Pan Samochodzik i Złoty Orzeł I (seaman)  1.93/5 (9)

23 min. czytania
Kadr z serialu "Pan Samochodzik i Templariusze"

Kadr z serialu „Pan Samochodzik i Templariusze”

Już od rana George Alfred McCann czuł, że ten wieczór może być udany, ale nie spodziewał się, że aż tak. Wiedział, że po części zawdzięcza to swojemu wyglądowi, ale z drugiej strony… Nie dało się również ukryć, że umiał doskonale wykorzystywać atuty, którymi obdarzyła go natura.

Był wysokim, szpakowatym czterdziestolatkiem, któremu przekroczenie tej magicznej bariery wyszło jedynie na dobre. Zachował młodzieńczą, szczupłą sylwetkę, jego przystojną twarz pobruździły dodające jej atrakcyjności zmarszczki.

Do tego lubił porządnie się ubrać, więc zawsze mógł liczyć na zainteresowanie płci pięknej. Zainteresowanie owo potrafił wykorzystywać dla własnych przyjemności. Choć z drugiej strony, zawsze uważał, że odwdzięczał się kobietom najlepiej, jak umiał. Drogie prezenty i nienaganne maniery stanowiły jedynie wstęp w grze o jakże przyjemną stawkę. Mężczyzna uśmiechnął się do własnych myśli, zaciskając dłonie na kierownicy.

Uwielbiał swój nowy samochód. Odczuwał niezwykłą przyjemność, prowadząc piękną, stylową limuzynę, jedną z ostatnich jakie zjechały z linii montażowej. Czarny lakier w połączeniu z białą skórą na każdym robił piorunujące wrażenie. Cadillac 75 był najwspanialszym samochodem, jaki można było teraz kupić. I do tego jednoznacznie podkreślał majętność właściciela. A McCann nie mógł narzekać na brak pieniędzy mimo, że nie nazwałby siebie bogatym. Drobna podmiana dziewięć lat temu okazała się bardzo korzystna. Pieniądze, jakie otrzymał od tego małego Żyda, Switta, wystarczyły na początek. Wprawdzie przez kilka lat musiał udawać, że utrzymuje się z pensji skarbnika mennicy filadelfijskiej, ale kiedy kryzys się skończył, wówczas McCann mógł zaszaleć. Przeprowadził się do ekskluzywnego apartamentu, zaczął się lepiej ubierać, kupił nowe auto. A przy tym wmawiał wszystkim, że dorobił sie dzięki udanej inwestycji na odzyskującej dobre samopoczucie giełdzie.

W dodatku konkurencji o względy kobiet wyraźnie ubyło. Ha, chociaż do tego jednego przydały się skośnookie Japońce! Swoim durnym nalotem na Pearl Harbour dokonali wielkiej rzeczy; ostatniej, której McCann potrzebował do pełni szczęścia. Wywlekli wszyskich młodych mężczyzn na wojnę.

Czasami George myślał, że zdobywanie kobiet zrobiło się zbyt łatwe. Wystarczyło, że pojawiał się wśród nich i, rozsiewając woń dobrej wody kolońskiej, zaczynał opowiadać o swojej poprzedniej, odpowiedzialnej pracy, a babeczki same lgnęły do niego. Mógł przebierać, jakby był w cukierni: ta z uroczymi dołeczkami w policzkach wyglądała, jak donut z polewą lukrową. Tamta ruda – mmm, ona na pewno była pączuszkiem z karmelowym nadzieniem. Miał oczywiście swoje zasady: Żółtych, Czarnych ani Żydówek nie dotykał, ale inne? Nie miał serca odmówić ani jednej z tych samotnych, wyposzczonych kobiet.

Choćby dzisiejsza, pomyślał, zerkając na siedzącą obok brunetkę. Wysoka, bardzo ładna, zgrabna tak, że na jej widok zrobiło mu się gorąco. Mężczyzna z trudem powstrzymywał się od zbyt nachalnych zagrań, wiedząc, że nieopatrznym pośpiechem można spłoszyć każdą, nawet najbardziej stęsknioną dziewczynę. A ta była pierwszorzędna. Piękne, zadbane czarne loki skrywała pod niewielkim kapelusikiem. Pełne usta, umalowane mocną szminką, wprost stworzone były do całowania. No, i to ciało… Kiedy tańczyli, przytulił ją odrobinkę mocniej, niż powinien. Na próbę. Nie odskoczyła, dając mu wyraźny znak. A on, z drugiej strony, mógł sprawdzić, jak szczupła jest jej talia. I jak krągłe są biodra.

Był przysłowiowym psem na baby. Ale przynajmniej, myślał, nie okłamuję samego siebie. A dziś ten pies… nie, ten rasowy chart znów wraca z polowania z cudowną zdobyczą. Cóż, życie jest piękne, stwierdził w duchu McCann. Potrafi takie być nawet w czasie wojny. Wystarczy dobrze się ustawić.

Zatrzymał samochód przy wejściu do kamienicy, w której mieszkał. Wysiadł i obszedł auto. Otworzył drzwi i podał rękę swojej dzisiejszej towarzyszce. Alice, nazywała się Alice Littleworth, przypomniał sobie. Zapamiętaj: Alice, pomyślał, żeby znowu nie było draki.

Kobieta wysiadła z wdziękiem, uśmiechnęła się uroczo i dała poprowadzić do drzwi. Boże, ale ona pachniała! Pilnuj się, stary, pilnuj, żebyś przypadkiem nie wpadł we własne sidła, upomniał się George. Pamiętaj, kto tu jest zwierzyną, a kto drapieżnikiem!

Mężczyzna podał oddźwiernemu kluczyki do cadillaca i, puszczając kobietę przodem, wszedł do wnętrza eleganckiego budynku. Dostrzegł błysk w oczach Alice, podziwiającej gustowny styl, w jakim urządzono portiernię i korytarz wejściowy. Słońce, poczekaj, aż zobaczysz apartament, McCann uśmiechnął się do własnych myśli. Wykonane na specjalne zamówienie łóżko, wykończona marmurem łazienka z wielką wanną – wszystko zrobione tak, by każdą z zaproszonych kobiet pozbawiać resztek instynktu obronnego.

Gdy wsiedli do windy i drzwi zamknęły się z cichym szumem, George ruszył do ataku. Zaczął opowiadać o tym, jak trudno było wynająć najwyższe piętro, ile trudu kosztowało go przekonanie najemcy, że to właśnie on, a nie jacyś durni nuworysze, musi zamieszkać w najlepszym mieszkaniu w dzielnicy, gdy niespodziewanie Alice położyła mu palec na ustach.

– Cii – szepnęła niskim, ponętnym głosem. – Nie mów już nic więcej.

Po czym podeszła bardzo blisko i pocałowała go miękkimi, czerwonymi ustami. Objął ją ramionami i przytulił mocno. Delikatność języka i słodycz warg Alice rozgrzewały go do czerwoności. Niecierpliwie rozpiął ciemny płaszcz kobiety i przycisnął rozgorączkowane dłonie do zgrabnego, chętnego ciała. Nie pozostała obojętna, zamruczała cicho i oddała się w jego władanie. Na szczęście winda jechała prosto na najwyższe piętro, więc nie musiał przejmować się ciekawskimi sąsiadami. Podciągnął sukienkę Alice wysoko na biodra i odszukał delikatną skórę tuż nad skrajem pończochy. Gładkość pieszczonego uda doporowadzała mężczyznę do szaleństwa, a kiedy udało mu się wyczuć palcami miękki, śliski materiał majtek, opinających krągłe pośladki, zakręciło mu się w głowie. Jeszcze chwila, pomyślał, a będziesz cała moja.

Kabina zatrzymała się z cichym dźwiękiem dzwonka i drzwi wsunęły się w ścianę. Jeszcze w przedpokoju pozbyli się wierzchnich okryć. George zatańczył komicznie, siłując się z koszulą, po czym zapatrzył się na Alice, która z uśmiechem na ustach rozpinała guziki sukienki. Wyciągnął ramiona ku pięknemu ciału panny Littleworth, ale ta z rozkosznym śmiechem uciekła w głąb apartamentu. Dogonił ją w salonie, złapał za rąbek halki i już nie wypuścił z rąk. Przytulili się mocno, całując i zrywając resztki niepotrzebnych ubrań i po chwili leżeli na podłodze, wyłożonej miękką, kremową wykładziną.

