Terapia (Arehiril)  4/5 (4)

19 min. czytania

Źródło: Max Pixel

Poniższe opowiadanie pierwotnie zostało opublikowane na łamach portalu Dobra Erotyka 16 września 2009 roku.

Być może do tej pory życie mnie za bardzo rozpieszczało, zrobiło ze mnie swego rodzaju „księżniczkę na ziarnku grochu”. Wspaniała rodzina, osiągnięcia naukowe, cudowny mężczyzna… A tu nagle, w jednej chwili mój świat runął, a ja nie potrafiłam się pozbierać.

Może gdybym zrozumiała… Ale nie, nie rozumiałam. Choć jeszcze nie zaręczeni, planowaliśmy ślub. Wiele rozmawialiśmy na temat przyszłości naszego związku, naszej przyszłości. Byliśmy z sobą bardzo zżyci, znaliśmy się na wylot, rozumieliśmy bez słów. Uwielbialiśmy spędzać razem czas, pomimo dość rozbieżnych zainteresowań, ale jednocześnie nie popadliśmy w uzależnienie – szanowaliśmy fakt, że jesteśmy odrębnymi jednostkami. Sielanka.

Do czasu. Zadzwonił któregoś pięknego, wczesnowiosennego dnia – wtedy jeszcze myślałam, że chciał umówić szczegóły popołudniowego wyjścia na miasto.

– Majka – powiedział ozięble, jednak ton jego głosu nie wzbudził moich podejrzeń.

– Cześć, kochanie! – odpowiedziałam radośnie, nie mogąc doczekać się spotkania.

– Muszę ci coś powiedzieć… Ja już tak nie mogę. Nazywa się Natalia. Kocham ją, układamy sobie razem życie. To coś poważnego, nie chcę tego zepsuć. Nie próbuj, proszę, wchodzić między nas. Nie wydzwaniaj, nie przychodź do mnie. W przyszłym miesiącu wprowadza się tutaj… Wolę, żebyście się nie spotkały. Po prostu daj nam spokój. – tu zrobił krótką pauzę, po czym dodał, jakby nigdy nic – Pa, trzymaj się.

Wtedy nie dotarło do mnie nawet, że ten idiota nie miał dość klasy, żeby powiedzieć mi to w twarz. Moje myśli krążyły chaotycznie, nie układając się w logiczny, spójny ciąg. Kocha ją? Jak to ją, co to w ogóle za Natalia? Wprowadza się? Ja nie mogłam się do niego wprowadzić przez dwa lata związku… A ona się tak nagle wprowadza? Do MOJEGO Marka?! Jak to kocha…? Wprowadza… Nie wchodzić, nie przychodzić, nie nachodzić…? Jak…? Wprowadza się… Kocha? Przecież ja kocham…

Rozpoczął się mój koszmar. Zostałam sama. Nie, nie dosłownie. Rodzina i przyjaciółki… Wszyscy starali się jakoś poprawić mi humor, pocieszać, wyprowadzić na prostą. Problem tylko w tym, że byli strasznie nachalni. Cały czas powtarzali „nie przejmuj się”, „był beznadziejny”. Tylko że łatwo powiedzieć, phi, nie przejmuj się… Porzucona kobieta ma prawo się przejmować! Beznadziejny? Spędziłam z tym „beznadziejnym facetem” dwa lata, najchętniej spędziłabym resztę życia… Dziwne, że do tej pory jakoś wszyscy za nim przepadali. Najgorsze jednak, że kiedy zirytowana tymi bezsensownymi próbami podniesienia mnie na duchu odkrzykiwałam „a dajcie wy mi wszyscy święty spokój!”, zamiast po prostu być przy mnie, powstrzymując się jedynie od durnych tekstów – odsuwali się. Zostawiając mnie na pastwę własnych myśli.

Pomoc nadeszła z najbardziej nieoczekiwanej strony. Lidka przeniosła się do nas w tym roku z Uniwersytetu Jagiellońskiego, nie znałyśmy się za dobrze – dołączenie do zżytej po trzech latach wspólnego studiowania grupy nie ułatwia skrócenia dystansu. Niewiele pomógł naszej znajomości fakt, że przyszło nam robić wspólny projekt z przetwarzania języka naturalnego – obie miałyśmy masę zajęć i wszystkie rozmowy, jakie prowadziłyśmy, sprowadzały się do pracy… Przynajmniej do czasu.

Kiedy dzień po feralnym telefonie przyszłam na zajęcia, z miejsca zauważyła, że coś jest ze mną nie tak. Delikatnie spytała, co się stało i choć odpowiedziałam najbardziej wymijająco jak umiałam, zdawała się mnie rozumieć. Nie zadała masy osobistych pytań, nie żądała szczegółowych wyjaśnień, a jednak przez chwilę potrafiła pociągnąć temat. Łagodnie i z wyczuciem, wyraźnie chcąc mi odrobinkę ulżyć, okazać wsparcie, a nie zaspokoić własną ciekawość. I urwała dyskusję we właściwym, wręcz idealnym momencie.

