Emilia (Blondynka według seamana)  3.67/5 (2)

39 min. czytania

Wprawiającym mnie w nieustanne zadziwienie, a jednocześnie częstym zachowaniem u skazanych jest próba przekonania otoczenia o własnej niewinności. Jakby ktokolwiek im wierzył. Jakby miało to jakiekolwiek znaczenie. Mimo, że brzmi to śmiesznie, większość z nich upiera się, że nie popełnili tego, za co zostali wysłani do więzienia. I w ogóle niczego złego. Według nich albo ktoś inny zmusił ich do niecnych czynów, albo szczególnie pechowe zapętlenie okoliczności jest odpowiedzialne za zło, które się wydarzyło. Innym wytłumaczeniem bywa często chęć przetrwania, ta najbardziej pierwotna i naturalna z ludzkich motywacji, który popycha ich ku popełnieniu czynu, za który trafili do więzienia. Ja, dla odmiany, będę oryginalny. No, w pewnym sensie. Zrobiłem to, o co mnie oskarżono.

O czym zapewne czytaliście na stronach popularnych portali internetowych lub słyszeliście w wielu programach telewizyjnych. Ale tak naprawdę moje wyznanie jest nieistotne, moje czyny były jedynie przykrywką. Nieudolną, prymitywną próbą odwrócenia uwagi całego świata od czegoś o wiele gorszego. Co może nigdy nie miało miejsca, ale sama świadomość faktu, że chciałem popełnić TAMTEN czyn, wywołuje u mnie gęsią skórkę przerażenia. I inne uczucia. Tęsknotę. Żal, że jednak się nie zdecydowałem. Może powinienem. Wtedy znowu poczułbym się szczęśliwy. Ale za jaką cenę? Chyba zbyt wysoką, skoro postanowiłem inaczej. Zdecydowałem się na odrzucenie egoistycznego pragnienia i wykonałem inny ruch. Gambit, na który nabrali się wszyscy. Prawie. Bo ja wiem, że mogłem postąpić inaczej. Ona też. I ta właśnie świadomość pali gorzej, niż piętno mordercy, którym – i słusznie – naznaczyło mnie społeczeństwo.

***

Wypatrzyłem Darię od razu, tuż po rozpoczęciu pierwszego semestru na uczelni. Niewysoka, szczuplutka studentka drugiego roku, cieszyła się dużym powodzeniem. Nic dziwnego, jej jasnoniebieskie oczy przywodziły na myśl kruszynki lodu, a ognisty, rudy warkocz, który zawsze zarzucała na jedno z ramion, wyglądał jak potok roztopionej stali. I chyba ten kontrast, w połączeniu z delikatnymi rysami drobnej twarzy, ujął tylu mężczyzn, nie tylko mnie. Nie wiem, co czuli oni, ja zakochałem się od razu i na zabój.

Niestety, nie byłem typem podrywacza. Ba, nie byłem żadnym typem. Wysoki, przerażająco chudy student literaturoznawstwa, zamknięty w sobie i milczący, nigdy w życiu nie odważyłbym się odezwać do tej pięknej dziewczyny. Cierpiałem w samotności, rzucając ukochanej tęskne spojrzenia w przerwach między wykładami. I pewnie tak skończyłaby się ta niespełniona historia miłosna, gdyby nie przyjaciele, którzy w pewnym momencie postanowili, że mają już dość mych melancholijnych westchnień i cierpiętniczego wyrazu twarzy.

Był chłodny, bezchmurny dzień. Październik kończył się nieubłaganie i czuć było w powietrzu, że nadchodzi mroźna, nieprzyjemna część jesieni. Siedziałem z zamkniętymi oczami na schodach prowadzących do głównego wejścia wydziału i cieszyłem się ciepłem ostatnich być może, słonecznych chwil. Wtem ktoś stanął przede mną. W pierwszej chwili jej nie poznałem; widziałem jedynie ciemną postać, zasłaniającą mi światło. Ale rudy warkocz, rozświetlony promieniami słońca, nie mógł należeć do nikogo innego.

– Hej, jestem Daria – powiedziała.

– Hej, jesteś Daria – odparłem jak półidiota. Zresztą, tak się właśnie czułem.

– No, dokładnie – mruknęła z uśmiechem. – Słuchaj, może… chciałbyś się gdzieś spotkać? Na kawie, czy coś?

– Na kawie – wybąkałem, nadal w szoku. – Tak, kawa jest dobra. – Na samo wspomnienie tej rozmowy dostaję gęsiej skórki. – Oczywiście!

– To super – odetchnęła z ulgą. Potem opowiadała mi, że zdążyła już pożałować, iż uległa namowom naszych wspólnych znajomych. Ale na moje szczęście nie uciekła. – To co? Po zajęciach? O której kończysz?

– O drugiej. Jesteś Daria – wyjąkałem. Naprawdę, byłem aż takim Casanovą?

– No, dokładnie – powtórzyła, tym razem z uśmiechem. – To co? Pół do trzeciej w „Kociej Łapie”?

Pokiwałem głową, bo na nic więcej nie było mnie stać.

Do dziś nie rozumiem, dlaczego przyszła na spotkanie. I z jakiego powodu umówiła się na kolejną kawę. Co takiego zobaczyła we mnie, że dwa lata później została moją żoną.

Cokolwiek to było, nie wystarczyło na długo. Ostatni raz widziałem Darię w szpitalnej izbie przyjęć, gdy oddawałem ją, spazmatycznie oddychającą, w ręce lekarzy. Patrzyła na mnie ze strachem w oczach, zaciskając dłonie na wielkim brzuchu. W jej ciele, dojrzała już i gotowa na wydanie z siebie pierwszego krzyku, wierciła się moja ukochana córka, Emilka.

Po wszystkim, gdy dziecko leżało bezpiecznie na sali noworodków, moja żona w chłodni lekarze próbowali mi wytłumaczyć, co zaszło. Krwotok wewnętrzny, mówili. Szok organizmu. Nie było szans, powtarzali. Miałem ochotę ich pozabijać, złapać w ręce metalowe krzesło, na którym mnie usadzili i roztrzaskać obu mężczyznom czaszki. Ale wiedziałem, że nie mogę. Miałem dziecko, którym należało się zaopiekować. Córkę, czekającą na pierwszy pocałunek. Niestety, nie było już mamy, która mogłaby ją ucałować. Płakałem, gdy pokazali mi niemowlę przez szybę, długo płakałem. A gdy leki uspokajające zadziałały i opanowałem emocje na tyle, że pielęgniarki mogły mi zaufać, mogłem wziąć ją na ręce. Była taka malutka, taka krucha i bezbronna.

– Boże, co z nami będzie? – wyszeptałem, tuląc maleństwo do siebie. – Co mam teraz robić, dziecko?

***

Emilka. Mógłbym zacząć rozwodzić się nad fonetycznym pięknem tego słowa, analizować je wzdłuż i wszerz. Ale nie będę. Bo nie jestem tak biegły w sztuce doboru słów jak Nabokov, ani tak wykształcony jak jego bohater. Stwierdzę tylko jedno. Kiedy dziecko otworzyło w końcu oczka, okazało się że ma tak samo jasnobłękitne spojrzenie jak jej mama. Co wypełniło mnie melancholijnym smutkiem, który odczuwam za każdym razem, gdy Emilka na mnie popatrzy.

***

Pierwszy rok po śmierci Darii był dla mnie niczym czarna dziura. Nie pamiętam za bardzo tego, co się ze mną działo w tamtym czasie. Pogrzeb… wszystko załatwili nasi wspólni przyjaciele i rodzice Darii, bo ja nie miałem sił. Szczerze mówiąc, byłem kompletnie do niczego. Przez pierwsze dwa miesiące unikałem Emilki jak ognia. Bałem się. Że gdy wezmę ją na ręce, poczuję coś innego niż miłość. Że obarczę dziecko winą za śmierć kobiety mojego życia i znienawidzę. Bardzo wstydzę się tego okresu, choć Emilia przecież nic nie pamięta. A jednak moje podejście ciąży mi jak kamień u szyi. Kto wie, może niczym ten przysłowiowy kamień właśnie to pociągnęło mnie w dół, ku mrocznym głębinom, w których się teraz znajduję? Skąd wzięło się ziarno owego zła i gdzie upadło, w jakim ciemnym zakamarku mojej duszy.

Nie potrafię na to odpowiedzieć. Wiem tylko, że kiedy w końcu odważyłem się przytulić niemowlę do siebie po raz pierwszy po wyjściu ze szpitala, poczułem z ulgą jedynie miłość do tego kruchego stworzonka. Wtedy podjąłem decyzję. Muszę wziąć się w garść, wrócić do pracy. Muszę zapewnić byt mojemu dziecku, dać mu bezpieczeństwo i dom. Bo to jedyna miłość, jaka mi została. Nie ma już kobiety mojego życia, ale jest ktoś inny, równie ważny. Mała, bezbronna kobietka, która mnie potrzebuje.

Niczym obudzony ze snu, zerwałem się do życia. Owszem, miałem momenty załamania – więcej, niż chciałbym pamiętać – ale z pomocą nowej opiekunki i środków farmakologicznych powoli wychodziłem na prostą. Pani Magda, starsza kobieta, która zgodziła się opiekować Emilką, była niesamowita. Przychodziła sześć dni w tygodniu i zajmowała się nie tylko dzieckiem, ale i mną. Uczyła mnie, jak przewijać Emilię. Jak ją karmić, jak usypiać. Pokazywała, co lubi moje dziecko. Na moje szczęście była okazem zdrowia i została z nami bardzo długo, prowadząc dziewczynkę do przedszkola, zerówki i pierwszej klasy. Pomagała mi w atakach histerii i przerażenia, gdy dzwoniłem do niej o drugiej w nocy, prosząc o radę z kaszlącym dzieckiem na rękach.

Ja w międzyczasie zdołałem zdać egzaminy i obronić rozprawę doktorską, patrząc jak dziecko dorasta. Emilka piękniała z dnia na dzień. Odziedziczyła po mamie delikatność rysów twarzy i drobną sylwetkę. No i piękne, błękitne oczy. Ale kolor włosów odziedziczyła po mnie, gruby, jasnozłoty warkocz nosiła podobnie jak Daria, zarzucony na jedno z ramion.

Wciąż czułem ból i strach, patrząc na moje dziecko. Ale w pewnym momencie pojawiły się duma i radość, gdy okazało się, że dziewczynka błyskawicznie przyswaja nowe rzeczy i jest najlepszą uczennicą w klasie. Wygrała kilka szkolnych konkursów humanistycznych, była zwinna i wysportowana. Kochałem ją nad życie.

***

Próbowałem znaleźć kobietę. Taką na stałe albo na chwilę. Chodziłem na dziwki. Dawały tylko chwilową ulgę, były wentylem, dzięki któremu mogłem normalnie myśleć. Z najsympatyczniejszą z nich nie byłem w stanie spotkać się więcej niż dwa razy. „Normalne” związki… to nie dla mnie. Znajomi starali się poznać mnie z wszystkimi w miarę ładnymi i inteligentnymi kobietami jakie znali i niektóre z nich okazały się nawet interesujące. Ale żadna nie mogła zastąpić mi Darii. Zresztą, takie podejście było z mojej strony niesprawiedliwe. Nie miały szans. Może naumyślnie stawiałem je w jednym rzędzie z moją ukochaną, bo nie miałem zamiaru z żadną się związać. W sumie, patrząc na tamte randki z perspektywy dnia dzisiejszego, spotykałem się z tamtymi kobietami chyba tylko dlatego, by nie zrobić przykrości swatom i swatkom. Przecież starali się, przeprowadzali wstępną selekcję, myśleli o mnie. Chcieli jakoś mi pomóc.

Nie takiej pomocy potrzebowałem.

***

Lata mijały powoli. Zajęty codziennymi obowiązkami nie zdawałem sobie sprawy z upływu czasu. Pierwszy raz pomyślałem o tym, kiedy okazało się, że wszystkie moje stare ciuchy – były jeszcze takie, które nosiłem na studiach, aż wstyd przyznać – zrobiły się za małe. W sumie nic dziwnego, że po trzydziestce zamieniłem się z patyczakowatego, zapryszczonego młodego człowieka w dojrzałego faceta. Co mnie zaskoczyło, to fakt, że zupełnie niechcący i przy okazji przybyło mi wagi, i to nie w postaci oponki na brzuchu. Nie zwróciłbym na to uwagi, gdyby nie komplementy, jakie usłyszałem w sekretariacie dziekanatu od pań, które tam pracowały. Na początku zrzuciłem to na zdziwaczenie pomarszczonych sekretarek; obydwie były starymi pannami, więc założyłem, że każdy mężczyzna wywołuje u nich dreszcz emocji. Potem jednak zacząłem zauważać zaintrygowane spojrzenia koleżanek, a także, co ciekawsze, nawet studentek. Chociaż, z drugiej strony, wydział literaturoznawstwa nigdy nie oferował szerokiego wachlarza atrakcyjnych samców, więc zgodnie z zasadą bezrybia i raków… A jednak powoli zaczęło docierać do mnie, że nie jestem już chudym młodzieńcem, przestraszonym własnego cienia. Nie wiem, skąd wzięły mi się szerokie barki i pełna klatka piersiowa, ale gdy któregoś dnia uważniej przyjrzałem się własnemu odbiciu w łazienkowym lustrze, byłem zaskoczony.

