Praktyka (Labia)  3.5/5 (6)

14 min. czytania

Piskliwy ton budzika wyrywa mnie z głębokiego snu… Niechętnie wstaję. Kiedy rozchylam żaluzje, by popatrzeć na szare, powoli budzące się do życia miasto, o szybę uderzają pierwsze, ciężkie krople deszczu. Jedna z nich przykuwa moją uwagę na dłużej. Powoli, chwilami przystając, sunie w dół… jak łza. Wracają wspomnienia… Wtedy było podobnie zimno i sennie.

***

Bezśnieżna zima, mgła i monochromatyczny krajobraz zniechęcały do wychodzenia spod cieplutkiej kołdry. Kilka razy naciskałam w budziku “drzemkę”, zanim wreszcie, pokonana jego namolnością, zwlekłam się z łóżka. Oczywiście tego ranka uciekł mi tramwaj i na zajęcia dotarłam już mocno spóźniona. Właśnie rozpoczynał się drugi tydzień praktyk, które jako studentka trzeciego roku medycyny obowiązkowo miałam odbyć na oddziale chorób wewnętrznych kliniki uniwersyteckiej. Wchodząc do ponurego, ceglanego gmachu zastanawiałam się, czy uda mi się niepostrzeżenie dołączyć do grupy.

Niestety, był poniedziałek. Poniedziałki zawsze zaczynały się od porannego obchodu prowadzonego przez profesora Puca. Przypomniałam sobie krągłą, wiecznie spoconą twarz i parę małych, świńskich oczek. Nie cierpiałam tego obślizgłego typa… jak chyba wszyscy na oddziale. O jego chamstwie w stosunku do personelu i studentów krążyły już legendy.

W pokoju pielęgniarek pospiesznie zrzuciłam płaszcz i założyłam biały, gładko wyprasowany fartuch. Trzy piguły wpatrzone w mały telewizor chłonęły kolejny odcinek tasiemcowatego serialu.

– Dawno się zaczęło? – zapytałam.

– Pięć minut temu… ale sporo straciłaś. Kamila właśnie dostała od Rogera na imieniny czerwony kabriolet! Trzeba było widzieć jej minę!!!

– Nie pytam o serial, tylko obchód.

– Aaaa… chwilę temu. Są już pewnie na drugim piętrze – odpowiedziała rumiana salowa, koncentrując się z powrotem na ekranie.

Pognałam na górę. Biegłam po dwa stopnie na raz, lekko podciągając moją sięgającą kolan spódniczkę. Przemykałam się po cichu długim korytarzem, co chwilę przystając i nasłuchując. Wreszcie zza którychś drzwi dobiegło mnie znajome chrząkanie. Puc, stary palacz często kaszlał, lub raczej charczał ochryple tak, jakby miał zaraz wypluć krtań razem z płucami. Delikatnie nacisnęłam klamkę i zajrzałam do środka. W niewielkiej sali, po lewej stronie pod ścianą, stały rzędem trzy łóżka. Wokół środkowego tłoczyła się kilkuosobowa grupa studentów. Właściwie… studentek – same przyszłe „panie doktor”. Ze spłoszonymi minami, ściskając w rękach notatniki pochylały się nad pacjentem, słuchając z nabożeństwem tego, co mówił niewidoczny w tej chwili profesor. Pierwsza zauważyła mnie Aśka i ponaglająco machnęła ręką. Niestety, jak na złość, w chwili gdy zamykałam za sobą drzwi, Puc uniósł głowę. Omiótł mnie pogardliwym spojrzeniem i zanim zdążyłam wybąkać “dzień dobry” lub “przepraszam” skomentował:

– A pani jak rozumiem już wszystko wie i nie potrzebuje notować.

Cholera, w pośpiechu zapomniałam notatnika!

– Przepraszam panie profesorze, ja będę zapisywać wszystko… na kartce… – zaczęłam niepewnie tłumaczyć, ale pękaty doktorek już mnie nie słuchał. Odwrócił się i przeszedł do ostatniego, stojącego pod oknem łóżka. Dołączyłam do reszty dziewczyn. Od Aśki ukradkiem pożyczyłam kartkę i długopis, a następnie stając się doskonałym przykładem przyrodniczej mimikry, zlałam się z otoczeniem, myśląc jedynie o tym, by w żaden sposób nie zwrócić już na siebie uwagi.

Oby mnie nie zapamiętał! – myślałam przerażona. Groziłoby to problemami na czekającym mnie na zakończenie praktyk kolokwium. Jak z zaświatów dochodził do mnie skrzeczący głos, omawiający kolejny „przypadek”.

Spojrzałam na pacjenta. Był to ciemnowłosy chłopak w wieku około szesnastu lat. Lekko oliwkowa skóra, oczy w kolorze gorzkiej czekolady, długie czarne rzęsy i proste, szerokie brwi łączące się prawie nad nosem nadawały jego twarzy nieco orientalny, i muszę przyznać, całkiem interesujący wygląd. W dodatku te półdługie, sięgające ramion włosy – mmmm. Wydawał się być nieco speszony naszym wieloosobowym, żeńskim konsylium.

