Zabawy dużych chłopców II (seaman)  4/5 (2)

41 min. czytania
Max (Evulchibi), "Soldier", CC BY-NC-ND 3.0

Max (Evulchibi), „Soldier„, CC BY-NC-ND 3.0

W naddunajskim Linz musiałem spędzić kilka godzin tak, aby mój przerzut do Pragi można było wykonać późnym wieczorem, tuż po zmroku. Jako, że mieliśmy połowę czerwca, miałem kilka godzin wolnego.

Przeszedłem się po mieście, nie za bardzo oddalając się od jednostki, rozmieszczonej na północ od rzeki, w Puchenau. Linz nie ucierpiało dużo po zawirowaniach 2012 roku – ot, kończono odbudowę kilku domów zniszczonych zupełnie przypadkowo podczas pacyfikowania ultraprawicowych oddziałów bojówkowych, które po atakach terrorystycznych chwyciły za broń, chcąc „oczyścić” Austrię z wszelkiego zła. Nawet fale powodziowe idące Dunajem oszczędziły miasto, korzystnie (bo dość wysoko) położone względem koryta rzeki. Nie było za gorąco – miasto znajdowało się u podnóża rozdzielającego Czechy od Austrii pasma górskiego Szumawy, toteż klimatyczne ocieplenie nie dotknęło tych regionów geograficznych zbyt dotkliwie. Nie pojawiły się tereny pustynne (jak w Hiszpanii czy południowej Francji), a ostatnie zimy, mimo że o wiele krótsze i przynoszące skromniejsze opady śniegu, potrafiły zadowolić przyzwyczajonych do chłodu mieszkańców.

Po kilkugodzinnym spacerze, zakończonym być może ostatnim cywilizowanym posiłkiem w Cafe Jentschke, wróciłem do bazy wojskowej. Przydzielono mi pokój odpraw, abym mógł przebrać się w nowy mundur. Elastyczny, dopasowujący się do kształtów ciała materiał wyposażony był w termoizolacyjną powłokę, w zależności od warunków schładzającą bądź dogrzewającą noszącego uniform żołnierza – tyle wyczytałem z dołączonej książeczki.

Nieokreślony, buroziemisty kolor, nieodparcie kojarzący mi się z cmentarną ziemią, był na pewno bardzo praktyczny, choć obrzydliwy. Wzmocnienia na przedramionach i piszczelach, obejmujące też łokcie i kolana, wydały mi się bardzo dobrym pomysłem przydatnym w walce. Klatkę piersiową i brzuch, plecy oraz uda i łydki chroniła cienka, ledwie wyczuwalna powłoka, która była, jak przeczytałem, ultralekkim i bardzo wytrzymałym materiałem wytworzonym w oparciu o kevlar i dającym wysoki stopień „zabezpieczenia w przypadku bezpośredniego trafienia bronią małokalibrową”. Wojskowa nowomowa, którą uwielbiałem, oznaczała mniej-więcej: unikaj dużych luf, mniejsze nie powinny urwać ci dupy. Ok., może być.

Rozebrałem, przeczyściłem i załadowałem mojego XM’a, sprawdziłem stan beretty, gdzie wymieniono mocno już wysłużone przez lata używania okładki na chwycie pistoletu. Na szczęście poza wymianą płytek, do których chropowatej powierzchni musiałem się przez chwilę przyzwyczajać, w niczym nie grzebali – zarówno zmodyfikowany mechanizm spłonki, jak i obudowa lufy, dopasowana do specyficznego trzymania broni przy walce wręcz, nie były ruszane.

Włożyłem pistolet to umieszczonej na piersi kabury, karabinek H&K umieściłem w specjalnym, nieprzemakalnym pokrowcu i, założywszy na plecy niewielki plecak, wyszedłem z sali odpraw. Skierowałem się do wyjścia na płytę lotniska – na zewnątrz zapadł już zmrok i granatowe, puste od chmur niebo wypełniało się powoli gwiazdami.

Na lądowisku czekał już Hawk. W cięższej, przeznaczonej do zadań specjalnych wersji MH-60K, co niedwuznacznie sugerowało, że lecimy do strefy bezpośredniego zagrożenia. W środku maszyny czekało trzech ludzi załogi – pilot, nawigator i operator zamontowanego w maszynie karabinu maszynowego M 134, a obok maszyny czekał jeszcze zastępca dowódcy jednostki. Wręczył mi mały radiotelefon o zasięgu 5 kilometrów.

– Podłącz go do swojego systemu łączności. Marines też mają takie nadajniki – powiedział młody kapitan, przypatrując się mojemu mundurowi z zaciekawieniem. – Tak naprawdę nie wiemy, czy będzie tam działał, bo od momentu przerzucenia tamtego plutonu cały teren Starej Pragi został odcięty łącznościowo. Brak jakichkolwiek informacj na temat tego, co dzieje się w mieście. Ktoś bardzo skutecznie zagłusza wszystko, czym dysponujemy – krótkofalówki, telefony ,GPS a nawet podgląd satelitarny – muszą tam być bardzo mocne nadajniki elektromagnetyczne, które uniemożliwiają jakikolwiek kontakt z centrum miasta.

– A wcześniej? Co tam się działo wcześniej? – spytałem.

– Nic wyjątkowego – odrzekł. – Typowe dla zniszczonych miast drobne grupy szabrowników, jakieś lokalne grupy partyzanckie. Nic zorganizowanego. Po tym, jak po tym regionie Europy przetoczyliśmy się z naszą 3 Dywizją Kawalerii odpychając Rosjan z powrotem za Ostrawę, Czechy i Słowacja są niemal tak mocno zniszczone, jak Polska. Trzeba na siebie uważać, ale nasz wywiad nie wykrył żadnych zorganizowanych jednostek wojskowych.

– Najwidoczniej wasi ludzie coś przegapili – stwierdziłem cierpko, wsiadając do helikoptera. – Inaczej nie musiałbym tam dzisiaj lecieć.

Pilot uruchomił wirnik główny. Hałas silnika zagłuszył ostatnie słowa kapitana, który na odchodnym wykonał dłonią nieokreślony gest pożegnania, po czym odskoczył od maszyny. Stojąc w bezpiecznej odległości od helikoptera uniesionym kciukiem dał pilotowi znak odlotu i przy akompaniamencie wyjącego rotora potężna maszyna bez wysiłku oderwała się od ziemi.

***

Zniszczona Praga wyglądała przerażająco. Nie znałem miasta wcześniej, nie wiedziałem nic o jego bogatej historii ani pięknej architekturze – ba, nawet nie znałem określenia „Paryż wschodu”. Ale i tak widok totalnej ruiny i ogromu zniszczenia działał depresyjne.

O ile na obrzeżach miasta, w mieszkalnych dzielnicach, widać było jeszcze z pokładu helikoptera ślady ludzkiej bytności – rozpalone ogniska, chybotliwy poblask światła w niektórych domach i bardzo sporadycznie ciemne sylwetki przemykające chyłkiem pomiędzy pordzewiałymi wrakami samochodów – to w samym zabytkowym centrum było ciemno, cicho i ponuro. Cmentarzysko.

Helikopter sprawnie osiadł na oczyszczonej z gruzu połaci wysuszonego trawnika w parku Karlovo. Wyskoczyłem z wnętrza maszyny, pochylając odruchowo głowę pod wirującymi płatami. Osmalone kikuty drzew smętnie sterczały, niczym spróchniałe kły miasta mierząc w granatowe niebo. Rozejrzałem się, ale aż do rzędu ruin otaczających park nie dostrzegłem nikogo. Powyrywana z parkowych alejek betonowa kostka, spiętrzona w kupy gruzu, dawała dość dobrą osłonę. Odwróciłem się do przyczajonego na ziemi śmigłowca i uniesionym kciukiem podziękowałem za transport. Pilot zwiększył obroty potężnych silników i poderwał Hawka z ziemi, na pożegnanie lekko kołysząc grubym, opancerzonym kadłubem na boki. Zostałem sam z ruinami w tę ciepła, cichą noc. Otaczające park zębiska zniszczonych domów i zwały betonu, będące pozostałością budynku władz miejskich, nie nastrajały zbyt optymistycznie. Lecz ja do podobnych widoków byłem przyzwyczajony. Właśnie w takich warunkach czułem się najlepiej, niczym drapieżnik w swoim naturalnym środowisku. Szybko, przygięty do ziemi, przemknąłem pomiędzy pagórkami gruzowiska, umykając ze środka placu ku zniszczonym ruinom, równym prostokątem okalającym park. Na pożegnanie nawigator przekazał mi zwykłą, wydrukowaną na zalaminowanym papierze mapę, wskazując najważniejsze punkty w mieście – plac Karlovo namesti, czyli miejsce lądowania – tutaj, koryto Wełtawy jakieś dwieście metrów na zachód, przerzucony nad nim most Legii, jedyny wciąż istniejący łącznik dwu części Pragi, spinający oba brzegi rzeki poprzez wyspę Strelecky Ostrov. Otrzymałem ostrzeżenie o grasujących w tej części miasta trzech głównych uzbrojonych grupach: bandach czeskich bojowników Hrdina, czyli „Bohaterów”; pozostałościach rosyjskich oddziałów kontrolujących miasto po drugiej stronie rzeki i ponadnarodowych grupach nazywających się Panterami, mordujących wszystkich po równo. Prosta sprawa, teren ciężki. Dzięki, Jack, za lapidarność instrukcji. Gdzie ja w tym wszystkim odnajdę zagubionych Marines?

Najpierw muszę dotrzeć do miejsca prawdopodobnego upadku Epsilon-3 – starego praskiego Cmentarza Żydowskiego lub pozostałości po tym miejscu. A potem się zobaczy.

Dobiegłem do najbliższego budynku, a właściwie jedynie jego fasady, samotnie stojącej wśród spiętrzonych wokół pagórków pokruszonego betonu, cegieł i powyginanej stali. Cisza, ciemno, ani śladu jakiegokolwiek ruchu. Na oczy nasunąłem niewielkie gogle, dodatkowe wyposażenie lekkiego hełmu z włókien węglowych, jaki miałem na głowie. Noktowizor również nie pokazał mi niczego więcej, tyle tylko, że wyraźniej widziałem wszystkie przeszkody leżące na ziemi i dzięki temu mogłem szybciej się poruszać. Powoli, uważnie rozglądałem się naokoło. Ktoś musiał słyszeć nadlatującego Hawka, na pewno przyjdzie sprawdzić przyczynę wizyty helikoptera. Albo ktoś może tu już być i, zerkając przez lunetę karabinka snajperskiego, wypatrywać celu.

Ciemność, cisza. Żadnego ruchu. Odruchowo sprawdziłem bezpiecznik XM’a, bezdźwięcznie stuknąłem knykciami palców w magazynek z nabojami. Wszystko było w porządku, karabin był gotowy do użycia. Jeszcze kilka minut muszę poczekać, myślałem, walcząc z adrenaliną, ponaglającą moje ciało do działania, do ruchu. Jeszcze chwila spokoju.

