Strzeż się pociągu (Miniatury Smoka Wawelskiego) Brak ocen

14 min. czytania

Szanowni Czytelnicy,

W przerwach pomiędzy kolejnymi częściami “Siedmiu pieczęci” chciałbym zaprezentować kilka mniejszych lub większych opowiadań, stanowiących zamknięte całości – ot, taka próba ucieczki od ciągłego pisania jednej historii.

Dziś oddaję Wam do czytania dwa utwory zainspirowane moim ulubionym zbiorem opowiadań Stefana Grabińskiego “Demon ruchu”. Tekst pierwszy powstał w oparciu o fragment “Głuchej przestrzeni”, drugi nawiązuje do “Sygnałów”.

Nie będę przedłużał. Życzę przyjemnej lektury.
Smok Wawelski


Pociąg widmo

Pomiędzy Orszawą a Byliczem zregulowano przestrzeń. Stało się to możliwym dzięki zasypaniu mokradeł nad Wierszą i przeprowadzeniu niwelacji pod tzw. “Upłazikiem”. Wskutek tego linia uległa znacznemu skróceniu, gdyż pociąg zamiast omijać bagnisty teren w wielkim, silnie na północ wygiętym łuku szedł teraz po jego cięciwie, zmierzając do celu prosto jak strzała.

Skrót okazał się ze wszech miar pożądanym. Ruch kolejowy zyskał znacznie na tempie, a okolica, dotychczas malaryczna z powodu bagiennych wyziewów, wkrótce przybrała charakter suchej, zdrowej równiny, która wnet pokryła się bujną zielonością.

Dawną przestrzeń, okrężną, zwaną teraz “głuchą”, zamknięto i izolowano. Do rozebrania toru i usunięcia obiektów kolejowych zamierzała dyrekcja ruchu przystąpić dopiero po pewnym czasie. Nie było z czym się spieszyć; wiadoma rzecz: zburzyć łatwo, zbudować trudniej…

Stary dworzec kolejowy w Ostrowach, choć nazwa dworzec jest tu pewnym nadużyciem, popadał powoli w ruinę, oddając życie nowemu kompleksowi kolejowemu na nowej trasie. To, co zostało w Ostrowach, można było – dla zachowania prawdy przekazu – nazwać stacyjką, a dokładniej kawałkiem peronu, usytuowanym pośrodku niczego. Kto wie, co miał w głowie planista kolejowy, który zdecydował się na umiejscowienie przystanku właśnie w tym miejscu. Może były to tylko jemu znane plany zagospodarowania terenu, które miały w przyszłości zapewnić dobre połączenie komunikacyjne dla nowych mieszkańców okolicy, może było to przeoczenie, a może zwykła fanaberia lub zalecenie dyrektora kolei, aby umieszczać więcej stacji na terenach jeszcze niezamieszkanych. Co by nie było prawdą, faktem było, że pociągi pomiędzy Orszawą a Byliczem nie kursowały już przez Ostrowy, a infrastruktura popadała w ruinę.

Zdarzyło się pewnego dnia, że na dworcu zawitał nietypowy gość. Gdyby tylko ktokolwiek tamtędy się przechadzał, z pewnością młoda kobieta, stojąca i – zdawać by się mogło – oczekująca na przyjazd pociągu, wzbudziłaby jego zainteresowanie. Nie była to miejscowa, nie wyglądała też na turystkę. Najdziwniejsze jednak było to, że od czasu przestawienia ruchu na nowy trakt minęło już dobre pół roku i przez ten czas przez Ostrowy nie przejechał żaden skład.

Ciepłe powiewy popołudniowego, a później wieczornego wiatru smagały co i rusz skórę i równie delikatną tkaninę sukienki, w którą była ubrana podróżna. Nogi zaczęły jej już ciążyć w niewysokich szpilkach. Na peronie nie stała żadna ławka, na której można by odetchnąć i dać odpocząć zbolałym łydkom i stopom. Zdumiewająca była wytrwałość kobiety. Kilkugodzinne oczekiwanie na pociąg, który i tak nie miał nadjechać, czyniło ją postacią jeszcze bardziej zagadkową.

