Nieboska V – Wrogie terytorium (Radosky) 3.67/5 (2)

William-Adolphe Bouguereau “Twilight&Aurora”

Piekło, dawne wydarzenia…

Wielki, czarny rumak zatrzymał się na skraju urwiska. Dobra Pani zeskoczyła z siodła, wzrokiem oceniła swoje położenie. Przed sobą miała tylko przepaść, za plecami rozległe cmentarzysko. Za cmentarzyskiem czyhał wróg, zamykający pułapkę. Oblał ją zimny pot, łzy same napłynęły do oczu, ale nie dała się ponieść rozpaczy. Musiała pozostać silna, nie dla siebie, lecz dla najcenniejszej osoby w swoim życiu.

Dobra Pani spojrzała na rumaka. Na jego grzbiecie siedziała mała dziewczynka. Kobieta ostrożnie zdjęła ją z konia i postawiła na ziemi. Przytuliła najmocniej, jak tylko potrafiła.

– Mamusiu, czy Zły nas odnajdzie? – zapytało dziecko.

Dobra Pani pogłaskała córkę po włosach, pocałowała w czoło.

– Kochanie, musisz być silna i bardzo, bardzo dzielna.

– Mamusiu, obiecaj mi, obiecaj, że zawsze będziemy razem…

Kobieta ponownie przytuliła dziewczynkę.

– Tak bardzo chciałabym…

– Mamusiu, proszę, obiecaj, że mnie nie zostawisz…

Dobra Pani wypuściła córkę z uścisku, popatrzyła jej w oczy.

– Kochanie, zmieniłaś się, widzę teraz, jak bardzo wydoroślałaś.

– Zmieniłam się?

– Już nie jesteś małym dzieckiem…

– Mamo, powiedz, kim jestem?

– Jesteś dzielna i odważna. Jesteś tygrysicą. Teraz, spoglądając w twoje oczy, nie mogę się mylić. Proszę, pokaż mi, jak ryczysz.

Dziewczynka zmrużyła powieki, zacisnęła piąstki. Zaryczała najgłośniej, jak potrafiła.

– Wraaaaaaauuuuuuuuuu…

– Jesteś bardzo dzielną i odważną tygrysicą.

– Nie bój się mamo! Obronię cię przed Złym!

Ziemia na skarpie zadudniła tętentem końskich kopyt. Pościg właśnie zamykał uciekinierki w pułapce. Obok zbiegów wyrosła postać wysokiego mężczyzny.

– To bardzo śmiałe słowa jak na taką małą dziewczynkę – rzekł Zły.

Dobra Pani natychmiast stanęła w taki sposób, by osłonić dziecko.

– Nie mów do niej, nie patrz na nią, nie dotykaj jej, ty… – Nie dokończyła, silny cios dosięgnął jej twarz i upadła na ziemię.

– Mamusiu! – krzyknęła córka.

Wielki, czarny rumak kobiety poderwał się z miejsca, tratując dwóch żołnierzy, stanął na tylnych nogach, próbując zmiażdżyć także Złego. Ten nie uląkł się jednak, szybkim ruchem przesunął się w bok, umykając przed rozjuszonym zwierzęciem. Sprawnie sięgnął po topór i wymierzył celne uderzenie w bok zwierzęcia. Ostrze potężnej broni zagłębiło się w ciele, koń zarżał głośno z bólu. Próbował jeszcze ruszyć na Złego, ale jedna z nóg odmówiła mu posłuszeństwa. Upadł na ziemię, natychmiast doskoczył doń tuzin żołnierzy, przytrzymując i pętając linami. 

Zły pochwycił dziecko i podniósł ku twarzy.

– Boisz się?

Mała dziewczynka już się jednak nie bała, była przecież tygrysicą.

– Wraaauuu – zaryczała.

– Doskonale. – Zaśmiał się gromko Zły. – Twoja mamusia należy do mnie, tak samo ty. Zdradziłyście mnie i teraz musicie ponieść karę.

– Wraaaaaauuuuuuu – odpowiedziała dziewczynka.

– Jesteś odważna jak na tak małe dziecko, zobaczymy, czy na tyle odważna, by móc uratować mamusię…

Zły postawił „tygrysicę” na ziemi i rozkazał jednemu z diabłów, by ten podał mu linę. Podszedł do Dobrej Pani.

– Dałem ci wszystko, a ty się tego wyrzekłaś. Teraz musisz ponieść karę.

Nie czekając na odpowiedź owinął pętlę wokół ciała kobiety. Pociągnął ją na skraj urwiska, koniec liny rzucił dziewczynce:

– Skoro jesteś taka dzielna i tak bardzo odważna, to powinnaś uratować swoją kochaną mamusię, czyż nie tak? Ona poleci za chwilę w dół przepaści i tylko ty możesz ją uratować, wystarczy że złapiesz linę i nie puścisz…

Mała załkała. Bardzo kochała swoją mamę i nie chciała, by spotkała ją krzywda. Drobnymi rączkami chwyciła koniec liny.

Kobieta popatrzyła na córkę. Pokonując rozpacz wynikłą z własnej bezsilności, wydusiła z siebie:

– Cokolwiek by się nie wydarzyło, pamiętaj, że zawsze będę z ciebie dumna, że zawsze będziesz moją córką…

Zły zepchnął ją z urwiska. W jednej chwili lina naprężyła się w dłoniach dziecka. Mała tygrysica zacisnęła zęby, zaparła się nóżkami, ale ciężar okazał się zbyt wielki, a ona sama zbyt słaba. Lina zaczęła wysuwać się spomiędzy drobnych paluszków, aż wreszcie całkiem uwolniła się z uchwytu.

Dobra Pani spadła z urwiska. Zły zaniósł się złowieszczym śmiechem, wpatrzona w swoje przetarte do krwi dłonie, dziewczynka pogrążyła się w rozpaczy.

Pałac Trzeciej Świątyni. Siedziba Szatana Belzebuba. Lochy. 

Sariel. Upadły Anioł, mój odwieczny przyjaciel, godny miana brata, a obecnie dobry diabeł. Znaliśmy się od tysięcy lat, razem pławiliśmy się w blasku najwspanialszej światłości, razem narażaliśmy nasze istnienia w służbie Wszechmogącemu. Obaj zstąpiliśmy na Ziemię, by nauczać ludzi, obaj także postanowiliśmy tam pozostać. W miejscu tym, wśród śmiertelników, życie cechuje się niebywałą ulotnością oraz równie znaczącą intensywnością. Śmialiśmy się, płakaliśmy, kochaliśmy i nienawidziliśmy. Walczyliśmy ramię w ramię. Ja zostałem królem na Ziemi, Sariel moim dowódcą.

W momencie, gdy mieliśmy świat u stóp, zdobyliśmy miłość ukochanych kobiet, szacunek poddanych, niezrównane dobra i bogactwa, nasza zuchwałość została pokarana ręką samego Boga. Ja zostałem uwięziony gdzieś na krańcu wszechświata, Sariel trafił do Piekła. Ale przyjaźń przetrwała i tę próbę. Wieki rozłąki zdawały się jej nie naruszyć. Nadal staliśmy ramię przy ramieniu, razem zwyciężaliśmy i razem ponosiliśmy klęskę. Razem też przegraliśmy podczas buntu, jako więźniowie również zajmowaliśmy sąsiednie cele.

– Bądź silny Sarielu! – krzyknąłem do swego brata. – Szatan Belzebub uczyni wszystko, by złamać twoją wolę oraz hart ducha. Łudzi się, że zdoła dokonać tego, czego nie dokonał nikt przez tysiące lat w Niebie, na Ziemi i w Piekle. Łudzi się, że uda mu się nas poróżnić!

– Nigdy Szemchazaju! Nigdy nikt i nic nas nie poróżni! Nie ma takiej siły, ani w Piekle, ani nawet w Niebie, która złamałaby naszą bratnią więź! Żadne tortury tego nie zmienią! Nawet, gdyby odjęli mi drugie oko, nawet, gdyby pozbawili mnie jaj, a potem je usmażyli i zjedli! Zawsze będę twoim najwierniejszym towarzyszem! Nie zawiodę cię!

Wiedziałem, że Sariel nie rzuca słów na przysłowiowy wiatr. Pamiętałem, jak trwał przy mnie w momencie najcięższych prób. Nawet Lucyfer, dawny ulubieniec Boga, a później wielki zdrajca i odstępca nie zdołał zachwiać naszą przyjaźnią. Znaczący Cherubin zasiał w umysłach Aniołów wątpliwości, przekabacił na swoją stronę trzecią część Niebiańskiej braci, nęcił i kusił także najpotężniejszych świetlistych, w tym Sariela. Ten jednak zawsze niezłomnie odpowiadał „będę trwał przy Szemchazaju, choćbyśmy stali we dwóch przeciw wszystkim”…

– Czuję, że Belzebub przyjdzie tu po mnie – krzyknął rozpaczliwym głosem Sariel. – Czuję, że znowu nastanie na naszą przyjaźń i mam pewność, że raz jeszcze poniesie porażkę!

– Trwaj przyjacielu i bądź silny! – odpowiedziałem.

Mój towarzysz w niedoli nie mylił się, rzeczywiście usłyszałem kroki na zewnątrz celi, ciężkie, ale żwawe… A zaraz potem huk otwieranych drzwi do sąsiedniej celi. Podejrzewałem, że to sam nielitościwie panujący Szatan Belzebub nawiedził mojego zniewieściałego towarzysza. Po chwili przypuszczenia te znalazły potwierdzenie, gdy usłyszałem głos Króla Piekieł dochodzący z sąsiedniej celi:

– Sarielu, mój wrogu! Wiele słyszałem o twoich wyczynach podczas tego pożałowania niegodnego przewrotu. Powiadają potępieni, że najpierw kładłeś pokotem tabuny wojowników, by chwilę potem nadstawiać dupę wszystkim chętnym do skorzystania z okazji!

– Okrutny i szkaradny diable, tyłek nadal mnie boli! – odparł z pewną rozpaczą w głosie Sariel, co Belzebub skwitował tylko głośnym rechotem.

– A twoje oko Sarielu? Czy nie żałujesz utraty oka? Czy uważasz, że coś tak nic nie znaczącego, jak ta cała „przyjaźń” z tym dekadentem Szemchazajem jest warta podobnej straty?

– Moja odwieczna przyjaźń z Szemchazajem wymyka się możliwościom zrozumienia przez kogoś tak zwyrodniałego, tak tyrańskiego jak ty, buraczana kreaturo! – Na potwierdzenie wypowiedzianych słów usłyszałem głośnie splunięcie w wykonaniu odwiecznego towarzysza…

– Owszem, jestem zwyrodnialcem i tyranem. Jednak jestem też niegodnie hojny dla prawdziwych zdrajców i występników…

– Chcesz mnie kupić?! – wrzasnął Sariel, aż stare lochy zatrzęsły się w posadach. – Daremne twoje próby niegodziwcze! Nigdy się do ciebie nie przyłączę, za żadne bogactwa i potworności Czeluści! Ja i Szemchazaj jesteśmy braćmi, łączy nas więź, której ktoś tak ograniczony demoralizacją jak ty nigdy nie zrozumie!

Słuchałem słów towarzysza i moje iluzoryczne serce rosło… Pomimo tego, że czasem błądził, to on jeden  zdawał się być prawdziwym przyjacielem. Takim, jakich próżno szukać w całym Piekle…

– Możesz mnie teraz zacząć torturować – kontynuował równie piękny, co zniewieściały Upadły Anioł. – Możesz wyjąć mi drugie oko, możesz batożyć mnie swoim wyciorem, możesz pochlastać moje śliczne lico swymi ostrymi pazurami… Możesz uczynić to wszystko, wiedź jednak, że na zawsze pozostanę twym wrogiem!