Przy takim zadaniu najważniejsza jest dyscyplina. Opanować nerwy, stłumić chęć natychmiastowego działania. Czekać, cierpliwie czekać, sprawdzając otoczenie. Im więcej dostrzegę na początku, tym bezpieczniej wykonam zadanie. A jednak plac trwał w ciszy i bezruchu.

Uruchomiłem wmontowane w hełm radio. Urządzenie jednocześnie wysyłało mój identyfikator i nasłuchiwało ewentualnych sygnałów z podobnych radioodbiorników, w jakie standardowo wyposażeni byli zaginieni żołnierze. Nic, cisza. Ostrożnie wyjąłem radiotelefon, przekazany mi przy odlocie z Linz, i podłączyłem go do mojego systemu. Wywołałem Marines kilka razy, ale odpowiedzią był jedynie szum tła. Faktycznie, ktoś skutecznie zagłuszał cały obszar. Radio zapewne na nic mi się nie zda. Ale pozostawiłem odbiornik w funkcji czuwania, w której zaalarmuje mnie, jeśli tylko odbierze sygnał identyfikacyjny poszukiwanych żołnierzy. Zobaczymy.

Poczekałem jeszcze kilka minut. Czas na mnie, pomyślałem. Obserwując uważnie ruiny budynków, wypatrując snajperów i pułapek, w ślad za wzrokiem przesuwając lufę przyłożonego do ramienia karabinka, ostrożnie poruszałem się od sterty gruzu do ściany budynku. Od narożnika gmachu, wciąż oznaczonego szyldem z napisem „Deutche Bank”, do pordzewiałego wraku furgonetki. Powolny, rwany rytm przemieszczania się uspokajał, pozwalał opanować szybkie tętno, pulsujące w głodnych wrażeń żyłach. I wciąż nikogo, wciąż cisza.

Poruszałem się dość szybko ulicą Jungmannową, byłem już prawie w połowie drogi do celu – cmentarza żydowskiego – gdy nagle poczułem obecność innego człowieka. Bardziej węchem i słuchem niż wzrokiem, mimo nasuniętych na oczy gogli i włączonego noktowizora. Zastygłem w pół kroku, zamarłem na ułamek sekundy w bezruchu, starając się określić kierunek, z którego nadpłynął do mnie impuls, który zaalarmował moje zmysły. W lewo ode mnie, lekko z przodu, skrzyżowanie, na które właśnie miałem wejść. Powoli pochyliłem się do ziemi i przesunąłem w wyznaczonym przez mój instynkt kierunku. Skrywając się za zwałowiskiem gruzu, na którego szczycie ktoś dowcipny ustawił nienaruszony porcelanowy bidet, położyłem się na ciepłym asfalcie i ostrożnie, powolutku zacząłem się przesuwać ku źródłu alarmującego smrodu.

Bo to był zapach, delikatny i ulotny. Mało przyjemny odór ludzkiego potu i starych skarpet. Ale jednoznacznie wskazujący na obecność człowieka.

Ostrożnie wysunąłem głowę poza leżące na ziemi kawałki muru, starając się jak najmocniej rozpłaszczyć na ziemi. O wiele bezpieczniej jest wyglądać zza osłony tuż nad ziemią, niż na naturalnej dla większości ludzi wysokości półtora metra. Łatwiej oszukać przeciwnika, w sposób instynktowny wypatrującego jakiegokolwiek ruchu znacznie wyżej.

Facet siedział w załomie budynku, po drugiej placu będącego jednocześnie rozległą krzyżówką, jakieś trzydzieści metrów ode mnie. Skulony w ciemnym kącie, powoli pił z trzymanej w lewej ręce manierki. Prawą dłoń opierał na leżącym obok karabinku. Ostrożny, pomyślałem. Widziałem ruch grdyki mężczyzny, bezgłośnie przełykającego płyn. Albo miał wzrok jak sowa, albo też korzystał z noktowizora, bo było już bardzo ciemno, zwłaszcza tutaj, wśród czarnych ruin miasta. Obracał głową na lewo i prawo, ale nie dostrzegłem na jego twarzy gogli noktowizyjnych, więc domyśliłem się, że raczej nasłuchuje, niż wypatruje. Musiałem działać bezgłośnie.

Ostrożnie wyciągnąłem z przytroczonej do plecaka kabury sto dziewięćdziesiątkę. Odruchowo sprawdziłem komorę na strzałki, chociaż jeszcze w samolocie go załadowałem, tak jak i pozostałą broń. Niewielki pocisk zawierał midazolam, środek normalnie używany do usypiania dużych zwierząt. Tutaj miał mi posłużyć do powalenia najgroźniejszego drapieżnika, jaki żyje na ziemi.

Schowałem pistolet do kabury i ruszyłem w kierunku mężczyzny. Powoli czołgałem się od jednej sterty gruzu do kolejnej, nieustannie zbliżając się do przyczajonego człowieka. Musiałem poruszać się bardzo uważnie i cicho, nie chciałem nieostrożnie wzbudzić jego czujności. Ale skulony żołnierz nie przestawał pić z manierki. W końcu jednak dotarłem do końca wędrówki. Dwie nadpalone opony stanowiły ostatnią osłonę, a pomiędzy nami pozostała jedynie pusta i cicha ulica.

Niestety, pistolety z ładunkami paraliżującymi mają niewielki zasięg, efektywnie można z nich strzelać do celów odległych nie dalej, niż o sześć metrów. Mnie do kucającego człowieka dzieliło minimum osiem kroków, ale nie było możliwości podejść bliżej – musiałem zaryzykować. Ostrożnie wymierzyłem i modląc się w duchu, aby ciche puknięcie towarzyszące wystrzeleniu strzałki nie zaalarmowało pijącego mężczyzny, nacisnąłem spust.

W tym samym momencie skulony człowiek poruszył się, przekręcając głowę w moją stronę. Nie wiedziałem, co zwróciło jego uwagę, ale to nie miało znaczenia. Już w chwili wystrzału zerwałem się z asfaltu, jednym potężnym susem pokonując połowę dzielącej nas odległości. Wiedziałem, że świadomie czy instynktownie mężczyzna poruszył się na tyle, że strzałka, mierzona w jego szyję, chybiła celu. Musiała.

Tak też się stało. Żołnierz, jeszcze zanim dostrzegł mnie skaczącego w poprzek jezdni, zerwał się na nogi, podnosząc z ziemi karabin.

Spodziewałem się, że tak zrobi, więc przede wszystkim zająłem się jego bronią. Celne, silne kopnięcie w rękę wytrąciło karabinek z dłoni mężczyzny i jednocześnie zachwiało jego równowagą. Zatoczył się, wpadając na ścianę budynku. Otworzył usta do krzyku. Wiedziałem, że nie mogę tracić ani sekundy. Zamachnąłem się, mierząc w gardło. Instynktownie zasłonił się ręką, ale nie zauważył, że w trakcie skoku wyszarpnąłem z uchwytu na plecach nóż. Nawet nie stęknął, kiedy ostrze przeszło przez dłoń i wbiło się w chrząstki krtani, miażdżąc struny głosowe, zanim zdążył wydać z siebie choćby pojedynczą głoskę.

Powoli osunął się na ziemię, a ja szybko obróciłem się twarzą do ulicy, unosząc do policzka kolbę Hecklera. Ale nikogo więcej na ulicy nie było. Nie było świadków jego szybkiej, choć na pewno bolesnej śmierci, kiedy za moimi plecami odetchnął z wysiłkiem jeszcze dwa razy i umarł. Powolutku wycofałem się w zaułek, który jeszcze do niedawna zajmował wartownik. Wyszarpnąłem nóż z jego gardła i schowałem do pochwy, oczyszczając przedtem ostrze z krwi. Najciszej jak to możliwe wsunąłem trupa głębiej we wnękę, mając nadzieję, że do rana nikt go nie odnajdzie. Nie mogłem tracić ani chwili więcej, musiałem ruszać w dalszą drogę, więc szybko, pochylony, przebiegłem wzdłuż muru w kierunku ulicy Perlovej.

I wtedy, mijając na wpół zawalone zejście do podziemia, poczułem zapach palonego papierosa. I usłyszałem gwar podnieconych głosów. Zamiast iść dalej, postanowiłem sprawdzić, kogo i czego pilnował spragniony mężczyzna, któremu nie było dane tego pragnienia zaspokoić.

***

Cicho zbliżyłem się do schodów. Coraz wyraźniej słyszałem dobiegające z dołu rozmowy, lekko przytłumione okrzyki. Z tunelu, do którego prowadziły schody, biła chybotliwa poświata, zapewne od rozpalonego ognia.

Ostrożnie wyjrzałem zza betonowej barierki. U stóp schodów stał zwrócony plecami do mnie mężczyzna, ubrany w brudny, zielony mundur. Przez plecy przerzucił sobie stary, chiński model AK 47. Pochylony, przypatrywał się czemuś, co działo się w głębi podziemia, a czego ja jeszcze dostrzec nie mogłem. Powoli przewiesiłem Hecklera przez plecy i wyjąłem z kabury berettę. Przyciskając plecy do chropawej, podziurawionej pociskami ściany, zacząłem schodzić w kierunku strażnika, który najwyraźniej zapomniał o swoich obowiązkach. Po chwili byłem tuż za mężczyzną. Wyraźnie czułem zapach tytoniu, jakim był przesiąknięty. Nie nadawał się na wartownika – śmierdział i był za mało uważny. Zarzuciłem mu ramię na twarz, zakrywając usta, i jednocześnie mocno uderzyłem pistoletem, mierząc w kark. Standardowe beretty nie nadają się do bicia ludzi – nieostrożność może doprowadzić do uszkodzenia magazynka i zablokowania go wewnątrz broni – ale ten egzemplarz był specjalnie wzmocniony i zmodyfikowany tak, aby można go było używać w walce wręcz.

Wartownik zwiotczał i pozwolił się bezgłośnie położyć na ziemi. Szybko wyciągnąłem ogłuszonemu parciany pasek i związałem nim ręce. Z jego broni zsunąłem obudowę i bezdźwięcznie wyjąłem suwadło wraz z zamkiem, a tak rozmontowany karabinek położyłem wyżej, na schodach, poza zasięgiem nieprzytomnego człowieka. Kucnąłem i rzuciłem okiem wgłąb podziemia, z którego dobiegały ciche męskie okrzyki i bił słaby poblask ognia. Nie powinienem był tego robić.

Tunel miał kilkanaście metrów długości, kończył się stertą dużych bloków betonowych. Pod zwałowiskiem ustawiono w kwadrat cztery pordzewiałe beczki, w których rozpalono niewielkie ogniska. Wewnątrz czworoboku znajdowało się teraz sześciu mężczyzn, skupionych wokół rozciągniętej na ziemi atrakcji wieczoru.