Równo o godzinie dwudziestej na peronie nieśmiało zamrugały, a następnie rozpaliły się trzy stare latarnie. Były one jedyną działającą jeszcze częścią stacji. Podpięto je do sieci elektrycznej, zapewniającej prąd w leżących kilka kilometrów dalej Ostrowach i widocznie zapomniano o nich podczas wygaszania z użytku dworca. Trupioblade światło jarzyło się coraz pewniej, ciągle jeszcze ustępując jednak miejsca promieniom słonecznym. Rozwiązanie włączania lamp było beznadziejne, gdyż latem latarnie świeciły się, gdy było jeszcze bardzo jasno, a zimą zapalały się na długo po zapadnięciu zmroku, jednak zapewniało borykającej się z problemami finansowymi kolei coś bardzo ważnego – bezobsługowość.

Kobieta stała wytrwale na peronie, wierząc, że przecież w końcu musi przyjechać jakiś pociąg. Wyglądało to tak, jakby nie było dla niej ważne, dokąd się uda, byleby opuścić to miejsce raz na zawsze. Bez różnicy, czy transport będzie prowadził na wschód, czy na zachód, ważne było dla niej, by zostawić Ostrowy za sobą. Od momentu zapalenia się lamp, które chyba uzmysłowiły jej upływający na czekaniu czas, z nerwów spoglądała co i rusz na zegarek, jak gdyby mogło to przyspieszyć przybycie pociągu. Około godziny dwudziestej drugiej, kiedy światło latarni toczyło już zawziętą walkę z zapadającym mrokiem o dominację na peronie, zrezygnowana chciała oddalić się w sobie tylko znanym kierunku. Szybszym krokiem podążyła w kierunku końca betonowej rampy, z której wąską, ubitą ścieżką można było dojść do wsi, jednak zanim dotarła do końca kolejowej stacji, usłyszała za sobą ciche gwizdnięcie. Szybkim ruchem głowy odwróciła wzrok w kierunku, z którego dochodził odgłos. Zawróciła.

Z oddali dostrzec można było równie trupie co dawane przez latarnie światło. Początkowo zbijało się ono w jeden oślepiający promień, tłumiący widok tego, co znajduje się za nim. Po kilku chwilach można było już dostrzec rozszczepienie się blasku na trzy osobne źródła, pochodzące z trzech lamp frontowych lokomotywy. Biały dym, przenikający jakimś cudem przez ciemność, nie pozostawiał złudzeń. Na peron wjeżdżał pociąg. Nim znalazł się na wysokości dworca jeszcze raz dobiegł z niego przeciągły gwizd, po czym leniwie wtoczył się na stację. Zwalniając z każdym przejechanym metrem, w końcu zatrzymał się z piskiem. Gdyby tylko znajdował się w pobliżu ktoś miejscowy, z pewnością maszyna, która stała na torach, wprawiłaby go w zdumienie. Nie ze względu na swój wygląd, bo był to skład jakich wiele, ale ze względu na swoją obecność w tym miejscu i o tym czasie. Dla kobiety, która najwyraźniej była w tej okolicy kimś obcym, nie stanowiło to ani żadnego dziwu, ani tym bardziej nie było czymś niepokojącym.

Kobieta podeszła do drzwi jednego z wagonów i już miała nacisnąć klamkę, kiedy te z impetem otworzyły się w jej kierunku. Odskoczyła, ledwo utrzymując się na szpilkach. Spojrzała w górę. Nad nią stał wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna w konduktorskim mundurze.

– Dzień dobry. Czy mogę prosić o pomoc? – zapytała, patrząc mu prosto w oczy.

– Oczywiście – odpowiedział szybko i wyciągnął rękę w kierunku podróżnej. Szybkim ruchem przyciągnął ją ku sobie.

Wtedy po raz pierwszy poczuła jego nadludzką siłę. Zdawało jej się, że jest piórkiem, z którym konduktor może zrobić wszystko… czy jej się to podoba, czy nie.