Jeszcze bardziej zdziwiło mnie pytanie, jakie pewnego dnia zadała mi Emilka. Do tamtego dnia patrzyłem na nią jak na małe dziecko, mój skarb, który wymaga ochrony i ojcowskiej miłości.

– Tato, chciałabym z dziewczynami iść na hamburgery. – To było jeszcze zupełnie normalne.

– Super, nie ma sprawy. Potrzebujesz pieniędzy? – odpowiedziałem, nie odrywając oczu od czytanego właśnie artykułu.

– To na pewno… – zawahała się na chwilę. – Tyle tylko, że chciałybyśmy pojechać do centrum, do tej nowej knajpy… Hard Rock Cafe.

Serce mi zamarło. Poszczególne literki zlały się w jedną, czarną papkę. Powoli odłożyłem gazetę. Niemałym wysiłkiem woli nakazałem sobie spokój, bo zdawałem sobie sprawę, że jeśli okażę jakiekolwiek emocje, pogorszę sytuację. Sęk w tym, że emocje wylewały się każdym porem mojego ciała.

– Hard Rock, hę? – spytałem, żeby zyskać na czasie. Nie miałem pojęcia, co innego mógłbym powiedzieć.

– No – odparła Emilka, stojąc przede mną z nieokreślonym wyrazem twarzy. – Ale wróciłybyśmy do domu o dziesiątej.

No, myślę, przemknęło mi przez głowę. Ale nie powiedziałem tego na głos, musiałem być opanowany, odpowiedzialny i dorosły. Przecież, nawet jeśli jej zabronię, to i tak będzie robiła, co jej do głowy przyjdzie. Jedyna różnica będzie taka, że nie spyta mnie więcej o zgodę.

Moja dojrzałość, choć raczej narzucona siłą woli i z trudem utrzymująca emocje w ryzach, zaskoczyła chyba nas oboje.

– Dobrze – mruknąłem cicho, głośniej się nie dało, szczerze mówiąc. – Myślę, że możesz pójść…

Podbiegła do mnie i przytuliła mocno, zarzucając ramiona na szyję. Jej jasne, spłowiałe od wiosennego słońca włosy zasłoniły mi cały świat.

– Dzięki, tato – szepnęła. – Martwiłam się, że będziesz jak rodzice Grażki, nie chcą jej na nic pozwolić – westchnęła.

Wpadłem na pewien pomysł. Grażynka to najlepsza przyjaciółka Emilii z klasy, znałem jej matkę z zebrań w szkole. Delikatnie odsunąłem córkę od siebie.

– Posłuchaj, zrobimy tak. Zadzwonię do rodziców Grażki, może uda mi się ich przekonać. – Oczy zabłysły jej z wdzięcznością. – Poczekaj. Wkraczasz do świata dorosłych, więc nic za darmo. Mój warunek brzmi: dam ci komórkę. O dziesiątej wieczorem, nie później – podkreśliłem – zadzwonicie do mnie i do rodziców Grażki. Pojadę po was i przywiozę do domu, obie.

Chciała zaprotestować, ale uniosłem ręce.

– To mój warunek – stwierdziłem stanowczo. – Nie wymagam za wiele, a dzięki temu uspokoimy mamę Grażki. – A ja nie osiwieję w jeden wieczór. Być może. – To jak? Zgoda?

Powoli kiwnęła głową.

– Super. – Klasnąłem z radością. – A jutro kupię ci telefon. Taki, jaki będziesz chciała. No, powiedzmy – rzuciłem szybko, widząc wyraz jej twarzy. Może jestem uczelnianym belfrem, ale pamiętam ile kosztuje najnowszy i–phone. – Dzięki temu będziesz mogła wychodzić gdzieś z dziewczynami raz na jakiś czas. Warunek pozostaje taki sam. Zgoda?

– Zgoda – odparła.

Nagle, z dnia na dzień, moja córka przestała być dzieckiem. Stała się nastolatką.

***

Kolejny szok przeżyłem, kiedy przyszła do mnie po pieniądze na wyjście. Z trudem powstrzymałem słowa, widząc jej obcisłe dżinsy i wysokie obcasy. Chryste, nawet nie pamiętam, żebym coś takiego jej kupował! Udało mi się zachować pokerową twarz, gdy cofnąłem się do garderoby.

– Nałóż to na plecy, wieczorem może być zimno – mruknąłem, podając Emilii czarną ramoneskę, kupioną na miesiąc temu, na piętnaste urodziny. Spojrzała na mnie wymownie, ale nie powiedziała ani słowa. Zarzuciła kurtkę na ramiona, uniosła się na palcach i pocałowała w policzek. Choć wewnątrz drżałem, pełen wątpliwości i obaw, ze spokojem odwzajemniłem buziaka i zamknąłem z córką drzwi. Zerkałem przez żaluzje za Emilką, aż zniknęły wraz z Grażką za rogiem budynku, a potem poleciałem do laptopa i spędziłem następną godzinę gorączkowo poszukując pomocy. Znalazłem w postaci płatnej aplikacji, która, zainstalowana w telefonie, potrafi niczym GPS śledzić aparat i jego właściciela. Albo, jak w moim przypadku, właścicielkę. Na terenie całej Europy, więc powinno wystarczyć, pomyślałem z niepokojem. Oczywiście, nie powiem dziewczynie ani słowa o moim niecnym planie, to będzie mała tajemnica, która uspokoi rozedrgane nerwy kochającego ojca. Na szczęście tamtego dnia zadzwoniła tak, jak ją prosiłem i wszystko było w porządku. A jednak, gdy podjeżdżałem pod restaurację, moje oczy nieustannie skanowały wszelkie ciemne zakamarki i zaułki w poszukiwaniu dybiących na moją Emilkę zboczeńców. Albo, co gorsza, jakichś wymuskanych, elokwentnych młodzieńców, których potem musiałbym z uśmiechem przyjmować u siebie w domu jako „chłopaków”. Nie ma szans, pomyślałem. Wypatrzę was wszystkich i zneutralizuję, zanim zdążycie pomyśleć o czymkolwiek dwuznacznym.

***

Dotrzymałem słowa. Pozwalałem Emilce na podobne wyjścia, na ustalonych przeze mnie warunkach. Tylko wtedy czułem, że w jakiś sposób jestem w stanie zapewnić jej bezpieczeństwo, nawet jeśli wychodziła gdzieś z koleżankami. Trzeba jej przyznać, nigdy nie poczułem alkoholu ani nie zauważyłem efektów jakichkolwiek dragów, więc nie miałem powodów do niepokoju.

Dziewczyna chyba doceniła moje zaufanie. Nagle zauważyłem, jak bardzo dojrzała. A przecież miała tylko piętnaście lat. Oprócz typowego dla dziewczynek afektu dla własnego taty, zapewne wzmocnionego nieobecnością drugiego rodzica, Emilka zdawała się naprawdę mnie lubić. Co było miodem na ojcowskie serce, nie ukrywam. Bardzo obawiałem się okresu dojrzewania, „nastolatkowości” mojego dziecka. Buntu, papierosów, alkoholu. Trawki albo czegoś mocniejszego. Nie miałem złudzeń, te rzeczy były nieuniknione. Sam przecież przez nie przeszedłem, a to było dwadzieścia lat temu – bez Internetu, komórek, facebooka. Jednak córka pozytywnie mnie zaskoczyła. Nie traktowała nas jak wrogów, była… kochana. To był chyba ten moment, w którym zaczęła traktować nas oboje jak dorosłych ludzi. Przegapiłem go, bo cieszyłem się z bliskości, jaką czułem. A teraz myślę, że właśnie wtedy po raz pierwszy dostrzegłem w niej emocje, które doprowadziły do późniejszych decyzji. Nie będę zdradzał zbyt dużo, ale powinienem był być mądrzejszy. Bardziej spostrzegawczy. Być może uchroniłbym siebie i ją przed całym złem, jakie wydarzyło się później.

***

Któregoś dnia wróciłem z uczelni szybciej do domu, nawet nie pamiętam z jakiego powodu. Jechałem nasza ulicą i przed budynkiem, w którym mieszka Grażka, zauważyłem Emilkę i jej przyjaciółkę stojące w towarzystwie dwójki młodych mężczyzn. Nie spodobał mi się ich wygląd, brudne ubrania i nonszalanckie miny. System alarmowy wewnątrz mojej czaszki rozdarł się wniebogłosy, a potem jeszcze mocniej, bo kiedy podjechałem powoli bliżej, zorientowałem się, że dwaj młodzieńcy są starsi, i to o kilka lat od obydwu dziewcząt. Nie wiedziałem jak zareagować, więc po prostu zatrzymałem się przy krawężniku i uchyliłem okno. Grażka szturchnęła Emilkę w ramię; chciała to zrobić dyskretnie, ale zauważyłem to bez problemu.

– Emilka, słońce! – zawołałem. Chciałem, żeby wyszło naturalnie i beztrosko ale, szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia jak brzmiał mój głos. Dziewczyna spojrzała na mnie z zaskoczeniem, po czym zerknęła na koleżankę i podeszła do mnie szybkim krokiem.

– Cześć, tatku – powiedziała. – Co słychać?

– Nic takiego. – Wzruszyłem ramionami. Bądź spokojny, bądź cool, myślałem. – Wracam właśnie do domu, chcesz się ze mną zabrać?

Obejrzała się przez ramię. Dwaj mężczyźni, mimo najlepszych chęci nadal wyglądający mocno podejrzanie, patrzyli obojętnie w moją stronę.

– Może zaraz, tato – odparła. – Pogadam jeszcze chwilę ze znajomymi i za chwilę przyjdę do domu.

Spokojnie. Nie denerwuj się, chłopie.

– Dobrze, słonko – westchnąłem. – Ale niech to będzie naprawdę chwila, bo zacznę szykować obiad.

– Okej, okej – głos Emilki zabrzmiał jakby nieco bardziej gniewnie. – Zaraz będę.

– No, dobra. Trzymam cię za słowo. – Zamknąłem okno i ruszyłem. Nie patrzyłem jednak przed siebie, jak powinienem. Nie odrywałem wzroku od lusterka i widocznego w nim obrazu dwójki młodych, a jednak jak dla mnie zbyt starych mężczyzn, rozmawiających z Emilką. Moją Emilką.

***

Wieczorem oczywiście była awantura. Ograniczam jej swobody. Jestem tyranem. Nie mam prawa ingerować w jej życie. Piętnaście lat to już prawie dorosłość. Tak ją ośmieszyłem przed WSZYSTKIMI przyjaciółmi. To gorsze niż śmierć.

Przy tym ostatnim myślałem, że nie wytrzymam, że powiem coś dosadnego, co pójdzie jej w pięty. Z trudem się powstrzymałem. Nastolatka, powtarzałem sobie w myślach. Hormony. Nie ma pojęcia, co mówi. Uspokajałem sam siebie, nie chcąc wybuchnąć. Myślę, że mi się udało, bo potem, podczas tamtej, nocnej przejażdżki, powiedziała:

– Wiem, że czasem gadam głupoty… tylko po to, żeby cię zdenerwować. Ale ty, tatusiu… ty jesteś najlepszy.

I to wynagrodziło mi wszystkie przykre słowa, jakie usłyszałem dwa tygodnie wcześniej.

***

Kilka dni potem znów ich zobaczyłem. Stali koło bloku Grażki, zblazowani, w tych swoich pieprzonych hipsterskich okularkach i w ogóle. Musiałem się dowiedzieć, żeby odzyskać spokój, żeby zapewnić bezpieczeństwo Emilce.

Wjechałem na parking naprzeciwko budynku, pod którym stali. Czekałem. Długo, bo im najwyraźniej się nie spieszyło. Gadali, palili papierosy. Bawili się telefonami, znowu palili. Dwie godziny. Już miałem się poddać, wiedziałem, że Emilka zaraz wróci do domu i, jeśli mnie tam nie zastanie, zacznie się niepokoić.

Nagle ruszyli. Przeszli przez jezdnię, przecięli parking, mijając moje auto i zorientowałem się, że idą w stronę stacji metra. Wysiadłem z samochodu i powoli, niczym jakiś cholerny Marlowe, podążyłem za dwójką mężczyzn.

Miałem rację. Zbiegli schodami do podziemi, w ostatniej chwili zdążyłem kupić bilet w automacie i wskoczyłem za nimi do pociągu. Widziałem ich, stojących na drugim końcu wagonika, i pospiesznie wyciągnąłem komórkę. Nie chciałem, żeby Emilka się martwiła.

