Pogrzebywacz I: Pośmiertny sen (Man in Black) Brak ocen

Przeczytanie tego tekstu zajmie Wam 32 minut/-y    

Pogoda przytłaczała. Było chłodno, szaro, z nieba siąpił deszcz, a zawierucha dawała się we znaki każdemu, kto ośmielił się wyjść z domu. Równie dobrze mogło świtać, jak zmierzchać. Wojtek obserwował świat przez przeszklone drzwi prowadzące do ogrodu, co rusz zaciągając się papierosem. Po szybie spływały krople deszczu. Jedne łączyły się ze sobą, inne wędrowały samotnie w dół, a wszystkie zniekształcały widok, czyniąc go surrealistycznym i przygnębiającym jak obrazy Beksińskiego. W ogrodzie tuje uginały się pod naporem chłodnego wiatru, przywodząc na myśl zgarbionych pokutników. Martwe liście pełzły po trawie niczym plugawe robactwo, idące na żer w jesienną pluchę. Dym z papierosa czynił krajobraz jeszcze mniej realnym. Wojtek odniósł wrażenie, że jego ciało nasiąka zimnem i wilgocią. Powoli zapadał w odrętwienie, bezwład, z którego wyrwał go dopiero dzwonek do drzwi.

Widok przemokniętej kobiety zaskoczył go. Miała dwadzieścia sześć, może dwadzieścia osiem lat. Cienka kurtka nie zakrywała nawet bioder dziewczyny, a krótka spódniczka nie chroniła przed jesienną aurą. Krople deszczu spływały z ciemnych włosów, rzęs, nosa i podbródka. Wyglądała jak topielica, która wypełzła z zapomnianego przez Boga jeziora na brzeg. Drżała z zimna. Sine usta wykrzywiała w słabym, nerwowym uśmiechu. Patrząc na swojego gościa, poczuł się wyjątkowo suchy w czarnym garniturze, białej, odprasowanej jak spod igły koszuli i ciemnych mokasynach.

­­– Słucham? – Zerknął na mokrą gazetę, którą ściskała w dłoni. Tuż obok nieznajomej stała nieduża walizka.

– Ja w sprawie pracy. – Zamachała nieśmiało zwiniętym w rulon dziennikiem.

– Nie ma pani parasola?

Dziewczyna pokręciła przecząco głową, ale zrobiła to zbyt energicznie i kilka kropel spadło na marynarkę gospodarza.

– O, przepraszam. ­– Wyciągnęła rękę, chcąc zetrzeć wodę, ale Wojtek zrobił krok w tył. – Ja tylko…

Zawiesiła dłoń w powietrzu, po czym cofnęła ją, zbita z tropu reakcją mężczyzny. Wojtek ponownie zaczął odczuwać ziąb. Przemknęła mu przez głowę absurdalna myśl, że to dziewczyna jest źródłem chłodu, wilgoci, a nawet szarówki, która sączyła się zewsząd.

– Nie jestem pewien, czy to praca właśnie dla pani.

Wyjął chusteczkę higieniczną i przyłożył do kropli, pozwalając, żeby woda wsiąkła w papier. – Czytała pani ogłoszenie? ­– Spojrzał wymownie na trzymany przez nią dziennik, po czym zajął się kolejną kroplą.

Już miała potwierdzić ruchem głowy, jednak w porę się zorientowała, że w ten sposób znów pochlapie rozmówcę. Uśmiechnęła się zadowolona, że nie powtórzyła tego samego błędu.

– Czytałam, jednak bardzo potrzebuję pracy i mieszkania.

Wojtek dostrzegł gęsią skórkę na jej nagich, drżących udach.

– Rozumiem. – Przeniósł wzrok z dziewczyny na niebo.

Posępne, apokaliptyczne niebo sprawiło, że poczuł nieprzyjemny chłód i nie była to jedynie autosugestia. Jesienny wiatr łasił się do niego niczym spragniony pieszczot kocur. W oczach rozmówczyni dostrzegł niemą prośbę graniczącą z rozpaczą. W niezrozumiałym nawet dla siebie odruchu podał jej chusteczkę, jakby miała się osłonić skrawkiem miękkiego papieru przed deszczem. Chwilę ważył coś w myślach, po czym przepuścił ją w progu, zamykając drzwi na klucz.

– Niech pani zostawi tutaj walizkę, zdejmie buty i kurtkę. Nie chcę, żeby całe mieszkanie pływało w wodzie.

Wykonała posłusznie polecenie, kichając przy tym kilka razy.

– Żeby było jasne: to, że panią wpuściłem, nie oznacza, że mam dla pani etat. Po prostu dam pani możliwość ogrzania się i wysuszenia ubrań.

– Rozumiem, żadnych deklaracji. – Kiwnęła głową na znak zgody.

Przeszli korytarzem do łazienki. Dziewczyna rozejrzała się po nowoczesnym wnętrzu. Zwróciła uwagę na duże lustro zajmujące jedną trzecią ściany, ogromną wannę, szklaną umywalkę i kilka regałów z półkami, na których leżały przybory do higieny osobistej oraz równo poskładane ręczniki. Wojtek podał jej jeden z nich.

– Proszę wziąć gorącą kąpiel. Ubrania może pani rozwiesić na kaloryferze, powinny szybko wyschnąć.

Przyjęła ręcznik niepewnym chwytem.

– Po wszystkim wystarczy wrzucić go do kosza na brudne ubrania.

Podszedł do jednej z szafek, sięgnął po detergent i podał zaskoczonej kobiecie.

– Po kąpieli proszę umyć wannę tym. Mam tylko mydło w płynie. – Wskazał, gdzie stoi pojemnik z mydłem.

Przez chwilę przyglądali się sobie w zupełnej ciszy.

– Po wszystkim proszę założyć tamten szlafrok. Znajdzie mnie pani w salonie. – Zauważył bezradność w oczach gościa. – Jak pani wyjdzie z łazienki, proszę skręcić w prawo. Później korytarzem do końca i pierwsze drzwi po lewej stronie.

Zostawił ją samą z rozdziawionymi ustami, skołowaną zarówno hojnym gestem gospodarza, jak szczegółowymi instrukcjami, których udzielił. Dziewczyna nie była pewna, czy zapamiętała wszystkie polecenia.

Wojtek postawił na stole butelkę koniaku Camus XO. Potrzebował czegoś mocniejszego, poza tym uwielbiał aromat suszonych owoców i kwiatów. Włączył odtwarzacz CD i po chwili z głośników popłynęła muzyka Ennio Morricone On Earth as it is in Heaven. Uważał ten utwór za arcydzieło. Próbował się odprężyć, ale świadomość, że w jego łazience znajduje się kobieta, rozpraszała go. Obecność obcej osoby wprowadzała zamęt do porządku dnia.

Zapatrzył się w świat majaczący za przeszklonymi drzwiami, którymi latem wychodził przyrządzać grilla. Kontrast pomiędzy przytulnym wnętrzem domu a smętnym obrazem za szybą sprawił, że poczuł się, jakby oglądał film. Ponury spektakl wprowadził go w letarg, wywołał wrażenie, że świat kończy się dwa kroki za oknem, skrywając przed nim pustkę. Oddałby się swoim rozważaniom, gdyby nie to, że w wannie leżała teraz nieznajoma.

Po trzydziestu minutach usłyszał, jak dziewczyna otwiera drzwi łazienki. Odruchowo poprawił marynarkę i natychmiast skarcił się w myślach. Nie może zachowywać się jak nieopierzony młokos.

Kobieta weszła niepewnie i rozejrzała się po salonie. Urządzony był inaczej niż łazienka. Przywodził jej na myśl muzeum. Podłogę pokrywał stary parkiet. Okna zdobiły drapowane firany. Jej szczególną uwagę zwróciła ogromna, ciężka szafa z czarnego dębu o profilowanych, łamanych gzymsach. Wszystkie meble wyglądały na stare, może nawet zabytkowe. Nie była tego pewna.

– Chciałam podziękować za kąpiel i w ogóle.

Czuła się niepewnie, stojąc w cudzym mieszkaniu, naga, w nieswoim szlafroku.

– Proszę usiąść.

Wskazał gościowi miejsce przy wykonanym z orzecha stole, który dla odmiany pozbawiony był jakichkolwiek ozdób i sprawiał wrażenie mebla z początku dwudziestego wieku. Przy masywnej, zdobionej szafie wyglądał skromnie. Dziewczyna usiadła sztywna, wyprostowana jak struna, zajmując ledwie krawędź krzesła. Wojtek nalał koniaku do czekającego na nią kieliszka.

– Jestem Roksana. – Podniosła się i wyciągnęła rękę.

Nieporadny gest, przepełniony niepewnością i wstydem. Wyglądała uroczo.

– Wojtek. – Uścisnęli sobie dłonie i wrócili na miejsca.

– Wracając do etatu – zwilżył usta koniakiem – nie jest to praca dla każdego.

– Rozumiem, że chodzi panu o trupy. Sądzi pan, że kobieta boi się zmarłych bardziej niż mężczyzna? – Sięgnęła po swój kieliszek, po czym spróbowała ostrożnie alkoholu.

– To po pierwsze. – Przechylił kieliszek bardziej zdecydowanie, przyglądając się konsternacji swojej rozmówczyni. – Chodzi również o to, że oferuję mieszkanie pod moim dachem. Jak pani sądzi, co powiedzą ludzie, kiedy się dowiedzą, że czterdziestoletni przedsiębiorca pogrzebowy sprowadził do domu dwudziestoparoletnią kobietę?

Roksana przełknęła palący łyk alkoholu i rozkaszlała się.

