Czarownica XI (MRT_Greg) 4.08/5 (8)

Mężczyzna usiłował otworzyć oczy, jednak sklejone jakąś zaschniętą substancją zdołały się tylko uchylić. Przez szparkę widział rozmazane błyski i przesuwające się cienie. Czuł, jakby ktoś wsadził mu w uszy wosk, który bardzo powoli się roztapiał. Do początkowego szmeru powoli dochodziły odgłosy szumiącego lasu i trzasku gałęzi. Poczuł też woń smażonego pieczystego oraz ciepło bijące od strony ogniska. Jego wysokie płomienie raz po raz przezierały między drzewami. Pojawiające się co chwila cienie wkrótce okazały się drobnymi sylwetkami. Wkrótce mógł rozróżnić kształty.

Jego członek momentalnie stwardniał, gdy uprzytomnił sobie, że wokół niego biega mnóstwo nagich dziewcząt. Uczucie suchości w gardle zwiększyło się, gdy przeniknęła go intensywna woń piżma. Usiłował się poruszyć, ze zdumieniem odkrył jednak, że został unieruchomiony. Szarpnął się w gniewie i w końcu otworzył szerzej oczy. Zaskoczony, ujrzał kajdany na rękach i nogach. Przymocowany do betonowej powierzchni, mógł dźwignąć się tylko na czworaka. Gdy to zrobił, nie całkiem świadomy otoczenia, poczuł pas uwierający go w szyję. Spojrzał w dół. Zaklął, widząc zwisający łańcuch – znacznie grubszy niż ten, który zazwyczaj przewiązywał sobie wokół torsu – który biegł nieco w bok, a potem za niego. Obejrzał się.

Dziewczyna siedziała w kucki i przeglądała gazetkę porno. Co jakiś czas obracała czasopismem, mrucząc coś pod nosem. Wigi dostrzegł zaschnięte plamy na okładce. Mógł się domyślić, że tylko Królik mógł zostawić te ślady. Jako jedyny ze wszystkich aniołów wolał trzepać kapucyna niż wyrywać panny z przydrożnych barów. Chłopaki sądzili, że wstydzi się małego, Wigi wiedział jednak, że kolega po prostu jest nieśmiały. Nieco dziwne jak na członka zawadiackiej bandy, ale stanowił nieodłączny jej element. Poza tym był doskonałym mechanikiem.

Chrząknął, chcąc zwrócić na siebie uwagę, jednak dziewczyna nawet na niego nie spojrzała. Niczym nieskrępowana, przeglądała zawartość gazetki, masując się po szparce. Mężczyzna, widząc, jaka jest mokra, szarpnął się gwałtownie. Potrzeba, jaką odczuwał poniżej pasa, była silniejsza od chęci odkrycia, w jaki sposób znalazł się w tej sytuacji. Opadł ku ziemi i przymknął oczy. Powoli przypominał sobie zdarzenia z nie tak dawnej przeszłości…

* * *

Bar nie wyróżniał się niczym szczególnym. Wzorem dawnych amerykańskich przydrożnych gospód, przeszklony od strony parkingu wzdłuż drogi, z toaletą z boku budynku oraz nieodłącznym wrakiem starej furgonetki, zapraszał wszystkich przejeżdżających obok, by zatrzymali się choć na chwilę. Droga jednak nie przypominała tych z odległego kontynentu. Dziurawa jak sito, biegła od niezbyt odległego, porośniętego gęstym lasem wzgórza do następnego, z kolei zupełnie pozbawionego zieleni. Tuż za barem odchodziła droga w bok. Drogowskaz popisany sprayem był zupełnie nie do odczytania. Naprzeciwko lokalu rząd starych przyczep campingowych wyglądał jak szrot. Na drewnianej przewracającej się tablicy widniała informacja o możliwości wynajmu na nocleg. Cena zwalała z nóg, jednak ten, kto często jeździł tą trasą, wiedział, że najbliższy motel jest dopiero kilkaset kilometrów dalej.

Zaparkowali w równym rządku tuż obok wielkiej amerykańskiej kolubryny. Płowiejący zielony lakier świadczył o tym, że auto miało już swoje lata, jednak najwyraźniej właściciel nadal z niego korzystał. Na tylnych siedzeniach walały się papierki po kanapkach z fastfoodów, różne czasopisma i ubrania. Samochód był otwarty. Wigi uchylił skrzypiące drzwi i zapadł się w miękkim fotelu kierowcy. Przesunął dłońmi po kierownicy i z lubością podziwiał każdy najdrobniejszy szczegół legendarnego wozu. Jego wzrok zatrzymał się na zwisającym z lusterka różańcu. Skrzywił się. Już dawno nie widział tego – jak uważał – symbolu słabości i upadku. Jednak drobna warstwa kurzu na koralikach sugerowała,że właściciel pojazdu niezbyt często z nich korzystał. Wigi przeciągnął się, po czym wysiadł. Obszedł samochód dookoła i stanął z przodu samochodu.

