Ula (Ania)  4.56/5 (9)

10 min. czytania

Marika Bunny, Clem+Marika_E_Fomapan400_30, CC BY 2.0

Było wyjątkowo ponure, jesienne popołudnie, a ja doła miałam już od dłuższego czasu, nie zwykłą chandrę, raczej początki depresji. Nie umknęło to uwadze koleżanek z pracy. Próbowały mnie rozweselać, ale niestety szło im kiepsko, wątpię zresztą, żeby komukolwiek poszło lepiej. Komukolwiek z wyjątkiem Uli. Zadziwiające, jak przypadek potrafi zmienić życie…

Chodziłyśmy razem do liceum, kontakt zupełnie nam się urwał, gdy wyjechała na Erasmusa. Czasem o niej myślałam, zastanawiałam się, czy nie napisać, jednak nie bardzo wiedziałam co ani czy jeszcze w ogóle mnie pamięta.

Nie przyjaźniłyśmy się szczególnie blisko, choć obracałyśmy się w tym samym kręgu towarzyskim. Często miałyśmy sprzeczne poglądy i toczyłyśmy długie, zażarte dyskusje na ich temat. Niby każda z nas okopywała się na swoim stanowisku, próbując zrobić wyłom w sposobie myślenia drugiej, niemniej nie kłóciłyśmy się, a raczej bombardowałyśmy bardziej lub mniej racjonalnymi argumentami. Uwielbiałam te dysputy, nawet jeśli prowadziły donikąd. Dobrze czułam się w jej towarzystwie, różnica zdań zwiększała tylko ekscytację. Ekscytację, której wtedy nie rozumiałam.

A może tylko zmylił mnie fakt, że nie uważałam Uli za ładną? Wysoka blondynka niby brzmi dobrze, ale diabeł zawsze tkwi w szczegółach. Wydawała się jakaś taka toporna, grubo ciosana, nie żeby pozbawiona kobiecych kształtów, biodra miała wąskie, piersi za to spore. Trądzik. Bujne brwi. Szeroki nos. Wszystko nadrabiała charakterem: piekielnie inteligentna, otwarta, żywiołowa. Ekstrawertyczka pełną gębą, w przeciwieństwie do mnie, nieco nieśmiałej introwertyczki.

Tamtego jesiennego dnia koleżanka miała umówioną wizytę u najlepszego fryzjera w mieście, takiego co to na termin czeka się ponad dwa miesiące, niestety z przyczyn losowych nie mogła skorzystać. Dziewczyny w pracy cały dzień namawiały mnie, żebym poszła za nią. Że niby zmiana fryzury zmienia wszystko, w krótszych włosach poczuję się lżejsza, a nowy kolor wyzwoli bezkresne wręcz pokłady optymizmu. Nie miałam siły ani ochoty, ale brakowało mi też wymówek, szczególnie gdy obiecały odstawić mnie na miejsce i dopilnować, żebym weszła. Poddałam się biernie.

Urządzony modnie i elegancko salon nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia, zdecydowanie brakowało w nim duszy. Nawet recepcjonistka, młoda, śliczna dziewczyna o urodzie porcelanowej lalki wydawała się zimna. Oczywiście kulturalna, uprzejma i pomocna, jednak aż nadto profesjonalna. Pozbawiona życia. A jeśli o życie chodzi, z głośników płynęła relaksująca muzyka, brakowało natomiast zwykłego towarzyszącego takim miejscom gwaru: żartów, plotek, nuconych pod nosem piosenek…

Pierwszy raz włosy miał mi ścinać mężczyzna, co uświadomiło mi, że do tej pory salony fryzjerskie uznawałam ze swego rodzaju azyle kobiecości, a ścinanie włosów wręcz za święty rytuał odnawiania dziewczyńskiej więzi. Efekt tej operacji często lekceważyłam, bo włosy przecież odrastają, prawda jest zresztą taka, że niezależnie od wszystkiego zawsze musiałam się przyzwyczaić, na początku niezadowolona ze zmiany, z czasem do niej dojrzewałam. Chodziłam tam przede wszystkim nasłuchać się szczebiotania rozluźnionych, zrelaksowanych kobiet, właśnie to dawało mi kopa.