Całował delikatne, krągłe piersi i pieścił opuszkami ciemne sutki, chłonąc subtelny zapach kochanki. Prężyła się pod wpływem dotyku George’a, drapała paznokciami jego plecy i jęczała z rozkoszy. Po chwili zszedł niżej, ku smukłej talii i płaskiemu brzuchowi. Na szczęście miała ładny, wklęsły pępek – nic go tak nie odpychało, jak szpetny szczegół, psujący cały efekt. Tutaj nie musiał się kłopotać takimi rzeczami, objął kształtne biodra i zanurzył się pomiędzy uda Alice, szorując nosem o ciemną, przystrzyżoną grzywkę jej kobiecości. Wepchnął język w gorące ciało kobiety, odnajdując ten najważniejszy punkt i nawilżył go śliną. Jęknęła głośniej, szarpnęła za srebrne włosy mężczyzny i docisnęła jego głowę do łona, żądając więcej. Pieścił ciało kochanki, miażdżąc jej miękkie uda niecierpliwymi dłońmi. Umiał dogodzić swoim dziewczynom tak że krzyczały z rozkoszy. Alice też nie pozostała obojętna, bardzo szybko wygięła się w nagłym, intensywnym orgazmie i jęknęła przeciągle, gdy ekstaza wstrząsnęła jej ciałem.

Gdy po chwili ochłonęła i rozluźniła palce, zaciśnięte na głowie McCanna, mężczyzna uniósł się na łokciach i zerknął na nią. Ach, jak lubił ten rozmarzony, lubieżny grymas twarzy, którym obdarowywały go wszystkie dziewczęta, gdy już poznał je ze swoim, szczodrym językiem.

Kobieta popatrzyła na George’a zamglonym wzrokiem, mrużąc ciemne oczy, a on już wiedział, że to nie była zwykła, przelotna przygoda. Alice Littleworth, jesteś warta znacznie więcej, niż sugeruje twoje nazwisko, pomyślał.

Odwróciła McCanna na plecy i usadowiła się na jego biodrach, wiercąc się na sterczącym członku, jakby ją parzył. W końcu poczuł, że odnalazł właściwe miejsce, i wślizgnął się do wilgotnego wnętrza kochanki. Złapał za rozkołysane piersi i oddał inicjatywę dziewczynie. Była seksowna, gorąca i namiętna, a on uwielbiał kobiety obdarzone bujnym temperamentem. Podziwiał grację jej ruchów, klasyczne piękno twarzy i zapalczywość, z jaką go ujeżdżała. Bo lubiła tę zabawę, co do tego nie miał najmniejszej wątpliwości. Zarzuciła głową, wbiła paznokcie w tors George’a i wydawała się czerpać równie dużo przyjemności, co on. Zsunął dłonie wzdłuż zgrabnej talii ku ciemnemu trójkątowi włosów intymnych i odszukał kciukiem czułe miejsce Alice. Znowu jęknęła, reagując na pieszczotę. Nie chciał się powstrzymywać, nie miał zamiaru, więc zapomniał o wszystkim i oddał się żądzy, pędząc ku spełnieniu. Gdy dotarli do orgazmu, jednocześnie i z krzykiem, mężczyzna poczuł, że chciałby spędzić z tą dziewczyną jeszcze kilka nocy. A to nie zdarzyło mu się jeszcze nigdy.

Zanim w końcu opadli z sił, zdążył pokazać Alice wannę w łazience, kamienny blat stołu w jadalni i wygodną sofę na oszklonym tarasie. Usnął z uśmiechem na ustach, szczęśliwy, bo oto odnalazł kobietę wartą jego uwagi.

Panna Littleworth poczekała cierpliwie kilkanaście minut. Gdy oddech George’a się wyrównał, a leżące na jej biodrze ramię osunęło się bezwładnie, Alice ostrożnie wstała i szybko przemierzyła mieszkanie. W przedpokoju znalazła torebkę, z której wyciągnęła cienką, długą strzykawkę. Nie poczuł ukłucia, nie było ono zresztą bardziej bolesne niż ugryzienie komara. Wstrzyknięta zawartość zapewniała dziewczynie kilka godzin spokoju. Nie, żeby potrzebowała aż tyle czasu, ale pewności nigdy za wiele.

Ubrała się szybko i rozejrzała po sypialni. Odnalazła wskazany przez informatora obraz i zdjęła go, odkrywając w ten sposób wkomponowany w ścianę niewielki, acz doskonały sejf Hartmanna. Wykrzywiła ładne usta w mimowolnym uśmiechu, myśląc o ironii losu. Wyciągnęła z torebki notes i sprawdziła kod. Nie musiała, pamięć miała doskonałą, lecz w jej fachu nie było miejsca na błędy. Otworzyła skrytkę i szybko przejrzała zawartość. Nie zabrała gotówki ani spiętych gumką papierów wartościowych. Nie przyszła tutaj po drobiazgi. W końcu jej dłoń natrafiła na niewielkie, obszyte aksamitem pudełko. Wyciągnęła odnaleziony przedmiot i uchyliła wieczko. Jest. Niewielki, złoty krążek z wizerunkiem kobiety na awersie. Była to Libertas, rzymska bogini wolności, trzymająca w dłoni gałązkę oliwną, ale to nie było najistotniejsze. Ważne było, że informacje, jakie uzyskała od Israela Switta, były prawdziwe.

Starannie schowała pudełko z cenną zawartością i cicho, trzymając buty w dłoni, wyszła do przedpokoju. Po kilku minutach siedziała już w taksówce, zmierzającej na Philadelphia Municipal Airport. Nie musiała się spieszyć, wszystko było dokładnie zaplanowane. Do odlotu pozostały jeszcze trzy godziny, ale miała przed sobą tę bardziej niebezpieczną część podróży. Póżniej, gdy po kilku przesiadkach dotrze do upalnego Buenos Aires, odsapnie. Lot z Argentyny do Berlina zapowiadał się koszmarnie, lecz wtedy nic już nie będzie jej groziło.

***

Marta Lewandowska była młodą, ambitną dziennikarką. Wprawdzie, póki co, bez większych sukcesów, ale wiedziała, że jej czas nadejdzie. Być może już niedługo, pomyślała, patrząc na wchodzącego do kawiarni mężczyznę. Uśmiechnęła się lekko, machając do niego ręką. Adam dostrzegł dziewczynę, odpowiedział błyśnięciem zębów i podszedł do zajmowanego przez nią stolika. Pocałunek na przywitanie rozległ się cmoknięciem głośniejszym, niżby sobie tego życzyła, ale postanowiła nie przejmować się zaintrygowanymi spojrzeniami ludzi siedzących naokoło. Mężczyzna skubnął kawałeczek sernika z talerzyka, który stał przed Martą, i usiadł naprzeciwko dziewczyny.

– No i? – spytała niecierpliwie. Nie mogła się doczekać. Adam miał jedno, ale bardzo ważne zadanie do wykonania tego ranka. Kiwnął potakująco głową.

– Znalazłem go – odpowiedział.

Złapała go za dłoń, ścisnęła mocno. Miała wielką ochotę skakać z radości, ale postanowiła panować nad emocjami. Zbyt wiele razy obiecywała sobie to samo, ale tym razem dała radę; w milczeniu wpatrywała się w pokerową twarz Adama. W końcu nie wytrzymał i jeszcze raz uśmiechnął się, tym razem szeroko, ładnie, tak jak lubiła.

– Znalazłem – powtórzył. – Choć nie było łatwo. Od dawna już nie pracował w zawodzie, nie ma żadnej rodziny, stałego zameldowania. Ale moje cudotwórcze umiejętności kolejny raz…

– Daj spokój – przerwała mu z radością w głosie. – Wiem, że jesteś wielki, i ty też to wiesz. Mów, co robimy dalej. Gdzie on teraz jest?

– Mieszka w wynajętym mieszkaniu na Pradze, zaraz po drugiej stronie Wisły. – Wyciągnął z kieszeni koszuli małą kartkę. – Tu mam adres. Niedaleko, jakieś pół godziny spacerem, ale ostrzegam: okolica parszywa.

– To jak? Lecimy? – Nie przejęła się słowami Adama.

– Ech. – Wzruszył ramionami z udawaną rezygnacją. – Miałem nadzieję chociaż na kawę…

Pacnęła go palcami po wierzchu dłoni.

– Daj już spokój – mruknęła. – Kawa potem. Inna… nagroda też, jeśli twoje, hm, cudotwórcze umiejętności sprawią, że naprawdę uda nam się go poznać.

– Nagroda? – podchwycił. – No, to od razu mi lepiej. Ale, proszę cię, nie obiecuj sobie zbyt dużo po tym człowieku. On… podobno trochę podupadł.

Wzruszyła ramionami.

– Spoko, nie nastawiam się na nic – odparła. – Ale, póki go nie spotkamy, nie będziemy wiedzieli, czy nam pomoże. Prawda?

Dopiła ostatni łyk cappuccino.

– Ruszajmy więc – kontynuowała. – Nie ma czasu do stracenia.

– Trochę to trwało – odparł Adam. – Wiem. Ale chyba w końcu naprawdę poznamy słynnego Pana Samochodzika.