– Na tej masce to można wyjebać i dwie dziwki naraz – zagadnął stojący w pobliżu anioł.

Ubrany podobnie jak reszta bandy w czarne skórzane spodnie i skórzano-dżinsową kurtkę, spod której wystawała brudna koszula w czarno-czerwoną kratę, prezentował dawno zapomniany kult motocyklisty szosowego. Apaszka pod jego szyją była szara od pokrywającego ją kurzu. Podobnie wysokie buty na grubym obcasie. Przewiązany był w pasie łańcuchem, biegnącym także wokół ciała, kończąc się na przymocowanych do kurtki – niczym generalskich epoletach – blaszkach. Drugi koniec winiety, owinięty częściowo wokół prawej nogi zwisał smętnie tuż za kolanem. Rękawice oraz brzegi kurtki pokryte ćwiekami uzupełniały całość. Gęsta broda skrywała wąskie usta i przecinającą je bliznę po złamanej w młodości szczęce. W opozycji do ubioru oczy mężczyzny zwiastowały jednak wysoką inteligencję. Jego codzienny sposób wyrażania też odbiegał od reszty, co nie znaczy, że nie wykorzystywał ponad miarę bogatego słownika przekleństw.

– Dwie? – zaśmiał się Wigi. – Tu można zrobić orgię!

Przywódca bandy nie odbiegał strojem od reszty kumpli. Podobnie jak ilorazem inteligencji, co stawiało go z kolei w opozycji do jego zastępcy. Wigi kierował się tylko trzema potrzebami: żeby było co zjeść, co wypić i co wydupczyć. Reszta, jak uważał, nie była nikomu do szczęścia potrzebna. Stanął na zderzaku samochodu i opierając się rękoma o maskę, usiłował zabujać. Samochód lekko drgnął, skrzypiąc przeraźliwie. Jęk wysłużonych amortyzatorów zagłuszył pisk otwieranych drzwi do baru oraz szurające kroki.

– Mógłbyś zejść z mojego auta?

Głos z tyłu należał do mężczyzny. Ciepły i spokojny, wręcz melancholijny. Wigi nie cierpiał takiej tonacji. Nie schodząc ze zderzaka, odwrócił się. Stracił równowagę i klepnął na maskę. Przyglądnął się właścicielowi pojazdu i skrzywił z niesmakiem. Kierowca amerykańskiego wozu wyglądał niemal jak wyrośnięty nastoletni obywatel tamtego kraju, z rzadkim zarostem i chudą klatka piersiową. Ubrany w ciemnozieloną bluzę z kapturem i sprane dżinsy, z rękoma w kieszeniach stał w lekkim rozkroku przed przywódcą bandy. Aniołowie wokół zacieśniali krąg.

– Poproś. – Wigi uśmiechnął się szyderczo.

– Proszę.

Spokojny głos początkowo zbił Wigiego z tropu. Zaraz jednak roześmiał się i klepnął maskę.

– Za słabo. Powiedz: „bardzo pana proszę o zejście z mojego wozu.”

– Bardzo pana proszę o zejście z mojego wozu

Ten sam spokój i rozluźniona postawa. Wigi zaczynał się wkurwiać.

– A teraz pocałuj mojego buta!

Młodzieniec przez chwilę przyglądał się hersztowi bandy, po czym wyciągnął z kieszeni jabłko. Wigi zmarszczył brwi. Owoc był nieziemsko piękny, pyszniący się czerwienią, miał hipnotyczną moc. Nie mogąc oderwać od niego wzroku, zszedł z samochodu i zbliżył się do nieznajomego, wyciągając dłoń w jego kierunku. Mężczyzna podał mu jabłko.

– Smacznego – rzekł cicho, po czym minąwszy nieporuszonych aniołów, wrócił do baru.

Stłoczeni wokół przywódcy mężczyźni nawet nie drgnęli. Przestali na niego zwracać uwagę, jak gdyby w ogóle nie istniał. Pogrążeni w hipnozie nie zauważyli, jak słońce powoli zmierzało ku zachodowi. Sami również najwyraźniej pozostali niezauważeni. Kierowca ciężarówki o włos minął jednego z nich, parkując w pobliżu gospody. Z nadejściem wieczoru kierowca amerykańskiego pojazdu wyszedł na zewnątrz, przyglądnął się widmowym postaciom aniołów, po czym wskoczył do swojego auta. W tumanach kurzu wyjechał z parkingu i zarzucając tyłem na boki, ruszył przed siebie. Chwilę potem z cienia za budynkiem wychynął czarny motocykl. Siedzący na nim mężczyzna z przelewającym się przez pasek brzuchem nie wyrażał żadnych emocji, jednak zimne nieruchome źrenice nie wróżyły niczego dobrego. Korzystając z zasłony, jaką wytworzył za sobą kierowca samochodu, ruszył za nim.