– Wygląda na to, że będziesz dziś naszą jedyną podróżną – podsumował, spoglądając i dając znak koledze, który stał przy drzwiach przy końcu wagonu.

Kobietę zdumiała bezpośredniość pracownika pociągu, ale w sumie czego można się spodziewać po ludziach. To nie mundur uczy kultury; to dom rodzinny powinien to zrobić.

Drzwi wagonu zamknęły się z trzaskiem. Kobieta złapała się poręczy, nie chcąc, by szarpnięcie ruszającego pociągu pozbawiło ją równowagi. Pociąg jednak nie ruszał. Po chwili zdziwiona chciała zapytać o to konduktora, lecz nim zdążyła się do niego odwrócić, silne uderzenie w tył głowy otumaniło ją całkowicie. Ostatnie, co poczuła, to uginające się pod nią bezwładnie nogi i silne ręce napastnika, które nieznoszącym sprzeciwu szarpnięciem przyciągnęły ją do konduktora.

Obudziło ją kolejne uderzenie. Tym razem całe jej ciało bezwładnie opadło na wysłużoną i brudną kanapę przedziału. Szorstki materiał, którym obite było siedzisko, podrażnił cerę jej twarzy, a impuls bólu, który to wywołało, przywrócił zmysły. Były jeszcze jednak stłumione. Kobieta nie potrafiła się odnaleźć w przestrzeni, w której się znajdowała; nie była też w stanie myśleć racjonalnie. Ostre kłucie w tyle głowy nie pozwalało jej się skupić.

Całkowita przytomność wróciła jej wtedy, gdy poczuła grube, zimne palce na skórze ud. Dłonie napastnika pchały się bezceremonialnie pod sukienkę, chcąc znaleźć drogę do majtek. Chciała się poderwać, schować, spróbować uciec, zrobić cokolwiek, byleby nie dopuścić do tego, co – jak zrozumiała – zaraz się stanie. Agresor był jednak czujny i gdy tylko poczuł jej ruch, przycisnął mocno jej ciało do siedziska i położył się na niej, uniemożliwiając swobodny ruch.

– Ratunku! Niech mi ktoś pomoże! – wykrzyknęła.

– Nikt cię tu nie usłyszy, dziwko. Możesz wydzierać się do woli, choć już za chwilę będziesz się drzeć z rozkoszy – zadrwił konduktor.

– Zostaw. – Ciszej już, bardziej błagalnym tonem powiedziała kobieta, jednak jasne było, że mężczyzna nie planuje rezygnować ze swoich zamiarów. – Nieee – ciągnęła ze łzami w oczach, kiedy poczuła, że agresor ponownie kieruje dłoń w stronę jej majtek.

Mężczyzna dla lepszego dostępu podwinął jej sukienkę, odsłaniając sprężyste pośladki kobiety, schowane jedynie pod prześwitującym materiałem koronkowej bielizny.

– Nie, proszę! – Płacząc, próbowała wyrwać się z potrzasku. Jej skóra stała się mokra od potu, efektu szamotaniny i stanu emocjonalnego kobiety.

– Zamknij się, suko! – rozkazał konduktor, po czym uderzył kilkakrotnie głową kobiety o siedzisko.

Każdy jego ruch, każde uderzenie sprawiało jej niewyobrażalny ból fizyczny, a nieuchronność tego, co miało się stać, rozrywały jej psychikę od środka. Jedyne, co mogła robić, to próbować opierać się napastnikowi tak długo, jak to było możliwe, licząc, że może jednak ktoś się zjawi i ją uratuje. Czuła jednak, że siły powoli ją opuszczają, jej opór staje się coraz słabszy i jeśli szybko nikt jej nie pomoże, to skończy się to dla niej brutalnym gwałtem.

– Nie, nie! – zaprotestowała, kiedy poczuła, że konduktor ciągnie za jej majtki, zsuwając je na wysokość ud.