Dziewczyna, może dwudziestoletnia, może młodsza, leżała na starym, brudnym materacu. Rozciągnięte ramiona i nogi skrępowane były grubymi pasami, przywiązanymi do wbitych w ziemię, stalowych kolców. Naga, z małymi, sterczącymi w górę, posiniaczonymi piersiami, leżała bez ruchu z twarzą zwróconą w moją stronę. Nie wiedziałem, czy jeszcze żyła, bo oczy miała zamknięte. Za to pochyleni nad nią mężczyźni czerpali z życia, ile tylko mogli. Czterech otaczało materac, a dwu pozostałych pochylało się nad leżącą. Jeden z nich, ze spodniami spuszczonymi poniżej kolan i śmiesznym, białym tyłkiem nurkował pomiędzy szczupłymi, poznaczonymi ciemnymi krwiakami udami uwięzionej. Drugi z jego kompanii klęczał przy jej głowie, w dłoni ściskając nabrzmiałego członka. Obydwaj co chwila szarpali leżącą i wymierzali leżącej brutalne razy. Na pewno nie robili tego po raz pierwszy, o czym świadczyły liczne rany i siniaki na ciele związanej. Mężczyzna gwałcący znieruchomiałą ofiarę brutalnie ściskał jej niewielkie piersi, miarowo stękając w rytm własnych ruchów. Nie znałem języka, którym porozumiewali się uczestnicy przedstawienia, ale domyślałem się, że stojący naokoło dopingowali obydwu towarzyszy.

Dziewczyna, mimo brutalnego traktowania, nie broniła się. A może właśnie dlatego, że tak ją maltretowano. Nie widziałem wyraźnie z tej odległości, ale wydawało mi się, że oprawcy nie poprzestawali jedynie na biciu ofiary – niewielkie, czerwone krosty na jej skórze wydawały się świadczyć o przypalaniu dziewczyny papierosami. Dość, pomyślałem. Czasem mam dość ludzi.

W tej właśnie chwili mężczyzna klęczący przy głowie uwięzionej sapnął głośniej i, szarpiąc leżącą za włosy, zaczął strzelać spermą. Dopiero wtedy kobieta dała znak życia – mimo, że przytrzymywana za ciemne, gęste loki, odgięła głowę jak najdalej od kutasa sterczącego tuż przy jej twarzy. Wtedy ruszyłem do przodu. Płynnym ruchem przerzuciłem XM’a, przykładając kolbę do barku, i nacisnąłem spust. Najpierw zdjąłem dwu widzów, stojących twarzami do mnie. Logicznie analizując sytuację, byli dla mnie największym zagrożeniem. A rozumując nielogicznie, było mi wszystko jedno. Po prostu chciałem ich wszystkich pozabijać. Obydwaj padli w tył niczym ścięte drzewa, wzbijając chmurę betonowego kurzu.

Jeszcze huk wystrzałów nie przebrzmiał na dobre w podziemiu, a znów otworzyłem ogień, trafiając dwu żołnierzy, stojących tyłem do mnie. Jeden komicznie zamachał rękoma i padł twarzą w stojącą obok niego beczkę, rozrzucając palące się w jej wnętrzu szmaty. Drugi, który zaczął się obracać w moim kierunku, dostał w bok, krzyknął głośno i padł na kolana, a z rany trysnęła krew.

Postąpiłem dwa kroki w przód, wkraczając w krąg chybotliwego światła, rzucanego przez paleniska. Dwaj pochyleni nad dziewczyną mężczyźni drgnęli, jak gdyby dopiero teraz mnie dostrzegli. Klęczący przy głowie uwiązanej kobiety gwałtownie szarpnął ciałem w tył, usiłując wstać mimo rozpiętego pasa i ściągniętych gaci. Spokojnie wymierzyłem i nacisnąłem spust. Rzuciło nim w tył, przewrócił się na plecy wyjąc z bólu i starając się dosięgnąć rany dłonią. Gwałciciel, nadal tkwiący pomiędzy udami dziewczyny, popatrzył na mnie dziko, sięgając ręką gdzieś za leżącą kobietę. Lekko przekręciłem trzymanego w dłoniach XM’a chcąc pozbyć się ostatniego przeciwnika, ale nie doceniłem ich jako żołnierzy. Klęczący, trafiony w bok mężczyzna rzucił się gwałtownie wprzód – uczepił się skrwawionymi palcami mojego karabinka, ciągnąc broń do siebie. Puściłem XM’a, przez co szarpiący się ze mną żołnierz padł na plecy. Szybko wyszarpnąłem z kabury berettę i, niemal nie celując, dobiłem go strzałem w głowę. Ale chwila zwłoki wystarczyła. Gdy spojrzałem ponownie na dziewczynę, sytuacja uległa zmianie.

***

Wpół klęcząc, wpół leżąc na kobiecie i wbijając w jej brzuch lufę trzymanego w rękach AK, ostatni z szóstki patrzył na mnie, szczerząc się w wykrzywionym strachem uśmiechu. Wymierzyłem w niego berettę.

– Spokojnie – odezwałem się. – Rozumiesz po angielsku?

– Tak – odparł tamten nerwowo.

– Dobrze. Popatrz, odkładam broń – powiedziałem, odchylając w bok lufę beretty. Lekko rozłożyłem ręce, pistolet trzymałem w lewej dłoni. Jak bardzo jest spostrzegawczy? W ogóle. Nie zauważył, że jestem praworęczny. Patrzył na mnie w milczeniu, jakby oceniając moje zachowanie.

– Kto ty jesteś? – spytał w końcu. – Znasz ją?

– Ją? Absolutnie nie. Mam ją w dupie. Chcesz, to ją zabij – odparłem, lekko wzruszając ramionami. – Chodziło mi o was.

Mężczyzna łyknął przynętę.

– Wiedziałem – mruknął. Na ułamek sekundy odwrócił wzrok. Tracił koncentrację. – Wiedziałem, że będą chcieli nas dopaść.

Znów wzruszyłem ramionami. Powoli pochyliłem się, kładąc pistolet na ziemi. Jednocześnie wysunąłem nóż z pochwy na plecach. Miałem faceta na widelcu.

– Zgadza się – rzuciłem. – Mieli na was jakieś haki. Mi nic do tego. Ja mam rozkaz. Ale powiem im, że zlikwidowałem wszystkich. Ty znikaj.

Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

– Tak po prostu? – spytał. – Nic im nie powiesz?

– Oczywiście, że nie – odpowiedziałem. – Po co mają wiedzieć, że sobie z tobą nie poradziłem?

– No właśnie – mruknął. Podjął decyzję. – No właśnie. Dobrze…

Niemal słyszałem jego myśli. Czułem, co postanowił zrobić. Naciśnie spust, zabijając dziewczynę – po co mu ona w tej chwili? – a potem pewnie zabije mnie. Niestety dla niego, nie taki był mój plan. Gwałtownie prostując prawą rękę, szarpnąłem nadgarstkiem. Energicznie wyrzucony nóż kompletnie go zaskoczył. Trafił mężczyznę w policzek i wbił się głęboko w twarz, aż po rękojeść. Żołnierz przewrócił się na bok, z obrzydliwej rany buchnęła krew.

Szybko uniosłem XM’a i rozejrzałem się wokoło. Żadnego ruchu. Ostrożnie pochyliłem się i podniosłem berettę, włożyłem ją do kabury i podszedłem do leżącej nieruchomo kobiety. Patrzyła na mnie z lękiem, mrużąc opuchnięte powieki. Z bliska wyglądała jeszcze gorzej, niż mi się wydawało. Rozległe siniaki pokrywały jej lewy bok, liczne ślady po oparzeniach znaczyły ramiona, piersi i uda dziewczyny. Widziałem nawet opuchnięte, jątrzące się rany po nożu. Czasem widywałem przerażające rzeczy, ale mimo upływu lat nie potrafiłem się na nie uodpornić.

Przewiesiłem Hecklera przez plecy i powolutku pochyliłem się nad dziewczyną. Zaczęła wyraźnie drżeć, jej piwne oczy wypełniły się łzami, wyglądała jak zaszczuty pies. Rozejrzałem się wokoło. Obok trupa, w którego twarzy wciąż tkwił mój nóż, leżał stary, wytarty, skórzany płaszcz. Sięgnąłem i podniosłem go z ziemi. Nie śmierdział za bardzo, zresztą nie miałem większego wyboru, musiał starczyć.

Stanąłem nad znieruchomiałym trupem i, przytrzymując jego głowę stopą, wyszarpnąłem nóż. Wytarłem ostrze o brązowożółty podkoszulek, który miał na sobie i odwróciłem się do uwięzionej. Powoli, nie chcąc wystraszyć kobiety, przeciąłem pasy krępujące nadgarstki, potem uwolniłem stopy.

– Nie wiem, czy mnie rozumiesz – odezwałem się cicho – ale z mojej strony nic ci nie grozi. Jesteś bezpieczna.

Dziewczyna patrzyła na mnie ze strachem. Z widocznym wysiłkiem poruszyła się, zakryła posiniaczone piersi. Ciągle drżała – nie wiedziałem czy z zimna, czy raczej ze zgrozy. Przykryłem ją trzymanym w rękach płaszczem. Kiwnęła głową z wdzięcznością.

Przekląłem w myślach swój samarytański gest. Zadziałałem bez zastanowienia, nielogicznie, absolutnie wbrew starym nawykom. Przecież nie wiedziałem nawet, co z nią zrobię. Nie mogłem wziąć takiego balastu ze sobą, a pozostawienie pobitej, rannej i wycieńczonej kobiety oznaczało skazanie jej na śmierć.

Potem coś wymyślę, teraz trzeba opatrzyć rany. Ściągnąłem plecak i położyłem go razem z karabinkiem obok materaca. Dziewczyna popatrzyła na mnie przekrwionymi oczyma. Chciałem powiedzieć coś uspokajającego, ale nie potrafiłem znaleźć odpowiednich słów. Uśmiechnąłem się tylko, wyciągając opatrunek. W tym momencie z tyłu rozległ się trzask odbezpieczanej broni, a po ułamku sekundy poczułem potężne uderzenie w plecy i runąłem na umęczoną dziewczynę. Huk wystrzału przetoczył się nade mną, i zdążyłem jedynie pomyśleć, jak wielkim jestem głupcem.

***

Żyję. Jestem tym niezmiernie zdziwiony. Moje płuca, równo przemieszane z żołądkiem, dwunastnicą i jelitem cienkim powinny walać się po betonowej posadzce wyścielającej podłoże tunelu, ale tak nie jest. Plecy bolą potwornie, lecz nadal są w całości. A więc nowy uniform jest tak dobry, jak obiecywała reklama. W dzisiejszych czasach to wielka niespodzianka.

Leżę na dziewczynie, która zesztywniała z przerażenia. Powoli ruszam ramionami i nogami. Mogę to zrobić, a więc kręgosłup cały, rdzeń kręgowy też. Gigantycznym wysiłkiem woli przekręcam się na plecy i zsuwam z materaca.

