieskuteczność ostrzału mógł sobie tłumaczyć efektywną osłoną domniemanej kuloodpornej kamizelki schowanej pod ubraniem przeciwnika, o tyle celne trafienie w środek niechronionej głowy, które nie spowodowało rozbryzgu mózgu ofiary, wywołało zaskoczenie, wręcz szok.

Tymczasem olbrzym, spec od testowania odporności szyb pieszczotą zaciśniętego kułaka, wygramoliwszy się spod zderzaka czeszki, gdzie umknął przed nacierającym kamperem, ruszył niezdarnie do ataku. Jego pokraczne susy, oglądane w zwolnionym filmie, sprawiały wrażenie jakby kark cierpiał na ciężki przypadek platfusa.

Walka Franciszka z tym, pewnym swojej przewagi, wygolonym napastnikiem trwała krótko i okazała się nierówna. Silne ciosy oraz dwa bolesne upadki na glebę przekonały agresywnego goryla, że nie docenił niepozornego intruza, który zakłócił dobrze zapowiadającą się zabawę. Franciszek miał wrażenie, że uderzeniem obutej stopy złamał przeciwnikowi co najmniej jedno żebro. Starcie zakończyła ucieczka sponiewieranego złoczyńcy w krzaki.

Widząc porażkę kumpla, mniejszy kark, ten który strzelał, nie podjął walki wręcz i czmychnął w ślad za towarzyszem.

Odetchnąwszy kilka razy głęboko, nagle osamotniony na placu boju ruszył wolno, aby obejść cielska przytulonych do siebie pojazdów, z których mniejszy nosił tablicę zawierającą literę U. Serce Franciszka zaczęło się powoli uspakajać, a świat przyśpieszył do normalnego biegu. Pęd kropli deszczu ponownie stał się prawie nieuchwytny dla oka.

Czuł ekscytację i radość, że odnalazł bohaterkę swojego zauroczenia. Przepełniała go pewność siebie zwycięzcy. Jednak pierwsze słowa i czyny, jak się później okazało, dobrał niefortunnie.

Dzień dobry, Basiu. Jak się miewasz? Nic ci nie zrobili? – zapytał radośnie, otworzywszy drzwi od strony pasażera.

Dziewczyna zablokowała je zaraz na początki awantury, ale usłużny Szikardon bezgłośnie zwolnił rygle zamka.

W nozdrza natychmiast uderzył stężony zapach młodej kobiety. Piękny. Zdrowy. Siedziała nieruchomo, choć z emocji wyraźnie drżała. Nadal odsunięta od szyby na skraj fotela, gdzie uciekła w trakcie ataku walącego w okno napastnika. W ręku trzymała coś, co mogło być pojemnikiem na gaz łzawiący.

Sprawdził cechy przedmiotu w zaciśniętej dłoni dziewczyny. Podejrzenie okazało się uzasadnione. Wykrył cząstki kapsaicyny.

Spoglądała na Franciszka czujnym wzrokiem. W milczeniu. Sprawiała wrażenie nadal gotowej do obrony, choć jednocześnie zdezorientowanej. Musiała słyszeć strzały, a teraz zaskoczyło ją, że przybysz zwrócił się do niej po imieniu.

Skupiona, niemal spokojna twarz dziewczyny zaskakiwała. Przejawiała wręcz nienaturalne opanowanie.

Zgadywał, że Igły mogły rozgościć się w ciele Barbary już we Francji. Jej pełne determinacji zachowanie, brak jakiegokolwiek załamania, płaczu, mocno uprawdopodobniało ich inwazję. Kobieta o normalnej psychice i przeciętnym poziomie hormonów już dawno by spanikowała albo wpadła w histerię. A dziewczyna w samochodzie nadal milczała.

– Widzę, że przefarbowałaś włosy. Sam nie wiem, w jakim wydaniu bardziej mi się podobasz. Jako rudzielec czy jako blondyna. – Z powodu nienaturalnego spokoju dziewczyny gasła w nim radosna poufałość, ale jeszcze grał luzaka, który uparcie próbuje zainicjować flirciarską rozmowę.

Ostrożnie wsunął głowę do środka kabiny. Wgapiał się w piękną kobietę jak zafascynowany głupek. Dopiero teraz dostrzegł, że mimo pozorów spokoju, na czole Barbary widniały jednak kropelki potu, świadectwo stresu. Wchłaniał wzrokiem każdy por jej skóry. Twarz była naga, pozbawiona makijażu. Zadziwiająco zdrowa. Różowa jak u dziecka. Choć powinna być blada.

Oto prawdziwa piękność.”

Nie miał pewności, czy jego słowa dotarły do dziewczyny. Nadal zachowywała kamienną twarz. Jedyne, co zrobiła, to odsunęła się od intruza w stronę chronionych cielskiem kampera drzwi kierowcy, za którymi nie czaiło się już niebezpieczeństwo.

– Niech się pan nie zbliża, bo użyję gazu – zagroziła niespodziewanie, widocznie wciąż przepełniona obronną determinacją. Głos brzmiał stanowczo, choć spokojnie, jakby czyniła uwagę o pogodzie.

Szybkim ruchem złapał za przegub dziewczyny i wyłuskał pojemnik z palców, które odruchowo chciały się mocniej zacisnąć, ale nie zdołały.

– Używając tego świństwa w samochodzie, zrobiłabyś sobie, Basiu, krzywdę. – Otworzył skrytkę pasażera i ostentacyjnie wrzucił miotacz do środka.

„Zachowaj sobie ten gaz na inną okazję.”

