Udane przedstawienie (Gemma)  3.4/5 (5)

12 min. czytania

Jestem prze­ko­nana, że każdy z Was kie­dy­kol­wiek czy­tał lub cho­ciaż sły­szał legendę o Smoku Wawel­skim. Potwór zie­jący ogniem, prze­ra­żony król i jego pod­dani, ginący ryce­rze pró­bu­jący uwol­nić mia­sto od bestii i sprytny szew­czyk, który w zamian za zabi­cie smoka dostaję pół kró­le­stwa i kró­lewnę za żonę. W zdu­mie­nie wpra­wił Was zapewne moment, kiedy smok pęka, albo kiedy nic niezna­czący szew­czyk okazuje się boha­te­rem, ale mogę się założyć, że nikt nie pomyślał o bied­nej kró­lew­nie. Ojciec zade­cy­do­wał o jej losie i musiała wyjść za jakie­goś nie­do­my­tego wie­śniaka. No dobra, wiem, że tak naprawdę żaden roz­sądny król nie oddałby takiej partii, jaką była kró­lewna, jakie­muś bie­da­czy­nie z pobli­skiej wio­ski, nawet za nie wiadomo jaki wyczyn, ale sam fakt, że ojciec fak­tycz­nie może zade­cy­do­wać o losie córki jest dość nie­spra­wie­dliwy. Co ja gadam… Kurew­sko nie­spra­wie­dliwy!

Oso­bi­ście też mia­łam przy­wi­lej wycho­wy­wać się na dwo­rze. Mia­łam dwóch braci, ale nie rywa­li­zo­wali ze sobą o tron, bo jeden z nich, mimo że star­szy, był bękar­tem i nie przysługi­wały mu prak­tycz­nie żadne prawa. Ja byłam naj­młod­sza. Zna­czy, przez pewien czas nie, ale młodsze dzieci zmarły na gorączkę i od czternastu lat znów cieszę się przy­wi­le­jami „naj­mniej­szej i bez­bron­nej”, a przy­naj­mniej w oczach ojca. Mama… No cóż, wysłała mnie, powiedzmy, że z dala od dworu (zade­cy­do­wała o moim losie, jak król z legendy), kiedy w świat poszły plotki o moim boga­tym życiu sek­su­al­nym. Nic nie poradzę, od początku mówiłam, że służ­bie języki nie są do niczego potrzebne, ale moja matka, zamiast pouci­nać je tym plot­ka­rom, zde­cy­do­wała się wysłać mnie na jakąś wieś.

W sumie zabieg sprytny, bo w życiu bym się nie prze­spała z jakimś bru­da­sem, ale, na litość boską, ile można?! Na szczę­ście wszyst­kie rządy kie­dyś się koń­czą i nade­szła pora na sta­rusz­ków. Król umarł, a jego miej­sce zajął mój brat. Natu­ral­nie zosta­łam zapro­szona na cere­mo­nię, która była połączona od razu ze ślu­bem z jakąś księż­niczką. Nie muszę chyba wspo­mi­nać, z jaką ulgą przy­ję­łam tę wia­domość. Brat nie pozwoli mi się mar­no­wać wśród pospól­stwa i ubó­stwa. A poza tym sły­szałam, że przy­bę­dzie dużo lordów.

Kiedy przy­je­cha­łam, przy­jęto mnie z otwar­tymi ramio­nami. No może nie w każ­dym przy­padku, ale kto by się przej­mo­wał matką. Nato­miast moją uwagę przy­kuła skromna postać sto­jącą w cie­niu bal­ko­nów. Mój bękarci bra­ci­szek. Uśmiech­nę­łam się na samo wspo­mnie­nie naszych przy­gód.

– Dzisiaj odbędzie się uczta z oka­zji przy­jazdu wszyst­kich gości i przy oka­zji pierwszego dnia wio­sny. Klau­dio, liczymy na Cie­bie – uśmiechnął się do mnie.

– Cóż mogłoby mnie powstrzymać? – odparłam, a kąciki moich ust mimowolnie uniosły się ku górze.

No więc powstrzy­mało mnie dwóch przy­stoj­nych lor­dów. Ale na litość boską, mieli takie… penisy, że nie mogłam sobie odmówić. Wycho­dząc z własnej sypialni, tro­chę uma­zana spermą na twa­rzy i popra­wia­jąc gor­set, wpa­dłam na kogoś.

– My się znamy? – usły­szałam hip­no­ty­zu­jący głos. Unio­słam wzrok na mojego najwierniej­szego kochanka sprzed wyjazdu.

– Znamy, ale już nie mam siły. – Wska­za­łam kom­natę. Mój roz­mówca uśmiech­nął się, sły­sząc te słowa. Zaw­sze mi powta­rzał, że mam wro­dzony dar dyplo­ma­cji.

– Jutro, przed cere­mo­nią w mojej kom­na­cie. Moi słu­dzy przy­niosą ci wia­domość. Zasto­suj się, pro­szę. – Przy­cią­gnął mnie bru­tal­nie za włosy, tak, że moje ucho zna­la­zło się tuż obok jego ust. – Stę­sk­ni­łem się – powie­dział przez zaci­śnięte zęby lord Hugon i odszedł. Roman­tyk.