Szybko wyszli z kawiarni na zalaną słońcem ulicę. Był środek czerwca, a już grzało, niczym w sierpniu. Adam miał rację, w tak piękny dzień nie było sensu tłoczyć się w pełnym spoconych warszawiaków autobusie, spacer był o wiele przyjemniejszym sposobem pokonania Wisły.

***

Nie ma co ukrywać, że Tomasz Nowicki dzielnicę wybrał podłą. Praga Północ od zawsze cieszyła się sławą najgorszą z możliwych, a gdy po upadku komunizmu zawładnęli nią Cyganie w mokasynach i dresach z czterema paskami oraz przybyli zza wschodniej granicy handlarze ze Stadionu Tysiąclecia, sytuacja bynajmniej nie uległa poprawie. Otłuczone, zniszczone fasady starych kamienic wprowadzały specyficzny klimat, pełen rezygnacji i nihilizmu. Siedzący na schodach młodzieńcy, krótko ogoleni i noszący znamiona recydywy, jakby wyraził się rzecznik warszawskiej komendy policji, z podejrzliwością przyglądali się Marcie i Adamowi. Dwoje młodych ludzi przemierzało ulice w poszukiwaniu adresu, podanego przez jednego ze znajomych Adama. W końcu znaleźli właściwy dom i weszli w śmierdzącą moczem, ogarniętą półmrokiem klatkę schodową.

– Matko, co za speluna – mruknęła Marta, ośmielona panującą wewnątrz kamienicy ciszą.

– Mówiłem ci, że on… zmienił się – odparł równie cicho Adam. – Numer cztery, to chyba na pierwszym piętrze.

Wspięli się po spiralnie zakręconych schodach i stanęli przed drewnianymi, niemiłosiernie odrapanymi drzwiami. Mężczyzna przez chwilę z wahaniem patrzył na wystający ze ściany, wiszący na pojedynczym przewodzie przycisk dzwonka, po czym uniósł dłoń i zapukał. Odczekał chwilę i, nie usłyszawszy reakcji, zadudnił pięścią. Marta obrzuciła go oburzonym spojrzeniem, ale chyba dopiero zdecydowana postawa Adama przyniosła efekt, bo wewnątrz mieszkania rozległ się przerażający rumor, który zabrzmiał tak donośnie, jakby posypało się całe piętro budynku. Młodzi spojrzeli po sobie z zaskoczeniem, po czym dziewczyna zawołała nieśmiało:

– Panie Tomaszu, wszystko w porządku?

Jakby w odpowiedzi, huknęło jeszcze głośniej, po czym ktoś zaniósł się gruźliczym kaszlem. Zaskrzypiały deski podłogi – dzięki Bogu, nic się nie zawaliło, pomyślała Marta – po czym ciężkie kroki oznajmiły oczekującej przed drzwiami parze, że ktoś odpowiedział na walenie Adama. Zgrzytnął klucz w zamku i skrzypnęły zawiasy.

– Czego chcecie, gówniarze? – warknął ktoś przez cienką szparę. – Nie mam ani kasy, ani wódki. Spieprzać mi!

Zerkając na Adama, dziewczyna wskazała na siebie, po czym, niepewna, czy jej chłopak zrozumiał znaczenie gestu, odezwała się szybko:

– Dzień dobry, panie Tomaszu. Nie chcemy ani pieniędzy, ani… alkoholu. Przyszliśmy porozmawiać.

– To idźcie do kawiarni. Tutaj sobie nie porozmawiacie – padła burkliwa odpowiedź.

– Ale my przyszliśmy porozmawiać z panem.

– To źle trafiliście. Nie ma tu nikogo takiego – rzucił skryty w mroku mężczyzna. – Żegnam.

– Panie Tomaszu… – Marta zawahała się na chwilę. – Panie Samochodziku, potrzebujemy pańskiej pomocy.

Drzwi zatrzasnęły się z hukiem, ze ściany posypał się łupież tynku. Młodzi popatrzyli na siebie z rezygnacją i smutkiem, po czym Adam bez słowa machnął głową w kierunku schodów. Ale nie zrobili nawet dwóch kroków, gdy dobiegło ich niechętne pytanie:

– A czego wy w ogóle chcecie?

Obrócili się w tym samym momencie. Z mieszkania wychylał się starszy człowiek, patrząc na nich przekrwionymi oczyma. Siwobury zarost, pokrywający szorstką szczeciną jego twarz, niemal uniemożliwiał im stwierdzenie, czy rozmawiają z właściwą osobą, ale Adam postąpił krok w kierunku rozmówcy, wyciągając rękę.

– Witam, panie Tomaszu – odezwał się. – Nazywam się Adam Dobrzański, to jest Marta Lewandowska. Przepraszam, że przyszliśmy bez zapowiedzi, ale chcielibyśmy prosić pana o pomoc w ustaleniu prawdziwości pewnego… unikatowego przedmiotu. Tylko tyle.

Dziewczyna zerknęła na partnera z uznaniem. Zarzucił haczyk bezbłędnie. Jeśli w tym postarzałym, zmęczonym mężczyźnie pozostało cokolwiek z dawnego kustosza–detektywa, może złapie się na tak niewinną uwagę.

Stojący na progu zmierzył ich pozbawionym emocji, rybim wzrokiem.

– Moglibyście pójść do jakiegokolwiek muzeum – rzucił niechętnie. Marta poczuła ciężki zapach alkoholu, sączący się przez uchylone drzwi. – Nie trzeba od razu przeszkadzać ludziom tak przy niedzieli…

– Ale dziś wtorek – rzuciła, zanim zdążyła ugryźć się w język. Adam spiorunował ją wzrokiem i, uprzedzając ripostę rozmówcy, dodał szybko:

– Co koleżanka miała na myśli, to tyle, że ów przedmiot jest bardzo wyjątkowy.

– Ja wiem, co koleżanka miała na myśli – burknął Nowicki. – Cóż, jak już przyszliście, to wejdźcie. Ale uprzedzam, dałem sprzątaczce wolne. – Drzwi otworzyły się szerzej. – Jakieś cztery lata temu.

Z wahaniem weszli do mieszkania. Stęchłe, nieświeże powietrze utrudniało normalne oddychanie. Panowała niemal całkowita ciemność, co dodatkowo utrudniało młodym orientację. Kiedy gospodarz raptownie rozchylił kotary, wpuszczając do wnętrza ostre promienie popołudniowego słońca, instynktownie unieśli dłonie, zasłaniając oczy. Skrzypnęło otwierane okno, powiew świeżego, czerwcowego wiatru przyniósł wszystkim wyraźną ulgę.

O mój Boże, westchnęła w duchu Marta. Rozgardiasz był przerażający, wprost apokaliptyczny. Sterty brudnych ubrań, przemieszanych z pudełkami po mrożonej żywności, niemal uniemożliwiały odnalezienie podstawowych sprzętów: stołu, krzeseł czy fotela. Po podłodze walały się puste butelki po Siwusze. Jedna z nich, kopnięta przez Adama, poturlała się z hałasem. Tomasz Nowicki, niegdyś znany historyk sztuki, beztrosko wzruszył ramionami.

– Chyba to było dawniej, niż cztery lata temu – mruknął bez śladów wstydu. – Zaproponowałbym wam herbatę, ale nie wiem, gdzie mam cukier. Czajnik też zapodział się w międzyczasie.

– Nie ma sprawy – odpowiedział Adam, rozglądając sie w poszukiwaniu jakiegokolwiek mebla z siedziskiem. – Nie musi się pan kłopotać.

Pan Samochodzik ubrany był w lekko nieświeży szlafrok, narzucony na wojskowy, zgniłozielony dres. Wycierając nos wierzchem dłoni, rozejrzał się dookoła, po czym przesunął jedną z większych gór śmieci, odkrywając w ten sposób ciemnobrązową sofę. Wskazał dwójce gości odnalezioną kanapę, po czym stanął naprzeciwko z wyczekującym wyrazem twarzy.

– No – zagaił – to co tam macie takiego niezwykłego, że przeszkadzacie renciście korzystać z uroków jesieni życia?

Dziewczyna rozejrzała się podejrzliwie, ale nie skomentowała uwagi rozmówcy, widząc ostrzegawcze spojrzenie Adama. Sięgnęła do torebki i wyjęła płaskie, plastikowe pudełko. Bez słowa podała je historykowi. Mężczyzna zmarszczył brwi, usiłując skupić wzrok na trzymanym w dłoni przedmiocie, po czym poddał się, zamrugał i wyjął z wnętrza niewielką, połyskującą złotem monetę.

– Piękna rzecz – mruknął. – Nówka, jak mniemam? Wszystko fajnie, tylko nadal nie rozumiem, czemu zawracacie mi głowę duplikatem fikcyjnego, legendarnego niemal bibelotu.

– To duplikat – potwierdził spokojnie Adam. – Ale oryginały istnieją, wie pan przecież dobrze.

