Magnetyzm XXIV (Ania)  3.32/5 (25)

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 14 minut/-y    

Źródło: pxhere

Oswojona

Zafascynowana patrzy na scenę. Mati wydaje się inny niż zwykle. Charyzmatyczny, a przez to jeszcze bardziej seksowny. Ciemna strona księżyca – myśli, mocniej ściskając dłoń towarzyszącego jej mężczyzny. Cieszy się, że przyszli razem. Owszem, denerwowała się (jeszcze nigdy nie przedstawiała przyjaciołom żadnego chłopaka). Jak widać niesłusznie, Grzegorz świetnie wtapia się w otoczenie, nikomu nie wadzi i sam zdaje się dobrze bawić.

– Jak udało ci się ją usidlić? – ni z tego, ni z owego pyta Dominik, starszy brat Mateusza, nieznający w tym gronie chyba nikogo poza Anką.

– Jeszcze się nie udało – Grzegorz odpowiada konspiracyjnie, na co jego rozmówca szczerzy się szeroko.

– Czyżby poważne plany? – Pantoflarz jak to pantoflarz, każdemu życzy podobnego losu.

– Nie z nią takie numery – wtrąca się Darek.

– To byłoby coś! – wykrzykuje Gabi. Tak, tak, przyjaciółka będzie miała używanie, gdy dowie się, że zgodziła się wprowadzić do Grześka. Też nie sądziła, że to kiedyś nastąpi, ale chłopak spełnia wszystkie wymagania i jest po prostu przesłodki. Jeśli z nim się nie uda, nie uda się z nikim. Nawet z Matim nie byłoby równie bezproblemowo. Zresztą co tu dużo gadać, mimo że właśnie do niego należy jej serce, mieszkając pod jednym dachem, pewnie pozabijaliby się w ciągu tygodnia.

– Anka w stałym związku! – Aga aż pogwizduje z wrażenia. Zaraz się zacznie! Na szczęście Grzegorz tylko obejmuje ją mocniej, nie chwali się, nie pyszałkuje, po prostu jest.

– A żebyś wiedziała! Spotykamy się już od dwóch lat. – Anka nie może się powstrzymać przed próbami obrony.

– Dwa lata trzymałaś to ciacho w ukryciu? – Zuzka najwyraźniej jest pod wrażeniem.

– Fiu, fiu – wtórują jej pozostałe dziewczyny.

– I ja nic o tym nie słyszałam? – Gabi najwyraźniej czuje się oburzona.

– Ani ja? – Towarzyszący jej Michał jak zwykle błaznuje. Anka lubi tego gościa, nigdy nie wierzyła, że przyjaciółka da mu szansę, a tu proszę, są już razem od czterech lat. Kto by pomyślał? Tworzą świetną parę. Nierozerwalną.

– Ależ słyszałaś, to ten od soku pomidorowego. – Dziewczyna pochyla się do przyjaciółki i mówi konspiracyjnie. Przed oczami staje jej cała scena. Każdy wielki romans musi mieć swój spektakularny początek – uśmiecha się w duchu. Po wyczerpującym, wielogodzinnym assessment center, nadal ubrana w swoją najlepszą garsonkę, postanowiła spotkać się z przyjacielem. Czekała na niego przy barze, kiedy jakiś pijany gość (o osiemnastej już zalany w trupa!) wylał na nią Krwawą Mery. Całą wielką, wysoką szklankę Krwawej Mery! Wściekła, dosłownie wgniatała go w ziemię, gdy pojawił się Grzegorz. Opanowany i bardzo uprzejmy (wtedy wkurzająco uprzejmy!).

– Twój Bob[1]! – Gabriela natychmiast sobie przypomina. Były razem na spektaklu Monologi Waginy i potem rozbawione plotkowały o facetach. Grzegorz nie nosi ubrań w kolorze khaki ani nie jest aż takim koneserem cipek, ale na pewno potrafi sprawić, żeby kobieta poczuła się wyjątkowa. I piękna. Więc w pewnym stopniu zasłużył na to miano.