Pod tym względem była niesamowita – choć wątek moich przeżyć nie pojawiał się już w naszych rozmowach, w jakiś niezwykły, pozawerbalny sposób dawała mi ogromne wsparcie. Być może jego siła, paradoksalnie, płynęła z wyjątkowej subtelności. Przez długi czas nie zauważałam, jak dobry ma na mnie wpływ, w końcu jednak dotarło do mnie, że faktycznie coraz mniej się tym wszystkim przejmuję – nawet gadki najbliższych stały się mniej irytujące. Minimalnie, ale jednak.

Któregoś dnia, prawie trzy miesiące od naszego rozstania z Markiem, gdy po raz kolejny spotkałyśmy się na ćwiczeniach, zapytała:

– Co robisz po tych zajęciach?

– Nie wiem… Mam dwie godziny okna. Pewnie powtórzę coś do jutrzejszego kolokwium… – odparłam.

– Mam lepszy pomysł! Wyskoczymy gdzieś, może wreszcie uda nam się porozmawiać o czymś innym niż studia. Poprawa humoru gwarantowana! – obiecała radośnie.

Stałam chwilę, wpatrując się w nią i nie wiedząc, co zrobić. Jakoś nie miałam ochoty na „poprawianie humoru”, ale nie potrafiłam jej odmówić. Patrzyła na mnie ciepło swoimi wielkimi, błękitnymi oczami, miała zatroskaną minę. Nie wytrzymywała już, chciała coś zrobić… Zdecydowałam, że pozwolę jej spróbować.

– Postanowione – nawet nie czekała na odpowiedź, a może po prostu wyczytała ją z mojej twarzy, zanim zdążyłam ubrać myśl w słowa. – Niedaleko jest przytulna kawiarenka, serwują fantastyczną czekoladę. Będziesz zachwycona.

Nie mając już nic do powiedzenia, ponownie skupiłam uwagę na prowadzącym. To było chyba najdłuższe półtorej godziny w moim życiu. Ta niecierpliwość tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że chyba dobrze mi zrobi otwarcie się w końcu na czyjąś pomoc.

Wyszłyśmy z pracowni jako pierwsze i szybko podążyłyśmy do celu. Szłam pół kroku za Lidką, bo właściwie przez cały czas nie wiedziałam, dokąd mnie prowadzi. Kawiarnia faktycznie była blisko uczelni, a jednak, o dziwo, nigdy wcześniej do niej nie trafiłam. Inna sprawa, że częściej odwiedzałam puby… Nie licząc ostatnich tygodni, kiedy to kursowałam tylko między domem a AGH, z rzadka wpadając do którejś z przyjaciółek i natychmiast żałując wizyty.

Lidia miała rację, miejsce było wyjątkowo przytulne. Dolna część ścian pokryta była ciepłą, żółtą tapetą o ciekawej fakturze, wyżej pomalowano je jedynie farbą w nieco jaśniejszym odcieniu. Granicę stanowił dekoracyjny pas z jakimś pomarańczowym zygzakiem i słonecznymi motywami. Stoliki były niskie, drewniane, pociągnięte pomarańczowym lakierem, a dookoła porozrzucane były poduchy i sofki we wszystkich możliwych odcieniach dominujących w wystroju kolorów. Znalazłyśmy sobie najwygodniejsze poduszki i usiadłyśmy po turecku przy jednym ze stolików. Moja towarzyszka zamówiła dla nas ponoć najlepszą z dostępnych czekolad i na moment zapadło niezręczne milczenie. Chociaż od początku roku minęło już kilka miesięcy i łączył nas wspólny projekt, ta dziewczyna w gruncie rzeczy wciąż była dla mnie zagadką. Wydawało mi się, że ją znałam, ale tak naprawdę wiedziałam o niej niewiele. Nasza „znajomość” sprowadzała się głównie do tego, że wiedziałam, jak się nazywa i poznałabym ją na ulicy. Wielkie oczy w kolorze letniego nieba i kręcone, rudozłote włosy. Na spiczastym nosku i policzkach kilka piegów, dość pełne usta. Niezła figura, średni wzrost. Ot, cała Lidka.

Po chwili kelnerka wróciła, stawiając przed nami dwie wysokie szklanki z gorącą czekoladą, zwieńczoną solidną warstwą bitej śmietany. Kiedy sobie poszła, Lidka przerwała milczenie:

– Jak długo byliście razem?

W pierwszej chwili zamurowało mnie. Jak ona się tego domyśliła? Czy to aż tak oczywiste, że jak dziewczyna ma problem, to z facetem? Czy ja mam na twarzy wypisane „porzucona”?