Kiedy zaskoczona prewencyjną akcją Franka farbowana blondynka, ciągle go obserwując, poczęła macać lewą ręką w poszukiwaniu klamki, jakby odruchowo szukała drogi ucieczki, pokiwał przecząco głową. Zawahała się. Chyba dotarło do niej w końcu, że nieznajomy nie przejawia wrogich zamiarów, nie należy do grupy napastników. Zlustrowała opuchnięte czoło mężczyzny, z którego wyciekła strużka krwi. Potem przesunęła wzrok na koszulę pokrytą dziwacznymi rozdarciami. Przed chwilą słyszała odgłosy wystrzałów, które ją przeraziły. Teraz zaczęła kojarzyć fakty. Gdy otworzyła usta, jej głos wydał się mężczyźnie jeszcze bardziej spokojny:

– Dzień dobry. Mnie nic nie jest. A jak pan się czuje? Nic panu nie zrobili? – Słowa zabrzmiały dziwacznie, ale zaraz zrozumiał, że jest to przesunięta w czasie odpowiedź kobiety na jego poufałe powitanie. Domyślił się, że jej umysł musi działać na najwyższych obrotach, wielowątkowo, i właśnie powrócił do wątku, w którym padły pierwsze Frankowe słowa, zaproszenie do rozmowy. Wyłączyła kontekst innych zdarzeń. Jakby wcześniejsza groźba użycia gazu nie została wypowiedziana, jakby do zapobiegawczej interwencji mężczyzny nigdy nie doszło. Jej samokontrola robiła wrażenie.

– Dzień dobry. Cieszę się, że udało mi się przybyć w porę na ratunek. Zdradzisz, co robiły tu zbiry z mafii? Masz z nimi porachunki? Hmm. Albo lepiej nie mów. Wolę nie wiedzieć.

Zamilkł, a potem ciągnął:

Strzelali do mnie. Trochę mnie poobijali, ale mam twardą skórę. Jakoś dam sobie radę. Pozwolisz, Basiu, że się przedstawię. Jestem Franciszek Staroleśny. Poznałem cię od razu. Od pierwszego spojrzenia. Trudno cię zapomnieć. – Próbował naprawić swój początkowy błąd. Zaraz wyjaśni jej, skąd się znają i jego bezpośredniość, a nawet poufałość uzyska alibi.

Jednak nie potrzebowała żadnych wyjaśnień.

– Aaaa… – Nastąpił krótki, ale zauważalny moment zastanowienia. – Nie mam nic wspólnego z mafią, zapewniam pana. To zaskakująca bandycka napaść. Jestem Barbara Kosińska. Pan mnie zapamiętał i ja pana też sobie teraz przypominam. W pierwszej chwili nie poznałam. Wydał mi się pan wtedy dużo starszy. Dopiero nazwisko…

„Ależ masz pamięć!”

Cofnęli się w czasie o niemal dwa lata. Zaczęli nieśpiesznie wymieniać wspomnienia na temat stłuczki w słoneczny poniedziałek. Dużo pamiętała. W końcu łubudubu zdarzyło się jej wtedy po raz pierwszy i zarazem ostatni podczas dziesięcioletniej już praktyki kierowania samochodem.

Nawet nie spróbował odpalić czeszki. Przyznał, że kompletnie nie zna się na samochodach i używa ich tylko z konieczności, a więc nie zdoła pomóc. Dodatkowo rozczarował stwierdzeniem, że w czasie weekendu unika korzystania z komórki i w konsekwencji nie wziął telefonu. Natychmiastowe wezwanie lawety, na co liczyła, nie wchodziło więc w grę.

Zaprosił ją do kampera. Chciał się doprowadzić do porządku po ataku karków i w wygodniejszych warunkach porozmawiać, omówić, co muszą zrobić, żeby znaleźć wyjście z sytuacji. A przy okazji spróbować ją przelecieć.

Cały czas mu się przypatrywała. Próbowała dopomóc intuicji. Rozszyfrować, czy jego przyjazny wyraz twarzy nie stanowi maski, pod którą skrywa się drań. Czy rzeczywiście jest empatycznym, pomocnym człowiekiem, na jakiego się kreuje. Czy może zaufać obcemu facetowi. Chwilami spoglądała badawczo prosto w twarz, ale gdy jej odpowiadał spojrzeniem pełnym zachwytu, nieśpiesznie odwracała wzrok, aby uniknąć erotycznej skazy w rozmowie oczu.

Do małego nieporozumienia doszło przy drzwiach na tyle kampera. Otworzył je i zachęcił ją do wejścia, a ona z nagłym, nieskrywanym niepokojem zawahała się.

– Jeśli nie czujesz się na siłach, Basiu, wniosę cię do środka na rękach. Po dzisiejszych przejściach, masz prawo być osłabiona – zaoferował z uśmiechem w głosie, ale z poważną miną. Postanowił nie afiszować się więcej z zachwytem.

– Po dzisiejszych przejściach to raczej pan ma prawo być osłabiony. – Spojrzała na niego, znowu w oczy.

Z niewiadomego powodu spiekła raka. Pomyślał, że może mocniej poczuła jego zapach, który po wypadku sprawiał, że kobietom uginały się nogi. Zaraz przesunęła wzrok na poszarpaną koszulę, po czym szybko wdrapała się po schodkach do środka.

Franciszek nie oderwał wzroku od jej tyłka obciskanego przez dżinsy. Idealnie niedopasowane, czyli nieco za ciasne, w sam raz tyle, aby jak najwyraźniej wyeksponować kształty godne striptizerki. Jego ciało po raz kolejny zasalutowało na ten widok. Pomyślał, że długo nie wytrzyma z dala od cudnej, młodej samki. Chce dotknąć choćby ręki, choćby włosów. Głód dotyku był niemal tak samo silny jak w pierwszych dniach pobytu w szpitalu, gdy miał uczucie, że wręcz umrze, jeśli nie namaca i nie poczuje ciepła pielęgniarki na własnym ciele, na dowolnej jego części.