– Nazwą pana szczęściarzem? – Uśmiechnęła się słabo, po czym przetarła usta wierzchem dłoni. – Rozumiem, że pańskim zdaniem ludzie będą oburzeni?

Milczał, obracając w dłoni szklankę. Obserwowali się z zaciekawieniem, niemal w całkowitej ciszy, przerywanej od czasu do czasu mocnymi podmuchami wiatru. Nagranie dobiegło końca chwilę wcześniej. Mokry kosmyk włosów Roksany wchodził jej do kącika ust. Nawet bez makijażu wyglądała ładnie, choć zarówno oczy, jak rysy twarzy, zdradzały raczej ciężkie doświadczenia w przeszłości. Nagle poczuła się nieswojo i odruchowo zakryła dekolt.

– Nie wiem, czy pan zauważył, ale czasy się zmieniły. Może pan tego nie dostrzega i pańskie obawy są przedwczesne?

Nie odpowiedział od razu.

– Widzi pani, do zmiany najczęściej prze garstka postępowców, a reszta po prostu oswaja się z nowym, choć sami nie ulegają żadnym wewnętrznym przemianom i żyją po swojemu. To właśnie oni mogą spojrzeć na tę sytuację inaczej niż pani.

Roksana przełknęła kolejną porcję koniaku, czując zbawienne ciepło rozlewające się w organizmie.

– Jestem w kropce, jak pewnie pan zauważył. Dlatego zapytam wprost. Chodzi o moją czy o pańską reputację?

Uśmiechnął się. Podobała mu się ta determinacja i nieustępliwość granicząca z impertynencją.

– Bo jeśli o moją – dodała szybko – to nigdy nie interesowało mnie, co ludzie o mnie pomyślą.

– I może właśnie dlatego jest pani dzisiaj w kropce? – zripostował bez zastanowienia.

Po twarzy kobiety przemknął cień – grymas wywołany kąśliwą uwagą. Wojtek zauważył to, jednak nie dbał o komfort psychiczny rozmówczyni. I tak podjął już decyzję. Zrobił to w chwili, kiedy wpuścił Roksanę do swojego królestwa. Sam nie wiedział, skąd przyszły mu do głowy słowa o tym, co pomyślą inni. Nigdy o to nie dbał. Po prostu sprawiało mu przyjemność trzymanie nieoczekiwanego gościa w niepewności. Czerpał z tego zaskakującą satysfakcję.

– Rozumie pani, że w tej pracy jest fizyczny kontakt ze zmarłymi? Trzeba ich umyć, ubrać i zrobić makijaż. Posprzątać swoje miejsce pracy. Nie przeraża to pani? Czuła pani kiedyś chłód nieboszczyka?

Spojrzała mu prosto w oczy.

– A czy jest bardziej dotkliwy od tego, jaki czułam, stojąc pod pańskimi drzwiami?

Uniósł kieliszek, jakby wznosił toast, podkreślając tym trafność jej słów. Podobał mu się cięty język dziewczyny.

– Pani zdrowie.

W milczeniu sączyli bursztynowy płyn. Wiatr napierał na okno, jakby chciał wepchnąć je do salonu.

– Widzę, że jest pani zdeterminowana.

Przytaknęła, tłumiąc kichnięcie.

– To dla mnie niekomfortowa sytuacja, ponieważ, nie dając pani etatu, jednocześnie wystawiam panią za drzwi w taką słotę. – Spłukał gardło koniakiem. – Z drugiej strony nie mogę dać pani etatu tylko dlatego, że wstyd mi panią wyprosić na deszcz.

Odgarnęła włosy z czoła.

– Strasznie pan to komplikuje – rzuciła. – Czy nie może mi pan dać miesiąca na próbę? Bez umowy, bez papierów i zobowiązań. Ja będę miała okazję przekonać się, czy to praca dla mnie; pan zobaczy, czy się sprawdzam, i po sprawie.

Nie odpowiedział od razu. Wywrócił wymownie oczami, pozwolił, żeby cisza rozdzwoniła się w uszach kobiety. Niech nie myśli, że zgrabna pupa, szczupłe nogi i ładna buzia wystarczą, żeby ją przyjął.

– Bez zobowiązań. Brzmi rozsądnie. – Wyciągnął rękę na znak zgody.

* * *

Skończył ustawiać naczynia, kiedy weszła Roksana. Przygotował jajecznicę na szynce i tosty, a w filiżankach pełnych gorącej herbaty pływały plasterki cytryny. Za oknem słońce traciło blask, stawało się nieostre, jakby miało się rozpłynąć na ponurym niebie. Tuje kłaniały się usłużnie, poganiane arktycznym wiatrem.

– Zawsze wydawało mi się, że jesień jest jak rak – dziewczyna rzuciła nieoczekiwanie, po czym wypchała usta jajecznicą i popiła herbatą.

– Ciekawa myśl. Powiedziałbym, że złota. – Obserwował, jak pochłania śniadanie.

– A pan, ma pan jakieś własne, złote myśli? – Uśmiechnęła się zawadiacko z pełnymi ustami .

– Owszem.

Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął złożony na pół dokument, położył go na blacie i przesunął w stronę zaskoczonej dziewczyny. Roksana przestała przeżuwać. Rozłożyła papier, zerkając na Wojtka podejrzliwie. Czytała niecierpliwie, skacząc wzrokiem po treści.

– Dobry Boże, to umowa! – krzyknęła podekscytowana i zaskoczona.

Spontanicznie nachyliła się nad stołem i pocałowała Wojtka w policzek. Nie zdążył się odsunąć. Poczuł wilgotne, kobiece usta na swojej skórze, do tego zapach i ciepło kobiecego ciała. Drgnął nerwowo. Zauważyła, że pobladł. Zrozumiała, że posunęła się za daleko. Przeprosiła pospiesznie.

– Nic nie szkodzi – skłamał.

Wyjął chusteczkę higieniczną i przetarł policzek.

– Pomyślał pan, że to może być obraźliwe dla kobiety?

Spojrzał na nią, nie rozumiejąc.

– Nie jestem jakaś parszywa, nie musi się pan wycierać.

Odłożył chusteczkę na stół obok talerza.

– To umowa na okres próbny i z całą pewnością takie odzywki nie przybliżają pani do stałego etatu.

Zapadła krępująca cisza, podczas której mierzyli się wzrokiem.

– Dziwny pan jest – skwitowała wreszcie i włożyła do ust kolejny kęs jajecznicy.

* * *

Zarówno podłogę, jak i ściany pomieszczenia, w którym przygotowywał zmarłych, pokrywały kafelki, utrzymane w niemal sterylnej czystości. Zapach detergentów wciąż unosił się w powietrzu. Całość, skąpana w ostrym świetle, przywodziła na myśl szpitalną kostnicę. Na metalowym stole leżał około trzydziestoletni nieboszczyk – nagi, umyty i gotowy do ubrania.

– Ciekawe, czy miał dobre życie – zastanowiła się głośno Roksana.

Wojtek rzucił okiem na denata.

­– Tego nie wiem, ale z całą pewnością było krótkie.

Krzątali się chwilę w milczeniu, po czym Wojtek przeprosił dziewczynę i wyszedł. Nie było go zaledwie trzy minuty, a kiedy wrócił, zaczął się przyglądać nieboszczykowi na tyle ostentacyjnie, że zwrócił na siebie uwagę Roksany.

– Co się stało? Na co pan tak patrzy?

Nie odpowiedział od razu, udając konsternację. Zerkał to na nią, to na zwłoki, obserwując jej rosnące zdziwienie. Brązowe oczy Roksany zrobiły się okrągłe.

– Dotykała go pani? – zapytał wreszcie, siląc się na powagę.

Spojrzała zaskoczona na trupa, później na Wojtka.

– Jeszcze nie. Przygotowywałam dla niego ubranie. – Wskazała kciukiem wieszak z garniturem.

W rękach wciąż trzymała białą, odprasowaną koszulę zmarłego. Mężczyzna zamyślił się, a raczej udał zamyślonego.

– Chwila, dlaczego patrzy pan na jego przyrodzenie?

Sporo kosztowało go stłumienie uśmiechu.

– Mam wrażenie, że penis nieboszczyka leżał w innej pozycji.

Jej oczy zrobiły się jeszcze większe, w dodatku zbladła.

– Słucham? Co pan chce przez to powiedzieć?

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Ponieważ nie doczekała się odpowiedzi, kontynuowała drżącym z oburzenia głosem.

– To jakiś branżowy żarcik? Tak wkręca się nowych?

Wojtek nie odpowiedział.

– Nie jestem pieprzoną nekrofilką! Jest pan skończonym draniem! – krzyknęła. Rzuciła w szefa trzymaną koszulą i wybiegła, trzaskając drzwiami.

Nie widział Roksany przez resztę dnia. Domyślał się, że zamknęła się w swoim mieszkaniu w piwnicy. Postanowił dać jej spokój. Nie tak miało wyjść, ale szybko zdążył zapomnieć o swoim psikusie, uznając, że kobieta nie zna się na żartach. Nie pojawiła się ani na obiedzie, ani na kolacji.

Było już późno, kiedy kładł się spać. Właśnie wtedy usłyszał podejrzany dźwięk. Najpierw pomyślał, że się przesłyszał, zwłaszcza że za oknem znowu rozpętała się wichura. Jednak dźwięk rozległ się po raz drugi. Podniósł się z łóżka i ostrożnie uchylił drzwi sypialni, nie chcąc spłoszyć ewentualnego intruza. Dom tonął w ciemności. Chwilę przyglądał się konturom ścian i mebli, po czym ruszył powoli w stronę kuchni, skąd, jak sądził, dobiegał niezidentyfikowany hałas.