– Każdy ma takiego Boba, na jakiego zasługuje. – Anka wzrusza ramionami, choć wie, że trafiła dobrze. Prawie idealnie.

– Hej, hej, zaraz, dziewczyny! – Wtrąca się Robert. – W tym towarzystwie jest miejsce tylko dla jednego Boba!

– Oj, ty akurat na pewno nie jesteś Bobem. – Zuzka ze śmiechem klepie go po ramieniu. Faceci! Zapewne żaden nie widział przedstawienia, filmu ani nie czytał książki. Dla dziewczyn już kultowej.

– Wyglądasz pięknie, kiedy się złościsz – Grzegorz szepce jej na ucho. – Od razu się zakochałem. Od pierwszego wejrzenia.

Lubi jego szept. Lubi czuć jego oddech na skórze. Uwielbia się w niego wtulać. Ale czy się zakochała? Na pewno jest jej bliski. Brakowałoby jej go. Nie tylko upojnego seksu. Nigdy jednak nie wzbudzał w niej takiej tkliwości, jak Mateusz.

Odnajduje wzrokiem przyjaciela. Z nisko zawieszoną gitarą jest w swoim własnym świecie, gdzieś strasznie daleko. W sztucznej mgle, na nastrojowo oświetlonej scenie mógłby stanowić fatamorganę, projekcję jej najskrytszych pragnień. Ciepły, zmysłowy głos. Mrukliwy sposób śpiewania może porównać tylko do Curta Cobaina, którego nawet odrobinę przypomina, gdy zmrużyć oczy. Nieogolony i nieuczesany. Na swój sposób tragiczny.

Wsłuchuje się w słowa. Przed chwilą śpiewał tamtą piosenkę, tę którą przy niej skomponował. Teraz była bogatsza i bardziej rockowa. Z wyrazistą linią basu i perkusją. Piękna, choć wtedy, grana tylko dla niej, głęboko poruszała, nieporównywalnie bardziej.

 

Będę śpiewał, aż chmury rozgoni wiatr.

Aż ujrzę przed sobą błękit nieba.

Będę śpiewał po świata kres

I będę przemierzał horyzont.

 

Z Tobą w sercu.

Dla Ciebie.

Przez Ciebie.

I dzięki Tobie.

 

W oczach Anki zbierają się łzy. Chciałaby być jego muzą, ale on przed oczami ma już tylko swoją femme fatale. Kobietę, która go zgubi, która wyrwie mu serce z piersi i rzuci psom na pożarcie. Widocznie tak musi być.

Życie nie jest poezją. Jest prozą. Mati, mimo romantycznej duszy, też musi chodzić po tej samej ziemi, też musi się dostosować. Marząc w końcu zgorzknieje, a jej przyziemny i prozaiczny Bob pewnie na zawsze pozostanie taki sam. Inżynier. Fakt, dżentelmen.

Tamtego wieczoru wyprowadził pijanego kumpla z baru. Wcześniej wymienili się telefonami. Przeszył ją przyjemny dreszcz, gdy musnął jej dłoń, wręczając wizytówkę. Spojrzała mu w oczy i dałaby głowę, że on poczuł to samo. Następnego dnia, o świcie, nieoczekiwanie pojawił się, żeby odebrać od niej ubrania. Zaniósł je do pralni. Plamy z garsonki zeszły, bluzki nie udało się niestety odratować. Po południu poszli  więc na zakupy, twierdził, że kumpel płaci. Anka po dziś dzień nie wie, czy tak było naprawdę, podejrzewa, że po prostu wybrał nietypową strategię podrywu.