Rękom brakowało już energii, by odsunąć od siebie napastnika, wiła się więc i kręciła, starając w miarę możliwości utrudnić mu zsuwanie koronki po mokrej od potu skórze. Doskonale czuła, że kiedy majtki znalazły się na wysokości kolan, gwałciciel wsunął dłoń pomiędzy swoje a jej ciało. Wprawnym ruchem wyciągnął twardy członek i nakierował go na krocze dziewczyny. Nie pamiętała już o bieliźnie. Teraz stawiała opór przed szukającym wejścia do jej kobiecości penisem. Starała się zaciskać nogi jak tylko było to możliwe. Mężczyzna znał już jednak skuteczny sposób otępienia jej zmysłów. Uderzył jeszcze kilkakrotnie głową dziewczyny o szorstkie obicie siedziska. Zakręciło się jej w głowie i na chwilę mięśnie stały się bardziej wiotkie. Ten moment wykorzystał konduktor. Gdy wracały jej zmysły, poczuła, że oślizgły penis dotyka jej warg. On także to poczuł i nim kobieta zdążyła cokolwiek zrobić, wepchnął się z całej siły w jej wnętrze. Wrzasnęła z bólu. Nie była przygotowana na zbliżenie, nie chciała go, nie było więc nic dziwnego w tym, że trzon fallusa tarł o suchą skórę i równie suche wnętrze. Kolejne ostre pchnięcia powodowały równie silny, piekący na zewnątrz i rozrywający od środka ból. Tępe jęki, wypychanie powietrza z płuc tłumione były szlochem. Gwałciciel panował nad sytuacją. Kobiecie brakowało już zupełnie sił. Ręce opadły bezwładnie. Poddała się brutalnemu traktowaniu konduktora, licząc na to, że skończy możliwie szybko.

Światełko nadziei pojawiło się w jej głowie, gdy usłyszała skrzypnięcie drzwi wejściowych do przedziału. To mógł być ktoś, kto spieszy jej z pomocą, kto uratuje ją i zabierze od oprawcy. Dziwne było jednak to, że mężczyzna nie zaprzestał pchnięć.

– O! Widzę, że zacząłeś beze mnie.

Te wesołe słowa, wypowiedziane przez mężczyznę stojącego za nimi, sprawiły, że z jej oczu całkowicie uciekło życie. Wiedziała, że jej gehenna dopiero się zaczyna. Wyłączenie świadomości było jedynym, co pozwoliło jej przeżyć.

– Proszę pani! Proszę pani! Wszystko w porządku? – usłyszała ciepły głos.

Podniosła sklejone od płaczu powieki. Obraz był niewyraźny. Słońce biło w oczy, co dodatkowo utrudniało złapanie ostrości widzenia.

– Proszę pani, czy wszystko w porządku? – Głos ponowił pytanie.

W momencie, w którym poczuła na ramieniu dłoń staruszki, która już dłuższą chwilę starała się do niej jakoś dotrzeć, wzdrygnęła się i odsunęła. Pod sobą czuła ciepłe płyty chodnikowe, którymi wyłożony był peron w Ostrowach. Spojrzała przerażona na kobietę, która ją znalazła. Poobijane, posiniaczone ciało, obtarta do krwi skóra, zerwane ramiączko sukienki oraz majtki nadal znajdujące się na wysokości kolan nie pozostawiały złudzeń.

– Stasiu! – Staruszka zawołała na małego chłopca, stojącego nieopodal. – Szybko! Biegnij wezwać pomoc. – Ciiii. Jesteś już bezpieczna – szepnęła ciepłym głosem, siadając i przytulając płaczącą znów dziewczynę do piersi. – Kto ci to zrobił? – zapytała.

– Pociąg… konduktor… – wymamrotała nieskładnie dziewczyna.

Staruszka nie odpowiedziała. Nie wiedziała, co powiedzieć. Zdawała sobie sprawę z tego, że tą drogą nie podróżują już żadne pociągi.

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Opowieść kolejowa

Na dworcu towarowym, w starym, dawno z obiegu wyszłym wagonie pocztowym zgromadziło się jak zwykle na pogawędkę kilku wolnych od służby kolejarzy. Było trzech kierowników pociągu, starszy kontroler Trzpień i zastępca naczelnika stacji Haszczyc.

