Nie dotykaj! – Brunetka według Ani 4.77/5 (58)

NFGphoto, “Lucy T”, CC BY 3.0

Nazywam się Kaja, od zawsze jestem brunetką – zresztą podobno urodziłam się z bujną czupryną – i nigdy, ale to nigdy nie myślałam o zmianie koloru włosów. Powszechnie uważa się, że mężczyźni wolą blondynki, ale z drugiej strony traktują je jak zabawki, żeniąc się jednak z brunetkami. Uchodzimy za mniej rozrywkowe. Nie mam pojęcia, czy naprawdę nieciekawą osobowość wynagradza nam nieprzeciętna inteligencja, szczerze wątpię, żebym wybijała się na tle swoich jasnowłosych koleżanek, wiem natomiast, że ludzie zwykle widzą to, co chcą zobaczyć.

W gimnazjum miałam na przykład bardzo ekscentrycznego nauczyciela historii. Jedno z jego dziwactw polegało na głębokiej wierze w magię liczb. Wmawiał wszystkim, że uczniowie z numerem jedenaście w dzienniku, zawsze wyrastają na wielkich ludzi. Swoje twierdzenia popierał przykładami z przeszło trzydziestoletniej kariery zawodowej. Uczył chirurgów onkologów, dziennikarzy i naukowców, wszyscy ponoć mieli problemy z jego przedmiotem, ale i tak, o dziwo, osiągnęli sukces. Fakt, że dzięki tym przesądom miałam łatwiej – właśnie mi przypadła ta zaszczytna liczba – ale jednak nie potrafiłam uwierzyć, że ten sam numer nosiły osoby o nazwisku Banach, Kopeć czy Więcławski. Z kobietami sprawa oczywiście wydaje się bardziej skomplikowana, ale panowie… Cóż, belfrowi zapewne brakowało jednej klepki.

Nie sądzę, żeby stary piernik kiedykolwiek słyszał o doświadczeniu amerykańskiej nauczycielki Jane Elliott[1], dlatego beztrosko dzielił sobie uczniów na lepszych lub gorszych według całkowicie arbitralnych kryteriów. Zresztą każdy nauczyciel tak robi, tylko nie każdy równie otwarcie, a ich oczekiwania odbijają się na naszym życiu. Oczy to tylko przykład. Może chodzić o płeć, wzrost, budowę szczęki czy włosy.

Właśnie: włosy. Kiedy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że „brunetka” jest jedną z wielu przypisanych mi ról. Nieco rozmytą, niejasną, niedopowiedzianą, ale jednak nadal rolą. Jeśli wychodzę poza nią, wywołuję zdziwienie lub wręcz oburzenie: jak to tak, taka poważna dziewczyna! Przecież jesteś na to za mądra! Zbyt odpowiedzialna! Blondynka nie usłyszałaby podobnych zarzutów, uznano by, że lekkomyślność leży w jej naturze. Nikt by się nawet nie skrzywił.

Czy tego chcemy, czy nie, role są więzieniem, w którym sami się zamykamy. Dobitnie udowodnił to Eksperyment Stanfordzki[2]. Nad wyraz szybko uwewnętrzniamy je i nawet znając drogę ucieczki, nie podążamy nią. Jednak co sprytniejsi potrafią słabość obrócić w siłę. Wykorzystać. Grać na stereotypach i schematach, zyskać wolność dzięki ograniczeniom. Nie jestem dość bystra ani odważna, ale nie wątpię, że mimo wszystko chętnie posłuchasz…

Lubię uchodzić za grzeczną i poukładaną. Najpierw wzorowa uczennica, później pilna studentka godzinami ślęcząca w bibliotece, wreszcie ambitny i doceniany pracownik. Nigdy nie prowadziłam imprezowego życia, unikając tłoku, hałasu i nadmiaru alkoholu. Towarzysko udzielam się raczej skromnie, choć mam zgraną paczkę przyjaciół. Chodzimy razem w góry, kupujemy sobie prezenty świąteczne, ale tak naprawdę żadne z nich mnie nie zna. Nie taką.

Zapracowałam sobie na miano Królowej Śniegu, zimnej, wyrachowanej, pozbawionej ludzkich odruchów. Przyznam, że jeszcze nie tak dawno sama bałam się swojej aseksualności. Nie wzrusza mnie uroda żadnej z płci, nie ekscytuje myśl o pocałunkach, obcy dotyk odstręcza. Mężczyzn zawsze trzymałam na dystans. Z kilkoma umawiałam się, zrywając dopiero, gdy stawali się zbyt nachalni. Żadnego nie interesował związek czysto intelektualny, wszyscy chcieli tylko dobrać się do majtek grzecznej dziewczynki.

Żeby zrozumieć, o co całe to wielkie halo, oglądałam filmy porno. Zwykle okazywały się po prostu nudne, nieestetyczne lub dziwaczne. Programy przyrodnicze są o tyle lepsze, że zachowania zwierząt najczęściej fabularyzuje się w sensowny sposób, nikt też kangurzycom nie dokleja tipsów, ropuchom sztucznych rzęs, a lamparcicom nie wkłada do pochwy szczotek do czyszczenia kibli. Widzom oszczędzone zostaje chlupotanie i dziwaczne jęki. Na Boga, te dziewczyny uczy się wydawania odpowiednich odgłosów? Trenuje niczym śpiewaczki operowe? A może wręcz ktoś organizuje zawody i rywalizują na stęknięcia, podobnie jak zięby na trele?

Obserwacje nic nie dały, próba z pewnym nieszczególnie opanowanym dżentelmenem również. Podobno zrozumiał, że nie życzę sobie obmacywania, przystał na zabawę na moich zasadach, ale gdy, z czystej ciekawości, wzięłam do ust jego członka, chwycił mnie za włosy i przytrzymał. Wyrwałam się, choć wcale nie było łatwo. Tuż później trysnął obficie, zalewając spermą mój brzuch i swoje uda. Poplamił dywan oraz tapicerkę fotela, a co gorsza, twierdził, że robię awanturę bez powodu.

Nawet po kilku dniach nie docierało do niego, że przekroczył ustalone granice, użył przemocy, próbując wymusić seks oralny. Historia jak znalazł pasująca do akcji #MeToo, bo przecież podniecenie odbierające rozum nie jest wystarczającym uzasadnieniem dla krzywdzenia drugiej osoby. Powiedzieć „nie”, wraz z pełnymi tego konsekwencjami, można w każdej chwili i na każdy temat – wbrew opinii wielu samców ukształtowanych przez system patriarchalny.

Wtedy brakowało mi jeszcze pewności siebie i doświadczenia, teraz wiem, że gość był egoistyczną, szowinistyczną świnią. Lub raczej knurem… żeby niepotrzebnie nie obrażać świń.

W każdym razie postawiłam już kreskę na tej sferze życia – ostatecznie każdy ma prawo do indywidualnego ustalania priorytetów i zainteresowań. Moje raczej nie ogniskowały się między udami. Nie znałam przyjemnego mrowienia, ciepła rozchodzącego się po całym ciele od seksualnego serca ani, tym bardziej, zwalającego z nóg pulsowania. Nie żałowałam tego, bo nie wiedziałam, co tracę.

Skłamię, jeśli powiem, że zainteresowanie ze strony mężczyzn nie sprawiało mi przyjemności. Często pakowałam się w dziwne sytuacje, podejmując flirt. Słowne dwuznaczności pobudzały na swój sposób, sprawiały że czułam ekscytację i chciałam rozmawiać do białego rana. Panom niestety brakowało cierpliwości i zwykle wściekali się, że ich zwodzę. Kilku najwyraźniej weszłam na ambicję i stawali na uszach, żeby mnie zdobyć. Tylko dwóm wyznałam prawdę. Całą prawdę i tylko prawdę.

Nie spodziewałam się podobnej mieszanki złości, rozczarowania, frustracji, współczucia i wiary, że na pewno da się mnie wyleczyć. Nie obyło się nawet bez łez. Zawiedli mnie obaj, aseksualność uznając za kalectwo, rodzaj ciężkiej choroby uniemożliwiającej normalne funkcjonowanie. A przecież przygotowałam grunt, czułam się ważna i akceptowana, tymczasem jedna, prosta informacja zdmuchnęła mój misternie budowany domek z kart.

Może trudno Ci pojąć, że ktoś, kto nie tylko nie ma ochoty się bzykać, ale wręcz nie przepada za dotykiem, cierpi, bo zostaje odrzucony, ale przecież potrzeba bliskości jest potrzebą uniwersalną, bez względu na to, jakie przybiera formy. Z osoby wartej uwagi, nagle stałam się dziwadłem. Cholernie zranionym dziwadłem. Coś we mnie umarło. Wypaliło się. Nie od razu, bolesny proces trwał długo, ostatecznie jednak z popiołów powstało nowe życie. Silniejsza ja. Niezależna ja. Pewnie ta stara wersja wzbudzała więcej sympatii, ale nowa miała to w dupie. Głęboko.

