Perła o różowym oriencie (RozkojarzOna)  4.03/5 (11)

9 min. czytania

Źródło: Pexels.com

Z A. znaliśmy się już ładnych kilka lat, ale głównie z pracy. Mimo to moja wiedza na jej temat była dość powierzchowna, a powierzchnia jej skóry, z tego co wystawało spod rękawów bawełnianych koszul, wydawała się miękka i ciepła jak wosk.

Wiedziałem, że A. była spod znaku bliźniąt i może właśnie dlatego potrafiła być równocześnie kobieca jak i dziewczęca. Połączenie pruderyjnej kokietki z niewinnością panienki. Uwielbiałem te niezwykłe przemiany z jednej w drugą. Dwie twarze. Awers i rewers. Zawsze podziwiałem ją jak żywy eksponat ze skóry i kości, który stworzył krawiec z piosenki Lao Che i wystawił w jakimś muzeum za szklaną witryną w dziale sztuki awangardowej. Nigdy nie miałem dość podziwiać tego widoku. Cała była eklektyczna, złożona z kontrastów i zaprzeczeń.

Eklektyczna w tonie głosu. Potrafiła brzmieć jak najszlachetniejsza nuta, którą z resztą miała wytatuowaną na wewnętrznej stronie przedramienia, ale i czasem szemrała cichutko jakby to wiatr delikatnie smagał rośliny w ogrodzie botanicznym.

Eklektyczna w sposobie poruszania się. Zawsze lubiłem, kiedy miękko i zadziornie szła w tych swoich trampkach z obiema rękami schowanymi w kieszeniach spodni, zupełnie jakby była zbuntowaną nastolatką, a przecież była już po trzydziestce. A to z kolei dodawało jej uroku i seksapilu, kiedy stawiała silne i mocne kroki w obcasach na szarym bruku przed budynkiem naszego biura.

Eklektyczna w słowach, których używała. Często miałem wrażenie, że żongluje kontekstami, znaczeniami czy nawet przecinkami. Eklektyczna w swoim spojrzeniu, kiedy ostentacyjnie taksowała mnie wzrokiem, by za chwilę przymknąć powieki jakby w odruchu jakiejś nostalgii.

Wiedziałem też, że nie piła alkoholu, a słodycze zjadała, nie tylko do porannej kawy, w ilościach wprost hurtowych. Dlatego na jej popołudniową wizytę zorganizowałem ciasto i przesłodkie wino.

– Kurwa! – Mimowolnie wyrwało mi się z ust, kiedy krojąc ten czarny wytwór z cukru i glutenu, w głębokim zamyśleniu, skaleczyłem palec. Palec wskazujący lewej ręki.

Dzięki Bogu jestem praworęczny.

Szybkie spojrzenie na zegarek: wpół do czwartej. Miała się zjawić za pół godziny. Pomyślałem, że do tego czasu nie powinienem się wykrwawić, więc spokojnie poszedłem do łazienki, by z apteczki wyjąć plaster i uratować sytuację. Chociaż zdawałem sobie sprawę, że na tle idealnie wysprzątanego mieszkania, idealnie wyprasowanego T-shirtu z logo Pepsi i idealnie czekoladowego ciasta to końcówka mojego…. palca będzie wyglądać komicznie.

Zapukała do drzwi. Ani cicho, ani głośno. Zamiast jak każdy użyć dzwonka, ona musiała zapukać. Typowe dla niej. Zawsze robi wszystko po swojemu. Uśmiechnąłem się pod nosem lekko.

Otworzyłem drzwi i pierwsze co zobaczyłem to jej zielone oczy podkreślone czarną kredką. Dopiero potem objąłem wzrokiem to szczupłe ciało odziane w białą bluzę z małym napisem w języku, którego nie znałem, na wysokości prawego obojczyka, czarne rurki z łatami na kolanach i dżinsową katanę. Zupełnie jakby się przeniosła w XXI wiek prosto z lat 90-tych, epoki grunge’u, powycieranych jeansów i Kurta Cobaina. Mała buntowniczka wyglądająca jak aniołek. Chodzący oksymoron o twarzy kobiety i szczuplej kibici.