Zatrzymał się w progu. Miał szczęście – przez okno, sączyło się słabe światło ogrodowej lampy, które pozwoliło dostrzec sylwetkę pochyloną nad stołem. Postać, niewyraźna jak duch albo senna mara, najwyraźniej częstowała się jego zapasem koniaku. Roksana – był przekonany, że to właśnie ona – nie miała pojęcia, że Wojtek znajduje się kilka kroków za jej plecami. Przez krótką chwilę miał ochotę przestraszyć złodziejkę, ale przypomniał sobie nieudany żart sprzed kilkunastu godzin i zrezygnował z pomysłu.

– Nieładnie tak okradać pracodawcę.

Roksana wyprostowała się gwałtownie zaskoczona i przestraszona.

– Przepraszam, nie chciałam…

Nie potrafiła pozbierać myśli. Czuła, jak serce tłucze się w piersiach.

– To znaczy, nie… nie przepraszam. Jest dokładnie tak, jak pan mówi. Postanowiłam ukraść panu koniak. Za to, że jest pan takim dupkiem.

– To jakieś sześćset złotych za butelkę. Powstaje pytanie, czy mam to pani odliczyć od wypłaty?

Roksana odskoczyła od butelki jak oparzona.

– Sześćset złotych? Kto pije coś tak drogiego?

Uśmiechnął się pod nosem.

– Choćby taki dupek jak ja.

Bawiła go konsternacja dziewczyny; jej błędny wzrok pełzający po podłodze; ręce, z którymi nie wiedziała, co począć. Był pewny, że spłonęła purpurą. Zaproponował, żeby napili się razem.

Zaprowadził ją do gabinetu. Już sięgał do włącznika światła, kiedy dziewczyna mruknęła nerwowo:

– Niech pan nie zapala. Jestem skąpo ubrana. Wystarczy mi upokorzeń jak na jeden dzień.

Włączył więc nocną lampkę, która nie była w stanie rozświetlić nawet połowy pomieszczenia. Wyjął pozłacaną papierośnicę, Roksana poczęstowała się i palili bez słowa. Dziewczyna siedziała w fotelu z kolanami podciągniętymi pod brodę. Pomimo półmroku zauważył, że ma na sobie jedynie majtki i halkę, pod którą kusząco rysował się obły kształt piersi. Nie mógł dostrzec wyraźnie twarzy swojej pracownicy, ale czuł, że dziewczyna jest czymś poruszona.

– Przepraszam za tamto. – Wolał zamknąć niewygodny temat. – To miał być niewinny żarcik.

Machnęła ręką lekceważąco.

– Po tym, co pan powiedział, miałam koszmarny sen.

– Czyżby? – Wciągnął do płuc gęstą chmurą dymu. Wypuścił ją po chwili wysoko w powietrze.

Papieros w dłoni Roksany lekko drżał.

– Śniło mi się, że wstałam z łóżka i poszłam do tego nieboszczyka. On leżał tam, wciąż nagi, a jego… jego penis był w pełnej erekcji. – Spuściła wzrok, tak mu się przynajmniej wydawało. – Poczułam, że mam na niego ochotę. – Głos dziewczyny zamienił się w szept. – Weszłam na stół i usiadłam na nim. Był zimny jak sopel lodu. Kiedy tylko poczułam, jak we mnie wchodzi, obudziłam się z krzykiem, cała zlana potem.

Wojtek wysłuchał jej, nie przerywając, po czym na jego ustach pojawił się dyskretny uśmiech.

– Interesujący koszmar, nie sądzi pani?

Nie zgodziła się. Przełknęła spory łyk koniaku.

– Ani trochę. Wmówił mi pan, że jestem nekrofilką i ten koszmar to również pańska wina.

Rozłożył ręce w bezradnym geście. Milczeli dłuższą chwilę. Na zewnątrz dało się słyszeć skowyt wiatru. Kilka pojedynczych kropel uderzyło w szybę, zabębniło o parapet, a po chwili rozpadało się na całego. Wojtek odniósł wrażenie, że za oknem zaczyna się inny świat. Świat, w którym szaleją potężne żywioły, kosmiczne wiatry i lodowate, zacinające deszcze, które są zaledwie preludium dla całej reszty czającego się w ciemności chaosu.

– Czuję się zbrukana. – Głos dziewczyny przerwał chimeryczny koncert, odbywający się za oknem.

– Dlaczego? Przecież to tylko sen.

Wojtek zauważył, że papieros zdążył się dopalić w popielniczce. Nalał sobie kolejną porcję koniaku i zapalił nowego camela.

– Wiem… – Roksana dostrzegła dno w swojej szklance, więc wysunęła ją w stronę Wojtka. Ten bez słowa wypełnił naczynie do połowy. – Ale to było tak cholernie realistyczne.

– No, cóż – westchnął – pracuje pani w zakładzie pogrzebowym. Może to przez atmosferę, bliskość zmarłych, sam nie wiem. Do tego mój żarcik, który niezbyt mi się udał. Chyba że zareagowała pani tak nerwowo, bo jest pani… – zawiesił teatralnie głos.

Dopiero po chwili zrozumiała, co chciał powiedzieć.

– Ale z pana kutas – odcięła się.

– Tylko próbuję poprawić pani nastrój. – Usta Wojtka wykrzywiły się w słabym uśmiechu.

– Ale swoją drogą czytałem kiedyś, że niektórzy zmarli potrafią emitować swoje ostatnie myśli, odczucia i takie tam. Jeśli ktoś jest wystarczająco wrażliwy, może to wyczuć.

Przyglądała mu się w milczeniu, po chwili jednak zmrużyła oczy.

– Nie rozumiem? Emitować?

– Emitować, emanować… Niech to pani nazywa, jak pani chce. Po prostu sączą się z nich emocje, które wypełniały ich w chwili śmierci. To znaczy, podobno tak jest.

– Mogę jeszcze jednego? – spojrzała na papierośnicę.

Kiedy się do niej przysunął, żeby podać papierosa, poczuł zapach strachu, kwaśną woń potu i słodycz perfum. Po chwili opadł na fotel lekko pobudzony.

– W myśl tamtej teorii nasz nieboszczyk mógł na przykład umrzeć w chwili seksualnego uniesienia i jego… – szukał właściwego słowa, ale myśli rozbiegły się i w głowie poczuł zamęt.

– I jego kutas po prostu miałby emanować? – Zaśmiała się. Była już wstawiona.

– Cóż, można i tak to nazwać – zgodził się zmieszany.

– A ja myślę, że pańska teoria nie trzyma się kupy i to albo od tego koniaku dla snobów po sześćset złotych za butelkę, albo za długo przebywał pan tutaj wyłącznie w obecności trupów.

W myślach przyznał jej rację. Ostatnie lata mieszkał kompletnie sam. Zerknął na zegarek – dochodziła północ.

– No nic, czas do łóżka. – Podniósł się.

– Czy to jakaś niemoralna propozycja? – odparła z figlarną nutą w głosie.

Poczuł, jak zalewa się rumieńcem.

– Przejęzyczyłem się. Chodziło mi o to, że czas pójść spać. Każdy w swoim łóżku, ma się rozumieć.

– Freud miał swoje zdanie na temat takich przejęzyczeń. – Roksana podniosła się chwiejnie z fotela.

– Proszę pamiętać, że nasza nocna pogawędka i kradzież koniaku nie zwalnia pani z jutrzejszych obowiązków – starał się brzmieć jak najbardziej formalnie.

– Strasznie się pan spina – skwitowała i ruszyła przodem.

Odprowadził ją do holu, w którym znajdowało się zejście do sutereny. W słabym blasku księżyca przemknął wzrokiem po szczupłej sylwetce dziewczyny. Zwrócił uwagę na nagie ramiona i halkę, która zakrywała jedynie połowę krągłych pośladków. Miała ponętne ciało.

– Czy pan aby nie gapi się na mój tyłek? – Musiała wyczuć pożądliwy wzrok Wojtka.

– Dobrej nocy i proszę się trzymać z dala od naszego nieboszczyka – odciął się, a ona pokazała mu środkowy palec i zniknęła na schodach.

* * *

Na śniadaniu Roksana zjawiła się w czarnych legginsach, płaskich, wygodnych butach i białej koszuli, która niwelowała nieco luźny styl. Włosy, zazwyczaj spięte, rozpuściła w nadziei, że ukryją bladą, zmęczoną twarz. Od razu zauważył, że męczy ją kac. Dotychczasowy blask uleciał z oczu Roksany, a zamiast niego pojawiły się pod nimi cienie. Wojtek był ciekawy, czy dziewczyna cokolwiek przekąsi. Śniadanie ograniczyła do soku pomarańczowego, odrobiny płatków kukurydzianych i czarnej kawy. Po dziesięciu minutach, poddała się i złapała talerz.

– Czas do pracy. – Wstała i odłożyła brudne naczynia do zmywarki.

– Pójdę do naszego trupka i sprawdzę, czy wszystkie części ciała znajdują się na swoim miejscu. – Posłała Wojtkowi wymowne spojrzenie, choć nie dostrzegł w nim wczorajszego gniewu.

Uśmiechnął się i spojrzał w okno. Wiatr dał za wygraną, podobnie jak deszcz, ale szarość sączyła się z nieba jak trucizna, która pozbawia okolicę koloru. Tego roku jesień wpływała na niego wyjątkowo melancholijnie.

Godzinę później ludzie, których zatrudniał do obsługi pogrzebów, zabrali trumnę z ciałem czarnym fordem windstarem, na którym srebrzyło się logo jego firmy. Wojtek odprowadził ich wzrokiem, póki nie zniknęli z pola widzenia. Spojrzał na stojącą obok Roksanę.

– Wygląda na to, że ma pani resztę dnia dla siebie.