Pan Samochodzik spojrzał na młodzieńca z ukosa.

– Jak już mamy być tak dokładni, to powiem, że faktycznie istnieją. Ale – uniósł krążek wyżej, przyglądając się szczegółowemu wizerunkowi orła, zdobiącemu rewers – tylko dwa. I są poza zasięgiem kolekcjonerów.

Oddał pudełko Marcie, po czym przysiadł na stercie nieokreślonych bliżej śmieci, która zachwiała się niebezpiecznie pod jego ciężarem. Tomasz nie zwrócił jednak na to najmniejszej uwagi.

– Dobrze – westchnął z rezygnacją. – Powiedzcie mi, o co chodzi.

– Zna pan historię dwudziestodolarówki, nazywanej Double Eagle z tysiąc dziewięćset trzydziestego trzeciego? – rozpoczął Adam. Nie widząc reakcji starszego mężczyzny, kontynuował: – Zgodnie z dekretem Franklina Roosevelta, znanym jako Dyrektywa Sześćdziesiąt Jeden–Zero Dwa, obywatele amerykańscy mieli zwrócić wszelkie złoto, jakie było w ich posiadaniu. Miało to na celu dwie rzeczy: uspokojenie sytuacji na rynku bankowym, gdy ludzie masowo zaczęli wypłacać swoje oszczędności. Poza tym, by zabezpieczyć się na przyszłość przed podobną sytuacją, Roosevelt chciał raz na zawsze oderwać papierowy pieniądz od zabezpieczenia w złocie, jakie było do tamtego czasu utrzymywane. Wypłacanie spanikowanym klientom drogocennego kruszcu tak nadszarpnęło rezerwy Banku Federalnego, że pojawiło się niebezpieczeństwo bankructwa państwa. Równocześnie, oznaczało to przetopienie całej partii nowo wybitych dwudziestodolarówek, zwanych Double Eagle, z powrotem w sztabki. Bagatela, raptem czterysta pięćdziesiąt tysięcy błyszczących, nigdy nie użytych monet. Dwie, jedyne oficjalnie istniejące egzemplarze, zostały wysłane do Smythsonians, do Narodowej Kolekcji Numizmatycznej. Reszta została zniszczona. Podobno.

– To są doskonale znane fakty – wtrącił Nowicki. – Poza tym „podobno”. Mówże dalej, dobry człowieku, z chęcią posłucham tej legendy.

– No właśnie, legendy – podchwyciła Marta. – Prawdopodobnie kilkanaście monet nie trafiło do pieca. Zostały podmienione przez skarbnika, człowieka o szemranej opinii, na egzemplarze pochodzące ze starszych serii. Służby Specjalne USA przechwyciły dziewięć sztuk, twierdząc, że jest to skradziona własność rządowa, poza tym zgodnie z dekretem prezydenta nie były już prawnie pieniędzmi.

– Dla rozluźnienia nastrojów wtrącę anegdotę – mruknął Pan Samochodzik. – Nie sądzę, żebyście wiedzieli, ale ów dekret, zakazujący obywatelom amerykańskim posiadania pieniędzy w złocie został zniesiony przez Kongres dopiero w siedemdziesiątym czwartym roku. Policyjne państwo, bez dwóch zdań.

Młodzi spojrzeli po sobie z zaskoczeniem.

– Tego nie wiedzałam – odparła dziewczyna. – Ale, wracając do historii. Ów skarbnik o lepkich paluszkach, niejaki George McCann, sprzedał wyniesione monety znajomemu numizmatykowi, Israelowi Swittowi. Te dziewięć sztuk, jakie odzyskał Wuj Sam, pochodziło pośrednio od tego konkretnego handlarza.

– Tak, jak i dziesiąta – wtrącił się Adam. – Ta legendarna właśnie. Wywieziona podczas Drugiej Wojny Światowej w niejasnych okolicznościach, ale całkowicie legalnie, z Ameryki do Egiptu, została dołączona do równie mitycznej kolekcji króla Farouka. Ten słynny playboy i kolekcjoner zebrał największy zbiór numizmatyczny na świecie.

– Niestety, nie pomogło mu to zbytnio, gdy go obalono – zaśmiał się Nowicki. – A potem, jak wszyscy doskonale wiemy, Double Eagle zaginął. Jak rozumiem, chcecie mi wmówić, że poszukujecie właśnie tego egzemplarza? Życzę powodzenia, amerykańskim szpiegom nie udało się go odzyskać od niemal siedemdziesięciu lat. Ale kto wie, może wy będziecie mieli szczęście. Ja w to nie wchodzę, nie ganiam za duchami i legendami, proszę państwa.

– Nie – zaprzeczył młodzieniec. – Nie chodzi nam o dziesiątego orła, a o jedenastego.

– Och, widzę, że te szlachetne ptaki rozmnażają się szybciej, niż białe myszki… A mówili, że to ja mam problem z alkoholem – mruknął szpakowaty mężczyzna, podejrzliwie zerkając na Adama.

– Mamy informację – ciągnął niezrażony chłopak – pochodzącą z pewnego źródła. Mówi ona, że wyniesiono więcej monet. Ile dokładnie, nie jest możliwe do ustalenia. Ale jedna z nich, ta, którą McCann zachował dla siebie jako swoiste trofeum, została mu wykradziona gdzieś w czterdziestym drugim bądź trzecim.

– Aha! No, to wszystko jasne – zawołał radośnie Pan Samochodzik.

– Panie Tomaszu… – Marta nie wytrzymała pierwsza. – Proszę poświęcić nam jeszcze chwilę i nie przerywać tymi złośliwymi uwagami, a zobaczy pan…

– Pani Magdo… – rzucił w jej kierunku historyk.

– Marto.

– Nieważne. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – Droga pani, ta historia jest ciekawa, ba – wciągająca nawet, ale ja nie mam czasu na takie rzeczy. Jestem bardzo zajętym człowiekiem.

– Widzę – mruknęła kwaśno dziewczyna. – Proszę dać nam skończyć, a potem może nas pan wyrzucić za próg.

– O, to jest bardzo dobry pomysł!

Marta westchnęła teatralnie, po czym wróciła do opowieści.

– Kradzieży dokonała kobieta, niemiecki szpieg. Anna Schroeder, piękna i uwodzicielska, jak się dowiedzieliśmy, była nawet przez moment kochanką swojego zleceniodawcy, marszałka Hermanna Gӧringa. To Gӧring, kolejny obok króla Egiptu kolekcjoner sztuki i białych kruków, zapragnął dołączyć tę rzadką monetę do własnej kolekcji. Adam zasięgnął języka w rodzinnym mieście panny Schroeder, Dortmundzie. Potwierdziła się szpiegowska przeszłość kobiety, poniekąd także jej bliskie stosunki z hitlerowskim dygnitarzem.

– Po kapitulacji Niemiec Double Eagle zniknął na dziesiątki lat – kontynuował Adam. – Z tego, czego dowiedziałem się w Niemczech, numizmatyczny święty gral zaginął na dobre.

– Szczerze mówiąc o historii tej monety nie wiedziałam zbyt wiele. Miałam znaleźć ciekawy temat do kulturalnego działu Życia Stolicy…

– O, świetnie – historyk ponownie przerwał dziewczynie w pół słowa. – Słyszałem, że to znakomita gazeta. Nie czytałem, niestety.

– I nagle, niemal dwa tygodnie temu, wypłynęło nazwisko znanego konesera rzadkich przedmiotów, podobno poszukującego niemieckiego egzemplarza Double Eagle. To zwróciło moją uwagę, reszta jest efektem naszego wspólnego śledztwa.

Tomasz Nowicki zachichotał głośno, bijąc się dłońmi po udach. Popatrzyli na niego ze zdziwieniem, nie rozumiejąc przyczyny tak niespodziewanego wybuchu wesołości. Historyk wstał, otarł łzy z policzków, po czym wyciągnął ramię w kierunku drzwi wyjściowych.

– Szanowni państwo – zaczął z uśmiechem. – Niestety, muszę powrócić do bardzo mądrego spostrzeżenia pani Magdy i poprosić was o opuszczenie moich skromnych progów. Bardzo wzruszyła mnie ta cała sprawa, naprawdę. Jest tylko jedno, małe „ale”. Słyszałem wiele opowieści na temat Double Eagle, każda była wiarygodna, niesamowita i kusząca. Żadna z nich prawdziwa, niestety. Żegnam, życząc miłego dnia. Pozwolicie, że zajmę się czymś bardziej pożytecznym. – Mężczyzna zatoczył ręką wokół siebie. – Zetrę kurze, czy coś w tym guście.

Marta wstała pierwsza i wyciągnęła dłoń w kierunku starszego mężczyzny.