W saloniku zainscenizował, że nagle poczuł się gorzej. Ciężko opadł na skórzaną kanapę i stwierdził, że cholernie chce mu się pić, zauważył przy tym głośno, że jej zapewne także musi dokuczać pragnienie.

– Zaraz zrobię coś do picia. Minutę odsapnę i już się do tego biorę – westchnął, uśmiechając się smętnie do gościa, który lustrował ekskluzywne wnętrze z widocznym oczarowaniem, zapominając o wcześniejszym przygaszeniu.

Salon lśnił, epatując egzotycznym drewnem oraz kamieniem rzadkiej krasy i barwy. Oboje mieli okazję oglądać pomieszczenie po raz pierwszy. Krystyna nigdy wcześniej nie przybierała postaci kampera, stąd i na Franku wnętrze sprawiło wręcz bajkowe, oszałamiające wrażenie. Korzystając z chwili milczenia, dokonał szybkich oględzin reprezentacyjnej salki mieszkalnego samochodu. Salonik pojaśniał po ich wejściu i sprawiał teraz wrażenie wesołej świątyni dumania. Jego spojrzenie przykuła niezwykle subtelnie dobrana mozaika drobnych kamyczków zdobiąca centralnie ścianę. Mistrzowsko wykonana. Portret kobiety. Fryzurą i pięknymi ustami – wszystkimi kunsztownie wymodelowanymi detalami – postać przypominała zaginioną bez śladu Rysię. Dziewczyna wyglądała jak żywa. Niczym piękność skopiowana ze zdjęcia, które naśladowało charakterem czarno-białe fotografie, ale nie do końca, bo kryły się w kamykach blaski sepii, granatu i zielonkawość tła. Brakowało w portrecie jaskrawych kolorów, choć był jeden wyjątek. Stanowiły go usta postaci przedstawionej na mozaice. Jedynie one próbowały naśladować naturalną barwę, lśniły czerwienią rzadkiego minerału i nagle przypomniał sobie, jak ekscytująco było całować skarby Rysi. Niemal poczuł ich ciepło, smak, wilgotny dotyk.

Pomyślał, że przy najbliższej okazji musi podziękować Szikardonowi za ten nieoczekiwany prezent. Może uda się umieścić podobną mozaikę na ścianie domowej sypialni, żeby przypominała mu o spotkaniu z najniezwyklejszą dziewczyną, jaką poznał po wypadku. Westchnął w duchu, ale nie było czasu na wspomnienia. Teraz chciał poświęcić uwagę dzisiejszemu urodziwemu gościowi.

Wzmianka gospodarza o przygotowaniu czegoś do picia zaktywizowała młodą kobietę. Zaoferowała, że sama przyrządzi herbatę i ruszyła w głąb wozu, szukając kuchni. Przejęła inicjatywę na cudzych śmieciach, jakby nagle poczuła przypływ pewności.

Dalej wydarzenia szły naturalną koleją. Śmiałość Barbary wzrastała. Spostrzegłszy, że Franek rzeczywiście czuje się osłabiony, z własnej inicjatywy przemyła mu rankę na czole, a potem znalazła świeżą koszulę, aby mógł się przebrać. Jego bezdyskusyjne, pogodne podporządkowanie spowodowało, że pewność dziewczyny jeszcze bardziej urosła. Stanowczo oznajmiła, że nie pozwali mu tak zaraz założyć koszuli. Najpierw zlustrowała zsinienia w miejscach, gdzie uderzyły pociski. Wykryła i zdezynfekowała dwie miniaturowe perforacje skóry, na których utworzyły się już strupki. Rzeczowo, bez kokieterii, skomplementowała jego wyrzeźbioną klatę. Weszła w rolę pani domu.

Gdy dotykała poobijanej piersi i obdarzała go pochwałą, gdy mocniej poczuł ciepło kobiecych palców i miły powonieniu zapach potu, nic to, że zmieszany z odorem kosmetyków (zapewne dobrej jakości, ale generalnie nie cierpiał chemicznych woni), natychmiast wróciła erekcja. Wszem i wobec objawiła się wyraźnie pod materiałem spodni. Osłabienie, które wynikało z nadmiaru wrażeń, zaczęło mijać.

Nie zwrócił uwagi, że w przeciwieństwie do niego, wszystko, co robiła młoda dziewczyna, pozbawione było emocji. Jakby wykonywała precyzyjnie zdefiniowany plan, który przygotowała, uwijając się w głębi kampera. Nawet na wybrzuszenie spodni spoglądała co najwyżej ciekawie.

W trakcie jej krzątaniny skanował umysł dziewczyny, przechodząc możliwie szybko, na skróty, do życia erotycznego. Barbara próbowała we wczesnej młodości podążać heteroseksualną drogą, ale się nie udało. Może dlatego, iż jej uroda od zawsze wywoływała męskie hołdy. Pewna siebie wybierała zazwyczaj najatrakcyjniejszych młodzianów z pierwszego szeregu, zamiast spokojnie rozejrzeć się i dostrzec bardziej wartościowego kandydata, który nie puszył nachalnie pawich piór. W konsekwencji chybionych wyborów, jej próby stworzenia związków kończyły się niepowodzeniem, nie tylko na polu seksualnym. Inne aspekty relacji również okazywały się niesatysfakcjonujące.

Przełom w życiu młodej kobiety nastąpił dopiero na początku drugiego roku studiów, kiedy starsza o rok współmieszkanka w akademickim pokoiku, początkująca lesbijka, obdarzyła ją nieśpiesznymi pieszczotami, które pozwalały brać i dawać rozkosz niemal bez końca. Romans z koleżanką okazał się cennym doświadczeniem. Wreszcie zaspokajającym mocno zaniedbane potrzeby Barbary. Albo po raz pierwszy dopasowanym do genetycznie uwarunkowanych preferencji jej młodego organizmu.