– Wigi?

Jeden z aniołów położył dłoń na ramieniu herszta. Ten ocknął się i spojrzał wokoło, jak gdyby zaskoczony obecnością motocyklistów. Spuścił wzrok na trzymane między dłońmi miękkie…

– Kurwa mać! – Potrząsnął rękoma.

Na ziemię spadło kilkanaście młodych węży, które wijąc się pod palącymi promieniami słońca, uciekały w popłochu. Herszt bandy obserwował przez jakiś czas gady. Jeden z nich szczególnie zwrócił jego uwagę czerwonymi plamami. Zmarszczył brwi, dostrzegłszy układający się kształt. Gdy ponownie spojrzał na kompanów, w jego wzroku była prawdziwa żądza mordu. W pewnym momencie zatrzymał spojrzenie na jednym z otaczających go aniołów, a następnie powiódł wzrokiem po pozostałych twarzach.

– Gdzie jest Królik?

– Nie ma go. Jego motoru też nie ma. – Chudy jak szczapa mężczyzna stojący w pewnym oddaleniu rozłożył ręce.

– A gdzie… ten… z tym wozem… Kurwa! Co się dzieje?!

Wigi miotał się po parkingu, usiłując przypomnieć sobie zdarzenia sprzed kilku godzin. Zdążył już zauważyć, że dzień miał się powoli ku końcowi, lecz nie miał pojęcia, co się stało z poprzedzającymi go godzinami. Zły na siebie, a przede wszystkim na mężczyznę w amerykańskim samochodzie, miotał obelgami. W końcu uspokoił się na chwilę.

– Gruby! – Skinął w kierunku zwalistego anioła. – Weź dwóch chłopaków i jedźcie za Królikiem. Jemu zawsze kapie spod kopułki, to nie będziecie mieć problemu ze znalezieniem go, a my jedziemy za tym chujem.

Po chwili parking wypełnił się bulgoczącą kakofonią, dobywającą się z rur wydechowych ciężkich motorów. Trójka motocyklistów pomknęła do przodu, w ślad za ciemnym pasem oleju. Po chwili skręcili na zachód. Reszta grupy wytoczyła się na drogę, po czym szeroką kolumną ruszyła na południe. Płynąca leniwie droga, otoczona zielonymi połaciami pastwisk, dla kierowców samochodów szybko stawała się nużąca. Motocykliści mieli swoje sposoby na takie chwile. Wyprzedzając się od czasu do czasu, nie popadali w rutynę. Gdy wjechali w las, echo zwielokrotniło hałas ich motorów. Początkowo przez pojedyncze drzewa przeświecało słońce, powodując efekt stroboskopowy, zaraz jednak bór zgęstniał, a droga pogrążyła się w półmroku. Zaczęła piąć się w górę, kolejne zakręty stawały się coraz ostrzejsze. Grupa zwolniła i ustawiła się w dwuszeregu.

Dojechawszy na szczyt, ujrzeli szeroką panoramę miasteczka położonego w kotlinie. Wigi poprawił się w siodełku i ruszył w dół. Tuż za nim reszta aniołów. Pokonawszy kolejny z niezliczonych zakrętów, ujrzeli stojące na poboczu drogi dwa skutery. Tuż obok trzy dziewczyny zawzięcie ze sobą dyskutowały, nie zauważając nadjeżdżającej hałastry. Dopiero gdy pierwsze motory minęły je w niewielkiej odległości, przestały się przekrzykiwać. Z lekkim niepokojem obserwowały zacieśniający się wokół nich krąg. Posępne twarze aniołów wpatrzone w dziewczęta nie wróżyły niczego dobrego. Ten i ów oblizał się na myśl o czekających go wkrótce przyjemnościach. Z rosnącym podnieceniem lustrowali je od stóp do głów. Na widok skąpo ubranych dziewczyn, ubrani w ciasne skóry musieli co chwila poprawiać się w siodełkach. W końcu zgasili motory, a barczysty mężczyzna z boku wysunął się do przodu. Z dwuznacznym uśmieszkiem rozłożył dłonie, udając, że jest pokojowo nastawiony.

– Cześć, dziewczyny. Fajne macie skutery.

Zachichotały. Ich spojrzenia stały się ciekawskie. Niejeden z aniołów poczuł się niepewnie, przeszyty świdrującym wzrokiem nastolatki.

– A wy macie fajne motory, chłopaki. – Jedna z nich przekręciła lekko głowę. Z nieco drwiącym uśmiechem spojrzała na Wigiego. Podeszła do niego i przesunęła dłonią po kurtce mężczyzny. – Pewnie są duże i silne.