Chciałbym wstać, choćby unieść głowę, ale nie mogę. Plecy bolą tak bardzo, że przy każdym oddechu napływają mi łzy do oczu. Patrzę na mężczyznę, stojącego nade mną z kałachem w dłoniach. Widzę niektóre szczegóły zaskakująco dobrze: z lufy karabinka unosi się jeszcze smużka dymu, a jego postrzał na ramieniu wygląda paskudnie, strzępy koszulki wystają z rany. Jeśli mu tego nie oczyszczą lekarze, już po nim, przemyka mi przez głowę. Czym ja się teraz martwię? Patrzę na jego twarz. Usta ma wykrzywione w dziwacznym grymasie bólu i radości. Mruży oczy, po czym strzyka śliną w moim kierunku. Przesuwa wzrok na dziewczynę. Nie! – krzyczę w myślach, bo nie jestem w stanie wydobyć z siebie najlżejszego szeptu. Nie ją! Nie ją, gnojku!

Ale on nie słyszy, zresztą wątpię, czy posłuchałby, nawet gdybym zdołał cokolwiek powiedzieć. Powoli przykłada kobiecie broń do czoła i patrzy na mnie. Huk wystrzału jest potężny, lecę w jedną stronę, ona w przeciwną. Leżąc na boku, patrzę na martwą kobietę i błagam ją o przebaczenie. Gdybym się nie zjawił, nadal by żyła. A tak, zachciało mi się zostać bohaterem i tak to się skończyło. Chciałem dobrze, a wyszło jak zwykle.

Ranny żołnierz odwraca się w moją stronę. W końcu mogę wykrztusić jakieś słowa.

– Radzę, szybko mnie zabij. Nie chcesz, żebym wstał – charczę z wysiłkiem. Tamten chyba rozumie, bo wybucha śmiechem. Unosi kałasznikowa. Koniec, myślę, to już koniec. Ale w sumie zasłużyłem na taką śmierć. Stanąłem plecami do niego nie sprawdzając wcześniej, czy żyje. Chyba robię się nieostrożny, a nieostrożni szybko giną. Odwracam wzrok.

Rozlegają się trzy wystrzały, ale to nie AK-47 strzela. Gdzieś za mną ktoś wali ze starego, dobrego SCARa. Człowiek z karabinem w rękach wzlatuje w powietrze i pada ciężko na beton kilka metrów dalej. Robi mi się słabo, tracę ostrość widzenia i czuję, że zaraz odjadę. Jak przez mgłę widzę pochylającą się sylwetkę. Coś do mnie mówi, widzę tylko poruszające się, nienaturalnie wielkie usta. Co za koszmar. Zapadam w ciemność i, szczerze mówiąc, nie mam nic przeciwko temu.

***

Ból. Kłujący ból. Szyja. Ha, pomyślałem, to znaczy, że mam jeszcze szyję. Z wysiłkiem otworzyłem oczy i spróbowałem przekręcić głowę w bok, instynktownie odsuwając się od źródła bólu, ale czyjeś ramię przytrzymało mnie w mocnym uścisku. Niemal od razu zorientowałem się, że ramiona i nogi również mam unieruchomione. Otworzyłem szerzej oczy, starając się rozejrzeć, ale nie mogłem skupić wzroku. Po kilku sekundach szum w uszach znikł, ustało uczucie bujania na boki, a świat zaczął się wyostrzać.

Igłę wyciągnięto i ból ustał, a ja zerknąłem w dół. Rozebrano mnie do naga i posadzono na metalowym krześle, chłód stali działał orzeźwiająco. Łydki zostały przywiązane do nóżek krzesła, wykręcone do tyłu ręce zostały skrępowane i „na krótko” podwiązane do unieruchomionych nóg. Im bardziej szarpałem ramionami, tym mocniej zaciskały się opaski na nogach. Porządna robota. Trzymające głowę ramię poluzowało uchwyt i po chwili mogłem swobodnie rozejrzeć się dookoła. Znajdowałem się w dużej sali, której jedną ze ścian stanowiły wielkie okna. Tafle szkła przesłonięte były wiórowymi płytami, a półmrok w pomieszczeniu rozświetlały żarówki, smętnie zwisające z sufitu na pojedynczych przewodach elektrycznych. To była kiedyś restauracja – pomyślałem, widząc zepchnięte pod przeciwległą ścianę i ułożone w porządną stertę drewniane stoły oraz dębowy kontuar barowy, ciągnący się wzdłuż dłuższej ściany pomieszczenia, od poustawianych w stos mebli aż do miejsca, w którym siedziałem.

Poruszyłem się, ale krzesło, na którym siedziałem ani drgnęło. Spojrzałem w dół. Nóżki wpuszczono w stalowe sztaby, przykręcone masywnymi śrubami do podłogi. Zniszczonej, ale wciąż pięknej, drewnianej podłogi, jak zdążyłem przy okazji zauważyć. Czyli raczej się nie uwolnię. Rozluźniłem mięśnie. Nie miałem co się szarpać, więzy były porządne i jeszcze żyłem – co oznaczało, że pojmali mnie zawodowcy i przynajmniej chwilowo uznali za potrzebnego.

Jakby w odpowiedzi na moje przemyślenia za plecami rozległy się słowa, wypowiedziane miłym, niskim, damskim głosem:

– Właśnie tak. Spokojnie, bez nerwów. I tak się pan nie uwolni, panie Hayter. Czy też raczej powinnam powiedzieć: Grey Fox.

Odgłos obcasów, stukających głośno na drewnianych deskach, poniósł się echem po pomieszczeniu. Dopiero wtedy poczułem zapach jej piżmowych perfum. Buty zastukały po lewej i po chwili mogłem dostrzec nieznajomą, zerkając w bok.

Wysoka, ciemnowłosa kobieta obeszła krzesło, do którego zostałem przywiązany, i stanęła przede mną w lekkim rozkroku, opierając dłonie na biodrach. Ubrana była w spodnie od munduru polowego armii rosyjskiej i wypłowiałą, zielonkawą koszulkę na ramiączkach, która z trudem mieściła okazały, krągły biust. Przez moment patrzyła na mnie badawczo.

– No, no – odezwała się po chwili milczenia. – Kto by pomyślał, że taki kąsek wpadnie w moje ręce.

Spojrzałem na nią uważnie, mrużąc oczy w słabym świetle. Na moje oko trzydzieści lat, ładna twarz, z pełnymi ustami i ciemnymi, niemal czarnymi oczyma. Gęste, błyszczące włosy opadały grubym warkoczem na odkryte ramię. Gładka szyja, zgrabna sylwetka i naprawdę imponujący biust wywoływały duże wrażenie. A wysokie, czarne oficerki z obcasami podkutymi blachą, głośno stukającą przy każdym kroku, były efektowne, choć niepraktyczne.

– Napatrzyłeś się, Hayter? – spytała.

– Tak – odparłem. Słowa z trudem przeciskały mi się przez wyschnięte gardło. Przełknąłem ślinę, ale nie pomogło. – Cóż, moje imię już znasz. A ja chyba znam twoje.

– Tak? – spytała z uśmiechem. – No, to kim według ciebie jestem?

– Pułkownik Natalia Pawliczenko. Wnuczka Ludmiły Pawliczenko i Michaiła Surkowa, słynnych radzieckich bohaterów Wielkiej Wojny. Zgadłem?

Natalia Pawliczenko uśmiechnęła się, błyskając rzędem bielusieńkich zębów. Na szczęście urodę odziedziczyła po dziadku, podobno bardzo przystojnym łamaczu kobiecych serc.

– Jak widzę, niepotrzebne są dalsze uprzejmości – odpowiedziała chłodno. Pochyliła się lekko do przodu, a jej biust naparł na zielonkawą bawełnę podkoszulka. Mając taki widok niemal przed nosem, z trudem udawało mi się skupić na tym, co mówiła. – Możemy przejść do rzeczy.

Wyprostowała się, patrząc na mnie uważnie.

– Starzejesz się, Mr Hayter – powiedziała powoli, twardo wymawiając ostatnią spółgłoskę w nazwisku. – Wiedzieliśmy, że ciebie tu przyślą i, szczerze mówiąc, spodziewaliśmy się kłopotów z twojej strony. A tutaj proszę bardzo, sam nam wpadłeś w ręce jak dojrzałe jabłko.

Uśmiechnąłem się lekko.

– Jestem zaszczycony tym, że tak dużo się po mnie oczekuje – odrzekłem. – I bardzo mi przykro, że aż tak bardzo panią rozczarowałem, pani pułkownik.

Natalia Pawliczenko osiągnęła tak dużo w rosyjskiej armii bynajmniej nie dzięki swoim dwu naturalnym atutom. Poza atrakcyjnym wyglądem posiadała jeszcze inne talenty.

– Czy mnie rozczarowałeś, Dawidzie, to się jeszcze okaże – szepnęła, znów się nachylając w moim kierunku. Kanion pomiędzy jej piersiami był wprost oszałamiająco głęboki. I bardzo rozpraszający. Podniosłem wzrok na uśmiechniętą twarz kobiety. Była piękna, wiedziała o tym i lubiła prowokować. Ale poza tym lubiła wiele mniej przyjemnych rzeczy. Tortury, przesłuchania – między innymi. Poza tym, była najlepszym snajperem dwudziestego pierwszego wieku, jakiego wyprodukowała rosyjska armia.

Pułkownik Pawliczenko ponownie się uśmiechnęła. Bardzo ładnie.

– Ale zrobiłeś się miękki, to na pewno – mruknęła, niedwuznacznie zerkając na moje krocze. – Po co ta awantura z dziewczyną? Przecież miałeś inne zadanie, prawda?

Cholera, skoncentruj się, David. Ona cały czas gra.

– Nie – odpowiedziałem – wysłano mnie po to, żebym oswabadzał gwałcone kobiety z rąk ich oprawców. I masz rację, starzeję się, bo przestało mi to wychodzić.

Kobieta znów wyprostowała się i wsparła dłonie na biodrach. Boże, czy spod zielonkawej bawełny zerkają na mnie jej sterczące brodawki?

Potrząsnąłem głową. Co się ze mną dzieje? Skąd te dziwne myśli?

– Och, Mr. Hayter – mruknęła. – proszę aż tak nisko się nie oceniać. Fakt, spierdolił pan sprawę, nie sprawdzając czy ten typ jeszcze żył, ale przecież nic się strasznego przez to nie stało, prawda?

Stukając obcasami obeszła krzesło i stanęła z tyłu. Nie widziałem jej, ale nie musiałem – czułem doskonale duszny zapach perfum, otumaniający zmysły. Wtem odezwała się, a stała tak blisko, że poczułem na karku ciepły oddech. Drgnąłem bezwiednie. Zakląłem w myślach, powinienem lepiej panować nad ciałem.

– Wiemy o systemie Patriot. I o rozbitym satelicie – szeptała, a ja poczułem, że dostaję gęsiej skórki. Zerknąłem w dół i ze zdziwienia niemal jęknąłem. Mój członek stał, aż miło. – Wiemy także o wysłanych Marines. Jak myślisz, kto zagłusza komunikację?