W trakcie studiów miało miejsce jeszcze kilka lesbijskich epizodów, w tym także z przyszłą partnerką biznesową, którą Franciszek miał okazję poznać w trakcie transmisji z francuskiej restauracji. Relacja z aktualną współwłaścicielką firmy trwała do dzisiaj, aczkolwiek obecnie miała luźniejszy charakter, gdyż koleżanka założyła rodzinę i wychowywała dziecko. Barbara rozważała pójście w jej ślady. Macierzyństwo wydawało się jej istotne. Ale chyba nie doszła jeszcze z sobą do ładu, bo nie uczyniła żadnego kroku, aby nawiązać znajomość z jakimkolwiek mężczyzną. Nawet wirtualną. Wdała się za to w romans z młodszą dziewczyną i kontynuowała go równolegle do długotrwałej, choć niezobowiązującej, seksualnej przyjaźni ze wspólniczką.

Te informacje nie odwiodły Franka od erotycznego planu. Jednak kiedy po opatrzeniu ran, chwycił ją w podzięce za rękę, spojrzała na niego z udawanym uśmiechem, za którym dostrzegł dobrze skrywaną niechęć, wręcz chłód, że aż zamarł. Lodowate spojrzenie zadziałało skuteczniej niż wiedza o jej lesbijskich preferencjach, która go zdziwiła, ale nie odstręczyła. Wierzył, że to akurat mu nie przeszkodzi.

Ten cholerny Szikardon miał rację!”, wątpliwości kompana co do wyboru kobiety miały uzasadnienie.

Wyjdę na moment sprawdzić, czy napastnicy kręcą się jeszcze w pobliżu – oznajmił z wymuszonym uśmiechem i opuścił kampera, aby ochłonąć i zastanowić się nad sytuacją.

Nic nie szło jak trzeba. To się wręcz nie mieściło w głowie. Tyle starań Szikardona, tyle jego marzeń. Na wyraźną niewieścią obojętność czy wręcz niechęć nigdy jeszcze nie natrafił, odkąd po katastrofie drogowej z udziałem Preto zaczął polować na kobiety. Najczęściej współpracował z Szikardonem, a czasem działał samotnie. Nieważne, czy były to przeciętniaczki, przydrożne kurwy, cnotki czy lesbijki, bo i takie się zdarzyły, zawsze mu ulegały. Nazywał to swoją misją i wykonywał ją bez problemu. W razie potrzeby pomagał eliksir Szikardona.

Dzisiaj było inaczej. Zastanawiał się, dlaczego. Zakładał, że albo Igły zadziałały nieskutecznie, choć to wątpliwa teza, albo, co bardziej prawdopodobne, chciały z nieznanych powodów zapobiec prokreacji. Choćby z powodu homoseksualizmu Barbary, który być może tkwił jako mocno zakorzenione w genach ukierunkowanie, a nie przypadkowa, jednopokoleniowa roszada. Albo nastąpił konflikt interesów dwóch szczepów Igieł: jego i jej. O ile taka sporna sytuacja w ogóle jest możliwa. Te nanoskopijne kurewki mogły uzgodnić, że należy poszukać lepszego kandydata do zapłodnienia jajeczka podopiecznej i dlatego chciały zablokować dzisiejsze pokładziny. Taka opcja też istniała. W końcu banda Preto, jak wiedział, wybrała do współpracy nie tylko jego jedynego. Franek zażąda wyjaśnień od Szikardona, ale ten najpewniej albo uchyli się od odpowiedzi, albo nie będzie jej znał. Igły działały ponoć autonomicznie, według nieznanych, samouczących się algorytmów, o których jedynie Preto ze współtowarzyszami mieli głębsze pojęcie. On sam i jego opiekun wiedzieli niewiele na temat reguł rządzących ingerencją Igieł w życie mieszkańców Ziemi.

Na wszelki wypadek, bardziej z ciekawości niż z obawy, przespacerował się do polnej drogi stanowiącej wjazd na polanę. Beta karków zniknęła. Zapewne Szikardon przywrócił przejrzystość przedniej szyby, pozwolił im uruchomić auto i wycofać na szosę, więc z ulgą uciekli z miejsca swojej klęski, licząc, że policja nie zdąży szybko dotrzeć na polanę, przesłuchać ofiar napaści i w rezultacie straci ślad. Tego, że nikt nie zgłosi policji strzelaniny, nie mogli zakładać.

Zastanawiał się, co zrobić. Aby zakończyć dzisiejszą nieudaną przygodę wystarczyłoby, żeby Szikardon pozwolił Barbarze uruchomić czeszkę i przywrócił zasięg w jej telefonie. Niech laska bez przeszkód jedzie na swoje lesbijskie party.

Rzeczywiście, chyba tak trzeba będzie to rozwiązać. Wypijemy herbatę i adieu, śliczna lesbo. Co z tego, że siedziałaś mi w głowie przez dwa lata? Co z tego, że na starość ponownie zaraziłem się romantyzmem, jak nastoletni debil? Tak bardzo marzyłem, aby cię znowu spotkać, Basiu. Cholernie chciałem cię mieć. Na dłużej, a nie na krótki romans. Często o tobie myślałem. Nie było bardziej pożądanej od ciebie kobiety w moim życiu, dopóki nie spotkałem Rysi. No, może poza Agnieszką, ale to inna historia. A tu takie rozczarowanie. Zupełnie się tego nie spodziewałem. Wtedy myślałem, że masz mnie w dupie, bo jestem stary i bez kasy. Dzisiaj nawet przez głowę mi to nie przeszło… szedłem na pewniaka. Po wypadku żadna mi nie odmówiła.”