– Rozbierz się. – Miałem na myśli zdjęcie okrycia wierzchniego, ale zanim się zorientowałem, co powiedziałem, zdążyła już zareagować.

– Tak od razu? Bez gry wstępnej? – rzuciła z uśmiechem zwycięzcy, zdejmując kurtkę.

– Już pyskujesz? – Próbowałem się ratować. – Prowokujesz mnie.

– Dopiero mogę zacząć.

Sam już nie wiedziałem, czy to flirt, czy żarty, więc próbując wybrnąć z sytuacji, zgrabnym ruchem ręki godnym lokaja królowej Elżbiety II zaprosiłem gościa do środka.

– Panie przodem. – Wskazałem drogę, wzrokiem odprowadzając jej tyłek do kuchni. – Kawy? – zapytałem grzecznie.

– Nie, dziękuję. Za bardzo mnie pobudza.

Wskoczyła na kuchenny blat, z szelmowskim uśmiechem na twarzy.

– To źle? – dopytałem, wyjmując dwa różne kubki z szafki.

– To źle się może skończyć.

– To brzmi jak zachęta – odparłem z zadowoleniem.

– A nie jak prowokacja? – Puściła mi oczko. Zaczepna to ona była. – Nie boisz się? – dopytała.

– Że cię sprowokuję, czy że Ty mnie sprowokujesz?

– Że poparzysz sobie palce wrzątkiem. Widzę, że już jesteś ranny – rzuciła prześmiewczo odnośnie opatrzonego palca.

– Raczej martw się o swoje palce.

– Grozisz mi? – przekomarzała się.

– Jak najbardziej.

Od razu miałem przed oczami obraz jej palców oblepionych półprzeźroczystą, gęstą mazią w dolnej części mojego ciała. Czułem, jak wybrzuszenie w moich spodniach zaczyna się powiększać. Podniecała mnie.

– Podaj lepiej pojemnik z herbatą. Jest w tej górnej szafce po twojej prawej stronie – poprosiłem.

Zdziwiłem się, że spełniła polecenie bez słowa. Zsunęła się pośladkami z blatu. Odwróciła się tyłem do mnie. Nie była wysoka. Mierzyła raptem jakiś metr sześćdziesiąt. Nie miała prawa dosięgnąć niczego z tamtej wysokości.

Podobał mi się ten widok. Kolejny kontrast: taka mała, taka zadziorna, a taka bezradna czasem. Miałem przed sobą drobną kobietę z wypiętym tyłkiem stojącą na palcach. Podniecała mnie. Znowu/ciągle. Niepotrzebne skreślić.

Podszedłem do niej z moim wzwodem w spodniach. Nie mogła tego nie poczuć na swoich pośladkach.

– Pomóc? – zapytałem półgłosem.

Wsunąłem ręce pod materiał bluzy. Położyłem dłonie na jej biodrach. Prawą dłonią sięgnąłem wyżej, wzdłuż bocznej linii ciała, mijając wcięcie w talii, żebra, materiał stanika, krągłość miseczki. Oparła się rękami o blat. Wypięła tyłek prosto w moje krocze.

– Ładnie to tak prowokować? – wyszeptałem jej w kark.

– Wybacz, to niechcący.

I wypięła się jeszcze bardziej. Podobała mi się ta zadziorność. Przesunąłem dłoń na jej szyję i zacisnąłem. Westchnęła.

– Rozbierz się.

Odwróciła się. Miałem teraz jej twarz tuż przed swoją.

– Już dziś to przerabialiśmy – odpysknęła.

Odepchnęła mnie na długość ręki.

Patrząc na mnie lubieżnie, zdjęła bluzę praktycznie jednym ruchem. Miała na sobie czarny, haftowany stanik. Pięknie odbijał od bladego koloru jej skóry. Pasował do czarnej konturówki pod okiem. Ze spodniami poradziła sobie równie dobrze. Przyjemnie było patrzeć jak opadają wzdłuż jej szczupłych nóg do kostek. Nie zaskoczyła mnie czarnymi figami. Spodziewałem się tego.