Nie znaleźli wtedy nic podobnego, ale po długich męczarniach w końcu coś wybrała. Ujęła ją jego cierpliwość i wyczucie smaku. Okazał się szarmancki, a w dzisiejszych czasach to prawdziwa rzadkość. Jeszcze tego samego dnia wylądowali w łóżku i musi przyznać, że tam też zachował nienaganne maniery. Dopiero z czasem nieco się rozbestwił.

Teraz mają zamiar spróbować zbudować prawdziwy, monogamiczny związek. Pierwszy w jej życiu i w jego chyba też. Nie przypuszcza, by się udało, nie sądzi, by została stworzona do podobnego życia, ale jeśli nie sprawdzi, nigdy nie dowie się jak to jest. Może już nikt nie złoży podobnej propozycji. W końcu tyle razy słyszała, że fajna z niej dziewczyna, ale na żonę się absolutnie nie nadaje. Z jednej strony mężczyźni pragną kobiet lubiących seks, z drugiej się ich boją. Nie upilnujesz przecież takiej. Grześ się nie boi. Pytanie tylko, czy to jeszcze odwaga, czy już brawura?

Nowik schodzi ze sceny cały spocony i rozgrzany, ale przysiada się od razu do przyjaciół. Zajmuje miejsce na wprost Anki i uśmiecha się promiennie. Jest zadowolony. Dawno nie czuł się równie dobrze. Oczy błyszczą mu figlarnym blaskiem, a policzki są zarumienione. Gdyby nie wiedziała dlaczego, może pomyślałaby, że to dzięki miłosnym zmaganiom.

Sięga po jej piwo i bezczelnie bierze duży łyk. Nikomu innemu by na to nie pozwoliła, przynajmniej żadnemu mężczyźnie, ale Mateuszowi przecież wolno wszystko. Grzegorz na szczęście udaje, że nie widzi, choć ona nie ma wątpliwości, że czujne oko wyłapało zbyt poufały gest. Jest naprawdę uważny.

– No wiesz, nie stać cię na własne? – Wyrywa przyjacielowi szklankę z teatralnym oburzeniem. Przez chwilę się siłują. Złocisty napój kołysze się niebezpiecznie, aż w końcu rozchlapuje się na ich ręce. Dłoń Anki chwyta Grzegorz, pochyla nad nią swe usta i scałowuje trunek. I mimo że robi to delikatnie i czule, jest w tym coś z typowo samczego oznaczania terenu. Moja ci ona i tylko moja – zdaje się mówić, kierując chłodne spojrzenie ku Mateuszowi – wara od mojej własności.

Dziewczyna rozbawiona obraca dłoń tak, by miękkie usta mężczyzny pieściły jej nadgarstek od wewnętrznej strony. Bardzo to lubi. Może nawet za bardzo, bo po chwili czuje już błogość rozlewającą się wzdłuż ramienia.

– Na razie starczy – szepce kochankowi do ucha, patrząc przy tym w najpiękniejsze oczy na świcie. Szafirowe. Na najsłodsze usta i na gardło, w którym rodzi się śpiew. Będzie jej brakowało chłopca z gitarą.

Mateusz wstaje, a Anka razem z nim, Grzegorz stara się zachować stoicki spokój, gdy we dwoje wychodzą na zewnątrz. Noc jest spokojna i cicha. Ruch na Krupniczej i Podwalu prawie żaden. Oni jednak, idąc ramię w ramię, może nawet trochę zbyt blisko siebie, próbują uciec od cywilizacji, spacerując wzdłuż fosy.

– Wszystko w porządku? – Ona odzywa się pierwsza.

– Tak, chyba tak, chyba wreszcie wszystko zaczyna się układać. – Nowik jak zawsze jest tajemniczy i lakoniczny.

– Z tą kobietą? – Woli się upewnić, choć imię Ewy Kowalik jakoś nie chce przejść jej przez gardło. Chce by przyjaciel odnalazł szczęście, ale nadal gdzieś w głębi czuje lekkie ukłucie zazdrości.

– Tak – przytakuje, choć niezbyt przekonująco.