Na chwilę włączyły się emocje.

I po co ci to było, debilu!?”

Kiedy wrócił do kampera, siedziała przy stoliku, na którym parował czajniczek z herbatą. Patrzyła na niego z uśmiechem, za którym krył się powracający niepokój. Znowu była spięta.

Herbaty?

Poproszę. – I dodał: – Sprawdziłem. Banda odjechała.

Płyn lał się do filiżanki. Mimo że jej ręka ani na moment nie zadrżała, zmysły zrobiły mu psikusa. Przez moment dźwięk strumienia ściekającej herbaty zabrzmiał z mocą huku wodospadu.

Jednak kazałeś im odjechać? – Dziwnie spojrzała i odłożyła imbryk na blat kamiennego stolika.

O co jej chodzi, kurwa!?”

Coś tu najwyraźniej nie grało.

Podejrzewa mnie?”

Jak to kazałem? Nie rozumiem.

Ale już wiedział, o co chodzi. Nieoczekiwana myśl przebiegła mu przez głowę.

A co jeśli spotkała się po desancie Igieł z Preto albo jemu podobnym? Albo wcześniej? Czy to możliwe?”

Wiedział, że kumple Preto nawiązywali kontakt z wybranymi ludźmi, których wcześniej obserwowali i selekcjonowali. Nie tak jak z nim, bo wtedy zadecydował tragiczny zbieg okoliczności albo z Martą, która według słów Preto okazała się niezwykle rzadkim przypadkiem, de facto nieuwzględnionym wcześniej przez zbiorową mądrość Igieł. Jednak większość wybrańców pozostawała nieświadoma, że Igły istnieją i im, wybrańcom pomagają. Ci szczęściarze bez głębszej refleksji korzystali z rozlicznych dobrodziejstw ze strony nanoskopijnych tworów, głównie remontu i odmłodzenia całego organizmu, a co za tym idzie, wzrostu sił i wydolności, poprawy czułości zmysłów.

– Wybacz, Franciszku. – Pierwszy raz zwróciła się do niego po imieniu. – Ale dziwne myśli chodzą mi po głowie. Nie potrafię tego powstrzymać i być może krzywdzę cię podejrzeniami. – Zwrot zabrzmiał retorycznie, wcale nie wyglądała na kogoś, kto żywi jakiekolwiek wątpliwości. Raczej przemyślała temat i nabrała przekonania, że ma rację.

Podniosła teatralnie filiżankę do ust, ale nie piła. W tym geście odczytał poczucie wyższości i skrywaną złość, która najprawdopodobniej narodziła się w trakcie samotnych przemyśleń, gdy spacerował na zewnątrz.

– Czy to nie dziwne, że spotkaliśmy się w tak niezwykły sposób? Jest piękny, słoneczny dzień. Spontanicznie zjeżdżam na parking w lesie. Samochód, ni z tego, ni z owego, odmawia posłuszeństwa, a telefon traci zasięg jak na zawołanie. Pojawiają się łobuzy, które niby chcą mi uczynić krzywdę, ale robią to bez przekonania, co teraz po uspokojeniu aż mnie zastanawia. Było o krok od nieszczęścia. Potem zjawia się obrońca, czyli ty. Słychać huk wystrzałów. Przerażający. Mało nie umarłam. Trafiło cię pięć pocisków, po których na ciele zostają tylko lekkie zadrapania. Zadziwiające, nieprawdaż? Czy nie powinny jeszcze zostać choć ślady farby? Jak to zwykle po paintball’u? A co najdziwniejsze, mój dzielny wybawca, nawet nie spojrzawszy, od razu wie, że to ja jestem ocaloną ofiarą. Jakbyś z góry wiedział. Już nie wspomnę o tym, że bez problemu otwierasz drzwi do mojego samochodu, co zbirom się nie udało. Czyżbyś wcześniej skopiował pilota? Aaa, i jeszcze jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestaje padać. Wraca piękna pogoda – umilkła, zbierając myśli. – Tak, to najdziwniejsza przygoda mojego życia. – Spojrzała mu pytająco w oczy i tym razem wytrzymała starcie, aż on pierwszy spuścił wzrok, zastanawiając się nad odpowiedzią. W głowie miał całkowity spokój, mimo zdziwienia, jakie wywołała jej przemyślana wypowiedź.

Czekając na odbicie piłeczki, sprawdziła telefon.

– A zasięgu nadal nie ma.

Znowu popatrzyła na niego badawczo. Niemal zmuszała go do odpowiedzi. Wywierała wzrokiem presję.

– Brawo, Barbaro. Masz mnie. Nie będę się wykręcał. Twoja wersja wydarzeń musi być prawdziwa. Nie ma lepszej. – Ironia w słowach Franciszka nie była oczywista, ale do odgadnięcia.

„Czarodziejską różdżką zastopowałem deszcz, kurwa. Skąd u niej takie przypuszczenia? Coś tu nie gra!”

Natychmiast weszła mu w słowo:

– Nie żartuj sobie. Ja mówię poważnie. Cały czas zastanawiam się, po co to wszystko zrobiłeś, jeśli zrobiłeś. Czemu czekałeś aż tyle czasu. Pamiętam, że wpadłam ci po stłuczce w oko. Gapiłeś się na mnie jak zachwycony buhaj. Sorry za określenie. Znam te wasze lepkie spojrzenia. Ciągle nas nimi obrzucacie. Ale wtedy nie podjąłeś żadnej próby. Nawet najmniejszej, bo to nieśmiałe zaproszenie na kawę trudno nazwać próbą. Zabrakło ci odwagi? Pewnie tak. Zresztą, dobrze zrobiłeś. Nie miałeś szans. I nadal nie masz. Chyba, że posuniesz się do gwałtu. Bo o to chodzi, prawda? O cóżby innego. Chcesz się dobrać do moich…chcesz seksu? – W poprawnie zaakcentowanym pytaniu, kryła się pewność, zero wątpliwości. I brak obawy, że do tego dojdzie. Jakby się z tym godziła.