Belzebub zaśmiał się gromko.

– Nie będę wydłubywał ci oka. Nie mam też zamiaru cię batożyć czy chlastać twarz pazurami… Złożę natomiast pewną propozycję, po czym niecierpliwie poczekam na odpowiedź…

– Bezcelowy twój trud, Karmazynowy Potworze!

– Waginokreacja… – rzekł Szatan.

– Słucham???

– Mogę spełnić największe marzenie twego jestestwa. Coś, o co walczysz od tak dawna, ale co ciągle pozostaje poza twoim zasięgiem. Mogłeś Sarielu przybrać twarz pięknej niewiasty, mogłeś powiększyć swe cycki do rozmiarów przypominających dojrzałe melony, ale wciąż nie potrafisz zastąpić kutasa prawdziwie kobiecą pizdą! Ja mogę ci to podarować, wystarczy, że będziesz mi służyć, jako Wielki Książę piekielnego Kręgu! Zdaje się, że Berith zwolnił stanowisko, tracąc przy okazji głowę…

– Własna pochwa? – Ton pewności w głosie Sariela zaczął się chwiać.

– Ciasna i wilgotna… I bardzo, bardzo głęboka…

– A okresy? Czy miesięczne przypadłości i nieznośne humory też są możliwe?

– Nie może być inaczej…

– A co z wytryskami? Lubię czuć wytryski podczas orgazmu…

Belzebub zaśmiał się ponownie, a ja zapłakałem w duszy. Mój odwieczny przyjaciel, towarzysz w doli i niedoli, zdawał się zatracać pod naporem swoich dzikich fantazji. Właśnie zaprzedawał duszę najprawdziwszemu diabłu.

– Lilith zapewniła mnie, że możesz cieszyć się kobiecymi wytryskami dzięki łechtaczce! Możesz mieć to wszystko i o wiele więcej! Wystarczy, że do mnie dołączysz…

– Mój łaskawco i wybawco! Mój Szatanie! Zgadzam się! Zgadzam się na wszystko! Tylko uczyń mnie prawdziwą kobietą! Spraw, by szpetny i odstręczający członek odpadł z ciała niczym zwiędły liść z gałęzi, a na jego miejsce rozkwitła piękna jak kwiat róży pipka!

– Spójrz w dół Sarielu…

– Jaka piękna muszelka! Jaka różowa, jaka lśniąca! Nigdy nie widziałem piękniejszej! Jestem taki szczęśliwy… Dziękuję, Szatanie, dziękuję za wszystko! Mój Panie i Władco, jesteś prawdziwym czarodziejem!

Drzwi celi zniewieściałego obecnie bez reszty Anioła otwarły się ponownie, a do moich uszu dotarły słowa Belzebuba :

– A teraz pożegnaj się z Szemchazejem, Sarielu!

– Żegnaj, Szemchazaju! Przepraszam, że cię zdradziłem, przepraszam, że cię zawiodłem, ale sam rozumiesz… Zawsze marzyłem, by stać się najprawdziwszą kobietą… Taka jest cena marzeń…

Zostałem sam, zupełnie sam. Nawet bez sąsiada w niedoli.

„Taka jest cena marzeń” powtórzyłem gorzko… Na myśl nasunęło mi się pytanie – skoro zdrada jest ceną marzeń, to jaka byłaby cena mojej wolności?

Pałac Trzeciej Świątyni, sala audiencyjna

Kat niezliczonych istot, Wielki Utrapieniec zasiadający na gorejącym tronie, Szatan Belzebub przeszył ponurym wzrokiem licznie zgromadzonych. Diabły i diablice ze wstydu bądź strachu uciekały spojrzeniem, starając się nie rzucać władcy w oczy.

– Łajdacy, kanalie, swołocz, bydlaki i inne niecnoty. Jak już wszyscy wiecie, niedawno stałem się celem zamachu z rąk tego, którego obdarzyłem nieszczęściem swych łask, Szemchazaja. Oczywiście, próbę przewrotu udaremniłem własnymi rękoma, a zdrajcę pojmałem i osadziłem w lochach. W przypływie litości postanowiłem odpłacić niewinnym demonom za tę nielojalność Serafina i zgładziłem całe miliony, razem z niegdyś prześwietnym, a obecnie zamienionym w stertę gruzów Babilonem…

Obecni na audiencji u Szatana żałosnym jękiem wyrazili aprobatę działań odwetowych Belzebuba. Ten jednak wykazywał odporność na jałowe oznaki uznania i kontynuował przemowę nie bacząc na ich zawodzenia:

– A jednak sam też coś utraciłem. Coś umiłowanego przez moje lędźwie i rogatą duszę. Wiecznie dziewiczą i niewinną oblubienicę! – W oczach władcy zabłysły kurwiki. Zgromadzeni zachowawczo cofnęli się o krok. – To przez Diablę Czerwonooką! To ta suka zajebała Adelę wprost z mojego pierdolonego ogródka!

Pomruk oburzenia przetoczył się przez szalę.

– A wy na to wszystko pozwoliliście… – Zawoalowana groźba poskutkowała kolejnym cofnięciem się szeregu potępieńców. Na czele tłumu ostali się tylko najodważniejsi. Przodowała im rudowłosa diablica, niesławna Lilith. Obok niej stali równie czarnobrody co ponury Mefistofeles, obnażający swoją nową, śliczną waginkę Sariel, skwaśniały orator Cyceron, oraz Upadły Anioł Azazel.

– Dlatego też jestem zmuszony opuścić pałac i wyruszyć na polowanie. Celem będzie Czerwonooka dziwka.

– To kułwa, Diabla to kułwa! – przerwał Cyceron, ale natychmiast się opamiętał. Takie przejawy inicjatywy były mu bowiem obce. Zgarbił się więc i jakby zapadł w wyściełaną kośćmi podłogę pałacu.

Ale było już za późno, hołota wypełniająca mroczną salę audiencyjną podchwyciła okrzyk i zaniosła się wrzawą…

– Kurwaaaa, Diaaablaaa tooo kurwaaaaaaaaaa…

Szatan słuchał tego przez chwilę, po czym uciszył zebranych ruchem ręki.

– Wszyscy wiemy, kim jest Diabla – przemówił Belzebub, twarz miał jakby ściągniętą chorą nienawiścią. – Wszyscy też znamy jej dokonania. Lubowaliśmy się, słysząc o mordach i orgiach, jakich dokonywała pod wpływem afektu… Powiadam wam jednak, że zabierając mi to, co najcenniejsze, ściągnęła na siebie mój gniew. A mój gniew jest równoznaczny z wyrokiem unicestwienia. Zaklinam się na ten gorejący tron, że znajdę ją i własnoręcznie zajebię tę czerwonooką kurwę! Nim skończy się piekielna noc, nim dym ulotni się, odkrywając krwisto–złote Jądro Piekła, nim to wszystko się dokona, zawieszę zdradziecki łeb Diabli nad łożem w sypialni!

– Zabić ją! Zniszczyć! Poćwiartować! – Tłum zawył entuzjastycznie, raz za razem ponawiając okrzyki. W jednej chwili Diabla stała się najbardziej znienawidzonym demonem w całym Piekle.

– Dosyć! – przerwał ten niewiele znaczący spektakl Belzebub. – Objawiam wam, co postanowiłem… Opuszczam pałac wraz z Sarielem… Reszta pozostanie tutaj, na straży moich włości…

Entuzjazm diabłów i diablic natychmiast zamienił się w fałszywy jęk zawodu. Straceńcy próbowali nieśmiałymi zawołaniami wpłynąć na zmianę postanowienia Władcy Much, lecz ten nie zważał na ich słowa. Podszedł do stojącej na czele tłumu Lilith.

– Zarządzasz pałacem podczas mojej nieobecności – oznajmił swoją decyzję. – Na własną odpowiedzialność!

Rudowłosa diablica skinęła głową. Jej obsypana ledwie widocznymi piegami twarz pojaśniała w uśmiechu. Od pięknej kobiety biła porażająca pewność siebie.

– Czy zajęłaś się Czterdzieści i Cztery tak, jak się zarzekałaś? – zapytał Szatan.

Lilith odwróciła się i wskazała na stojącą za nią postać. Złotowłosa niewiasta, którą Belzebub kojarzył z jakiegoś przypadkowego chędożenia, lecz nie z imienia, cechowała się nadmiernie uwypuklonym brzuchem. Wyglądała jak kobieta w zaawansowanej ciąży. Rzecz rzadko widywana w Piekle.

– Jagna pochłonęła pochwą twojego przeciwnika, o Nielitościwy! – Błękitne oczy tej, którą nazywano Pierwszą kobietą, zalśniły tajemniczym blaskiem. – Przejęła jego moce, przejęła jego ciało! Jest teraz uwięziony w jej łonie. I pozostanie tam aż po kres Piekła…

– Interesujące… – Karmazynowy Król pochylił się ku wielkiemu brzuchowi blondynki. Wysunął rękę i ukłuł  ją palcem.

– Sama opracowałam tę waginalną technikę niszczenia przeciwników, sama wymyśliłam też plan! – Nie omieszkała pochwalić się Lilith.

– A Szemchazaj? Czy mogłabyś powtórzyć to samo z Szemchazajem? – Gadzie źrenice oczu Belzebuba zwężały się niczym drapieżnikowi przed atakiem.

– Jeśli tego sobie życzysz, mój Panie… Mogę posłać do celi naszego nieprzyjaciela swoją najlepszą podopieczną…

– Nie! – ryknął Szatan, na głowie objawiło mu się nie zwiastującego niczego dobrego poroże. – Zrób to sama! Zajmij się nim osobiście!

– Myślałam, że nie chcesz, bym się z nim puszczała? – zakpiła diablica.

Żyły na czole Belzebuba natychmiast napuchły. Poczuł, że musi przywołać Lilith do porządku. Złapał ją za włosy i pociągnął z całej siły w dół. Śliczną twarz kobiety wykrzywił grymas bólu.

– Będziesz się puszczała wtedy i z każdym, kiedy oraz kogo ci wskażę!

– Więc problem Szemchazaja możesz uznać za rozwiązany… – Wyjęczała przejęta bólem diablica.

– Wyśmienicie – skomentował Szatan

Uznawszy sprawę za rozstrzygniętą, puścił Lilith i zaczął rozpychać się w nazbyt licznym tłumie wypełniającym salę audiencyjną pałacu. Szedł pewnym krokiem do wyjścia, częstując razami nieszczęśników, którzy nie zdążyli się przed nim usunąć. Tuż za władcą podążał Sariel, całkowicie zniewieściały, z burzą białych loków, wulgarnie wydatnym biustem upchanym w ciasnym napierśniku, z gołą cipką oraz nieosłoniętymi niczym pośladkami.

Zupełnie nagle ten triumfalny pochód zakłócił stary mężczyzna w todze, rzucając się wprost pod nogi Władcy Piekieł. Potępieniec desperacko owinął ramiona wokół nogi Szatana, po czym zaskowyczał:

– O mój Panie! Nie odchodź, nie zostawiaj mnie samego! Nie walcz z tą kułwą Czełwonooką! To okłutna wojowniczka bez czci i wiały, na pewno szykuje pułapki…

Teraz już wszyscy rozpoznali w napastniku Cycerona. Zaskoczony Belzebub podniósł nogę i zaczął nią trząść, próbując zrzucić oratora na podłogę. Ten jednak ani myślał puszczać, tylko jeszcze bardziej się nakręcał:

– Nie zabiełaj ze sobą tego ocipiałego, jednookiego Sałiela! On wszystkich zdładza po kolei… piełw Boga w Niebie, potem Szemchazaja w Piekle, a teraz i własną płeć! Nie ufaj mu mój Panie! To diabeł bez godności i ambicji!