Zdążyłam już dobrze poczuć się w nowej skórze, kiedy niespodziewanie coś zatrzęsło moją łódką. Nigdy nie wierzyłam w przeznaczenie, zresztą ciągle chyba nie wierzę, mimo dziwnie zagęszczonej ilości zbiegów okoliczności, które doprowadziły mnie tu, gdzie jestem.

Zaczęło się całkiem niewinnie: od spojrzenia. Fakt, że ten drobny rudzielec o zadartym nosku miał niesamowite oczy. Nie da się ich zapomnieć: intensywnie zielonych, hipnotyzujących. Ale po kolei…

Niedzielne przedpołudnie, sezon wyprzedaży, centrum handlowe przepełnione po brzegi. Trochę mi się spieszyło, a na wystawie dostrzegłam przepiękną bluzkę. Na manekinie wyglądała idealnie. Nie jestem lemingiem, żeby robić to, co wszyscy – w tym wypadku stać pół godziny w kolejce do przymierzalni. Rozejrzałam się za nieco bardziej ustronnym kątem, postawiłam torebkę na ziemi, przygotowałam chwycony w locie ciuch i czym prędzej zdjęłam własny top. Zanim zdążyłam go odłożyć, napotkałam spojrzenie przepastnych, zielonych oczu. Ich właścicielka uśmiechnęła się lekko, ale nie chodziło o ciepło czy zrozumienie, w jej wzroku dostrzegłam zachwyt. Szczery. Spontaniczny. Nieukrywany.

Właśnie ten zachwyt przyprawił mnie o przyjemne mrowienie. Nie, nie między udami, znacznie wyżej. Objęło obrzeża piersi, szczególnie przestrzeń między nimi i ich dół, rozlało na szyję oraz kark, przyprawiając o przyjemne ciarki. Teraz sądzę, że inni w podobny sposób reagują na chciany, delikatny dotyk, pieszczoty. Nie znałam wcześniej tego wrażenia, choć kilka osób próbowało rozbudzić Królową Śniegu. Bezskutecznie, oczywiście.

Tymczasem krótki, przelotny i bezdotykowy kontakt zdziałał znacznie więcej, niż jakiekolwiek sztuczki z przygryzaniem płatka ucha czy dmuchaniem w kark (podobno w innych wypadkach cholernie skuteczne).

Podobnie jak większość kobiet do własnego ciała mam dość ambiwalentny stosunek. Oczywiście jest moje, wiem że muszę o nie dbać i powinnam je lubić, dostrzegam jednak masę niedoskonałości i niewygód związanych z przebywaniem w nim. Dokładnie: przebywaniem, bo często wydaje mi się po prostu wehikułem, kapsułą przetrwania. Nie dość estetyczną i nie dość praktyczną.

Bujne, nieco opadające piersi utrudniają niektóre ruchy, nie pozwalają wygodnie spać na brzuchu i obciążają kręgosłup, powodując ból w krzyżu. Wraz z rozłożystymi biodrami, które ukształtowały się na tyle szybko, że nawet nie zauważyłam momentu powstania rozstępów, komplikują kwestię doboru odzieży. Plus różne drobiazgi. Ot, wysypki pojawiające się z byle powodu, włoski rosnące w nieodpowiednich miejscach i wyjątkowo wrednie wrastające po depilacji czy dziedzicznie uwarunkowana skłonność do żylaków, jeszcze nieobjawiająca się w pełni, ale stanowiąca poważne zagrożenie na przyszłość.

Podsumowując: nie jestem szczególnie szpetna, ale nie zachwycam się, zerkając w lustro. Żaden z dotychczasowych partnerów nie patrzył też w sposób, który pozwoliłby poczuć się wyjątkowo. Nie podziwiali mojej urody, a ślinili się, jakbym była smacznym kąskiem do schrupania. Zielonooka spojrzała na mnie natomiast niczym na działo sztuki. Zupełnie inna jakość.

Dziwne łaskotanie, które niespodziewanie poczułam wśród sklepowych wieszaków, wracało na samo wspomnienie, towarzysząc mi przez kilka kolejnych dni, jeśli nie tygodni. Niezrozumiałe, tajemnicze, wręcz bezsensowne. Znacznie potężniejsze, niż dreszcz przy wskakiwaniu do balii zimnej wody tuż po wyjściu z sauny lub rozkoszne mrowienie, gdy nieprzyzwoicie słodka i cholernie kaloryczna beza Pavlovej rozpuszcza się w ustach. Tak, niepoprawny łasuch ze mnie, ale nie o tym masz ochotę słuchać, prawda?

Chciałam tylko powiedzieć, że mimo nieodczuwania przyjemności erotycznych, znałam zmysłowe. Życiem można się cieszyć na miliony sposobów, podejrzewam, że każdy ma swój własny, unikalny, tylko niekoniecznie zdaje sobie z tego sprawę, bo na siłę próbuje się upodobnić do ogółu. Potrafię wyobrazić sobie człowieka, któremu największą frajdę sprawia postawa czysto konformistyczna, ale cieszę się, że taka nie jestem, nawet mając świadomość, ile kosztowało mnie wypracowanie nie tylko twardej i buntowniczej postawy, ale też przekonań dobrze ją uzasadniających.

Ani przez chwilę nie wierzyłam, że sekret tkwi w płci patrzącego. Odrzuciłam też teorię urody. Analizowałam natomiast kwestię miejsca. W gruncie rzeczy nie zdziwiłabym się, gdyby ekshibicjonizm był bardziej popularny od aseksualizmu, niestety trudno znaleźć wiarygodne dane. Kiedy jednak ich szukałam, oszołomiło mnie pewne odkrycie: oddzielenie libido od podciągu do innych osób. Niewiązanie seksu z potencjalnym związkiem – którego pragnęłam, nawet jeśli nie szczególnie mocno – przyszło mi naturalnie, jakby od początku było oczywiste; rozgraniczenie między popędem a popędem wobec kogoś, wydało się natomiast kuriozalne. Soloseksualność jako pojęcie, zdaje się została pierwotnie stworzona w celu dowartościowania masturbacji – zdjęcia z niej odium samogwałtu – po to, żeby powoli ewoluować w stronę kolejnej orientacji (swoją drogą nie sądzisz, że robi się tego powoli dużo: hetero-, homo-, bi-, trans-, a-, solo-, demi-?). W końcu kochając się ze sobą, uprawiasz seks z kimś ważnym. Tyle, że ja nawet ze sobą nigdy nie chciałam tego robić.

Dziś już wiem, że metki nie mają znaczenia. W żadnej nie jest mi do twarzy, żadna do końca nie pasuje. Tamte poszukiwania wydają się śmieszne – jakbym chciała wmontować się w wybrany schemat: tu przyciąć, tam dosztukować, byle orientację dało się opisać jednym słowem. Ta z przedrostkiem a- oczywiście jest najtrafniejsza, choć nie wyjaśnia wszystkiego.

Spojrzenie rudzielca obudziło we mnie jakiś zalążek seksualności. Coś. Niedefiniowalnego i nieuchwytnego. Nie pchnęło mnie w wir namiętności czy pożądania, nie sprawiło, że sięgnęłam dłonią między uda, ale bez wątpienia sprawiło, że zapragnęłam więcej. Czegoś…

Przez siedem tygodni obsesyjnie wręcz wykorzystywałam każdą nadarzającą się okazję do zaprezentowania przypadkowym osobom fragmentów własnego ciała. W siłowni przestałam korzystać z przebieralni, bardzo niedbale zasłaniałam kurtyny w przymierzalniach, nosiłam zbyt duże dekolty, a nawet przeparadowałam przez miasto w samym płaszczu, w taksówce pozwalając, by kierowca domyślił się, że nie mam nic pod spodem. Właśnie on wykazał największe zainteresowanie, ale niestety w ten obrzydliwy, śliniący się sposób, upodabniający go do mopsa gapiącego się na smakołyk. Przytłaczająca większość mimowolnych świadków zupełnie ignorowała moje próby lub tylko udawała, że nic nie widzi. Przydarzyły się chichoczące nastolatki, staruszka ostentacyjnie, z niesmakiem odwracająca wzrok, ale nic nie dało choćby zbliżonego efektu.

Nie żebym zamierzała się poddawać, nie tak wcześnie, kolejny przypadek sprawił jednak, że zmieniłam przedmiot zainteresowania. Naprawdę zaskakujący przypadek. Idiotyczne – jakie rzeczy potrafią zmienić życie.