– Domyślam się, że powo­dem twojego spóź­nie­nia, wcale nie był męż­czy­zna – powiedziała matka, nie patrząc na mnie, a zamiast tego uśmie­cha­jąc się, jakby to była jedna z towa­rzy­skich roz­mów.

– Nie. – odpar­łam zgod­nie z prawdą. Męż­czyzn było dwóch.

– Jutro przy­je­dzie lord San­dwich… – i zanim zdą­żyła powiedzieć coś jesz­cze, wybu­ch­łam histe­rycz­nym śmie­chem.

Wino­grono, które wła­śnie żułam, wle­ciało najwyraź­niej nie w tę dziurkę (i mowa tu o gar­dle), a ja zaczę­łam się dusić. Oczy­wi­ście zaraz wokół mnie zebrał się tłum, a jakiś czło­wiek pró­bo­wał mi pomóc. I w ten oto spo­sób pozna­łam męż­czy­znę, o którym Wam dziś opo­wiem. Zna­czy to nie ten, który ści­skał mój brzuch w nadziei, że wypluję wino­grono. Nie. On stał pomię­dzy lor­dem bodajże Tim­tleyem, dość przysadzistym mężczyzną, i lady Afe­lią, która słynęła z plotkarstwa. Wra­ca­jąc do mojego męż­czy­zny: czło­wiekowi, który mnie rato­wał, w końcu się udało, a wino­grono wylą­do­wało u stóp nie­zna­jo­mego.

Nie będę prze­cią­gać histo­rii naszego wza­jem­nego pozna­wa­nia się, ale mogę zdradzić, że jedze­nie jesz­cze nie raz wyla­ty­wało z moich ust. W każ­dym razie przejdźmy do bar­dziej pożą­da­nych scen.

– Klau­dio, przy­się­gam. Jestem w takim stanie, że mógł­bym zerżnąć nawet twoją matkę. – jęk­nął mi do ucha. – Zlituj się.

– Bie­daczku. – Pogładziłam go po policzku. – Jeżeli już takie despe­rac­kie myśli cię nacho­dzą – zachi­cho­ta­łam.

Wytar­łam usta, chcąc dać znać służ­bie, że skoń­czy­łam jeść i wsta­łam od stołu. Szep­nę­łam na ucho lor­dowi Fran­cisowi, żeby wyszedł chwilę po mnie i udał się do mojej sypialni, po czym ski­nę­łam głową gościom sie­dzą­cym naj­bli­żej i wyszłam z sali pio­ru­no­wana wzro­kiem matki. Nie­stety pech chciał, że wpa­dłam na lorda Hugona.

– Nie przyszłaś. – Przy­ci­snął mnie do ściany.

– Po co roz­trzą­sać stare sprawy. – zaczę­łam z ner­wo­wym uśmiechem. Nie mógł mnie zatrzymać kiedy indziej? – Prze­cież to było…

– Cztery dni temu. – No dobra, przy­znaję, sprawa nie była aż tak stara.
– Zapo­mniało mi się – powie­działam szcze­rze. – Ale ci to wyna­gro­dzę – doda­łam już szep­tem, mówiąc wprost do jego ucha.

– Podoba mi się ta sytu­acja… – Przyssał się do mojej szyi jak pijawka.

– …Tylko nie dziś. – dokoń­czy­łam zda­nie i wyrwałam się z jego ramion, czym prę­dzej udając się do swojej kom­naty.

Reszta podróży, ku mojej uldze, minęła bez prze­szkód. Kiedy dotar­łam do sypialni, mia­łam nawet chwilę na przy­go­to­wa­nie się i tym oto spo­so­bem… Drzwi mojej matce otwo­rzy­łam pół­naga.

– Szlag! – Szybko zatrza­snę­łam z powro­tem drzwi.

– Wychodź. Mam tu jed­nego gen­tle­mana, który chyba należy do cie­bie. – Fak­tycz­nie, po ponow­nym uchy­le­niu drzwi okazało się, że obok matki stoi lord Fran­cis.

– Matko? – Rzu­ciłam jej pyta­jące spoj­rze­nie.

– Milcz. Ubierz się i za kwa­drans widzimy się w sali kon­fe­ren­cyj­nej. Weź ze sobą swojego przy­ja­ciela. – To powie­dziaw­szy, zosta­wiła nas samych.

– Świet­nie. Czyli mamy kwa­drans – roz­pro­mie­ni­łam się i popchnę­łam męż­czy­znę na łóżko. Przy­war­łam swoimi ustami do jego i wbi­łam mu paznok­cie w kark, jed­nak on zła­pał mnie mocno za włosy i szarp­nął tak, żebym na niego spoj­rzała.

– Obawiam się, że nie mamy czasu na grę wstępną. – Szybkim ruchem pozbył się zbęd­nego okry­cia i już po chwili cał­kiem nagi podniósł mnie z łóżka i przy­parł do ściany.

– Dziesięć minut. – Z nie­na­wi­ścią spoj­rzał na zega­rek i zerwał ze mnie zbędne rze­czy.

Gorącz­kowo zła­pał mię­dzy zęby sutki i ści­skał je teraz, jakby chciał się na nich wyżyć. Bolało. Usły­szaw­szy mój syk, roześmiał się tylko i pchnął mnie na łóżko tak, że leża­łam w pozy­cji ide­al­nie eks­po­nu­ją­cej pupę. Momen­tal­nie zna­lazł się wła­śnie przy niej i zaser­wo­wał jej parę siar­czy­stych klap­sów. Nie kłamał przy stole. Jesz­cze w życiu nie widzia­łam tak napa­lo­nego męż­czy­zny.