Sapnąłem cicho. Przez to, co właśnie usłyszałem, ale też w związku z nieposłusznym penisem.

– Kim jesteście wy „wy”? – spytałem nieco nielogicznie. Nie rozumiałem, skąd wzięły się tak intensywne emocje, nad którymi nie byłem w stanie zapanować.

– Och, o tym dowiesz się w swoim czasie – mruknęła gardłowo kobieta za moimi plecami. – Pozwolisz, że póki co to ja będę trzymała wszystkie atuty w ręku.

Obróciłem głowę w tył na tyle mocno, na ile pozwalała siedząca pozycja. Nie myliłem się – pani pułkownik pochylała się, wpatrując w moje krocze.

Wziąłem głęboki oddech, mając nadzieję, że zimne powietrze pomoże opanować emocje.

– Skoro wiecie tak dużo, po co to przesłuchanie? – spytałem. – Co mógłbym wam jeszcze wyjawić?

– Ależ drogi chłopcze – zaśmiała się Natalia Pawliczenko, znów stukając obcasami. Stanęła przede mną i, zerkając na moją sztywną męskość, lekko oblizała usta. Delikatnie, ale bardzo sugestywnie. – Nie chodzi o to, co miałbyś mi wyjawić. Wszystko mam już podane na talerzu – znów perlisty śmiech. Zadrżałem. – Poproszono mnie, abym przekazała ci propozycję.

– Tak? – szepnąłem. Nie chciałem szeptać, ale na nic więcej nie było mnie stać. Z trudem mogłem skupić myśli, coś się ze mną działo.

Pani pułkownik rozpięła klamrę pasa. Zaczęła powoli wysuwać go ze szlufek. Teraz to ja oblizałem spierzchnięte usta.

– Nasza propozycja jest taka: przyłącz się do nas. Twoje talenty na pewno przydadzą się w naszej organizacji – rzuciła.

– W jakiej… organizacji? – jęknąłem. – I co się ze mną, do kurwy nędzy, dzieje?

– Och, Davidzie – lekki uśmiech wykrzywił pełne usta Natalii. – Po co te wulgaryzmy? Cóż, odpowiedź na pierwsze pytanie jest prosta. Nasza organizacja, nazwijmy ją – choć to nieco pretensjonalne – Synami Patriotów, powstała tuż po ataku w Londynie.

Pasek wyskoczył z ostatniej szlufki. Natalia przez chwilę trzymała go w wyciągniętej ręce tuż przed moją twarzą. Lekko machnęła nim w bok, a ja zadrżałem. Skórzana końcówka delikatnie uderzyła w czubek mojego penisa, w najdelikatniejszą część. Kolejne machnięcie i znów to samo lekkie, drażniące każdą komórkę mego ciała dotknięcie. Ciemnowłosa kobieta zaśmiała się chrapliwie i odrzuciła pas za siebie. Świsnął w powietrzu i zabrzęczał klamrą, upadając na drewnianą podłogę. Pochyliła się, dłonie opierając na moich udach. Bardzo, ale to bardzo blisko sterczącego członka. Krągłe piersi miałem tuż przed sobą tak, że gdybym mógł się pochylić choćby o cal, dotknąłbym tych sterczących sutków. Ale jej gorący oddech parzył, praliżując na tyle skutecznie, że zapewne nie byłbym w stanie drgnąć, nawet gdybym nie był skrępowany.

– Utworzyli ją wyżsi rangą dowódcy wojskowi, pochodzący z różnych krajów – mruczała, a ja dygotałem, przywiązany do krzesła. – Znający się z różnych wspólnych manewrów i spotkań, wybitni stratedzy i taktycy. Oceniwszy sytuację, doszli do wniosku, że rządom USA, Rosji czy Chin wcale nie chodzi o przywrócenie równowagi na świecie i poprawę sytuacji ocalałych ludzi. Że odpowiada im takie status quo, w którym rządzący są władcami życia i śmierci, bezkarnie zgarniającymi dla siebie coraz to nowe bogactwa – te naturalne i te wytworzone przez człowieka. Wszystko oczywiście naszymi rękoma i za cenę naszej, żołnierskiej krwi. I wojskowi postanowili działać.

Kobieta wyprostowała się i znów obeszła krzesło, stając za moimi plecami. Szkoda, bo bardzo chciałem na nią patrzeć. Ale niski, hipnotyzujący głos Natalii wynagradzał mi to, czego nie widziałem.

– Naszym celem jest utworzenie nowego państwa, wolnej republiki, gdzie wszyscy żołnierze mogliby być niezależni, wolni i musieliby walczyć jedynie o swoje dobro, a nie ginąć z rozkazu jakiegoś głupca.

– A co ma z tym wspólnego system Patriot i ja? – spytałem.

Poczułem dotyk palców na moich barkach. Mruknęła, niczym zadowolona z siebie kotka.

– Taki silny, taki mocny – zaczęła gładzić mi ramiona, jej dłonie były zaskakująco ciepłe. – Tyle sobie obiecywałam po naszym spotkaniu i mam wrażenie, że się nie zawiodę.

Miałem wrażenie, że moja skóra, dziwnie uwrażliwiona, niemal elektryzuje się pod wpływem przesuwających się palców Natalii. Niczym rzeźbiarz sunęła opuszkami po napiętych mięśniach, odnajdując wszystkie czułe miejsca, o istnieniu których nawet nie wiedziałem. Szarpnąłem się raz i drugi, ale czując plastikowe opaski mocniej zaciskające się na łydkach, rozluźniłem mięśnie.

– Ta agresja, to napięcie – mruczała stojąca z tyłu kobieta. Zgięła palce i wbiła we mnie paznokcie. Zdziwiłem się, że są tak długie i ostre, ale po ułamku sekundy fala pożądania zalała wszelkie racjonalne myśli.

– Co mi zrobiliście? – syknąłem. – Co było w tym zastrzyku?

– A, zastrzyk – szepnęła Natalia. Puściła moje ramiona i obeszła krzesło wokoło, znów stając na wprost.

Zaczęła mówić, powoli cedząc każde słowo. Przy każdym odpinała kolejny guzik przy rozporku od spodni. Krew, i tak szalejąca w żyłach, zaczęła bulgotać niczym gotująca się smoła. Nie panowałem nad swoimi emocjami, nad własnym ciałem.

– Lubię… dogłębnie… poznawać… ludzi… wyjątkowych… – mruczała, a gdy skończyła zdanie, ostatni guzik został wyłuskany z dziurki. Przesunęła dłonie na brzuch, po drodze jakby niechcący rozchylając poły spodni na boki. Biel bielizny, kontrastująca z ciemną, opaloną skórą skutecznie przykuła moją uwagę. – A za wyjątkowego mam ciebie Davidzie – mruczała, gładząc się po brzuchu. – Ale, żeby pozbawić cię ewentualnych oporów, podałam ci syntetyk oparty na pejotlu. Pobudza zmysły i pogłębia doznania, jednocześnie likwidując jakiekolwiek hamulce.

Sięgnęła ręką do tylnej kieszeni spodni. Wyjęła niewielką, plastikową strzykawkę. Zębami zdjęła kapturek, zasłaniający końcówkę igły i wkłuła ją sobie w ramię.

– Dla mnie też odrobinka tego samego – powiedziała, naciskając tłoczek. – Przecież nie mogę cię zostawić w takim… napięciu…

Odrzuciła strzykawkę i zgrabnie odpięła klamry wysokich butów, po czym zrzuciła je ze stóp energicznymi kopniakami. Podeszła jeszcze bliżej. Nie wiem, jak wyglądałem, ale czułem się o krok od eksplozji, niczym wulkan. Popatrzyła na mnie badawczo, po czym włożyła kciuki za szlufki, mówiąc:

– Mr Hayter, wygląda na to, że jest pan gotowy…

Powolnym ruchem ściągnęła z bioder materiał spodni, pozwalając im swobodnie opaść na podłogę. Niewielki trójkącik bawełny skrywał jej kobiecość, której słodki zapach – mógłbym przysiąc – wyczuwałem już teraz, z tej odległości.

– Nie chcę tak, odwiąż mnie – warknąłem ostatkiem sił. Natalia zaśmiała się w odpowiedzi.

– Mało mnie interesuje, co i jak chcesz. Jesteś tu po to, bym JA mogła się zaspokoić.

Uklękła, kładąc gorące dłonie na moich udach. Znów zadrżałem, po trochu z żądzy i częściowo z wściekłości, wynikającej z poczucia zniewolenia.

– No, no, Davidzie, widzę, że bardzo cieszysz się na mój widok – mruknęła, pochylając się nad sterczącym przed jej twarzą członkiem, po czym rozchyliła wargi i, oblizawszy usta, połknęła go niemal w całości.

Szaleństwo to za mało, aby opisać emocje, jakie mną zawładnęły. Szarpnąłem gwałtownie ramionami, chcąc się uwolnić bez względu na ból skrępowanych ramion i nóg. Wypełniła mnie niepowstrzymana żądza, by rzucić tę kobietę na deski podłogi i zerżnąć tak mocno, jak się tylko da.

Pani pułkownik przestała na chwilę poruszać głową i popatrzyła uważnie. Wyjęła z ust moją lancę i zaśmiała się gardłowo.

– Davidzie, spokojnie, nie rzucaj się – powiedziała opanowanym, niskim głosem, na dźwięk którego pomyślałem, że oszaleję. – Mamy dużo czasu…

Znów poczułem jej pełne wargi, obejmujące członka. Potrafiła lizać, bez dwóch zdań. Jej język nie przestawał poruszać się ani na chwilę, drażniąc i pieszcząc trzymanego w ustach kutasa. Odgiąłem się do tyłu i głośno jęknąłem. Usta Natalii były takie gorące, takie chętne i tak pojemne, że niespodziewanie poczułem zbliżający się orgazm. Ona chyba też go wyczuła, bo raptownie przerwała pieszczotę i rzuciła badawcze spojrzenie.

– O, co to, to nie – warknęła. Wyszczerzyła białe zęby i lekko ugryzła błyszczącego od śliny członka w czubek żołędzi. – Jeszcze za wcześnie.

Popatrzyłem z wyrzutem, ale nie zdążyłem nic powiedzieć, bo zauroczył mnie widok jej pełnych, ciężkich piersi. Energicznym ruchem ściągnęła zielonkawy top, a dwie krągłe piękności zaśmiały się do mnie na powitanie ciemnymi, malutkimi brodawkami. Postanowiłem nie gadać banalnych formułek, które same cisnęły się na usta, pełne „boskich”, „wspaniałych” i „przepięknych” przymiotników, więc tylko zacisnąłem mocno szczęki.