– Przydałaby nam się pomoc kogoś z pańską wiedzą i doświadczeniem – powiedziała szybko. – Proszę to przemyśleć. Tutaj jest moja wizytówka, mam nadzieję, że pan zadzwoni.

Nowicki zerknął na wręczoną karteczkę.

– Dziwny kierunkowy – mruknął. – Skąd pani jest, z Grudziądza?

– To telefon komórkowy, panie Tomaszu – odparła, ignorując drwiący ton historyka.

– Nie znam się na tych nowinkach. Komputery, komórki… to nie moja epoka – stwierdził, wkładając wizytytówkę do kieszeni. – Proszę nie czekać na telefon.

Młodzi bez słowa skierowali się ku wyjściu. Adam przepuścił Martę przodem, po czym, już na korytarzu, odwrócił się i spojrzał na stojącego w przedpokoju człowieka.

– Nie wiem, czy to pana zainteresuje – mruknął – ale nazwisko, które zwróciło naszą uwagę na całą sprawę, może wydać się panu znajome.

– Nie sądzę – padła odpowiedź.

– A jednak. To pański stary znajomy, bodajże jeszcze z czasów studenckich. Waldemar Batura.

Drzwi trzasnęły głośno, po czym dał się słyszeć brzęk tłuczonego szkła i niewybredne przekleństwo. W ciszy, jaka zapanowała później, Marta i Adam zeszli na parter i opuścili kamienicę.

***

– Jak to możliwe, że wybitnie inteligentny człowiek upadł tak nisko? – spytała Marta, mieszając drewnianą łyżką sałatkę, jaką przygotowała do kolacji. Na stole stał już ser francuski i butelka bordeaux, odkorkowanego dla „złapania oddechu”, jak mawiał Adam. Dziewczyna chyba raczej myślała na głos, niż oczekiwała odpowiedzi, bo drgnęła, gdy z łazienki odpowiedział jej Adam.

– Na początku też się nad tym zastanawiałem. Ale potem dowiedziałem się kilku rzeczy. – Młodzieniec wszedł do kuchni, owinięty w biodrach ręcznikiem, a Marta zapatrzyła się na jego wilgotny, perfekcyjny tors. Potrząsnęła głową, wracając do misy, pełnej sałaty, kawałków papryki, fety i kawałeczków cebuli. – Po pierwsze, postaw się na jego miejscu. Facet z nieszczególną przeszłością, którą po upadku komunizmu niektórzy postanowili wykorzystać przeciwko niemu.

– Co masz na myśli?

– No, niby drobiazgi – chłopak pochylił się z zamiarem wyłowienia kostki serka z miski, którą maltretowała dziewczyna, ale został szybko i sprawnie odgoniony. – Przez pół roku był w ORMO. Poza tym, całe życie pracował w komunistycznym ministerstwie…

– Dobry Boże, przecież to było ministerstwo kultury – zaprotestowała Marta.

– Wiesz, niektórym to wystarczy. Kiedy posunęli Marczaka, jego najbliższego przyjaciela, dni Nowickiego były praktycznie policzone. A potem okazało się, że ma guzy na płucach.

Marta zamarła. Odwróciła się powoli.

– Adaś, nic mi o tym nie wspominałeś – powiedziała z wyrzutem.

– Bo to nie zostało do końca przez niego potwierdzone – bronił się chłopak. – Nie zaprzeczył, gdy zaczęto o tym mówić, ale być może była to jedynie wymówka, żeby dostać rentę. Diabli wiedzą. Faktem jest, że palił całe życie. Ale pić zaczął dopiero kilka lat temu.

Dziewczyna skierowała drewnianą łyżkę w kremującego dłonie mężczyznę.

– A skąd ty to wszystko w ogóle wiesz, co? W sumie to nigdy nie przyznałeś mi się, w jaki sposób zdobywasz te swoje informacje.

– Niech pozostanie to moim sekretem, dobrze? – uśmiechnął się i wyszedł z kuchni. – Właśnie dlatego jestem dobrym researcherem, bo nigdy nie zdradzam źródła informacji!

Fakt, pomyślała Marta, nigdy nie powiedział, skąd dowiaduje się tych wszystkich rzeczy.

Poznali się dwa miesiące temu. Dziewczyna przygotowywała krótką notkę o romansie znanego, podstarzałego reżysera z bardzo młodą aktorką i szef działu poznał ją z przystojnym „specjalistą od szczegółów”, jak Adam sam się czasem określał. Spotkali się kilka razy, a potem wylądowali razem w łóżku. A że wspólna noc okazała się bardzo miło spędzonym czasem, nawiązali coś, co dziewczyna nazwała przyjacielskim romansem. Byli kumplami, tyle że z małym dodatkiem. A potem Adam przyszedł do niej z niemal gotowym pomysłem na nową historię. Opowiedział o Baturze, o zaginionych monetach, wspomniał o Nowickim. Kiedy spytała go, czemu akurat jej przekazał tak ciekawy temat, wzruszył ramionami i stwierdził z tym swoim szelmowskim uśmiechem:

– Bo masz najładnieszy tyłek w Warszawie.

Swoimi rewelacjami zainteresowali redaktora Życia Stolicy na tyle, że obiecał publikację tekstu. Ustalili podział kasy, jaką otrzymają za artykuł, i zabrali się do pracy. Takie połączenie pracy z przyjemnościami spodobało się Marcie na tyle, że kilka razy zaprosiła chłopaka na noc do siebie. Mimo, że po jednej z wcześniejszych przygód obiecywała sobie nigdy więcej nie sprowadzać facetów do własnego mieszkania.

Wieczorem upał zelżał na tyle, że mogli spokojnie zjeść lekką kolację na tarasie, który był największą atrakcją małego lokum dziewczyny. Podczas posiłku rozmawiali o wcześniejszym spotkaniu, ale nie byli w stanie dojść do porozumienia, w jaki sposób przekonać Nowickiego do pomocy. Przydałby im się, to pewne. Po pierwsze, bo doskonale znał Baturę. Po drugie – kiedyś dysponował olbrzymią wiedzą, może niekoniecznie numizmatyczną, ale skorzystaliby z obecności historyka–detektywa. Z tą myślą poszli do łóżka, gdzie Marta po raz kolejny przekonała się, że czasami można spotkać idealnego faceta: przystojnego, inteligentnego, z temperamentem i dużym członkiem. A do tego, a może przede wszystkim, przyjaciela.

***

Następnego dnia obudziła się sama. Adam zniknął, zanim otworzyła oczy – często tak robił, zasłaniając się pracą. Nie wiedziała, co chłopak robi poza researchem, bo nie zdradził się nigdy, ale musiało to być dochodowe zajęcie. Zawsze dobrze ubrany, z drogim, szwajcarskim zegarkiem na nadgarstku i wypchanym portfelem, nie musiał się martwić o takie drobiazgi, jak pieniądze. Postanowiła nie pytać, bo przecież w sumie to nie była jej sprawa.

Dziewczyna leniuchowała w łóżku tak długo, jak mogła. Nie była jeszcze związana z żadną redakcją; jako niepoprawna optymistka, stwierdziła, że to idealne rozwiązanie, bo nie musi wstawać wcześnie do pracy. W końcu, walcząc z własną słabością, wstała i poczłapała do łazienki. Odkręciła wodę i weszła pod rozłożystą dyszę prysznica, rozkoszując się falami ciepła zalewającymi jej ciało.

Spłukując senność, przypomniała sobie dotyk ust Adama, jego ciepłe dłonie i silne ramiona, obejmujące jej ciało, gdy kochali się przed snem. Był dobrym kochankiem, niemal bezbłędnie odczytującym potrzeby Marty i znajdującym sposoby na ich zaspokojenie. Dziewczyna przejechała opuszkami po sutkach, które poprzedniego wieczoru tak rozkosznie gryzł jej kochanek. Zsunęła rękę niżej, do krocza, chcąc odtworzyć delikatny dotyk jego języka. Ciepła woda rozluźniała, zapraszała do zabawy. Palce same odnalazły łechtaczkę i zaczęły pieścić jej twardą główkę. Marta westchnęła cicho, opierając się o wykafelkowaną ścianę. Szkoda, że musiał tak wcześnie wyjść, pomyślała. Byłoby miło, gdyby zajął się mną właśnie w tej chwili.

Niecierpliwie odnalazła wilgotne wejście do własnego wnętrza. Wyobraziła sobie, że to coś innego, gdy palec wślizgnął się do środka. Zataczała dłonią niewielkie kręgi i drażniła swoje ciało, odnajdując te wszystkie miejsca, które Adam dotykał kilka godzin wcześniej. Myślała o tym, jaki był rozkosznie twardy, gdy wbijał się w nią z niecierpliwością wygłodniałego samca. Jego napęczniały penis wydawał się dotykać dokładnie te punkty, jakie należało. Dlatego teraz miała ułatwione zadanie; jedyne co musiała zrobić, to podążać szlakiem, wyznaczonym przez jej kochanka poprzedniego wieczora.