– Chodź tu mała szmato – syknął z diabelskim uśmiechem na ustach.

Jako że jedyną mokrą rze­czą we mnie były w tym momen­cie oczy, od łez wywo­ła­nych bólem, wej­ście we mnie spra­wiło mu tro­chę trud­no­ści. Zły splu­nął ze zło­ścią na moją łech­taczkę, a gdy i to nie pomogło, zli­to­wał się nade mną i zszedł ustami między nogi. Jego język był, jak zauwa­ży­łam, doświad­czo­nym zawod­ni­kiem. Spraw­nie wier­cił przy moim najczulszym punkcie. Co jakiś czas poma­gał sobie zębami i przy­gry­zał któ­rąś z moich warg i gdy wresz­cie kubki sma­kowe kochanka roz­po­znały pierw­sze soczki… nasz czas się skoń­czył. Wście­kły Fran­cis złożył na moim pośladku jeszcze jednego klapsa i obie­cał, że jesz­cze mnie zerżnie i to tak, że go popa­mię­tam. No i po co marnował tyle czasu na moją cipkę, skoro kilka słów potra­fiło sprawić, że robiłam się cał­kiem mokru­sieńka?

W każ­dym razie po tym, jak ubrałam się w rekor­do­wym cza­sie i zbie­gli­śmy do sali kon­fe­ren­cyj­nej, okazało się, że pośpiech nie był potrzebny, bo dopiero po chwili dało się usłyszeć kroki mojej matki na scho­dach. Do sali weszła, trzy­ma­jąc pudło w rękach, a drzwi zamknęła za sobą na klucz.

– Rozbie­raj­cie się. – Opadła mi szczęka. Kiedy spoj­rzałam jednak na lorda Fran­cisa, stwier­dzi­łam, że na szczę­ście to nie ja wyglą­dam naj­głu­piej. – No raz, raz. Pomóc wam?

– Damy radę. – Po tor­na­dzie myśli typu „co ona wyprawia”, które prze­szło przez moją głowę, posta­no­wi­łam dać mojemu męż­czyź­nie przy­kład,  zaczę­łam od zdję­cia góry. – Rozwią­żesz mi? – wska­za­łam na gor­set. Lord Fran­cis po chwili zawa­ha­nia pomógł mi pozbyć się odzieży.

– Wy tak… poważnie? – spy­tał wyraź­nie skrę­po­wany.

– Nie, rozbie­ram się, bo lubię. – odpar­łam, co w sumie nie było kłam­stwem, ale w tym przy­padku miało iro­niczne zna­cze­nie. – No rozbierz się, jak kró­lowa każe.

– Wła­ści­wie to była królowa…– moja matka spio­ru­no­wała go wzro­kiem, cho­ciaż w głębi duszy z pew­no­ścią cieszyła się jak dziecko, że zoba­czy nagiego, mło­dego męż­czy­znę. Kochanek powoli rozpiął guzik przy kołnierzu swojego stroju, nie spuszczając ze mnie wzroku ani na chwilę. Nieśpiesznie zdejmował kolejne warstwy, aż został w samej bieliźnie.

– Wolałbym nie… – wciąż próbował jeszcze wykręcić się z tej niezręcznej sytuacji.

– Natychmiast. – przerwała mu władczo matka.

Zrezygnowany zsunął z siebie okrycie. Jego zapał, rozbudzony wcześniej w komnacie, chyba został ostudzony, ponieważ penis ewidentnie był w stanie spoczynku. Wciąż był dość pokaźny, ale żałowałam, że matka nie może zobaczyć go w pełnej krasie.

– No pięk­nie. A teraz przed­sta­wię wam mój plan. Jak wie­cie, lepiej lub gorzej, na naszym dwo­rze co roku orga­ni­zo­wana jest zabawa na pierw­szy dzień wio­sny.

– … który, jak mi się zdaję, był cztery dni temu. – weszłam jej w słowo.

– Milcz. – powie­działa spo­koj­nym tonem. – Co roku orga­ni­zo­wana jest zabawa, gdzie każdy może być każ­dym i zadawać się z każ­dym. Na otwar­cie zwy­kle goście mogą oglądać na para­wanie, cie­nie kocha­ją­cej się za nim pary. W tym roku nasze święto nie­for­tun­nie przy­pa­dło pod­czas zjazdu wielu waż­nych oso­bi­sto­ści, więc zostało prze­ło­żone.

– A sto­imy przed tobą nadzy, bo…

– W tym roku to wy znaj­dzie­cie się za para­wa­nem. – Po czym z dyplomatycznym uśmie­chem rzu­ciła w naszą stronę paczkę i wyszła, a ja zamilkłam z wrażenia.