– A jakie wibracje powodują – dodała druga, prześlizgując się między motorami. – Aż mi sutki stwardniały na samą myśl.

– To co, panowie? – Wigi zrozumiał sytuacje po swojemu. – Bierzemy kurewki?

– Oj tam, zaraz kurewki. – Ostatnia z dziewcząt siadła na skuterze, eksponując opalone uda. – Po prostu dziewczyny ze wsi, które chciałyby się zabawić.

– Zabawić? – Wigi był coraz bardziej rozochocony. – Zabawimy się zatem z wami! Siadajcie na prawdziwe motory! Jedziemy! Tylko dokąd?

Odwrócił głowę w kierunku siedzącej za nim. Przez moment wydawało mu się, że widzi pomarszczoną starczą skórę, wrażenie zaraz jednak znikło. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, ukazując rząd nieskazitelnie białych ząbków. Jej ciepły oddech poraził jego zmysły.

– Tam – wskazała dłonią w kierunku lasu. – Tam jest taka fajna polanka, gdzie możemy się zabawić.

Wigi ruszył we wskazanym kierunku, a za nim reszta aniołów. Szczęśliwcy, z którymi usiadły pozostałe dziewczyny, nie mogli się doczekać, aż dojadą na miejsce. Kręta i wyboista leśna droga nie była najlepsza dla ciężkich motorów szosowych. Ten i ów zaklął siarczyście, gdy wystający korzeń zahaczył o jego motor. Szybko jednak dotarli do miejsca, o którym wspomniała dziewczyna. Palące się tam ognisko sugerowało, że albo nastolatki faktycznie wyjechały na drogę, aby „złapać okazję”, albo przebywał tu ktoś jeszcze. Gdy tylko ustawili się w rządku i zgasili motory, z lasu wyszło niepewnie kilkoro innych dziewcząt. Aniołowie roześmiali się na ten widok. Niewiele czasu minęło, aż każdy z nich miał przy swoim boku przynajmniej jedną nastolatkę. Ubrane w zwiewne sukienki, ochoczo pozwalały się rozbierać. Same również pomagały mężczyznom pozbyć się ciężkich ubrań. Jęki i westchnienia dobiegały z każdej strony.

Gdy już wszyscy aniołowie byli nadzy, dziewczęta nagle poderwały się z miejsc i pobiegły w stronę ogniska. Mężczyźni wstali i prężąc muskuły, ruszyli w ich kierunku. Ich sterczące penisy były wyraźnie widoczne na tle ciemnozielonego listowia. Usłyszawszy dobiegający zza nich hałas, zatrzymali się i jak na komendę odwrócili. Stojąca naprzeciw nich kobieta była nienaturalnie wysoka. Jej zgrabne nagie ciało nie miało ani jednej zmarszczki. Długie rude włosy oplatały jej kibić, sięgając aż do pasa. Postawiwszy stopę na niewielkim głazie, eksponowała wygolone łono i rozchylające się wargi sromowe, lśniące w blasku ogniska. W ręce trzymała wysoką laskę. Spojrzała po twarzach rozpalonych mężczyzn, po czym wymruczała niezrozumiałe słowa.

Mężczyźni przewracali się jak kłody. Ostatni z nich, Wigi, nim całkiem stracił świadomość, ujrzał wir, jaki utworzył się wokół tajemniczej kobiety. Przemieszczał się wraz z nią, czasem tylko lekko wiejąc wśród jej włosów, czasem z siłą huraganu, niemal przyginał do ziemi.

Wigi ujrzał, jak kobieta nachyla się nad nim.

– Kuama kuama seeeee…

Z jej ust wionął zapach zgniłych liści i narkotycznych ziół. Głos przypominał dudnienie bębnów, jak w jakiś zapomnianym przez boga afrykańskim państewku. Opadła mu głowa.

* * *

Ocknął się z zamyślenia, słysząc szelest odkładanego czasopisma. Dziewczyna, przymknąwszy oczy, masturbowała się coraz energiczniej. Z jej otwartych ust dolatywało ciche pojękiwanie i coraz głośniejsze sapnięcia.

– Uuummm… – usiłował coś powiedzieć.