Belzebub miotał stopą na prawo i lewo, podejmując wysiłek, by pozbyć się balastu. Tym postronnym, którzy urodzili się jako ludzie, mogło się wydawać, że władca próbuje zrzucić gówno przylepione do buta. I w rzeczywistości niewiele się mylili…

– Dlaczego, Panie, odchodzisz z dupą u boku, by zdobyć i ukałać inne dupy? I dlaczego zostawiasz nas, mężczyzn, na pastwę piełwszej dupy trójświata? – Cyceron płakał, wypowiadając te słowa.

Poirytowany Szatan złapał oratora za togę i odrywając wreszcie od nogi, rzucił nim niczym zużytą ścierką. Starzec wpadł w zaskoczony tłum diabłów, stoczył się na podłogę i raz jeszcze ryknął płaczem.

– Mój Panie, dlaczego mnie zostawiasz? Dlaczego?

Belzebub ruszył ponownie w stronę wyjścia z sali, ale w ostatniej chwili się zatrzymał. Potężne rogi znikły mu z wielkiego łba, obejrzał się na swojego lojalnego sługę. Ten leżał na podłodze kopany i opluwany przez tłum. Karmazynowy Król cofnął się ku poniżanemu oratorowi. Przykucnął przed nim i położył rękę na ramieniu.

– Diabla to tylko kolejna przeszkoda, która stoi mi na drodze do ostatecznego celu. Rozbiję ją tak, jak uczyniłem to z pozostałymi!

– Cóż jest tym ostatecznym celem, mój Panie? – Zajęczał poturbowany Cyceron.

– Ziszczenie się słów poematu Literata. Czy pamiętasz, Cyceronie? „Gdy diabeł przeklęty, z diabłem żyć może w zgodzie doskonałej”! Wszystko, co robię i jeszcze zrobię, służy temu jednemu celowi. Aby Piekło stanowiło jedność, tak jak jedność stanowią palce zamkniętej dłoni. I kiedyś tego dokonam. – Belzebub pokazał zaciśniętą pięść, po czym wstał i ruszył do wyjścia.

Orator nic już więcej nie powiedział. Zamyślony, ignorował otrzymywane z rąk nienawistnego tłumu kuksańce. W głowie cały czas huczały mu słowa o Piekle, które stanie się jednością.

Zagubiona oaza… Gdzieś w Piekle…

Ciemny dym szczelnie przykrył Jądro Otchłani. Mrok ponownie zatriumfował nad światłem.

Adela nie miała zamiaru tolerować takiego stanu rzeczy. Uniosła wzrok ku niewidocznemu niebu, ruchem dłoni poczęła kreślić koło. Palec wskazujący dziewczyny błysnął najpierw iskrami, a zaraz potem wystrzelił jasnością ku wskazanemu punktowi. Imitacja księżyca rozświetliła oazę.

– Tak już lepiej – skwitowała swoje dzieło Adela, podczas gdy towarzysząca jej Diabla przymrużyła oczy.

Wszetecznica porzuciła zbroję, odłożyła miecze. Usiadła ze skrzyżowanymi nogami na gołej ziemi, pod kulą światła, którą Adela nazwała księżycem. Czekała. Zbiegła szatańska oblubienica dołączyła do towarzyszki, siadając tyłem do diablicy i opierając się o jej plecy.

– Wiesz Adelka, że to niebezpieczne tak zbliżać się do mnie od tyłu – rzekła wojowniczka.

– Więc dlaczego jeszcze mnie nie ukatrupiłaś? – zakpiła dziewczyna.

– Ponieważ ja zawsze przewiduję kilka ruchów przeciwnika do przodu. I wiem, że teraz nie stanowisz zagrożenia.

– Mówisz jak Belzebub… Zresztą teraz, gdy obie jesteśmy chrześcijankami, nie powinnaś odnosić się do mnie jak do wroga.

Diabla zamilkła pragnąc zebrać myśli. Czy fakt, że przyjęła chrzest, zmieniał cokolwiek w jej odbiorze rzeczywistości? Tego jeszcze nie wiedziała, czuła jednak podświadomie, że w tamtej chwili coś zyskała, ale i coś straciła.

– Wojowniczka zawsze musi zachowywać ostrożność – zaczęła litanię Czerwonooka. – Demonica krwi i miecza nikomu nie może ufać, nie posiada kogoś takiego jak przyjaciele. Wrogów natomiast należy zabijać. Diablica zawsze musi mieć oczy z tyłu głowy, żeby przeciwnik jej nie zaskoczył. Nigdy też nie klęka…

– Chyba że przed samym Bogiem! – wtrąciła się Adela.

– Widziałaś go kiedyś?

– Boga? Nikt nie widział Boga. Nawet Szemchazaj opowiadał, że stojąc obok tronu Pana, nigdy nie śmiał na Niego spojrzeć.

– Ja bym się nie zawahała! – stwierdziła z dumą w głosie Diabla. – Nawet, jeśli już musiałabym uklęknąć, to spojrzałabym prosto w oczy Boga! A wiesz dlaczego?

– Ponieważ demonica nikomu nie ufa i z nikogo nie może spuszczać wzroku – odparła sarkastycznie Adela.

– Szybko się uczysz…

– Mam najlepszą nauczycielkę!

Nie przywykła do komplementów wykraczających poza sferę walki i seksu, Czerwonooka zawierciła się niezgrabnie w miejscu. Postanowiła niezwłocznie zepchnąć rozmowę na inny temat.

– Powiedz, co sądzisz o Szemchazaju?

– Kocham go jak brata, ciebie natomiast kocham jak siostrę. – Odpowiedź dziewczyny wywołała kolejne nerwowe poruszenie towarzyszki. – A ty?

– Lubuję się w walce z nim i w pieprzeniu także … – Stwierdziła zwięźle wszetecznica.

– Nie o to pytałam…

– Czasami cię nie rozumiem Adelka… Jakbyś mówiła jakimś innym językiem…

– Pytałam, czy kochasz Szemchazaja?

– Ko… ko… kochać? Nie znam takiego słowa. – Głos Diabli zdradzał wahanie, kontynuowała jakby na przekór samej sobie. – Znasz moje zasady, nie ma w nich miejsca na uczucia…

– Czyli go kochasz – podsumowała Adela. – Jesteś kobietą, a on mężczyzną, to naturalne. Nie musisz się obawiać tego uczucia, miłość nie jest dowodem słabości, lecz siły!

Dziewczyna czekała na ciętą ripostę wojowniczki, ale takowa nie padła. Diabla, wciąż wsparta o rozmówczynię plecami, zamilkła i nie miała zamiaru się odezwać.

– Nie musisz się mną przejmować, wprawdzie ja też kocham Szemchazaja, ale mnie wystarczy tylko … Lubię z nim rozmawiać.

– A mnie wystarczy tylko samo chędożenie. – Diabla zachichotała lubieżnie.

– Myślisz, że jeszcze go spotkamy? – Adela wyraziła nurtujące ją obawy.

– Na pewno! I to już niebawem – odparła tajemniczo Czerwonooka. – Wtedy będziesz mogła gadać z nim do woli, podczas gdy ja w tym czasie będę zajęta ujeżdżaniem jego wielkiego, twardego…

– Rozumiem Diablo… – przerwała dziewczyna, pamiętając, że wszelkie nawiązania do seksu wywołują u jej towarzyszki nadmierne podniecenie…

– A skoro już jesteśmy przy temacie, to może wreszcie sobie ulżymy… – Wszetecznica na samą myśl natychmiast rozsunęła nogi, oddech jej przyśpieszył, a krew zaczęła buzować w ciele.

– Ulżymy?

– Podobasz mi się, Adelo. Sprawiasz, że szczelina między udami wilgotnieje, a sutki twardnieją… Nawet sama nie wiesz, jak bardzo mnie podniecasz…

– Diablo, do czego zmierzasz?

– Do seksu. Ja nie jestem Belzebubem, nie nadzieję cię na hak. Sprawię, że będziesz jęczała z rozkoszy i błagała o więcej, jeszcze więcej… Dałaś mi chrzest, teraz ja podaruję ci ekstazę. Możesz przyjrzeć się lepiej mojej szparze, możesz ją powąchać, dotknąć, polizać. Możesz włożyć we mnie swoją dłoń, poczujesz wilgoć i ciepło… A później ja zrobię to samo dla ciebie… – Ton głosu diablicy przybrał erotyczne brzmienie, jedna jej ręka powędrowała ku sutkom, druga ku udom…

– Dosyć! – Adela poderwała się z miejsca, zachowując bezpieczną odległość od wszetecznicy. – Musimy pomyśleć o naszych kolejnych krokach.

– Jestem wstanie myśleć tylko o jednym! – odparła Czerwonooka powolnym, sapiącym głosem. Dłonią gmerała tam, gdzie wedle dziewczyny nie powinna. – Czy nie mówiłaś, że my, chrześcijanie musimy sobie nawzajem pomagać? A ja bardzo, Adelka, chcę ci pomóc…

– Nie cudzołóż! Nie pożądaj! Tak mówi Święta Księga – zagrzmiała dziewczyna. Chciała jeszcze coś dodać, ale Diabla podniosła się z miejsca i nagle przyspieszając, przygarnęła ją znienacka. Objęła silnie ramionami i próbujące protestować usta Adeli zamknęła pocałunkiem.

– Jesteś zboczona – wymsknęło się niewieście, gdy na moment oderwała się od pożądliwych warg diablicy.         Szybko jednak została uciszona kolejnym pocałunkiem… Obydwie kobiety przyległy do siebie, czując wzajemnie przez cienką tunikę nacisk twardych sutków. Diabla wbiła udo między zaciskające się nogi błękitnookiej. Drażniąc przy okazji jej delikatne i erogenne okolice. Zdobywszy tak wiele, rozłączyła wargi i wypuściła Adelę z objęcia swych ramion.

– Rozbierz się! – rozkazała. – Pragnę zobaczyć cię nagą! – Wypowiedziawszy te słowa, wszetecznica sama dała przykład, zrzucając bezceremonialnie tunikę. Włosy koloru nieprzeniknionej czerni miała rozrzucone w nieładzie, usta lubieżnie rozchylone, piersi duże i jędrne, zakończone ciemnymi sutkami. Łono natomiast pokryte gęstym owłosieniem, sprawiającym wrażenie równie mrocznego, co jego właścicielka.

– To nie wypada – wyjęczała niedorzecznie Adela, sparaliżowana zarówno strachem jak i podnieceniem.             Poczuła się zdradzona przez własne ciało, lecz niewiele mogła z tym uczynić. Rozsądek zdawał się ulegać pierwotnej naturze. Poddała się, czekając na rozwój wypadków. Długo czekać nie musiała. Płonąca z pożądania Diabla doskoczyła do niej, odzierając z tuniki. Dziewczyna nie miała nic pod spodem, stanęła przed wojowniczką, wyczarowanym księżycem oraz ich niezwykłym koniem zupełnie naga. Drżała, nieświadoma powodu. Czy był to lęk, czy też uniesienie? Diablica odstąpiła na krok, oceniając partnerkę.

Adela była zgrabna i piękna z twarzy, lecz teraz, bez ubrania, uwagę przyciągały przede wszystkim malunki, którymi pokryte zostało jej ciało od nasady piersi aż po sam wzgórek łonowy.

– Co to, do chuja, jest? – przeklęła Diabla, pochylając się i oglądając rysunki. Przedstawiały nieznane jej szeregi znaków oraz cyfr. Całość została wykonana bardzo starannie, niewątpliwie ręką mistrza w swoim fachu.