– Kochanie – powiedziałem, gdy tylko odebrała połączenie. – Coś mi wypadło, będę trochę później.

– Ale co? – zdziwiła się. – Przecież tobie NIGDY nic nie wypada…

– No właśnie, dlatego dzwonię – mówiłem uspokajająco, nie spuszczając śledzonej dwójki z oczu. – Musiałem zostać na uczelni, bo… eee… jeden z młodych się rozchorował i muszę poprowadzić za niego ćwiczenia. Za godzinę, góra dwie będę w domu. Odgrzej sobie kurczaka, okej?

– Okej, okej, nie martw się o mnie – odparła. – Jestem duża dziewczynka.

– Wiem o tym, słoneczko. Pa.

– Pa, tatku.

Boże, pomyślałem. Jak ja ją kocham.

Nerwowo schowałem telefon do kieszeni, widząc, że obaj młodzieńcy szykują się do wyjścia. Wydawało mi się, że wszyscy dookoła widzą, jak dziwacznie się zachowuję. Mistrz występku, istny Doktor No. Żaden ze mnie Heisenberg, pomyślałem. Zacisnąłem szczęki i opanowałem emocje. Nie mogę spanikować, nie teraz. Muszę dowiedzieć się czegoś więcej o tych dwóch.

Wysiedliśmy na Śródmieściu. Po kilku minutach błądzenia po starówce śledzeni najwyraźniej zdecydowali, co chcą robić tego wieczoru, bo skierowali się ku jednemu z miejscowych barów, zajmujących – wydawało się – piwniczkę każdej z okolicznych kamienic. Zawahałem się na moment. Czy powinienem wejść do środka? A co, jesli natknę się na śledzonych młodzieńców? Czy zwrócili na mnie uwagę wtedy, pod klatką Grażki? A może potraktowali dobrego, starego tatusia dokładnie tak, jak na to zasługiwał – niepotrzebną nikomu komplikację, którą można całkowicie zignorować. Mając nadzieję na to ostatnie, wślizgnąłem się za nimi do noszącego dumną nazwę „Original Irish Pub” miejsca. Nigdy nie byłem w Irlandii, ale z tego, co opisywał Joyce, dublińskie speluny miały swój charakter i klimat. To miejsce nie.

Głośna muzyka – ostatnio usłyszałem, że jeśli muzyka wydaje mi się za głośna, oznacza to, że się zestarzałem – wypełniała ciemne pomieszczenie równie szczelnie, co papierosowy dym. Najwyraźniej bywalcy za nic mieli unijne regulacje. Przysiadłem przy małym, wciśniętym w róg stoliku i, starając się rozpłynąć w sinawej zawiesinie, obserwowałem dwóch mężczyzn. Musieli być tu stałymi bywalcami, bo zarówno barmani, jak i pozostali klienci serdecznie witali się z nowo przybyłymi. Siedli przy ciemnobrązowym kontuarze i zaczęli sączyć podane przez obsługę piwo. Cóż, pomyślałem, oto doskonały przykład zmarnowanego popołudnia i wieczoru. Detektyw ze mnie taki, że można się przewrócić.

Okazało się jednak, że grubo siebie nie doceniłem. Już po kilku minutach podszedł do obserwowanej dwójki jakiś młody człowiek. Potem drugi. I kolejni. Zawsze było to samo; krótka gadka, szybkie przekazanie czegoś z ręki do ręki i równie lapidarne pożegnanie. Handlarze, przemknęło mi przez głowę. Coraz śmieszniej. Nagle dostrzegłem w tłumie znajomą twarz. Ha, jeden z moich studentów. I chyba nie był tu przypadkowo. Chłopak, bardzo zresztą tępy młody człowiek, przepchnął się do baru i zagadnął jednego z mojej dwójki. Powtórzyła się znana mi już procedura i kolejny zadowolony klient skierował się ku wyjściu z lokalu. Ja również wstałem, starając się nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi. Przemknąłem za wychodzącym studentem i z ulgą odetchnąłem świeżym powietrzem, lekko tylko zalatującym moczem. Oddaliliśmy się – ja i mój cel – od pubu i kiedy uznałem, że jest już bezpiecznie, przyspieszyłem kroku. Bez trudu dogoniłem mojego studenta i zatrzymałem, łapiąc za ramię. Spojrzał na mnie ze strachem w oczach, ale odetchnął z wyraźną ulgą, rozpoznając, kim jestem.

– Pan doktor – westchnął. – Co… co pan tu robi?

– Nieważne, Nowicki – odparłem szybko. – Żebyśmy się dobrze zrozumieli. Widziałem was w tym barze. Wiem, że coś kupiłeś.

Przerażenie zabłysło w ciemnych oczach chłopaka. Uspokajająco potrząsnąłem głową.

– Nie martw się – ciągnąłem dalej. – Nic ci nie grozi. To znaczy… – zawiesiłem głos.

– To znaczy? – podchwycił drżącym tonem.

– Jeśli mi pomożesz, to nic ci nie grozi. A ponadto masz u mnie egzamin zaliczony na… powiedzmy cztery minus. Może być?

Energicznie skinął głową. Tępy był, mówiłem już.

– Nie zapytasz, jak możesz mi pomóc? – rzuciłem niecierpliwie, gdy przedłużająca się cisza pozwoliła mi zrozumieć, że nie będzie łatwo.

– Jak mogę…

– Bardzo prosto – przerwałem Nowickiemu. – Ci dwaj. Kim są? Jakieś nazwiska, imiona, gdzie mieszkają.

Chłopak jęknął rozdzierająco.

– Nie mogę… pan przecież… – zaczął, ale uciąłem jego wywód zdecydowanym ruchem ręki.

– Zrozum. Jedno słowo o tym, co widziałem, a dyscyplinarnie wylatujesz ze studiów. I jeszcze za handel i posiadanie może ci grozić prokurator. – Płynąłem aż miło, licząc, że Nowicki nie ma pojęcia o prawie karnym. Nie miał. – A tak, zapominam o całej sprawie i masz jeden egzamin z głowy. No, jaka jest twoja decyzja?

– Chudy i Benek – sapnął cicho. – Chudy ma na imię Marek a Benek… chyba Sylwek, nie jestem pewien. Często bawią w Ecstasy. W tym modnym klubie w centrum – dodał, widząc, że nie wiem, o czym mówi. – Gdzie mieszkają, nie wiem.

Poklepałem go delikatnie po policzku.

– Widzisz, nie bolało – mruknąłem uspokajająco. Chandler byłby dumny ze swojego bohatera. – Nie widzieliśmy się dzisiaj, jasne?

– Jasne – przytaknął energicznie. Odwrócił się na pięcie i już go nie było.

Uśmiechnięty wróciłem na stację metra. Chudy Marek i Benek–Sylwek z klubu Ecstasy. Zawsze coś. Miło panów poznać, pomyślałem.

***

Dwa tygodnie później Emilka spytała, czy znowu może iść z Grażką i dziewczynami do Hard Rocka. Nie ma problemu, odpowiedziałem, nie zdając sobie sprawy, że ten konkretny wieczór zmieni moje życie na zawsze. Kilka dni wcześniej kupiłem jej nowy telefon – nie iPhone, ale i tak była zadowolona – więc byłem spokojny. Kiedy wyszła ze swojego pokoju, ubrana i umalowana, poczułem ukłucie w sercu. Moja mała dziewczynka nie była już taka mała. Chciałem coś powiedzieć, nawet niekoniecznie zaprotestować przeciw szpilkom czy krótkiej spódniczce. Może po prostu wyrazić żal za dzieckiem, którego już nie ma. Ale milczałem. Może nie powinienem pozwalać Emilce ubierać się w tak wyzywający sposób. Zapewne w ten sposób postąpiłby każdy odpowiedzialny rodzic. Ja najwyraźniej nie byłem jednym z nich.

– Pamiętaj – powiedziałem tylko – dzwonisz po mnie punkt dziesiąta.

– Dobrze, tatusiu – odpowiedziała grzecznie. Powinienem był się domyślić.

***

Kiedy zegarek pokazał kwadrans po dziesiątej, uruchomiłem laptopa. Może i jestem nieodpowiedzialnym ojcem, pozwalającym nastoletniej córce wyjść z koleżankami do restauracji w dość odważnym stroju. Ale umowa była umową. Włączyłem program namierzający i po chwili zamarłem. Poczułem złość, nie tylko na siebie, ale i na Emilkę. Nie powinna była kłamać. Nie musiała. A jednak to zrobiła. W sumie to moja wina, bo zaufałem piętnastolatce. Ostatni kretyn. Sięgnąłem po telefon. Cztery sygnały trwały w nieskończoność, czułem, jakbym przez ten czas zestarzał sięo co najmniej dziesięć lat. W końcu odebrała połączenie. Tyle, że nie Emilka.

– Halo? – pełen strachu głos należał bez wątpienia do Grażki. W tle huczała jakaś głośna muzyka.

– Cześć – rzuciłem krótko. – Daj Emilkę.

– Jest… w toalecie – skłamała, choć nie tak gładko, jak by chciała. – Jak wróci, powiem, że pan dzwonił.

– Nie! – warknąłem. Odetchnąłem głęboko. – Słuchaj Grażynka, nie chcę na ciebie krzyczeć. Po prostu idź do tej toalety i daj jej słuchawkę, dobrze?

– Eeee… – dziewczyna najwyraźniej nie wiedziała, co zrobić.

– Słuchaj, co się dzieje? Gdzie jest Emilka? – zrobiłem się bardzo nerwowy. – Zresztą, nieważne. Jadę po nią.

– Ale… nas nie ma w Hard Rocku – jęknęła dziewczyna.

– Wiem. Jesteście w Ecstasy – syknąłem i rozłączyłem się. Wiedziałem, gdzie mam jechać. Czułem, że powinienem się spieszyć.

***

Nie pamiętam drogi do klubu. Pewnie złamałem tysiąc przepisów, ale miałem to głęboko w dupie. Byłem wściekły na nas oboje, wyrzucałem sobie głupotę i nieodpowiedzialność. Ale przede wszystkim pociłem się ze strachu. Wahanie w głosie Grażynki było chyba najgorszym, co mogłem usłyszeć. Ona po prostu NIE WIEDZIAŁA, gdzie była Emilka. A to chyba było najgorsze.

Prokuratura wyciągnęła później jakieś nagrania z kamer miejskich, które uwieczniły mój rajd przez miasto. Sądowy specjalista bez najmniejszych wątpliwości rozpoznał samochód i kierowcę. Nie wiem jak, bo ja tam siebie nie poznałem. Choć na pewno jechałem o wiele za szybko. Dobrze, że był czwartkowy wieczór, bo gdyby wszystko to działo się podczas weekendu, z całym tym pijanym, najaranym tłumem młodzieży na ulicach, podejrzewam, że niezamierzenie zabiłbym kogoś zupełnie niewinnego. A ja, z twarzą zalaną łzami przerażenia, chciałem w tym momencie uśmiercić bardzo konkretną osobę. Tę, którą znajdę w towarzystwie mojej córki.

Ecstasy było nowoczesną plombą ze szkła i stali nierdzewnej, wciśniętą między dwie osiemnastowieczne kamienice. Krzykliwy, różowy neon wisiał nad szerokimi, podwójnymi drzwiami, pilnowanymi przez potężnie zbudowanych małpoludów. Nie spojrzeli nawet na mnie, kiedy – zachowując resztki rozsądku – przemknąłem obok nich w miarę spokojnym krokiem. Zaraz za wejściem musiałem podjąć pierwszą decyzję: piętro czy parter. Oceniając po ciężkim rytmie, jaki dobiegał z górnej części lokalu, szybko wspiąłem się po kilkunastu schodach, mijając po drodze grupki mocno rozbawionych młodych ludzi.

Sala była zaskakująco duża. Szeroki, podświetlony kolorowo bar ciągnął się wzdłuż jednej ze ścian. Parkiet pełen był tańczących, większość stolików również zajmowali młodzi ludzie. Szybko przecisnąłem się do baru, potem przemknąłem wzdłuż kontuaru na drugą stronę. Nigdzie nie widziałem ani Emilii, ani Grażki. Nie chciałem przepychać się przez środek roztańczonego tłumu, i tak nie rozpoznałbym nikogo w półmroku. Zresztą coś mi podpowiadało, że Emilki nie ma na parkiecie. Ruszyłem ku stolikom, zajrzałem w każdą wnękę. Nic. Spanikowany zbiegłem na dół i wyszedłem na ulicę. Sięgnąłem po telefon i nerwowo wybrałem numer Emilki.

Obejrzałem się zdumiony, słysząc cichy dzwonek z lewej strony. Co? Gdzie? Dostrzegłem dziewczęcą sylwetkę w cieniu wysokiego drzewa. Emilka? Ruszyłem w stronę sięgającej do kieszeni postaci. Dopiero po kilku krokach zorientowałem się, że to Grażka. Serce podeszło mi do gardła. Dostrzegła mnie, zrobiła wielkie oczy z przerażenia.