Widok brandzlującej się dziewczyny był nie do wytrzymania. Członek zaczął już go boleć z podniecenia. Szarpnął się w kajdanach. Westchnęła i otworzyła oczy. Złość malująca się w jej oczach nie zapowiadała niczego dobrego. Chwyciwszy leżącą obok gałązkę, wstała i uderzyła nią w pośladki mężczyzny. Skulił się z bólu, gdy twarda rózga o włos minęła jego jądra, jednak kolejne uderzenie trafiło w czuły punkt. Łzy pociekły mu po twarzy. Bycie twardzielem na nic się nie zdało. Kolejne razy udowodniły mu, jak słabym był człowiekiem. Gdy pulsujący ból w kroczu stawał się już nie do zniesienia z zaskoczeniem odkrył, że zaczyna mu to sprawiać coraz większą przyjemność. Padające na tyłek uderzenia odbierał jako ekscytujące pocałunki. Członek, który jeszcze przed chwilą kurczył się ze strachu, na powrót stał się twardy i prężny.

Dostrzegła to dziewczyna i wstrzymała się przed kolejnym uderzeniem. Widok jego erekcji sprawił, że i do niej powróciło podniecenie. Klęknęła obok niego i wzięła jego penisa do ręki. Przesunęła po nim dłonią. Mężczyzna z głębokim westchnieniem wypuścił przez nos powietrze z płuc. Wykonał gwałtowne pchnięcie biodrami, czując oplatające go drobne palce. Uśmiechnęła się, po czym wsunęła pod niego i wzięła członek do ust. Ciepło i miękkość jej wnętrza sprawiła, że przymknąwszy oczy, oddał się w pełni jej ruchom. Niemal zapomniał, gdzie się znajduje, gdy warknięcie dobiegające z góry sprawiło, że drgnął przelękniony. Pochylało się nad nim kolejne dziewczę, wyraźnie starsze od obciągającej mu nastolatki. Stanęła tuż przed nim, chwyciła go za głowę i wcisnęła w swoje krocze. Potarła jego nosem o łechtaczkę i zmusiła, by zatopił usta w jej wargach sromowych. Jakżeż pragnął w tej chwili ścisnąć jej dupę, jednak przytwierdzony do ziemi, mógł tylko z lubością sycić się bliskością jej rozpalonej cipki. Lizał metodycznie, utrzymując tempo na równi z dziewczyną wciągającą do gardła jego kutasa. Gdy w pewnej chwili poczuł ocierającą się o jego tyłek kolejną cipcię, zapragnął, by ta chwila trwała wiecznie. W tym momencie gotów był oddać duszę diabłu za dożywotnią orgię, której był uczestnikiem.

– Jak sobie życzysz.

Lubieżny głos z góry sprawił, że stanęły mu włoski na karku. Równocześnie ujrzał opadające wokół niego rude włosy. Kobieta klasnęła w dłonie:

– Dziewczęta!

Jak na komendę dziewczyna obok znalazła się pod nim. Tak jak on stojąc na czworakach, wcisnęła sobie jego penisa w cipkę, oczekując na jego pchnięcia. Nie czekał na kolejne zaproszenia. Pchnął głęboko, czując, jak coś pęka w jej wnętrzu. Ciepła struga zalała mu krocze, dziewczyna zaś zawyła. Mimo to nie uciekała przed kolejnymi pchnięciami, wypinając pupę jeszcze bardziej. Głośne mlaśnięcia towarzyszące każdemu zetknięciu się ich ciał zdawały się rozchodzić daleko poza ich obręb.

W tym samym czasie stojąca przed nim dziewczyna położyła się na plecach, podsuwając mu pod nos swoją mokrą cipkę. Czym prędzej powrócił do lizania. Jebanie młodej kurewki i równocześnie lizanie drugiej sprawiły, że zapomniał o otaczającym go świecie. Zasłuchany w chlupot pochwy małej i coraz głośniejsze jęki dziewczyny przed nim, nie zwrócił uwagi na drobny szczegół przesuwający się po jego plecach. Nie zaskoczył nawet, gdy wąska dłoń rozchyliła jego pośladki, masując delikatnie jego anus. Liźnięcie kakaowej dziurki otworzyło mu drzwi do raju, lecz gdy po chwili w rozluźniony otwór wbił się monstrualny kształt, uznał, że chyba jednak trafił do piekła. Usiłował zacisnąć zwieracze, lecz było już za późno. Żelowy penis, wielkością dorównujący jego własnemu, wciskał się z siłą tłoka, nieczuły na ciasne wnętrze. Gdyby nie knebel w ustach, zapewne wyłby z bólu. Tymczasem tylko gęste łzy cieknące mu po twarzy świadczyły o tym, co odczuwa.