Niemal pusty, elegancki salon sprawił, że zesztywniałam, nawet mimo zaserwowanej lampki prosecco. Czułam się niczym w poczekalni u notariusza – nic przyjemnego. Mistrz nożyc najwyraźniej pracował w ciszy i skupieniu, traktując włosy jak tworzywo, a ich nosicielki jak zbędny nadmiar materii organicznej, bo zza uchylonych drzwi nie dobiegały żadne odgłosy. A może miał przerwę?

Niby mogłam sięgnąć po prasę ułożoną pod stolikiem, w większości czasopisma o sztuce, jednak jakoś tak samo wyszło, że siedziałam prosto i gapiłam się na te drewniane, pomalowane na szaro drzwi. Chyba przywykłam, że moje życie w większość składała się z bezczynnego oczekiwania. Złe nawyki.

Tym razem jednak ten zły nawyk zaowocował czymś pozytywnym. Na początku olśnieniem, bo z tej ciężkiej, nienaturalnej ciszy wyłoniła się Ula. Kilkanaście lat starsza i zdecydowanie ładniejsza, choć oczywiście nawet gdyby nie wypiękniała, jej widok by mnie ucieszył, szczególnie że sama też się rozpromieniła, rozpoznawszy znajomą twarz. Ta reakcja była szalenie spontaniczna i żywiołowa, momentalnie zmieniła panującą w poczekalni atmosferę.

– O Jezu, Monia, kopę lat, co u ciebie? – Nieco niezdarnie wyminęła niski stolik, zapewne nabijając sobie siniaka o kant i podeszła mnie wyściskać. Odwykłam od równie wylewnych powitań, ale szybko zahipnotyzował mnie wręcz jaśminowy zapach jej włosów. Fakt, trochę łaskotały i było mi niewygodnie, bo choć się pochyliła, odruchowo stanęłam na palcach, żeby zmniejszyć odrobinkę różnicę wzrostu.

Muszę przyznać, że radość, którą okazywała wprawiła mnie w konsternację, niemniej szybko zaraziłam się dobrym humorem. Zadawała pytania, nawet nie czekając aż udzielę odpowiedzi, przeskakiwała chaotycznie z tematu na temat, a to coś wspominając, a to kąśliwie żartując z pogmatwanych losów starych znajomych. Ilość słów, którą wyrzuciła z siebie w ciągu kilkunastu czy kilkudziesięciu sekund, mnie wystarczyłaby na tydzień. Uśmiechałam się tylko, z każdą chwilą szerzej.

Ostatecznie poczekała aż mistrz nożyc – okazało się, że jej znajomy z organizacji działającej na rzecz osób LGBTQ+ (pojęcia nie miałam co w niej robi!) – wyrzeźbi mi na głowie zadawalającą go fryzurę. Moje zdanie chyba nie bardzo się liczyło. Nie zdecydowałam się na farbowanie, również pod wpływem nacisków Uli, która ni z tego, ni z owego stwierdziła, że zawsze uwielbiała mój naturalny kolor. Swoją drogą może nie ma czego uwielbiać, ot, nudny ciemny blond, niemniej nigdy nie miałam ochoty go zmieniać.

– Nie przeszkadzaj, muszę się skupić! – fryzjer ganił ją za każdym razem, gdy wchodziła w wyższe rejestry, ale o dziwo nie kazał nam bezwzględnie milczeć, więc ostatecznie atmosfera nie była taka zła, nie przypominał zresztą w niczym notariusza. Tunele w uszach, tatuaże, kolorowe włosy i nieschodzący z ust półuśmieszek – przy całej swojej ekscentryczności w zasadzie wydawał się sympatyczny.

– Mieszkam niedaleko, może wpadniesz na chwilę? – Ula zaproponowała, gdy oglądałam już w lustrze efekt końcowy. Trochę dziwny, fakt, jednak w niezrozumiały sposób pasujący do mojej urody i osobowości. Całkiem niezły…

– Mnie nie zaprosisz? – W tonie znajomego z organizacji broniącej praw osób LGBTQ+ trudno było przeoczyć kpiącą nutę, którą jednak Ula zupełnie zignorowała.

– Innym razem, Ole – rzuciła od niechcenia.

– Na chwilę… – Wahałam się. Po pierwsze czekały obowiązki, po drugie nie lubię nadużywać cudzej gościnności. Nigdy nie wiem, kiedy jestem jeszcze mile widziana, a kiedy powinnam już wyjść, dlatego bezpieczniejszy wydaje się neutralny grunt, z którego każdy może w dowolnej chwili uciec.