– Dwa lata. – odparłam. Nie spodziewałam się tego pytania, ale w gruncie rzeczy świetnie nadawało się na początek trudnej rozmowy, bo wymagało podania konkretnej, prostej informacji, a nie na przykład relacjonowania co czuję…

– I to były najpiękniejsze dwa lata w twoim życiu, prawda?

Jak ona to robiła? Po raz pierwszy komuś przyszło do głowy, że wcale nie chcę słuchać o tym, że zmarnowałam kawał życia. Ktoś w końcu zrozumiał, że mam duży sentyment do tego okresu… I że chciałabym, żeby trwał dalej. Nie będąc w stanie wypowiedzieć żadnych słów, pokiwałam tylko głową.

– To ciesz się tym, że je przeżyłaś. Wspominaj je dobrze – o matko, ona była genialna! – I używaj ich jako punktu odniesienia. Żyj tak, żebyś była co najmniej tak szczęśliwa, jak wtedy.

Znów zamilkła, chyba chciała dać mi chwilę na przetrawienie tego niezwykłego punktu widzenia. A może po prostu chodziło o przerwę na kilka łyków czekolady? Wyjadła łyżeczką trochę śmietany i uniosła szklankę do ust, a ja poszłam w jej ślady. Istotnie, pyszności!

Nagle poczułam na dłoni jakieś ciepło. Odstawiłam szklankę, spojrzałam na stół i zorientowałam się, że to Lidka chwyciła mnie za rękę. Zupełnie się tego nie spodziewałam i mało brakło, a wycofałabym się, lecz coś mnie przed tym powstrzymało. Jej dłoń była taka miękka i delikatna, skóra – idealnie gładka. Nieznaczne ruchy jej palców sprawiały zaskakującą przyjemność; nie pomyślałabym, że tym prostym, przyjacielskim gestem można tak wymownie okazać komuś wsparcie.

Patrząc mi głęboko w oczy, dziewczyna podjęła przerwaną rozmowę, do końca spotkania nie wracając już jednak do pierwszego tematu. Gadałyśmy o przeszłości, rodzinie, przyjaciołach, zainteresowaniach – o wszystkim, co tylko przyszło nam do głowy. W końcu miałyśmy okazję poznać się trochę lepiej, chociaż niecałe dwie godziny to strasznie mało czasu dla dwóch tak wygadanych osób. Zleciało jak z bicza strzelił i niestety musiałam wracać na zajęcia. Jako że Lidka była już wolna, odprowadziła mnie na uczelnię – miałyśmy jeszcze chwilę na dokończenie wątku. Kiedy znalazłyśmy się przy głównym wejściu, wysłuchałam jej do końca i powiedziałam:
– W takim razie ja już lepiej pójdę… Do jutra.

– Cześć! – odpowiedziała. A potem oparła rękę na moim ramieniu, nachyliła się i cmoknęła mnie w policzek, zaskakując po raz kolejny tego dnia. W niektórych kręgach ten gest jest bardzo popularny, ale wśród moich znajomych jakoś się nie przyjął. Chyba wszystkich wprawiałby w zakłopotanie, wrażenie przekroczenia pewnej granicy.

Kiedy jej usta dotknęły mojego policzka, coś we mnie drgnęło. W jednej chwili ta dziewczyna stała mi się tak bliska… Nie miałam jednak czasu analizować tego dziwnego wrażenia, musiałam już biec na zajęcia.

Przez kilka kolejnych dni nie mogłam się doczekać kolejnego spotkania z Lidką. Nie, nie w tym sensie… Po prostu widywałyśmy się tylko na zajęciach, a chciałam jeszcze raz usiąść z nią na spokojnie i porozmawiać. Tamten wypad na czekoladę naprawdę poprawił mi humor. Powoli realizowałam plan cieszenia się życiem. Powoli, ale bardzo skutecznie. Byłam pełna podziwu dla tej dziewczyny; tak łatwo udało jej się wyprowadzić mnie z dołka, wskazać drogę, którą zechciałam podążyć – dotychczas ignorowałam przecież wszelkie rady. Nie wierzyłam, że którakolwiek z nich będzie skuteczna albo zwyczajnie nie podobały mi się: te wszystkie bzdurne „zapomnij”, „znajdź sobie kogoś” i tym podobne idiotyzmy. Nareszcie komuś się udało i czułam, że przy bliższej znajomości może być jeszcze lepiej, że moja (o rany, dlaczego tak o niej pomyślałam?) Lidia zdoła jeszcze bardziej mi pomóc.

W sobotę rano zadzwoniła.

– Cześć Majka!

– Cześć, co słychać?

– Masz wolny wieczór? Moja współlokatorka wybiera się na imprezę, a ja jakoś nie mam nastroju. Mieszkanie będzie puste, więc mogłybyśmy pogadać, nie martwiąc się, że ktoś kręci się w pobliżu. Oczywiście, jeśli masz ochotę…

– Chętnie! O której mam być?