– Proszę pana… ja… – zaczęła bełkotać. Złapałem ją za ramiona.

– Gdzie jest Emilia? – krzyknąłem. – Gdzie?

– Próbowałam ją powstrzymać… ja…

– Przed czym? Przed przyjściem do Ecstasy? – warknąłem. – Nieważne, gdzie ona jest?

Przestraszona, odwróciła się i wskazała dłonią stojący nieopodal samochód. Ciemne audi.

– Tam – jęknęła. – W środku.

Popędziłem do auta. Pociągnąłem za klamkę, drzwi otworzyły się bezdźwięcznie. W środku, na tylnym siedzeniu, dostrzegłem dwie sylwetki. Mogłem się domyślić. Szarpnąłem zaskoczonego Chudego Mareczka i wywlokłem go na chodnik. Z drugiej strony, z fotela kierowcy, wyskoczył na zewnątrz jego kompan.

– Co to, kurwa, jest?! – krzyknął.

– Zamknij mordę – rzuciłem ostro, sięgając raz jeszcze do wnętrza samochodu. Emilia patrzyła na mnie ze zdumieniem, w jej oczach nie widziałem strachu. Ale podciągnięta wysoko bluzka, odsłaniająca nagie piersi, i podwinięta spódniczka wystarczyły. Nie poobijałem tych dwóch gnojków chyba tylko dlatego, że odciągnęły mnie małpoludy, pilnujące wejścia do Ecstasy. Teraz myślę, że dobrze się stało. Nie chciałbym, żeby Emilka widziała mnie w takim stanie. Złapałem córkę w ramiona i powlokłem ją w kierunku mojego auta. Dwaj ochroniarze patrzyli po sobie ze zdziwieniem, chyba nie do końca wiedzieli, co mają zrobić. Do dziś nie wiem, dlaczego nie dostałem od nich po głowie, myślę, że to jedyna dobra rzecz, jaką tamtego wieczoru zawdzięczałem Grażynce. Nie za dobrze pamiętam, ale wydaje mi się, że usiłowała załagodzić sprawy i wytłumaczyć gorylom, że mam prawo być wściekły. Z drugiej jednak strony powinienem zaskarżyć klub, że nie reagowali wcześniej, widząc półprzytomną dziewczynę wleczoną do samochodu. Nieważne, najistotniejsze było, że moja córeczka była bezpieczna. Trochę otumaniona, powolna w ruchach i ogłupiała, ale bezpieczna. Wsiedliśmy do samochodu, na tylne siedzenie wskoczyła Grażka.

– Boże – jęczała. – Nie wiedziałam, co robić. Czułam, że coś jej dali, bo nagle zaczęła się dziwnie zachowywać, wie pan, zrobiła się taka jakby rozespana i uległa… ja… proszę nic nie mówić rodzicom, bo my… paliłyśmy coś i wie pan…

– Zamknij się – przerwałem jej ostro. – To już nieistotne. Jedziemy do domu.

– Dobrze – zgodziła się cicho. – Ale nie powie pan…?

– Nie powiem. Tylko nic już nie mów.

Bez słowa jechaliśmy przez miasto. Emilka siedziała obok przytomna, choć trochę nieobecna duchem. Patrzyła na mnie, troszkę przestraszona, ale na szczęście nie odezwała się ani słowem. Na początku chyba bym ją uderzył, taki byłem wściekły. Jednak emocje opadały, uspokajałem się coraz bardziej i gdy stanęliśmy pod blokiem Grażki, odzyskałem już jako taką równowagę.

– Słuchaj, dziecko – odezwałem się do Grażynki. – Nic nie powiem twoim rodzicom, ale pamiętaj – jesteś mi winna przysługę, i to dużą. Rozumiesz?

W milczeniu skinęła głową.

– Zmykaj do domu – skinąłem głową. Wysiadła z samochodu i podreptała do drzwi wejściowych. Ruszyłem dopiero, kiedy weszła do klatki schodowej.

– Tatusiu… – szepnęła Emilia.

– Ciii, słoneczko… – mruknąłem uspokajająco. – Już dobrze. Jesteś bezpieczna.

– Ja.. nie chciałam, prze… praszam.

Powoli wyciągnąłem dłoń i dotknąłem jej nogi. Miała taką miękką, delikatną skórę. Chciałem, żeby był to pokrzepiający, ojcowski dotyk, gdy nagle zorientowałem się, że moje palce znalazły się niebezpiecznie wysoko na jej gładkim udzie. Czułem ciepło, bijące z miejsca, o którym normalny tata nawet by nie pomyślał. Drgnąłem, chcąc zabrać rękę, ale nie pozwoliła mi na to. Zacisnęła dłoń na mojej, nie puściła.

– Nie uciekaj, tatusiu – westchnęła, opierając głowę na moim ramieniu. – Przepraszam. Zawiodłam cię, okłamałam, a ty i tak po mnie przyjechałeś. Uratowałeś mnie.

Rzuciłem jej przerażone spojrzenie. Czułem zapach perfum, słodki i odurzający, jasne włosy łaskotały mnie w policzek. Boże, pomyślałem, dawno nie czułem TAKIEGO ciepła. Nie mogłem się otrząsnąć i przerwać tej ulotnej chwili. Poczułem wielką ulgę, widząc nasz blok, przez te wszystkie ciemne i smutne okna wyglądający jak opuszczony spaniel.

– Jesteśmy… w domu – szepnąłem, wysiłkiem woli odrywając dłoń od uda córki. To jest moje dziecko, pomyślałem z przerażeniem. Co ja robię?

Zatrzymałem samochód i ostrożnie wziąłem Emilkę na ręce. Objęła mnie ramionami i mocno się przytuliła. Znowu zadrżałem, mimo, że noc była bardzo ciepła. Nie rozumiałem własnych emocji wywołanych przez wydarzenia tego dziwacznego wieczoru. Wnosząc dziewczynę po schodach, próbowałem pozbierać myśli, odnaleźć w tym wszystkim jakikolwiek sens. Nie potrafiłem.

Emilia otworzyła oczy dopiero, gdy znaleźliśmy się w mieszkaniu. Ostrożnie posadziłem ją na krześle w kuchni.

– Musisz się wykąpać, córeczko – szepnąłem, wskazując na drzwi do łazienki. – Zmyć z siebie cały ten syf.

– Dobrze, tatusiu – odparła cicho. – Zrobię cokolwiek powiesz.

Powoli wstała i zniknęła w łazience. Sięgnąłem do lodówki i zalałem gardło potężnym haustem palącej wódki. Dobrze, stary, pomyślałem. Działo się dzisiaj, od tego wszystkiego wydzieliło ci się trochę testosteronu i na moment zgłupiałeś. Ale już jest okej, twoje dziecko jest bezpieczne, możesz się uspokoić.

Wszystko na nic. Nie potrafiłem wypędzić z głowy śladu podniecenia, zwykłego, samczego podniecenia, które poczułem, gdy zaciskałem palce na szczupłym udzie Emilki. Boże, przecież to moje dziecko! Nikt normalny nie pomyślałby nawet w ten sposób! A jednak, gdy położyła palce na moich i tym samym przyzwoliła, ba – pokazała, że chce czuć ten dotyk, taki dwuznaczny i absolutnie nierodzicielski – coś we mnie drgnęło, podniosło paskudny łeb i wciągnęło zaropiałym nosem świeży zapach. Zapach młodej kobiety.

***

Emilka nie dała mi odsapnąć i zebrać myśli. Nie minęła minuta, a drzwi od łazienki nieznacznie się uchyliły.

– Tatusiu… nie chcę być w tej chwili sama…

Powinienem był odmówić. Powiedzieć, że boli mnie głowa. Cokolwiek. Ale wybrałem inaczej. Skinąłem głową i wszedłem do łazienki. Stała tam w samych majtkach i patrzyła na mnie błagalnie.

– Boję się – szepnęła drżącym głosem. – Pomóż mi… pomóż mi się umyć…

Pomogłem. Weszliśmy razem do kabiny prysznicowej, odkręciłem kurki i pozwoliłem silnemu strumieniowi wody zalać nas gorącym deszczem. Namydliłem myjkę i odwróciłem się ku córce. Stała tyłem do mnie, całkiem już naga. Zadrżałem. Nie powinienem, pomyślałem. Jest już zbyt duża na wspólne kąpiele. A jednak nie potrafiłem jej odmówić. Nie mogłem się powstrzymać i po prostu wyjść. Zrobić to, co powinien każdy praworządny człowiek. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że coś musi być ze mną nie w porządku. Muszę być jakimś dewiantem, chorym i zboczonym, skoro patrzę w ten sposób na ciało własnego dziecka. Nie miałem siły bronić się przed rosnącą wewnątrz czarną bestią, coraz silniejszą i wysuwającą pierwsze żądania. Dotknij jej, szepnął potwór. Posłuchałem. Poczuj, jaką ma gładką skórę. Zobacz, jak mydliny spływają po kręgosłupie w dolinę między jędrnymi, młodymi pośladkami. Pomyśl, co by się działo, gdyby to twoja dłoń tam zawędrowała. Nie mogłem pokonać samego siebie. Z drżeniem serca zrobiłem krok i objąłem Emilię. Zachowując ostatnie resztki zdrowego rozsądku nie dotknąłem jej małych piersi, uwodzicielskich, uśmiechających się do mnie sterczącymi sutkami. Nie zjechałem ręką nizej, choć miałem straszną ochotę sprawdzić, czy już goli się tam, na dole. Czułem się jednocześnie podle i doskonale, wypełniały mnie tak sprzeczne emocje jak to tylko możliwe.

– Dziękuję, tatusiu – szepnęła Emilka, pogarszając jeszcze sprawy – że jesteś ze mną…

Czy była świadoma tego, co robimy? Czy jakaś jej część chciała tego samego, jak ja? Czy po prostu narkotyki przejęły kontrolę nad młodym umysłem i nie wiedziała tak naprawdę, co się dzieje – tak samo, jak w samochodzie z handlarzami dragów? A jeśli ujawniała się właśnie jej prawdziwa natura, w jakiś sposób uaktywniona przez zażyte prochy?

A może, po prostu, prosiła ojca o odrobinę bliskości, której, jak każda córka, bardzo potrzebowała? A ja bezlitośnie wykorzystywałem sytuację, jak obrzydliwa bladosina pijawka przyssawszy się do jej pięknego, młodego ciała?

Mokre, jasne włosy dziewczyny lepiły mi się do twarzy, skóra Emilii parzyła jak rozpalone żelazo. Złapała moje dłonie swoimi i przycisnęła do siebie, jakby nie chciała, żebym ją puścił. A może prosiła tym gestem o coś innego? O pieszczotę? Potrząsnąłem głową. Nie mogę tak myśleć. Diabli wiedzą, co te gnojki jej podały. Może tabletkę gwałtu. To tłumaczyłoby dziwne zachowanie Emilki, jej spolegliwość, uległość wobec nich i mnie. Nie mogę wykorzystywać własnego dziecka, zwłaszcza w chwili słabości, w której potrzebuje mnie najbardziej. Nie jako mężczyzny, ojca.

Z trudem oderwałem się od przyssanej do mnie dziewczyny. Miałem nadzieję, że nie czuje mojej erekcji, że nie zdaje sobie sprawy z niecierpliwości dotykających ją palców. Skąd we mnie takie skłonności? Ta dziwna, mroczna żądza? Czy dlatego, że tak długo nie miałem kobiety, przy której mógłbym czuć się naprawdę dobrze? Czy może powodem było to, jak bardzo w tej chwili Emilia przypominała Darię? Możliwe jest, by mój wypaczony długą tęsknotą i samotnością umysł zastąpił obraz matki jej córką? Jeśli tak było, oznaczało to, iż doszczętnie oszalałem.

Byłem cały mokry, wilgotne ubranie przykleiło mi się do skóry. Wiedziałem, że muszę wyjść spod prysznica, z łazienki, zostawić córkę w spokoju, a jednak nie miałem na to najmniejszej ochoty. Chciałem ją tulić, głaskać, poznać wszystkie tajemnice jej młodego, rozkwitającego ciała. Nie, nie mogę, tak nie wolno, krzyczałem w myślach, podczas gdy na zewnątrz milczałem, stojąc bez ruchu i wpatrując się w ociekającą wodą dziewczynę..

– Muszę… iść – wymamrotałem z trudem. Kolana mi drżały, ręce trzęsły się, jakbym był bardzo chory. – Muszę się przebrać. Muszę…

Obejrzała się przez ramię. Popatrzyła na mnie spokojnie, jakby nic jej nie było, jakby narkotyki nie działały na nią w żaden sposób. Jej spojrzenie paliło, wwiercało się w sam środek mojej duszy, jakby chciała zobaczyć, co kryje się wewnątrz jej ojca. Nie, tego nie mogę ci pokazać, dziecko. Przynajmniej nie w tej chwili.

– Nie chcę, żebyś szedł, tatusiu – odpowiedziała cicho. – Dobrze mi z tobą.