Zastygł w przerażeniu, lecz dziewczęta, którym do tej pory dogadzał, były niecierpliwe. Leżąca przed nim uwięziwszy go między swymi udami, zmusiły by ponowił lizanie. Nastolatka pod nim odwróciła głowę i chwyciła zębami jego sutek. Targnął się, wbijając członek w jej cipkę. Puściła, a gdy powoli odpuszczał, przygryzła ponownie. Szybko zrozumiał bolesną aluzję. Gwałcony przez nieznanego oprawcę, sam ruchał młodą dziewczynę. Słyszał dudnienie w skroniach, piżmowy zapach wypełniał mu nozdrza, dyszał coraz ciężej. Gdy świat zaczął mu wirować przed oczami, a delikatne ścianki pochwy dziewczyny pod nim zacisnęły się wraz z pierwszą falą orgazmu, poczuł, jak przesuwający się w jego odbycie członek doprowadza i jego do szczytu. Zdumiony odczuwaną przyjemnością, rozluźnił się, pozwalając, by wibrator coraz agresywniej buszował w jego wnętrzu. Równocześnie i jego pchnięcia stały się gwałtowniejsze i coraz mniej skoordynowane.

Osiągając orgazm, czuł, jakby jego ciało rozrywało się w kilku kierunkach. Na ziemi pozostała głowa wciąż wciśnięta w krocze stężałej podczas szczytowania dziewczyny i jego pennis wciąż wysuwający i wsuwający się do młodej cipci. Jego dupa odpłynęła gdzieś do tyłu. Wypełniana gorącym nasieniem, sprawiła, że ponownie szarpnął się w rozkoszy. Unosił się w błogostanie, ejakulując całą powierzchnią ciała.

– Arghhh… – wzdychał przez zakneblowane usta.

Otworzył oczy. Pochylająca się nad nim twarz wyglądała jak szara maska. Dwoje czerwieniejących oczu wpatrywało się w niego z taką intensywnością, że niemal czuł, jak pożerają jego mózg. Chciał coś powiedzieć, ale przeszkadzał mu knebel. Ujrzał błysk gdzieś z boku. Srebrzysta klinga na moment zawisła w powietrzu. Otworzył usta w niemym krzyku. Ostre chrupnięcie i potworny ból w klatce piersiowej sprawił, że z jego głowy momentalnie uleciały wszystkie myśli. Jak przez mgłę zobaczył siebie, jak jedzie na motorze, a za nim podąża grupa aniołów. Potem zobaczył dwa skutery i stojące obok nich postacie. Ubrane w króciutkie spódniczki odsłaniały szczupłe nogi. Jedna z nich nachylała się, stojąc tyłem do niego. Ujrzał podsuwający się materiał, a następnie… Chciał wrzasnąć, ale nie mógł. Kłębowisko długich kręconych włosów spłynęło niemal na asfalt. Postać obróciła się. Wigi nie mógł powstrzymać zwieraczy. Poczuł, jak coś płynie po jego nogawkach gorącą strugą. Postać zbliżyła się do niego i przejechała szczupłą dłonią po jego kurtce. Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. Pomarszczona twarz uśmiechała się szyderczo. Spomiędzy bezzębnych ust wysuwał się długi czarny język. Jej kostuchowata ręka wniknęła pod jego spodnie. Chwyciła go za kutasa, a on wpatrywał się w nią, nie dostrzegając jej brzydoty.

– Kuama seeeee… – mruknęła mu wprost do ucha.

* * *

– Kuama seeeee…

Usłyszał i otworzył oczy. Wysoka postać w masce trzymała tuż nad jego twarzą bijące jeszcze serce. Otworzył usta, lecz nie był w stanie wydobyć z nich głosu. Poczuł napływającą do ust krew. Zamknął oczy, ale już nic nie widział. Nie czuł. Nie słyszał…

* * *

Aniołowie patrzyli, jak jeden po drugim umiera w męczarniach. Los, jaki spotkał ich przywódcę, zdawał się im być najdelikatniejszym spośród kilkunastu innych, jakie zaserwowały im czarownice. Dwóch splecionych ze sobą łańcuchem wrzucono do ogniska. Ich wrzaski odbijały się echem od odległych posępnych skał. Andrzej obserwował, jak stalowe oczka łańcucha rozgrzewają się do czerwoności i przenikają ich ciała. Dla chemika z wyższym wykształceniem, na jakiego pozował, było to wręcz nie do pomyślenia, by ciała ludzkie paliły się dłużej niż owinięte wokół nich łańcuchy.

W rzeczywistości był samoukiem. Znajomość chemii w jego przypadku polegała głównie na poznaniu odpowiednich odczynników, z których wytwarzał narkotyki. Niewielkie laboratorium, jakie skonstruował na poddaszu wynajętego domu, przetrwało niemal cztery lata studiów, podczas których dilował wśród kolegów. Gdy osiągnął status, jak sądził, pozwalający mu na zatrudnienie kilku z nich do produkcji, wpadł w policyjną zasadzkę. Za towar, jaki u niego znaleźli, został skazany na sześć lat więzienia i tyleż samo prac społecznych. Zdołał jednak umknąć eskortującym go do więźniarki policjantom i zaszył się wśród starych śląskich blokowisk. Tam dopadła go kongregacja, po której znany mu świat przestał istnieć. Nie widząc dla siebie sensownego zajęcia, przyłączył się do grupy aniołów. Podpierając się sfałszowanym dyplomem uchodził za wykształconego. Jedynie Królik wiedział, że był oszustem. To jednak nie miało już znaczenia.