Kiedy przy­wró­cona została mi zdol­ność mówie­nia i poru­sza­nia się, rzuciłam się z cie­ka­wo­ścią do pakunku. Po otworzeniu pierwszą rze­czą, którą zoba­czyłam, był bat. „Dzięki za tro­skę, mamo, ale ten pan i bez tego sobie świet­nie radzi.” – pomyślałam. Tuż obok bata leżało kilka sznurów i zaba­wek, któ­rych prze­zna­cze­nia jesz­cze nie znałam. Na końcu wycią­gnę­łam dwie maski. Czyż­by­śmy nie mieli być za para­wa­nem? Na samą myśl na twarz wpełzł mi uśmiech.

– Mam tremę – wyznał lord Fran­cis, kiedy ubrani jedy­nie w bie­li­znę zmie­rza­li­śmy ku tłu­mowi.

– Po pro­stu zachowuj się, jakby ich nie było – pora­dzi­łam mu, mimo że sama miałam ochotę wrócić do kom­nat.

Wesz­li­śmy na podwyż­sze­nie i z lek­kim roz­cza­ro­wa­niem stwier­dzi­łam, że para­wan jed­nak jest. Mojego kochanka najwyraź­niej nie zasmucił specjalnie ten fakt.

Odzy­skał pew­ność sie­bie, co poskutkowało tym, że już po chwili zosta­łam przy­gnie­ciona do… W sumie nie wiem, co to było. Jakaś leżanka? W każ­dym razie Lord Francis prze­szedł do ataku i agre­syw­nym ruchem zerwał ze mnie bie­li­znę.

– Twoja matka miała świetny pomysł – stwier­dził, prze­wią­zu­jąc moje ręce sznu­rem.

– Hola, hola… – zaczę­łam, ale zakrył mi buzię jakimś mate­ria­łem.

– Tak lepiej – powiedział, sły­sząc moje stłu­mione pro­te­sty.

Następ­nie zarówno moje ręce, jak i nogi przy­mo­co­wał do łóżka i zado­wo­lony splu­nął mi w twarz. Pomy­śla­łam wtedy, że pierw­sza rze­cz, którą zro­bię, kiedy zdejmie mi tą chustkę z buzi, będzie odgry­zienie mu kutasa.

– Od teraz to ja jestem twoim panem i tak się do mnie zwra­caj – wysyczał mi do ucha.

Cie­kawe jak, z zakry­tymi ustami. Szybko się jed­nak oka­zało jak, ponieważ  po wyda­niu tego roz­kazu, zdjął knebel z mojej twarzy i wepchnął mi do ust fiuta. Nie­stety pokrzy­żo­wał mi szyki, bo jak mia­łaby wyglądać reszta zabawy, bez jego wier­nego giermka? Posta­no­wi­łam, że innym razem go nauczę, iż na księż­niczki się nie pluje.

Tym­cza­sem lord Fran­cis najwyraź­niej bawił się prze­wy­bor­nie, szar­piąc moją głowę i dopy­cha­jąc coraz bli­żej swojego pod­brzu­sza. Jego wcale nie taki mały przy­ja­ciel nie­przy­jem­nie wciskał mi się do gardła, powo­du­jąc śli­no­tok i odru­chy wymiotne. Maska, szcze­rze mówiąc, trochę zawężała mi pole widze­nia, ale nawet bez patrze­nia wiedziałam, że mój kocha­nek odchyla głowę z zado­wo­le­nia. Posta­no­wi­łam mu dać go jesz­cze wię­cej i zaczę­łam cicho mruczeć. Nie wiem, jak to działa, ale faceci sza­leją, kiedy się to robi. Jed­nak mój męż­czy­zna chyba stwier­dził, że jestem za dobra i zaraz się spuści, bo wyrwał mi członka z gar­dła, aku­rat, gdy zaczy­nało mi się podo­bać.

– Dobra suczka. – Pogła­skał mnie po gło­wie. – A teraz zajmiemy się tobą.

– Czy ja wyglą­dam na psa? – Nie wytrzy­ma­łam.

– Milcz. – Zdzie­lił mnie po twa­rzy.

Jakby za karę, momen­tal­nie zła­pał za moje sutki i je wykrę­cił. Syk­nę­łam z bólu, ale ten zupeł­nie się nie przej­mu­jąc, dalej mal­tre­to­wał piersi. Zła­pał mię­dzy zęby jedną z bro­da­wek i zaci­snął na niej szczęki, tak, jakby chciał spraw­dzić monetę, czy ta, aby na pewno jest praw­dziwa. Po chwili zro­bił to samo z drugą, a z oczu popły­nęły mi łzy. Jed­nak kocha­nek wcale nie tak miał zamiar skończyć tę roz­grywkę, o czym dał mi znać, deli­kat­nie liżąc i ssąc po kolei każdą z piersi, jakby w prze­pro­si­nach. Teraz zamiast łez, popły­nęły pierw­sze soki z mojej cipki.

Partner meto­dycz­nie scho­dził coraz niżej, zosta­wia­jąc na ciele ślad ze śliny, jakby chcąc poka­zać, któ­rędy szedł do celu, który znajdował się  między nogami. Oczy­wi­ście, czego można się było spo­dzie­wać po takim zło­śliwcu, w ostat­niej chwili zbo­czył z trasy i zamiast do łech­taczki, w tym momen­cie prze­szedł od razu do mojego uda. Powoli, bez żad­nego pośpie­chu doszedł do łydek, pod­czas gdy mnie skrę­cało od środka. Przy­się­gam, że jesz­cze w życiu nie byłam taka napa­lona.