Od dobrych dwóch godzin, zmęczona i senna uzupełniałam dane w tabelkach raportu tworzonego dla czystej formalności (lub sadystycznej przyjemności przełożonych), gdy nagle usłyszałam dziwny ni to trzask, ni stęknięcie. Oderwałam wzrok od monitora i rozejrzałam się wokół, niepewna skąd mógł dochodzić, przesunęłam się w stronę okna, chcąc przez nie wyjrzeć, gdy odgłos się powtórzył. Momentalnie zerknęłam w górę, nie mogłam się mylić: lampa. Świetlówka spadła dokładnie w miejsce, w którym przed chwilą siedziałam. Dzięki temu, że zmieniłam pozycję, nie wyrządziła mi większej krzywdy – jedynie otarła ramię, rozerwawszy przy okazji rękaw bluzki. Nagle zbiegło się kilka osób, wezwano koleżankę odpowiedzialną za BHP i mojego przełożonego. Pół godziny później zostałam odesłana do domu.

Bezchmurne niebo, piękne słońce, do tego puste ulice i autobusy: miasto w środku dnia sprawiało zupełnie inne wrażenie, niż w godzinach szczytu. Przyjaźniejsze. Mimo lekkiego bólu, uśmiechałam się więc i, o ile dobrze pamiętam, nuciłam nawet jakąś melodię. Nadprogramowe wolne planowałam poświęcić na długą, pachnącą kąpiel z książką w ręku, bowiem stosik pozycji, które musiałam koniecznie przeczytać rósł od dawna. Praca przy komputerze za bardzo dawała się we znaki. Szczególnie nadgodziny.

Chyba właśnie nietypowo dobry nastrój sprawił, że kiedy w połowie drogi między sklepem a blokiem zobaczyłam nielubianą sąsiadkę zbierającą rozsypane ziemniaki, postanowiłam jej pomóc. Wiecznie skwaszona i obgadująca kogo się tylko da, około pięćdziesięcioletnia kura domowa z trwałą ondulacją na głowie, w ręku trzymała wypchane zakupami siaty, w tym jedną rozdartą. Przykucała zabawnie, nie pochylając głowy. Prawie na oślep macała grunt.

Pozbierałam za nią warzywa, a później nawet wzięłam część reklamówek. Szłyśmy ramię w ramię, gawędząc o niczym. Nie cierpię podobnych sytuacji, szczególnie rozmów z ludźmi, z którymi nie mam wspólnych tematów. Kiedy zaprosiła mnie do środka, miałam więc przemożną ochotę uciec. Nigdy nie sądziłam, że to powiem, ale dobrze, że jednak weszłam.

– Szymuś! – krzyknęła od progu. – Szymek! – powtórzyła jeszcze kilka razy, a kiedy latorośl nie zareagowała, bez pardonu szarpnęła za klamkę.

Tak się złożyło, że akurat stałam w przedpokoju, na wprost drzwi niesfornego berbecia, zastanawiając się, czy wejść dalej. Miałam świetny widok na całe zajście. W pierwszym rzędzie! Jeszcze lepszy niż zielonooka na mnie, wtedy w sklepie.

Znałam Szymcia z widzenia – ot, niczym niewyróżniający się wychudzony nastolatek ze śladami trądziku na twarzy. Nie dałabym mu tych jego dwudziestu lat, ale powiedzmy, że w nie wierzę. Nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy, choć oprócz zdawkowych powitań wymieniliśmy kilka porozumiewawczych uśmiechów. Wydawał się miły. Po prostu. Nawet po cichu współczułam mu posiadania równie awanturniczej matki. I najwyraźniej miałam powód.

Nie zbulwersowało mnie to, co zobaczyłam, nawet nie wzburzyło. Może trochę rozbawiło albo zaciekawiło, sama nie wiem. Później zastanawiałam się, co Szymon mógł wyczytać w mojej twarzy – czyżby obojętność, skoro przyjęłam wszystko na chłodno? A może dopowiedział sobie coś, czego nie było? Jakiś błysk zainteresowania? Mężczyźni w końcu uwielbiają nadinterpretować sygnały wysyłane przez kobiety, uśmiechniesz się do takiego i już mu się wydaje, że się zakochałaś! Dzieciak nie wywołał szczególnych emocji, ale bez wątpienia zażenowały mnie dzikie wrzaski tej przeklętej baby. Bezpodstawne wrzaski.

Chłopak siedział na łóżku w szarej, znoszonej piżamie z krótkimi spodenkami, wyprostowane, wyciągnięte przed siebie nogi miał związane jasnym, grubym sznurem – nic szczególnego – choć trzeba przyznać, że lina tworzyła misterny, elegancki splot. Obok leżał tablet, na którym najwyraźniej oglądał jakiś filmik. Zawstydzona mina sugerowała, że poczuł się przyłapany na kompromitującym zachowaniu. Nigdy nie spytałam, czy dla niego ta sytuacja niosła jakikolwiek ładunek erotyczny, choć potrafię sobie wyobrazić, że spodobało mu się bycie oglądanym. Tyle, że w moich oczach raczej trudno o zachwyt, rozumiesz chyba. Mogę rozczulać się nad słodkim, małym szczeniaczkiem albo kontemplować piękno krajobrazu, jednak zwykle nie przeżywam tego zbyt ekstrawertycznie. Tym łatwiej przyszło mi bronić młodego, bez emocji i niepotrzebnej szarpaniny.

Sąsiadka dostała szału, gdy nie stanęłam po jej stronie i stwierdziłam, że przecież nic się nie stało, nie zrobił nikomu krzywdy, nikogo nie okradł, nic nie zniszczył, więc nie ma powodu histeryzować.

– Ale to jest chore – usłyszałam w odpowiedzi.

Momentalnie poczułam przypływ sympatii do Szymona. Chore? Czyżby? Niektórym zdecydowanie zbyt łatwo przychodzi ocenianie innych. Pochopnie, dodajmy. Na podstawie szczątkowych informacji. Nawet najbliższych! Zaczęło mną telepać, jakbym miała wstrząs anafilaktyczny – najwyraźniej z powodu silnej alergii na drobnomieszczańską mentalność. Dulska się, kurwa, znalazła!

– Ma pani papkę zamiast mózgu – wysyczałam i uklękłam przed chłopakiem, żeby pomóc mu oswobodzić się z więzów. W zasadzie niepotrzebnie, bo mimo silnego drżenia rąk, kiedy na chwilę odwróciłam uwagę rozwrzeszczanej mamuśki, niemal uwolnił się sam. – Wychodzimy – dodałam, biorąc go za rękę. – Proszę dać znać, jak się pani uspokoi. – Posłałam wrogie spojrzenie sąsiadce.

Skołowany dał się poprowadzić przez klatkę schodową w samej piżamie. Zdaje się, że dopiero po przekroczeniu progu mojego mieszkania dotarła do niego niestosowność sytuacji, a przynajmniej zaczął wyglądać na zakłopotanego.

– Chyba nie wolisz wrócić do tej wariatki? – spytałam rozbawiona, odniósłszy wrażenie, że zaraz wycofa się rakiem.

Został. Przegadaliśmy całą noc, głównie śmiejąc się i żartując, ale też oglądając zdjęcia skrępowanych modelek. Wytłumaczył mi, o co chodzi z tym całym wiązaniem. Byłam pod wrażeniem. Te dziewczyny wyglądały przepięknie, liny wydobywały z nich więcej niż samą tylko powierzchowną urodę. Nic dziwnego, że Szymon patrzył na nie jak na budzące podziw malowidło. Zdecydowanie podzielałam jego entuzjazm.

Śmieszny w gruncie rzeczy epizod, okazał się przełomowy. Zaczęłam szukać, zafiksowana na temacie, wszędzie dostrzegałam wskazówki. Elegancko zbuchtowany sznur w bagażniku kolegi czy album z aktami na półce u cioci – kierowały myśli ku pragnieniu, by z własnego ciała stworzyć godną podziwu rzeźbę. Podobnie jak Szymon, korzystając z umieszczonych w internecie wideoinstrukcji, oplotłam się pierwszą w życiu uprzężą. I tu kolejne zaskoczenie, poczułam przyjemność. Zmysłową i wszechogarniającą.

Lina otulała, dając poczucie bezpieczeństwa i siły, trochę jak strój superbohatera. Biorąc wdech, wypełniałam ją, sprawiając, że naprężała się – niezwykle intymne doznanie. Z wydechem oddalała się, dając chwilę wytchnienia. Moje życie ożywiało ją. Nie tylko współistniałyśmy razem, weszłyśmy wręcz w symbiotyczny związek. Lekko drapała i uwierała, wbijała w miękkie piersi, ograniczała ruchy, ale niewygody tylko uskrzydlały. Chciałam więcej.