– Na pewno? – Anka staje się podejrzliwa. Najwyraźniej nie gra. Inaczej byłby radosny, a przecież nie jest. Widać gołym okiem.

– Chce, żebym dla niej pracował. Jako kierowca – dodaje po chwili. – Zaproponowała mi nawet mieszkanie służbowe. Nad garażem. W jej domu.

– U niej? – Dziewczyna kręci z niedowierzaniem głową. – Zgodziłeś się?

– Nie. – Mateusz bierze głęboki wdech. Wyraźnie widać, że cała ta historia mu ciąży, ale Anka doskonale wie, że nie ma co go przekonywać, by zapomniał o tej modliszce.

– Może powinieneś, spędzalibyście razem sporo czasu.

– Tak, ale…

Doskonale rozumie, przyjaciel nie musi nic więcej mówić. No i jeśli nie biegnie do niej w podskokach, znaczy, że istnieje jeszcze promyczek nadziei, że nie stracił całkiem głowy. Nie na tyle, by przełamać własną dumę i stać się podnóżkiem. Bardzo dobrze.

– Zależy ci na niej? – pyta raczej, by sprawdzić reakcję, niż usłyszeć konkretną odpowiedź.

– Tak, chyba tak. – Mateusz wydaje się zmieszany. – Fascynuje mnie i pociąga, nie tak fizycznie, przynajmniej nie tylko. Rozczula, ale też czasem przeraża. Nigdy nie wiem, czego się spodziewać.

Anka wzdycha. Takie są najgorsze. Zapewniając swoim ofiarom ciągłe atrakcje, jeszcze silniej je do siebie przywiązują. Nawet najmilsza i najczulsza kochanka w końcu się nudzi. Prawdziwa jędza – nigdy.

– To prawda, że się do niego wprowadzasz? – Tym razem Nowik przerywa ciszę.

– Tak. – Cóż tu więcej powiedzieć?

– Nie sądziłem, że ty kiedykolwiek… z jednym mężczyzną… no wiesz…

– Ja też nie sądziłam. – Uśmiecha się blado.

– Kochasz go?

– Chyba tak. Nigdy nie byłam w nim zakochana, ale chyba go kocham.

– Aż taki dobry jest? – Mateusz wraca do formy, skoro znów próbuje obracać wszystko w żart.

– Żebyś wiedział! – Śmieje się, biorąc przyjaciela pod ramię.

– Lepszy niż ja? – W oczach chłopaka również pojawiają się iskierki wesołości.

– O niebo! I ma taką wielką pałę. – Anka rozkłada szeroko ręce, co najmniej na metr.

– I jaja jak arbuzy. – Przyjaciel wtóruje jej, sugestywnie rozcapierzając palce, w każdą z dłoni mógłby w ten sposób złapać solidną główkę kapusty, a nie męskie skarby ustępujące przecież rozmiarem nawet kurzym jajom.

Tylko z nim potrafi tak żartować i tylko w nim nie przeszkadza jej przaśna rubaszność. Dodaje mu uroku. U innych odstręcza. Kręci głową, myśląc o swoim do bólu porządnym kochanku. Mógłby mieć trochę więcej poczucia humoru. Trochę więcej radości życia.

Krucha równowaga

Swoje imperium zbudowała na solidnych podstawach, nie tylko znalazła niszę, ale zadbała też o różnorodność rynków i usług, zatrudniła najlepszych ludzi, dała im możliwości rozwoju. Kupiła i wyremontowała kamienice w świetnych lokalizacjach, same z siebie mogące stanowić dobrą inwestycję. No i oczywiście zawsze wszystko kontrolowała, nic nie mogło umknąć jej czujnej uwadze.