Ponieważ październikowa noc była dość chłodna, więc zapalili ogień w żelaznym piecyku, którego rurę wpuszczono w otwór dachu. Szczęśliwy ten pomysł zawdzięczało grono inwencji kierownika Świty, który osobiście sprowadził rdzą już przeżarty ogrzewacz, wyrzucony z jakiejś poczekalni, i przystosował go wybornie do zmienionych warunków. Cztery drewniane, podartą ceratą obciągnięte ławki i stół ogrodowy o trzech nogach i szerokiej jak tarcza płycie uzupełniały urządzenie wnętrza. Nad głowami siedzących zawieszona na haku latarnia rozsiewała po twarzach przymglone światło półmroku.

Tak wyglądało “kasyno kolejowe” funkcjonariuszy stacji Przełęcz, przygodny przytułek dla bezdomnych kawalerów, cicha, ustronna przystań dla luzujących się w służbie konduktorów.

Tutaj w chwilach wolnych schodzili się strawieni jazdą bywalcy, stare, osiwiałe “wilki kolejowe”, by wytchnąć po odbytej turze i pogwarzyć z kolegami zawodu. Tutaj w dymie konduktorskich fajek, w czadzie tytoniu, prymki, papierosów, tułały się echa opowieści, tysięcznych przygód i anegdot, snuło przędziwo kolejarskiej doli.

– A ja wam, panowie, powiem, że to co mnie spotkało w drodze z Poszywca do Giermowca to tylko pozazdrościć. – Ochrypły głos Trzpienia zagrzmiał nad całym towarzystwem.

Wszyscy weseli już mocno panowie spojrzeli na starszego kontrolera. Znali go nie od dzisiaj i wiedzieli, że czeka ich opowieść humorystyczna albo pikantna. Jaka by nie była, oznaczało to przyjemnie spędzony czas, oddali więc głos koledze.

– Mów, Stasiu – zachęcił zastępca naczelnika, nalewając mężczyźnie słuszną porcję bimbru.

Trzpień wychylił prowizoryczny kieliszek, rozsiadł się wygodnie, opierając wielkie plecy o ścianę wagonu, sapnął głośno, upewniając się, że ognisty trunek spłynął do żołądka i rozpoczął opowieść.

– Panowie. Jechałem jakiś czas temu z Poszywca do Giermowca. Wiecie… trasa jest nużąca. Stacji mało, ciągle tylko lasy i pola. Dwadzieścia minut po starcie pociągu kontrolę biletów miałem już za sobą. Co było robić. Rozsiadłem się wygodnie w kanciapie i zapaliłem fajkę. W perspektywie była tylko jeszcze jedna stacja, na której przez dwadzieścia lat nie widziałem, żeby ktokolwiek do tego pociągu wsiadał. O tej porze bydło – tak Trzpień zwykł mawiać o pasażerach – tylko opuszczało skład. Gdy wjechaliśmy na peron w Kobieszycach fajeczka tliła się już pięknie i aż żal było opuszczać przybytek. Ale wiecie, mus to mus.

– Stasieńku, ty nam nie opowiadaj, jak wygląda praca konduktora, tylko mów, co się stało. – Zniecierpliwił się jeden ze słuchaczy.

– Spokojnie, Ignac, spokojnie – powiedział anemicznie kontroler, po czym wrócił do swojej opowieści.

– Wysiadam w Kobieszycach, kilka sztuk bydła za mną gęsiego wysypuje się ze składu. Nic nadzwyczajnego. Już mam gwizdać na odjazd, kiedy dostrzegam, że na schodki przy drugim wagonie pakuje się jakaś damulka. No nic, myślę, sprawdzę jeden bilet i wrócę do fajeczki, a w Giermowcu na wódeczkę. Zagwizdałem, ruszyliśmy. Poszedłem w stronę kanciapy po kasownik. Pamiętam, że jeszcze tylko pomyślałem, że przed wyjściem z niej buchnę sobie dwa razy. A tu, panowie, nic z tego. Przed drzwiami kanciapy stoi damulka. Widać było, że na mnie czeka. Nic lepszego nie mogło mnie spotkać, pomyślałem. Nawet nie będę musiał jej szukać po wagonach.