Spojrzenie w lustro mnie w tym utwierdziło: skrępowana wyglądałam piękniej niż kiedykolwiek.

Niestety beztroskie zabawy w pojedynkę nie wystarczyły na długo. Owszem, sznur ukryty pod ubraniem pobudzał i dodawał odwagi, robienie w sekrecie fotek przyprawiało o przyjemne mrowienie, podobne do tego w sklepie, pod zachwyconym spojrzeniem rudzielca, ale czułam niedosyt. W fantazjach coraz odważniej wystawiałam się na widok publiczny: w muzeum, jako żywa rzeźba na eleganckim przyjęciu, a nawet w parku pełnym ludzi, w tym również roześmianych i zajętych zabawą dzieci. Wiedziałam, że tak daleko nie posunę się nigdy, ale granice można było zbadać.

Fizyczne doznania, obce mi do tej pory, uderzały do głowy z niesamowitą siłą. W pewnym sensie okazałam się bezbronna, nieprzygotowana na nowe rodzaje głodu i ochoty, które nachodziły mnie w niespodziewanych momentach. Nagle zachowywałam się irracjonalnie, chwilami miałam problemy z koncentracją. Po raz pierwszy w życiu nie tyle marzyłam, co pożądałam. Nie drugiego człowieka – chyba, że jako widza, którego ani osobowość, ani cielesność nie miały znaczenia – a doznań. Czy to rozróżnienie jest jasne i sensowne? Niby bez osoby nie byłoby spojrzenia (tym bardziej zachwytu), ale z drugiej strony liczył się jedynie efekt: moje reakcje. Nie życzyłam sobie dotyku czy konwersacji, nie chciałam poznawać drugiej strony, nawiązywać relacji, nie obchodziło mnie nawet, czy bym ją polubiła. Nie grał roli wygląd, wiek, płeć, wykształcenie.

Zastanawiałam się, jak osiągnąć zmierzony cel – doszłam do wniosku, że ważną kwestię stanowi estetyzacja mojego ciała, potraktowanie go w kategoriach produktu, który na swój sposób będę sprzedawać. Lina miała go opakować, ozdobić, dodając odwagi, ale nie załatwiała wszystkich problemów. Światło. Otoczenie. Nastrój.

W przeciwieństwie do typowych ekshibicjonistów, nie zamierzałam nikogo brać z zaskoczenia. Szok nie sprawiłby mi najmniejszej przyjemności, wręcz przeciwnie, wolałabym świadomą, przygotowaną widownię, od początku nastawioną na odbiór swoistego rodzaju sztuki.

Szukałam chaotycznie: autorów zdjęć, warsztatów shibari[3], internetowych grup tematycznych. To było dziecinne: głupie i naiwne, aż dziw, że ktokolwiek chciał ze mną rozmawiać. Sama podobnej szajbusce kazałabym po prostu spadać.

Wstyd się przyznać, ale droga na szczyt (w sumie dość dosłownie pojęty), zajęła sporo czasu. Błądziłem niczym po labiryncie, trafiając na chamów, prostaków i zwyroli. Każdy chciał coś ugrać, nie zawsze uczciwie mówiąc, na czym mu zależy. Kilka razy mało brakowało, a doszłoby do tragedii, na szczęście wrodzona ostrożność w odpowiednim momencie dawała o sobie znać. Zdesperowana – lub po prostu wreszcie odpowiednio zmotywowana kaprysami własnego ciała – postanowiłam pozwolić sobie na nieprzepisowe dla brunetek szaleństwo.

Znalazłam świetnego fotografa: artystę, ale dorabiającego robieniem sesji. Ślubnych, zaręczynowych, ciążowych. Bez wątpienia miał dobre oko i fach w ręku. Bijąc się długo z myślami i rozważając możliwe scenariusze rozmowy, zadzwoniłam. Zdziwił się, ale nie wystraszył, dzięki Bogu nieszczególnie pruderyjny. Uznał, że cennikowo można podobne zlecenie podciągnąć pod portfolio. Nie oponowałam, umówiłam się. Terminy miał długie. Nie znając bliżej nikogo z „branży”, ostatecznie poprosiłam o pomoc w przygotowaniach do sesji zdjęciowej Szymcia. Sama wybrałam interesujące sploty i kupiłam liny. Choć nie zaprzyjaźniliśmy się, czułam się z nim bezpiecznie. Na wszelki wypadek odrzuciłam jednak myśl o krępowaniu rąk.

Ćwiczyliśmy długo i dopiero, gdy byłam zadowolona z efektu, zrezygnowałam ze stroju do jogi, na rzecz nagości. Próbę, że tak to ujmę, kostiumową, zrobiliśmy tylko raz. Kolejna prawdziwie wyjątkowa chwila. Spojrzenie chłopaka, takie zafascynowane i intensywne, jakby patrzył na ósmy cud świata, choć znał mnie już przecież dobrze, przyprawiło o dreszcz tuż po zdjęciu szlafroka. Później były drżące dłonie i oczy, nad którymi nie potrafił zapanować. Wiązanie trwało znacznie dłużej niż zwykle, ale efekt wynagrodził wszelkie niewygody.

Kiedy wstał, odszedł kilka kroków i objął mnie całą wzrokiem, przyjemne łaskotanie, które za pierwszym razem dotknęło głównie piersi, rozlało się kilkoma falami aż po podeszwy stóp, aż po policzki i płatki uszu. Zagryzłam wargi, a chwilę później zaczęłam się histerycznie śmiać. Niby idiotyczna reakcja, kto wie, może po prostu maskująca zażenowanie, ale przyszła naturalnie, sama z siebie.

Szymon nie powiedział nawet słowa, nie musiał, wszystko dało się wyczytać w oczach i nawet jeśli nie przeżył jej równie fizycznie, bez wątpienia zapamiętał tę chwilę. Nigdy nie zapomni – gwarantuję.

Sesja fotograficzna okazała się natomiast niezwykle stresującym doświadczeniem. Już dzień wcześniej dostałam biegunki, głodna i nafaszerowana lekami, ciągle marzłam, irytowała mnie uległa postawa Szymona i szorstki ton „artysty”. Po godzinie wypełniania absurdalnych poleceń, wybuchłam. Tym razem lina tylko uwierała, pozy, bez względu na to jak, malownicze, męczyły, a głośne pstryknięcia migawki świdrowały mózg.

– Zrobimy to po mojemu albo wcale. – Fotograf nie cackał się, po prostu wyszedł.

Autentycznie chciałam go zabić, rozszarpać gołymi rękoma. Płaciłam mu, miałam prawo wymagać! On tymczasem traktował mnie jak przedmiot. Jak martwą rzecz. Palant jeden. Naga i częściowo unieruchomiona kipiałam wręcz, ale agresja szybko przeistoczyła się we frustrację i poczucie bezradności. Musiałam wyglądać na psycholkę, wrzeszcząc i wijąc się w więzach. Szarpałam się, uderzałam pięściami w podłogę, aż wyładowałam całą energię. Wtedy popłynęły łzy. Ile to mogło trwać? Dziesięć minut? Piętnaście? W każdym razie kiedy wrócił, byłam już spokojna. Nieszczęśliwa, ale spokojna.

Gdyby nie zdjęcia, skądinąd naprawdę zachwycające, uznałabym tę sesję za kompletną porażkę. Zrobił jeszcze kilka dość dramatycznych fotek, ale generalnie nie kontynuowaliśmy, nie byłam w stanie. Później zrzucił zawartość karty pamięci na komputer i pozwolił mi obejrzeć surowe dane. Wytłumaczył przy tym, że mimo, iż nie robi retuszu, wprowadzi kilka zmian związanych z nasyceniem kolorów, kontrastem czy balansem bieli. Ostatecznie przygotował nie tylko płytę, ale i zastaw wyselekcjonowanych odbitek.

Na miejscu, częściowo wypalona przez emocje, nie potrafiłam docenić jego pracy, ale tydzień później, oglądając zdjęcia na spokojnie, wiedziałam już, że spisał się koncertowo. Choć przez chwilę czułam się upokorzona, było warto – jego dzieło otworzyło niejedne drzwi. Również te należące do Cypriana.