– Bła­gam, panie… zaj­mij się nią. – jęk­nę­łam, spe­cjal­nie uży­wa­jąc tego tytułu.

Mimo że to nie­sa­mo­wi­cie uwła­czało mojej god­no­ści, w tym momen­cie żądza okazała się sil­niej­sza. Mężczyzna zare­ago­wał jak pie­sek zawo­łany po imie­niu i w ciągu sekundy znalazł się między moimi udami. Przy­ssał się do łech­taczki, a palcami pene­tro­wał moją pochwę. Jego usta deli­kat­nie gła­dziły mój skarb, pod­czas gdy zęby bru­tal­nie przy­gry­zały wargi. Oka­zało się to mie­szanką wybu­chową i już po chwili wiłam się pod moim kochan­kiem. Węzły wpi­jały mi się w nad­garstki, a ja mia­łam ochotę rozwalić to łóżko i zmu­sić go siłą, żeby we mnie wszedł.

– Bła­gam… – jeszcze raz poprosiłam cicho.

Lord Fran­cis oka­zał się łaskawy i po roz­wią­za­niu sznurów, popchnął mnie na naj­bliż­szy mur. Ludzie koor­dy­nu­jący cale wyda­rze­nie dawali nam znać, że wyszli­śmy za para­wan, ale żadne z nas nawet nie miało ochoty zwracać na nich uwagi. Kilka klapsów spa­dło na mój tyłek, a w dziurce poczu­łam roz­ry­wa­jący ból. Wszedł bez ostrze­że­nia. Piersi obcie­rał mi szorstki mur, a na gar­dle powoli zaciskała się ręka męż­czy­zny. Bru­tal­nie brał mnie od tyłu, czu­łam jego jądra na łechtaczce. Jego ruchy były coraz szyb­sze, głęb­sze i agre­syw­niej­sze. Wgryzł się w moją szyję i z każ­dym pchnię­ciem moc­niej zaci­skał zęby. Wbi­łam mu paznok­cie w pośladki, żebym nie wyszła z tego jako jedyna ze szwan­kiem. Dla ludzi musie­li­śmy wyglądać jak para nie­wy­ży­tych zwie­rząt. Ale… jak wyglą­dali ludzie?

Jako że para­wan już nas nie chronił, gdzieś mię­dzy stę­ka­niem i jękami odwró­ci­łam wzrok ku widowni. Kilka par leżało na ziemi, jedna na stole, pod sto­łem wię­cej i pano­wał wszech­obecny chaos. Pierw­szy raz w życiu poczu­łam, że naprawdę ist­nieje coś takiego, jak zapach namięt­no­ści… I wła­śnie ten zapach spra­wił, że moje ciało wygięło się w skur­czu. Ogar­nęły mnie spa­zmy i bez­sil­nie osu­nę­łam się, jesz­cze bar­dziej ocierając się piersiami o szorstki mur. Tego było za wiele. Krzyknęłam w uniesieniu i spa­ra­li­żo­wana tylko patrzy­łam na Lorda Fran­cisa, który rów­nież szczy­to­wał. Po chwili, kiedy tro­chę ochło­nę­li­śmy, pomógł mi wstać i poca­ło­wał mnie w czoło.

– Jak na pierw­szą kobietę, z którą przy­szło mi to robić, byłaś cał­kiem nie­zła. – Opa­dła mi szczęka. BYŁ PRAWICZKIEM?!

– Co… – zaczę­łam, ale coś mi prze­rwało.

– Czyżbym pozna­wał to ciało? – Usły­szałam głos lorda Hugona i zanim zdą­żyłam zacząć się przed nim tłu­ma­czyć i plą­tać w zezna­niach, męż­czy­zna wymi­nął mnie i dał klapsa lor­dowi Fran­cisowi. Nagle stwier­dze­nie „pierw­sza kobieta” nabrało nowego zna­cze­nia. Nie­wia­ry­godne.

– To ja was może zosta­wię. – powie­działam, cho­ciaż i tak chyba nikt mnie już nie słuchał.
W ten oto sposób lord Hugon odbił mi lorda Francisa, a ja zostałam szczęśliwą żoną lorda Sandwicha, który okazał się być przystojnym młodzieńcem z pokaźnym sprzętem i za jego zgodą zostałam przy swoim nazwisku.

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Zdaje sie , że pokazała się nowa autorka, więc spieszę powitać jak najserdeczniej. Z ciekawością zacząłem czytać. Jako że to debiut, więc wybaczam pewne niedoskonałości ( powtórzenia, błędy interpunkcyjne i nieścisłości). Zastanawia mnie to zdanie i przyznaję że nie widzę tu sensu:
„Następ­nie zarówno moje ręce, jak i nogi przy­mo­co­wał do (nazwijmy to łóż­kiem, bo leżanka brzmi źle) łóżka i zado­wo­lony splu­nął mi w twarz.”
Pozwolę sobie życzyć Autorce powodzenia i wielu ciekawych treści.
C.

Bo pewnie i sensu nie ma… Cóż mam rzec – amatorszczyzna. 😄 Dziękuję za komentarz. 😊

Pozdrawiam!