Zauważył, iż przyjęła tę propozycję z wyraźną ulgą.

***

Ciemność wokół zakładu zgęstniała. Wieczór był chłodny i mroczny. Deszcz wybijał monotonną, hipnotyzującą melodię, brzmiącą jakby niezliczona ilość trupich palców bębniła niecierpliwie w parapet. Wojtek rozpalił w kominku. Ciepło ognia, strzelające polana i iskry ulatujące do komina przełamywały ponurą, psychodeliczną aurę. Roksana dołączyła niebawem do mężczyzny. Najwidoczniej przespała większość dnia. Zmęczenie zniknęło z jej twarzy, wzrok odzyskał dawny blask i dziewczyna znowu zdawała się być sobą. Na jej twarzy pojawił się delikatny makijaż. Czarne legginsy zamieniła na turkusowe, a białą koszulę na bawełniany t-shirt. Zajęła to samo miejsce, co poprzedniej nocy, i w ten sam sposób podwinęła nogi pod siebie, trzymając w dłoni kieliszek z koniakiem, który Wojtek wręczył jej bez pytania, a ona przyjęła bez słowa. Oświetlenie gabinetu zepchnęło cienie do najdalszych zakamarków.

– Pomijając mój nieudany żart, naprawdę czytałem kiedyś, że niektórzy ludzie nie odchodzą całkowicie na drugą stronę.

Roksana zerknęła na niego z delikatnym uśmiechem. Dokładnie takim, jakim częstuje się nieszkodliwego dziwaka.

– Czasami zapadają w… w coś na kształt… – zamyślił się – …nazwałbym to pośmiertnym snem.

– Brzmi nawet romantycznie. – Jej głos zdradzał, że nie traktuje teorii poważnie.

Napiła się koniaku i oblizała usta koniuszkiem języka.

– Zaczynam sądzić, że celowo wymyśla pan takie historie. Chce pan, żebym uległa atmosferze zakładu pogrzebowego, a wtedy po raz kolejny spróbuje mnie pan wkręcić.

Uśmiechnął się zagadkowo.

– Więc jak, panie Wojtku, wkręca mnie pan?

Zaprzeczył ruchem głowy.

– Czyli chce mi pan powiedzieć, że niektórzy zmarli zawieszają się gdzieś pomiędzy naszym światem a zaświatami?

– Pięknie to pani ujęła. Sam nie nazwałbym tego lepiej. Coś pani pokażę.

Podszedł do jednej z wypełnionych książkami półek, sięgnął gdzieś za mebel i po chwili wrócił z tajemniczym urządzeniem. Postawił je obok stolika.

– A cóż to za ustrojstwo? – Roksana podniosła się zainteresowana.

– Nazywam je psycho-sonarem.

– Psychooo-co?

– To urządzenie pochodzi z osiemnastego wieku. Kupiłem je u pewnego antykwariusza, strasznego dziwaka. Podobno ma działać jak sonar, który używa fal dźwiękowych w celu detekcji obiektów. To urządzenie oczywiście nie wykorzystuje fal dźwiękowych, ale wychwytuje pośmiertną emanację energii.

Dziewczyna podeszła bliżej i dotknęła ostrożnie drewnianej konstrukcji. Urządzenie sięgało jej niemal do bioder. Przypominało ogromną klepsydrę czy stary, niekompletny zegar. Do masywnej podstawy przymocowane były cztery ręcznie rzeźbione kolumienki, zwieńczone płaskim daszkiem, na którym wyryte były nieznane jej symbole i słowa. Pod daszkiem zamocowano wahadło, również pokryte tajemniczymi inskrypcjami.

– Coś jak radar na nieboszczyków?

– Owszem, można to tak nazwać.

– Nie wygląda na skomplikowane. Jak to działa?

– Siła tego urządzenia leży w tych symbolach i inskrypcjach, tak przynajmniej sądzę. Wahadło zaczyna pracować, kiedy wyczuwa pośmiertną emanację energii.

– Ile pan za to zapłacił? Jeśli to nie jest niedyskretne pytanie. – Zmieszała się. W ostatniej chwili zdała sobie sprawę ze swojej niedyskrecji.

– Osiem tysięcy. – Wojtek zabrał ze stolika kieliszek i dopił resztkę koniaku.

– Pan naprawdę nie ma na co wydawać pieniędzy? Może powinnam zażądać podwyżki?

Zerknął na nią lekko zmieszany.

– Nie wygląda pani na zabytek…

– Dziękuję – wpadła mu w słowo i dygnęła w staroświeckim stylu.

– I nie sądzę, żeby miała pani jakieś niecodzienne właściwości.

– Ale nie wie pan tego na pewno. – Puściła do niego oko, lekko wyginając kąciki ust ku górze.

Roksana dotknęła wahadła w miejscu żłobienia dziwnych znaków. Przesunęła palcem po drewnie i spojrzała na swojego pracodawcę.

– Czy to łacina?

Pokręcił przecząco głową.

– Niestety nie. Próbowałem to tłumaczyć na wiele sposobów. Oczywiście bez powodzenia.

Wrócili na swoje miejsca, co rusz zerkając na niecodzienne urządzenie.

– Kiedyś lubiłem czytać książki poświęcone parapsychologii, liczyłem również na jakieś interesujące eksperymenty, ale albo mój psycho-sonar nie działa, albo nie trafił mi się nieboszczyk, który zapadł w pośmiertny sen.

– Myślę, że kupił pan bezużyteczne coś w celu potwierdzenia jeszcze bardziej bezużytecznej i fantastycznej teorii. No, ale cóż, kto bogatemu zabroni? – Uśmiechnęła się, jakby chciała dodać jeszcze jedną uszczypliwą uwagę, ale w tym czasie zadzwonił telefon Wojtka.

Odebrał połączenie, chwilę słuchał, po czym rzucił do słuchawki, że jest gotowy. Odłożył komórkę i spojrzał na dziewczynę.

– Wygląda na to, że za chwilę będziemy mieli towarzystwo. Chłopaki wiozą nam świeżego trupa.

– Co prawda jest nieco późno, ale chętnie panu pomogę.

Dziewczyna dopiła resztę koniaku i wyszli z gabinetu. W zakładzie zjawili się w sam raz. Na podjeździe właśnie mignęły światła karawanu. Po chwili dwóch pracowników Wojtka zjawiło się z ciałem umieszczonym w czarnym worku. Położyli zwłoki na metalowym stole. Wojtek zauważył, że młodszy z pracowników zerka ukradkiem na Roksanę. Wyglądało na to, że szczególne wrażenie zrobiły na nim nogi dziewczyny.

– Tadek, co z tobą? Pierwszy raz widzisz kobietę? – Na twarzy chłopaka pojawiło się zakłopotanie.

Roksana uśmiechnęła się, z tryumfem na twarzy. Chłopak wymamrotał bełkotliwie „dobranoc” i zniknął za drzwiami. Wojtek dostrzegł niewyraźną minę drugiego pracownika.

– Co jest, Adaś? Coś nie tak? – zagaił.

– Sam nie wiem, szefie. – Mężczyzna potarł nos i spojrzał na worek. – Miejsce, z którego zabrano te zwłoki… – zamyślił się przez chwilę – …było naprawdę upiorne.

Roksana obserwowała zaciekawiona to Wojtka, to Adama.

– Upiorne? – Jej wzrok powędrował w stronę zwłok.

– Szefie, wyjdźmy na zewnątrz. – Mężczyzna najwyraźniej nie chciał rozwijać tematu przy Roksanie.

– Ej, chwileczkę. A ja to co? Jestem tutaj dla ozdoby? – oburzyła się kobieta.

Obaj spojrzeli w jej stronę.

– Niewątpliwie stanowi pani ozdobę tego miejsca. – Bezczelność i sposób, w jaki walczyła o uwagę, przypadł Wojtkowi do gustu. – No dobrze, niech pani zostanie. – Zwrócił się do Adama: – Mów, o co chodzi.

Pracownik chwilę wahał się niezdecydowany, wreszcie wskazał głową okryte folią ciało.

– Znaleziono ją na poddaszu kamienicy w śródmieściu. Całe jej mieszkanie pokrywały cudaczne symbole. Wszędzie stało pełno upiornych figurek i dziwacznych książek napisanych w obcych językach. Normalnie miałem ciarki na plecach. Ludzie to w ogóle mówili, że z tego mieszkania dochodziły jakieś podejrzane odgłosy, jakby znajdowało się tam co najmniej kilkanaście osób, a mieszkała sama i nikt tamtej nocy do niej nie przychodził.

Wszyscy troje spojrzeli po sobie, po czym Wojtek poprowadził Adama do wyjścia.

– Najwidoczniej miałeś ciężki dzień. Jedź do domu i odpocznij.

– Szefie, to specjalne zamówienie. Policja wydała ciało rodzinie, a ci zażądali, żeby podczas pogrzebu trumna pozostała zamknięta. Na ceremonii nie życzą sobie żadnych ludzi poza księdzem, grabarzami i naszą ekipą. Prosili, żeby przeprowadzić pochówek jak najszybciej i dyskretnie.

– Czego się obawiają? – Wojtek rzucił okiem na czarny worek.

– Tego nie mówili, ale domyślam się, że nie chcą żeby na pogrzebie zjawili się jej znajomi.

– Dlaczego? – wtrąciła się Roksana.

– Bo ona należała do jakiejś sekty, nie znam szczegółów.

Adam wręczył Wojtkowi dokumenty, pożegnał się i po chwili usłyszeli pomruk oddalającego się samochodu.

– Z pana to taki pies ogrodnika, co? – zauważyła Roksana, kiedy zostali sami.

– A z pani niby taka flirciara?