Nie wiem, kto mu o mnie opowiedział, o mnie i moich nieudolnych próbach znalezienia dla siebie niszy, ale pewien dobry duch szepnął odpowiedniej osobie, że go zaintrygowałam. Jakimś cudem dotarło to do moich uszu, a ja z wrodzoną bezczelnością postanowiłam zweryfikować plotki. Mężczyzna był legendą, znaną i szanowaną postacią na scenie, a przy tym niepospolitym dziwakiem. Ponoć wybitnie aspołeczny i małomówny, mieszał w głowach swoim „modelkom”. Krążyły mroczne opowieści o jednej, którą dosłownie doprowadził do obłędu. Ja w nim widziałam jedynie drogę do celu…

Po lakonicznych i władczych mejlach, zaskoczył mnie widok młodego, przygarbionego chłopaka siedzącego przy stoliku. Wyglądał na ledwie pełnoletniego, choć oczywiście musiał być starszy. Średniego wzrostu, wychudzony, z kościstymi, żylastymi dłońmi. Raczej pospolitą twarz nieustannie wykrzywiał szyderczy uśmiech. Spojrzenie miał czujne, a wąskie usta z nieznacznie uniesionymi kącikami, zaciśnięte. Peszył mnie i choć nie wzbudził ani odrobiny sympatii, chciałam zrobić na nim dobre wrażenie, siedziałam więc cicho i pozwalałam się lustrować.

Nie dał mi szansy nic zamówić, dopił kawę, wstał i rzucił krótkie:

– Chodźmy.

Podejrzewam, że chciał zobaczyć, jak się ruszam. Albo sprawdzić, czy będę posłuszna. W każdym razie testował mnie, a ja starałam się wypaść naturalnie. Na ile to było oczywiście możliwe. Spacerowaliśmy ponurymi, pustymi ulicami już dobrze ponad pół godziny, kiedy odezwał się ponownie.

– Nie pieprzę modelek – oznajmił ni z tego, ni z owego.

– Słyszałam – odpowiedziałam po prostu. Ten element umowy, podobnie zresztą jak milczenie Cypriana, całkowicie pasował do mojej bajki. Przystanął. Miałam już pewność, że go zaciekawiłam.

– Więc czego chcesz? – Padło najtrudniejsze możliwe pytanie. Wiele razy odpowiadałam sobie na nie w zaciszu własnej łazienki. Mogłam się jedynie domyślać, co siedzi w głowie mężczyzny, przypuszczałam, że nie był mniej spaczony niż ja.

– Bez wątpienia nie penetracji. – Postanowiłam postawić sprawę jasno. – Seks jako fizyczne zbliżenie dwóch lub więcej osób w ogóle mnie nie interesuje, ale kilka miesięcy temu odkryłam coś, co jednak mnie kręci. Chciałabym spróbować… – urwałam, wciąż niepewna własnych decyzji.

– Czyli nie wiesz, czego chcesz? – Trafił w sedno.

– Domyślam się.

– W porządku, zastanowię się.

Na tym skończyło się nasze pierwsze spotkanie lub może raczej rozmowa kwalifikacyjna. Nie robiłam sobie większych nadziei, bo i po co? Nie sądziłam, że ten zamknięty w sobie chłopak da mi dokładnie to, czego potrzebuję.

Odezwał się dopiero po kilkunastu dniach, zażądał, żebym opisała, czego mogę ewentualnie chcieć. Całą noc siedziałam nad mejlem, który ostatecznie zajął ledwie pięć linijek. Tak czy siak, odpowiedź Cypriana była jeszcze bardziej lakoniczna:

Dziękuję. Kiedy masz czas?

Nie znałam go, a jednak zaryzykowałam pójście o wyznaczonej porze, w wyznaczone miejsce, długie godziny bezbronności sam na sam, z mężczyzną, który mógł się okazać psychopatą. Potrzeby Cypriana zapewne nie mieściły się w szeroko pojętej normie, ale moje też się nie mieszczą. Czy to źle? Może właśnie dobrze, skoro trafiliśmy na siebie?

W swoim królestwie – klimatycznym lochu o gołych ścianach z palonej cegły, stropie wzmocnionym drewnianymi belkami, do których przymocowano haki, łańcuchy oraz najróżniejsze uchwyty i, przede wszystkim, ze skrzypiącą przy każdym kroku podłogą, wydawał się zupełnie innym człowiekiem. Tam naprawdę był Panem, dumnym i stanowczym, nagle wyższym o kilka centymetrów, wyprostowanym, pewnym siebie.

Drżałam, rozbierając się pod lodowatym spojrzeniem bladozielonych oczu – nie przypominało żadnego innego, zdecydowanie nie pożądliwe, ale też nie obojętne. Dopiero znacznie później zorientowałam się, że widział we mnie bryłkę gliny lub nieociosany blok skalny, mający dopiero pod wpływem jego pracy przybrać swoją ostateczną formę. Chłód paradoksalnie dawał poczucie bezpieczeństwa, upewniał, że nic mi nie grozi, przynajmniej nie na płaszczyźnie erotycznej.

Obyliśmy się bez słów, wystarczyły drobne gesty i dotyk sprowadzony do niezbędnego minimum. Ujął mnie unikaniem kontaktu fizycznego, jego palce przesuwały się milimetry od mojej skóry, nie muskając nawet jej powierzchni, jedynie lina oplatała szczelnie. Przytulała.

Pracował sprawnie i wytrwale, a ja poddawałem się temu bezwolnie, cierpliwie czekając, co zdarzy się dalej. Tym razem nie czułam zimna, nie przeszkadzały zdrętwiałe kończyny ani dudniąca w uszach cisza. Ostatecznie właśnie zamiłowanie Cypriana do odcinania się od bodźców zewnętrznych okazało się największym wyzwaniem. Od deprywacji sensorycznej[4] ponoć można oszaleć – nic dziwnego, że poprzednie m-jo[5] odchodziły od zmysłów.

Bycie wiązaną przypomina medytację, masz dużo czasu do rozmyśleń, możesz skupić się na doznaniach lub zamknąć we własnej głowie. Nie da się uciec, stajesz naprzeciw siebie samej niczym w pojedynku. Tak, w jakimś sensie uważam, że droga liny jest drogą poznania, uczy cierpliwości, pokory i szczerości. Nie utrzymasz na niej zbyt długo iluzji, jeśli masz złudzenia na własny temat, szybko prysną, jeśli ukrywasz prawdziwą twarz pod maskami, one opadną, nie możesz grać – emocje prędzej czy później wezmą górę.

Tamtego wieczoru rodziłam się w bólach, rozedrgana i pełna wątpliwości, nie miałam pojęcia, dokąd dojdę, błądząc we mgle. Przez moment nawet łzy wzbierały pod przymkniętymi powiekami, wraz z nabrzmiewającym poczuciem beznadziei. Lina jednak osnuła się wokół mnie niczym kokon, dając schronienie na tę krótką chwilę bezbronności tuż przed przepoczwarzaniem. Wszystko zmieniło się, kiedy skończył.

Najpierw stał nieruchomo z dłonią przyłożoną do skomplikowanego splotu na moich plecach. Oddychał spokojnie, czułam bijące od niego ciepło, choć nie zetknęliśmy się choćby milimetrem skóry – jakby zestrajał się ze mną lub mnie dostrajał do siebie. Później cofnął się, zatrzymał trzy kroki z tyłu i patrzył. Jestem tego pewna, to spojrzenie pełzało, muskało, weryfikowało moją postawę, ale dopiero, gdy przeszedł do przodu, objawiło się w pełni, zachwycając swoim zachwyceniem. Aż zjeżyły mi się wszystkie włoski na ciele.

Właśnie tak się zaczęło. Nasza więź. Nieskomplikowana lecz niewysłowiona. Poszliśmy razem drogą liny, dałam się poprowadzić, gdzieś, gdzie nie spodziewałam się nigdy dotrzeć. Wyobraź to sobie: ja, aseksualna, nieczuła na uroki żadnej z płci i nieodczuwająca potrzeby masturbacji; ja, oziębła Królowa Śniegu, z białą cerą i kruczoczarnymi włosami niczym wodospad spływającymi po ramionach – kiedy nie widać oczu, można wziąć mnie za Azjatkę o wyjątkowo dorodnych piersiach – przeżywająca pierwszy w życiu orgazm (tak mi się przynajmniej wydaje) na oczach kilkunastu wtajemniczonych osób.

Na piątym spotkaniu tylko we dwoje Cyprian wręczył mi czarne pudełko przewiązane grubą, czerwoną wstążką. Nie pytałam ani nie dziękowałam wylewnie, po prostu otworzyłam, bo doskonale widziałam, że prezent w takim samym stopniu był dla mnie, jak dla niego. Rozpakowując, ciesząc się i używając, miałam zrobić przyjemność darczyńcy. Dziwiąc się, czy odrzucając podarek, zrobiłabym mojemu mistrzowi przykrość.