Dzięki temu, że jej przewodnik obdarzony był dużym talentem, dziewczyna szybko odnalazła źródła własnej przyjemności. Wystarczyło kilka minut, by przeżyć rozkoszny, poranny orgazm. Gdy uspokoiła oddech i rozluźniła zaciśnięte na dłoni uda, uniosła palce i bezwiednie powąchała ich opuszki, wciąż mokre od kobiecej wilgoci.

***

Kończyła pić kawę, gdy zadzwoniła jej komórka. Nie rozpoznała numeru, więc z obojętnością powiedziała jedynie:

– Halo.

– Diabli nadali te wasze wynalazki – odpowiedział zrzędliwy głos. Omal nie padła ze zdziwienia, rozpoznając rozmówcę. – Na wizytówce nie ma tego cholernego zera.

– Pan Tomasz – wykrztusiła w końcu.

– A kogo się pani spodziewała, Bogusia Lindy?

Usiadła, z trudem panując nad radością.

– Pan mi w zupełności wystarczy, panie Tomaszu – odparła.

– No, to się jeszcze okaże – mruknął Nowicki. – Chciałem do pani wpaść z wizytą, ale szczerze mówiąc garnitur mi się wygniótł, więc postanowiłem zadzwonić. Halo, jest tam pani?

– Tak, jestem, jestem!

– To świetnie się składa, bo akurat do pani mówię. No, ale wracając do tematu. Pomogę pani i temu przystojnemu mięśniakowi.

– Super, bardzo się cieszę! A… mogę spytać, czemu zmienił pan zdanie?

– Powiedzmy, że z chęcią spotkam się z dawno nie widzianym kolegą – rzucił oschle Pan Samochodzik i przerwał połączenie.

Marta przez chwilę siedziała bez ruchu, po czym szybko wykręciła numer do Adama. Krążąc wokół kuchennego stołu przekazała chłopakowi nowinę, po czym ponownie usiadła i dopiła ulubione cappuccino. Patrzyła z roztargnieniem na leżący na blacie telefon, zastanawiając się, co powinna zrobić. W końcu podjęła decyzję, mając nadzieję, że nie będzie jej żałowała w przyszłości. Odblokowała aparat i otworzyła nowego smsa. Przebiegła sprawnie palcami po klawiaturze, przyciski klikały w rytm jej ruchów. W końcu wysłała wiadomość i odrzuciła telefon, jakby raptem zamienił się w oślizgłą żabę. Wiedziała, że postąpiła nieuczciwie, ale bardzo chciała mieć ten materiał. Taki artykuł mógł otworzyć jej drogę do prawdziwego dziennikarstwa. Jeśli wszystko pójdzie po jej myśli, praca w Wyborczej czy Rzepie nie będzie niemożliwością. Nie mogę tego spieprzyć, pomyślała, patrząc na telefon. Zanim ekran automatycznie wygasł, zdążyła jeszcze raz przeczytać własne słowa.

Panie Waldemarze, P.S. zgodził się z nami współpracować. Będę w kontakcie, Marta.

Mimo, że przekonała siebie o słuszności własnego postępowania, nagłe ukłucie wyrzutów sumienia było zaskakująco bolesne. Tak naprawdę okłamywała przecież bliskiego przyjaciela i człowieka, chorego na raka.

Niespodziewanie poczuła się bardzo podle.

Przejdź do kolejnej części: Pan Samochodzik i Złoty Orzeł II

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Musze przyznać, że cała seria Pan Samochodzik towarzyszyła mi od bardzo wczesnego dzieciństwa, wpajana zarówno przez rodzicielstwo, a potem już pochłaniana własnoręcznie przez zapalonego czytelnika. Kiedy zobaczyłem tekst posiadający w tytule "Pan Samochodzik" pomyślałem najpierw, że będzie to średniej jakości parodia bądź historyjka, w której jurny Pan Tomasz dzielnie pomaga pewnym kobietom w odnalezieniu "skarbu". Na szczęście byłem także świadomy, że na tym portalu nie ma takich tekstów, tak więc z pewną dozą sceptycyzmu zabrałem się do czytania. Muszę przyznać, że udało Ci się złapać moją uwagę już od pierwszych linijek tekstu, a ciekawość tylko się wzmogła, kiedy pojawił się zmęczony życiem, "zniszczony" Pan Samochodzik. Nie potrafię sobie przypomnieć gdzie, ale właśnie podobny portret tego bohatera już widziałem. Tym niemniej jest on moim ulubionym, oczywiście zaraz po tym wykreowanym zaraz przez samego Nienackiego. Sceny erotyczne wydały mi się tylko delikatnym dodatkiem, nie skupiałem się na nich. Parafrazując, wydaje mi się, że może to być początek wielkiej przygody.. Z niecierpliwością będę czekał na dalsze części, choćby tylko po to, aby poznać Twój sposób kreacji świata oraz głównych bohaterów, który już teraz jest całkiem ciekawy.
Celt.

Od dziecka uwielbiam pana Samochodzika… Genialna postać literacka. Gratuluję pomysłu.
Lily

Seaman kto tu jest głównym dowodzącym tego bloga?

A w czym problem Anonimie?

Hej!

Witam wszystkich!
Dziękuję za Wasze komentarze… Z pewną obawą czekałem na publikację, bo – mimo że pisało mi się ten tekst z dużą przyjemnością, były Osoby ;-), które zwróciły mi uwagę, że mój pan samochodzik nie ma nic wspólnego z prawdziwym Panem Samochodzikiem. Cóż. Nie jestem i nigdy nie będę Nienackim, nie miałem najmniejszego zamiaru mierzyć z rusznicy w księżyc i porywać się z motyką na słońce. Mam "talent" jaki mam, piszę jak piszę i w ramach własnych umiejętności i wyobraźni stworzyłem ten tekst. Zresztą, zawsze byłem takim malutkim Che Guevarrą, walczącym z zastałym porządkiem świata, obalającym autorytety i wspierającym maluczkich… i stąd, chyba na przekorę, taki a nie inny główny bohater.

Ale cieszę się, że Wam się spodobał. Obiecuję, że postaram się, aby reszta historii Was nie rozczarowała.

Pozdrawiam, s.

ps. Głównodowodzącego NE nie ma jako takiego, tworzy go kolektyw, ale użyj Anonimie naszego maila kontaktowego a ktoś z nas na pewno się do Ciebie odezwie.

seaman.

Seamanie – ten tekst słusznie wzbudza emocje – pozytywne jak i negatywne. Chwytanie się za idola z dzieciństwa większości z nas musiało skończyć się burzą. Tym bardziej, że TEN Pan Samochodzik diametralnie odbiega od oryginału. Nie tylko go odbrązowiłeś, lecz również pokryłeś sporą warstwą kurzu.
To, że dałeś mu konkretne nazwisko wcale mi nie przeszkadza. Wszak sam Nienacki zwał się z początku "Zbigniew Tomasz Nowicki", więc ten zabieg nie razi.
Zgrzytać może degeneracja bohatera – pamiętając pierwowzór, bardziej realnym rozwiązaniem byłoby to, które wybrał sam autor dla siebie. Znając zamiłowanie Pana Samochodzika do mazurskich jezior, znużony i zniechęcony życiem w stolicy, zaszyłby się pewnie w jakiejś wioseczce na końcu świata, o wdzięcznej nazwie Skiroławki, na ten przykład 🙂
Z drugiej strony… Twoja wersja również da się obronić. Tomasz zawsze był samotnikiem i choć stronił od alkoholu, to jednak pozwalał sobie na nałóg nikotynowy. Zawsze był też "niedzisiejszy", nawet w czasach swej świetności – czyli w PRLu stanowił swoisty eksponat muzealny. Był mężczyzną starej daty, a postęp lat siedemdziesiątych, już był dla niego wyzwaniem (co nie przeszkadzało mu jeździć wehikułem z supernowoczesnym silnikiem Ferrari 410 Superamerica), więc to co się dzieje w czasach dzisiejszych mogło go wpędzić w głęboką frustracje i zniechęcenie.
Mam nadzieję, że wpychając Tomasza, trochę na siłę, na tory kolejnej Przygody, pozwolisz mu rozwinąć skrzydła i przywrócisz mu dawny blask. Szczególnie, że za rogiem czai się superprzystojny, diabelnie inteligentny i arcyprzebiegły – Waldemar Batura. 🙂
No. To się rozpisałam, ale nie mogłam się powstrzymać. Howgh.
Z "psychofańskim" pozdrowieniem, Rita.