Niestety nie może tego samego powiedzieć o życiu osobistym. Zamek na lodzie – to chyba najlepsze porównanie. Niby ma rodzinę i przyjaciół, ale zawsze jest sama, nikomu nie zwierza się ze swoich lęków i pragnień. Nigdy nie płacze. Od małego wierzyła, że musi być silna. Jest. Na zewnątrz. Na pokaz. W środku pozostała małą, zagubioną dziewczynką, a co najgorsze sama nie chce się do tego przyznać.

Było dobrze. Bardzo dobrze. Do czasu aż odebrała ten głupi telefon. Teraz Anila widzi na jawie i we śnie. Słyszy go. Niemal czuje. Tak niewiele było trzeba, by dawne uczucia wróciły, by znów poczuła się porzucona i niekochana. Zraniona. Dogłębnie. Przez najbliższą na świecie istotę.

Powinna była zginąć w tamtym wypadku. Wtedy to on by cierpiał. Musiałby żyć z poczuciem winy.

Wspomnienia wszystkich miłych chwil bolą. Wspólnych wyjazdów i spacerów. Oglądania gwiazd i kąpania się nago. Wylegiwania w łóżku i pędzenia w pośpiechu na zajęcia. Niewinnych pocałunków skradzionych podczas przerw na lunch i tych namiętnych, kiedy zostawali sami.

Chyba nigdy nie zapomni jego smagłej skóry pachnącej kardamonem, kłujących włosków wokół regularnie golonej jadeitowej włóczni czy przyjemnie ciepłych i miękkich warg, tak szczodrze obsypujących pocałunkami. Nigdy.

Już każdego kochanka będzie z nim porównywać. Żaden nie wygra z duchem. Choćby zupełnie inny i tak w jego ramionach będzie myśleć o tamtym.

Mateusz Nowicki jest zupełnie inny. Większy. Silniejszy. Niedoświadczony. O jasnej cerze i niebieskich oczach. Włosach wypłowiałych od słońca. Dłoniach zniszczonych pracą fizyczną. I zapachu morza. Jest uległy. Anil zawsze starał się ją okiełznać, a Mateusz po prostu daje się prowadzić. Istnieje. Trwa. Prawda, zaskoczył Ewę odmową. Zazwyczaj zdobycie nowego pracownika to tylko kwestia ceny. On nawet nie spytał o potencjalne wynagrodzenie. Ale może tak lepiej, może pomysł okazałby się idiotyczny. Przekroczenie kolejnej granicy. Zachwianie kruchej równowagi.

Niewiele o nim wie i niezbyt poważnie go traktuje. Jak zabawkę. Jednak gdyby był zbyt blisko, mogłaby się od tej zabawki uzależnić. Przyzwyczaić. Pozwolić, by stał się częścią jej życia. Pustego i samotnego.

Słodki jest. I nie potrafi ukrywać emocji. Siadając za kierownicą jej mercedesa, zachowywał się niczym głupi szczeniak, oczy aż mu świeciły, na szczęście prowadził bardzo spokojnie, najwyraźniej nie chcąc popsuć gadżeciku. Dopiero wtedy przyszło jej do głowy, że jest z tych, którym łatwiej przychodzi przyjmowanie prezentów niż gotówki. Wcześniej nie rozważała podobnych kwestii. Wręczanie pieniędzy jest prostsze, wymaga mniej wysiłku.

Jednak kiedy po wspólnie spędzonej nocy (tylko na przytulaniu!), odwiózł ją do pracy, od razu wyjęła kilka zegarków przeznaczonych na prezenty dla kontrahentów i zaczęła się zastanawiać, który mu podarować. Dosyć szybko zdecydowała się na prosty, ale elegancki zegarek Omega Seamaster, jeden z tych, po których na pierwszy rzut oka nie widać ceny. Stalowy z dosyć prostym paskiem i szarą tarczą.