Rozwiązałam kokardę, uniosłem wieczko i oniemiałam z zachwytu (choć skoro nie zamierzałam nic mówić, możliwe, że nie jest to najszczęśliwsze określenie). W środku znajdowało się jedwabne, czarno-czerwone kimono wraz z dopasowanym kolorystycznie obi[6], a konkretnie furisode[7] o długich, niemal sięgających ziemi rękawach. Górę i prawą stronę ozdobiono jedynie drobnymi kwiatami w kilku odcieniach czerwieni, począwszy od niemal białego po ciemny burgund, dół i lewy rękaw natomiast płonęły żywymi barwami, a nachodzące na siebie, szeroko rozpostarte, bujne płatki róż, piwonii i chryzantem nie pozostawiały nawet odrobiny miejsca dla czerni dominującej u góry. Cienka, lejąca się tkanina, wzmocniona podszewką i tak wydawała się delikatniejsza niż cokolwiek, co wcześniej nosiłam.

– Zrobimy pokaz – powiedział tylko.

– Tutaj?

Cyprian w odpowiedzi jedynie skinął głową. Ograniczona przestrzeń lochu, już oswojona i przyjazna, pomieściłaby maksymalnie dziesięć osób, wiedziałby też kogo zaprosić i czego mogę oczekiwać – wzięłam, więc jego słowa za dobrą monetę. Zaufałam. Oczywiście zaufanie nie oznaczało całkowitego wyzbycia się lęków i wątpliwości, ale znacznie je ograniczyło. Prawdziwy stres poczułam dopiero przed kolejnym spotkaniem. Nie uprzedził mnie, że to już, ale podskórnie czułam, że nie zamierza czekać.

Rozprostowałam włosy, zwykle, mimo że długie i ciężkie, lekko falujące, zrobiłam delikatny makijaż podkreślający oczy, usta pociągając jedynie brzoskwiniowym błyszczykiem. Po domu chodziłam nago, uważając, żeby nic nie odcisnęło się na mojej skórze, wychodząc narzuciłam zwiewną sukienkę, bielizna była zbędna – ostatecznie końcowy efekt składa się z niezliczonej ilości drobiazgów, warto pomyśleć o wszystkim.

Intuicja nie zawiodła. Kiedy przyszłam, zastałam loch w odświętnym wystroju: przysłonięte apaszkami abażury lamp, świece, fotele, leżące na podłodze poduszki. Pośrodku pomieszczenia, tuż pod głównym hakiem, dostrzegłam grube, czerwone liny idealnie pasujące do wybranego przez Cypriana furisode. Już sam ten widok sprawił mi mnóstwo przyjemności: piersi uniosły się, nabrzmiały, brodawki skurczyły, a sutki dumnie wyprężyły do przodu, nawet między udami coś załaskotało, każąc oczekiwać jeszcze więcej frajdy.

Rozebrał mnie w milczeniu, uniósłszy skraj sukienki, nie dotykając przy tym ani razu. Przyniósł starannie wyprasowane kimono, przytrzymał niczym płaszcz i pozwolił wejść w nie, jakby było przebraniem, drugą skórą mającą zmylić podglądaczy. Obyło się bez wymyślnej bielizny, halek czy warstw tradycyjnie noszonych przez Japonki, wystarczyła ta wierzchnia, zwieńczona zdobnym obi, owinięta tak luźno, że nawet przy lekkim skłonie piersi wypadały z dekoltu. Choć prosty ubiór wcale tego nie wymagał, Cyprian z zakładania go zrobił istną ceremonię, każdy ruch sprawiał wrażenie przemyślanego i współgrającego z sączącą się z głośników muzyką, przejmującym, instrumentalnym utworem wykonywanym na shakuhachi[8]. Przełamanie rutynowej ciszy cieszyło jeszcze bardziej, niż świadomość, że w końcu ktoś będzie patrzył. Wszystkie drobiazgi, zebrane razem, zwiastowały coś wielkiego.

Mistrz ceremonii okazał się doskonałym planistą, pierwsi goście zjawili się, gdy tylko skończył mnie ubierać. Kolejne dziesięć czy piętnaście minut klęczałam pośrodku pomieszczenia ze spuszczoną głową. Czekanie ekscytowało, szczególnie, że każdy, kto przekraczał próg od razu się mną interesował. Z uwagą wsłuchiwałam się w stukot obcasów, szelest ubrań, rozmowy prowadzone przyciszonym głosem oraz dudnienie krwi w skroniach. Czułam ich oddechy, ich ciepło, chłonęłam zapachy zmieniające się niczym w kalejdoskopie: raz słodkie i duszące, za chwilę rześkie lub korzenne, ale wszystkie odświętne. Przyszli specjalnie dla mnie, wystrojeni, wyperfumowani i zaciekawieni.

Obchodzono mnie, oglądając ze wszystkich stron – podziwiając. Jeszcze surowa w formie, już stanowiłam więcej niż tylko materiał czy ciekawostkę, już byłam eksponatem, o którym szeptano z nabożnym zainteresowaniem.

Ludzie zebrani w naszym lochu przypominali zwiedzających, a sytuacja wernisaż: wieczorowe stroje, skupione miny, szampan w smukłych kieliszkach. Byli tam, żeby zaspokoić moją rządzę. Byli, bo chciałam, pragnęłam ich na ten jeden, niepowtarzalny sposób. Co ważne, nie oceniali, nie potępiali – kto wie, może nawet akceptowali lub podziwiali odwagę; sama ta świadomość sprawiała, że mój mózg pływał w endorfinach, przyjemnie nimi otumaniony.

Jeszcze nim Cyprian podszedł i zaczął wić swój szczelny kokon wokół mojej klatki piersiowej, krew roztętniła się, roztańczyła, pobudzając każdą komórkę, rozgrzewając i uwrażliwiając. Choć niby nic się nie działo, bodźce atakowały z niesamowitą siłą, nawet lina pachniała silniej, obiecując jeszcze więcej niż dotychczas. Zresztą kto wie, może była świeżo nawoskowana…

Zadrżałam, gdy dotknął moich ramion przez cienki materiał furisode, chyba po raz pierwszy równie intensywnie i bezpośrednio. Lekkim ściśnięciem i pociągnięciem ku górze, dał znak, że zaczynamy, że mam wstać i poddać się temu, co przygotował. Wyprostowana, spod włosów przysłaniających kurtyną twarz, rzuciłam okiem na swoją publiczność. Nie rozglądałam się, nie uznałam tego za stosowne, ale przecież nikt nie zabronił mi patrzeć na patrzących, robiłam więc to ukradkiem. Większość widowni stanowiły pary w średnim wieku, bardzo eleganckie i najwyraźniej zamożne, moją uwagę przykuła jednak starsza pani, zapewne ponad siedemdziesięcioletnia. Wysoka, szczupła, z krótkimi, siwymi włosami, ubrana z prostotą w czarne spodnie i szarą koszulową bluzkę ze stójką. Jedyną jej biżuterię stanowiła obrączka oraz drobne, diamentowe kolczyki. Największe wrażenie robiły oczy: o jasnych, być może szarych tęczówkach, iskrzące wręcz inteligencją i ze skupieniem śledzące każdy ruch Cypriana. Niczym mentorka sprawdzająca postępy ucznia. I choć obserwowałam reakcje innych, odnotowując nerwowe przestępowanie z nogi na nogę, przełykanie śliny, wbijanie palców w podłokietniki czy zaciskanie ud, właśnie ona stała się zwierciadłem, w którym przeglądałam się tamtego wieczoru. Tym jednym, jedynym, wybranym widzem, dla którego odbywał się spektakl.

Sznur oplatał łagodnie, niczym liana obrastająca drzewo, zacieśniał się z każdym kolejnym oplotem i każdym kolejnym węzłem, wyeksponował piersi, nie tylko dzięki ściągnięciu łopatek i związaniu rąk z tyłu, ale również ze względu na odpowiednie do mojej anatomii dobranie uprzęży. Nie spieszyliśmy się nigdzie, każdy ruch czemuś służył, wystudiowany, przemyślany i odgrywany w odpowiednim tempie, współgrał z muzyką fletu i migotaniem świec, celebrował wydarzenie. Podobnie moje podniecenie – leniwe i kapryśne – niczym fala przyboju, kołysało się nieznacznie od brzegu do brzegu, raz napełniając mnie szczelnie, raz pozostawiając bezbronną na pastwę demonów. Przybrało na sile dopiero, gdy lina powędrowała w górę, zmuszając do stania na palcach. Unieruchomiona, napięta, wystawiona na widok stałam się przedmiotem, możliwym do użycia, wykorzystania – nie chroniło mnie nic, najwyżej krucha granica przyzwoitości, której zebrani raczej nie mieli zbyt wiele, zepsuci przecież do szpiku kości, zblazowani, głodni coraz mocniejszych doznań. Właśnie ta świadomość najmocniej uderzała do głowy, choć przecież nie chciałam, żeby wydarzyło się cokolwiek wykraczającego poza moje własne pragnienia. Być w niebezpieczeństwie i nie być jednocześnie, mieć iluzję utraty kontroli i panować nad sytuacją – absurd powiesz, tylko kto powiedział, że musimy zawsze kierować się logiką? Że nasze żądze muszą?