Kobieta spojrzała z niewinnym uśmiechem, po czym, lekko wydymając usta, napluła na sterczącego kutasa. Dłonią rozsmarowała ślinę, nie omijając żadnych najwrażliwszych części. Ponownie syknąłem. Mruknięciem oceniła efekty swojej pracy i włożyła błyszczącego członka w dolinę pomiędzy swoje jędrne półkule, zaciskając je wokół zesztywniałej ze szczęścia męskości. Czegoś takiego nie przeżyłem nigdy wcześniej. Widok mojej armaty znikającej pomiędzy ciężkimi, pełnymi piersiami Natalii ponownie przyspieszył bicie rozszalałego serca. Rozejrzałem się wokoło, zadziwiony nagłą eksplozją niezwykłych kolorów i dziwacznością kształtów, jakie przybrały stojące pod przeciwległą ścianą stoły, dębowy bar czy błyskające fantastycznymi odcieniami żarówki, niczym ciężkie, tropikalne owoce zwisające z wydłużających się do zaskakujących rozmiarów przewodów elektrycznych. Narkotyk zaczął działać.

Zamknąłem oczy, by powstrzymać wizje i skupić się na pieszczotach pani pułkownik. Kobieta mocniej zacisnęła dłonie, poczułem to, ale zwolniła tempo pieszczot. Otworzyłem oczy i spojrzałem na nią z wyrzutem. Uśmiechała się lubieżnie, wpatrując się w moją twarz.

– Spokojnie, żołnierzyku, to dopiero początek. Nie odpływaj mi jeszcze – mruknęła. Przygryzając wargi popatrzyła w dół, na brązową żołądź, tkwiącą pomiędzy jej błyszczącymi, nawilżonymi śliną piersiami. Raz jeszcze delikatnie musnęła językiem czubek penisa i wysunęła go spomiędzy swoich krągłych skarbów.

– Hmmm – zerknęła na mnie z udawaną wątpliwością – myślisz, że jest już gotów?

– Tak – jęknąłem. Pragnąłem tylko jednego – poczuć żar jej gorącego wnętrza.

– No, skoro tak twierdzisz, to chyba mogę ci zaufać – podniosła się z kolan i stanęła przede mną w lekkim rozkroku, wypychając biodra lekko w przód. Jej szparka, skryta za cienką warstwą bawełnianej bielizny, znalazła się tuż przed moją twarzą. – Czujesz? – spytała szeptem. – Czujesz ten zapach? To dlatego, że chcę twojego mięsa.

Przekląłem, starając się dosięgnąć zębami materiał majtek. Chciałem zerwać tę ostatnią barierę z jej boskiego ciała i poczuć w końcu smak kobiety na swoim języku. I to bardzo.

– Powoli, słodziutki, powoli – Natalia odsunęła się i przygryzła wargę, błyskając zębami. – Zaraz to dostaniesz.

Odwróciła się i powolutku ściągnęła białe stringi, wkładając kciuki pod cienkie gumeczki, łączące wąski pasek pomiędzy pośladkami z trójkątem materiału z przodu. Westchnąłem głośno, gdy zjeżdżając dłońmi wzdłuż łydek pochyliła się jeszcze bardziej, wypinając pośladki i skryte między nimi kobiece skarby w moją stronę. Ciemna skóra, kontrastująca z różowym wnętrzem, widocznym spomiędzy warg jej sromu, błyszczała od kobiecej wilgoci, która pachniała słodkim, powalającym aromatem namiętności.

Szarpnąłem ramionami w bezsensownym wysiłku wyrwania się z mocnych, krępujących mnie więzów. Gotów byłem wyć jak zwierzę, wyrwać ręce z barków, byle tylko posiąść tę cudowną samicę, doskonałą w swojej kobiecej formie.

Natalia postąpiła krok w przód, zostawiając na podłodze, niczym swój trop, białe majtki. Odwróciła się i pozwoliła nacieszyć się widokiem dokładnie wygolonego podbrzusza, o ton ciemniejszego niż reszta jej boskiego ciała. Znów rzuciłem się na krześle, ale dobrze mnie do niego przywiązano i wysiłek nie zdał się na nic.

Kobieta zaśmiała się gardłowo i podeszła tak blisko, jak się dało. Podniosła nogę i oparła stopę na mym kolanie, po czym rozchyliła palcami fałdki delikatnej skóry, odkrywając różowe wnętrze swojej kobiecości. Było wilgotne, a ja jeszcze intensywniej poczułem powalający aromat jej ciała. Jezu, zaraz OSZALEJĘ!

– Podoba ci się? – spytała lekko zachrypniętym głosem. – Ładnie pachnie, prawda? Mężczyźni mówili mi, że ładnie.

– Pięknie – wycharczałem przez zaciśnięte gardło. – Nie drażnij mnie więcej!

– Poproś ładnie – szepnęła.

– Proszę!

Znów się roześmiała.

– O, nie. Na to musisz sobie zasłużyć!

Suko! SUKO! Byłem wściekły, szarpnąłem głową w przód, ale nie mogłem jej dosięgnąć.

– Och, aż tak bardzo ci się podobam? – westchnęła. Spojrzałem wyżej. Jej zamglony  wzrok zdradzał podniecenie, ekscytowała się moją bezsilnością.

Zdjęła ze mnie stopę i obróciła się, stając plecami do mnie. Pochyliła się lekko, znów eksponując swoje wdzięki. Położyła dłoń na szparce, rozszerzając na boki wargi sromowe. Zaczęła powoli drażnić łechtaczkę.

– Tak, żołnierzyku, podobasz mi się – wymruczała. – I podnieca mnie myśl, jakie to będzie uczucie, mieć ciebie w środku. Widzisz, jaka jestem mokra? To dla ciebie…

Jeszcze jeden ruch, jeszcze dwa i zabrała rękę. Uklękła i podsunęła błyszczące palce pod mój nos.

– Czujesz? – spytała, a ja posłusznie wciągnąłem zapach głęboko w płuca. – Tak pachnie kobieta w rui.

Raptownie obróciła się raz jeszcze i przysiadła mi na udach. Zakręciła biodrami, ocierając się o sztywnego kutasa. Uniosła się nieco wyżej, napierając na mnie swoim ciałem, a moja lanca wślizgnęła się między kształtne, pełne pośladki Natalii. Zamruczała. Naparła mocniej i poczułem na żołędzi wilgotne wejście do jej wnętrza. Syknąłem przez zaciśnięte zęby i napiąłem nieznacznie, wciskając się odrobinę głębiej. Musiała to poczuć.

Poczuła. Z cichym jękiem opadła na mnie, szukając zaspokojenia. Wszedłem w nią chyba całą długością kutasa. Natalia syknęła ponownie i poderwała się nieznacznie w górę, rozpoczynając swój taniec.

Była ciasna, wilgotna i głęboka. Miałem długiego, nie za grubego członka, ale byłem pewien, że nie dotarłem do dna jej szparki mimo tego, że dzięki energicznym ruchom pochłaniała moją lancę aż do nasady.

Doskonale za to czułem zaciskające się na mnie mięśnie pochwy Natalii, gdy rytmicznie podskakiwała, głośno jęcząc. Dłonie zacisnęła na piersiach i, zamykając oczy, wyobraziłem sobie szczupłe palce obejmujące krągłe półkule i szczypiące małe, sterczące sutki. Oparłem czoło na spoconych plecach Natalii, wdychając zapach jej ciała – bo nic innego nie mogłem zrobić. Ta niemoc, tak rozwścieczająca, jednocześnie bardzo podniecała. Znowu szarpnąłem się na krześle, chcąc zerwać krępujące mnie więzy. Chciałem objąć ją mocno, ścisnąć to jędrne ciało i wejść w nią jeszcze głębiej.

Moja nadaremna szarpanina tylko bardziej podnieciła Natalię, która przyspieszyła tempo. Zaczęła kręcić biodrami na boki, poszukując dodatkowej stymulacji. Rzuciła głową w tył i w przód, potem jeszcze raz, poczułem na plecach uderzenia jej kruczoczarnego, grubego warkocza.

Jęknąłem głośno w podnieceniu, w tej chwili liczyło się tylko jej ciasne wnętrze i wilgotne od potu, cudownie pachnące plecy, jedyne elementy gibkiego ciała, jakich byłem w stanie fizycznie dotknąć. Szybkie tempo, w jakim kobieta nabijała się na mnie, działało tak bardzo, że poczułem nadchodzący orgazm, ale miałem nadzieję, że tym razem Natalia łaskawie pozwoli mi dojść. Albo nie spostrzegła, że jestem blisko, albo rzeczywiście nie chciała już dalej przedłużać, bo ujeżdżała mojego kutasa niczym rasowego rumaka i nie zwalniała tempa. Wypinając biodra starałem się wbić w nią głębiej, ale to raczej jej ruchy, coraz gwałtowniejsze i szybsze, jeszcze bardziej nas podniecały. W pewnym momencie zorientowałem się, że Natalia też jest bliska orgazmu, bo raptownie opuściła ramiona i wpiła się boleśnie paznokciami w moje uda, przyciskając do krzesła. Nie miałem siły ani chęci wstrzymywać się ani sekundy dłużej i z głośnym sapnięciem wystrzeliłem w jej ciało swym ładunkiem nasienia. Natalia zastygła w bezruchu na moment, jakby upewniając się, że faktycznie szczytuję, po czym wznowiła szaleńczą jazdę, w rytm której korzystała z mojego członka. Pompowałem kolejne porcje spermy, a ona nie przestała, aż poczuła, że opadam z sił. Wtedy rozluźniła się i zatrzymała, ze mną tkwiącym głęboko w jej ciele.

Głośno oddychałem i, nawet o tym nie myśląc, pocałowałem mokre od potu plecy Natalii. Zauważalnie drgnęła i zwinnie zeskoczyła z moich kolan.

– No, słodziutki, nie pochlebiaj sobie – mruknęła, stojąc w całej swojej golusieńkiej krasie i machając mi placem przed nosem. – To, że cię zerżnęłam i że było fajnie, nie oznacza, że możesz sobie pozwalać na to, co wolno tylko wojewodzie. Zrozumiano?

Kiwnąłem głową. Było mi i tak wszystko jedno, tak byłem otumaniony jej zapachem. I narkotykami. Natalia Pawliczenko tymczasem podniosła z ziemi majtki i popatrzyła na nie przez chwilę, po czym powolnym ruchem wytarła nimi swoją szparkę, mówiąc:

– Szkoda, że nie mamy więcej czasu, Mr Hayter, bo z przyjemnością dogłębniej sprawdziłabym pańskie talenty. Ale cóż, mam przeczucie, że wkrótce przyjdzie nam spotkać się ponownie, lecz zapewne w innych okolicznościach.

Chciałem odpowiedzieć, ale nie byłem w stanie wydukać choćby słowa. Z trudem mogłem skupić wzrok na twarzy Natalii. Obraz wkładającej spodnie kobiety rozjeżdżał mi się przed oczyma, dźwięki słyszałem jakby przez ścianę. Rozglądałem się dookoła z błogim uśmiechem idioty, starając się kompletnie nie odpłynąć. Usłyszałem dzwonek telefonu i spojrzałem na Natalię. Ta wyjęła z kieszeni czarny aparat i odebrała połączenie.