– W czym mogę szanownej pani pomóc? – zapytałem.

– Chciałabym zapłacić u pana kierownika za przejazd – odpowiedziała naiwnym głosem.

– Nie jestem kierownikiem, tylko kontrolerem – sprostowałem.

– Ojej, ale mogę u pana zapłacić? – Heh, nawet teraz mi się chce śmiać, kiedy przypomnę sobie, jaką miała przestraszoną minę.

– Dobrze, już dobrze. – Uspokoiłem gołąbeczkę. – Proszę się uspokoić, coś zaradzimy.

Wszedłem zły do kanciapy, bo fajka już przygasała, a palenie przy bydle jest przecież zabronione.

– Dokąd szanowna pani jedzie? – zapytałem, wyciągając bloczek pustych biletów.

– Do Przemyśla – odpowiedziała wystraszona.

– To nie tym pociągiem, my jedziemy do Giermowca. – Można było drwić z niej do utraty tchu.

– Tak, do Giermowca, po prostu dalej… – ale się zaczerwieniła i spuściła wzrok.

– Niech pani zamknie drzwi – rozkazałem, bo zimno się robiło w kanciapie.

Posłusznie wykonała polecenie.

– No i słuchajcie, panowie… Ja piszę ten bilet, a ona do mnie podchodzi i mówi, że nie ma pieniędzy. Normalnie z krzesła prawie spadłem.

To mówiąc, mężczyzna zaśmiał się głośno przed towarzyszami.

– Już ja wiem, Trzpień, coś ty zrobił – odpowiedział mu równie wesoło jeden z kierowników.

– Panowie, spokojnie, to opowiem – powstrzymał przede wszystkim swój śmiech mężczyzna. Wychylił kolejny kieliszek wódki i ciągnął opowieść.

No więc gołąbeczka mi mówi, że nie ma pieniędzy. W pierwszej chwili nie zrozumiałem, co ma na myśli i wypaliłem:

– Jak to nie ma pani pieniędzy?!

Ale chwilę później dotarło do mnie, że ta panienka wcale nie po bilet do mnie przyszła.

Wagon pocztowy kolejny raz wypełniły śmiechy pracowników kolei. Ochrypły, przepity głos Trzpienia mieszał się z ogólną wesołością świty.

– No więc mówię do niej, że nie mogę jej wypisać biletu, tylko skończy się to mandatem i wysiadką na najbliższej stacji. Dziewczę było tak zaaferowane, że nie pomyślało nawet, że najbliższa stacja to końcowy przystanek.

– Co mogę dla pana zrobić? – zapytała.

– Możesz uklęknąć – rozkazałem.

A ona się zmieszała. Sama po to przyszła, a jak przyszło co do czego, to zgrywała nagle taką cnotliwą.

– A co myślałaś, że będzie łatwo? Bilety są drogie. Jakoś musisz mi to wynagrodzić. – Panowie, mówię wam, ciężko mi było utrzymać powagę, a ona do mnie:

– Ale nie możemy tak normalnie? – Normalnie, rozumiecie? Normalnie – zaśmiał się szyderczo, a wszyscy, niemal wypluwając płuca, zaśmiewali się do rozpuku.

– Nie, gołąbeczko, będzie tak jak ja chcę albo wysiadasz na najbliższej stacji.

Posłusznie uklękła, a ja wyciągnąłem kutasa na wierzch. Przycisnąłem jej głowę do siebie. Ale się wzbraniała. Mała dziwka. Dokładnie wiedziała, z czym przychodzi, a potem jej się nagle odechciało.