– Pewnie, że na chwilę. – Najwyraźniej dostrzegła moje wątpliwości. – Będzie fajnie – zaczęła zachęcać coraz bardziej entuzjastycznie, a co gorsza wydawała się przy tym zupełnie szczera – zobaczysz. Powspominamy trochę, opowiesz w końcu co u ciebie słychać. Dalej jesteś wegetarianką? Tak się składa, że mam w lodówce obłędne leczo, powinno ci smakować, a jak jesz produkty odzwierzęce to i deser się znajdzie…

Oczywiście nie dała mi zbyt wiele opowiedzieć, cały czas rozgadana. Muszę przyznać, że leczo rzeczywiście było obłędne, panna cotta również, różowe kalifornijskie wino nieco gorsze, ale i tak wypiłyśmy dwie butelki. Od lat nie bawiłam się równie dobrze, nagle lżejsza i młodsza, znów beztroska. Mimo że nie toczyłyśmy żadnej pretensjonalnej, przeintelektualizowanej dyskusji jak za czasów liceum, czułam znajomą ekscytację. Starsza i bardziej doświadczona powinnam lepiej rozumieć jej naturę, a jednak objawienia doznałam dopiero, gdy niezwykle intymnym gestem, muskając przy tym policzek, założyła mi kosmyk włosów z ucho.

– Ole ładnie cię obciął – wyszeptała przy tym, choć zwykle mówiła głośno.

Uśmiechnęła się łagodnie, nieco zbliżając w moją stronę. Gdyby to był ktokolwiek inny, pewnie wpadłabym w panikę, przy Uli zrobiłam tylko wielkie oczy. Zauważyła moje zdziwienie, bo choć nie cofnęła się ani o milimetr, ani o milimetr też się nie przybliżyła, a dałabym głowę, że miała zamiar mnie pocałować, delikatnie musnąć moje wargi, subtelnie i nieśmiało. Czule.

Całe wieki patrzyłyśmy sobie w milczeniu w oczy i były w tym wszystkie nasze wątpliwości, nadzieje, lęki i pragnienia, cała ta trudna do nazwania mieszanka. Miałam ochotę, miałam ogromną ochotę poczuć jej bliskość, dotyk, przekroczyć granicę intymności, ale z drugiej strony się bałam. Niezrozumienia, zaszufladkowania, rozbieżności naszych oczekiwań, popsucia dobrej relacji, tego, co mogłoby stać się dalej… Nagle jej działalność w organizacji broniącej praw osób LGBTQ+ nabrała sensu. Nie żebym nigdy nie pragnęła żadnej kobiety, z jedną zdarzyło mi się nawet całować, ale prościej, bezpieczniej… po prostu wygodniej… jest pragnąć mężczyzn i to z nimi próbować układać sobie życie. Lepiej lub gorzej. Żaden nie zagrzał dłużej miejsca, co zawsze zrzucałam na karb niedopasowania charakterów.

Nie jestem żadną pięknością, tym bardziej seksbombą, często jednak odnosiłam wrażenie, że mężczyźni pożądają mnie znacznie silniej niż ja ich i to w obślizgły, obleśny sposób. Bardziej fizyczny. Może coś ze mną nie tak, ale najbardziej działa na mnie nastrój, w szczególności długie, skomplikowane rozmowy, które oni gotowi są toczyć zanim dobiorą się dziewczynie do majtek, a które zupełnie ich już nie interesują później.

Wiek, uroda ani płeć rozmówcy nie mają z tym za wiele wspólnego, działa samo zdarzenie, nić intelektualnego porozumienia – choć bywa i tak, jak w przypadku Uli, że wręcz przeciwnie, to różnica poglądów i zażarta dyskusja pobudzają. Długo trwało nim zauważyłam i zrozumiałam tę prawidłowość, a gdy już do tego doszłam, wnioski okazały się smutne, bo długie, intymne relacje opierają się bardziej na dotyku niż słowach, a jeśli na słowach, raczej na czułych i pieszczotliwych niż mogących stanowić wyzwanie intelektualne. Miłość ogłupia. Nieodmiennie ciężko być odmieńcem…

Ula zawsze była w poglądach nad wyraz konserwatywna, w czynach wykraczająca znacznie poza konserwatywnie pojmowane role płciowe. Czy bałam się jej oceny? Pewnie trochę tak, ale najbardziej przerażało mnie, że nigdy nie pojmę toku myślenia stojącego za konkretnymi czynami. Próba pocałunku mogła wynikać z chwilowej zachcianki, a równie dobrze z głębokich, długo skrywanych uczuć. Czyżby nasze długie dysputy nigdy nie były tak niewinne, jak chciałam je widzieć? Czyżby ją też napędzał dziwaczny rodzaj pożądania? Intelektualne i fizyczne przyciąganie splatające się chwilowo w jedno?