„Jest bardzo szczera. Obraża mnie w otwarty sposób. Spotkała się z Preto albo innym gnojem, czy nie?” Nie mógł przestać rozważać najważniejszej kwestii. „Wie coś o Igłach, czy nie? Coś mi się jednak wydaje, że nie wie. To bez sensu. Chyba, że się spotkała i uprzedzono ją o mnie… Nie to też nie ma sensu. O co tu chodzi, do kurwy nędzy? Czyżbyś, Basieńko, potrafiła skanować to i owo w mojej głowie? Hmm. Nie można tego wykluczyć.”

– Droga Basiu. To najdziwniejsza rozmowa, jaką kiedykolwiek prowadziłem…

W myśli dodał: … z kobietą. ”. Rozmowy z Preto albo z Szikardonem, albo z Vibem potrafiły być daleko bardziej niezwykłe.

– …i najdziwniejsze posądzenia. Musiałaś być w wielkim stresie, gdy cię zaatakowano. Bardzo ci współczuję i rozumiem, że wiele dzisiaj przeszłaś, ale nadal daleko ci do obiektywnej oceny sytuacji. Stąd te twoje spiskowe teorie, podejrzenia. Ale w jednym się nie mylisz… – Uśmiechnął się i dopił herbatę. – Przepyszny napar. Pij. Za chwilę nie będzie już taki dobry. Najlepszy smak herbaty to ulotna chwila. Potem jest już zaledwie znośny. No, chyba, że napój przyrządza doświadczona w całej ceremonii gejsza.

– Muszę cię rozczarować. Nie planuję zostać gejszą. – Biła go hardym słowem w pysk. Piękna, kamienna twarz, badawczy wzrok.

Zapadło milczenie.

– Więc? W czym się nie mylę? – Przywołała go do głównego tematu rozmowy.

– No, nie mylisz się. – Chciał zakończyć wątek. Nadal pamiętał, że porównała go do buhaja. – Odkąd cię tylko dzisiaj ujrzałem, marzę o twojej… – przerwał, aby zwiększyć napięcie, niczym trzeciorzędny aktor – dupie. Sorry za określenie, Basiu. W skrócie wyraża wszystko.

Zatrzasnął drzwi. Nie było odwrotu. Teraz jeszcze chwilę pogadają i Szikardon będzie mógł odblokować czeszkę, aby mogła odjechać w cholerę.

– Faceci są banalni… Nadal chcesz mi wcisnąć, że dzisiaj to czysty przypadek? – Zero reakcji na wulgarną ripostę.

– Nie, już nie. Rzeczywiście jestem bossem mafii. Zaaranżowałem to wszystko.

– Brawo ja. Nie wyglądasz na bossa, ale jednak cię rozszyfrowałam. Byle kogo nie stać na taki luksus. Piękne wnętrze.

Czy ja dobrze słyszę? To pierwsze pochlebstwo z jej ust!”

– Stać mnie na większy, ale nie lubię złotych klamek i kranów. Ani gromady ochroniarzy na karku. – Szydził, ale miał wątpliwości, czy ona w swojej pewności siebie zwraca uwagę na takie niuanse.

– Ooo…

– Śledziłem cię od dawna. Parę dni temu podpisałaś w Paryżu kontrakt z tą szczebioczącą Monique i Gerardem. Prawie na pięćset kilo euro. Całkiem duży, biorąc pod uwagę historię twojej firmy. W mojej ocenie całkiem opłacalny. A perspektywy na wzrost ich zaangażowania są, moim zdaniem obiecujące. To przełom, wychodzisz na prostą. Zostaniesz multimilionerką. Twoja wspólniczka Dorota jest niegłupia i dobrze się uzupełniacie. Będziecie bogate. Trzymam za was kciuki. Choć radziłbym przestrzegać przepisów i nie ryzykować konfliktu ze skarbówką. Kontrola doprowadziłaby was do bankructwa. A przecież tak dobrze wam idzie. Ryzykujecie bez sensu.

– Ooo… – Miała teraz wielkie oczy. I nie było to udawane. Jej świat zadygotał w posadach.

Milczał i czekał. Już zamknął drzwi, aby sobie poszła, a teraz impulsywnie uchylił je ponownie. Czuł, że zabił dziewczynie ćwieka. Gapił się na nią już teraz bez żadnych hamulców. Rozterka dodała jej uroku. Nieco poczerwieniała z emocji. Podniecenie Franciszka, jak potrafiło błyskawicznie zniknąć od jednego lodowatego spojrzenia, tak nagle powróciło ze zdwojoną siłą. Kutas prężył się pod materiałem spodni. Sterczał jak gotowy do strzału pistolet.

Jeśli umiała logicznie myśleć, nie miała wyjścia. Mogły się jeszcze odezwać jakieś przesądy. Duma, przyzwoitość. Wolał, aby uległa szantażowi. On jedynie zasugerował groźbę, nie mając najmniejszego zamiaru wcielać pogróżek w życie. Ona, przeświadczona o realności nacisków, analizowała potencjalnie nieuniknione konsekwencje w głowie.

– Zaskakujesz mnie, Franciszku – przyznała po dłuższym milczeniu. – Życie jest pełne niespodzianek. Co chwila się o tym przekonuję. Może mi powiesz, czego ode mnie oczekujesz? Chcesz przejąć firmę? Szukasz jakiejś zemsty? Choć nie wiem, za co. Wytłumacz, bo nie rozumiem.