– Cóż, jak widać, nie każdy jest zapatrzony w jakieś podejrzane starocie – odcięła się.

Wojtek podszedł do stołu i rozsunął zamek błyskawiczny.

– Lepiej sprawdźmy, co tutaj mamy. Proszę przytrzymać jej głowę, wyjmiemy ją z tego pokrowca.

Mężczyzna podpowiadał dziewczynie, co ma robić, i po chwili nagie zwłoki skąpało światło jarzeniówek. Wojtek złożył starannie worek i podał go dziewczynie. Przyjrzał się zmarłej. Ciało pięćdziesięcioletniej denatki pokryte było tatuażami.

– Trochę niepokojący widok, prawda?

– Tak jak cała ta historia – zgodziła się Roksana.

Między biodrami zmarłej wytatuowano węże, które zdawały się wypełzać z jej włosów łonowych. Niektóre kierowały się w dół, owijając się wokół uda denatki, a pozostałe pięły się w górę, w stronę obwisłych piersi.

– Czy to Matka Boska? – Roksana wskazała palcem ramię kobiety.

Wojtek zerknął w tamtym kierunku.

– Nie sądzę. – Pokręcił głową z powątpiewaniem.

Dziewczyna podeszła niepewnie. Bała się, ale chciała się przyjrzeć niepokojącemu dziełu. Wytatuowana chusta, która stanowiła nakrycie głowy dziwnej postaci, mogła przywodzić na myśl wizerunek Matki Boskiej, ale po uważniejszych oględzinach zrozumieli, że patrzą na trupią czaszkę.

– Czy to czaszka? – głos Roksany wzniósł się o oktawę.

– Jest jeszcze napis. – Wojtek pochylił się, nie zwracając uwagi na zadane pytanie. – Santa Muerte – odczytał powoli i wyraźnie słowa znajdujące się pod upiornym wizerunkiem .

Widok wytatuowanych zwłok sprawił, że Roksana poczuła dreszcze na plecach. Na Wojtku ciało również zdawało się wywierać nieprzyjemne wrażenie.

– Cholera, aż mnie ciarki przechodzą od patrzenia na te chore tatuaże. – Roksana liczyła, że dźwięk jej głosu, odsunie od niej niepokój.

– Czy mi się tylko wydaje, czy zrobiło się chłodniej? – Wojtek spojrzał na dziewczynę, później na nieboszczkę.

Roksana nagle uświadomiła sobie, że ona również odczuwa chłód. Nie była pewna, czy to autosugestia, czy faktycznie temperatura spadła o kilka stopni.

– Próbuje mnie pan wkręcić? – Na twarzy dziewczyny pojawił się strach.

– Przysięgam, że nie.

Milczeli pełni konsternacji, czując coraz większą niepewność. Wyobraźnia zaczęła im podsuwać irracjonalne wizje. Zwłoki wyglądały teraz na złowrogie, przyczajone i gotowe do ataku.

– Może zrobimy sobie przerwę? – zaproponował Wojtek.

Jego nerwy uległy zaskakującemu rozstrojeniu. Zapragnął nagle towarzystwa. Zaproponował dziewczynie lampkę koniaku. Roksana przyjęła propozycję z wdzięcznością. Wojtek rozpalił w kominku i usiedli zwyczajowo na „swoich” miejscach. Wiatr wył żałośnie za oknem, potęgując tylko niesamowity nastrój, któremu ulegli.

– Chyba daliśmy się porwać fantazji – mężczyzna próbował przekonać samego siebie.

– Tak, wszystko przez pańskiego pracownika, jak on się nazywa… – Roksana poszukiwała imienia w pamięci.

– Adam, no właśnie, Adam. Wszystko przez tę idiotyczną historyjkę.

Opróżnili kieliszki w milczeniu. Wojtek powoli odzyskiwał rezon, ale do osiągnięcia pełnego spokoju potrzebował więcej alkoholu. Nalał kolejną porcję koniaku. Roksana również wpatrywała się w butelkę, jakby widziała w niej zbawienie. Nagle wzrok dziewczyny powędrował gdzieś ponad ramieniem Wojtka. W jej oczach pojawiło się zdumienie i strach. Wyciągnęła przed siebie palec, jakby wskazywała widmo stojące za plecami swojego szefa.

– Czy to… – przełknęła ślinę, jej twarz przybrała kredowobiałą barwę – …czy to jakiś żart?

Odwrócił się gwałtownie.

– Jaki żart? O czym…. – urwał wpół zdania.

Wpatrywali się z niedowierzaniem w psycho-sonar, którego wahadło delikatnie poruszało się na boki. Wojtek poczuł się, jakby połknął bryłę lodu. Upiorne, zimne łapsko strachu ścisnęło go za gardło, za serce, przedostało się do żołądka, gdzie wbiło mu boleśnie pazury, wreszcie zimne palce ścisnęły go za jądra, które błyskawicznie się skurczyły. W tym czasie wahadło nieubłaganie kołysało się z coraz większą werwą przy akompaniamencie wyjącego wiatru i deszczu bębniącego o parapet, jakby noc przygrywała marsza żałobnego.

– Nie wierzę – mężczyzna wychrypiał z trudem. – To naprawdę działa.

Powinien się cieszyć, ale nie potrafił.

– Czy to znaczy… – kieliszek w dłoni Roksany drżał – … czy to znaczy, że tamta… – przełknęła ślinę – …tamta wytatuowana suka nie całkiem odeszła?

Przytaknął bezgłośnie. Nie potrafił dobyć z siebie żadnego dźwięku. Jego szczęki zacisnęły się boleśnie.

– Jaki jest plan? – Roksana walczyła z narastającą paniką.

Wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że nie ma zielonego pojęcia, co robić dalej.

– Chce mi pan powiedzieć, że bawi się pan w to okultystyczne gówno, a nie ma pan planu awaryjnego? – zirytowała ją naiwność gospodarza.

– Ok, musimy się uspokoić. – Wojtek wziął głęboki wdech. – Po prostu pójdę tam i zobaczę, co się dzieje.

– To bardzo głupi pomysł.

– Ma pani lepszy?

Nie miała, więc Wojtek podniósł się ciężko i podszedł do kominka, skąd zabrał mosiężny pogrzebacz. Ścisnął go mocno w dłoni i machnął w powietrzu. Spojrzał na Roksanę. Wpatrywała się w niego szklistym wzrokiem, starając się znaleźć w jego oczach cokolwiek, co dodałoby jej otuchy.

– Nie ma mowy, żebym tutaj została. – Podniosła się gwałtownie.

Ruszyli korytarzem, który prowadził do zakładu. Roksana trzymała się blisko Wojtka. Odruchowo ujęła dłoni mężczyzny. Nie wzbraniał się przed jej bliskością. Szli, trzymając się za ręce i rozglądając podejrzliwie dookoła. Wreszcie stanęli przy drzwiach, za którymi znajdowały się zwłoki.

Wojtek ostrożnie nacisnął klamkę. Drzwi ustąpiły bezgłośnie. Ich oczy musiały przyzwyczaić się do ciemności. W pierwszej chwili niczego nie widzieli. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach zaczęli odróżniać kontury mebli, stołu i wreszcie zarys leżącego trupa. Nie mogli zaprzeczyć temu, że ze środka sączył się nieprzyjemny chłód. Roksana poczuła, jak włoski na karku stają jej dęba. Sutki nabiegły krwią i pulsowały boleśnie.

– Pański nieboszczyk emanuje jak jasna cholera – szepnęła Wojtkowi prosto do ucha.

Po raz pierwszy Wojtek docenił obecność i bliskość dziewczyny. Cieszył się, że jest z nim w tej chwili; że ją zatrudnił; a nawet zaczął żałować, że traktował kobietę protekcjonalnie, zamiast spróbować ją uwieść. Nagle dostrzegli, że jaśniejsza plama, jaką stanowiły zwłoki, drgnęła nieznacznie. Ciało wykonało ruch na tyle dyskretny, że równie dobrze można było wziąć go za złudzenie. Mimo to Roksana czuła, że napinają się jej mięśnie. Wpatrywali się w majaczącą plamę tak intensywnie, że wszystko poza ciałem rozmyło się. Mrok, który wypełniał salę, wydawał się brudny i lepki. Sama myśl o wejściu do środka napawała ich obrzydzeniem, jakby oślizła ciemność mogła ich obłapić swoimi plugawymi mackami.

Nagle nieboszczka drgnęła w sposób niebudzący wątpliwości. Serce Wojtka zamarło ze strachu. Gdyby Roksana nie dyszała tuż obok, Wojtek zabrałby się stamtąd, gdzie pieprz rośnie. Zdusił chęć ucieczki i odwrócił się do dziewczyny.

– Ona chyba chce wstać.

Jeszcze godzinę temu Wojtkowi nie przyszłoby do głowy, że mógłby powiedzieć coś takiego o zwłokach.

– Przecież ona nie żyje. – Szept dziewczyny był niewyraźny; czuła jakby miała piach w gardle. – Musimy to coś powstrzymać.

Zaimponowała mu odwaga Roksany. Przypomniał sobie o pogrzebaczu, który wciąż ściskał w wolnej ręce. Wiedział już, że trzeba będzie z niego zrobić użytek. Wyłuszczył dziewczynie swój plan. Skinęła głową, że rozumie i się zgadza. Wojtek namacał włącznik i po chwili ciemność rozpierzchła się jak stado kruków.

Pomimo światła, weszli ostrożnie, obawiając się ataku z każdej strony. Powoli zbliżyli się do zwłok. Wojtek spocił się jak mysz.