Wsunęłam delikatnie dłoń w jej włosy i leciusieńko przyciągnęłam ku sobie. Wystarczyło. Wyraźnie czekała jedynie na przyzwolenie, bo szybko przejęła inicjatywę, miękką i mięsistą dolną wargą muskając moją górną. Bynajmniej nie po przyjacielsku.

Nawet nie wiem kiedy przylgnęła do mnie całym ciałem i ujęła twarz w dłonie, ale było mi tak cholernie przyjemnie… tak błogo… tak ciepło… że zapomniałam o wszelkich wątpliwościach, po prostu czułam, chłonęłam. Smakowała winem i dosłownie cieniem słodkiego malinowego sosu z panna cotty. Napór miękkich krągłości sprawiał zupełnie inne wrażenie niż to, do którego przywykłam obcując z mężczyznami, ale ta zaskakująca różnica tylko dodatkowo podniecała. Zdaje się, że sama przyciągnęłam ją mocniej i pogłębiłam pocałunek. Chciałam więcej, chciałam intensywności graniczącej z bólem, z szaleństwem, jednocześnie nie zamierzając posuwać się ani o krok dalej.

Chyba jeszcze nigdy nikogo nie całowałam z równą pasją, w pełni oddając się tej jednej czynności, ustom i językowi pozwalając żyć własnym życiem. Okazały się nieoswojone, dzikie i wygłodniałe. Natarczywe. Ula, choć przez chwilę wyraźnie zaskoczona, nie była mi wcale dłużna. Nie wiem, czy czuła identyczne napięcie i identyczną potrzebę zespolenia, ale na moje wysiłki odpowiedziała adekwatnie. Pełna synchronizacja. Idealne zgranie.

Ten pocałunek był jak taniec dwojga wprawnych i zaangażowanych emocjonalnie tancerzy, odczuwałam go całą sobą, aż łaskotał w koniuszki palców u stóp, w cebulki włosów… Dostarczał więcej wrażeń niż niejeden prostacki, zwierzęcy akt kopulacji! Niemniej naprawdę zaczęło się, gdy Ula przeszła do skubania płatka mojego ucha. Aż mną wstrząsnęło! Niby drobna, dość niewinna pieszczota, a wrażenie było piorunujące.

Już wcześniej inni ssali i całowali moje uszy, ale to nigdy nie zadziałało w choćby zbliżony sposób. Odpływałam, niemal dosłownie, co Ula pojęła w mig, bo nie tylko nie przerwała, ale jeszcze zintensyfikowała swoje pieszczoty, rozszerzając je na całą małżowinę i żuchwę. Nie byłam już w stanie unieść powiek, oddychałam płytko, cała wrzałam w środku, nagle niebezpiecznie rozgrzana. Ciuchy zaczęły przeszkadzać, uwierać, brakowało powietrza, a ona wydawała się jednocześnie znajoma i obca. Nigdy nie spodziewałabym się, że kiedykolwiek zbliżymy się aż tak. Bardzo fizycznie. Dosłownie.

Cała sytuacja wydawała się dość absurdalna, przesycona oniryczną atmosferą, a przy tym na tyle absorbująca, że mózg nie był już w stanie przerabiać kolejnych wątpliwości, z przesytu bodźców, odciął myślenie. Poddałam się temu.

Drżałam przy każdym wydechu Uli, chłodzącym nieco rozgrzaną skórę, a gdy chwyciła dłonią drugie ucho, aż jęknęłam. Wystarczyła chwila, żebym mocno zaciskając uda, napięła się cała w swoistej kulminacji. Nigdy wcześniej nie przeżyłam czegoś podobnego. To znaczy przeżyłam wiele orgazmów, ale wszystkie wymagały sporo pracy i wysiłku, były wręcz wymuszane na moim ciele i posiadały wyraźne epicentrum, niektóre może mocniejsze, bardziej oszałamiające, ale nigdy równie lekkie i beztroskie. Ten na ułamek sekundy wprawił mnie wręcz w stan nieważkości i rozlał ciepłem po całej skórze, prawie jak odrobinę za gorąca woda.