A tak na marginesie – zapraszam na nasze forum do dyskusji o ulubionych bohaterach literackich, których chcielibyście widzieć w wersji NErotycznej 🙂

Uwielbiam samochodziki 🙂 Jak wiele osób – wychowałam się na nich. Czytałam tylko te oryginalne.
Mnie ten wstęp zaciekawił i czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy. Najważniejsze – nie poczułam irytacji, jaka często towarzyszy mi, gdy czytam albo fanfiki, albo kontynuacje losów bohaterów napisane przez innych autorów – np. właśnie Przeminęło z wiatrem autorstwa Ripley okropnie mnie wkurzyło, a czasem przez samego autora, który w pewnym momencie traci niestety wyczucie – wide seria Musierowicz dla dzieczyn. "Stara" Jeżycjada to była klasa sama w sobie, nowe części nie tylko gorzej napisane, ale wręcz, jak mawiał Wańkowicz "dydaktycznym smrodkiem" i ideologicznym podlana – brrr…

No, a właśnie – myślę, że Seaman ma koncepcję, wie o czym pisze i całością historii udowodni, że wybrana droga nie była zła.
Ale teraz nie masz wyjścia SEamanie, musisz pisać dalej 😀

Nie zdradzę ani słowa!

pomysł fantastyczny. Ciekawa intryga… już się nie mogę doczekać kolejnych części.
JimmyG

powodzenia zobaczymy jak to wyjdzie zwłaszcza z Baturą miejmy nadzieje że solidnie zamąci

Sądząc z ocen, tematyka opowiadania wzbudziła duże oczekiwania i nieco, jak widać, rozczarowania. A ja jestem bardzo zadowolony. Zaskoczony. Ciekawe, co będzie się działo dalej.
Niełatwe przed Tobą zadanie, Autorze 🙂

Naprawdę niezłe opowiadanie. Inne niż tradycyjny "Pan Samochodzik", co nie znaczy że gorsze. Czekam na więcej.
Pamiętam z DE zakład czy konkurs między panami o opowiadanie na kontynuację serii Nienackiego.
Chyba jesteś pierwszy Seaman.
Pozdrawiam.
Wanilia

Seaman potrafi pisać. Ma lekkie pióro, świetny warsztat, ciekawe pomysły fabularne. To standard, do którego zdążył już nas przyzwyczaić. Ale Pan Samochodzik jest dla niego ledwie bladym wspomnieniem z dzieciństwa, bo nic w tym opowiadaniu nie przypomina serii Nienackiego.

Teksty z gatunku fan fiction wymagają minimum szacunku do charakterystyki postaci i realiów stworzonych przez autora oryginału. Wykorzystanie znanego szyldu nie próbując nawet nawiązać do pierwowzoru to pójście na łatwiznę i chwyt po prostu nie fair. W opowiadaniu Seamana nie ma żadnego z samochodzikowych atrybutów czy smaczków. Zamiast siermiężnych realiów Polski Ludowej, akcję wtłoczono w ramy współczesności co skutecznie zabija możliwość nawiązania do atmosfery klasycznych tomów serii. Zamiast sympatycznego, niepozornego intelektualisty mamy stetryczałego alkoholika komunikującego się ze światem knajackim żargonem. Kawalerkę na Starym Mieście zastąpiła stęchła nora na pijanej Pradze. Po słynnym wehikule z karoserią wyklepaną przez zapoznanego wynalazcę, wuja Gromiłłę, skrywającą po maską dwanaście cylindrów silnika Ferrari 410 Super America, nie ma nawet śladu. Seaman nie oszczędził też nazwiska bohatera, z Tomasza NN czyniąc nie wiedzieć czemu Tomasza Nowickiego (sic!). To tak, jakby z Józefa K, bohatera „Procesu” Kafki, zrobić Józefa Kafkę.

Słowem, zupełnie inny klimat i diametralnie różny rys psychologiczny postaci. Zero Samochodzika w Samochodziku. Rezygnując z samochodzikowego kontekstu otrzymalibyśmy interesujące opowiadanie przygodowe, a tak… pozostaje rozczarowanie. Dla prawdziwego fana serii Nienackiego, taka wersja jest nie do przyjęcia.

Niestety, ale to opowiadanie za bardzo przypomina fragment książki z trylogii "Kuzynki" autorstwa A.Pilipiuka. Dokładnie jakbym czytał ten sam opis postaci.

Szkoda, że ten Pan Samochodzik tak bardzo odbiega od oryginału. Każdy, kto uważnie czytał oryginalną serię (a nie podróby-doróby) świetnie zdaje sobie sprawę, iż pomiędzy wierszami i pomiędzy rozdziałami PS dmuchał wszystko co się dało. Autor pozostawiał to niedopowiedziane ale przecież takie były czasy, no i to seria dla młodzieży ale i tak atmosfera była gorąca a wyobraźnia pracowała.
Wystarczyło dobudować brakujące sceny, nawet do istniejących powieści. Albo napisać coś nowego, ale osadzić w prawidłowych czasach – do obecnych PS nie pasuje, umarł razem z tamtą epoką, tak jak jego samochód się zestarzał i choć wielu kolekcjonerów by się obśliniło to nie ma on startu do przeciętnego nowego.

Ta seria jest na swój sposób ciekawa, co autor jeszcze wymyśli ale robienie z PS degenerata, jak to praktykuje Pilipiuk udaje się (w miarę) na wesoło i z ironią a nie w takim klimacie.

Wszystkie Samochodziki przeczytałem wzdłuż, wszerz i w poprzek. A mimo to nie czuję się rozczarowany. Wyrosłem z dzieciństwa. Główny bohater, myślę, wróci do formy. Może nie tej z lat świetności, czas i proces starzenia jest nieubłagany, ale do niezłej formy wróci i zadziwi czytelnika. Stara, odwieczna motywacja czyli rywalizacja z wrogiem oraz podziw ładnych kobiet, gdy pojawią się pierwsze sukcesy potrafi zdziałać cuda. Używając metafory, starym indiańskim zwyczajem upoluje jelenia, namaści skórę tłuszczem, aby lśniła jak u młodzika, i przyjdzie po nową squaw. Howgh.

Po raz pierwszy chyba udało mi się napisać tekst, który otrzymał tak spolaryzowane opinie. Nowe i ciekawe doświadczenie. Mam nadzieję, że dalsze części będą wzbudzały podobne zainteresowanie!

Pozdrawiam wszystkich, dziękując za Wasze opinie.

seaman.

Żeglarzu,
Ja co prawda jestem już dziecko lat 90 i w czasach kiedy Pan Samochodzik święcił swoje triumfy to mnie jeszcze w planach nie było, ale…
Uświadomiłem sobie, że chyba powinienem sobie urządzić spacer do dawno nieodwiedzanej biblioteki i czym prędzej zapoznać się z pierwowzorem.
Może i nie znam się na Samochodzikach(nadrobię), ale za to uwielbiam takie zrzucanie idoli z cokołów:) Mnie się ten Twój zachlany historyk sztuki z przeszłością bardzo podoba.
Intryga zapowiada się przepysznie, kontynuacje przeczytam z wielką ciekawością.
Zresztą Ty mógłbyś napisać instrukcje obsługi pralki, a zapewne byłaby to lektura porywająca, ot skala talentu:)
Daje max gwiazdek i pozdrawiam serdecznie,
Foxm

Myślę podobnie jak Karel Godla. Dajmy panu Tomaszowi szansę… A propos wehikułu, powiedzmy sobie szczerze, dzisiejsze samochody są nudne! Nie to co kiedyś, te słynne cytryny DS Fantomasa, CX, inny dizajn… tak więc i wehikuł wuja Gromiłły może jeszcze błysnąć… może z nowym silnikiem?

A Ty, Foxmie, pędź do biblioteki, zobaczysz, ile będziesz miał dobrej rozrywki z Samochodzikami – ja pamiętam, że pochłaniałam je wręcz, wymieniając się zdobytymi "spod lady" samochodzikami z… moim pediatrą , który, wtedy już dobrze po sześćdziesiątce, czytywał je z równym zapałem. Moje ulubione to "Pan Samochodzik i zagadki Fromborka", "pan Samochodzik i Niesamowity Dwór" oraz "pan Samochodzik i Fantomas".

Twój Pan samochodzik ma w sobie coś z Bukowskiego i rzeczywiście raczej nie podobny.Niemniej to naprawdę miła niespodzianka tym bardziej że pamiętam pamiętny (masło maślane) temat na DE,i myślałem że idea umarła razem z portalem 🙂

Bardzo ciekawie się zaczyna…. czekam na więcej. Gratuluję odwagi.
wes

Raz jeszcze dzięki za komentarze. Odnośnie Pilipiuka i Bukowskiego. Niestety dla mnie, nie znam twórczości żadnego z tych panów i jakakolwiek zbieżność jest jeno dziełem przypadku. I dowodem na to, że wszystko zostało już napisane…

Pozdrawiam, s.