– Tak? – mruknęła, patrząc na mnie. – Tak, jest tutaj. Dość dobrze sprawiony… Nie, nie sądzę, żeby wiedział… Dobrze, czekam.

Połączenie zostało chyba zakończone, bo pani pułkownik schowała urządzenie. Zmrużyłem oczy wytężając wzrok, bo wszystko wokoło nagle ściemniało. Z trudnością dostrzegałem ubierającą się Natalię. Pochyliła się i jej piękna twarz nabrała w moich oczach potwornych proporcji. Chciałem uciec od tego dziwacznego stwora, tkwiącego tuż przed moim nosem, ale nie mogłem się ruszyć. Zamarłem.

– Będziesz miał gościa, Davidzie – zadudnił potężny głos. – A od tego, co ten gość potem powie, będzie zależało twoje życie.

Może mówiła coś jeszcze. Nie wiem. Zapadłem się w grząski mrok nieświadomości i odpłynąłem.

***

Ból. Kłujący ból, i znowu w szyję. Co to jest, festiwal piercingu? Powoli otwieram oczy, blask żarówek oślepia mnie na sekundę. Jedyna dobra wiadomość – żarówki znów świecą na żółto, jak normalne żarówki. Przestały błyskać wszystkimi jaskrawymi barwami, jakie tylko mógłbym sobie wyobrazić. To oznacza, że narkotyk przestał chyba działać.

Całe ciało boli jak cholera, ale nie mam nic przeciwko temu. Mogę zapłacić taką cenę za odzyskanie klarowności myśli. Lekko potrząsam głową i otwieram szerzej oczy, rozglądając się wokoło. A potem gwałtownie wciągam powietrze.

– Witaj Davidzie – słyszę głos przyjaciela. Człowieka, na którym postawiłem już krzyżyk. Którego porzuciłem na pewną śmierć w Berlinie.

– Witaj, Mike – odpowiadam, starając się zapanować nad głosem. – Kopę lat.

***

Mike Webb wyglądał bardzo dobrze jak na nieboszczyka. Zresztą, wyglądał dobrze według jakichkolwiek standardów.

Kucał tuż obok mnie, w dłoni wciąż trzymając strzykawkę, której zawartość przed chwilą zaaplikował mi w szyję.

Narzucony na szerokie ramiona skórzany płaszcz skrywał jego potężną sylwetkę, ale i tak widziałem, że jest w dobrej formie. Co oznaczało, że terroryści niemieccy nie wyrządzili mu zbyt dużej krzywdy.

– Nie wiedziałem, że Czerwona Frakcja tak dobrze karmi – nawet nie próbowałem ukryć sarkazmu. – Znaczy się, dużo musiało się zmienić od mojego ostatniego pobytu w Berlinie.

Webb wzruszył ramionami. Patrzącemu na niego od razu rzucała się w oczy gruba, biała blizna, szpecąca lewy policzek.

– Możesz mieć żal, David – odparł. – Ale to był jedyny sposób, abym mógł w miarę dyskretnie spotkać się ze starymi i nowymi znajomymi.

– A jacy to znajomi, skoro wśród nich jest Natalia Pawliczenko? Myślałem, że między nami a nimi występuje zbyt duży konflikt interesów.

– Tylko pozornie, David. Poza tym, zależy kogo masz na myśli, mówiąc „oni”. Ja nie miałem najmniejszego zamiaru spotykać się ani z rosyjskim prezydentem, ani jego przydupasem-premierem. O wiele bardziej interesujący są ludzie, którzy – tak jak ty, czy ja – czynnie biorą udział w kształtowaniu nowej rzeczywistości.

Chciałem wzruszyć ramionami, ale niestety nie mogłem. Wobec tego tylko drwiąco uniosłem brew.

– Co to za bełkot o „nowej rzeczywistości”? O czym ty i piękna pani pułkownik bredzicie?

Webb pokręcił głową.

– To nie bełkot, David – rzekł spokojnie. Pieczołowicie nałożył plastikowy kapturek na końcówkę igły, po czym odłożył strzykawkę do kieszeni. Wyprostował się na swoje imponujące dwa metry wzrostu i spojrzał na mnie z góry. – To się dzieje tu i teraz. Wpływowi ludzie – rosyjscy i amerykańscy generałowie, przynajmniej niektórzy z nich – mają dość błaznów, którzy błądzą jak ślepcy we mgle, nie mogąc odnaleźć prawdziwego wroga. Zresztą, nikogo takiego nie ma! To tylko propaganda, która ma utrzymać miliony ludzi w ryzach. Wiadomo, bronimy się przed terrorem, wiec nic innego się nie liczy.

Uśmiechnąłem się lekko.

– Od kiedy to tak dobrze dogadujesz się z Rosjanami? – spytałem drwiąco.

– Nie tylko z nimi – odpowiedział. Przeszedł kilka kroków w jedną stronę, potem zawrócił, a jego czarne, błyszczące nowością buty zaskrzypiały na dębowych deskach. – Współpracują z nami Chińczycy, Hindusi, Niemcy, Anglicy. Dużo nas jest, z każdym dniem przybywa.

– A jaki macie cel? Poza pokojem na świecie oczywiście?

– Natalia chyba ci o tym wspomniała. Jesteśmy w fazie testów, po zakończeniu których będziemy gotowi do przejęcia kontroli nad tą częścią Europy. Czechy, Słowacja, część Polski, Węgry aż po Rumunię i większa część Ukrainy – to nasz cel.

– A co tu zrobicie, jak już – w co trudno mi uwierzyć – przejmiecie kontrolę nad tym obszarem? I jak zamierzacie wymusić na Rosjanach, Amerykanach czy Niemcach, by oddali wam te tereny?

– Co zrobimy? Utworzymy państwo. Póki co, nazywamy tę ideę Outer Haven. Ma być schronieniem dla takich, jak ty i ja – dla ludzi wojny, którzy nie chcą już słuchać egoistycznych głupców w Moskwie, Pekinie czy Waszyngtonie.

– Aha – mruknąłem znacząco. – A ci głupcy po prostu wam na to pozwolą?

– Jeśli testy wypadną pomyślnie, to ci głupcy nie będą mieli wyjścia. Będą musieli przystać na nasze propozycje. Będą musieli nas słuchać.

– To brzmi bardzo interesująco i jeszcze bardziej tajemniczo, Michael. – Uśmiechnąłem się lekko. – Ale dość trudno mi w to uwierzyć. Może jakoś mnie przekonasz? Na przykład odwiązując mnie od tego krzesła?

– Już niedługo, Dawid. – Webb zatrzymał się w pół kroku i podszedł. Znów przykucnął. – Lecz najpierw chcę wiedzieć, czy będziesz przeszkadzał, czy też – co ci proponuję – pomożesz.

Popatrzyłem na niego spokojnie.

– Z przyjemnością ci odpowiem, przyjacielu – powiedziałem. – Najpierw jednak musisz powiedzieć, w czym miałbym wziąć udział.

Teraz to on obdarzył mnie badawczym spojrzeniem i chwilą milczenia.

– To my strąciliśmy Epsilon-3 – rzekł po chwili. – Niestety, satelita spadł w obszarze, którego wtedy jeszcze nie kontrolowaliśmy. Zanim tam dotarliśmy, urządzenie zostało odnalezione przez waszych bohaterskich amerykańskich chłopców, po których ślad niebawem zaginął. Co było dość dużym zaskoczeniem, nie ukrywam.

– Ach, o to chodzi – mruknąłem. – Ale jak to się stało, że najpierw nie odnaleźliście satelity na czas, a potem cały pluton wam umknął?

Webb na chwilę odwrócił głowę, patrząc w bok. Zastanawia się, ile może mi powiedzieć, pomyślałem.

– Możesz mi powiedzieć prawdę, Mike. Przecież jesteśmy przyjaciółmi. – Uśmiechnąłem się szyderczo.

– Ja ciebie nadal uważam za przyjaciela – odparł. – Choć rozumiem, że twoje obecne położenie plus wydarzenia w Berlinie mogą sugerować coś innego. Ale, czy to rozumiesz, czy też nie – tak trzeba. Tylko dzięki mnie jeszcze żyjesz.

– Uch, dzięki, stary – sapnąłem. – Jestem ci dłużny.

Popatrzył na mnie przeciągle.

– Nie drwij – warknął. – Myślisz, że nie wiem, po co tu jesteś?

Teraz spojrzałem na niego szczerze zdziwiony.

– Po co te teksty, Webb? Skoro wiesz, to po co pytasz? Po prostu puść mnie i pozwól robić swoje, albo zabij, póki siedzę. Potem będzie trudniej – warknąłem.

Milczał przez chwilę. W końcu wstał i wyciągnął z ukrytej pod płaszczem pochwy nóż. Po raz drugi tego dnia pomyślałem, że zaraz zginę. Webb patrzył z nijakim wyrazem twarzy, po czym odezwał się, mierząc we mnie czubkiem czarnego ostrza.

– Wiesz, że za taką gadkę naprawdę mógłbym cię zabić. Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, zgodziłeś się na to zadanie i przyjechałeś tutaj?

– A czemu nie? – spytałem. – Rozkaz, to rozkaz.

– Aha, rozumiem – mruknął.

Znów spojrzałem na niego ze zdziwieniem.

– A w czym miałbym ci pomóc, jeśli przyjąłbym twoją propozycję? – spytałem po chwili.

– Cóż, miałem nadzieję, że to dla ciebie oczywiste – odpowiedział, przyglądając się trzymanemu w dłoni nożowi z chłodnym wyrazem twarzy. – Po pierwsze, musiałbyś odstąpić do wyznaczonego zadania.

– A czemu? Przecież poniekąd współgra ono z waszymi zamiarami.

Nóż zawirował w rękach stojącego mężczyzny. Webb z wielką wprawą obrócił ostrzem kilka razy w dłoni, po czym przerzucił je sobie do drugiej ręki.

– Przestań pierdolić, co, Dave? – warknął z wściekłością. – Obaj wiemy, po co tu jesteś.

– Zgadza się – odparłem spokojnie. Znałem go dobrze i wiedziałem, że w gniewie Mike Webb nie jest najgroźniejszy. Staje się śmiertelnie niebezpieczny, gdy nie okazuje emocji. – Muszę, tak samo jak wy, odnaleźć zaginionych Marines. I odstawić ich, wraz z odnalezionymi szczątkami satelity, w bezpieczne miejsce. I chyba W TYM się różnimy, prawda?

Webb na sekundę zamarł w bezruchu, po czym znów zaczął bawić się nożem.

– Kto zlecił ci tę robotę? – spytał.

– A jak myślisz? – odpowiedziałem. – Campbell.

Pokiwał głową.