Umówiłyśmy się na siódmą. Zjawiłam się punktualnie, a właściwie to nawet kwadrans przed czasem; wszystko przez to, że odkąd zadzwoniła, nie mogłam się doczekać spotkania. Na szczęście nie wyglądała na zdenerwowaną moim wcześniejszym przybyciem. Z uśmiechem powitała mnie i zaprosiła do salonu. Usiadłam na kanapie, a Lidka, wciąż stojąc, zapytała:

– Czego się napijesz? Herbaty, soku, a może winka?

– Hmm – zaskoczyła mnie tym winem, ale do babskich pogaduch pomysł był w sam raz. – Masz może przypadkiem białe, słodkie?

– Widzę, że mamy podobny gust – znowu się uśmiechnęła, wyjątkowo promiennie. Ślicznie.

Wyczarowała skądś dwa kieliszki i butelkę. Sprawnie odkorkowała napój, rozlała go i postawiła wszystko na małym stoliku nieopodal kanapy. Przysiadła się, wybierając miejsce dość blisko mnie. Na tyle blisko, że ręką wyciągniętą na oparciu sięgała mojego ramienia. Drugą zaś chwyciła kieliszek i podała mi go, po czym wzięła swój. Zaczęłyśmy gadać, sącząc powoli trunek. Tym razem Lidka nie wracała do feralnego tematu. Nie bezpośrednio, ale cały czas nawiązywała jednak do mojego dalszego życia. Mniej lub bardziej dosłownie dawała mi do zrozumienia, że wspiera mnie, że mogę na nią liczyć. Że moje szczęście jest dla niej istotne. Pierwszy raz od rozstania poczułam, że jestem dla kogoś tak ważna. I uzmysłowiłam sobie, że Lidia też wiele dla mnie znaczy… Jako przyjaciółka, oczywiście.

Zasłuchana w jej monolog nie zorientowałam się, że w pewnym momencie przysunęła się ciut bliżej i zaczęła głaskać mnie po policzku. Powolnymi, pełnymi czułości ruchami podkreślała swoje ciepłe słowa. Zrobiła pauzę, dopiła któryś kolejny kieliszek i odstawiła go na stolik. Podjęła wątek, jednocześnie uwolnioną ręką sięgając do mojej dłoni. Nie zatrzymała się na niej na dłużej; ledwie dotknęła jej grzbietu i przesunęła dotyk na mój kark. Uniosła się lekko, nachyliła i pocałowała mnie. W policzek. Czułam się podobnie jak wtedy, pod uczelnią, z tym, że teraz nigdzie mi się nie spieszyło… i przez to zupełnie nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Odsunęła się na parę centymetrów, a ja przechyliłam lekko głowę, żeby spojrzeć jej prosto w oczy, przypadkiem trącając przy tym jej nosek swoim. To niezamierzone muśnięcie jakoś dziwnie mnie pobudziło. Możliwe, że wino również miało z tym coś wspólnego. Chyba wiedziałam już wtedy, co zaraz zrobię…

Musiała zobaczyć to w moich oczach, wyprzedziła mnie. Bardzo powoli, jakby nie chciała mnie przestraszyć albo do czegokolwiek zmuszać, pokonała dzielący nas dystans – w pewnym sensie nie tylko ten dosłowny. Nasze usta zetknęły się. Nieśmiało, przelotnie. Wycofała się bardzo szybko, ale zaraz postanowiła wrócić. Na pewno też poczuła ten dreszcz i musiała doświadczyć go jeszcze raz, w większym natężeniu. Przywarłyśmy do siebie lekko rozchylonymi wargami, z początku delikatnie się nimi muskając, z czasem jednak coraz łapczywiej smakując się nawzajem, wymieniając oddechy. Lidia zarzuciła mi obie ręce na szyję, ja natomiast przeczesywałam palcami i na przemian gładziłam jej włosy. I żadna nie chciała przestać pierwsza.

Nie mam pojęcia, jak długo to trwało, ale żałowałam, że nie wieczność. Gdy w końcu nasze wargi rozłączyły się, leżałyśmy już na podłodze. Nie zauważyłam, kiedy i w jaki sposób się tam przeniosłyśmy. Czy sturlałyśmy się z wąskiej kanapy, puchaty dywan zamortyzował upadek, a uniesienie i alkohol podziałały znieczulająco? Możliwe, ale jakie to miało znaczenie?