Zrobiła krok do przodu. Stała teraz bardzo blisko mnie, w samej bieliźnie. Miała zajebiste ciało. Szczupłe ramiona, nieduże piersi, płaski, wyrzeźbiony brzuch, krągłe biodra. Jak „Bogini” w EPce Kuby Grabowskiego.

– Jeszcze? – zapytała.

– Jeszcze.

– Jesteś bezwstydny.

Nie odpowiedziałem. Nie zdjęła bielizny.

Nie chciałem się już powstrzymywać, ani czekać. Chciałem już ją dotykać, ocierać się, głaskać, łechtać. Marzyłem, by ta delikatna skóra bez oporu poddawała się mojemu naciskowi, dotykowi moich opuszków palców, żeby delikatnie zapadała się pod ich uciskiem, zostawiając tam mój ślad. Byłem ciekaw, jak pachnie, jak smakuje… Chciałem już ją mieć.

Położyłem dłonie na jej barkach i używając odrobiny siły, sprowokowałem, żeby uklękła przede mną. Rozpiąłem spodnie, obsunąłem bokserki tylko pod jądra i wysupłałem nabrzmiałego penisa.

– Ssij.

Zaczęła od samej końcówki. Ssała tylko żołądź, oplatając mnie w środku ust językiem. Powoli przesuwając się dalej. Wsuwała mnie w usta centymetr po centymetrze. Nie za szybko, nie za wolno. Czułem, jak przesuwa wargi po każdej mojej naprężonej żyłce, na każdej zaciskała lekko usta. Wzdłuż, ruchem posuwisto zwrotnym zaczęła pracować głową. Raz, za razem. Wzdychałem. A ona dyszała w moje krocze. Piękny, stłumiony dźwięk spowodowany buzią wypełnioną po same brzegi fiutem błyszczącym od jej śliny.

Chciałem więcej… Położyłem dłoń na jej podbródku i uniosłem do góry. Wysunąłem się.

– Patrz na mnie.

I znów wsunąłem się jej usta. Może trochę za głęboko. Cały czas na mnie patrzyła na pół załzawionymi oczami. Wysunąłem się. Jeszcze przez chwilę się krztusiła i zachłannie łapała powietrze w płuca, kiedy zdecydowałem:

– Jeszcze raz.

I znów wepchnąłem się tam. Znów zbyt głęboko, ale nie mogłem się powstrzymać. Czułem, że końcówką siebie ślizgam się po jej podniebieniu. Ocierałem się. A potem zacząłem sam ją posuwać. Trzymałem za potylicę i jeszcze przez chwilę pierdoliłem usta i gardło bez opamiętania.

Wysunąłem się z głośnym jękiem. Podciągnąłem ją do góry, żeby wstała. Żeby odetchnęła. Żebym ja złapał oddech.

Wstała. Odwróciłem ją i pchnąłem na blat. Oparła się rękoma o twardą powierzchnię. A teraz coś, co mnie podnieca najbardziej – pomyślałem.

– Wypnij się.

Lubiłem to słowo. Lubiłem tryb rozkazujący i lubiłem się gapić. To jeden z moich fetyszy. Wgapiałem się dłuższą chwilę w to ciało i w ten wypięty tyłek, masturbując się przy tym. Nabierałem ochoty, choć nie myślałem, że moja chuć może osiągnąć jeszcze większy rozmiar. A jednak…

Podszedłem. Wulgarnie rozsunąłem jej nogi kolanem tak, żeby stała w dużym rozkroku. Odchyliłem materiał majtek. Były całe mokre. Wilgotne. Lepkie. Najwidoczniej obciąganie sprawiło jej nie mniejszą przyjemność niż mnie. Nakierowałem się na jej cipkę. Przejechałem kilka razy wzdłuż szparki, w górę i w dół. I dopiero wtedy wszedłem.