Tymczasem nieboszczka w zwolnionym tempie odwróciła głowę w ich stronę. Obydwoje poczuli strach, chęć ucieczki powróciła ze zdwojoną siłą. Oczy Roksany przybrały rozmiary spodków, na których Wojtek stawiał zawsze filiżanki z kawą. Wpatrywała się z niedowierzaniem w nienawistne oczy trupa, który zdawał się śledzić każdy ich ruch.

– Prześcieradło. – Wojtek wskazał palcem na stolik, przy którym stała dziewczyna.

Nie spuszczając wzroku ze zwłok, sięgnęła po omacku i podała Wojtkowi białą tkaninę. Mężczyzna zwinął ją w coś na kształt grubego sznura. Jak na komendę oboje zbliżyli się do katafalku.

Wszystko wskazywało, że trup nie miał dość sił, żeby się podnieść. W przeciwnym razie sytuacja uległaby błyskawicznej zmianie. Zatrzymali się na wysokości bioder trupa: Wojtek z lewej, Roksana z prawej. Padli na kolana, unieruchamiając w ten sposób ciało. Roksana podała Wojtkowi swoją końcówkę. Ten wykonał szybki węzeł, przytraczając zwłoki do ciężkiego stołu. Podnieśli się. Martwa kobieta wpatrywała się w Roksanę z pogardą. Wężowate spojrzenie trupa paraliżowało dziewczynę. Mroziło szpik w kościach.

Nagle usta nieboszczki otwarły się.

– Miej mnie w opiece, chudzino – rozległ się upiorny szept.

Wojtek spojrzał na Roksanę. Stała bez ruchu, cała sztywna, jak odlana z brązu. Na legginsach dziewczyny pojawiła się ciemna plama, która powiększała się coraz bardziej i bardziej. Mocz spływał jej po nogach, czego zdawała się nieświadoma. Wojtek wziął zamach pogrzebaczem i wyrżnął trupa w głowę. Chrupnęła kość czaszki. Uderzył jeszcze raz i z otwartej rany spłynęła na podłogę ciemna maź. Nie wytrzymał. Pogrzebacz wypadł mu z rąk. Mężczyzna osunął się na kolana i zwymiotował.

– Święta śmierć. – Widmowy, nieludzki szept był ledwie słyszalny, ale nie mniej upiorny.

Roksana złapała za pogrzebacz. Podniosła się i ze łzami w oczach zaczęła z furią uderzać trupa w głowę. Słychać było koszmarne dźwięki pękającej kości, mlaśnięcia i dyszenie dziewczyny, która atakowała trupa w amoku. Nie miała pojęcia, jak długo wszystko trwało. Uderzała raz po raz. Na oślep. Uspokoiła się dopiero, kiedy poczuła, że Wojtek ją obejmuje.

– Już dobrze – usłyszała męski głos dobiegający z oddali, jakby znajdował się na drugim końcu sali.

Pogrzebacz upadł z brzękiem na podłogę. Oboje zamarli. Spojrzeli z lękiem na nieboszczkę. Jej głowa, a raczej to, co z niej zostało, wyglądała jak nadgryzione jabłko. Ciemna breja wciąż ściekała strugami z otwartej czaszki i z nieprzyjemnym odgłosem uderzała o podłogę. Poszarpana dziura zionęła czernią. Cuchnąca maź zdążyła utworzyć kałużę. Na szczęście zwłoki nie poruszały się, oczy trupa pokryło bielmo. Nagle Roksana upadła na kolana i zwymiotowała.

Wojtek starał się, jak mógł, uporządkować chaos we własnej głowie. Widok, który się przed nim roztaczał, budził odrazę i przerażenie. Musiał się uspokoić. Usiadł na podłodze, nieco dalej od stołu. Plecy oparł o ścianę i sięgnął po camela. Trzasnęła zapalniczka. Wessał zachłannie dym i spojrzał na swoją dłoń, która drżała tak bardzo, że nie mógł utrzymać papierosa. Na szczęście tuż obok usiadła Roksana i wyjęła niedopałek spomiędzy drżących palców mężczyzny. Zaciągnęła się i spojrzała na Wojtka, wciąż nie dowierzając temu co się wydarzyło.

– To nie była emanacja – wyrzuciła z siebie. – To była pierdolona manifestacja.

Nagle wybuchli śmiechem. Ich głosy wypełniły całe pomieszczenie. Z oczu Wojtka popłynęły łzy. Po gwałtownej, nieco histerycznej, eksplozji radości równie nagle zapadła cisza. Przed nimi na stole leżały potwornie okaleczone zwłoki. Z resztek głowy nieboszczki wciąż spływała cienka strużka kleistej brei. Z rozłupanej czaszki wypadł kawałek kości. Na podłodze, pod okaleczonym ciałem, zebrała się duża ciemna plama, na którą składały się fragmenty mózgu, krew i ciemna maź. Makabryczny obraz. Roksana zwróciła papierosa Wojtkowi. Mężczyzna zaciągnął się głęboko, rozkoszując smakiem nikotyny. Dym zabijał nieprzyjemny odór.

– Posprzątam tutaj, jest pani wolna – zdecydował.

Odwróciła głowę w stronę szefa i po chwili wybuchli śmiechem po raz drugi. Sytuacja stawała się coraz bardziej surrealistyczna, jednak ich śmiech był już mniej histeryczny. Stanowił doskonały sposób na odreagowanie koszmaru, którego doświadczyli.

– Posprzątamy razem – Roksana odparła z pełną determinacją.

Wojtek przyniósł dwa wiadra, mopy, mnóstwo detergentów, kilka szmat i dwie pary żółtych, gumowych rękawic. Umieścił zwłoki w trumnie, którą od razu zamknął, po czym dwa razy upewniał się, że zrobił to właściwie. Odstawili ciało w najdalszy kąt sali. Zabrali się razem do pracy. Nie odzywali się do siebie. Wszelkie słowa były teraz zbędne. Samo zajęcie się czymś tak przyziemnym jak porządki pozwalało zebrać myśli, uspokoić się, ochłonąć i choć przez chwilę skupić na czymś przyziemnym.

Po godzinie nie pozostał ślad po makabrze. W pomieszczeniu panował porządek, w powietrzu unosił się ostry zapach środków czystości, a trumna stała pod ścianą, zamknięta. Opuścili pomieszczenie z ulgą. Wojtek na wszelki wypadek zamknął drzwi na klucz.

Roksana poszła wziąć prysznic. Od chwili, kiedy zaczęli sprzątać, nie odezwali się do siebie choćby słowem. Wojtek postanowił zaczekać na dziewczynę w gabinecie. Skorzystał z okazji i, żeby uspokoić nerwy, napił się koniaku. Najpierw upewnił się, że psycho-sonar przestał pracować. Tym razem pił prosto z butelki. Zdążył wypalić trzy papierosy, zanim dziewczyna zwolniła łazienkę. Stojąc pod prysznicem, zauważył kilka włosów tuż przy spływie wody. Normalnie odsunąłby się ze wstrętem, założył rękawiczki i sprzątnął znalezisko, ale coś w nim pękło. Zignorował nieporządek i pozwolił, żeby woda zmyła z niego maskę strachu.

Kiedy wrócił z łazienki, Roksana czekała na niego, ubrana w halkę, która ledwie zasłaniała fikuśne majtki. Zupełnie bezsensownie odnotował, że najwidoczniej dziewczyna posiada tylko tę jedną halkę. Nagie piersi majaczyły pod cienką, prześwitującą siateczką. Włosy spięła niedbale z tyłu głowy. W dłoni ściskała butelkę koniaku. Pociągnęła z gwinta, po czym przekazała szkło Wojtkowi. Odebrał je bez słowa. Napił się, nie spuszczając oczu z dziewczyny. Oddał butelkę, ale Roksana odstawiła ją na podłogę.

– Ja już dziękuję – zaprotestowała. – Trochę się już upiłam.

– W takim razie czas się pożegnać.

– Chyba nie sądzi pan, że po tym wszystkim pójdę spać do piwnicy? – Ruszyła za Wojtkiem.

Czuł się dziwnie w towarzystwie kobiety, ubrany w same bokserki i koszulkę na ramiączkach. Zatrzymał się przy łóżku i zerknął na nią. Choć zmęczony, nawet sponiewierany, nie mógł nie zauważyć, jak bardzo jest seksowna. Mimo to zakłopotanie wzięło nad nim górę.

Roksana podeszła z lewej strony łóżka. Dostrzegła jego niepewność i uśmiechnęła się pod nosem.

– Nie ugryzę pana. – Wśliznęła się pod kołdrę.

Za oknem niespokojna noc wciąż grała diaboliczny koncert. Wiatr co rusz napierał, jakby się uparł, żeby wepchnąć okna sypialni. Zawodził, szybując wokół domu w poszukiwaniu wejścia. Roksana przysunęła się do Wojtka. Poczuł, jak leżąc na boku, przywiera do niego plecami i pośladkami. Pierwsza kropla deszczu uderzyła w okno. Wojtek zawahał się, chciał przytulić dziewczynę, ale bał się jej reakcji. Druga kropla trafiła w parapet tuż za ich głowami. Wojtek wysunął rękę, muskając krągłe kobiece biodro. Złapała go za dłoń. Trzecia i czwarta kropla spadły już z większą częstotliwością. Jedna po drugiej. Roksana przejęła inicjatywę, sama wsunęła się w objęcia Wojtka. Jakby był pluszakiem, maskotką z dzieciństwa, która potrafi odgonić koszmary. Wojtek odetchnął z ulgą. Po chwili rozpadało się na dobre. Demiurg nocy wygrywał monotonne akordy, używając okna jako instrumentu. Jesienna kołysanka wzięła ich w ramiona.