Gospodyni podniosła się na klęczki, przepchnęła stolik nieco dalej, robiąc nam więcej miejsca i popatrzyła mi w oczy. Jej spojrzenie wyrażało pytanie. Nieznacznie skinęłam głową, a Lidka nachyliła się, pocałowała znowu i powoli sięgnęła ku mojej talii. Wsunęła dłonie pod bluzkę; jej dotyk elektryzował. Powoli, celebrując każdy centymetr mojego ciała, podciągała materiał w górę, a ja wygięłam grzbiet w łuk, by ułatwić jej zadanie. Zawahała się, kiedy spod ubrania ukazał się rąbek stanika, jednak po sekundzie kontynuowała. Jeszcze tylko musiałam wyprostować ręce nad, a właściwie za głową i już byłam całkiem pozbawiona jednej części garderoby. Przez chwilę dziewczyna kontemplowała mój brzuch, wcięcie w talii, kształt piersi uwięzionych przez czarny, bawełniany biustonosz. Cały czas przy tym jej ręce wędrowały po mojej nagiej skórze, zataczały kręgi, zygzakowały, delikatnie ugniatały. Coś niesamowitego. Choć omijała najbardziej erogenne miejsca – chyba nie czuła się jeszcze w tej sytuacji dość pewnie – moje podniecenie narastało w szaleńczym tempie. Tymczasem jej dłonie zeszły niżej, palce delikatnie podważyły brzeg lnianych spodni. Droczyła się ze mną, niby to próbując sięgnąć odrobinę głębiej, wciąż jednak pozostawiając sobie bardzo ograniczone pole manewru. Kilka razy oddalała się od newralgicznego miejsca, jednak zawsze w końcu wracała, jakby słyszała, że w błagam o to w myślach; wciąż nie potrafiłam wypowiedzieć tego na głos.

W końcu jednak postanowiła posunąć się dalej. Zręcznie rozpięła zatrzask, po czym sięgnęła do zamka. Rozsuwała go bardzo, ale to bardzo powoli, doprowadzając mnie do szału przeciągającym się, ekscytującym zgrzytaniem. Kiedy po nieskończenie długiej chwili dotarła do końca, rozsunęła materiał, nachyliła się i ucałowała moje podbrzusze. Bez problemu zsunęła ze mnie lekkie, szerokie spodnie, wymagając jedynie na początku uniesienia bioder. Zaczęła całować i głaskać moje stopy, a gdy już całe były wycałowane, przeniosła się na kostki, łydki, uda… Przy tych ostatnich pozostała najdłużej. Rozchyliłam lekko nogi, by ułatwić Lidce dostęp do ich wewnętrznej strony, co skwapliwie wykorzystała. Choć omijała ustami i dłońmi mojej kobiecości, od czasu do czasu przez cienki materiał stringów wyczuwałam ciepły oddech. Na pewno zorientowała się, jak bardzo byłam wilgotna, każda kobieta natychmiast rozpozna ten słodko-kwaśny zapach podniecenia. Domyślałam się, że działa to na nią równie mocno, jak na mnie jej pieszczoty.

Marzyłam o tym, żeby zdarła ze mnie majtki i przyssała się do kobiecości, ale wciąż jeszcze nie byłam do końca pewna siebie. Nie chodzi o to, że miałam wątpliwości; po prostu wkraczałam na nieznany sobie teren, to zawsze budzi mniejsze lub większe obawy. Kiedy poczułam, że palce Lidii powtarzają złośliwą sztuczkę, tym razem z paseczkiem stringów, dla dodania sobie odwagi podniosłam się, uśmiechnęłam figlarnie i rzuciłam:

– Chwila, a ty to co?

Również się wyszczerzyła. Nie protestowała, kiedy pozbawiałam ją zielonego, bawełnianego topu na ramiączkach. Nie robiłam tego jednak tak powoli i namiętnie, jak ona, kiedy zajmowała się moją garderobą. Widząc, jak pod koniec wydęła usta i zmarszczyła nosek z niezadowolenia, zrekompensowałam jej to karygodne traktowanie najbardziej czułym pocałunkiem, na jaki było mnie stać. Nigdy nie sądziłam, że całowanie kobiety tak bardzo różni się od robienia tego z mężczyzną, ale to było znacznie delikatniejsze, subtelniejsze, dużo bardziej zmysłowe przeżycie. Lidia chyba też tak uważała; zadowolona podniosła się, pozwalając mi zsunąć z siebie spódnicę. Postanowiłam pójść w jej ślady i rozdrażnić ją trochę zabawą z paskiem. Co prawda nie miało to uzasadnienia w fasonie mini – była na gumce – ale żadnej z nas to nie przeszkadzało. Przynajmniej przez chwilę, bo moja partnerka dość szybko zaczęła się niecierpliwić. Nie miałam serca męczyć jej dłużej, więc zaczęłam powoli zsuwać materiał z jej ciała. Kręciła biodrami, próbując trafić łonem na moje palce, choć przez moment zaspokoić potrzebę kontaktu. Nie dałam się, było na to za wcześnie.