A później? Później zawstydził… Ostatecznie wydawał się tak bardzo nie na miejscu. Z drugą kobietą… Ulą… w ubraniach… przy delikatnych, niewinnych pieszczotach…

Poczułam, że policzki pieką, zapewne oblałam się rumieńcem po same czubki uszu, ale Ula mogła tego nie dostrzec, bo przytuliła mnie mocno, brodę opierając na ramieniu. Bliskość i dotyk ukoiły skołataną duszę – cholernie ich potrzebowałam, znacznie bardziej niż rozładowania napięcia seksualnego – ale równocześnie w przedziwny sposób zasmuciły. Oczy mi się zeszkliły, a po chwili po policzkach pociekły nieproszone łzy. Liczyłam, że tego też nie zauważy i może by nie zauważyła, gdyby nie wstrząsnął mną w końcu szloch. Nie rozumiałam, co się stało, po prostu płakałam, głośno i intensywnie. Ula tuliła mnie coraz mocniej, kołysała, głaskała, mrucząc do ucha:

– Ciiii… już dobrze… nic się nie stało… jestem przy tobie…

Chyba nikt nigdy wcześniej nie okazał mi tyle troski i zrozumienia, nie dał dokładnie tego, czego w danym momencie potrzebowałam: tym razem bliskości. Nie pomogłaby żadna rozmowa ani próby rozweselania, musiałam te emocje po prostu przeżyć, pozbyć się ich, wyrzucić. Rano wyszłam od Uli piętnaście kilko lżejsza i dziesięć lat młodsza, choć w zasadzie nie wydarzyło się nic więcej. W końcu zasnęłyśmy przytulone i tyle.

Później, powoli, z czasem, zaczęłam się w niej zakochiwać…

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobre opowiadanie erotyczne, nasączone erotyką jak gąbka, w jej najlepszym zrozumieniu. Myślę, że udało się Tobie pokazać, jak to się zaczyna… bardzo szczerym i naturalnym opisem. Mógłbym te opowiadanie śmiało pomylić ze zwierzeniem. ” …gdy niezwykle intymnym gestem, muskając przy tym policzek, założyła mi kosmyk włosów na ucho.
– Ole ładnie cię obciął – wyszeptała przy tym, choć zwykle mówiła głośno…” – Bardzo dobry zwrot akcji, można go poczuć, nawet, a może zwłaszcza będąc mężczyzną, dlaczego? Nie pytaj.

A właśnie, że spytam dlaczego!

Dlaczego? 😉

Opowiadanie subtelne i urocze w swojej niewinności. Bohaterka spotyka po latach dawną przyjaciółkę i odkrywa, że czuje do niej znacznie więcej, niż zwykłą sympatię. Ale jednocześnie wszystko odbywa się w niespiesznym tempie, pozwalającym dziewczynie odnaleźć się w emocjach i potrzebach, o których posiadanie wcześniej nawet się nie podejrzewała.

Ania jak zwykle okazuje się znawczynią wszystkich zakamarków kobiecej psyche. Przeczytałem z niekłamaną przyjemnością.

Pozdrawiam
M.A.

Czyżby dlatego, że jestem kobietą? Przyznam, że często poraża mnie, jak wielkie problemy z budowaniem wiarygodnych bohaterek potrafią mieć autorzy płci męskiej (na szczęście nie wszyscy). Czasem wręcz wygląda, jakby nawet nie starali się zrozumieć motywów działania własnych postaci, uznając to za niemożliwe… a przecież wszyscy jesteśmy ludźmi i myślimy i czujemy podobnie…

Również pozdrawiam

A.

Lubię takie delikatne, softowe opowiadania o pierwszym zauroczeniu. Może nie oferują podniecających 'momentów’ ale jakoś tak rozgrzewają serce. Naprawdę fajna lektura, dziękuję!

Ależ proszę, cieszę się, że się podobało 🙂

Ach, te erogenne strefy kobiece. Trzeba cierpliwości i dociekliwości by je poznać. 🙂

Napisz komentarz