– To Belzebub. – Wyjęczała dziewczyna. – Nie wiem, dlaczego. Nie mam pojęcia, co to za znaki. Jestem tylko narzędziem…

– W sumie, specjalnie mi to nie przeszkadza – rzekła wojowniczka, nie zastanawiając się nad tajemniczym odkryciem i zanurkowała wargami górnymi ku dolnym wargom Adeli… Subtelnym i delikatnym, jakże różnym od jej własnych…

Jednak błękitnooka odzyskała wystarczająco dużo wewnętrznej siły, by powiedzieć „nie”. Zawstydzona wyglądem własnego ciała, odskoczyła w bok. Wiedziała, że to nie zatrzyma Diabli, więc wyobraziła sobie sari, strój hinduskich kobiet, który natychmiast okrył ją szczelnie od stóp aż po samą szyję.

– Wystarczy! – krzyknęła, odzyskując pewność siebie. – Twój pocałunek i… dotyk były przyjemne, ale dalej posuwać się nie możemy!

– A właśnie, że możemy!

– Nie, nie możemy! – odparła kategorycznie Adela.

Diabla zachichotała lubieżnie, przez moment rozważała rzucenie się na Adelę i doprowadzenie do jednostronnego zaspokojenia żądzy, ale jakiś ukryty dotychczas głęboko w zakamarkach ciała głos rozsądku wyperswadował jej ten pomysł. Odwróciła się na pięcie, zakołysała nagimi pośladkami oraz udami mokrymi od podniecenia, po czym oddaliła się w nieznanym kierunku…

                                    Pałac Trzeciej Świątyni, siedziba Belzebuba

Antychryst we własnej diabelnej istocie przystanął tuż przed drzwiami prowadzącymi do ogrodu Adeli. Zastygł w bezruchu dziwnie wygięty, z miną, jak gdyby właśnie się wypróżniał. Skonstatował, że jeszcze nigdy tam nie wchodził. I że wcale nie powinien… Że to tego miejsca nie pasuje. I jeszcze, że natychmiast powinien je obrócić w pył!

– Cóż się stało, Szatanie przebrzydły? – zapytał Sariel. Nie czekając na odpowiedź, wyminął władcę i rozwarł szeroko drzwi. Oczom obydwu ukazała się idylliczna kraina, mieniąca się bogatą paletą barw.

– To miejsce nie ma prawa istnieć – wycedził przez zęby Belzebub.

– Bo nie istnieje, wyczarowała je oblubienica Waszej Pomroczności – odparł zniewieściały do reszty Upadły Anioł.

Szatan popatrzył na Sariela, jak na idiotę, po czym przełamał własne uprzedzenia i wdepnął w miękką ziemię niezwykłego ogrodu. Wszędzie dookoła wyrastały krzewy niebieskich róż, rozkwitały pola stokrotek w kolorze fuksji oraz łąki mieniących się wieloma barwami tulipanów. Drzewa o szkarłatnych liściach wybijały się ku sklepieniu piekielnego nieba, nawet trawa zdawała się nieustannie zmieniać odcień zieleni. Belzebubowi zakręciło się w głowie. Całe to miejsce przesiąknięte zostało niewinnością Adeli. Jej zapach wciąż tu tkwił, zupełnie, jak gdyby nigdy nie odchodziła, jak gdyby nigdy nie została uprowadzona. Idea czystości, która przyświecała dziewczynie podczas aktu tworzenia tych wspaniałości, otaczała Karmazynowego Króla i nie dawała o sobie zapomnieć.

Szatan zatoczył się jak pijany, wygiął wpół, po czym zwymiotował całą tą sielskością za konarem dorodnego dębu.

– Szatanie zarzygany! Przedstawiam tę oto kruchą i słabą niewiastę. Isztar, żonę zdrajcy Szemchazaja – rzekł Sariel.

I rzeczywiście. Piękna małżonka największego wroga Belzebuba nagle pojawiła się tuż obok jego towarzysza. Władca Much i Komarów skonfundował, że kołatanie w głowie oraz mdłości musiały pozbawić go przytomności umysłu. Dlatego nie zauważył nawet, kiedy i w jaki sposób Sariel odnalazł oraz przyprowadził kobietę. Ogród Adeli zdawał się opętywać Króla Piekieł…

Postanowił Szatan, że gdy załatwi już swoje sprawy, gdy dokona pomsty na wrogach… Wróci tutaj i zrówna to miejsce z ziemią. Urządzi taki armagedon, że nie ostanie się ani jedno źdźbło trawy, ani jeden kwiatuszek, nie przyleci tu już więcej żaden ptaszek… Ogród po prostu musiał zostać zniszczony.

– Już ja dobrze znam tego twojego Szatana, Sarielu! – Tym razem gorzkie w brzmieniu słowa Isztar przywróciły Belzebuba do rzeczywistości. – Nadal czuję na moim ciele jego nienasycony dotyk!

– Proszę, moja droga! Nazywaj mnie Sarą! – rzekł żeński konwertyta.

– Ciebie też pamiętam, Sarielu. Pamiętam dobrze, jak stałeś ramię w ramię z moim mężem. Nazywałeś go wówczas najlepszym przyjacielem…  A teraz stoisz tutaj, obok tej czerwonej … kreatury i świecisz mi gołą pizdą po oczach. Powinieneś spalić się ze wstydu…  – Isztar nie baczyła na słowa. Była jednak księżniczką za życia i dawna pewność siebie dała o sobie znać. Zdezorientowana atakiem Sara zapadła się pod ziemię.

Belzebub przysłuchiwał się temu zachwycony, nie omieszkał też obrzucić niewiasty pożądliwym wzrokiem. Takiej suki dawno nie miał, takiej właśnie pragnął! W tej jednej chwili zrozumiał, dlaczego ta kobieta, pomimo swego krótkiego życia na Ziemi, zyskała wśród ludzi status bogini. Zawsze zastanawiał się nad bezmyślnością Szemchazaja, który dla zwykłej, śmiertelnej dziury, mającej w perspektywie tylko starość i zmarszczki, opuścił Niebo, porzucił Boga i wybrał byt człowieczy. Teraz Król Piekieł zaczął rozumieć…

– Szatanie, jeszcze trochę, a swoją włócznią powybijasz zęby biednemu Sarielowi, nazywającemu siebie Sarą… – Isztar, choć uwięziona, rzucona do nieznanego sobie Piekła, zdawała nie tracić nic ze swojej pewności siebie. Śmiała się władcy prosto w twarz.

Wzwód uwypuklał się na granatowym kaftanie Belzebuba. Na łbie błysnęły rogi. Gadzie źrenice oczu zwęziły się, celując w dekolt sukni kobiety. Piersi wylewały się niemal na zewnątrz, brodawki prześwitywały przez cienki materiał. Miał Szatan plan, by oczarować niewiastę fałszywymi słówkami i teatralnymi zagrywkami, lecz mając ją teraz przed oczyma, zapomniał o wszystkim. Isztar była zbyt ponętna, zbyt wyzywająca i zbyt bezczelna, by tracić czas na grę wstępną. Uznał Belzebub, że rzuci się na nią i weźmie siłą przy wtórze jęków i wrzasków kobiety!

Ruszył naprzód, wyciągnął zachłanne łapy, pragnąc uszczypnąć jeden z tych schowanych w sukni cudów Piekła. Z satysfakcją zauważył jeszcze, jak zaskoczona niewiasta rozdziawia usta i próbuje się zasłonić rękoma. Nadaremnie! Gwałtownika nic nie powstrzyma przed czynem!

Wtem przypomniał o sobie ogród. Korzeń wybił się jakby z ziemi i zahaczył o stopy Belzebuba. Władca Piekieł potknął się, niegodnie upadając na ziemię.

– Będziesz mnie teraz gwałcił? – zapytała Isztar, a sarkazm w jej głosie zabrzmiał aż nadto wyraźnie.

Belzebub oprzytomniał. Kobieta rozgrywała go jak pierwszego lepszego diabła. Miał ją przekabacić, sprawić, że sama rozsunie nogi, a nie brać siłą. Postanowił przemienić klęskę w zwycięstwo. Zauważył kątem oka niebieskie róże i zerwał ich pęk, kalecząc przy tym dłonie. Podniósł się i podarował jej kwiaty.

– Bę…bę…bę…będę cię traktował tak, ja…ja…jak na to zasługujesz – Szatan jąkał się, gdy to mówił. Nikogo nie darzył szacunkiem, a już zwłaszcza kobiet. Jednak musiał udawać… – Ja…ja…jak na księżniczkę przystało…

Isztar odebrała niekształtny bukiet, po czym beztrosko rzuciła go w stronę oniemiałej Sary.

– Mężczyźni… Zrywacie kwiaty, nie zdając sobie sprawy, że ich prawdziwe piękno objawia się tylko wtedy, gdy mogą pozostać niezmienne i tylko tam, gdzie mogą cieszyć się zasłużoną adoracją. Zerwane szybko usychają… Równie niewłaściwie postępujecie z kobietami… – Niewiasta pochyliła się ku ocalałym różom na krzewie i wchłonęła do płuc ich zapach.

– Rozumiem – pokiwał głową Belzebub. – Już nie będę zrywał dla ciebie żadnych kwiatów.

Isztar wydęła usta, wyraźnie nie dowierzając usłyszanym słowom. Niewątpliwie Szatan nic nie rozumiał. A i widoki na poprawę miał niewielkie…

– Czego więc ode mnie chcesz, Belzebubie? – zapytała zniecierpliwiona uciążliwą wizytą. – Dlaczego dręczysz mnie swoją szkaradną osobistością?

Karmazynowy Król usiadł na ziemi, beztrosko ugniatając wspaniałe dotychczas pelargonie mniej szlachetną częścią ciała. Isztar westchnęła zrezygnowana… Wzrok wbił w uwypuklone przez cienki materiał sukni pośladki. I zrobił to, w czym był niezrównany. Przemówił po swojemu.

– Zapewne masz wiele pytań, a ja mogę udzielić odpowiedzi. Odpowiedzi na wszystkie twoje pytania… – oznajmił chropowatym głosem.

Isztar wzięła głęboki oddech, ramiona skrzyżowała na piersiach, pragnąc ukryć ich wypukłość przed zachłannym spojrzeniem rozmówcy. Niestety, bioder nie miała już czym zakryć. Przeklęła w myślach diablicę, która podarowała jej tę skromną suknię. Przysiadła więc na zwalonym konarze, szczelnie łącząc uda ze sobą. Szatan westchnął rozczarowany…

Rzeczywiście, pytań miała wiele. Spędziła na Ziemi zaledwie dwadzieścia cztery lata, po czym została uśmiercona, a jej dusza trafiła do wiekuistej i nieskończonej przepaści Tartaru. A teraz, znalazła się nagle tutaj.

– Czym jest to całe „Piekło”? – zapytała.

Karmazynowy Król przymrużył oczy. Wyciągnął rękę, w której natychmiast, jakimś tajemnym, czarodziejskim sposobem pojawiła się butelka. Diabeł zakołysał nią, w efekcie wypełniła się czerwoną cieczą.

– Wyobraź sobie, że Piekło jest butelką. Zamkniętą przestrzenią, zaludnioną tymi, którzy żyli zbyt niegodziwie, by móc uzyskać łaskę Stwórcy. Trafiają tutaj zarówno dusze Upadłych Aniołów zrodzonych ze światła, jak i ludzi stworzonych z prochu. Dzieli ich wiele, ale łączą dwie rzeczy. Wszyscy są źli, niebezpieczni, zepsuci. Wszyscy też chcą się stąd wydostać, wrócić na Ziemię, bądź Nieba, aby siać tam zniszczenie i pożogę.

– Nie dziwota, że chcą uciec, skoro mają takiego władcę! – zakpiła kobieta, a Szatan poczuł przemożną chęć zatkania tej uroczej buźki przedłużeniem swojej męskości. Opamiętał się jednak…

– Chcą zniszczyć Niebo i Ziemię, czy to dla ciebie nic nie znaczy? – wtrąciła się Sara.