– Przy najbliższej okazji spytaj naszego dobrego pułkownika, po co tu naprawdę jesteś. Dobrze ci radzę – Webb schował nóż. – Tymczasem, nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

– Zgadza się, a to dlatego, bo ty nie mówisz mi wszystkiego, Mike – odparłem spokojnie. – Na przykład tego, jak zamierzacie zmusić Amerykanów czy Rosjan do uległości?

– Widzę, że jak zwykle nic ci nie powiedzieli, prawda? – mruknął Webb, patrząc na mnie badawczo. – Dobrze, zacznę od początku.

– Wprowadzanie nanotechnologii w jednostkach liniowych jest o wiele bardziej zaawansowane, niż ci się wydaje – zaczął mówić. – Praktycznie każdy żołnierz został włączony do systemu. Może ciebie to zaskoczy, ale ty także.

Miał rację, zdziwiłem się.

– Skąd wiecie, że ja też mam nanomaszyny? – spytałem po chwili milczenia.

– Ponad wszelką wątpliwość potwierdziła to próbka krwi, pobrana przez pułkownik Pawliczenko – odrzekł Webb.

Pokiwałem głową. Nie miałem powodu mu nie wierzyć.

– Zastrzyk, który otrzymałeś przed chwilą, zawiera specjalnego wirusa, który w tym właśnie momencie kasuje wszystkie nanomaszyny, krążące w twoim krwioobiegu. Nim skończymy tę rozmowę, będziesz czysty.

Dziwne określenie, pomyślałem.

– Dzięki – mruknąłem. – Czy wasi ludzie w ten sposób zostali również… wyczyszczeni?

– Tak, już dawno temu. Również ludzie, wywodzący się z krajów poza NATO – kontynuował Webb. – Bo wszystkie największe armie wprowadziły ten system w oparciu o doświadczenia amerykańskie.

– Dlaczego rząd USA udostępnił ten system potencjalnym przeciwnikom militarnym? – spytałem, zdziwiony.

– Och, zapłacono za to wielomiliardowe sumy, a przecież wiesz, że teraz każdy grosz się liczy. A poza tym rządy tych państw mogą teraz w stu procentach kontrolować ludzi, a to ważne przy walkach prowadzonych na wielu frontach, z różnorodnym przeciwnikiem – od regularnych armii poprzez partyzantów i terrorystów aż po prywatne oddziały najemników, opłacane przez handlarzy narkotykami i bronią. Zastosowanie nanotechnologii eliminuje niemal do zera dezercje, zdradę i pokusę przekupstwa. Po prostu system wykrywa wszelkie anomalia bardzo szybko i żołnierz jest odsuwany od pełnionych obowiązków. Blokuje mu się dostęp do wszelkich danych, odcina możliwość posługiwania się nowymi rodzajami broni, w ostatecznym wypadku można nawet wywołać kontrolowany zawał serca i zabić delikwenta.

Słuchałem oniemiały.

– Nie wiedziałem, że system jest aż tak rozbudowany – mruknąłem.

– Bardzo. Czytniki analizujące indywidualny nanokod każdego żołnierza są montowane w najnowszych, najdroższych rodzajach broni, na podstawie takiego odczytu otrzymujesz dostęp do arsenałów lub nie, i tak dalej.

– I wy potraficie zakłócić działanie takiego systemu? – spytałem, w przebłysku zrozumienia pojmując wcześniejsze niedopowiedziane sugestie.

– Tak. Całkowicie.

– A do czego jest wam potrzebny Epsilon-3? – spytałem.

Michael spojrzał na mnie bystro.

– System Patriot nie służy do wyszukiwania obywateli USA, to była przykrywka – rzekł. – Ale to chyba dla ciebie jest już oczywiste. Jest częścią systemu, który nadzoruje funkcjonowanie nanożołnierzy. A potrzebny jest główny mikroprocesor satelity, który razem z czytnikiem pamięci został usunięty z wraku i zabrany przez Marines. Dzięki temu chipowi uzyskamy nieograniczony dostęp do sieci, co pozwoli sparaliżować niemal wszystkie funkcje Patriota – jeśli zajdzie taka konieczność.

Uniosłem brwi w zdziwieniu.

– Czemu mi to mówisz? – spytałem.

– Szczerze mówiąc dlatego, że alternatywy dla ciebie są bardzo proste: albo skorzystasz z oferty, pomożesz odnaleźć Marines i odzyskać mikroprocesor, albo… zginiesz.

– Aha. Jasne. A kto wykona ewentualny wyrok? – spytałem. – Ty?

– Posłuchaj, przemyśl moją propozycję. Z twoim doświadczeniem będziesz dla nas bardzo przydatny…

– Ty? – ponowiłem pytanie.

– Nie – odrzekł z wahaniem. – Rozkaz otrzymała nasza wspólna znajoma.

– Natalia… No, to pięknie – westchnąłem.

Webb popatrzył na mnie w milczeniu przez kilka sekund.

– Czemu nie, Dave? Czemu nie chcesz do nas przystać? – spytał.

– Z kilku powodów – odpowiedziałem. – Po pierwsze, jestem oczywiście wdzięczny za neutralizację nanomaszyn. Ale przyjmując twoją ofertę, wpadłbym z deszczu pod rynnę. Po drugie, nie podoba mi się pomysł poszczucia mnie na ludzi, którym miałem pomóc. Przecież ostatecznie miałbym ich zlikwidować, prawda? Po trzecie, nie wierzę w czystość waszych intencji. Co z ludźmi, którzy zamieszkują te wasze przyszłe Outer Haven? Dla których Czechy, Polska czy Ukraina to ojczyzny?

– Cóż – rzekł powoli Webb. – Zawsze przydadzą się ręce do pracy. Wszystkich chętnych przygarniemy i obronimy.

– A niechętnych?

– Tych… wydalimy – odparł.

– Aha. Wszystko jasne. Za stary jestem, Michael, żeby wierzyć w takie historyjki. Zrzucacie jedno jarzmo, by nałożyć nowe kajdanki. W imię wielkich idei oczywiście. Dobra, stara szkoła.

Irytacja Webba była doskonale widoczna.

– Nie przesadzaj, David. Doskonale pamiętam, co robiliśmy razem, wcześniej, w imię równie wielkich idei, więc nie wciskaj mi teraz bajek, że stałeś się nagle jakimś pieprzonym Gandhim.

– Wiesz, może to właśnie dlatego, że ja też pamiętam, co robiłem. Może chcę teraz postępować inaczej?

Michael Webb, mój już chyba były przyjaciel, niecierpliwie wzruszył ramionami.

– Przemyśl to, Davidzie. Na spokojnie. Zaraz cię uśpię, a kiedy się obudzisz, będziesz musiał zdecydować. Pamiętaj, że będę czekał, ale niedługo. Zostawię ci jedną flarę sygnalizacyjną. Jeśli ją wystrzelisz przez okno, będzie to oznaczało, że przystajesz na propozycję – a wtedy będziesz mógł bezpiecznie wyjść z budynku. W innym przypadku zajmie się tobą pani pułkownik Natalia Pawliczenko.

– Żegnaj, Michael – powiedziałem, gdy schylał się nade mną z nową strzykawką w dłoni. – Obyśmy się już nie spotkali.

Ukłucie igły i jego chłodne, niebieskie oczy.

– Nie bądź głupi, David. To byłaby wielka strata. I zupełnie niepotrzebna – zadudnił jego głos, po czym głowa mi opadła i ponownie odjechałem w mrok nieświadomości.

***

Kolejne przebudzenie było o wiele przyjemniejsze, niż obydwa poprzednie. Żadnego kłucia. Nie siedziałem na krześle i, nade wszystko, nie byłem już związany. Leżałem na dębowej podłodze i obudził mnie chłód. Pierwszym wrażeniem było zdziwienie, że dopiero teraz poczułem zimno. Usiadłem, masując obolałe nadgarstki. Ścierpnięte nogi też bolały, ale nie było źle. Rozejrzałem się wokoło. Na blacie barowym leżał mój mundur, złożony w równiuteńki, żołnierski prostokąt. Obok pozostawiono plecak, pas amunicyjny z nożem i, ku mojemu zdziwieniu, XM’a i berettę. Chyba jako zachętę. Na złożonym uniformie leżał niewielki, pękaty pistolet, załadowany flarą. Cóż, miło z jego strony, pomyślałem o Webb’ie wkładając mundur. Od razu zrobiło mi się cieplej, a dla pobudzenia krążenia energicznie poruszyłem ramionami. Sprawdziłem broń – zarówno Heckler, jak i beretta były załadowane, a na dodatek nikt nie dotykał ani mechanizmów spustowych, ani układów celowniczych. Odbezpieczyłem XM’a i schowałem pistolet do kabury. Nałożyłem na plecy paski plecaka i spojrzałem w kierunku wyjścia z restauracji. Zobaczymy na ile sława Natalii Pawliczenko i jej zabójczych dziewcząt była prawdziwa, pomyślałem. Byłem gotów.

Przejdź do kolejnej części – Zabawy dużych chłopców część 3

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Jestem pełen podziwu dla drobiazgowych opisów wszystkich tych militarnych gadżetów, od których pęka w szwach Twoje opowiadanie. Nie mam na ten temat bladego pojęcia ale wygląda to niezwykle profesjonalnie. Natomiast, o ile scenariusz komputerowej strzelanki zdecydowanie mnie męczy to momenty tym razem pierwsza klasa. Chyba najlepsza scena erotyczna w Twojej karierze. Naprawdę jest ogień.

szkoda, że prawdopodobnie nie ma następnych części, te dwie czytałem już dawno temu

Mniam! Scena genialna!
Nie wiem, czy pisanie przychodzi Ci z lekkością, ale czyta się Twoje opowiadania płynnie, beż żadnych zgrzytów, a formuła sensacji czy po prostu opowieści z wartko prowadzoną akcją to jest to w czym się sprawdzasz świetnie.
A bohaterowie fantastyczni – i Natalia (tez mi się skojarzyła z Larą) i Hayter to to co tygryski lubią najbardziej 🙂

No i oczywiście czekam na więcej! Z niecierpliwością…

Drogi Anonimie,

zupełnie nie wiem skąd pomysł, że nie ma ciągu dalszego. jak najbardziej jest. Będzie jeszcze jeden, trzeci i ostatni zarazem odcinek. Sprawdzaj NE około połowy października 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Aż się zarumieniłem. Ale powiem szczerze, że też cieszyłem się po napisaniu tej konkretnej sceny. Na marginesie – punktem porównawczym był dla mnie bardzo ciekawy dialog z "Czarnej Krwi" Gala.

Dziękuję za Wasze miłe słowa. Troszkę pracy włożyłem w stronę militarną tekstu, ale teraz, z perspektywy czasu, zastanawia mnie, czy nie przesadziłem, czy za bardzo nie zaśmieciło to treści.

seaman

Świetna scena erotyczna, fabuła na najwyższym poziomie, smaczki militarne i techniczne bardzo dobrze napisane.

Dobrze że jest trzecia część przeczytam w wolnej chwili 😉

daeone

Napisz komentarz