Poczuł ciepło Roksany i zamknął oczy ciesząc się jej bliskością. Kobieta oddychała miarowo, miał wrażenie, że bicie jej serca stanowiło kolejny pogłos w dźwiękach nocy, tyle że przyjazny. Wspaniała melodia dla skatowanego umysłu Wojtka. Obecność drugiej osoby uspokajała mężczyznę. Liczył na wzajemność. Zapach szamponu do włosów nowej lokatorki odurzał i pozwalał się odprężyć. Zapomnieć na chwilę o tym, co złe. Taki zapach już całe lata nie gościł w tym domu. Dźwięki dobiegające zza okna zlały się w jedno z biciem serca ich obojga. Wojtek zaczął odpływać, aż wreszcie zasnął.

* * *

Nie licząc Wojtka, ludzi, których zatrudniał, Roksany, księdza i dwóch grabarzy, cmentarz był pusty. Kilka starych, potężnych dębów szeleściło opadającymi liśćmi jakby w proteście przed pochówkiem. Ksiądz odmawiał modlitwę w pośpiechu. Jeden z grabarzy nerwowo zerkał w niebo i na swoją łopatę. Chciał już mieć pogrzeb z głowy, zanim spadnie deszcz. Wszyscy zebrani sprawiali wrażenie, jakby chcieli odejść znad grobu jak najszybciej.

Po dziesięciu minutach grabarze opuścili trumnę, kapłan pokropił ją wodą święconą, nakreślił znak krzyża w powietrzu i ruszył szybkim krokiem w stronę wyjścia. Wojtek i Roksana pożegnali się ze swoimi ludźmi jeszcze przy grobie. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Roksana wsunęła rękę pod ramię Wojtka. Skierowali się w stronę parkingu

Po powrocie do domu Wojtek rozpalił w kominku. Ogień przełamał posępną szarość majaczącą za oknem. Mężczyzna otworzył nową butelkę koniaku i rozlał trunek do dwóch kieliszków. Po chwili zjawiła się dziewczyna. Miała na sobie ciemną tunikę, czarne rajstopy i buty na wysokim obcasie. Makijaż Roksany zrobił na nim duże wrażenie: ciemny cień na powiekach i krwistoczerwone usta. Wcześniej był tak spięty, że nie zwrócił większej uwagi na jej wygląd. Na cmentarzu cały czas zerkał na boki, upewniając się, czy nie kręcą się w pobliżu podejrzani ludzie.

– Po tym wszystkim… – rozłożył ręce – …co przeżyliśmy, chyba możemy przejść na „ty”.

– Zróbmy to w pańskim stylu.

Sięgnęła po swój kieliszek. Początkowo nie zrozumiał intencji dziewczyny, jednak kiedy się zbliżyła, odczytał jej plan.

– Bruderszaft?

– Bruderszaft – potwierdziła z uśmiechem.

Nie był pewny, ale odniósł wrażenie, że głos Roksany uległ subtelnej przemianie, która spowodowała, że Wojtkowi przebiegł po plecach przyjemny dreszcz.

Opróżnili kieliszki duszkiem. Dziewczyna skrzywiła się, ale jej twarz szybko znalazła się tuż obok Wojtka. Poczuł usta Roksany. Pocałowała go bardzo delikatnie. Doznał dreszczyku, wywołującego gęsią skórkę. Zupełnie jakby przekazała razem ze swoim dotykiem niewielki ładunek elektryczny. Usta obojga musnęły się, ale żadne z nich nie cofnęło głowy. Wojtek zbliżył się ponownie, dotykając kobiety jeszcze raz. Miała wilgotne wargi, smakowały koniakiem i zapomnianą słodyczą. Roksana przywarła do niego i wtedy stracił nad sobą kontrolę.

Złapał dziewczynę w pasie, przyciągnął do siebie i wessał się w jej usta z dziką namiętnością. Puściły wszystkie hamulce. Po chwili poczuł język, który wsunęła mu niemal do gardła. Złapała go za szyję i wbiła paznokcie w skórę. Przeniósł rękę z talii na kształtny tyłek, ścisnął mocno pośladek, zadarł tunikę i przesunął dłonią po wewnętrznej stronie uda dziewczyny. Kiedy dotarł do celu, przekonał się, jak jest rozpalona. Chwycił ją za biodra i podniósł. Jej nogi natychmiast owinęły się na jego biodrach.

Doszedł z nią do sypialni i niemal rzucił na tapczan. Złapał zgrabne nogi dziewczyny i rozchylił uda. Roksana patrzyła na niego mętnym wzrokiem, ciężko oddychając. Miała otwarte usta i pożądanie wymalowane na twarzy. Położył bezwstydnie dłoń tam, gdzie była wilgotna. Pod ciemnym materiałem rajstop ukryta była przed nim kobiecość. Pulsująca, miękka i rozpalona. Pogłaskał dłonią miękkie ciało Roksany, jakby mierzwił pluszaka. Czuł, że dziewczyna nie ma na sobie majtek. Złapał delikatny materiał dłońmi i rozerwał rajstopy w kroku. Spojrzał na jej różowe, nabrzmiałe wargi, przywodzące na myśl rozkoszny kwiat. Wyjął niecierpliwym ruchem penis i rzucił się na nią. Wszedł w nią gwałtownie, targany emocjami, którym nie poddawał się od lat. Kobieta jęknęła, zacisnęła na nim uda, a jej miednica zaczęła tańczyć. Nie zamierzała pozostać bierna.

Na twarzach mieli wypieki. Kochali się energicznie, zachłannie. Roksana wewnątrz była bardzo mokra, miękka i delikatna jak jedwab. Soczysta jak dojrzała pomarańcza. Wiedział, że nektar kochanki jest oznaką tego, jak bardzo go pożąda. Czuł, że zaraz oszaleje z rozkoszy. Obydwoje wpadli w trans, erotyczne upojenie, domagające się rychłego finału. Nabrzmiała żołądź zaczęła pulsować nerwowo i intensywnie. Czuł, jak rozpycha kobietę w środku. Orgazm był na wyciągnięcie ręki. Spuchnięta główka stała się ogromnie wrażliwa, upojona zmysłową intymnością, cielesną rozkoszą na pograniczu szaleństwa. Kochanka znieruchomiała, wyczuwając jego stan. Spojrzeli sobie w oczy, jakby oboje byli zaskoczeni, że jest im ze sobą tak dobrze. Ciszę przerywały jedynie ich przyspieszone oddechy.

Roksana delikatnie poruszyła biodrami. Położyła dłoń na jego podbrzuszu, dając mu tym samym do zrozumienia, że powinien pozostać nieruchomy, niewzruszony niby posąg. Miednica kobiety falowała dyskretnie. Poruszała się jak leniwa fala, wijąc się na twardym prąciu. Pozwalała, żeby śliskie, rozpalone wnętrze, ocierało się o członek, wiło się na nim niczym wąż-kusiciel. Penis kochanka pulsował w niej, co świadczyło, że lada chwila Wojtek eksploduje. Jej ciało również było gotowe. Pochwa Roksany tętniła, wrzała, wręcz kipiała jak wzburzone morze. Eksplodowali jedno po drugim. Ogarnęła ich euforia, wręcz błogostan, dzięki któremu choć przez krótką chwilę mogli dryfować w odmiennym stanie świadomości.

* * *

Roksana stała w progu wejścia do sypialni, patrząc na śpiącego w głębi Wojtka. Zaciągnęła się dymem. Musiała pozbierać myśli. Nigdy by nie przypuszczała, że ukrywając się w zakładzie pogrzebowym, doświadczy takich emocji. To miała być nudna egzystencja. Powinna zebrać trochę grosza i uciec z tego nieszczęsnego miasta, tymczasem trafiła w sam środek koszmaru. Poza tym nie chodziło wyłącznie o koszmar, którego była świadkiem. Wojtek tak różnił się od facetów, z którymi dotychczas miała do czynienia. Wciąż jeszcze nie odzyskała pełni władz w nogach po orgazmie. Zawsze czuła się w łóżku wyłącznie przedmiotem, zabawką pozwalającą wyładować seksualny popęd swoich kochanków. Seks z Wojtkiem to było coś zupełnie innego.

*

Przejdź do następnej części – Pogrzebywacz II: Martwy kruk

*

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Witamy na naszych łamach 45 Autora Najlepszej Erotyki 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Witam, teraz już oficjalnie, nowego Autora NE, z którym miałam przyjemność pracować w ostatnich tygodniach. 🙂

Historia niełatwej relacji właściciela zakładu pogrzebowego i jego dość przypadkowej pracownicy, zatopiona w klimacie grozy, intryguje od samego początku. On – już nie młodzieniaszek, dziwak, snob, który zatracił niemal zdolność naturalnej interakcji z płcią przeciwną, ona – wyszczekana, młoda prowokatorka, rogata dusza o niełatwej przeszłości. A jednak ciągnie ich ku sobie. W warstwie obyczajowej nie ma więc zaskoczenia – właściwy gatunkowi katalizator pozwala rozładować gromadzące się od początku napięcie. Gdyby nie był to wstęp do cyklu, fabuła trącałaby banałem większości hollywoodzkich produkcji. Tyle że czujemy, iż każde w tym duecie ma coś do ukrycia.

Miłośnicy twórczości mistrzów horroru nie powinni poczuć się rozczarowani. Scenografia zakładu pogrzebowego z pewnością pasuje aż nadto do konwencji opowieści grozy, choć wielu bez wątpienia zaskoczy w opowiadaniu erotycznym. Opisy nieprzyjaznego żywiołu redukują plan (z małym wyłomem na wizytę na cmentarzu) do smaganej wiatrem i deszczem, nieprzyjaznej szarości na zewnątrz i pozornie bezpiecznego wnętrza domu Wojtka, kojącego ciepłym blaskiem ognia, odbitym w bursztynowym trunku.