Pewnie bardziej ucieszyłby się ze złotego Rolexa, ale taki przepych absolutnie by do niego nie pasował. Choć kto wie? Może gdyby ubrać go w smoking…

Przyjemnie było patrzeć na szczerą, nieudawaną radość, gdy rozpakowywał prezent. Wydawał się zawstydzony, ale też szczęśliwy. W tamtym momencie postanowiła raz na zawsze zmienić strategię. Żadnej gotówki! Warto zadać sobie trochę trudu, by zobaczyć taki entuzjazm!

Ten entuzjazm podgrzał w niej krew. Był bardzo seksowny. I mimo, że wcześniej planowała spędzić wieczór w samotności, nie mogła się powstrzymać. Nie poprosiła, żeby został. Po prostu zaciągnęła do domu. Od razu przy wejściu przyparła do ściany i zaczęła całować. Bez opamiętania.

Mateusz najpierw zaskoczony stał jak skała, nieco ospały i niemrawy, ale z czasem zaczął reagować. Jedną rękę wplątał w jej włosy, drugą objął talię i odwzajemnił pocałunek. Nieśmiało. Niepewnie. Delikatnie. Rozchylił dla niej usta i pozwolił wedrzeć się do środka. Smakował gumą miętową i wcześniej wypitą kawą.

Kiedy chłodne dłonie wsunęła pod jego koszulkę, wzdrygnął się. Zamarł na chwilę. Dała mu czas, by się oswoił. Całowała dalej. Jeszcze bardziej namiętnie. Pod palcami czuła twarde, wypracowane mięśnie. Pragnęła je gładzić. Było ciężko, ale chciała by się rozluźnił, by z chęcią przyjął pieszczoty, zamiast zamykać się w sobie.

Ocierała się o Mateusza niczym kotka złakniona pieszczot i z zadowoleniem stwierdziła, że jego harcownik salutuje. Poczuła twardość na brzuchu. Fascynującą, magnetyzującą twardość. Tego było za wiele, jej dłonie rozpoczęły taniec. Dziki. Pierwotny. Zmysłowy.

Jego ciało. Wielkie. Muskularne. Prężne. Gorące. Ręce, które mogłyby złamać ją w pół, a siliły się na delikatność. Szorstka męska woń. Zachłanność – ale tylko jej zachłanność. Nienasycenie.

W szale zapomnienia niemal pozwoliła się rozebrać. Oszpecona. Naznaczona nieszczęśliwą miłością. Przyjemnie byłoby poczuć go bliżej, jeszcze bliżej, skóra przy skórze. Gładkość i szorstkość. Sprężystość. Nie jest jednak jeszcze gotowa. Nie chce sprawdzać reakcji na blizny. Na udzie. Boku. Brzuchu. Strzelające swoimi palącymi płomieniami niemal pod same piersi. Nie może.

Nawet jeśli poczuł pod niewprawnymi palcami ich zgrubienia, nie jest to tak upokarzające, jak pokazanie ich. Nawet jeśli dostrzegł już kiedyś tę na udzie, wyjątkowo dużą, rozchodzącą się promieniście od miejsca, gdzie karoseria wbiła się w ciało, i tak nie może domyślać się rozmiarów zniszczenia. Rozmiarów nieszczęścia.

Bariera pozostała. Bawełniana. Miękka. Siłą obciągnięta z powrotem w dół. Zabezpieczająca przed oceną i wstydem. Przed potępieniem i zniesmaczeniem.

Rozpięty został jedynie rozporek. Dłoń Mateusza wsunięta pod śliski materiał fig. Dwa palce szczelnie przylegające do napęczniałej łodyżki. Przesuwające ją między sobą. Odbierające zmysły. Aż zapragnęła poczuć je niżej, we wsadźbie.

On podtrzymuje kibić jedną ręką. On całuje. W usta. W szyję. Policzki. Ona się zatraca. Pod ślizgającymi się palcami. Pod przyspieszonym oddechem. W subtelnych szarpnięciach. Drganiu. W połączeniu łagodności i siły. W oddaniu.