Ja również winszuję rozkosznego debiutu na łamach Najlepszej 🙂

Opowieść lekka, przyjemna i zabawna. W sam raz na ogrzanie mroźnych, zimowych wieczorów. W trakcie lektury raził mnie niekiedy potoczny język, ale rozumiem, że jest on częścią konwencji. Lekkość, z jaką prowadzisz fabułę i jej bezpretensjonalność pozwala przymknąć oko na niedociągnięcia warsztatowe. Zwłaszcza, że to Twój „pierwszy raz” na tym portalu, więc pewna wyrozumiałość jest wskazana 😉

Jedna uwaga formalna: w utworze literackim, w przeciwieństwie do listu, zaimki pisze się małą literą.

Pozdrawiam
M.A.

Drobna uwaga, po szybkich konsultacjach okazało się, że w tym przypadku, jako zwrócenie się narratora do nas, czytelników, jest dopuszczalne pisanie zaimka z dużej litery.

Skoro Micra tak mówi, to uznajmy, że napisałam celowo w ten sposób. 😄 Dziękuję i pozdrawiam! 😉

Całkiem udany debiut. Potrzebne było takie lekkie opowiadanko, z pewną dozą humoru. Przyznam, że rozbawiło mnie nieco… Krótkie, ale treściwe. Zgadzam się z przedmówcą, że zaimki piszemy małą literą.

Pozdrawiam

„Krótkie”, w tym przypadku, to słowo-klucz. 😄

Również pozdrawiam.

To jest bardzo przyjemny i lekki tekst na wejście w weekend. Świetnie poprawia nastrój. 🙂
Brawo!

Przezabawne!
Oczywiście wiemy wszyscy, że członek cechu szewców z dziada pradziada nie mógł być wieśniakiem, i król, rzecz jasna, nie oddałby córki i królewstwa byle komu, nawet nadwornemu trzewikowemu. Chyba że córka była z nieprawej alkowy a połowa królewstwa leżała na Adamantanach, gdzie szalały monsuny i miejscowy kacyk, okrutny Tricyklodekan.

Twoje „przezabawne” zabrzmiało jak dla mnie dość ironicznie i lepiej dla Ciebie, żebym się myliła. 😄 Co do reszty… Powiem szczerze, przy nieprawej alkowie zaczęłam się gubić, ale dziękuję za komentarz. 😉

Nie ma tu ani kropli ironii i dobrze o tym wiesz! 🙂
A reszta komentarza dotyczy nagrody dla Dratewki. Król był przebiegły, oddał mu za żonę jedną z dwustu córek (u Ciebie też pojawia się królewicz bękart), a pół króleswta do jakieś zamorskie kolonie, do których sobie król rościł prawa dla sportu, starodawnym królewskim obyczajem.

No cóż, masz szczęście w takim razie. 😉 Dwieście córek? Niezły miał rozmach ten król. Następnym razem poproszę o mniej skomplikowany komentarz, ja jestem prosta dziołcha. 😄

August Mocny i Kazimierz Wielki mieli jeszcze więcej 😉

Lubię takie zabawne, krótkie historyjki, poprawiające humor na dzień dobry. Gratuluję debiutu i jako niedawna debiutantka, życzę również powodzenia i weny przede wszystkim 🙂
Pozdrawiam.

Opowiadanie pełne wigoru i zadziornego humoru, zdarzają się pewne nieścisłości w fabule (np. „nadeszła pora na staruszków” – z tego zdaje się wynikać, iż z tego padołu zeszli tak król jak i królowa, co nie okazuje się prawdą) ale to drobiazgi. Ważne, że czyta się dobrze a tekst zapada w pamięć. Bezpretensjonalny, lekki, zbójecki. Tak trzymaj.

Udany debiut- jest wesoło i interesująco. Księżniczka, zabawa, seks i władza. Opowiadanie w klimatach Czarnej Carycy i Gry o Tron.

Całkiem przyjemne opowiadanko 🙂
Gratuluję udanego debiutu i liczę na więcej, co najmniej tak dobrych jak to.

Ania

Mam nadzieję, że nie zawiodę Twoich oczekiwań. 🙂
Pozdrawiam

Dopiero dzisiaj czas pozwala mi na czytanie.
Nic dodać, nic ująć do zamieszczonych komentarzy.
Powodzenia.
Pozdrawiam. B.

Bardzo pretensjonalnie prowadzona narracja. Cały, lekko humorystyczny tekst, silący się na, czasem i udaną, ekspresywność w każdym swoim momencie. Wyobraźnia autorki pracuje całkiem sprawnie i zdecydowanie przegania warsztat. Pojawiają się również ciekawe zalążki pomysłów, które usychają jednak w formie miniaturowych pączków. Efekt zimowej wiosny. Kurewsko niesprawiedliwy los córek królów… chociaż kto wie? W końcu biedny szewczyk zabił smoka (smoq bez urazy) i to nie byle jak, tylko głową. Ach… czyżby to znów był efekt zauważonej przez Anię opozycji racjonalne-kobiece? Grzeczny i mądry szewczyk jest be… a cała zgraja bojących się wystąpić przeciw zagrożeniu, lordów i rycerzy jest ponętnym i odpowiednim kąskiem?
A król? No król przynajmniej w “prawdziwej bajce” podejmował rozsądny wybór. Pominęłaś bowiem jeden szczegół droga autorko. Gdyby smok nikomu nie przeszkadzał, to i król by się wypiął na oddawanie połowy królestwa i córy. Smok jednak siał spustoszenie a przede wszystkim żądał królewny. Król więc stał przed dylematem. Żywa córka, lub martwa córka. W takim świetle kurewska niesprawiedliwość znacznie traci na swojej kurewskości.