Spod wpół przymkniętych powiek obserwował zmiany, jakie zachodziły podczas ostatnich kilkunastu godzin. Częściowo przerzedzona roślinność, wyraźnie nadszarpnięta jakimś pożarem, od zachodu słońca zdążyła ponad trzykrotnie zgęstnieć. Odurzeni narkotykiem aniołowie leżeli zwaleni na kilka stosów wokół palącego się ogniska. Z nastaniem nocy przebywające tam dziewczęta dorzuciły więcej drewna, dzięki czemu gorąc, jaki buchał od płomieni, docierał także do niego. Choć tak samo jak reszta kumpli nie miał kobiety od bardzo dawna, nie podobało mu się to, z jakim entuzjazmem te trzy podfruwajki z pozornie nieśmiałych dziewczątek stały się pełnymi wyuzdania młodymi kurewkami. Na dodatek owijając sobie wokół palca jego kumpli. Udając, że również poddał się ich hipnozie, podążył z resztą aniołów do lasu.

Podczas gdy do jego kumpli przysiadło się sporo dziewcząt, do niego przysunęła się tylko jedna. Była wyraźnie nieśmiała i zupełnie nie wiedziała, co zrobić. Przejął więc inicjatywę, równocześnie starając się mieć baczenie na okolicę. Nie był, podobnie jak pozostali, przygotowany na widok Czarownicy, jednak starał się poddać ogólnej panice. Cofając się przed nacierającym monstrum, nadepnął na gałązkę. Ostry kolec wbił mu się w pietę, dzięki czemu podczas inwokacji nie patrzył w jej oczy. Zobaczył tylko, jak jego kumple przewracają się bezwładnie. Niewiele myśląc, sam również runął jak kłoda. Na całe szczęście trafił na miękką trawę. Wiedział, że gdyby jęknął, uderzając w kamień, jego mistyfikacja zostałaby wykryta.

Podczas wiązania starał się maksymalnie rozkładać dłonie, dzięki temu więzy nie były tak mocne. Dziewczęta, które ich zniewoliły, nie były doświadczone w tym względzie. Szybko uwolnił się ze sznurów, starając się jednak nie dać po sobie poznać, jak bardzo jest szczęśliwy z tego powodu. Gdy rozpoczęła się orgia, zaczął żałować. Patrzył z zazdrością, jak jego koledzy posuwają dziewczyny, po kilka naraz. Podniecony obserwował gwałt, jaki odbywał się na jego przywódcy. Lecz w momencie gdy, jak sądził, mężczyzna osiągał orgazm, ujrzał wznoszącą się nad nim starą czarownicę. Wyciągała dłonie w kierunku Wigiego. Początkowo sądził, że chce wbić w ciało mężczyzny długie jak u gargulca szpony. Chwilę potem wiedział już, na co patrzy, choć nie do końca się z tym godził. Dusza Wigiego zasysana przez szary wir niknęła w łachmanach Czarownicy. Obserwował uniesienie mężczyzny, widział, jak jego świetlisty członek ejakuluje do widmowej pochwy. A potem ognisko przygasło na chwilę, by zaraz rozgorzeć jeszcze bardziej. Wrzuceni do ognia dwaj aniołowie wrzeszczeli jak opętani. Obserwował kolejnych, umierających na setki różnych sposobów. Wigi rozłożony na stole ostatnim spojrzeniem rzucił w bok. Dojrzał Andrzeja i uśmiechnął się. Zaraz potem w jego ciało wbił się srebrzysty sztylet.

Obserwujący scenę mężczyzna nie czekał dłużej. Kolejka chętnych do pożegnania się z życiem malała, a jemu jakoś nie spieszno było na tamtą stronę. Rozejrzał się na boki i widząc skupienie dziewcząt na krwawym obrządku, powolutku zaczął usuwać się w cień. Po chwili był już za sporej grubości konarem. Wyplątał się ze sznurów i starając się nie nadepnąć żadnej gałązki, zaczął zagłębiać się w gęsty las. Był zaskoczony gęstwiną, która raz po raz wyrastała ponad niego. Spojrzawszy w górę, ujrzał szeroko rozciągnięte korony posępnych drzew. Dotknął jednego z konarów i odskoczył jak oparzony. Spleciony z setek drobnych pędów wyraźnie pulsował. Stanął na palcach i zerknął w kierunku ogniska. Przebywające tam dziewczęta nadal oddawały się lubieżnym swawolom, część ciągnęła opierającego się anioła na skraj przepaści. Andrzej przełknął ohydną grudę, jaka zebrała mu się w gardle, po czym przyspieszył kroku.