Przysunęła się i objęła mnie. Nasze niemal już całkiem nagie ciała mocno do siebie przywarły. Byłyśmy gorące, rozpalone pożądaniem, spragnione bliskości. Bez zbędnych ceregieli Lidia sięgnęła do zapięcia mojego stanika. Z typowo kobiecą zręcznością poradziła sobie z haftkami i jednym płynnym ruchem odsłoniła mi piersi, odrzucając gdzieś to, co jeszcze przed chwilą je kryło. Chciałam zrobić to samo, ale nie zdążyłam – delikatnie, acz stanowczo sprowadziła mnie z powrotem do pozycji horyzontalnej i natychmiast przyssała się do jednego z sutków. Na przemian lizała go, trącała językiem, przygryzała, zasysała i znowu lizała… Drugą pierś w tym czasie ugniatała dłonią, czasem ściskając sterczącą brodawkę między palcami. Jeśli wcześniej wydawało mi się, że jestem wilgotna, to teraz w mojej jamce zapanowała chyba powódź. Dyszałam głośno, spod półprzymkniętych powiek widziałam tylko kawałeczek sufitu, a dłonie mimowolnie zaciskały mi się w pięści. Chwila wytchnienia przyszła, kiedy Lidia zmieniała pierś; usiadła na moich udach okrakiem, oparła się jedną ręką o podłogę, a drugą, podobnie jak ustami, wróciła do przerwanej czynności.

Pieściła mnie tak jakiś czas, jednak pomimo ogromu wrażeń byłam spragniona czegoś więcej. Wyswobodziłam się spod jej ciężaru i szybko ściągnęłam majtki. Zrozumiała, ale wciąż pragnęła, by gra przebiegała chociaż częściowo na jej zasadach. Znów przycisnęła mnie do podłogi i zaczęła całować, jednak jak na złość omijała centralne obszary piersi. Od czasu do czasu tylko chuchała gorącym powietrzem na sutki, doprowadzając mnie na skraj ekstazy. Dłonie dziewczyny błądziły po całym ciele, wyjątkowo często wędrując w okolice podbrzusza; kilka razy palce przemierzyły nawet paseczek ciemnych, krótko przyciętych włosków. Pocałunki także zdawały się zmierzać do celu… Znaczyła nimi cały brzuch, szczególnie skupiając się na okolicach pępka. Czułam jej usta coraz niżej, coraz bliżej stęsknionej norki. Wysunęła język i muskała nim spragnione dotyku ciało. Rozchyliłam nogi, by ułatwić dostęp do mojej kobiecości, Lidka jednak miała inny plan. Lizała i całowała wnętrza ud, przypadkiem drażniąc rozpalone wargi kosmykami rozpuszczonych włosów.

Zadrżałam z rozkoszy, kiedy poczułam pierwsze liźnięcie wzdłuż wilgotnej szparki. Zaskoczyła mnie, skupiona na grze wstępnej zupełnie zapomniałam, dokąd zmierzamy. Maksymalnie pobudzona, produkowałam ogromne ilości soków, chętnie spijanych przez kochankę. Wwiercała we mnie swój język, poruszała nim na wszystkie strony, a zaraz potem wycofywała się i trącała albo ssała magiczny guziczek. W pewnym momencie jej język skupił się już tylko na tym szczególnym punkcie, lecz jednocześnie poczułam wślizgujący się we mnie palec. Fala gorąca przeszła przez całe ciało; pędziłam na szczyt w zawrotnym tempie. Wiedząc o tym, Lidia dołożyła drugi palec i po ledwie kilku ich pchnięciach nastąpiła eksplozja; cała wygięłam się w łuk, z moich ust dobył się przeciągły jęk, pięści zrobiły chyba zagłębienia w podłodze. A ona nie przestawała. Wiedziała, że tymi kilkoma dodatkowymi ruchami można zwielokrotnić siłę orgazmu. Z początku nie wierzyłam, że da się tu jeszcze coś wzmocnić. Dzięki jej staraniom doświadczyłam najprawdziwszej nieskończoności.

Zlizała z napuchniętych warg resztki swojej nagrody za ofiarowane chwile uniesienia, a potem ułożyła się obok mnie, na boku. Chciałam jej jakoś podziękować, ale poza głośnym, szybkim oddechem nie byłam w stanie wydobyć z siebie dźwięku. Wiedziała o tym i tylko cmoknęła mnie w kącik ust, przez krótką chwilę dzieląc się smakiem, po czym wtuliła się we mnie. Dała mi odpocząć. Leżałyśmy tak długo. Obie musiałyśmy ochłonąć, dojść do siebie po wszystkim, co stało się tego wieczoru. W pewnym momencie jednak dotarło do mnie, że leżę naga przy wspaniałej kobiecie. Pięknej, cudownie miękkiej i ciepłej… I że jeszcze nie odwdzięczyłam się jej za chwile spełnienia.