Odwróciła się. Ramiona zaplotła na piersiach, ale zrobiła to w taki sposób, że nie zasłoniła biustu, a tylko go uwydatniła, wypychając ku górze. Pokręciłem głową, z trudem opierając się pokusie.

– Przebiorę się, mokry jestem – szepnąłem i uciekłem z łazienki jak tchórz. Albo jak normalny człowiek.

W kuchni raz jeszcze łyknąłem wódki. Miałem nadzieję, że przytępi żądzę, zagłuszy szalejące zmysły. Zrzuciłem wilgotne ciuchy, wsadziłem je do zlewu – szczerze mówiąc, nie wiedziałem, co innego mógłbym zrobić z ociekającym wodą ubraniem, a za nic w świecie nie chciałem wracać do łazienki. Poczłapałem do sypialni i wyciągnąłem z szafy świeże bokserki i koszulkę – mój stały zestaw do spania. Do łóżka, myślałem, niech ten pieprzony wieczór się skończy. Jutro, wraz z nowym dniem, przejdzie nam to całe szaleństwo i będziemy mogli wrócić do normalnego życia. Nie zastanawiałem się, czy to w ogóle możliwe, nie chciałem wybiegać w przyszłość. Najważniejsza była ucieczka w sen, przed samym sobą i przed palącym wzrokiem Emilii.

– Tatusiu – usłyszałem głos córki za sobą. Obejrzałem się, lękając tego, co zobaczę. Stała w drzwiach, na szczęście już nie naga, choć nie do końca ubrana, bo biały t–shirt sięgał jej ledwie do połowy ud, nie ukrywając przed mym wzrokiem tego, co powinien.

– Chciałabym… – zawahała się na moment – nie chcę spać sama. Zbyt wiele złych rzeczy mogło się dziś zdarzyć. Za dużo już się wydarzyło. Boję się… koszmarów…

Przełknąłem ślinę. Nie proś o to dziecko, pomyślałem. Nie o to, nie dziś. Ale i tak kiwnąłem głową, wbrew sobie, a może właśnie w zgodzie z własnymi pragnieniami.

– Dobrze, słoneczko – odparłem zachrypniętym głosem. Odchrząknąłem. – Oczywiście możesz dziś spać ze mną.

Boże, co ja wygaduję? Nie tak miałem powiedzieć, nie to powinienem mówić! Było jednak już za późno, Emilka uśmiechnęła się szeroko, podeszła do mnie i pocałowała w policzek. A potem wskoczyła na łóżko i wślizgnęła pod kołdrę. W tym momencie zorientowałem się, że – oczywiście! – mam tylko jedną, a do tego niezbyt dużą kołdrę. Pełen sprzecznych myśli zgasiłem światło i położyłem obok dziewczyny. Pachniała prysznicem, czułem na ramieniu jej wilgotne włosy. Odwróciła się do mnie, położyła rękę na mojej piersi. Dotyk jej dłoni elektryzował i parzył jednocześnie. Przycisnęła nogę do mojego biodra i szepnęła:

– Dobranoc, tatusiu.

Nie byłem w stanie wydusić z siebie ani słowa. Leżałem sztywny jak kłoda i wpatrywałem się tępo w sufit. Co będzie, jeśli jej ręka się poruszy? Jeśli dziewczyna, wciąż pod wpływem nie wiadomo jakich narkotyków, pomyli rzeczywistość z nie wiadomo jaką wizją i dotknie mnie w sposób bardzo niedwuznaczny? Czy będę miał siłę ją powstrzymać? Czy powinienem w ogóle prowadzić tego typu rozważania? Przecież odpowiedź jest tylko jedna. A przynajmniej powinna być. Ale nie dla mnie. Nie dla kogoś, kto w środku zamiast serca ma dyszącą z żądzy bestię.

Na szczęście Emilka bardzo szybko zasnęła. Jej dłoń nie drgnęła, noga też nie próbowała się wślizgnąć na brzuch. Z ulgą wsłuchiwałem się w regularny, spokojny oddech dziewczyny. Jestem bezpieczny. Ona też. Nic nam nie grozi. Z tą myślą, dającą ulgę i pokrzepienie, zasnąłem. Och, jak bardzo się myliłem.

***

Znowu jechaliśmy samochodem. Emilia siedziała obok, z czołem opartym na mym ramieniu.

– Już dobrze – mruknąłem uspokajająco. Wyciągnąłem rękę i dotknąłem delikatnej skóry jej uda. Drgnęła, ale gdy chciałem cofnąć dłoń, przytrzymała ją własną.

– Nie zabieraj – poprosiła cicho. – Masz takie ciepłe palce, tatusiu.

Skinąłem tylko głową. Ponownie czułem ciepło, bijące od jej krocza. Raz jeszcze pomyślałem, jak bardzo niestosowne jest moje zachowanie. Ale tym razem nie chciałem się hamować. Poruszyłem palcami. Chciałem dotrzeć do źródła tego ciepła, którego tak bardzo pożądałem. Emilka puściła mi rękę. Zamarłem, przestraszony tym, jak zareaguje. Ale ona nic nie powiedziała. Jedyne co zrobiła, to dotknęła mnie. Tam, gdzie nie powinna. Gdzie coraz bardziej sztywny członek rozpychał materiał spodni. Drgnąłem, ale gdy zacisnęła dłoń na wypukłości, przesunąłem własną wyżej, pod krawędź plisowanego mini. Poczułem materiał majtek i na moment przestałem oddychać. Był cały mokry, przesiąknięty i kleił się do palców. Jęknąłem cicho. Emilia rozsunęła kolana szerzej, przez co skraj spódniczki podjechał wyżej. Znacznie wyżej. Zerknąłem w bok. Moja córka wypychała biodra ku górze, jakby niecierpliwość i pożądanie odbierały jej resztki samokontroli. Moje palce, niczym szpony drapieżnika, wbijały się łapczywie w okryte bielizną krocze dziewczyny. Głośno wciągnęła powietrze przez zaciśnięte zęby.

– Marzyłam o tym – jęknęła cicho – od tak dawna…

Niecierpliwie odsunąłem na bok różowe stringi i zanurzyłem się w jej wilgotne wnętrze. Napięła się cała, poczułem jak coraz mocniej ściska mi kutasa. Boże, jaka była ciasna i gorąca! Nie miałem już żadnych oporów, wątpliwości zniknęły jak płomień zdmuchniętej świecy. Pod wpływem moich zapalczywych pieszczot Emilka zaczęła ciężko oddychać, coraz szybciej i szybciej. Nagle, zupełnie dla mnie niespodziewanie, jęknęła rozdzierająco i zacisnęła mocno nogi, więżąc moją rękę. Miała orgazm, być może pierwszy w życiu, i to dzięki mnie. Na samą myśl o tym poczułem uderzenie ogłuszającego podniecenia, odetchnąłem głęboko, z trudem łapiąc powietrze. Czułem, jak drżały jej uda, palce dziewczyny niemal rozerwały materiał moich spodni. Pochyliła głowę, ukrywając twarz za zasłoną złotych włosów. Jęk przeszedł w westchnienie. W końcu, gdy już myślałem, że stracę czucie w palcach, rozluźniła mięśnie i ponownie rozszerzyła kolana. Spojrzała na mnie zamglonymi oczyma.

– Tato – szepnęła. – Kocham cię.

– Wiem, Emilka, wiem. Ja ciebie też.

Uniosłem dłoń do ust. Chciałem powąchać wilgoć zlepiającą palce, poznać zakazany smak. Zakodować sobie szczegóły wyznaczniki jej kobiecości, choć sam nie wiedziałem po co. Czy poszukiwałem w niej wspólnych nut z inną, bliską mi osobą, którą już dawno straciłem? Czy chciałem zastąpić Darię córką? I dlatego postępowałem w tak naganny, przerażający sposób? Nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi na te pytania. Zresztą, nie szukałem ich wcale. A straszliwy fakt, że robię TO z własną, nieletnią córką, dodawał tylko podniety, rozpalał mnie jeszcze bardziej, coraz dalej wpędzał w szaleństwo.

Emilia nie zdawała sobie sprawy z moich rozterek, ale miała własne plany. Powolnym, wyuzdanym ruchem poprawiła sobie majtki, po czym sięgnęła do mojego krocza.

– Co ty robisz…? – zdążyłem wykrztusić, nim zrozumiałem, jakie ma zamiary.

Wyłuskała sztywne prącie z rozporka i pochyliła głowę. Jęknąłem rozdzierająco, gdy poczułem dotyk jej miękkich ust na kutasie. Jakaś część mnie, ta normalna i kierująca się rozsądkiem, chciała odepchnąć dziewczynę i zaprotestować, ale rozsypała się na drobne kawałki pod wpływem pieszczoty, jakiej doświadczałem. Boże święty, czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem, mimo że kilka dziwek zaliczyłem w swoim życiu. Ale tutaj nie chodziło o sprawność i doskonałość techniki, choć ta nie była najgorsza. Nie liczyło się JAK, lecz KTO to robił, kto ssał mojego członka i wpychał go sobie do gardła. Czułem, jak Emilka się krztusi, jak walczy z brakiem powietrza i chciałem prosić ją, by przestała. Nie zrobiłem tego, bestia we mnie łaknęła takiego oddania. Podobało mi się, że mimo, iż kutas w jej ustach zmuszał dziewczynę do ogromnego wysiłku, nie poddała się, nie wypluła go, nie poszła na łatwiznę. Poruszała głową rytmicznie, wpychając dławiącego ją członka coraz głębiej do gardła. A ja… byłem w siódmym niebie. Nie potrafię pomyśleć o tym nawet teraz bez natychmiastowego wzwodu. To było nieziemskie, przerastające mnie odczucie, które błyskawicznie doprowadziło mnie go finiszu.

– Uważaj, słoneczko, zaraz dojdę – zdążyłem wycharczeć na moment przed wytryskiem, ale Emilia nie zareagowała. Strzeliłem bardzo obficie i nie na żarty przestraszyłem się, że mogę ją zadławić. Czułem spermę zalewającą mi jądra i wiedziałem, że wszystkiego nie zdołała pomieścić w ustach, ale i tak kochałem moją dziewczynkę za to, że próbowała.

Zmieniłem się w pozbawionego sumienia potwora.

***

Powrót do rzeczywistości był nie tyle gwałtowny, co nieoczekiwany. Nagle zorientowałem się, że nie siedzę w samochodzie z kutasem tkwiącym w ustach córki, tylko leżę obok niej, półnagiej, we własnym łóżku, z gigantycznym i bolesnym wzwodem. Dzięki Bogu, to tylko sen, przemknęło mi przez głowę. Ale co za sen, zreflektowałem się po chwili. Skąd takie chore wizje? Wiem, że człowiek nie odpowiada za projekcje uśpionego umysłu, lecz mimo wszystko poczułem wyrzuty sumienia, zwłaszcza że członek sterczał mi nader realnie.

Emilka poruszyła się przez sen, jakby świadoma mojego przebudzenia. Zamarłem, w panice, myśląc, co miałbym jej powiedzieć, gdyby zastała mnie w środku nocy z twardym kutasem, leżącego obok niej. Bo byłem niemal pewny, że nie będzie pamiętała wieczoru, tego co zdarzyło się przed klubem i potem, w domu.

A jednak nie mogłem przestać myśleć o tym, co przed chwilą wyśniłem. Kutas pulsował niespokojnie, domagając się czegoś więcej niż sennej mary, myśli miałem rozdarte pomiędzy obrazami, jakie wciąż miałem przed oczyma, a bardzo realnym poczuciem winy. Przecież nie mogłem… nie powinienem nawet myśleć w ten sposób, a co dopiero podniecać się czymś tak zwyrodniałym. Lecz nawet przerażenie, jakie budziła we mnie sama sugestia chorej wyobraźni na temat złamania tak głębokiego tabu, nie było w stanie opanować emocji. Czułem ciepło Emilii, leżącej tuż obok. Ciężar jej dłoni na piersiach. Długie, jasne loki córki łaskotały mnie w policzek. A ja, najgorszy z ojców na świecie, zwyrodnialec i zboczeniec, zamiast przerwać to wszystko i dalej żyć jak powinien normalny człowiek, poruszyłem delikatnie ręką, złapałem za sztywną męskość i ostrożnie, bojąc się obudzić śpiącą dziewczynę, dałem upust najmroczniejszym żądzom. Zamknąłem oczy na wspomnienie kształtu jej piersi, podejrzanych pod prysznicem. Jęknąłem, wyobrażając sobie jak wspina się na mnie, leżącego na łóżku i powoli dosiada jak rumaka, by po chwili ujeżdżać niczym rasowa kowbojka. Zagryzałem wargi z obawy że nieostrożne westchnienie może obudzić tę, o której marzyłem.