Już w tamtej chwili pęczniało coś nieznanego, narastało powoli, próbując napełnić mnie, wydostać się na zewnątrz przez wszystkie otwory ciała, przez każdy por skóry, już wtedy czułam, że zaraz, za chwilę, że prawie… ale naprawdę zaczęło się, gdy Cyprian, wsunąwszy dłonie pod kimono, oplótł udo, by zaraz je też podwiesić, ukazując wszystkim biel mojej skóry: najpierw łydki, kolana, a później, wraz z pociągnięciem sznura całe nogi, pośladki i dokładnie wygolony wzgórek łonowy. Materiał prześlizgnął się po ciele i szybko przysłonił część mej nagości, podobnie jak włosy przysłoniły twarz, opadając pionowo w dół. Policzki miałam rozżarzone, zapewne zaczerwienione, nie tyle ze wstydu, co z nieznanego dotąd rozgorączkowania.

Mrowienie, którego zaznałam niegdyś pod spojrzeniem zielonookiej i w trakcie pierwszych, ukierunkowanych zabaw, rozniosło się po całej powierzchni skóry, po niesamowicie wrażliwych śluzówkach. Czułam je w ustach, nozdrzach, kobiecości. Drażniło od środka, z każdą sekundą mocniej łaskocząc, żeby po chwili świdrować mózg, wwiercać się długimi śrubami w pachwiny. Zaparło dech. Chciałam, żeby trwało i żeby minęło. Jęknęłam mimowolnie, napięłam wszystkie mięśnie, a wtedy rozbłysło pod powiekami drobnymi, migoczącymi iskierkami. Wraz z tym migotaniem cała pulsowałam nieznacznie, jakbym była małym, drżącym światełkiem w absolutnej ciemności.

Cyprian sprawnie zajął się drugą nogą. Po chwili „ukończona”, podwieszona bokiem, miałam szansę ochłonąć, oswoić się i odpocząć. Gdy otworzyłam oczy, stała przede mną ta kobieta, ta jedna, jedyna wybrana z widowni, nasze spojrzenia skrzyżowały się i zrozumiałam, że ona wie, w jak wyjątkowej podróży towarzyszyła mi przed chwilą. Uśmiechnęła się ciepło, żeby następnie odwrócić się i wyjść. Pozostali podążyli jej śladem. Zostaliśmy tylko we dwoje, każde zaspokojone na swój sposób.

Za tydzień kolejny pokaz. Chcesz popatrzeć?

_________________________________________________________________________

[1] Jane Elliott, nauczycielka szkoły podstawowej w Riceville w stanie Iowa, chcąc wytłumaczyć dzieciom na czym polega dyskryminacja, podzieliła klasę ze względu na kolor oczu. Dzieci, którym przypisano w ten sposób wyższy status, znęcały się nad swoimi „gorszymi” kolegami, ale też momentalnie poprawiły wyniki w nauce. Kiedy następnego dnia zamieniono grupy, sytuacja odwróciła się diametralnie.

[2] Stanfordzki Eksperyment Więzienny, przeprowadzony w 1971 roku przez grupę psychologów pod przewodnictwem Philipa Zimbardo, miał zbadać psychologiczne aspekty życia więziennego. Ze względów etycznych (lub pod presją przyszłej żony Zimbardo ;)) eksperyment przerwano po sześciu dniach. Został on szczegółowo opisany w książce Efekt Lucyfera. Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło? Powołując się na zebrane dane Zimbardo stawia tezę, że czynniki sytuacyjne mogą mieć na ludzi znacznie większy wpływ, niż ich predyspozycje osobowościowe.

[3] Shibari – dosłownie „wiązanie”, określenie stosowane na sztukę erotycznego krępowania ciała.

[4] Deprywacja sensoryczna – celowe odcięcie lub ograniczenie bodźców działających na zmysły. Choć w definicji deprywacji sensorycznej może mieścić się zawiązanie oczu przepaską lub nałożenie na uszy słuchawek ochronnych, najczęściej używa się tego określenia odnośnie specjalnych komór deprywacyjnych: dźwiękoszczelnych, wyciemnionych zbiorników, wypełnionych cieczą o temperaturze zbliżonej do temperatury ciała i na tyle gęstą, by człowiek mógł się na niej swobodnie unosić. Krótkotrwały pobyt w podobnej komorze zwykle relaksuje, ale zbyt długie odcięcie bodźców zewnętrznych może mieć destrukcyjny wpływ na psychikę.

[5] M-jo – modelka w shibari, uległa, masochistka.

[6] Obi – pas lub szarfa służąca do przepasania kimona.

[7] Furisode – dosłownie „kołyszące się rękawy”, najbardziej uroczyste kimono przeznaczone dla kobiet niezamężnych.

[8] Shakuhachi – japoński bambusowy flet prosty.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dalam sobie kilka godzin między lekturą a komentarzem, ale wciąż brakuje mi słów zachwytu. Zgrabnie napisane, nieszablonowe, autentyczne. Wow.

Dziękuję, miło słyszeć, że choć jednemu czytelnikowi się spodobało 🙂

Aniu,

chyba jednak spodobało się znacznie większej liczbie Czytelników, o czym świadczy choćby liczba wystawionych ocen i ich wysoka średnia. Najwyraźniej świąteczny czas nie sprzyjał komentowaniu 🙂 Ale święta już za nami, sacrum ustępuje profanum, więc liczę, że to się zmieni. Sam usiądę do tekstu najpewniej jutro i nie omieszkam podzielić się wrażeniami!

Pozdrawiam
M.A.

Trzymam za słowo! 😉
Podobnie jak w kwestii stworzenia Brunetki…

Interesujące, mojemu sercu szczególnie bliskie, ponieważ jestem miłośniczką bondage.
Podoba mi się opis drogi, którą przebyła Bohaterka, zanim dotarła do swojego celu. To jest dla mnie nawet ciekawsze, niż końcowa scena.
Odczucia związane z liną wydają mi się jednak zbyt enigmatycznie przedstawione. Ta powściągliwość sprawia, że nie mogę utożsamić się z Bohaterką. Rozumiem ją, ale nie czuję jej przeżyć. Szkoda.

Nie chcę Cię martwić, ale mniej więcej o to chodziło 😉
Moja bohaterka jest dość specyficzna – Królowa Śniegu – nie potrafi odczuwać tego, co inni, nawet jeśli potrafi ich zrozumieć. W drugą stronę powinno to działać podobnie. Mur utrudniający identyfikację został postawiony celowo.

Zresztą lina jest dla niej jedynie narzędziem, nie celem samym w sobie, przyjemność czerpie z bycia oglądaną.

A tak prawdę powiedziawszy, żeby nie było enigmatycznie, trzeba by całe opowiadanie poświęcić temu, co dzieje się z myślami i emocjami osoby wiązanej. Nie wiem tylko czy nie zanudziłabym czytelników na śmierć 😉

Aniu to najlepszy tekst Twojego autorstwa jaki czytałem.

Podoba mi się droga jaką pokonuje brunetka by odkryć i urzeczywistnić to co w niej siedzi. Stwarzasz nastrój, dajesz wykład edukacyjny o dyskryminacjach klasowych i więziennych. Pojawiają się również drobne wątki filozoficzne o tym, że świat to teatr. Piękne bajkowe porównania do ciemiężycielki biednej Gerdy, której zabrano Kaja. Ta spadająca świetlówka… i szept, który wybawia bohaterkę z opresji samemu do końca pozostając tajemnicą, godny przerywnik, przecinek po którym następuje zwrot.

Nie pozbywasz się oczywiście swojej naturalnej pretensjonalności w ekspresji wobec płci przeciwnej, która może drażnić, podniecać, albo być stylem, więc tego nie oceniam.

Cyprian przypomina mi K z Nimfomanki von Triera, tyle że przemoc zastąpiona została pociągiem do krępowania. Sam jednak sposób działania K, jego tajemniczość, twarz przepełniona obojętnością i ogólnie dziwny sposób bycia i oddziaływania na innych, wypisz wymaluj.