Innym ciekawym pomysłem była owa “pierwsza kobieta”. Po tym co wyprawiał owy zaparawanowy kochanek, nikt nie uwierzyłby w to, że on nigdy wcześniej… I już ma się chęć rzucić w bok czytnik… że to niby czytelnika masz za wcieloną naiwność, a tu klaps w lordowski pośladek i wszystko jasne. Mogłaś jedynie przeciągnąć trochę ten temat. Pomysł zyskał by na napiętej przez chwilę sytuacji.

Erotyka w tekście na różnym poziomie. Na początku wspominasz o niej niezbyt smacznie…’ Ale na litość boską, mieli takie… penisy, że nie mogłam sobie odmówić.” Jakbyś pisała o ciepłych parówkach. “Wycho­dząc z własnej sypialni, tro­chę uma­zana spermą na twa­rzy i popra­wia­jąc gor­set, wpa­dłam na kogoś.” – Jak na kogoś, kto “w życiu bym się nie prze­spał z jakimś bru­da­sem” to narratorka odważnie sobie poczyna prezentując się na korytarzach z lordowskiem kremem pod nosem… Taka ironia, być może celowa.
Następne ceny są opisane na granicy wulgarności. Nie specjalnie porywają artystycznie. Da się jednak przez nie przebrnąć, jeśli przymknie się oko na warsztat.

“Mia­łam dwóch braci, ale nie rywa­li­zo­wali ze sobą o tron, bo jeden z nich, mimo że star­szy, był bękar­tem i nie przysługi­wały mu prak­tycz­nie żadne prawa.” – A teoretycznie przysługiwały? Słowo praktycznie jest niepotrzebne.

“Zna­czy, przez pewien czas nie, ale młodsze dzieci zmarły na gorączkę i od czternastu lat znów cieszę się przy­wi­le­jami „naj­mniej­szej i bez­bron­nej”, a przy­naj­mniej w oczach ojca.” – WIadomo o co tu chodzi dopiero po którymś z kolei przeczytaniu i szczegółowej analizie. Tekst musi wpłynąć do czytelnika a nie gnębić go maendrami labiryntu logiki. Powinnaś te zdanie napisać od nowa.

“Mama… No cóż, wysłała mnie, powiedzmy, że z dala od dworu…” – “powiedzmy, że” nie jest tu kompletnie potrzebne.

“ (zade­cy­do­wała o moim losie, jak król z legendy), kiedy w świat poszły plotki o moim boga­tym życiu sek­su­al­nym. Nic nie poradzę, od początku mówiłam, że służ­bie języki nie są do niczego potrzebne, ale moja matka, zamiast pouci­nać je tym plot­ka­rom, zde­cy­do­wała się wysłać mnie na jakąś wieś.” – ”tym” przed plotkarom bym usunął. Nie rozumiem też logiki… to w końcu za bzykanie wysłała córkę na bzykanie? Tyle że przez chłopów? No bo co mogła innego robić na wsi… przecież nie ubijała masła.

“W sumie zabieg sprytny, bo w życiu bym się nie prze­spała z jakimś bru­da­sem, ale, na litość boską, ile można?! “ – Ile można czego? Bzykać brudasów? Sprytnie “matczyno zabiegować”?

“…która była połączona od razu ze ślu­bem z jakąś księż­niczką.” – bez jakąś, chyba że koniecznie chcesz zaznaczyć, że narratorka jej nie zna, wtedy: “z nieznaną mi…”

“No więc powstrzy­mało mnie dwóch przy­stoj­nych lor­dów.” – Bez “No więc”

“ – Jutro, przed cere­mo­nią w mojej kom­na­cie. Moi słu­dzy przy­niosą ci wia­domość. Zasto­suj się, pro­szę.” – Ceremonia miała być w jego komnacie?

“Zna­czy to nie ten, który ści­skał mój brzuch w nadziei, że wypluję wino­grono. “ – Bez słowa “Znaczy”

“ On stał pomię­dzy lor­dem bodajże Tim­tleyem, …” – bodajże też łyso tu wygląda.

“ – Bie­daczku. – Pogładziłam go po policzku. – Jeżeli już takie despe­rac­kie myśli cię nacho­dzą – zachi­cho­ta­łam.” – Zdanie urwane w pół zdania… jeżeli nachodzą to co? Gdzie jest reszta?

“ Reszta podróży, ku mojej uldze, minęła bez prze­szkód.“ – Podróż do sypialni to trochę mocne słowo.

“ Drzwi mojej matce otwo­rzy­łam pół­naga.
– Szlag! – Szybko zatrza­snę­łam z powro­tem drzwi.” – w opisie dialogu wystarczyło napisać: “szybko je zatrzasnęłam” uniknełabyś powtórzenia.

“– Dziesięć minut. – Z nie­na­wi­ścią spoj­rzał na zega­rek i zerwał ze mnie zbędne rze­czy.” – zbędne odzienie byłoby bardziej na miejscu zerwania.