Byłem chory. Przeżarty niezrozumiałym pożądaniem, spowity trującymi oparami zabójczego bluszczu, zaciskającego bezwolne palce na spragnionym kutasie. Chciałem jej, pożądałem własnej córki, marzyłem o tym, żeby posiąść to młode ciało. Sapnąłem, gdy nadszedł obfity orgazm. Emilka poruszyła się niespokojnie, zsunęła dłoń ze mnie (Boże, żeby tylko nie dotknęła spermy, tam przecież wszystko się lepi, pomyślałem z trwogą) i odwróciła się na drugi bok. Odetchnąłem z ulgą, bo przez moment wydało mi się, że uwolnię się od jej dotyku. Za wcześnie. Poczułem, że wypięła się nieznacznie, dotykając pośladkami mych bioder. Jezu, nie, błagałem bezgłośnie.

– Tatusiu, obejmij mnie… – szepnęła cicho, a ja miałem jedynie nadzieję, że słowa te powiedziała nieświadomie, przez sen. Myliłem się, bo dodała: – Proszę, inaczej rozbudzę się na dobre…

– Już, kochanie, już – sapnąłem w przerażeniu. Odwróciłem się w jej stronę, podciągając bokserki najwyżej, jak się dało. Modliłem się w duchu, by nie poczuła wilgoci mojej bielizny. Zarzuciłem rękę na ramię wpół śpiącej Emilii, która złapała mnie za dłoń i ścisnęła lekko.

– Kocham cię – powtórzyła słowa, które brzmiały dla mnie tego dnia tak dwuznacznie, jak to tylko możliwe. Zacisnąłem zęby, by stłumić jęk przerażenia. A może czegoś innego, sam nie wiem. Doprowadziłem do tej dwuznacznej sytuacji i postanowiłem, że rano natychmiast wszystko wyprostuję. Tak nie może postępować ojciec. Nawet taki, jak ja. Z nieco lżejszym sercem szybko zasnąłem i, z tego co pamiętam, nie miałem już tej nocy żadnych erotycznych koszmarów.

***

Gdy rano otworzyłem oczy, ogarnęła mnie potężna fala strachu. Co mam teraz zrobić, jak się wytłumaczyć przed własnym dzieckiem z tego, co zdarzyło się poprzedniego wieczoru? Co odpowiedzieć, gdy spyta, dlaczego wziąłem z nią prysznic? Żołądek zacisnął się w mały, twardy węzeł, kolana rozbolały jakbym miał właśnie atak reumatyzmu. Z bijącym sercem uniosłem się na łokciach. Łóżko było puste. Zerwałem się na równe nogi i pospiesznie ściągnąłem zaplamione majtki. Założyłem świeże i wyszedłem do przedpokoju z jednym pytaniem w głowie: gdzie jest moja córka?

Przywitał mnie zapach smażonej jajecznicy, dźwięki jakiejś muzyki i głosu Emilki, niezbyt udanie akompaniującej puszczonej piosence. Zajrzałem do kuchni.

– Tatku! – pisnęła córka, rzucając się w moim kierunku. Kurwa, nadal miała tylko białą koszulkę na sobie. A ja wciąż próbowałem zajrzeć tam, gdzie nie powinienem. Przytuliła się mocno, obejmując mnie ramionami. Wyraźnie czułem kształt jej małych piersi na sobie. chciałem odsunąć Emilię od siebie, postąpić zdecydowanie i właściwie, ale nie potrafiłem. Uległem oparom bluszczu, ciasno oplatającego nasze złączone ciała. – Wstałeś już! Tak bardzo się cieszę… smażę jajówę, zjesz trochę, prawda? Zdążysz? Bo dziś piątek, pierwszy wykład masz na dziesiątą.

– Zdążę, zdążę – wyszeptałem w gąszcz jej złotych loków. – Puść mnie tylko, bo żebra staruszkowi połamiesz.

Odskoczyła z przestraszoną miną, ale po sekundzie walnęła mnie trzymaną w dłoni ścierką i zaśmiała się radośnie.

– Daj spokój, tato – rzuciła z udawanym oburzeniem. – Siadaj, zaraz podam śniadanie.

Klapnąłem ciężko na krzesło. Emilka skakała po kuchni a ja, najgorszy zbereźnik na świecie, zerkałem na tyłek córki, co chwila uśmiechający się do mnie w rytm jej pląsów.

– Słuchaj, słoneczko, co do wczoraj… – zacząłem z wysiłkiem.

Odwróciła się w moją stronę z patelnią pełną gorącej jajecznicy.

– Przepraszam cię tato – powiedziała poważnie. – Wiem, że cię okłamywałam. Wiem, że zadawałam się z jakimiś psycholami, nie słuchałam tego, co mówiłeś. Prawie doszło do nieszczęścia i to wszystko moja wina. Ale mam ciebie. Uratowałeś mnie i do końca życia nie spłacę długu, jaki zaciągnęłam. Przepraszam, tatusiu.

– Nie, nie o to mi chodzi, kochanie – zaprotestowałem, wstając. Dziewczyna odstawiła patelnię na gorącą płytę grzewczą. Patrzyła na mnie zdziwiona. – To… trudno, stało się, nie będę do tego wracał, jeśli obiecasz mi, że więcej takich rzeczy nie będziesz robiła. Mówię o tym, co zdarzyło się potem. O wspólnym prysznicu, o…

Nie dała mi skończyć. Zrobiła dwa kroki i już była przy mnie. Przytuliła się, rozgrzana i zwinna, położyła mi palec na usta.

– To nic, tatusiu. To przecież nic. Tak jest dobrze. Mi jest dobrze. Tobie nie? – spytała cicho.

Starałem się być rozsądny. Powinienem był jej odmówić. Wytłumaczyć, co jest dobre, a co złe. Dlaczego nie powinniśmy zachowywać się w ten sposób. Ale milczałem, a przez głowę przelatywało mi tysiąc myśli. Uległem, choć chciałbym myśleć, że nie obyło się bez walki. Takiej cichej, wewnętrznej, ratującej resztki duszy. O ile jakąś kiedykolwiek miałem. Objąłem Emilkę i mocno przycisnąłem do siebie.

– Mi też było dobrze. Ale tak nie można, dziecinko – powiedziałem. Bestia wygrała. Nie miałem siły walczyć dalej. – Nie można, to jest…

– Złe? – parsknęła. – Nikt nie ma prawa mówić nam, co jest dobre, a co nie. Nie nam, którzy mamy tylko siebie. Ja nie chcę nikogo innego, bo nie znajdę lepszego od ciebie, tato. W końcu to zrozumiałam, choć tak naprawdę wydaje mi się, że czułam w ten sposób już od dawna. Tamci dwaj… te gnojki… to były zamienniki, mieli wypełnić miejsce zbyt duże dla jakiegokolwiek mężczyzny. Oprócz ciebie, tato. Nie będę z żadnym innym człowiekiem. Liczysz się tylko ty. Bałam się, że jesli powiem ci o moich uczuciach, wyśmiejesz je i zbagatelizujesz. Bo przecież każda dziewczynka chce wyjść za mąż za własnego ojca, prawda? Ale wczoraj… dziś… zrozumiałam jedno. Nawet jeśli odrzucisz moją miłość, trudno. Odepchnięta, nie upadnę. Bo poczułam w sobie niezłomną siłę. Pragnę ciebie. Tylko ciebie. Teraz i na zawsze. I wiem, po wczorajszym wieczorze jestem pewna, że ty czujesz podobnie. Prawda?

Objąłem ją ramionami i przycisnąłem do siebie. Powinienem był zaprzeczyć, ale nie znalazłem siły, by to uczynić.

***

Wbrew waszym wyobrażeniom nie przeleciałem własnej córki. Jeszcze nie. Powstrzymałem się przed zbezczeszczeniem jej niewinnego ciała moim parchatym dotykiem, choć kusiła mnie na tysiąc sposobów. Miałem wrażenie, że nie chciała niczego na siłę, ale wiedziała doskonale, że w końcu ulegnę. Dlatego, niby przypadkiem, co chwila obdarowywała mnie kawałkiem zakazanego owocu. Odrobiną nagości, pozornie niewinnym pocałunkiem w usta. Pieszczotliwym dotykiem, klepnięciem w pośladek. A ja, śliniąc się niczym dwustuletni starzec, z uwielbieniem przyjmowałem te prowokacyjne zachowania..

Nie obwiniałem córki za jej zachowanie. To ja wykonałem pierwszy krok. Drugi, trzeci też. Może na początku postępowałem nieświadomie, lecz od pewnego momentu dobrze zdawałem sobie sprawę z tego, co robimy. Nie przeciąłem tego, dałem się ponieść nurtowi tej dziwacznej miłości i nie przerwałem samonapędzającej się spirali dwuznacznych słów i czynów, która musiała w końcu doprowadzić do jedynego możliwego finału.

Pewnego ranka zdałem sobie sprawę, że nie mam wystarczająco dużo siły, by obronić Emilkę przed samym sobą. Wyciągnę rękę i dam upust wypełniającym mnie żądzom, które pochłoną nas oboje. Wiedziałem, że muszę zrobić wszystko, by do tego nie dopuścić.

***

Dalszą część historii znacie już bardzo dobrze. Wiecie, jak zaplanowałem moją zbrodnię. Jak wykorzystałem dwójkę młodych ludzi do zdobycia potrzebnych mi informacji. Grażynka i Nowicki złożyli potem obszerne zeznania podczas rozprawy i bardzo dobrze, że tak się stało – dzięki ich słowom wszystko stało się jasne i sędzia mógł z czystym sumieniem wydać wyrok. W sumie i tak udało mi się wywinąć; podwójne zabójstwo w afekcie, gdzie owym afektem było bardzo silne wzburzenie emocjonalne, którego doświadczyłem wyrywając jedyną córkę z rąk potencjalnych gwałcicieli. Obrońca dołożył do tego fakt, że po śmierci żony Emilka była jedyną rodziną, jaka mi została, więc zakłócenie równowagi psychicznej było tym większe. Według słów adwokata widziałem tylko jedno – ludzi, którzy chcieli skrzywdzić moją rodzinę. Nie potrafiłem myśleć racjonalnie, analizować konsekwencji własnego postępowania. Działałem zgodnie z własnym sumieniem, choć było ono w tym momencie bardzo złym doradcą. Sędzia w mowie końcowej powiedział, że jest w stanie zrozumieć jak silny efekt musiało wywołać to, co zdarzyło się pod klubem Ecstasy. Miał rację, choć nie zrozumiał tak naprawdę najważniejszego – broniłem mojego dziecka przed samym sobą, nie przed Chudym i Benkiem. Oni byli jedynie środkiem ewakuacji. Musieli zginąć, ale tego akurat nie żałuję, bo byli niezłymi szumowinami. Wiele o nich powiedzieli świadkowie. Resztę wyciągnął na światło dzienne adwokat. Dlatego powiem wam jedno: żałuję wielu czynów, ale nie tego, że zabiłem dwóch handlarzy narkotykami, niedoszłych gwałcicieli mojej córki.

***

To jeszcze nie koniec mojej historii. Została ostatnia rzecz do dodania. Właściwie dwie. Zaraz po wyroku podpisałem papiery przenoszące prawa rodzicielskie na rodziców Darii. Przygotowałem wszystkie dokumenty jeszcze przed aresztowaniem, było to częścią moich przygotowań. Nie mogłem przecież pozwolić, by moja ukochana, młoda, piękna Emilka trafiła do jakiegoś domu dziecka. Sąd rodzinny zadziałał bardzo szybko dzięki temu, że moja rozprawa karna była dość głośna medialnie.

Dostałem siedem lat z dziesięciu możliwych. Za dobre sprawowanie mogę wyjść po czterech. Nie mam zamiaru rozrabiać w więzieniu, lecz początkowo nie zależało mi na szybszym wyjściu. W miarę łagodny wyrok po części zawdzięczałem dziennikarzom. Jedni przedstawiali mnie jako prawdziwego rodzica, broniącego dziecka przed parszywymi zboczeńcami i biorącego sprawy we własne ręce. Najśmieszniejsze jest to, że poniekąd mieli rację, choć nie w takim sensie, o jakim myśleli. Inni wieszali na mnie psy, nazywając cynicznym mordercą, świadomie wykorzystującym system prawny. Oni też wysunęli częściowo słuszne wnioski, znowu kompletnie myląc się co do prawdziwych motywów. Obserwowałem całą tę medialną awanturę z rozbawieniem. Martwiłem się jedynie o to, by nie zrobili krzywdy Emilce. Bo miałem nadzieję, że rozprawa, pełna makabrycznych szczegółów, odepchnie ją ode mnie na tyle, by zapomniała o wszystkim, co nas łączyło.

Gdy dostałem informację od teściów, że dziewczyna chce odwiedzić mnie w więzieniu, miałem mieszane uczucia. Mimo wszystko bałem się konfrontacji z córką. Tej jedynej rzeczy obawiałem się tak naprawdę. Z pewnym wahaniem zgodziłem się na spotkanie. Przyszła kilka dni później, piękna i uśmiechnięta, skromnie ubrana w bordową sukienkę za kolano i dziewczęce sandałki. W związku z przepisami więziennymi towarzyszyła jej babcia, która jednak siadła dwa stoliki dalej, dając nam odrobinę intymności. Poza nią i stojącym przy drzwiach wartownikiem byliśmy sami.