Sama nie wie, czy trwa to chwilę, czy całe wieki. Po wszystkim osuwa się na dywan. Do jego stóp. On pochyla się. Unosi. Zabiera do łóżka. Kładzie się przy niej. Przytula.

– Muszę lecieć – wyszeptał jej do ucha zdecydowanie zbyt szybko. Po dziesięciu minutach? Po pół godzinie? Nieistotne. Zbyt szybko.

Nie zamierzała pytać: dokąd ani dlaczego. Tym bardziej zatrzymywać. Patrzyła tylko jak wstaje. Jak z kieszeni wyjmuje kluczyki i zostawia je na szafce nocnej. Jak wymyka się. Ucieka.

Oczywiście miała mu za złe i żadne wytłumaczenie by tego nie zmieniło. Była pewna, że przy nim by zasnęła. Sama nie potrafiła. Wstała i poszła popływać. Tylko zmęczenie mogło przynieść sen.

Śnił się jej pewien Hindus posłuszny rodzicom. Przykładny syn. W ramionach swojej pięknej, hinduskiej żony. Szepczący jej wyznania miłości. Zapewniający, że aż do śmierci. Penetrujący. Powoli, ale stanowczo. Z wyczuciem. Z nastawieniem, że to kobieta zawsze musi być pierwsza, by mężczyzna mógł spijać jej rozkosz i jej życiodajne siły.

Patrzyła na nich zza wielkiej, matowej szyby rozmywającej kształty i kontury. Odgradzającej od szczęścia. Byli piękni. Najpiękniejsi.

Obudziła się z uczuciem niepokoju zaciskającym gardło. Duszącym. Bolesnym. Jest przecież tylu mężczyzn, czemu nie może zapomnieć o tym jednym? Czemu prześladują ją jego regularne rysy? Dźwięczny głos? Kalifornijski akcent?

Wściekła na samą siebie wstała. Trzecia w nocy. Nalała sobie kieliszek wina – alkohol zazwyczaj ją usypia. Nie smakowało jednak dobrze. Cierpkie. Zbyt wytrawne. Odpaliła laptopa. Żaden z obecnie realizowanych projektów nie przykuł uwagi Ewy. Nawet gra przygodowa z autorskim scenariuszem jednej z najmłodszych pracownic. Bardzo pomysłowej i ambitnej.

Postanowiła sprawdzić postępy Mateusza, on jednak od kilku dni najwyraźniej nawet nie odpalał tamtej aplikacyjki. Szkoda. Zerknęła na swoje dzieło. Nie włożyła w to zbyt wiele czasu, a i tak wyszło nieźle. Może Bartek ma rację? Może trzeba je trochę podrasować i wprowadzić na rynek?

Nie zastanawiając się długo, kładzie dłonie na klawiaturze, a one same zaczynają pracować. Najpierw trzeciej postaci zmienia włosy na długie, rude loki. Nos robi nieco bardziej zadarty i szpiczasty. Ozdabia go całym mnóstwem piegów. Piersi powiększa, talię zwęża. Ubiera kobietę w długą, zieloną, wieczorową suknię z rozporkiem z prawej strony ukazującym całą nogę aż do biodra. Odczuwa zadowolenie z efektu. Zmysłowego i eterycznego jednocześnie. Zawsze wierzyła, że sama jest ruda, mimo że zazwyczaj była określana jako ciemna blondynka. Cóż, w końcu rudy to nie kolor – to charakter.

Jeszcze nie bardzo wie, jak ta dziewczyna powinna się zachowywać i co lubić, ale trochę bawi się pisaniem scenariuszy. Może odrobinka BDSM? Klamerki. Pejczyk. A może bardzo długa i łagodna gra wstępna ze zdecydowanym finiszem? Wibrator? Na pewno na koniec będzie głośno krzyczeć i twarz jej pokraśnieje!