“Gorącz­kowo zła­pał mię­dzy zęby sutki i ści­skał je teraz” – złapał zębami.

“Jego język był, jak zauwa­ży­łam, doświad­czo­nym zawod­ni­kiem.” – trochę nietrafione porównanie, jak na ową epokę.

“W każ­dym razie po tym, jak ubrałam się w rekor­do­wym cza­sie i zbie­gli­śmy do sali kon­fe­ren­cyj­nej, …” W każdym razie jest niepotrzebne. On się nie ubrał?

“– Rozbie­raj­cie się. – Opadła mi szczęka. Kiedy spoj­rzałam jednak na lorda Fran­cisa, stwier­dzi­łam, że na szczę­ście to nie ja wyglą­dam naj­głu­piej. – No raz, raz. Pomóc wam?” – Błędny zapis dialogu. Po myślnikach nie opisuje się zachowania innej osoby, niż ta która owy myślnik wygłosiła. Reakcje innych osób piszemy od nowego akapitu.

“ – Wy tak… poważnie? – spy­tał wyraź­nie skrę­po­wany.” – bez wyraźnie… ostatecznie “najwyraźniej” pasowałoby lepiej.

“– Nie, rozbie­ram się, bo lubię. – odpar­łam, co w sumie nie było kłam­stwem, ale w tym przy­padku miało iro­niczne zna­cze­nie. – No rozbierz się, jak kró­lowa każe.” – Zwrot “co w sumie” niepotrzebny.

“– Wła­ści­wie to była królowa…– moja matka spio­ru­no­wała go wzro­kiem, cho­ciaż w głębi duszy z pew­no­ścią cieszyła się jak dziecko, że zoba­czy nagiego, mło­dego męż­czy­znę. Kochanek powoli rozpiął guzik przy kołnierzu swojego stroju, nie spuszczając ze mnie wzroku ani na chwilę. Nieśpiesznie zdejmował kolejne warstwy, aż został w samej bieliźnie.” – Znów ten sam błąd zapisu dialogu. A na dodatek niewiem czy dziecko cieszy się, że zobaczy nagiego młodego mężczyznę… to chyba nie jest za szczęśliwe porównanie.

“– Wolałbym nie… – wciąż próbował jeszcze wykręcić się z tej niezręcznej sytuacji.” – “jeszcze” jest nie potrzebne i ta sytuacja to była niezręczna dla niego chyba… powinnaś to zaznaczyć bo obie wyglądają jakby chciały go schrupać i to im najwyraźniej nie przeszkadza.

“– Natychmiast. – przerwała mu władczo matka. – Słowo “natychmiast” jest samo w sobie imperatywem, nie trzeba je wspierać zbędnym opisem.

“Kiedy przy­wró­cona została mi zdol­ność mówie­nia i poru­sza­nia się, rzuciłam się z cie­ka­wo­ścią do pakunku.” – Gdy zdolność mówienia wróciła, bo przecież nikt jej z zewnątrz nie przywracał.

“Odzy­skał pew­ność sie­bie, co poskutkowało tym, że już po chwili zosta­łam przy­gnie­ciona do… “ – Przyciśnięta być powinno, przygniecionym zwykle się zostaje czymś… albo przez coś.

“Cie­kawe jak, z zakry­tymi ustami. Szybko się jed­nak oka­zało jak, ponieważ po wyda­niu tego roz­kazu, zdjął knebel z mojej twarzy i wepchnął mi do ust fiuta.” – Ja bym to napisał tak: “Jak z zakneblowanymi ustami mogłabym się odezwać. Szybko się okazało jak. Zdjął knebel i wepchnął…” itd.

“ Maska, szcze­rze mówiąc, trochę zawężała mi pole widze­nia, ale nawet bez patrze­nia wiedziałam, że mój kocha­nek odchyla głowę z zado­wo­le­nia. “ – Słowo szczerze jest niepotrzebne. Jesteś narratorko tak pretensjonalna, że aż szczera.

“– Bła­gam, panie… zaj­mij się nią. – jęk­nę­łam, spe­cjal­nie uży­wa­jąc tego tytułu.” – Raczej: siląc się na ton, który mi narzucił”

“Mimo że to nie­sa­mo­wi­cie uwła­czało mojej god­no­ści, w tym momen­cie żądza okazała się sil­niej­sza.” – “niesamowicie” jest niepotrzebne, w tym momencie również, bo wiadomo żę w tym bo do niego właśnie doczytaliśmy.

“Jako że para­wan już nas nie chronił, gdzieś mię­dzy stę­ka­niem i jękami odwró­ci­łam wzrok ku widowni. Kilka par leżało na ziemi, jedna na stole, pod sto­łem wię­cej i pano­wał wszech­obecny chaos. “ – Głowę można obrać w czasie stęknięć i jęków, nie musi tu być “między”, takie wstawki powodują, że obraz, który przedstawiasz zamienia się w opis. Ten właśnie opis par leżących jest bardzo kulawo przedstawiony, źle się czyta.

W sumie ciekawe opowiadanie dające się przeczytać za jednym podejściem. Nie przejmuj się krytyką i pisz więcej. Ciekawe skąd masz pomysły na opisy scen erotyczne ? Teoria, praktyka, fantazje czy może inne źródła 😀. Pozdrawiam i czekam na kolejne dzieła.

Napisz komentarz