– Chcę tylko spełnić marzenie. Chcę twojej dupy. Koniec. Kropka. – Gapił się bezczelnie. Skoro Baśka nosi w sobie Igły, nie będzie jej nic ułatwiał. Nie będzie manipulował. Życie jest brutalne.

Aby zmiękczyć jej ewentualny opór, salonik napełnił się silną wonią eliksiru Szikardona. Majtki dziewczyny natychmiast zaczęły wilgotnieć. Wiedział to i czuł wyraźnie. Można było wysnuć stąd wniosek, że Igły, początkowo neutralne, wreszcie wsparły Franciszka w jego dążeniu do spełnienia marzeń. Biochemia rządzi.

Ktoś, śledząc z boku cielsko Krystyny rozdęte do rozmiarów kampera, nie zauważyłby w ciągu następnych godzin najmniejszego drżenia karoserii. Szikardon potrafił wytłumić wszelką drżączkę. Umiał zawiesić olbrzymi kadłub tuż tuż nad ziemią i sparaliżować jakikolwiek ruch. Tymczasem, mimo pozorów spokoju i bezruchu z punktu widzenia zewnętrznego obserwatora, w środku wielkiego pojazdu cała sypialnia wręcz chodziła i dygotała. Franciszek kopulował wreszcie z kobietą, o której tak długo marzył.

Wziął ją na łóżku dwukrotnie, a każdy stosunek poprzedził bardzo staranny rytuał pieszczot, spojrzeń i szczerze dobieranych słów. Nie omieszkał opowiedzieć jej o swoim niemal dwuletnim zauroczeniu. Bardzo się też starał zatrzeć złe wspomnienia pięknej dziewczyny o dawnych nieudacznych męskich kochankach. Udało mu się. Później szeptała coś o zaskoczeniu i stwierdziła, że chyba jest bi, choć dotąd sądziła, iż tylko partnerki tej samej płci są jej przeznaczone.

W godowych igraszkach była niezmordowana. Kiedy po dwóch kopulacjach, zachwyceni bliskością i niesyci seksu, ponownie rozpoczęli żartobliwe zaczepki w niewielkiej sypialni, uciekała przed nim z chichotem, w którym pobrzmiewała radość małej dziewczynki sprzęgnięta z prowokacją frywolnej kochanki. Bez chwili wahania, olewając ryzyko spotkania z przypadkowymi świadkami, wyskoczyła naga i bosa z kampera na polanę. Próbowała umknąć przed pościgiem w las.

Dogonił ją między drzewami i wziął po raz trzeci – tym razem bezwzględnie – bez żadnej gry wstępnej, przypartą do pnia drzewa. I to się chyba Baśce jeszcze bardziej spodobało.

Nic nie mówiła, ale tuliła się mocno i nuciła dziecinną mruczankę, kiedy odnosił ją na rękach do Krystyny, bo poraniła sobie stopy na leśnej wyściółce pełnej korzeni, szyszek, połamanych gałązek i igieł. Wtedy pomyślał, że być może podobne kołysanki będzie śpiewać, usypiając dziecko, jeśli urodzi za dziewięć miesięcy. W końcu nie używali żadnych zabezpieczeń. Dziewczyna nawet nie wspomniała o konieczności zakładania gumek.

Ciekawe, czy do tej ślicznej lesby, która tak mu się podoba, także odezwie się jakaś pieprzona fundacja w imieniu Preto i jego kumpli.

Bardzo prawdopodobne.”


i Wypadek – od tego zaczyna się opowieść. Tragiczne dla kilku osób wydarzenie zmienia życie bohatera. Uczestniczy w wypadku z dziwnym latającym pojazdem. To zapewne wojskowy eksperyment, bo inne wyjaśnienie trudno brać pod uwagę. Doznaje uszkodzenia kręgosłupa, zmiażdżenia kolan, itp. Trafia do szpitala, gdzie wbrew oczekiwaniom lekarzy szybko dochodzi do znakomitego zdrowia. W szpitalnej izolatce odwiedza go nieznajomy imieniem Preto albo Preston, uczestnik lub sprawca wypadku, który obiecuje mu w zamian za zniszczone auto inny pojazd. Nieznajomy sprawia wrażenie szpiega z najlepszych wywiadów świata, ale to przypuszczenie z czasem staje się coraz bardziej wątpliwe.

ii Lekkie nawiązanie do powieści Llosy pt. „Pantaleon i wizytantki”

iii Krystyna – inspirując się tytułem powieści pewnego popularnego autora, bohater z czasem zaczął tak nazywać zmiennokształtny i obdarzony wieloma innymi niezwykłymi właściwościami pojazd, którym zarządzał Szikardon

iv Igła – bohater wie, że najmniejsze z nich są (chyba) nanocyborgami. Są również większe – mikrocyborgi, a także większe mechanizmy niekoniecznie z biologicznym komponentem. Pełnią zapewne wiele ról, ale bohater ma (niewielkie) doświadczenie jedynie z medycznymi, szpiegowskimi i bojowymi Igłami

v czeszka – popularny samochód wyprodukowanych w Czechach

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Przyznam, że jest to jeden z najbardziej osobliwych tekstów, jakie dane mi było tutaj przeczytać. Bardzo dopieszczony stylistycznie, bogaty w formie i treści, ale chwilami zawierający tyle różnych wątków, przemyśleń bohatera oraz opisów świata, że aż można sie pogubić. Na pewno przeczytam całość jeszcze raz, ale raczej jak wyjdzie kolejna część i od początku. Albo po prostu za mało wyrobiony odbiorca (odbiorczyni? 😛 ) ze mnie 😉

Agnesso,
Osobliwy? Hmmm. Pewnie czytałaś niewiele z tego, co pojawiło się na portalu. Kto by miał czas, aby przejrzeć cały stos tekstów. Pewnie znalazłabyś wiele osobliwych i jeszcze bardziej osobliwszych. I zgodzę się, że wybiórcze publikacje urywków powieści mogą być niestrawne, bo pojawiają się wzmianki, kontynuacje niepublikowanych wątków – czytelnik nie ma szans aby wszystko dokładnie zrozumieć, zwłaszcza, gdy powieść ma charakter fantastyki i nie wszystko można wydedukować na podstawie doświadczeń życiowych. Bardzo za to przepraszam, ale nie piszę opowiadań erotycznych. Natomiast umieszczam erotykę w większych formach i czasem proponuję Redakcji jakiś skrawek do publikacji. Niestety, obawiam się, że jeśli opublikuję inną część, może ona być wyrwana z kontekstu i niewiele pomoże w zrozumieniu Figli.