Isztar machnęła z rezygnacją ręką.

– No dobrze, powiedzmy, że to brzmi strasznie…

– W rzeczy samej. Bo to, doprawdy, jest straszne. – Pokiwał głową Belzebub. Przewrócił butelkę na bok i wylał połowę zawartości. Rozlana ciecz wypaliła trawę. – Możemy jednak zamknąć butelkę, spowodować, aby zło się nie zdołało wydostać się na zewnątrz. Takie też jest moje zadanie. Stoję na straży ostatniej bramy chroniącej inne światy przed esencją Piekła, zepsutymi i wrogimi demonami!

Szatan obrazowo zatkał flaszkę korkiem.

– Istnieją potężne siły, którym nie w smak obecny stan, siły te chcą nie tylko zakłócić porządek, ale wręcz wywrócić go do góry nogami. Chcą apokalipsy na Ziemi, pragną zastąpić Boga w Niebie! – dodała ignorowana przez obu rozmówców Sara.

– Jeśli takie osobistości dbają o tutejszy porządek, to na miejscu Ziemian i tych … Niebian … Już szukałabym nowego domu. – Isztar nie mogła darować sobie przytyku. Zaraz jednak spoważniała i zapytała: – Bardziej mnie jednak interesuje, co ja tutaj robię? Nie jestem, tak jak wy, zdeprawowana, ani zepsuta, ani nieokrzesana, ani nawet wężowata… Jestem dobrą kobietą. To nie miejsce dla mnie!

– Nie! – zawył Belzebub. – Oczywiście, że nie! Reprezentujesz wartości godne pochwały i naśladowania… Z nie swojej winy trafiłaś najpierw do Tartaru, a potem do Piekła…

– Jeśli trafiłam tutaj nie z własnej winy, to z czyjej?

Szatan, wciąż siedząc, pochylił się ku kobiecie, jak gdyby chciał coś oznajmić, jakiś bardzo ważny sekret.

– Szemchazaja! – wypalił.

– Nic o nim nie wiesz Belzebubie! – odparła pośpiesznie Isztar.

– A jednak, to on w zamierzchłej przeszłości ściągnął na was gniew Boga! Zostałaś pokarana z nie swojej winy! To Serafin odstąpił od Stwórcy! To on, w szczycie swej zgubnej pychy, nadał waszemu synowi niewypowiedzialne imię Boga! To dlatego zostałaś ukarana, ponieważ poznałaś tajemnicę, której poznać nigdy nie powinnaś! Anioł, sługa Boży, pozbawił cię życia i rzucił duszę w odmęty Tartaru… I to wszystko z winy Szemchazaja!

Isztar podniosła się z miejsca i odeszła parę kroków, pogrążając się w myślach. Belzebub uśmiechnął się parszywie. Zrobił to! Zasiał ziarno wątpliwości w duszy tej nieposkromionej kobiety. Teraz wystarczyło tylko sprawić, by ziarno zakiełkowało…

Pomysł z kiełkowaniem przypomniał mu o własnych potrzebach. Diabelski kutas uwierał coraz mocniej i mocniej, a ponętne kształty Isztar nęciły coraz bardziej i bardziej…

Tymczasem dym z niezliczonych pożarów i stosów unosił się, przysłaniając Jądro Piekła. Zapadała ciemność. Noc zakryła półmrok, jednocześnie odsłaniając nieznany wcześniej wygląd ogrodu. Niewątpliwa uroda tego miejsca nie podlegała dyskusji. Niezwykłe dzieło Adeli rozświetlało się luminescencjami. Barwami bieli i czerwieni mieniły się zdobne grzyby, rozrzucone po całym idyllicznym miejscu. Jasnym blaskiem jarzyły się liczne owoce wiszące na długich gałęziach wspaniałych drzew. Najsilniejsze, złote światło pochodziło od źródła dającemu początek bystremu strumykowi, źródła mogącemu uchodzić za środek tego świata.

– To miejsce jest piękne – wyszeptała Isztar. – I czuję też, jak bardzo jest osamotnione…

– Jest samotne, ponieważ odebrano mu… – Tutaj Szatan zawiesił głos i po chwili namysłu dodał. – Odebrano nam wszystkim kogoś wyjątkowego. Kogoś, kto był… kojącym balsamem … na rany mej duszy…

– Kobieta! – przerwała żona Szemchazaja, odwracając się ku Antychrystowi. – To musiała być kobieta!

– Sprytna jesteś. – Szatan wykrzywił usta w grymasie uśmiechu. – Miała na imię Adela.

– A czym jest ten niezwykły ogród? Czy to ta bliska twojemu… sercu Adela stworzyła to miejsce?

Władca Piekieł zamilkł wymownie. Zamknął oczy, pogrążając się w nieprzyjemnych przemyśleniach. Isztar poczuła, że popełniła błąd, zadając to pytanie. Chciała się wycofać, ale nie zdążyła. Belzebub przemówił, a gdy już to zrobił, wypowiadał słowa jakby z trudem, cały czas zawieszając głos i starannie ważąc każde zdanie.

– Ten niezwykły ogród jest uosobieniem Adeli i wszystkich cech, które sobą reprezentowała. To miejsce jest nią wręcz… przesiąknięte. Chcesz wiedzieć, kim ona była? – Isztar potwierdziła skinieniem głowy. – Tak samo jak ty znalazła się w Piekle z nie swojej winy, lecz w wyniku okrutnego zrządzenia losu. Bardzo cierpiała, życie i śmierć niezmiernie ją doświadczyły… Dlatego też wziąłem Adelę w … ochronę… I uczyniłem ją swoją … Królową… Oraz podarowałem ten oto kawałek najlepszej ziemi w Piekle, który wykorzystała dla zapewnienia ogrodowi rozkwitu…

– Bardzo ją kochałeś? – zapytała czarnowłosa piękność.

Belzebub aż zadygotał cały na dźwięk tego słowa. Natychmiast jednak opanował nerwy.

– Oczywiście… Bardzo ją ko… ko… kochałem…

– Skoro tak, to dlaczego jej tu nie ma? – zapytała.

Belzebub wstał z miejsca i teatralnie odwrócił się tyłem do rozmówczyni.

– Ponieważ została mi odebrana – rzekł surowym tonem głosu. – Odebrana przez kogoś, kogo dobrze znasz… Tak! Jest tak, jak myślisz… To Szemchazaj ją uprowadził, rękoma rozwiązłej wspólniczki, zwanej Diablą Czerwonooką!

Słowa „wspólniczka” i „rozwiązła” nie uszły uwadze Isztar. Westchnęła głęboko, czyny jej ukochanego, naświetlone przez Belzebuba, okazywały się nader wątpliwe moralnie. Co gorsza, wedle tego Króla diabłów, to sam Serafin odpowiadał za wszelkie nieszczęścia i ból, którego doświadczyła przed i po śmierci.

– Szatanie Belzebubie – zapytała. – Ile lat minęło od czasów mojej śmierci do chwili obecnej?

– W Piekle czas jest nieokreślony, lecz na Ziemi… Pięć tysięcy, pięćdziesiąt siedem lat… – odpowiedział i natychmiast dodał. – Tyle czasu odebrał ci Szemchazaj! Tyle lat spadałaś w pustkę Tartaru…

Takiej liczby się nie spodziewała. Miała zaledwie dwadzieścia cztery lata, gdy objawił jej się Anioł Śmierci… Tak wiele czasu straciła…

– Gdzie on jest? Gdzie jest Szemchazaj? Muszę się z nim spotkać! – Przełamała wewnętrzny opór i hardo stanęła tuż przed Belzebubem. Chociaż sama była wysoka jak na kobietę, Władca górował nad nią wzrostem i posturą. Oboje zmierzyli się wzrokiem i żadne nie miało zamiaru ustąpić. Szatan uśmiechnął się ponuro i przemówił:

– To niemożliwe… Zresztą, dlaczego chcesz się z nim widzieć, skoro już wiesz, co uczynił tobie, mnie i wszystkim innym diabłom…

– Muszę to usłyszeć od niego samego, to… On jest moim mężem!

– Czyż przysięga nie brzmiała: „dopóki śmierć nas nie rozłączy”? Rozłączyła!

– Nie potrafię się z tym pogodzić. Wciąż tu jestem, wciąż czuję, że przyrzeczenie mnie zobowiązuje – odparła hardo Isztar.

– To… kobieciarz. Okazał się… niewierny! Szemchazaj chędożył wszystko, co się ruszało, za nic miał pamięć o tobie! Śmiem także twierdzić, że dobierał się do Adeli…

– To mężczyzna, miał prawo cieszyć względami innych niewiast. – Księżniczka machnęła lekceważąco ręką.

Belzebub był tego samego zdania, więc pokiwał z uznaniem głową. Musiał przyznać przed samym sobą, że Isztar okazała się nader inteligentną kobietą. A z tego powodu wręcz niebezpieczną… Nawet on potrafił docenić ten fakt, ale właśnie takie charaktery lubił łamać najbardziej…

Szatan odwrócił się plecami i odszedł kilka kroków. Zamarł w miejscu, zupełnie jakby rozmyślał nad jakąś zasadniczą kwestią o wielkim znaczeniu.

– Mam dla ciebie propozycję. – Ponownie zwrócił się ku Isztar. Żółte, gadzie ślepia lśniły z ekscytacji. – Opuszczam Pałac Trzeciej Świątyni, chcę przypomnieć Piekłu, czym jest moja władza, ukarać winnych oraz odzyskać to, co utraciłem. Przydałaby mi się u lewicy taka diablica jak ty… Bystra, piękna, charakterna…

– A co z Szemchazajem?

Belzebub uśmiechnął się litościwie.

– Jest bezpieczny… W lochach… Jeśli zgodzisz się towarzyszyć mi w tej wyprawie, dam mu czas, by mógł dokonać rachunku sumienia… Dam mu bardzo wiele czasu, a dokładnie pięć tysięcy pięćdziesiąt siedem lat… Po tym okresie uwolnię go, a ty znów będziesz mogła się z nim spotkać… To sprawiedliwe nie sądzisz?

Isztar wydęła usta w typowy dla siebie sposób, gdy rozważała jakąś kwestię.

– Pożądasz mnie, czuję to z każdym twoim spojrzeniem. Wiem też, że nienawidzisz mojego męża. Zapewne chcesz go upokorzyć i złamać, wykorzystując mnie w tym celu. – Kobieta zamknęła oczy. Wypowiedzenie kolejnych słów przyszło jej z trudem. – Nigdy nie oddam ci się z własnej woli. Jeśli więc taki jest twój cel, jeśli na to liczysz, lepiej zrobiłbyś, gdybyś wziął mnie gwałtem, tu i teraz. Nie potrafię walczyć, nawet bym się nie broniła… Pod tą suknią nie mam żadnej innej odzieży… Jestem zupełnie naga i bezbronna… Mógłbyś posiąść mnie na wszelkie sposoby, zostawić sponiewieraną i zhańbioną w oczach Szemchazaja…

Belzebub aż się zaślinił, słuchając o takich hańbiących możliwościach. Jednak otarł twarz, opanował drgawki i powiedział:

– Mógłbym… A jednak tego nie zrobię. Chcę, abyś towarzyszyła mi w wyprawie po Piekle. Z własnej, nieprzymuszonej woli…

Isztar podniosła powieki. Jej długie rzęsy, osłaniające ciemne oczy, wdzięcznie zamrugały.

– Masz jeszcze tę flaszkę? – zapytała.

Karmazynowy Król podniósł butelkę z ziemi i podał ją kobiecie. Ta ku jego zdziwieniu, wzięła trunek do ust i zębami wyrwała korek. Obwąchała zawartość i skrzywiła ponętne wargi w ślicznym grymasie. Przechyliła głowę i wlała wino do gardła. Oddała butelkę Belzebubowi.