– Bierz do buzi – rozkazałem i mówię wam, jeszcze tak uległej panny nie widziałem. Munduru i rozkazów jej trzeba było. Złapała mnie za fiuta, rozchyliła usta i dała sobie wepchnąć całego kutasa! Rozumiecie? Całego. Krztusiła się trochę, ale musiało jej się podobać, bo nie uciekła.

– To ty, Trzpień, musisz mieć naprawdę małego, skoro wzięła całego – zadrwił jeden z towarzyszy.

– Cooo! Ja? Pokazać ci? – zaczerwienił się kontroler.

– Nie, dziękuję, nie będę mógł spać po nocach – zaśmiał się drwiąco kolega. – Opowiadaj – polecił.

– No więc ja jej ten tego i posuwam ją w gardło. Charczało to to tak, jakby świnię zarzynali. Nie chciałem, żeby ktoś usłyszał. Postawiłem ją na nogi. Panowie – tu nie wytrzymał i zaśmiał się, nim zdążył dokończyć zdanie – ona chciała mnie pocałować!!! Hahahahaha. Wyobrażacie sobie? Chwilę wcześniej ssała fiuta, a teraz jej się na amory zebrało.

– Chciałaś normalnie, to będziesz miała – powiedziałem, zadarłem sukienkę, zdarłem z niej gacie i zapakowałem dziwce po sam koniec. Panowie, mówię wam. Takiej to ja jeszcze nie widziałem. Podobało jej się ostre rżnięcie. Posuwałem ją od tyłu, a ta suka jeszcze sobie dogadzała ręką. Przyszła się puścić, a wychodziła, ledwo się na nogach trzymając. Tyle potrafię przyjemności dać kobiecie. Haha. Nie wypuściła mnie, nawet jak się zlewałem. Ech… gdyby wszystkie były tak posłuszne jak ona, to świat byłby lepszy – zadrwił na koniec kontroler.

– No, Stasiu, ty to masz szczęście. Mnie się same płaczące staruchy trafiają, proszące o przymknięcie oka, bo one do chorego syna do Warszawy niby jadą – podsumował opowieść jeden z kierowników.

– A wiecie, co jest najlepsze? – zakończył Trzpień. – Ta suka, wychodząc, zapytała, czy może jeszcze kiedyś przyjść po bilet.

– Musimy zawnioskować do Kolei o zmianę trasy na twoją – zadrwili kolejarze.

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwory chronione prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione..

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Smoku, jak zawsze warto czekać na Twoje opowiadania 🙂

Pozdrawiam
~Cam

Dziękuję Cam. Cieszę się, że każde kolejne opowiadanie trafia w gusta wiernych czytelników i czytelniczek. Zapraszam też na mojego bloga (smoczeopowieści.wordpress.com). Już niedługo trafią tam też moje opowiadania nieerotyczne.

Pozdrawiam
Smok

okropne i dlatego dobre
zmieniłbym kolejność narracji (tak jak ja to przeczytałem)
BR

Tzn.? Co masz dokładnie na myśli z tą narracją?

Są dwa teksty złączone w jedno mortywem przewodnim. Zacząłem od Opowieść kolejowa a później przeczytałem Pociąg widmo. W takiej kolejności jest bardzo mocne. Mocniejsze w każdym razie imho.

Barmanie,
nie było moim zamierzeniem nic więcej niż napisanie dwu opowiadań, które łączy tylko to, że są pewnym nawiązaniem do twórczości mojego ulubionego autora – Stefana Grabińskiego. Nic więcej mi nie przyświecało, traktowałem te utwory w oderwaniu od siebie, a historie nie miały być powiązane niczym więcej niż motywem, przewijającym się przez cały tom Demon ruchu – tzn. motywem kolei.
Jeśli jednak Tobie jako Czytelnikowi udało się w nich znaleźć dodatkową wartość, wynikającą z efektu, pojawiającego się przy konkretnym, innym niż standardowy, odbiorze, to nie pozostaje mi nic innego, jak tylko cieszyć się, że jest w nich większy potencjał niż podejrzewałem.

Pozdrawiam
Smok

Fajne miniaturki.