Owszem, co bystrzejsze oko wychwyci drobne ułomności stylu i fabuły. Biorąc jednak pod uwagę, iż jest to tekst debiutancki, zasługuje w mojej ocenie na mocną czwórkę. 🙂

Od czasu “Revenscar” brakowało nam na Najlepszej Erotyce porządnego horroru. Mam wielką nadzieję, że cykl Człowieka w Czerni wypełni tę lukę (bo Smok Wawelski pisze ostatnio romantyczne miniatury, zamiast zajmować się tym, co idzie mu najlepiej 😉 ).

Opowiadanie podoba mi się, wszelkie wątpliwości interpretuję na razie na korzyść Autora, bo to dopiero pierwsza część i mam nadzieję, że moje pytania znajdą jeszcze odpowiedzi. Jeśli czegoś mi tu brakuje, to większej porcji erotyki. Tu zajmuje mniej niż 10% tekstu. Chciałbym, by w następnych odcinkach znalazła nieco bardziej prominentne miejsce.

I o co chodzi z tym ostatnim akapitem? Wydaje się, jakby opowiadanie zostały w tym miejscu brutalnie urwane 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Witam nowego Autora i gratuluję niezłego debiutu. Naprawdę i szczerze.
Aby jednak być konstruktywny, drobne uwagi poniżej:
Środek opowiadania nudnawy, przeciągnięty, być może do skrótu albo do innej zmiany.
Opis sceny erotycznej nieco ociera się o grafomanię, ale całość godna lubika.
Ciekawe, czy Artimar bardzo się z Tobą, Autorze, napracowała, ale żadne usterki nie rzucają się w oczy.
Brawo,
Uśmiechy,
Karel

Artimar korektorsko bywa nie do zniesienia 😉
Odnośnie dłużyzn – nie miałam takiego wrażenia w trakcie lektury. Uważam, że i upiorny żart, i sceny alkoholizacji przy kominku były potrzebne, aby bohaterowie mogli się ze sobą oswoić. Swoiste podchody – badanie i wyczuwanie przeciwnika.

Podobało mi się zróżnicowanie stylów mówienia bohaterów – bardzo swobodny dziewczyny i sztywnawy mężczyzny. Ale – jak wiadomo – bardzo lubię dialogi, choć w każdym tekście stanowią dla mnie największe wyzwanie.

Uh, dobre! Wciągające, intrygujące. Super! Nie zgodzę się z opinią Karela, że środek nudny. Ja czytałam z wypiekami na twarzy i cieszyłam się, że nie sięgnęłam po opowiadanie w nocy 🙂
Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy. Podobało mi się! Madź

Dobry wieczór!
Miło mi powitać nowego kolegę, już oficjalnie na łamach Najlepszej/ Przyznam szczerze, że zazwyczaj unikam tekstów otagowanych jako groza. Tekst literacki jeszcze nigdy nie wywołał we mnie strachu czy zaniepokojenia.

Tym razem jednak zrobiłem wyjątek i przeczytałem historię Roksany i Wojtka. Włos nie zjeżył mi się na karku, tak jak zakładałem, ale poza tym nie mam się do czego doczepić. Liczę, że w kolejnych odcinkach będzie nam dane więcej dowiedzieć się o bohaterach.
Zostawiłem mocne cztery. Wystartowałeś bardzo dobrze, mam nadzieję, że wraz z kolejnymi opowiadaniami będzie tylko lepiej. 🙂
Pozdrawiam,
Foxm

Witaj, Man In Black,

Debiut uważam za udany. Historia ciekawa, ucięta odpowiednim akcentem, powodującym ciekawość.
Z chęcią poczekam na ciąg dalszy.

I jeszcze jedno, najważniejsze – masz świetną Korektorkę. Czerp wiedzę od niej wiadrami, a wyjdzie Ci to na dobre.

Pozdrawiam,
kenaarf

Dzięki za komplement 🙂 Zasługuje na niego przede wszystkim Karel, który wykonuje nad moimi tekstami iście tytaniczną pracę. Przy Nim nauczyłam się najwięcej o pisaniu 🙂

78 Roksan i 61 Wojtków – autorze słownik synonimów sobie kup

Marudo, miło znów Cię widzieć! Szczerze 🙂

Swoją drogą, ciekaw jestem, dlaczego pod tym udanym debiutem jest tak mało komentarzy.

Czyżby nasi co bardziej Czytelnicy woleli skupiać się na tekstach, które w ich ocenie są poniżej naszego poziomu?

Pozdrawiam
M.A.

Megasie – może dlatego, że się wszyscy zgadzamy? Nie ma różnicy zdań – nie ma dyskusji.
Madź

Opowieść jest wciągająca – to główny atut. Jak na debiutanta, całkiem nieźle.
Ale błędy są.
Uzasadniona szczegółowość w opisie deszczu i budowanie klimatu, przeszkadza jeśli chodzi o wygląd domu i zmieniacego sie z każdą sceną ubrania kobiety.
Niektóre metafory i określenia w scenie seksu były mocno już wysłużone i sztampowe.
Podawanie marek alkoholu, płyt i podkreślanie – trochę na siłę – statusu majątkowego Wojtka było przesadzone. Złota papierośnica zabiła nastrój :]
Więcej szczegółowych uwag – jak znajdę czas i nastrój.
Mocne 3 i pół ode mnie.

Pozwolę sobie częściowo nie zgodzić się z Twoją opinią.
Uważam, że opis domu jest też elementem charakterystyki Wojtka. Przesadzę porównaniem, ale tak samo w jednej z moich ulubionych lektur, “Lalce”, Izabela Łęcka jest charakteryzowana przez jej buduar i stojące w nim między innymi lustro, czy Ignacy Rzecki przez pokoik z okienkiem przystrojonym zielonymi firankami.

Nie twierdzę, że tekst jest bez wad, ale Autor jest na bardzo dobrej drodze do wypracowania oryginalnego stylu. I na pewno tego debiutu nie będzie musiał się wstydzić za dziesięć lat.

“Wskazał gościowi miejsce przy wykonanym z orzecha stole” – a jakie znaczenie ma to, że to był orzech? i co na to wskazuje – charakterystyczne słoje, barwa, faktura?
“pokrywały kafelki, utrzymane w niemal sterylnej czystości” – sterylny się nie stopniuje – albo jest sterylne albo nie.
“zapalił nowego camela” – jakie znaczenie znaczenie ma marka papierosa? nie ma – to nie są charakterystyczne (czy ulubione) papierosy bohatera.
Szczegóły zbędne dla opowieści. Jeśli zwracasz na coś uwagę tak szczegółową… to jak ze strzelbą na scenie – ona tam wisi, by w trzecim akcie wypalić.
Wskazuję na niektóre ze zbędnych opisów, bo autor ma tendencje do szczególanctwa. Spokojnie do wyeliminowania.

Proponuję eksperyment. Wytnij z opowieści zaznaczone fragmenty i zobacz czy tekst stracił na logice czy fabule.
“Na śniadaniu Roksana zjawiła się w czarnych legginsach, płaskich, wygodnych butach i białej koszuli, która niwelowała nieco luźny styl.”
“Czarne legginsy zamieniła na turkusowe, a białą koszulę na bawełniany t-shirt.”
“Miała na sobie ciemną tunikę, czarne rajstopy i buty na wysokim obcasie.”
Umiejętnie pisać to umieć ciąć. Dużo liter nie znaczy wysoka jakość.
Zwłaszcza, że w tym przypadku i bez tego mamy dość dobry opis postaci bohaterki i charakterystyki zmian jakie w niej zachodzą.

To szczegóły. To jest udany debiut jak na żółtodzioba. Czemu tylko (aż) 3,5? Bo pamiętam debiut Sitaaar, czy Odile (zoozy i Boobera nie liczę bo to stare wygi) – tamte były na 5.
Nie stosuję taryfy ulgowej w ocenach debiutantów właśnie po to, żeby zachować proporcje.

Przyznam, że miejscami szczegółów mogłoby być mniej, ale:
– lity orzech pośrednio wskazuje na zamożność głównego bohatera;
– marka papierosów jest wygodnym synonimem (ja bym się raczej przyczepiła, że tak zamożny facet pali takie nic nadzwyczajnego ;-));
– legginsy i rajstopy sugerują mi, że Wojtek jest fetyszystą tej części kobiecej garderoby.

Wobec “sterylności” pozostaje mi tylko skłonić głowę z uznaniem. Nie wyłapałam tego.

Gratuluję “odkrycia” kolejnego autora!

Generalnie niezłe, choć zgadzam się z uwagami Barmana… no i za mało seksu ;D

Witam nowego autora na NE. Nie jestem wielbicielem opowieści grozy, jak i BDSM, ale ten tekst przeczytałem z zainteresowaniem, bo napisał go ktoś nowy na tych łamach. Opisy pogody za oknem i kontrastujące z nią spokojne, przytulne i ciepłe wnętrze domu Wojtka widziałem oczami wyobraźni tek wyraźnie, jakbym widział to na filmie z dobrym dźwiękiem. Bardzo dobrze wprowadza w nastrój miejsca. To mi się spodobało. Co do “szczegółowości” – to nie przeszkadza, ale rzeczywiście nic nie wnosi do akcji, sam też łapię się często na tym, że za dużo podaję szczegółów, a korektorka ma z tym dodatkową robotę. Mało seksu, jak napisał M.A. – to dopiero początek cyklu i mam nadzieję, że w następnych częściach będzie go więcej. Jeden lepszych debiutów, jakie miałem przyjemność czytać.

Pozdrawiam
Micra21

Napisz komentarz