– Idę z tobą! – stwierdziła.

Sara, przyglądająca się tej scenie, głośno przyklasnęła w dłonie. Szatan triumfalnie skinął czerwoną głową.

– A więc bądź gotowa do drogi, wyruszamy niezwłocznie…

Zagubiona oaza, gdzieś w Piekle

Nienasycona szczelina między udami coraz bardziej dawała się Diabli we znaki. Pościgi, miecze, całe to chrześcijaństwo, zdawały się drastycznie tracić na znaczeniu. Liczyła się tylko chcica. Dzika i pierwotna, nieokiełznana potrzeba domagała się zaspokojenia. Czerwonooka wojowniczka, z dala od krytycznych uwag oziębłej Adeli, mogła wreszcie odpowiednio docenić ulubioną część swego ciała. Odpięła ciężki skórzany pas z białą bronią i rzuciła go na piasek. Osłabione podnieceniem nogi odmówiły posłuszeństwa, diablica przysiadła na pośladkach, plecami oparła się o duży głaz. Zadarła w górę fragment tuniki i przyjrzała się ociekającej sokami psotce. Czarny trójkąt włosów łonowych nieco przysłaniał widok, ale Diabla się nie zraziła. Zbyt namacalnie czuła żar w podbrzuszu i pulsowanie w szparce, by zaprzestać dążenia do przyjemności. Ręka wszetecznicy niemal samoczynnie powędrowała w dół ciała…

Już pierwsze dotknięcie wrażliwych erotycznie miejsc wywołało obezwładniające poczucie ekstazy. Orgazm uderzył niespodziewanie, przyszedł bez zapowiedzi, trwał przez niezapomnianą chwilę i sponiewierał wrażeniami diablicy… Chciała jeszcze, chciała więcej, nie miała zamiaru przestać. Czuła jak brama złożona z miękkich warg sromowych sama rozwiera się przed natarczywymi palcami. Najpierw zamoczyła tylko jeden z nich i oznajmiła Piekłu przyjemność głośnym wrzaskiem. Pochwa pochwyciła intruza potężnym skurczem, ale natychmiast wypuściła. Pragnęła dostać więcej…

Wsunęła więc Diabla drugi palec i obserwowała reakcję waginy. Wilgotna partnerka ponownie złapała zdobycz w nienasycone objęcia, a Czerwonooką opętała rozkosz wypełnienia. Znów szczytowała, spazmy orgazmu kolejny raz przetoczyły się z piekielną siłą po całym rozgorączkowanym organizmie diablicy. Ekstaza była tak potężna, że Piekło zawirowało w jej głowie. Jasny punkt na górze, który Adela nazwała Księżycem, na przemian unosił się i zniżał, jakby miał runąć w otchłań… Źródło przyjemności znajdujące między udami, hojnie wynagradzało tymczasem Diablę za podjęte starania, zabierając ją do krainy nieświadomości…

Wtem, jakby wybudzając się z długiego, bardzo mokrego snu, zorientowała się, że nie jest sama. Odruchowo chciała pochwycić miecz, ale lewa ręka rozkosznie, acz pechowo, tkwiła wciąż we wnętrzu pochwy, druga uciskała twarde sutki… Przetoczyła się więc Diabla na brzuch i podjęła próbę złapania za broń prawą dłonią. Nadaremnie, oręża nie znalazła już na swoim miejscu.

– To dobra klinga. – Tajemniczy przybysz stanął nad demonicą, przewróciła się więc na plecy i przeszyła intruza wzrokiem. Był wysoki, przystojny, jasnowłosy, przypominał Szemchazaja, ale różnił się od niego śnieżnobiałymi skrzydłami zakończonymi złotymi piórkami. Miał ich trzy pary. Ciało zakrywał białą togą.

– Jesteś chrześcijaninem? – zapytała, jednocześnie uwalniając palce z objęć waginy…

– Można tak powiedzieć…

Diabla usłyszała głos, ale nie dostrzegła ruchu warg nieznajomego. Miała niemal pewność, że nie pochodzi on z Piekła. Zapragnęła spróbować się z nim w walce. Wciąż jednak leżała na piachu z rozkraczonymi nogami, napięła więc mięśnie, przymrużyła oczy. Bacznie obserwowała przybysza.

– Chcesz mnie wydupczyć? – Mówiąc to, uniosła lekko biodra, prezentując wilgotne łono w pełni swej okazałości. – Nie potrzebujesz do tego miecza, wystarczy twardy kutas…

– Jestem tutaj po to, by przekazać ci dar od kogoś, komu na tobie zależy. – Skrzydlaty mężczyzna przemawiał nie poruszając ustami, nieustannie też pozostawał w bezruchu, wpatrując się w diablicę.

– Nikomu na mnie nie zależy – odpowiedziała wojowniczka.

Nieznajomy wbił broń Diabli w piach, sięgnął do pasa i wydobył z pochwy wielki, świetlisty miecz. Oczy wszetecznicy zabłysły pożądaniem.

– Mnie zależy. Szemchazajowi również. Pragniemy podarować ci to ostrze.

Mężczyzna położył oręż na otwartych dłoniach, które wysunął ku diablicy. Błyskawicznie stanęła na nogach, łapczywie pochwyciła za rękojeść i pociągnęła niezwykły dar ku sobie. Zamachnęła się raz, przeszywając powietrze. Zadowolona z efektu, cięła niewidzialnego wroga ponownie. Miecz sporo ważył, ale był też doskonale wyważony, jednocześnie świecił niebiańskim wręcz światłem. Diablica pomyślała, że dobrze uczyniła, przyjmując chrześcijaństwo i oswajając jasność. Przypomniała sobie, że już kiedyś widziała tę broń, u Szemchazaja, gdy wymęczona cielesnymi igraszkami została porażona jej blaskiem. Diabla uśmiechnęła się lubieżnie. Przybysz nie zdążył zareagować, gdy wszetecznica przystawiła mu ostrze do gardła.

– Dałeś mi miecz, a teraz dasz mi kutasa… – zażądała.

Nieznajomy wyciągnął rękę, wskazując na jakiś punkt w oddali. Gdzieś tam, przebijając się przez przenikliwą czerń piekielnej nocy, błyskały pioruny i gromy.

– Oto nadciąga twój wróg, potężny i niezwyciężony. Raduj się! Gdyż długo czekałaś na ten moment. Wiele wycierpiałaś, złożyłaś swą niewinność na ołtarzu zemsty… Z mieczem Szemchazaja w twojej dłoni wasze szanse będą teraz wyrównane…

Diabla spojrzała we wskazanym kierunku. Ciarki przeszły jej po plecach, sześcioskrzydły nieznajomy miał rację, przybywał wielki wróg. Szatan Belzebub we własnej, ciemnej istocie. Co do tego nie mogła żywić żadnych wątpliwości. Rzeczywiście zbliżała się chwila, dla której oddała wszystko. Chciała jeszcze spytać mężczyznę, kim jest i skąd tyle wie, ale ten zniknął nagle i niezauważenie.

Czerwonooka wzięła pas i zapięła go nad biodrami. Wsunęła do pochwy swoją niezwykłą zdobycz. Niesiona entuzjazmem udała się pośpiesznie w stronę, gdzie pozostawiła Adelę oraz z Króla Karo…

Dziewczyna wybudziła się z drzemki. Podniosła ciężkie jeszcze powieki, nie dowierzając, że to, co ujrzała, było tylko snem. Rozejrzała się wokół, szukając Diabli, ale jej nie zobaczyła. Poszukała więc wzrokiem rumaka, na którym obie przybyły do oazy. Czarny ogier spokojnie pasł się nieopodal, skubiąc trawę.

Adela poprawiła suknię, włożyła sandały i podbiegła do Króla Karo. Uspokoiła go dotykiem, głaszcząc po głowie. Zerknęła na bok konia, ale niczego nie dojrzała. Przesunęła się więc i dłońmi zaczęła szukać śladów po ranie. Natrafiła na nią tuż nad przednią nogą. Wielka blizna znaczyła ją dokładnie tam, gdzie się spodziewała.

– Widziałam cię w swoim śnie. Walczyłeś i odniosłeś straszliwą ranę – powiedziała.

Rumak odwrócił ku niej łeb. I chociaż wydawało się to niemożliwe, wpatrywał się w dziewczynę zamkniętymi oczami. Zrozumiała, że Król Karo nie znalazł się tutaj przypadkiem. I że Diabla miała rację, w Piekle bowiem przypadki rzeczywiście nie miały prawa zaistnieć. Zrozumiała też, że cokolwiek by się nie wydarzyło, szlachetne zwierzę będzie stało u ich boku.

Adela rozejrzała się po oazie, szukając wojowniczki. Nigdzie jej nie dostrzegła. Wiedziała jednak, że Czerwonooka niebawem wróci, jak tylko załatwi swoje sprawy, takie czy inne… W oddali, w kierunku z którego cała trójka przybyła do oazy dostrzegła potężną burzę. Pioruny i grzmoty raz za razem rozświetlały imitację nieba i zdawały się zbliżać niespiesznie, ale nieuchronnie. Dziewczyna poczuła strach, silny, paraliżujący strach. Przypomniała sobie kolejne słowa Diabli o tym, że Szatan nie spocznie, dopóki jej nie odnajdzie, że będzie szukał aż do skutku. Próbowała wcześniej odsunąć te myśli, lecz teraz, mając przed oczyma to złowieszcze zjawisko, wróciły do niej wszystkie lęki oraz ból, których doświadczyła za sprawą oprawcy.

Stała w miejscu, nie mogąc się ruszyć, gdy poczuła rękę na ramieniu.

– On nadchodzi… on idzie po ciebie…

Wszystko rozgrywało się jak gdyby w zwolnionym tempie. Odwróciła się ku głosowi i ujrzała Diablę. Jej czerwone oczy lśniły z podekscytowania, usta ułożyły się w charakterystycznym dla wojowniczki uśmieszku.

– Skrzydlaty gość podarował mi miecz Szemchazaja… – Wspomnienie Serafina wyrwało Adelę ze szpon strachu.

– Skrzydlaty? Anioł? – zapytała zdumiona.

– Na diabła to mi nie wyglądał… – zakpiła diablica. – Zresztą nieistotne. Belzebub nadciąga, a wraz z nim wielka nawałnica!

Dziewczyna odsunęła się od wojowniczki. Musiała zebrać myśli. Uświadomiła sobie, że poczucie bezpieczeństwa, które miała w oazie, stanowiło jedynie złudzenie. Zresztą jak wszystko inne w Piekle. Piekło bowiem to kraina iluzji.

– Miałam sen Diablo, widziałam kobietę i małą dziewczynkę na skraju urwiska. I widziałam tam też wspaniałego, czarnego ogiera. Cała trójka uciekała przed kimś, kogo nazywali Złym. Znaleźli się w pułapce, z której nie było wyjścia. Kobieta o dobrym sercu zrozumiała beznadziejność sytuacji. Wypowiadając łagodne słowa, starała się przygotować dziewczynkę na najgorsze. Mówiła jej, by była odważna i dzielna, mówiła o tym, jak bardzo ją kocha i jak wiele oddałaby, aby móc z nią zostać. Wtedy pojawił się Zły i jego diabły. Poznałam go natychmiast, gdyż to był sam Belzebub… Uderzył kobietę, wielki rumak stanął w jej obronie, zaatakował Szatana i byłby go zmiażdżył kopytami, lecz został w ostatniej chwili powalony straszliwym uderzeniem topora… Dziewczynka rzuciła wyzwanie Belzebubowi, miała w sobie wielką odwagę i serce tygrysicy, lecz Zły pokazał swoje okrucieństwo. Spętał kobietę liną i zrzucił z urwiska. Dziewczynka złapała za koniec liny i próbowała ją uratować, ale przecież była tylko dzieckiem, Małym i słabym… Kobieta zginęła, spadając w przepaść. Nie wiedziałam, dlaczego przyśnił mi się taki sen. Nie znałam ani tej kobiety, ani dziecka, lecz wtedy dziewczynka zwróciła swoją zrozpaczoną twarz ku górze… W stronę Nieba… I wtedy ujrzałam, jej piękne, czerwone oczy…

Adela zawiesiła głos. Spostrzegła, że wojowniczka oddaliła się. Stojąc do niej tyłem, wpatrywała się w nadciągającą nieubłaganie burzę.