Tytułowe figle słońca zostały naprawdę cudnie opisane! 🙂

Aniu,
Pomysł wzięty z życia (np. booster i buc w garniturze). Jedyna retrospekcja z czasów przed wypadkiem, na którą się zdecydowałem, aby lepiej w innych częściach scharakteryzować bohatera.
I stwierdziłem, że nie będzie stylu sms-owego, a wręcz przeciwnie – nieśpiesznie i nudziarsko opiszę pewien poniedziałkowy poranek. A symbolika oddziaływania słońca też gra pewną rolę w całości.
Uśmiechy,
Karel

No dobra, ale gdzie są „momenty”? :0

No przyznam, że nieco zabrakło … kontynuacji akcji tuż po kulminacyjnym punkcie za jaki uważam, zdemaskowanie misternie budowanego planu Franka przez Baśkę. Nawiasem pisząc, to świetna scena, której się nie spodziewałem – a lubię być zaskakiwanym w opowiadaniach.

Mam pytanie – może czegoś nie zrozumiałem – sam Szikardon jako taki, jest bardziej programem komputerowym nie ograniczonym do jednego konkretnego samochodu, lecz mogącym „zawładnąć” jakąkolwiek elektroniką ( i nie tylko) ?
I jaki jest związek między nim a „Igłami”? Kto może nimi sterować, a kto nie, w jaki sposób wpływają na pogodę (trochę to przerażające) i procesy chemiczno – biologiczne w ciałach bohaterów?

Dzięki, że wpadłeś i zerknąłeś na mój tekst, Radosky
Szikardon? Nie chcę zbyt wiele zdradzać. Niemniej Szikardon jest istotą żywą o cechach, które często posiadają postaci z opowieści fantasy. Jest potomkiem gatunku, który powstał poprzez wiele manipulacji genetycznych, Przodkowie zostali wykreowani kilkanaście tysięcy lat temu. Przez sprzęg z AI o ogromnej mocy mógłby np. zarządzać ruchem (przejąć siłą kierowanie), jak kiedyś sam stwierdził w rozmowie z bohaterem mojej opowieści, tysięcy pojazdów w sposób, który z dużym prawdopodobieństwem zapewni zero kolizji między pojazdami. Wrócił na Ziemię po tysiącach lat spędzonych z dala, aby wziąć udział w kolejnych eksperymentach ewolucyjnych, których jest świadomym podmiotem.
Publikowane teksty są dość losowo wycinane z opowieści, więc niestety Czytelnik nie ma możliwości poznać „realiów” fikcyjnego świata, z czego zdaję sobie sprawę. Zresztą bohater opowiadania także nie ma o wielu sprawach pojęcia i dowiaduje się stopniowo, latami.
Igły – tak nazywane są cyborgi o rozmiarach zbliżonych do wirusa czy innego drobnego organizmu. Mają różne wyspecjalizowane funkcje i komunikują się między sobą, aby osiągnąć zadane przez swoich twórców cele. Nazwa pochodzi od ich wyspecjalizowanej grupy, która wnika (czasem towarzyszy wniknięciu uczucie ukłucia) do organizmów i pełni w nich rozmaite role: medyczne i inne. Generalizując, Igły są najmniejszymi z rodziny cyborgów, są również przedstawiciele widzialnych rozmiarów i pełnią funkcje jakie przypisze im twórca. Igły mogą się replikować a w szczególności wyspecjalizowane Igły kreują ich inne rodzaje. Dzieje się tak np. w organizmach, do których wniknęły. W dużych stawach kostnych, gdzie bytują, organizują mikrofabryki.
Szikardon wie o ich istnieniu i ma z nimi ograniczony kontakt.
Czy to właśnie Igły wpływają na pogodę? Przyznam, że tego nawet ja nie wiem 🙂 Wydaje mi się jednak, że robi to Szikardon w jakiś sobie znany sposób. Takie zjawiska wywołał dwukrotnie, a przynajmniej na razie opisałem dwa takie przypadki: jeden powyżej, drugi we fragmencie o tęczach. Tego typu zjawisko, które nie jest wcale iluzją, kosztuje sprawcę wiele energii, więc nie nadużywa swojej mocy. Po drugie tego typu zjawiska mają szeroką publikę, co jest wbrew zaleceniom istot, z którymi Szikardon współpracuje przy swoich eksperymentach. Istoty te chcą uniknąć w miarę możliwości zainteresowania ludzi.
Dobra, i tak wiem, że próbując wyjaśnić, zagmatwałem jeszcze bardziej, za co przepraszam.
Uśmiechy,
Karel Godla

Dziękuję za wyczerpującą odpowiedź.
A więc Szikardon jest nie tyle Knight Rider-em, lecz unikalnym połączeniem biblijnego Adama, komiksowego Transfermersa z filmowym Matrix-em 😉

Bardzo skromnie zdefiniowałeś charakterystykę Szikardona, Drogi Radosky, ale nie będę się sprzeczał 🙂
Uśmiechy,
Karel Godla

Napisz komentarz