Sama chyba najbardziej tęskni za minetkami. Anil może nie był szczególnie biegły w tej sztuce, ale pełen zapału. Jego mięsiste usta i zwinny język doskonale sprawdzały się w muskaniu pulchnych warg i turlaniu guziczka. Lubiła też zasysanie. Przygryzanie. Wwiercanie się do środka.

Seks z ukochaną osobą zawsze jest wyjątkowy. Inny niż z przygodnymi kochankami. Staje się wzajemnym zatracaniem się w sobie. Aktem zjednoczenia. Czy jeszcze kiedyś zazna podobnej satysfakcji? Pełni szczęścia, kiedy zaspokojenie obejmuje i ciało, i psychikę? Z nikim innym tak nie było…

[1] Jedna z bohaterek Monologów waginy Eve Ensler spotyka zupełnie przeciętnego, wręcz mało sympatycznego mężczyznę – Boba – i pod wpływem impulsu idzie z nim do łóżka. Bob nie chce zrobić tego jak wszyscy, chce ją najpierw zobaczyć, okazuje się prawdziwym koneserem cipek, mógłby podziwiać je godzinami i kwieciście opisywać ich piękno. Dzięki jego fascynacji kobieta zaczyna inaczej patrzeć na samą siebie, na część ciała, której nigdy nie doceniała, a z której teraz jest dumna. Gorąco zachęcam do przeczytania tej książki. Również panów 🙂

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

No nie. Tu nie mam się do czego przyczepić. Na dodatek, mimo kolejnej części, czytając pobieżnie ostatnią a w ogóle poprzednie, czuję jakbym znał tych bohaterów od dawna. Są… zwyczajni. Życie, które równie dobrze może się toczyć obok nas. To.. się pewnie nigdy nie skończy. Albo zestarzeją się i będzie “Magnetyzm w wielkim mieście 2” 😛
Pozdrówko Aniu – dzięki za relaksacyjną lekturę 😉

Ależ proszę, już myślałam, że nikt tego nie czyta 😉

W sumie, gdyby istniał jakiś licznik odsłon każdego opowiadania, autorzy nie mieli by tego typu wątpliwości.

Może administracja by o czymś takim pomyślała?

To chyba nie jest jakoś programistycznie skomplikowane?

Taką funkcję pełnią chyba również i oceny. Konkretnie ich ilość. Liczniki mogły by się nie sprawdzić bo łatwo je fałszować.

Przed wielką przebudową strony mieliśmy chwilami podobny licznik, po zmianie zdaje się były z nim jakieś problemy techniczne. Tak czy siak żartowałam, na zapleczu widać liczbę odsłon, ale choć raz zgodzę się z Mickiem: pokazuje jedynie ile razy ktoś wszedł na stronę, nie ile osób przeczytało tekst.

Skończyć, to się pewnie skończy…;D
Ale faktycznie, przyjemna lektura.
Nawet jeżeli jest to…. (niedomówienie) ;D:D:D:D
Pozdrawiam B.

Również pozdrawiam…

Masz niepowtarzalny styl ( pewnie Mick by się nie pomylił) . Piszesz precyzyjnie, malujesz sceny powoli nie zapominając o najdrobniejszych detalach. Opisane osoby są tylko Twoje a jednocześnie takie zwyczajne, znajome ..czytalem to lekko , z przyjemnością. Pozdrawiam i czekam.na więcej.

Miło mi to słyszeć, niestety zbliżamy się już do nieubłaganego końca 🙂

Alleluja … Alleluja. 😉

ANONIMS kiedyś po kolejnej już kłótni z Anią, obiecałem jej że nie będę już czytał jej utworów. Jednak z dostrzeżonych fragmentów, czego ukoronowaniem była ta walka na zapomniane słowa, stwierdzam że jej styl gwałtownie ewoluował i niekiedy nie da się już porównać z początkami. Z resztą, Ania była przeze mnie kiedyś atakowana za rzeczy które mi się nie podobały i jak to ja, niezbyt przystojnie się wtedy zachowywałem.

Napisz komentarz