Przeczytałem. Historia zapowiada się interesująco a smaczki, jakże odbiegające od kanonu samochodzikowego, wcale mi nie przeszkadzają. Prawdę mówiąc gdyby nie te smaczki to tekst ten wcale by się tu nie pojawił. 😉 Ja również nie przepadam za pomysłem kontynuowania serii nie tylko w czasach współczesnych ale wogóle. Jeżeli już osoba Samochodzika miałaby się znaleźć w jakiejś powieści to w charakterze epizodu lub maksymalnie drugiego planu. Ciekawe czy twoja twórczość zajmie jakieś miejsce na Forum Miłośników Pana Samochodzika http://pansamochodzik.ok1.pl , na które serdecznie zapraszam nie tylko ciebie, autorze ale również wszystkich, dla których proza (i nie tylko) Nienackiego nie jest obojętna. Pozdrawiam
Nietajenko
P.S. Moja rada – jeśli smaczków planujesz więcej niech cię Bóg broni by osoba Samochodzika stała się ich udziałem.

Sporo komentarzy pod Twoim tekstem seamanie, oj sporo ;). Jam urodzony w latach 70-tych, książki o P. Samochodziku były jednymi z pierwszych jakie przeczytałem z wyboru (te Nianackiego, skończyłem na UFO). To wspaniała seria, polecam młodym ludkom również teraz. Inne czasy, inni ludzie, ale czyta się świetnie, a i może pewnych postaw można by się nauczyć. Ale, wróćmy do P. Samochodzika a la seaman.. dla mnie też dysproporcja miedzy pierwowzorem a wersja trochę spora i z lekka razi. Natomiast starałem się czytać myśląc o bohaterze jako o młodszym kuzynie dawnego pana Tomasza, który przejął po nim pałeczkę : i postanowiłem dać mu szansę. W końcu czasy się zmieniły, tez musiałem się do nich dostosować, niech tam. Czekam co uczynisz dalej , semanie.

Dobry wieczór,

zachęcony pojawieniem się drugiej części "Pana Samochodzika" Seamana, postanowiłem w końcu przeczytać pierwszą! Niestety, wstyd się przyznać, ale twórczość Nienackiego jest mi kompletnie nieznana. W jakiś sposób udało mi się na niego "nie załapać" choć przecież czytałem wiele PRL-owskich powieści młodzieżowych, choćby całego Alfreda Szklarskiego. Choć, czytając dyskusję, która rozwinęła się w komentarzach, może lepiej, że podchodzę do dzieła Seamana z "czystą kartą", bez własnego bagażu wspomnień i nostalgii. Dzięki temu jestem w stanie ocenić tego fanfika po prostu w kategorii opowiadania.

To, co mnie uderzyło, to poziom literacki tego tekstu. Seaman generalnie pisze dobrze, ale tutaj przechodzi sam siebie! Styl "Pana Samochodzika" jest nie tylko lepszy od pierwszych prac Marynarza… ale i od tych, które napisał potem. Zastanawiam się, czy to nadzwyczajna zwyżka formy, czy po prostu zapatrzenie się w dobre wzory. Bez względu na to, jaka jest prawda: takiej formy i takich wzorów mógłbym życzyć zawsze każdemu, nie tylko naszemu Autorowi. Opowiadanie pochłaniałem z niekłamaną przyjemnością, język ani razu nie "zazgrzytał mi w zębach". Czy to sceny erotyczne, czy dialogi – po prostu nie sposób było się oderwać!

Nie wiem, czy Seamanowy Pan Samochodzik jest godnym następcą tego, którego wykreował Nienacki. Wiem jednak, że jest ciekawą postacią. Chętnie dowiem się o nim czegoś więcej, poznam powody, dla których tak się stoczył. Mam wrażenie, że może to być jeden z najciekawszych bohaterów, jacy kiedykolwiek pojawili się na łamach NE. Pozostała para bohaterów – Marta i Adam – choć mają więcej "czasu ekranowego", pozostają w cieniu tej przytłaczającej osobowości. Na razie za mało o nich wiem, by móc zdecydować, czy mi się podobają. Adam to kompletna enigma, Marta zaś… ostatnie akapity pokazują ją nieco z innej strony. Muszę chyba jeszcze przetrawić tę postać.

Podobała mi się otwierająca historię retrospekcja z czasów II Wojny Światowej. Mam nadzieję, że Autor wróci jeszcze do tego rozwiązania fabularnego. Naprawdę chciałem, by ta retrospekcja trwała – tym bardziej, że z pasjonującej epoki przenieśliśmy się w banalny XXI wiek. Chyba wolałbym, by Seaman zdecydował się osadzić główną akcję w innych czasach – może w latach 80-tych (czasy gnicia ancien regime'u), najpóźniej 90-tych (naiwny kapitalizm, budowa "nowej Polski" kosztem milionów wykluczonych). Z drugiej strony, wtedy Tomasz nie byłby tak wyobcowany, tak zdegradowany. No i mam zagadkę – co bym wolał, ciekawszą epokę historyczną, czy jednak rozbitego życiowo Nowickiego? Ech, te dylematy.

Przeczytawszy ostatnie słowo opowiadania poczułem radość, że jest już kolejna, druga część. I jednocześnie niepokój o to, czy na następną znowu będziemy musieli czekać prawie rok? Oby nie! Ten cykl wprost domaga się rychłej kontynuacji. To ważniejsze nawet, niż napisanie pożądanego przez Czytelników "Suplementu" do "Rudowłosej".

A teraz zostawiam Was, moi Drodzy i ruszam do lektury części drugiej!

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

P.S. Oczywiście najwyższa nota.

Ale… ale jak to? Ty, Megasie nie znasz Samochodzików??? To być nie może, toć Tomasz jest zakochany w historii i w każdej książce jest tak ulubione przez Ciebie tło historyczne.
Jak doczytasz serię Marynarza, zabierz się za Nienackiego, a nie pożałujesz. Ja do tej pory – a minęły dziesięciolecia – pamiętam niektóre wątki i marzenie, żeby na wakacjach znaleźć się w środku takiej przygody.

No cóż – moja edukacja czytelnicza miała pewne, niemałe zresztą luki. Poznawałem książki, których nie czytał żaden z moich rówieśników, a jednocześnie przegapiłem wiele rzeczy, które były popularne. Obawiam się, że teraz próba lektury "Pana Samochodzika" sprawiłaby mi pewną trudność – nie mając do tej prozy sentymentu, który jest Waszym udziałem, mógłbym mieć problemy z "wejściem w temat". Chyba więc pozostanę przy serii Seamana 🙂 A z Nienackiego przeczytam "Skiroławki" oraz "Wielki las". To powinno być coś w sam raz dla mnie 😀

Pozdrawiam
M.A.

Przeczytaj koniecznie, Megasie! Skiroławki to majstersztyk. Nagromadzenie trafnych spostrzeżeń w tej książce powala. No i dowcip pierwsza klasa.
A "pany samochodziki" też liźnij w wolniejszym czasie. Urocza lektura.

Chętnie przeczytam wszystko, co mi polecisz, Rito, ale musisz mi przy okazji odpalić kilka(naście, dziesiąt) godzin z Twojego zasobu wolnego czasu. Bo jak spoglądam na swój (zasób), to obawiam się, że może nie wystarczyć…

Pozdrawiam
M.A.

Megasie! Jeśli tylko można by wysyłać przez internet, to miałbyś już odrobinę zapasu 🙂 Nie mówię o kilkunastu godzinach, ale te parę z dobrą książką i ciepłą herbatką, jak najbardziej! Pozdrawiam!

Jako zaliczający się do dawnych fanów serii Z. Nienackiego z przyjemnością przeczytałem pierwszy odcinek tej opowieści (obawiam się tylko, czy została ona dokończona, skoro opublikowano tylko trzy części, o tym przekonam się wkrótce). Postać zgorzkniałego, oddającego się nałogom pana Tomasza mnie osobiscie nie razi. Zawsze był jakby trochę „nie na miejscu”, to i w naszych czasach mógłby mieć problemy z odnalezieniem się. Może tylko przyznam rację jednemu z komentatorów, że bardziej prawdopodobne byłoby osadzić go „na emeryturze” gdzieś w mazurskiej głuszy. Ale to wybór Autora i jego prawo. Opowieść zapowiada się smakowicie, zarówno ze względu na fabułę (już widzimy zwroty akcji), jak i na sposób poprowadzenia postaci pana Tomasza, zdecydowanie dominującej nad całością. Marta i Adam rozwiną może skrzydła, ale w tej chwili Panu Samochodzikowi wyraźnie ustępują. Do tego lekki, potoczysty styl. Gratulacje i czytam dalej.
PS. Jedna, drobna uwaga techniczna. W kilku fragmentach pojawiło się zbytnie nagromadzenie czasownika „być”.

Napisz komentarz