Oboje jęknęliśmy. Równocześnie. Czekałaś na to – pomyślałem. Była gorąca w środku. Śliska. Ciasna. Przykleiłem się torsem do jej pleców. Dłoń zacisnąłem na żebrach. Pchnąłem. Do oporu. Głęboko. Na moment zastygłem w tej przyjemności, w cieple jej wnętrza i ciasnocie. W wilgoci. Usadowiłem się w środku, ułożyłem się, znalazłem swoje miejsce.

Pchnąłem raz jeszcze. Raz jeszcze westchnęła. I nie bez aplombu zacząłem ją bzykać. Od razu mocno. Szybko. Obijałem się jądrami o jej cipkę i biodrami o jej falujący tyłek. Słyszałem tylko jej jęki i ten charakterystyczny odgłos zderzających się ciał. Te klaśnięcia. Praktycznie nie słyszałem nic poza tym. Napierała na mnie tyłkiem. Widocznie lubiła stawiać opór. Wypinała się. Wspinała na place.

Wygięła plecy w łuk. Odchyliła głowę do tyłu. Dyszała. Z trudem łapała powietrze w płuca.

Zsunąłem prawą dłoń z żeber do cipki. Na łechtaczkę. Rozsmarowałem na niej śluz. Była cała mokra. Jej uda. Jej cipka. Jej wzgórek łonowy. Łecztaczka. Srom. Zacząłem pieścić. Opuszkiem palców. Zataczać kółka. Uciskać. Slizgać się po niej. Po jej nabrzmiałym łonie, w środku którego wyczułem twardy punkt pod palcami. Klejnot wywodzący się ze słonych, gorących wód „cichych westchnień wyssanych z […] ust”. Perła o różowym oriencie wydobyta z muszli warg sromowych.

Sięgnąłem do jej ust dłonią. Do warg przystawiłem palec wskazujący.

– Pośliń.

Połknęła cały palec. Suwała po nim ustami, jak by to był mój penis. Zwilżyła go bardzo dokładnie. Obśliniła i oblizała. Wróciłem palcami do łecztaczki. Wzdrygnęła się. Czułem, że pęcznieję w niej coraz bardziej. Że posuwam ją coraz mocniej. Drugą dłonią obsunąłem miseczkę stanika, który przypadkiem się rozpiął. Chwyciłem twardy sutek między kciuk a palec wskazujący. Ugniatałem nabrzmiałą brodawkę, pocierałem, obracałem w palcach. Jestem pewien, że plaster przyklejony do mojej skóry drażnił ją tam jeszcze bardziej. Potem miętosiłem już całego cycka a ona wydusiła z siebie:

– Kurwa… – wysyczała przez zęby. Drżała. Zaciskała się na mnie.

Wsunąłem się w nią powoli jeszcze kilka razy i wysunąłem. Jeszcze uspokajała oddech, ale uklękła. Sama.

Wyglądała zajebiście podniecająco. Kobieta sponiewierana orgazmem na kolanach. Uwielbiam takie widoki. Wziąłem penisa w dłoń i przyłożyłam jej do ust.

– Otwórz.

Włożyłem tam końcówkę siebie i zacząłem się wulgarnie masturbować. Miała moją wydzielinę na ustach. Języku. Podniebieniu. Obijałem się dłonią o własne jądra. Byłem już twardy, napęczniały. Wsadziłem jej penisa w usta. Głęboko. I trysnąłem. W gardło. I jeszcze raz… I jeszcze. Drżałem w ciepłej otulinie jej warg. Zastygłem tak na kilka sekund. Delikatnie się wysunąłem. Przyłożyłem swoją lepką dłoń do jej ust. Po prostu je zatkałem.

– Połknij to.

Patrzyłem na nią z góry, a ona na mnie z dołu. Oczy miała szeroko otwarte, podniesiony wzrok. Z rozmazaną kredką na dziewczęcej twarzy wyglądała iście perwersyjnie. Przełykała na kilka razy i robiła to z pełną świadomością. Prowokatorka. Chciała, żeby ostatnie słowo należało do niej.