Przewróciłam się na bok i spojrzałam Lidii w oczy. Nie wiem, ile czasu odpoczywałyśmy, ale chyba krócej niż myślałam, bo w błękitnych tęczówkach wciąż skrzyły się ogniki. Oj, nie mogła się doczekać rewanżu! Widząc, że już odetchnęłam, wstała i podała mi rękę. Podniosłam się i natychmiast przywarłyśmy do siebie, całując się i gładząc swoje ciała, przeczesując włosy. Zaplotłam ręce na jej karku i sama nie wiem dlaczego, zaczęłam wić się pod jej zmysłowym dotykiem. Po chwili uniosłam ramiona, odwróciłam się do mojej kochanki plecami i kontynuowałam ten niby-taniec do jakiejś słyszanej chyba tylko przeze mnie muzyki, a Lidia „słuchała” jej przez moje ciało, jednocześnie prowadząc jego ruchy, jakby to ona grała ją dla mnie.

Tańczyłam tak dla niej chwilę, aż zebrała mi włosy z karku, uniosła je i zaczęła muskać odsłoniętą skórę ustami, przywołując w ten sposób kolejną falę podniecenia.

– Chodź do mojego pokoju – szepnęła.

Ruszyłyśmy powoli, ja wciąż rozbujanym, i to nie z powodu alkoholu, krokiem. Po drodze, nie mogąc już wytrzymać, rozpięłam i zdjęłam jej staniczek, spadł gdzieś na podłogę. Miała takie piękne piersi… Nie potrafiłam ich opisać czy porównać z jakimikolwiek innymi, bo przecież poza własnymi, nigdy nie miałam żadnych na wyciągnięcie ręki – widziałam tyle, co od czasu do czasu w jakimś filmie, podczas scen miłosnych. A teraz… coś niezwykłego. Były jak dwa słońca, oślepiające swoim pięknem i rozgrzewające atmosferę. Chciałam je posiąść, pieścić i wielbić…

Dotarłyśmy do pokoju i, nie przejmując się otwartymi na oścież drzwiami, rzuciłyśmy się na łóżko. Właściwie to chyba ja cisnęłam na nie Lidię, ale kto zwracałby uwagę na takie detale? Przewróciłam ją na plecy, usiadłam na jej udach i natychmiast wpiłam się ustami w jeden z cudnych, sterczących sutków. Nigdy czegoś takiego nie robiłam, ani nawet nie widziałam, jak robił ktoś inny, ale brak wprawy nadrabiałam chyba gorliwością. To niesamowite, że żeby dać komuś tyle rozkoszy, wcale nie trzeba być mistrzem ars amandi; robiłam coś, co mi samej sprawiało niesamowitą przyjemność i to wystarczało, żeby rozpalić Lidię.

Uniosłam się i pocałowałam ją w rozchylone z podniecenia usta. Obróciłam się trochę na bok, żeby móc błądzić ręką po jej brzuchu. Nie mogłam się doczekać, aż zobaczę Lidię w pełnej krasie, z drugiej strony przedłużałam głaskanie i gładzenie w nieskończoność, zbliżając się od czasu do czasu do linii majteczek, a nawet odrobinę ją przekraczając, ale wciąż nie mogąc wykonać tego decydującego kroku. Wiedziałam, że czeka. Jej delikatność i cierpliwość, którą tak dobrze poznałam kiedy naprawiała moje życie po Mareczku, objawiła się po raz kolejny. Nie chciała mnie wystraszyć, spłoszyć natarczywością. Widziała, że potrzebuję czasu, żeby się otworzyć i dała mi go.

Powoli, nieśmiało zaczęłam przesuwać palcami po jej wzgórku, przez cienki materiał wyczuwając trójkącik krótko przystrzyżonych włosków. Podążyłam po rąbku materiału w stronę wnętrza ud i lekko podważyłam materiał, muskając jedną z warg sromowych. Przeszył mnie dreszcz, nie wierzyłam, że dotykam w ten sposób innej kobiety. Ciekawość zaczęła jednak przeważać nad zaskoczeniem. Wsunęłam palec trochę głębiej i potarłam szparkę. Jęknęłyśmy obie cicho; to było takie ekscytujące, miałam w zasięgu dłoni najprawdziwsze epicentrum kobiecości. I nie musiałam go nawet oglądać, żeby wiedzieć, że to coś najpiękniejszego na świecie.

Nie potrafiłam dłużej męczyć tej wspaniałej istoty, która leżała obok mnie. Widziałam, jak bardzo jest rozpalona i musiałam działać, ugasić ten żar, bo inaczej by oszalała. Wreszcie byłam gotowa.