Nie zwracając uwagi na raniące jego ciało kolczaste krzaki, przedzierał się przez dzicz, chcąc jak najszybciej oddalić się od niebezpieczeństwa. W pewnym momencie poślizgnął się i upadł na tyłek. Skrzywił się, gdy poczuł ból przenikający jego lędźwie. Usiłował stanąć na trzęsących się nogach, jednak co chwila opadał na czworaki. Zły na siebie, zaczął umykać w tej pozycji, świadom, że oto stracił szansę na szybką ewakuację. Nie tracił jednak nadziei. Na moment zatrzymał się, słysząc nieodległy szmer. Uśmiechnął się. Odgłos strumyka był coraz wyraźniejszy, w pewnym momencie ziemia zarwała się pod nim i runął w dół. Przekoziołkował kilka razy, coś chrupnęło mu w okolicach tyłka i wylądował z twarzą w wodzie. Wydostawszy się z niej, na chwilę przysiadł na zimnym kamieniu. Poczuł ulgę, czując przenikające go w tamtym miejscu zimno. Zaskoczony skonstatował, że może wstać. Brodząc zatem wzdłuż strumienia, sądząc, że w ten sposób zmyli pogoń, zastanawiał się, dokąd zmierza. Od chwili gdy znalazł się w strumieniu, drzewa i zarośla nieco się przerzedziły i mógł dojrzeć nikły blask księżyca. Jednak brak gwiazd sprawił, że nie potrafił zupełnie odnaleźć swojego położenia.

Szmer wody po jakimś czasie przeszedł w szum. Patrząc wciąż pod nogi, nie zauważył, w którym momencie strumyk urwał się nagle, a on znalazł się w jeziorku. Wytężył wzrok. Drzewa naprzeciw niego wydawały się być niezwykle blisko, z doświadczenia wiedział jednak, że odległość może być spora. Zamachał rękoma i czując powracająca siłę, rzucił się w toń. Kopał wodę, nie przejmując się już hałasem. W głowie krążyła mu jakaś zabłąkana myśl, wedle której czarownice boją się wody. Im bardziej jednak widział zbliżający się do brzegu od strony wzgórza płomień, tym mniej był o tym przekonany. Na dodatek zupełnie nie spodziewał się, że tak szybko znajdą jego trop. Tak jakby wyczuwały jego strach i podążały w prostej linii w stronę jeziora. Obejrzał się ponownie. Światło zatrzymało się przy brzegu i rozeszło na boki. Uśmiechnął się zadowolony, lecz szybko mu przeszło, gdy usłyszał głośny chlupot. Mimo strachu oraz przemożnej chęci oglądania się wstecz, wytężył siły i spojrzał w kierunku nie tak już odległego brzegu.

Zamachnął się po raz kolejny i poczuł w dłoni piasek. Czym prędzej stanął na nogi i brodząc, rzucił się w stronę zarośli. Przedzierał się przez nie jakiś czas, czując, jak coraz rzadziej drapią go po plecach, aż nagle wypadł na niewielką polankę. Po drugiej stronie jakaś starsza kobieta przeciskała się między gęstymi świerkami. Rzucił się w jej kierunku, nie zważając na twarde konary zrywające mu skórę z pleców. Potknął się i upadł, uderzając głową o kamień. Na chwilę stracił przytomność. Gdy otworzył oczy, ze zdumieniem rozejrzał się wkoło. Leżał na trawie w pobliżu zadbanego klombu z rododendronami. Kilka metrów przed nim wysypaną żwirkiem ścieżką podążał około trzydziestoletni mężczyzna w spranych dżinsach i wypłowiałej koszuli. Kilkudniowy zarost w postaci gęstej brody przypominał mu dawno niewidzianą postać. Mężczyzna odwrócił się i w tym momencie Andrzej aż się zachłysnął.

W przeciwieństwie do Wigiego nie czuł gniewu do nieznajomego, uniósł w górę dłoń i zakrzyknął chropowato:

– Tutaj!

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Kurczę … jaka psychodela. Jakie proszki trzeba wziąć żeby zacząć czerpać z tego źródła inspiracji ? Czytając Twoje opowiadania zawsze staram się skupić na szczegółach działania tych mrocznych mocy które Opisujesz. Są ciekawe. Czytałeś może coś Patrice Some ?

Już drżałem, że wyrasta mi anielska konkurencja, ale ku mojej niebywałej satysfakcji wiedźmy skasowały niepożądanych pretendentów 🙂

Czekam natomiast na otwartą konfrontację między czarownicami a Adamem. Ten pojedynek będzie jeszcze bardziej zajmujący.

Napisz komentarz