Pogładziłem ją po policzku. Cały ten akt był przecież, oprócz tego że odważny, na swój sposób czuły. Podałem jej rękę. Pomogłem wstać.

– Przedni aperitif jak na podwieczorek. Niebo w gębie.

– Miałam to na końcu języka – odparowała z przekąsem.

Znów puściła mi oczko. Uśmiechnąłem się.

– Cięty język to powinnaś mieć na nazwisko – powiedziałem, obserwując, jak mocuje się z zapięciem stanika za plecami.

– Dowcipniś się znalazł. – poprawiła majtki.

Zebrała resztę ciuchów i zniknęła w łazience, do której sama musiała jakoś trafić. Nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się u mnie. Nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się poza pracą.

Stałem jeszcze chwilę jak wryty, z nagim przyrodzeniem, w kuchni. Patrzyłem na puste kubki, na przetrącony pojemnik z herbatą.

– Kurwa – wymamrotałem.

Znowu mi się wymknęło pod nosem. Chyba już trzeci raz tego dnia. Jeszcze miałem przed oczami jej nagie ciało. Jeszcze miałem pod palcami jej gładką skórę. Tatuaż w stylu noir. Jeszcze czułem jej słony zapach. Jeszcze miałem wypukłość jej tyłka w moim kroczu. To wszystko wydawało mi się jakimś zboczonym, ale pięknym snem, a ona oniryczną postacią z mojej podświadomości. Ale była prawdziwa, namacalna, a ja przed chwilą macałem ją całą.

Podszedłem do lodówki, wyjąłem butelkę rumu. Musiałem… Musiałem otrzeźwieć z tego amoku i jednocześnie odurzyć się bardziej.

Nalałem setkę do kubka, w którym miałem zaparzyć nam herbaty. Wypiłem jednym duszkiem. Mało. Wlałem jeszcze trochę, tym razem na oko. Wypiłem do dna. Przyjemne gorąco rozlało się najpierw po żołądku, a potem po całym ciele, powodując przyjemny luz.

Pozbierałem ciuchy z podłogi i skierowałem się do łazienki. Zapukałem. Cisza. Zapukałem jeszcze raz. Nadal cisza. Nie odpowiadało nawet echo.

– Jesteś ? – zapytałem z niepewnością.

Chwyciłem za klamkę. Powoli uchyliłem drzwi. Cisza. Zajrzałem do środka. Nie było jej tam. Ani nigdzie indziej. Wyszła. Po angielsku.

*

Zamieszczony w tekście cytat pochodzi z piosenki „Mów Mi Dobrze” zespołu happysad z płyty o tym samym tytule.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Ładne opowiadanie, choć odrobinę niechlujne – sporo powtórzeń i niepotrzebnych zaimków. Fabuła dość banalna, choć bohaterka może zainteresować. Szkoda, że utwór nie jest napisany z jej perspektywy – dla kontrastu narrator jest całkiem pozbawiony właściwości, nie wiadomo, co ją w nim pociąga. Myślę, że dla autorki też byłoby łatwiej – i bardziej autentycznie – wcielić się w kobietę. Ale to moja prywatna opinia, nie trzeba jej podzielać.

Witaj, RozkojarzOna!

Przede wszystkim, gratuluję debiutu! Zwłaszcza o tak poetyckim tytule. Świadomość, co było ową perłą wywołała na moich ustach uśmiech. Opowiadanie jest udaną pierwszą próbką, mam nadzieję, że wkrótce pokusisz się o następne 🙂 Myślę, że przydałoby się nieco większe skupienie na postaciach, ich motywacjach i charakterach. Byśmy lepiej wiedzieli, kim są i po co pewnego dnia spotykają się na seks. Zresztą, czy wyłącznie po to? Przyznam, że nie pogardziłbym nieco bardziej rozbudowanym kontekstem!

Na razie jednak tyle musi nam wystarczyć. Liczę, że następnym razem bardziej się rozpiszesz 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Są tu różne słabości i mankamenty, ale ogóle rzecz biorąc, podobało mi się 🙂

Napisz komentarz