– Zrozumiałam, że to nie sen. To wydarzyło się naprawdę. To ty byłaś tą dziewczynką, Diablo! Wielki, czarny rumak to Król Karo, widziałam jego bliznę po uderzeniu… Nie wiem tylko…

– Kobieta miała na imię Marion – przerwała Diabla. Wciąż stała odwrócona do Adeli. Podmuchy wiatru szarpały jej długimi, czarnymi włosami oraz cienką materią tuniki. – To moja matka. Belzebub porwał ją i zmusił do zostania szatańską oblubienicą. Gdy zrzucił ją z przepaści, wybrał sobie inną ofiarę. Ciebie…

Serce Adeli ścisnęło się w piersi. Przez moment dziewczyna nie mogła się przemóc, by wydobyć jakikolwiek dźwięk.

– Teraz już rozumiem, dlaczego to ty uprowadziłaś mnie z pałacu… – rzekła, gdy tylko odzyskała mowę. – Myślałam wcześniej, że robisz to dla własnej zabawy. Myślałam, że chcesz pogrążyć Piekło w chaosie. Teraz wiem, że wszystko starannie zaplanowałaś. Nigdy nie zapomniałaś, co zrobił Belzebub. Chcesz dokonać na nim zemsty. A ja… Ja jestem tylko przynętą…

– To musiało się stać – odparła Diabla. – Nie jesteś wstanie wyobrazić sobie, jakich okrucieństw zaznałam i co sama zrobiłam, by znaleźć się tutaj. Nie ma takiej podłości w Piekle, której sama nie doświadczyłam i której nie wyrządziłam innym.

Adela zamilkła, starając się przetrawić słowa wojowniczki. Od czasów ucieczki i bliższego poznania Czerwonookiej, jej szorstkiego stylu bycia oraz rubasznych żartów, a zwłaszcza od chwili nawrócenia na chrześcijaństwo, pokochała Diablę jak rodzoną siostrę. Tym bardziej zabolała ją myśl, że jest tylko przedmiotem, przynętą dla Belzebuba…

A potem raz jeszcze pomyślała o Czerwonookiej, o tym, kim była, co przeżyła i dokąd zmierzała. Powoli podeszła do towarzyszki i złapała ją za rękę.

– Stanę razem z tobą do walki z Belzebubem – rzekła.

– Nie potrafisz walczyć – odpowiedziała diablica.

Dziewczyna wyciągnęła wolną dłoń. Wyobraziła sobie, jak pogrąża się ona w ogniu. I w tym momencie otoczyła ją kula płomieni.

– To prawda, że nie jestem biegła we władaniu mieczem… Mogę jednak zmieniać rzeczywistość, przekształcać ją wedle uznania. I mogę również spalić tego czerwonego skurwiela…

– Możesz polegać tylko na sobie, jeśli będę miała wybór, czy wypatroszyć jego bebechy, czy ocalić twoje życie, wybiorę patroszenie… – Diabla zerknęła na Adelę wzrokiem nie pozostawiającym jakichkolwiek wątpliwości.

– Jestem świadoma ryzyka…

Czerwonooka skinęła głową. Oceniła odległość od zwiastującej przybycie Belzebuba nawałnicy i skonstatowała, że mają jeszcze trochę czasu. Perspektywa długo oczekiwanej rozprawy wprawiła ją w stan bliski melancholii. Podeszła do miejsca, w którym złożyła swoją cenną zbroję. Obejrzała ją starannie, upewniając, że pancerz znajduje się w wyśmienitym stanie. Usiadła na ziemi, siłą woli zdławiła narastającą ekscytację i postanowiła poczekać na przeciwnika.

Emocje nie dawały natomiast odetchnąć Adeli, sama sobie nie dowierzała, że zdecydowała się pozostać, że znowu spojrzy dręczycielowi w oczy… Nie dawała jej też spokoju myśl, że cały plan diablicy jest po prostu szalony. Potrafiła opanować żywioł ognia, spowodować rozkwit oazy na pustyni, ale nie umiała wyobrazić sobie śmierci Szatana. Władca Piekieł wydawał się niezniszczalny i niepokonany. Czy Diabla Czerwonooka mogła się z nim równać? Z pewnością wojowniczka perfekcyjnie posiadła sztukę walki mieczem, nie potrafiła jednak uświadomić sobie prawdziwej istoty Piekła. Tego, że wszystko tutaj jest iluzją. Belzebub natomiast zdawał się nie doświadczać żadnych ograniczeń, walczył i kreował rzeczywistość kiedy chciał i jak chciał.

„Zabije ją, a mnie znowu zniewoli” – pomyślała i popatrzyła na Króla Karo. Rumak zastygł w bezruchu, jak gdyby czekał na nieuniknione. Pozostawał jednak czujny i gotowy. Spojrzała na Diablę. Wojowniczka wbijała wzrok w pustkę przed sobą, wyraz jej twarzy zdradzał ostateczną determinację – zginę, albo zwyciężę.

– Naprawdę uważasz, że można go zgładzić? – Adela nie zdołała ukryć swoich wątpliwości.

– Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać…

Usłyszane słowa nie uspokoiły dziewczyny, nie wiedząc jednak, co ze sobą zrobić, usiadła obok diablicy i ujęła jej długie, grube włosy.

– Adelka, co ty mi robisz?

– Splatam warkocz, nie możemy pozwolić, by włosy przeszkadzały ci w walce. – Uwadze dziewczyny nie uszła czerwona chusta zawiązana na przegubie ręki wojowniczki. Widziała ją już wcześniej, ale nigdy dotychczas nie zaprzątała sobie głowy tym szczegółem. Teraz jednak, gdy poznała już okrutną przeszłość Czerwonookiej, zaczęła łączyć fakty.

„Moja matka miała na imię Marion”. Takie były słowa diablicy. Marion… Adela słyszała już kiedyś to imię… Przypomniała sobie pierwsze spotkanie z Szemchazajem w obecności Belzebuba. Potwór przechwalał się wówczas swoimi zbrodniami – „Jak to ona miała na imię? Miriam? Mariola? Marion?”, „To nie on był zdrajcą, o którym mówił Cyceron. To tylko jakiś wypierdek, co mu kiedyś kobietę zniewoliłem i zgwałciłem na jego oczach okrutnie”. Dziewczyna skojarzyła dzielnego mężczyznę, który rzucił wyzwanie Belzebubowi i stoczył krwawo zakończony pojedynek, pragnąc pomścić krzywdy ukochanej. Jak wszyscy inni przed nim, przegrał z kretesem…

– Już wiem, kim jest twój ojciec! Jesteś córką Robina Hooda! – Adela aż podskoczyła na nogach.

– Skończ wreszcie zaplatać ten warkocz – warknęła diablica.

Dziewczyna przysiadła, by dokończyć dzieła. Nie mogła jednak odmówić sobie wspomnienia z beztroskiego dzieciństwa, pełnego mitycznych bohaterów, gdzie dobro zawsze zwyciężało zło.

– Słyszałam o nim, gdy żyłam na Ziemi, jako śmiertelniczka… O twoim ojcu krążyły legendy, walczył z możnymi, stawał w obronie biednych i pokrzywdzonych. Teraz ty, Diablo, idziesz w jego ślady…

– Nastrój chwili zdaje się z deka cię ponosić – stwierdziła wojowniczka.

– Wcale nie, teraz widzę dobrze, że nic nie dzieje się przypadkiem – odparła dziewczyna, kończąc splatać włosy towarzyszki.

Czerwonooka ponownie spojrzała w burzowe chmury wypełniające nienaturalną grozą piekielne niebo. Nieśpiesznie, lecz nieuchronnie się przybliżały. Diabla aż zadygotała z podniecenia. Walka stanowiła esencję jej istoty, to dla tych chwil trwała, walcząc z wszelkimi przeciwnościami. Ona, kobieta i wojowniczka, zawsze sama, zawsze mająca mrowie wrogów dookoła. Przetrwała ich wszystkich, już jako dziecko toczyła boje z mocniejszymi od siebie. Odesłała ich do Tartaru. Nigdy się nie poddawała, zawsze parła naprzód z podniesioną głową i mieczem w ręku. I oto właśnie nadchodziła długo upragniona chwila, chwila stoczenia walki z Belzebubem, najpotężniejszym z potężnych. Akt zemsty za doznane upokorzenie. I ostateczna próba własnej wartości.

Odnalazła zbroję i zaczęła kolejno nakładać elementy ekwipunku. Wbiła się w długie aż po same uda getry, założyła buty i ochraniacze na łydki oraz kolana. Podniosła twardy, skórzany napierśnik, idealnie dopasowany do jej kobiecego ciała, nałożyła na cienką tunikę. Wokół bioder zapięła najpierw jeden ochronny pas składający się z wiszących płatów solidnej skóry, potem drugi, z dwiema pochwami skrywającymi miecze – potężnego Szemchazajowego Sameriona, oraz krótszego, służącego do obrony. Nałożyła naramienniki oraz naciągnęła rękawice. I zwróciła się ku wpatrzonej w nią towarzyszce.

– Adelka, jak już zaczniesz rzucać tymi płonącymi kulami, miej baczność, żeby nie przypierdolić we mnie! – Zaśmiała się szyderczo.

– Ja nigdy nie pudłuję! – odparła z dumą w głosie dziewczyna.

– Zmieniłaś się…

– To ty mnie zmieniłaś, pomogłaś mi przezwyciężyć moje demony, zostawić lęk za sobą…

– Nie o tym mówię – przerwała Czerwonooka, nieprzyzwyczajona do takich osobistych wynurzeń. – Zmieniłaś się w blondynkę.

Zdumiona Adela spojrzała na pukiel włosów, które rzeczywiście przybrały nową barwę.

– Tak wyglądałam, zanim trafiłam do Piekła – wydusiła z siebie skonfundowana niewytłumaczalnym zjawiskiem.

Długo jednak nad tym nie dumała. Poczuła przemożną potrzebę pokrzepienia serca. Padła na kolana, rozpostarła szeroką ramiona. Oczy zwróciła ku złudnemu księżycowi…

Pan jest moim pasterzem. Nie brak mi niczego.

Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.

Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć:

orzeźwia moją duszę.

Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach

przez wzgląd na swoje imię…*

Diabla zerknęła na dziewczynę. Zrozumiała, dlaczego Szemchazajowi tak bardzo na niej zależało i dlaczego zaryzykował tak wiele, by uwolnić ją od Belzebuba. Nie miała wątpliwości, że to oblubienica Karmazynowego Króla stała się głównym powodem buntu Serafina.

„Szemchazaj” – pomyślała Czerwonooka. Tylko w jego ramionach czuła się w pełni kobietą. Nie diablicą, nie wojowniczką, ani lafiryndą, za jaką wielu ją uważało, lecz właśnie kobietą. Jednak on tego nie dostrzegał, dla niego była tylko sprawną zabójczynią i dawczynią rozkoszy. Coś ucisnęło ją w klatce piersiowej.

Jeszcze raz zerknęła na Adelę. Dziewczyna nadal recytowała z pamięci słowa Biblii…

– Chociażbym chodziła ciemną doliną,

zła się nie ulęknę,

bo Ty jesteś ze mną.