Nie podoba mi się sam pomysł, który z początku wydaje się być trafiony a później rozmywa się w samorealizacji i kończy urwany, jakby zawisł nad urwiskiem Niewiadomogdzie-Niewiadomopoco.

No oczywiście bohaterka dotarła na swoje miejsce więc wewnętrznie się spełniła, opowiadanie osiąga więc status dopełnionego, ale dlaczego w takim razie, jako czytelnik czuję, że to mi nie wystarczyło?

Nie ma seksu i związanej z nim “brudnej” fizjologii, więc nie dziwię się wcale, że ten tekst jest dla Ciebie najbardziej strawny.

Zastanawia mnie natomiast co rozumiesz przez “pretensjonalność w ekspresji wobec płci przeciwnej”. Chyba nie bardzo rozumiem…
Wydaje mi się, że Kaja ma jednak zupełnie inne podejście do mężczyzn, niż większość moich bohaterek. Chce w nich widzieć ludzi, nie samców, poszukuje partnera na płaszczyźnie intelektualnej, nie emocjonalnej czy erotycznej. Przynajmniej do czasu przełomu, później sprawy nieco się gmatwają 😉

Uwielbiam von Triera i nawet jeśli nie zamierzałam świadomie korzystać ze stworzonych przez niego postaci, podobieństwo i tak może nie być przypadkowe. Przy czym sądzę, że tajemniczość i pozorny chłód to spore atuty strony dominującej, właśnie one na potencjalne “ofiary” działają niczym lep na muchy.

Nie wiem czy bardziej zadowoliłby Cię jako czytelnika happy end, czy spektakularny dramat, ale dla mnie osobiście to niewiadomogdzie jest bardziej realne. Swoją historię zamykamy dopiero umierając, wcześniej ciągle stoimy na jakichś rozdrożach. Ona GDZIEŚ doszła, ale sama nie jest w stanie określić gdzie, do tego potrzeba dystansu, czasu. To Tobie łatwiej powiedzieć, że nigdzie, że zbłądziła lub, wręcz przeciwnie, że odnalazła coś ważnego.

Rozumiem Twoje podejście, poza tym w pisaniu wszystko wolno i wszystko można obronić. Właściwie nie czepiam się tego wszystkiego, by udowodnić, że coś jest źle, bo nie jest, tylko zwracam na to wszystko uwagę, bo to rzuca mi się jakoś w oczy, może w tych miejscach zrobił bym to po prostu inaczej, może wcale nie.

Brudna fizjologia nie pasuje do opowiadanie erotycznego, czyni z wyszukanej potrawy przesoloną zupę, dlatego można się jej uczepić.

Lubię kiedy jest słono 🙂

I dalej nie wiem czego się czepiasz/nie czepiasz. Wyjaśnisz tę pretensjonalność? Proszę…

Opowiadanie wartościowe, otwiera mi oczy szerzej. Nie jest o technikaliach i rytuałach. Jest o tym, że ludzie są różni, a na marginesie typowości można znaleźć fascynujące przypadki. Jak to już ktoś zauważył jest to tekst o drodze, nie opisujący zbytnio celu. Nagle zrozumiałem, ile czasem człowiek musi się namęczyć, a ponadto zbiegu okoliczności trzeba, aby znaleźć swój prywatny raj.
Uśmiechy,
Karel

Karelu, technikalia to domena mężczyzn – niektórzy po prostu nie potrafią powstrzymać się przed opisywaniem różnych dupereli. Właśnie po tym poznaje się faceta poszywającego się pod kobietę 😉

A przechodząc do sedna… Kaja jest skrajnym przypadkiem, ale osobiście w ogóle nie wierzę w coś takiego jak norma czy typowość. Różnimy się i w tym cały urok, ale też jednocześnie przekleństwo, bo trudno znaleźć osoby, z którymi da się stworzyć ten wspólny raj. Wiecznie ktoś próbuje wtłoczyć nas w za ciasne, niewygodne ramy i tylko część ludzi ma dość siły, by się nie dać. Bardzo wiele nieszczęść wnika właśnie z tego, że ulegamy naciskom otoczenia, próbujemy spełniać oczekiwania innych, zamiast gonić swojego króliczka. A życie jest tylko jedno…

Miłego dnia

Ania

Aniu,

stworzyłaś opowiadanie ambitne, nietuzinkowe, godne zapamiętania. Sporo w nim specjalistycznego słownictwa i odwołań do wiedzy ogólnej, więc ściąga na końcu z pewnością się przyda (nie każdy musi wiedzieć, co to eksperyment stanfordzki, choć na pewno wiedza taka wzbogaca zrozumienie dla dziwnego stworzenia, jakim jest człowiek). Z pewnością nie jest to tekst dla Czytelnika masowego. Ale smakosze dobrej, inteligentnej prozy będą mieli tu czego szukać.

Pozdrawiam
M.A.

I wyobraź sobie Megasie, że większość przypisów zrobiłam z własnej, nieprzymuszonej woli – Karel zmusił mnie do dodania tylko jednego 😀

Ciekawe czy widać którego…

Ambitne, dla smakoszy – mówisz – ale nasi czytelnicy to przecież sami smakosze 🙂

Teraz czekam na Twoją Brunetkę

A.

Moja “Brunetka” już się pisze, Aniu. Za nic w świecie nie przegapiłbym możliwości udziału w tym cyklu 🙂

Chyba nie zgadnę, który przypis był na rozkaz Karela… może jakaś podpowiedź?

Pozdrawiam
M.A.

A znaczenie krórego pojęcia najłatwiej wywnioskować z samego tekstu? 😉

Deprywacji sensorycznej 🙂 To pojęcie jest znane nawet przedszkolakom.
Uśmiechy,
Karel

No właśnie, więc po co ten przypis? 😉

Miałem na myśli nowoczesne, dzisiejsze przedszkola i ich “absolwentów”. Ja niestety do takiego nie uczęszczałem. A poza tym mój piesio Fafik patrzy na mnie smutnym wzrokiem, bo on też tego pojęcia nie łapał. Więc rozumiesz… 😛
Uśmiechy,
Karel

Tak, ale w dobie internetu znalezienie pierwszych, wstępnych informacji rozjaśniających temat jest szalenie łatwe. Wchodzisz na Wikipedię i masz. Gorzej z rzetelnymi źródłami pogłębionej wiedzy – zdaje się, że coraz więcej ludzi przestaje wierzyć w sens sięgania do książek, a naprawdę nie wszystko zostało już w pełni zdigitalizowane ;p

Nie rozumiem czemu mam premiować lenistwo. Jeśli kogoś naprawdę zainteresuje dziwaczne słowo, zapewne je sobie wygoogluje. Jeśli nie, znaczy nie był ciekawy…

Serdecznie pozdrawiam

Ania

Aniu,
90% czytelników to lenie. Nie dbasz o 90% czytelników? Poza tym mój piesio potrafi szukać tylko przy pomocy powonienia, a Wiki jeszcze nie umie obsługiwać wąchaczy ;P

Karelu, to nie do końca tak… Fakt, że generalnie bardziej cenię sobie ludzi ciekawych świata i poszerzających swoje horyzonty nawet mimochodem, ale uważam, że jeśli coś nie jest kluczowe dla zrozumienia tekstu, nie muszę tego wyjaśniać. Większość czytelników przeleci po tym fragmencie wzrokiem, zupełnie go ignorując i zaledwie jakiś tam promil w pełni zrozumie (bo posiada specyficzną wiedzę) lub sięgnie głębiej. Sądzę zresztą, że pełnia zrozumienia wcale nie jest tu potrzebna. Podobnie jak w przypadku “internalizacji”, którą za Twoim podszeptem zmieniłam na “uwewnętrznienie”, ale nie wyjaśniłam w przypisie. A co, taki ze mnie bezczelny autor!

Podejrzewam natomiast, że z tych Twoich 90% więcej niż połowa nie przeczyta nawet przypisów. Ilu zachęcę do sięgnięcia po “Efekt Lucyfera”? Jednego czytelnika? Dwóch? A szkoda, bo to niezwykle pouczająca lektura… wyjątkowo aktualny wydaje się fragment o budowaniu wizerunku wroga.

Serdecznie pozdrawiam

Ania

Zmusiłem? Kurczę, nie doceniam samego siebie. A może ona lubi być zmuszana? Muszę to przemyśleć i wytestować w praktyce.
Przypisów proponowałem więcej niż jeden chyba … ale mam kiepską pamięć i mogę się mylić.
Uśmiechy,
Karel

Tak, jako Rzecznik Praw Czytelnika 😀

Testować możesz, ale nie gwarantuję, że to się dobrze skończy…

Napisz komentarz