– Tatusiu – szepnęła Emilka tak cicho, żebym tylko ja mógł ją usłyszeć. – Wiem, po co to zrobiłeś. Niepotrzebnie. – Machnęła ręką, widząc, że chcę jej przerwać. – Nigdy nie przestanę cię kochać, jako tatę i jako mężczyznę mojego życia. Nie dotknąłeś mnie mimo, że tego bardzo chciałam. Rozumiem i szanuję twoje decyzje, zrozum i uszanuj moje. Już na zawsze jestem twoja, tylko twoja. Będę czekała, nieważne: cztery, siedem lat. Nie ma znaczenia. A kiedy wyjdziesz, będę już pełnoletnia. I wtedy, cokolwiek myślisz teraz, będziesz mój. Kocham cię tatusiu i zawsze tak będzie.

Wstała, pocałowała mnie delikatnie w policzek i wyszła. Nie dała mi szansy na odpowiedź. Po prostu przekazała to, co chciała, nie zważając na moje zdanie. W pierwszej chwili byłem zły, nie tak miało być. Miała się ode mnie uwolnić, zapomnieć. Wściekłość trwała kilka dni. potem mi przeszło. Zrozumiałem, że jeśli ona tego nie zechce, nic się nie zmieni. Nie jestem w stanie odepchnąć córki od siebie wbrew jej woli. Wystarczająco trudne było to, co zrobiłem do tej pory – wbrew sobie, własnym pragnieniom i żądzom, czując obrzydzenie do siebie na widok splamionych krwią rąk.

Metaforycznie wzruszyłem ramionami. Trudno, nie mam już pomysłów ani sił, by się przed tym bronić. Niech będzie, co chce. Poddałem się drzemiącym wewnątrz wizjom, uległem kuszącym aromatom trujących owoców. Nie wypierałem już emocji i uczuć. Każdy sen, jaki nadchodził, przyjmowałem z wdzięcznością. Trzepałem sobie konia, marząc o Emilce, jej małych piersiach, delikatnej skórze, zgrabnej pupie. Jeśli faktycznie będzie cierpliwa, poczeka na mnie te kilka lat, nie będę się wzbraniał.

Wygrałaś, Emilka. Jestem twój, na zawsze. Kocham cię, słoneczko.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Myślę, że do etykiet można jeszcze dodać 'incest'. 😉
Nie wiem czy powinnam się do tego przyznawać, ale lubię czasami coś o takiej tematyce przeczytać, fajnie więc, że coś takiego się pojawiło. I to w wydaniu Seamana.
Dzięki. 😉

Siostra.

Jeśli lubisz opowiadania z kategorii "incest" to ich mistrzynią na NE była zawsze LadyInRed (nawiasem mówiąc, szkoda, że już nie pisze, jechała po bandzie, ale zawsze w dobrym literacko stylu, no i miała przemyślane fabuły). Swój poważny wkład mieli też Ravenheart i Ferrara. Nawet dla Seamana to drugie opowiadanie z tej kategorii. A sugestia odnośnie tagu jak najbardziej słuszna.

Pozdrawiam
M.A.

Dziękuję Ci za propozycje.
Czekam więc na poniedziałkowe wykłady, aby sięgnąć do podanych przez Ciebie autorów. 😉

Siostra.

Witajcie, Siostro i Megasie. Tagi dobierałem dość ostrożnie i z namysłem. Z jednej strony nie chciałem zdradzać zbyt dużo szczegółów, z drugiej należy Czytelnika przestrzec przed tekstami kontrowersyjnymi w treści. Dlatego myślę, że dobrze jest w tej chwili.

I myślę, że w kwestiach fantazji seksualnych jest mało rzeczy, których powinniśmy się wstydzić, Siostro 😉

Pozdrawiam wszystkich,
seaman

Ha! Wiedziałem, że nie tylko ja wykorzystuję wykłady do lektury NE.:) Dzięki Siostro, to bardzo podnoszące na duchu. Incest/kazirodztwo jest ciekawą kategorią i w samym czytaniu nie ma jak dla mnie niczego nagannego.
Pozdrawiam,
Foxm

Zawsze byłem przejęty tak wielkim respektem dla Pisma Świętego, zawsze wierzyłem, że niebo stoi otworem przed tymi, którzy naśladują bohaterów tej świętej księgi… Ach, mój drogi! Nie dziwi mnie już szaleństwo Pigmaliona! Czyż historia świata nie jest pełna podobnych słabostek? Nie trzebaż było od tego zacząć, aby zaludnić ziemię? A w jaki sposób mogło to stać się zbrodnią, jeśli wówczas nią nie było? Co za niedorzeczność! Młoda dziewczyna nie może mnie podniecać, ponieważ miałem nieszczęście przyczynić się do wydania jej na świat?! To, co winno najbardziej ją do mnie zbliżyć, ma być powodem oddalenia? Mam patrzeć na nią chłodno i obojętnie, ponieważ jest do mnie podobna, ponieważ płynie w niej moja krew, a więc dlatego, że jednoczy w sobie wszystkie zalety zdolne wzbudzić najgorętszą miłość! Co za sofizmaty, co za bzdury! Zostawmy głupcom obowiązek poszanowania tych śmiesznych zakazów; nie dotyczą one umysłów takich jak nasze. Królestwo piękna i święte prawa miłości nie mają nic wspólnego z nędznymi konwencjami społecznymi. Usuwają je precz swoim blaskiem, podobnie jak promienie słońca oczyszczają.
Markiz de Sade. Ale od rewolucji francuskiej w ludziach nadal niewiele sie zmieniło.

Zawsze się zastanawiałam, czy ktoś, kogo podnieca taka tematyka, powinien się siebie brzydzić? Czy to jest nienormalne, niemoralne, nieetyczne? Czy świadczy to o jakichś złych skłonnościach? Czy wymaga rozmowy ze specjalistą? Z drugiej strony, czy ktoś, kto porusza takie tematy jest całkowicie zdrowy, normalny? Oba słowa powinny być chyba w cudzysłowiu. Sama nie wiem. Wiem tylko, że to było cholernie mocne i dobre. Niezaprzeczalnie.

Pozdrawiam.

Witaj Basiu.
To jedno z pytań, jakie miałem w głowie w trakcie pisania. Czasem trudno rozgraniczyć "normalność" od zboczenia. No, niektórym przychodzi to wyjątkowo łatwo, ale to już zupełnie inna sprawa. Inną ważną kwestią jest dla mnie poczucie winy człowieka, który ulega namiętności i robi coś zakazanego, łamie tabu. Dodam tylko, że w wersji pierwotnej Emilka była młodsza, ale… wtedy poszedłbym do piekła za dwa grzechy i miałbym już totalnie przechlapane 🙂

Pozdrawiam,
Seaman

Dzień dobry.
Tak na marginesie muszę wspomnieć, że zawsze kiedy słyszę lub czytam swoje imię w tej formie, to podchodzi mi żołądek do gardła, bleh.
Domyślam się, jakie rozterki musiały Panem targać, kiedy w głowie zrodził się pomysł, a później zaczynał być powoli przelewany na "komputerowy papier". Najpewniej sama zastanawiałabym się wtedy nad tym, o czym wspomniałam w pierwszym komentarzu, ale nigdy nie poruszałam w swoich bazgrołach tej tematyki i raczej nie planuję.
Co do samego bohatera.. Cóż. To jeden z nielicznych przykładów, kiedy stworzona przez autora postać mnie nie odrzuca, nie brzydzi, nie sprawia, że myślę o tym, iż świat jest pełny zła, którego często nie widzimy, albo nie chcemy widzieć. Nie oszukujmy się – mężczyzna, stracił miłość swego życia, zostaje mu po niej córka, na którą przelewa całą miłość, troskę, obdarza ją opieką i jeszcze potrafi pójść na kompromis – ideał ojca, a na końcu zdobywa się na tak ogromne poświęcenie dla swojego dziecka. Czy w realnym życiu zdarzają się takie przypadki? Nie sądzę. Co do odniesienia do wieku Emilki, to w rzeczywistości wygląda to właśnie tak, że dzieci są znacznie młodsze. Temat rzeka, jak widać.

Dziękuję za odpowiedź i pozdrawiam,
B.

Panno B. 😉
Nie chciałem wywoływać mdłości moim komentarzem ;), przepraszam bardzo!
I potraktuj mój wstęp jako żart – nikt tutaj nie tytułuje nikogo "Panem" czy "Panią", chyba że chodzi o Naczelnego – wtedy to zupełnie inna sprawa 😉
Czy mój bohater jest ideałem ojca? Hmmm, no nie wiem. Myślę, że daleko mu do tego. Jest raczej człowiekiem, który jest bardzo samotny i nie potrafi znaleźć osoby, którą mógłby obdarzyć miłością powiedzmy "partnerską", dla odróżnienia od miłości ojcowskiej. I w pewnym momencie, pod wpływem konkretnego, stresującego zdarzenia, pewne rzeczy mu się mylą. A na samym końcu… cóż, nie będę zdradzał, napiszę tylko, że chciałem pokazać pewnego rodzaju miszmasz emocji i poczucia winy, który musiałby towarzyszyć takiej historii. Na pewno nie jest dobrym człowiekiem, w końcu dopuszcza się dość mrocznych czynów… Chciałem oddać coś, co najbardziej mnie zauroczyło w pierwowzorze tego opowiadania, jednej z moich najulubieńszych powieści, w "Lolicie".
Temat rzeka, masz stuprocentową rację.

Pozdrawiam Cię serdecznie,
s.

Nie wiem, kim jest Naczelny, ale co do mnie, nigdy chyba nie zwracałem się tu do kogoś per "Pan, Pani" 🙂 Promujemy tu podejście "amerykańskie" i ze wszystkimi się "tykamy".

Pozdrawiam
M.A.

Czy ja wiem. Z szacunku do kogoś wolę zwracać się per "Pan" lub "Pani", ale jeśli nie wypada. 😉

Tutaj czasem wychodzą pogaduchy, jak na kawie. Całkiem przyjemne, żeby nie było!
Opinię swoją wygłosiłam, więc mogę się zmyć.

Miłej nocy, Panowie. 😉

Witam!
Seamanie opowieści opatrzone Twoim nickiem zawsze czytam z wielkim zainteresowaniem. Ciekaw byłem co też wymyślisz, tworząc swoją Blondynkę. Czytało się świetnie i płynnie. Widać, że miałeś pomysł, bardziej koncentrowałem się na tym, co chcesz opowiedzieć niż na erotycznych fragmentach tekstu.

Stwierdzam, że Twój narrator od początku budzi we mnie… odraza to za mocne słowo, ale facet jest patologiczny. I tutaj fakt, iż odczuwa pożądanie względem własnej córki jest, moim zdaniem, mniej patologiczny niż chorobliwa chęć kontroli każdego aspektu życia dziewczyny.

Wydawałoby się inteligentny facet, a zachowuje się jak kompletna sierota. Przeoczył moment, w którym Emilka z dziewczynki przeistoczyła się w dorosłą kobietę. Nie rozumiem jak można tego pokręconego gościa nazywać dobrym ojcem, gdzieś we wcześniejszych komentarzach widziałem takie określenie. Narrator ma ewidentnie olbrzymi problem sam ze sobą, przynajmniej ja tak to odbieram. Koło dobrego ojca, to wydaje mi się, że on nawet nie stał.

Duże słowa pochwały za wykreowanie bohatera, który budzi we mnie duży niesmak. Mogłoby być ciekawie, gdyby Emilka była jeszcze młodsza, ale to zdaje się mogłoby się nie spodobać prokuratorowi. 🙂
Pozdrawiam i gratuluję dobrego tekstu,
Foxm

Co i rusz zadziwiasz mnie swoimi wypowiedziami, Drogi Lisie.
W prywatnej korespondencji mogę na Ciebie fuknąć, tupnąć nogą i zakończyć rozmowę po mojemu. Tutaj mi nie wypada 🙂
Uważasz za patologię fakt, że ojciec chce mieć kontrolę nad życiem dorastającej córki? Wiem, że można popaść w pułapkę kontroli, ale z drugiej strony nie ma się co temu dziwić. Facet zna życie. Dzisiejsze czasy bywają, lekko mówiąc, dość niebezpieczne.
Jak byłam wożona w wózku, Mama bez problemu zostawiała mnie pod sklepem, nie miała obaw, że ktoś mnie porwie i wykorzysta do niecnych planów. Dzisiejsza rzeczywistość wygląda ciut inaczej. To po pierwsze.
Po drugie: "przeoczył moment, w którym Emilka z dziewczynki przeistoczyła się w dorosłą kobietę". Oj, Lisie, Lisie. Chyba nie masz dzieci, co? Dla niektórych rodziców dzieci nigdy nie dorastają. Mareczek z własnym dorobkiem, eksżoną, nową żoną, trójką dzieci, kredytem na kolejne dwadzieścia lat, dla swojej mamy, Zenobii, nadal będzie małym synalkiem, któremu trzeba uprać zatęchłe gaciory i upichcić mielone na obiad.
Hmm, co do dobrego ojca, to nie wiem. W zasadzie swoją rolę spełnił, jak tylko potrafił najlepiej. Dbał, kochał, opiekował się, doglądał, kiedy była chora, stawiał na piedestale. Czy to jest przejawem bycia złym ojcem?
Jego największym problem jest to, że zbyt silnie skupił się na swojej latorośli, która dodatkowo, wypisz-wymaluj, jest uosobieniem zmarłej żony. Powstał psychologiczny powód do historii, którą przedstawił nam Seaman.
Czy rozumiem bohatera? Poniekąd tak.
Czy uważam, że jest bestią, zwyrodnialcem? Raczej nie.
Czy uważam, że Seaman kolejny raz zaskoczył, kolejny raz napisał świetny tekst? Tak, tak, tak!