Twój kij i twoja laska

są tym, co mnie pociesza.

Stół dla mnie zastawiasz

wobec mych przeciwników;

namaszczasz mi głowę olejkiem;

mój kielich jest przeobfity.

Tak dobroć i łaska pójdą w ślad za mną

przez wszystkie dni mego życia

i zamieszkam w domu Pańskim

po najdłuższe czasy.*

Czerwonooka stanęła nad klęczącą niewiastą.

– W jednej sprawie się myliłaś, Adelka – rzekła Diabla.

– Tak?  W czym? – Kątem dziewczyna dostrzegła szybki ruch wojowniczki w jej stronę, ale było już za późno, by móc zareagować. Oberwała w głowę i upadła nieprzytomna na ziemię.

– To nie Robin Hood jest moim ojcem tylko Belzebub! – Diablica kopnęła leżącą i krążąc nerwowo wokół niej, poczęła miotać słowami niczym oszczepami:

– Głupia dziewczyna. Czyż nie mówiłam, że wroga nie należy spuszczać z oczu? Czy nie wiesz, że tygrys nigdy nie zmieni swojej natury? Mówiłam i ostrzegałam, ale ty nie słuchałaś, nigdy nie słuchałaś… Mówiłaś o Bogu Światła, przyjaźni i miłości, przezywałaś mnie siostrą. Czy nie wiesz, że w Piekle nie ma przyjaźni? Że diabeł diabłu jest największym utrapieniem? Próbowałam ci to wytłumaczyć, ale nie słuchałaś, nigdy nie słuchałaś… Chciałaś stanąć do walki z Belzebubem. Ty?! Naprawdę? Bawiąc się swoimi czarodziejskimi sztuczkami? Głupia dziewczyna, bardzo głupia dziewczyna…

Diabla potrzęsła głową, jakby nie dowierzała, że można być równie niemądrym. Musiała przyznać przed samą sobą, że nigdy nie spotkała głupszej dziewuchy…

Nadciągająca zawierucha znajdowała się już niedaleko, diablica odeszła od nieprzytomnej Adeli na parę kroków. Z jednej strony miała Belzebuba i wszystko to, co uosabiał swoją piekielną naturą. Z drugiej tę dziwną dziewczyną. Zawahała się.

Przypomniała sobie dzieciństwo. Własne dzieciństwo w pałacu, spędzone na obserwacji bezprzykładnego bestialstwa. Belzebub gwałcił matkę na jej oczach. Belzebub manipulował diabłami jak kukiełkami. Belzebub mógł unosić się w powietrzu i równać z ziemią całe miasta! Belzebub mógł i robił wszystko, czego tylko zapragnął. Belzebub był kimś, a matka nikim.

Czerwonooka uznała, że roztropniejsze rozwiązanie problemu polegałoby na podjęciu negocjacji z domieszką zdrady. Zdradzała Diabla już wielokrotnie, zdradzić więc mogła po raz kolejny. Tym razem nie dochowałaby wierności własnemu postanowieniu zemsty. I zszargałaby pamięć o matce. Nie takie rzeczy robiła… Powinna sprzedać Adelę w zamian za przywileje i łaski. Kto wie, może otrzymałaby tytuł Wielkiej Księżnej i jeden z kręgów Piekła pod własny, bardzo brutalny zarząd? Pomysł wydawał się wielce kuszący…

Jeszcze raz zerknęła na dziewczynę. Wyglądała jak uosobienie niewinności. Miała zamknięte oczy i spokojny wyraz twarzy. Leżała bezwładnie zdana na łaskę i niełaskę zbliżającego się armagedonu. Co się z nią stanie, jeżali znów trafi w łapy Szatana?

Znała odpowiedź. Widziała ją, przeżyła na własnej skórze…

– Wątpliwości to twoja choroba. – Zaśmiała się gorzko. – Choroba Adeli… Zaraziłaś mnie…

Diabla pogrążyła się w zadumie…

– Jeśli stanę do pojedynku, to najpewniej przegram… Na nowo staniesz się zabawką, gdyż ja jestem tylko wojowniczą kobietą, a on wszystkim tutaj! Mogłabym teraz zatopić miecz w twoim ciele i wysłać tym samym duszę do Tartaru. Jednak on by cię tam odnalazł i przywrócił do Piekła żywych… Dla ciebie, Adelka, nie ma ratunku… Cokolwiek uczynię, skończysz tak samo… Mogę jedynie podarować ci czas…

„Jesteś bardzo odważną i dzielną tygrysicą”…  – Usłyszała głos matki. Rozejrzała się nieufnie dookoła, ale nigdzie jej dostrzegła. Miała jednak pewność, że to przemówiła rodzicielka, tak brzmiały ton i barwa jej głosu, takie też słowa wypowiedziała przed śmiercią.

– Mamo! Mamo! Gdzie jesteś? – krzyknęła najgłośniej, jak tylko potrafiła.

– Mamo… Mamo…Gdzie jesteś… – W odpowiedzi słowa powróciły odległym echem.

– Powinnam cię uratować!

– Powinnam cię uratować…

– Dlaczego mnie zostawiłaś!?

– Dlaczego mnie zostawiłaś…

– Ponieważ jestem zła i zepsuta! – odpowiedziała echu diablica. Jej głos załamał się w obliczu własnej klęski.

„Cokolwiek by się nie wydarzyło, pamiętaj, że zawsze będę z ciebie dumna i że zawsze będziesz moją córką…”

I w tej jednej chwili Czerwonooka poczuła, jak bardzo się wcześniej myliła i błądziła. Zyskała też odpowiedź na własne wątpliwości. Zrozumiała, co należy zrobić… I jak postąpić…

I chociaż tym samym najpewniej wydawała na siebie wyrok śmierci, przepełniła ją dojmująca ulga. Ciężar dawnych przewin spadł z jej ramion… Lżejsza o ten bagaż pojęła wcześniejsze słowa Adeli o chrześcijaństwie, o grzechu i jego odpokutowaniu. I o tym, że zawsze możliwa jest poprawa.

Podeszła do nieprzytomnej dziewczyny, objęła ją rękoma i podniosła ostrożnie. Przywołała Króla Karo. Wielki czarny ogier przybiegł bez zwłoki, posłuszny jej woli. Diablica przerzuciła ciało przez grzbiet konia i związała liną, aby nie spadło.

– Do zobaczenia w innym świecie… – pożegnała się z Adelą, po czym rzekła do Króla Karo. – Zabierajcie się stąd…

Koń potrząsnął przecząco wielkim łbem. Pragnął zostać, raz jeszcze stoczyć bitwę ze Złym. I kto wie? Może nawet zwyciężyć? Diabla jednak nie miała zamiaru dyskutować. Wysunęła do połowy ostrze miecza i zagroziła:

– Wiesz, że nie zawaham się tego zrobić! Spierdalaj stąd! Spierdalajcie oboje jak najdalej!

Rumak niechętnie odwrócił się i ruszył w stronę przeciwną do nadciągającej burzy.

Diabla Czerwonooka znowu została sama. Już nie była małą, bezbronną dziewczynką, dającą się stłamsić i zamknąć w klatce. Była morderczynią. Zdjęła chustę Robina z przegubu dłoni i zawiązała na twarzy. Chwyciła dużą, okrągłą tarczę i przerzuciła ją przez plecy. Wbiła wzrok w nadchodzącego wroga. Widziała go. Szedł niczym wicher przez pustynię, wokół niego szalała burza, piaski wirowały, pioruny błyskały, niosąc zniszczenie i chaos. Najpotężniejszy diabeł w całym Piekle!

Demonica przywołała w myślach słowa Adeli…

„Pan jest moim pasterzem. Nie brak mi niczego”.

Ruszyła na wroga raźnym krokiem. Oczy jej lśniły pożądliwie, ciało wrzało od podniecenia wywołanego nieuchronnym starciem. Szła do przodu, dumna i dzielna, odważna i bezwzględna niczym tygrysica.

„Chociażbym chodziła ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”.

Im bliżej znajdowała się Belzebuba, tym jego ogromna postać stawała się jakby jeszcze większa. Szatan rósł i rósł z każdym krokiem, wkrótce wypełniał całą przestrzeń przed Diablą.

„Tak dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni mego życia i zamieszkam w domu Pańskim po najdłuższe czasy”…

Czerwonooka obnażyła oba ostrza i ruszyła biegiem na odwiecznego wroga…

 

* Biblia Tysiąclecia – Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Stary Testament, Ps 23, 1–6.

Wyd. Pallottinum, Poznań 2003. Wersja Online.

 

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Super opowiadanie ! Bardzo fajny wpis, czyta się z zainteresowaniem i coraz większym podnieceniem 😉

Dzięki za komentarz. Ktoś tak łasy na komplementy jak ja, wypełza właśnie z piekiełka i wnosi się ku chmurom 😉

Opowieść przybiera formę epicka, wypadki toczą się coraz szybciej. I mam wrażenie, że bohaterki zaczynają wysuwać się na pierwszy plan, wobec trwającego nadal letargu Szemchazaja… Pozdrawiam.
Nefer

Coś czuję, że zarówno Sariel, jak i Lilith będą mieli jeszcze poważne kłopoty ze zdecydowaniem po której staną stronie… I dobrze, bo tak oczywiście jest ciekawiej!
Szemchazaj widać ma w sobie coś więcej niż niepohamowaną chuć i twardego chuja, skoro nawet Diabla czuła się przy nim wyjątkowo: “Tylko w jego ramionach czuła się w pełni kobietą. Nie diablicą, nie wojowniczką, ani lafiryndą, za jaką wielu ją uważało, lecz właśnie kobietą. Jednak on tego nie dostrzegał, dla niego była tylko sprawną zabójczynią i dawczynią rozkoszy. Coś ucisnęło ją w klatce piersiowej.”

Trzeba przyznać, że rzeczywiście w tej opowieści kobiece postacie są znacznie ciekawsze…

Serdecznie pozdrawiam

Ania

Neferze

Akcja rzeczywiście przyśpiesza. Następna część będzie punktem zwrotnym.
Szemchazaj? Chwilowo stracił na znaczeniu – wyeksponowane zostały inne postacie. W Nieboskiej VI dostanie dużo więcej miejsca do popisu. Ale jak to wykorzysta, to już inna sprawa…

Anno

Kobieca intuicja cię nie zawodzi. W tej opowieści możliwe są w zasadzie wszelkie konfiguracje przymierzy. Przypomnę, że kiedyś nawet Adela w rozmowie z Szemchazajem pozwoliła sobie wyrazić swoje wątpliwości co do jego wspierania tajemniczego Pierwszego Anioła. Gdyby więc całkiem odrzuciła ten kierunek, pozostałby jej … Belzebub.
Może dramat Diabli polega, że zawsze jest tą trzecią?. To trochę tak jak w realnym życiu – niektórzy mężczyzni miewają namiętne kochanki, ale po chwilach uniesień wracają do domów i swoich żon. A kochanka zostaje sama…
W fragmencie który zacytowałaś coś podobnego diablica mogła sobie uświadomić. I ją to zabolało. Taka krótka chwila refleksji to jednak dla niej rzadkość. Odrzuca uczucia – chociaż nie jest od nich zupełnie wolna…

Aniu i Neferze

Po krótkim zastanowieniu muszę się zgodzić. Faktycznie poświęciłem o wiele więcej czasu i miejsca na wykreowanie ciekawych postaci kobiecych. Jednak tak jak już kiedyś chyba wspomniałem – jest to w znacznej mierze opowieść właśnie o kobietach w Piekle. Stąd też główny bohater Szemchazaj, który dla kobiety jest wstanie poświęcić wszystko. Nawet Niebo i Boga porzucił…

Pozdrawiam
R.

Napisz komentarz