Usiadłam i zsunęłam z niej przesiąknięte sokami figi. Uniosłam je do twarzy i wciągnęłam zapach w nozdrza. Był ostry, ale jednocześnie cudownie słodki… Musiałam, po prostu musiałam zanurzyć się w jego źródle. Ten nagły impuls sprawił, że zerwałam się na kolana i niemalże rzuciłam na jej kobiecość, kołysząc przy tym kusząco tyłeczkiem. Wpiłam się w nią i łapczywie wysysałam aromatyczny nektar. Zupełnie nie wiedziałam co dalej; jeszcze chwilę wcześniej myślałam, że najpierw spróbuję sprawić mojej kochance przyjemność palcami – to, jak każda kobieta, mam wyćwiczone do perfekcji. Ale skoro nie zdołałam się powstrzymać…

Przeniosłam się na drugą stronę łóżka, żeby mieć lepszy widok i dostęp do wszystkich zakamarków ciała mojej kochanki. To wszystko było takie dziwne; zawsze myślałam, że doskonale wiem, jak jesteśmy zbudowane… Tymczasem tuż przede mną leżała z rozchylonymi nogami najprawdziwsza kobieta, a ja nie mogłam nadziwić się, jak wiele potrafi zmienić perspektywa. Podniosłam odrobinę jej pośladki, wysunęłam język i zaczęłam niespiesznie wodzić nim po wargach sromu, czasami zagłębiając się nieco między nie. Widziałam, że Lidia nie mogła już wytrzymać i najchętniej popędziłaby na szczyt,, ale zdawała sobie sprawę, że potrzebuję czasu, że muszę ją dokładnie poznać, oswoić się z tym wszystkim.

Poznawałam więc, milimetr po milimetrze, używając najlepszego możliwego narządu – bo pozwalającego czerpać z dwóch zmysłów naraz. Uczyłam się jej kształtów, każdej wypukłości i każdego zagłębienia; rozkoszowałam smakiem, każdą nutą idealnie skomponowanego bukietu.

Gdybym miała czas się nad tym zastanowić, sama bym sobie nie uwierzyła w to, co się działo. Nie traciłam jednak czasu na refleksje, wszystkie moje myśli i emocje skupiły się całkowicie na Lidii, magia tego wieczoru skutecznie odcięła mnie od rzeczywistości. Istniałyśmy tylko my, zawieszone gdzieś pomiędzy bytem i niebytem. Ja i jej kobiecość, tętniąca ciepłem i pasją. Jej kobiecość i mój język, uzupełniające się, jakby były perfekcyjnie dopasowanymi częściami tej samej układanki. Język, wirujący w dzikim, namiętnym tangu między ociekającymi słodyczą wargami. Coraz szybciej i szybciej, a jednocześnie delikatnie; tak, jak obcuje się z największą świętością, najcenniejszym skarbem.

Nie słyszałam jej pomruków, ani jęków przechodzących w krzyk. W moich uszach brzmiała muzyka, która musiała pochodzić z samego Raju. Słodkie, niebiańskie tony nadawały rytm ruchom. Dopiero gdy umilkły, zamarłam w ciszy.

Uniosłam głowę i rozejrzałam się po świecie, który pojawił się znikąd, wyrywając mnie z amoku. Lidia spoglądała na mnie spod półprzymkniętych powiek i uśmiechała się. Zajęłam swoje miejsce – u jej boku – i wtuliłam się we wciąż rozpalone ciało. Musnęłam wargami jej usta, nie mając siły na nic więcej, przytłoczona powrotem do rzeczywistości.

– Kocham cię – wyszeptała, głaszcząc mnie po twarzy. Nie odpowiedziałam. Cudownie byłoby powiedzieć „Ja ciebie też”, ale nie mogłam tego zrobić. Nie chciałam mówić czegoś takiego pod wpływem chwili, a co gorsza – alkoholu. Za bardzo ją szanowałam, za bardzo mi na niej zależało, by tak ważne słowa spłycić, sprowadzić do miłego zdania rzuconego w łóżku. Czułam jednak, że to tylko kwestia czasu. Wiedziałam, że ona też to rozumie, ale dla pewności  jeszcze mocniej się do niej przytuliłam.

A Kaśka, współlokatorka Lidki, nigdy nie wspomniała ani słowem o tym, że gdy wróciła nad ranem z imprezy, znalazła nasze ubrania porozrzucane po całym salonie.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Ośmielę się rzec, że „Terapia” autorstwa Arehiril jest jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym opowiadaniem lesbijskim, publikowanym na Dobrej i Najlepszej Erotyce. To świetnie napisana, kameralna historia o odkrywaniu własnej tożsamości oraz młodym, kiełkującym dopiero uczuciu. Polecam wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom, nie tylko tym, którzy gustują w kategorii „les”.

Pozdrawiam
M.A.

Wzruszająca, opisana pięknym językiem historia.

Przyjemne, nieco naiwne opowiadanko, ale z jednym trzeba się zgodzić: kobiety zawsze są skuteczniejszą terapią niż mężczyźni 😉

Bo my w ogóle do niczego się nie nadajemy. Aż dziw, że tyle tym światem rządziliśmy 😉 Na szczęście teraz przychodzi cza rewanżu!

Podobno nadajecie się do wnoszenia lodówki na czwarte piętro, ale przyznam, że nigdy nie sprawdzałam…

Szczerze powiedziawszy, też nigdy mi się nie zdarzyło 🙂

Podejrzewam, że jak dziewięćdziesięciu procentom męskiej populacji… a jednak to ulubiony „żarcik” antyfeministów…

Napisz komentarz