Jakoś bardziej mi się spodobała ta druga, może dlatego, że udatnie oddaje atmosferę barowych pogaduszek w branżowym towarzystwie.

Przyznam, że pisanie tej drugiej miniaturki to było ciągłe balansowanie pomiędzy próbą oddania naturalności takich rozmów, a poczuciem, że niebezpiecznie i nieuchronnie zmierzam w kierunku kiczu. Język potoczny w takim wydaniu bardzo trudno ująć w jakieś normalne ramy gramatyczne, zbyt duże lub za małe nasycenie potocyzmów powoduje, że opisywana rozmowa wydaje się po prostu sztuczna.
Dlatego cieszy mnie bardzo, że druga miniatura została przez Ciebie przyjęta w taki sposób.

Pozdrawiam
Smok

Generalnie nieźle, ale już w pierwszych akapitach widać, że gdyby Smok miał więcej czasu, aby pracować nad tekstem, wyszłoby jeszcze lepiej.
Drugie wrażenie jest takie, że jego narracja jest we fragmentach dość unikalna i – w moim odbiorze – świeża..
Ukłony dla czytelników,
Karel

Najpierw Barman pochwalił, teraz Karel, Jezus Maria, co się dzieje :-).
A tak poważnie to czasu było bardzo dużo. Tylko weny nie było przez jego większość. Kiedy już przyszła to rzeczywiście każda minuta była na cenę złota. Choć wydaje mi się, że gdybym pisał to bez jakiejkolwiek presji to opowiadania wyglądały by identycznie. Nie lubię rozwodzić się nad tym co piszę, zdecydowanie lepiej mi się tworzy jeśli jest to proces, który zamyka się przy jednym "posiedzeniu". Im bardziej się rozdrabniam, tym większe mam poczucie, że z każdym kolejnym fragmentem jest coraz gorzej (co zresztą zostało mi przy jednym czy dwu opowiadaniach wytknięte). Miniatury mają tę zaletę, że można spokojnie trzasnąć jedną czy dwie w trakcie reklam na Polsacie :-).

Dziękuję za słowa uznania odnośnie świeżości narracji. Rozwiniesz to, abym wiedział dokładnie, co uważasz za tę unikalność?

Pozdrawiam
Smok

Witaj Smoku!
A mi się spodobało powolne wprowadzenie w nastrój miejsca. Zarówno w pierwszym, jak i drugim opowiadaniu. To pozwala wczuć się w atmosferę sytuacji. Razem, jak zawsze świetne w Twoim wykonaniu. Według mnie kolejność nie ma tu znaczenia.

Pozdrawiam
Micra21

Dziękuję Micro i polecam się na przyszłość 🙂

Pozdrawiam
Smok

Podobało mi się pierwsze opko. Klimatyczna atmosfera niedopowiedzenia; tajemnicza stacja, tajemniczy pociąg, tajemniczy gwałciciel. Długie (jak na miniaturkę) wprowadzenie, akcja, która kończy się nim na dobre zaczęła lecz wystarczająca by dać wyobrażenie niedopowiedzianej reszty i (co tak lubię w Twoich opowiadaniach) zakończenie; przekorne, z nutką grozy.

Drugie mi się nie podobało. Mało "smoczy" klimat, do którego mnie przyzwyczaiłeś. Język też mi się nie podobał. Może tak wygląda rozmowa kontrolerów w rzeczywistości, jednak mnie nie przekonała…

Dzięki za komentarz.
Smoczy klimat to brzmi tak dumnie jak smoczy styl :-). Uznaję to za komplement. Sam również czuję, że drugie opowiadanie jest inne, niż te, do których zdążyłem i Was i siebie przyzwyczaić do tej pory. Jak kilka już razy wcześniej chciałem dokonać pewnej próby literackiej. Są tacy, którym się podoba, są też tacy, którym się nie podoba. Ja osobiście mam mieszane uczucia. Uważam, że nie jest najgorzej, ale chyba nie czuję się w tym najlepiej – tak jak piszesz, ja też nie odnajduję tam siebie.

Pozdrawiam
Smok

Napisz komentarz