Z pozdrowieniami dla Autora,
kenaarf

Witaj Keenarf!
Dziękuję Ci bardzo za komentarz. Były momenty, w których bardzo ciężko pisał mi się ten tekst – ponieważ sam jestem ojcem. Dlatego też jestem surowszy w ocenie mojego bohatera. A że istniały powody, które – być może – uznać można za usprawiedliwiające jego postępowanie? Nie w moich oczach.

Pozdrawiam Cię serdecznie, seaman.

To też nie jest do końca tak, że usprawiedliwiam, że podeszłabym do faceta i poklepała go po plecach.
Trzeba się po prostu zastanowić, dlaczego tak się stało? Co było powodem zachowania, które, nie ma wątpliwości, jest, mówiąc kolokwialnie, odchyleniem od normy.
Łatwo jest oceniać, ciskać w bohatera kamulcami i opluwać niewybrednymi wyzwiskami.

W którymś momencie napisałeś, że rzeczony ojciec oczekiwał pomocy, ale nie wyjaśniłeś, o co chodzi konkretnie.
Psychika ludzka to złożony mechanizm. Na zachowanie ojca składa się wiele czynników. Ja naprawdę nie szukam na siłę wytłumaczenia, nie bronię dla samej zasady bronienia. Ale jak napisałam w swoim ostatnim tekście "odchylenia nie biorą się znikąd". Nad tym trzeba by się zastanowić.

A jeszcze co do wieku Emilki. Cholerka, nie bądźmy tacy jednotorowi. Dzisiejsze czternastolatki mówią o cnocie w czasie przeszłym. Nie wszystkie, ma się rozumieć, ale jednak…

kenaarf

Droga Kenaarf
zgadzam się z Tobą, że wszystko ma swoje źródło i przyczynę. I jestem daleki od bezmyślnego (czy też rozmyślnego) ciskania kamieniami w kogokolwiek. W końcu nikt nie jest bez grzechu. Pisałem jednak ten tekst z zamiarem stworzenia kogoś innego, niż HH Nabokova. HH jest nieszczęśliwym, uwięzionym w sidłach własnej żądzy człowiekiem, który jednak szuka usprawiedliwienia. Mój bohater również nie znajduje drogi ucieczki z tej sytuacji, ale sam siebie próbuje ukarać za własną chuć. Próbą ukarania siebie samego jest to, co stało się z dwójką dilerów. Również zemstą, również próbą ucieczki, ale przede wszystkim karą dla siebie samego. Tak myślę. Tym rożni się od Humberta, który nie dążył IMO do samounicestwienia, a jednak spotkało go właśnie to. Mój doktorek chce być ukarany, przegrać i przestać istnieć, a jednak wygląda na to, że być może znajdzie szczęście. Takie to dziwne.

Krótko mówiąc – nie oceniam nikogo, czuję jednak podskórnie pewnego rodzaju wstręt. Podobnie jak na widok wielkiej tarantuli. Powiedzmy.

Co do wieku dziewczyny… cóż, wszystko jest umowne. Ja po prostu chciałem uczynić owoc podwójnie zakazanym 🙂

Buziaki, seaman.

Właśnie to mnie zastanawia, bo wolność twórcza wolnością, a nawet tu nie przejdzie opowiadanie gdzie bohaterka ma czternaście lat. To nie zarzut, a niestety smutny znak czasów- nikt ie odróżnia pedofilii od efebofili i czasem trzeba bohaterów na siłę podciągać do lat piętnastu.
W tym względzie Megas ma szczególne problemy bo w starożytności….hm zainteresowania były troszkę inne a dwudziestoparoletnia kobieta aż tak atrakcyjna nie była.
Co pocieszające ( dla mnie) Trybunał Europejski przełknął ksiażkę hiszpańską na temat miłości do trzynastolatka i stwierdził, że mieści się to w zakresie wolnosci literatury.

No, jak trybunał tak powiedział, to możemy być spokojni. Zawsze możemy się bronić, że jesteśmy proeuropejscy.:) A tak na poważnie i po namyśle, moim zdaniem to dobrze, Seaman nie odmłodził Emilii. Myślę, że są pewne granice, których naginać się zbyt często nie powinno. Hipotetycznie można zainspirować jakiegoś czubka.

Niebezpieczny rejon, takie obniżanie wieku, trzeba do tematu podejść z ogromnym wyczuciem.
Kłaniam się.
Foxm

Foxm moim zdaniem to literatura zawsze dogania życie. Hipotetycznie wobec tego Sade, Lautremonte, Bakunin i wielu innych filozofów i pisarzy europejskich powinno zostać zakazanych bo przy ich tworach ten tekst seamana to pryszcz;] aby nie inspirować rzecz jasna ocenzurujmy też Biblię, gdzie sam Jahwe każe sypiać Onanowi z dwoma czternastoletnimi córkami.

Nie badźmy purytanami bo na zdrowie to nie wychodzi;]

Witajcie!
Gdyby to był mój prywatny blog, nie zmieniałbym wieku. Ale musiałem myśleć o pozostałych, nie chciałem ściągać jakichkolwiek problemów na kark naszego "wspólnego dobra". Nie wiem czy słusznie, czy groziłoby nam cokolwiek poza klątwą biskupa G., ale wolałem nie ryzykować. Wszystko we mnie się gotowało, powiem szczerze, w wersji pierwotnej wymowa tekstu była jeszcze intensywniejsza IMO.

Dziękując za komentarze, pozdrawiam.

Dobry wieczór,

Seelenverkoper poruszył ciekawy temat, z którym też mam problem. Otóż – jako że odróżnianie pedofilii od efebofilii w naszym społeczeństwie nie funkcjonuje (ani w mentalności, ani też w prawodawstwie) Autorzy, którzy poruszają w swych tekstach motyw seksu z osobami "podpadającymi pod Kodeks Karny", który za wiek pozwalający na współżycie seksualne uznaje 15 lat, ryzykują oskarżenie o afirmację zachowań pedofilskich. A wiadomo, jak takie oskarżenie pachnie. I czym się kończy.

Oczywiście, o żadną afirmację tu nie chodzi (podobnie jak wtedy, gdy opisujemy zabójstwa czy gwałty na dorosłych osobach, też nie pochwalamy takich praktyk, po prostu tworzymy fabuły), ale nikt z nas pewnie nie chce ściągać na siebie uwagi tzw. organów 🙂 Stąd zapewne pewna autocenzura. Rozumiem stanowisko Seamana i sam rónież staram się, by w moich Opowieściach bohaterowie biorący udział w scenach miłosnych byli "niekodeksowi". Oczywiście, nie zawsze trzeba podawać dokładną metrykę postaci, dlatego też piszę często np., że "dziewczyna mogła mieć co najwyżej piętnaście lat". Jest niejasność, ile miała w istocie, pozostawiam więc kwestię w bezpiecznej sferze domysłów. Żyjemy w takich, a nie innych realiach społecznych i nawet tutaj nie możemy od nich w pełni abstrahować.

Pozdrawiam
M.A.

Cholernie mocne opowiadanie. Nie z powodu scen, ale świetnie przemyślanej i nie ocierającej się ani na chwilę o banał fabuły. W dodatku opisanej dobrym językiem. Prawdziwe dzieło. Dziękuję.

Witaj!
To ja dziękuję za tak miły komentarz. I cieszę, się, że zwróciłeś (zwróciłaś?) uwagę pracę włożoną w coś więcej, niż tylko sceny 🙂

Tutaj (a powinienem zrobić to DUUUUŻO wcześniej) chciałbym podziękować Karelowi za cenne uwagi przy korekcie, które starałem się ogarnąć i do nich grzecznie dostosować. Pozdrawiam, KG!

Pozdrawiam serdecznie, s.

Nie ma za co, Seamanie. Wstrzeliłeś się w temat, na który przetoczyła się gorąca "dyskusja", a raczej burza z piorunami. Przykro mi, że doradzałem Ci zmiany, które wyraźnie były nie w smak, ale dla mnie rok wte, rok wewte nie ma znaczenia, nie zmienia wydźwięku i niezwykłości relacji, którą opisujesz.
Tekst zasługuje na lubika. I chętnie go nim obdarzam.
Weny, pasji i czasu, aby przelewać pomysły na klawiaturę, życzę.
Pozdrowienia dla Czytelników
Karel

Ależ Karelu, pisząc ten tekst zdawałem sobie sprawę, że żyjemy w Erze Poprawności Politycznej, która ma cienie równie wyraźne co blaski. I chyba równie potrzebne. Cóż, na pocieszenie pozostaje fakt, że Nabokov musiał borykać się z o wiele większą cenzurą podczas publikacji Lolity.
I absolutnie nie oceniam Twoich uwag odnośnie wieku Emilii jako "mi nie w smak", podskórnie czuję tylko, że tekst byłby może lepszy, bardziej wyrazisty i brutalny, gdyby odjąć bohaterce rok czy dwa. Cóż, takie czasy nastały (a może zawsze takie były), że trzeba uważać na słowa, bo jedno nieopatrzne może ściągnąć na ciebie pioruny.

Za lubika dziękując, pozdrawiam. Seaman.

Dobry wieczór,

Seaman po raz kolejny już stworzył bardzo dobry i zarazem bardzo smutny tekst. Staje się to powoli jego znakiem rozpoznawczym – coraz większa biegłość prozatorska (w kilku miejscach jest naprawdę świetnie, fragmenty te w niczym nie ustępują "Lolicie" Nabokowa; w nielicznych występują zgrzyty w rodzaju niepotrzebnych powtórzeń) i coraz bardziej pesymistyczna wizja człowieka i jego losu. Dostajemy więc tekst, który świetnie się czyta, choć na sercu coraz ciężej.

Jednocześnie – to też charakterystyczne dla najnowszych opowiadań Seamana – tekst nie epatuje pornografią, nie idzie w tani skandal, w hardkor. Naturalnie, seks i erotyka są tu stale obecne (nazwa portalu wszak obowiązuje), ale funkcjonują w sferze marzeń, snów, fantazji – przez co łatwiej przyjąć ich kontekst. Myślę, że nikt nie powinien się oburzyć – dzieło traktuje przede wszystkim o nieszczęśliwym człowieku, heroicznie walczącym ze swymi demonami. Na swój sposób bohater jest głęboko moralny i gotów do najwyższych poświęceń. Nawet jeśli o mały włos nie poddaje się swojej wewnętrznej Bestii.

Od pewnego momentu miałem wręcz nadzieję na swoisty happy end – zamknięty w miejscu odosobnienia narrator znalazł sposób na przezwyciężenie swej słabości… ale potem następują odwiedziny Emilki i już wiedziałem, że z tego triumfu nici. Szczęśliwe zakończenie to nie jest to, do czego przyzwyczajał nas ostatnio Seaman. Nie będzie więc zbawienia dla głównego bohatera. A co będzie? Trudna miłość, którą trzeba będzie skrywać przed światem? Poczucie nienawiści do siebie samego czy też zrodzona z rezygnacji akceptacja? A może ostatnia, desperacka próba odwrócenia nieznośnych kolei losu? Nie wiem. I chyba nie chcę wiedzieć. Dobrze, że tekst skończył się w tym właśnie miejscu.

Na koniec osobista uwaga: wątek incestu mnie nie razi. W ostatniej, głośnej debacie na temat dekryminalizacji tego rodzaju kontaktów, byłem całym sercem za profesorem Hartmanem. O ile jednak w pełni akceptuję takie relacje na linii brat-siostra (oczywiście pełnoletni i świadomi tego, co robią), o tyle nie jestem w stanie wykrzesać z siebie tolerancji dla kazirodczych związków ojca z córką (nawet gdy oboje są pełnoletni). To zbyt wiele, nawet jak dla mojego liberalnego dość usposobienia. Jednak w żaden sposób nie przeszkodziło mi to w odbiorze opowiadania Seamana.

Pozdrawiam
M.A.

Napisz komentarz