Puc tymczasem zakończył omawianie karty choroby. Bez zbędnych ceregieli chwycił przykrywającą chorego kołdrę i szybkim ruchem odsłonił klatkę piersiową i brzuch. Następnie, w dalszym ciągu nie zwracając najmniejszej uwagi na właściciela obnażonego brzucha, rozpoczął badanie. Zaczął od wątroby i żołądka. Wbijał swoje palce głęboko pod żebra, jakby chciał dosięgnąć serca, wyrwać je i w ten radykalny sposób ostatecznie zakończyć wszelkie cierpienia chorego. Później dłonie powędrowały niżej, co chwilę zagłębiając się, i wymacując pod skórą niewidoczne organy. Trzeba przyznać, że robił to niezwykle szybko i sprawnie. Badaniu towarzyszyła litania rzucanych w eter łacińskich nazw i lapidarnych stwierdzeń w rodzaju: „…bez zmian”, „…w porządku”.

Nie mogłam nie zauważyć, podobnie jak inne moje koleżanki, iż zsunięta zamaszyście kołdra odsłoniła również częściowo pachwiny i włosy łonowe chłopca. Czarne, dość gęste loki mogły sugerować, że był nieco starszy niż początkowo sądziłam. Również, ładnie zarysowana klatka piersiowa i krągłe barki pasowały bardziej do młodego mężczyzny niż nastoletniego podrostka.

Może ma osiemnaście – zawyrokowałam w myślach.

Z zadumy wyrwał mnie lekki kuksaniec Aśki.

– Niezłe ciacho, co? – rzuciła szeptem w moją stronę.

– No co ty, to jeszcze dzieciak – odpowiedziałam, siląc się na obojętność.

W tym momencie moje oczy spotkały się ze wzrokiem profesora. Nie sądzę, aby słyszał, o czym rozmawiałyśmy. Widział jednak, że wymieniłyśmy jakieś uwagi.

O, kurwa! Teraz to już mam przechlapane! Wydawało mi się, że w zmrużonych oczkach pojawił się dziwny błysk, a po twarzy przemknął ledwie zauważalny uśmiech.

Może mi się przywidziało??? – łudziłam się jeszcze naiwnie.

– No dobrze, a teraz poproszę którąś z pań… – Puc zawiesił głos. Ten grzeczny ton nie mógł zwiastować niczego dobrego. – …O! Może panią z wolnymi rękami.

Spojrzał wprost na mnie. Uniosłam w niezdarnym geście moją kartkę i długopis i… przekazałam je Asi.

Wszystko przez tę głupią cipę! Zabiję ją! – pomyślałam.

Przesunęłam się z drugiego rzędu do przodu. Stałam teraz przy samym łóżku, naprzeciw profesora.

– A więc dobrze… panią poproszę o zbadanie kanału pachwinowego pacjenta – powiedział i zanim dotarła do mnie treść jego słów, odsłonił badany obszar… aż do kolan.

Poczułam, jak krew uderza mi do głowy. W ułamku sekundy moja twarz stała się purpurowa, w uszach zaszumiał gigantyczny wodospad, a oczy rozpoczęły pospieszne skoki między znajdującym się przede mną penisem a… stojącym po drugiej stronie łóżka “FIUTEM”. Na okrągłej, spoconej pale tego drugiego zagościł teraz nieco drwiący uśmiech.

O nie! Nie dam ci tej satysfakcji. – prawie krzyknęłam w myślach. Kątem oka widziałam przyglądające mi się koleżanki. Po ich twarzach pełgały głupawe uśmieszki.

Badanie kanału pachwinowego? – nie ma sprawy. Przecież jestem lekarzem – uspokajałam się w myślach. Wyjęłam z kieszeni lateksowe rękawiczki i zaczęłam wciągać je na trzęsące się ze zdenerwowania dłonie.

– Panie profesorze, ja tego jeszcze nie robiłam… – powiedziałam niepewnie i z miejsca pożałowałam swoich słów. Puc natychmiast wykorzystał nadarzającą się okazję, by jeszcze bardziej mnie pogrążyć.

– Na trzecim roku? Nie wierzę – zarechotał. Odpowiedział mu chichot najwyraźniej dobrze się bawiących studentek.

– Chętnie pani pokażę jak to się robi… – tu zawiesił głos, delektując się dwuznacznością swojej odpowiedzi. Krępującą ciszę przerwał jego własny kaszel. Ukradkiem spojrzałam na twarz leżącego przede mną młodego mężczyzny. Malowało się na niej krańcowe zaskoczenie, zażenowanie, wstyd. Wyobraziłam sobie, co musi czuć, leżąc tak nago przed nami i zrobiło mi się go naprawdę żal. Kiedy profesor skończył już charczeć, położył bezceremonialnie swoją otwartą dłoń na mosznie badanego i wcisnął mu najmniejszy palec, na lewo od prącia, po skosie, głęboko w górę brzucha. Na pewno nie było to delikatnie przeprowadzone badanie. Chłopak wyraźnie skrzywił się z bólu.

– Proszę zakaszleć – powiedział do chorego niecierpiącym sprzeciwu tonem. Następnie lekarz powtórzył tę samą czynność z prawej strony, badając drugi kanał pachwinowy.

– W porządku. Przy wystąpieniu hernia inguinalis obliqua podczas kaszlnięcia wyczułbym na palcu wyraźny ucisk worka przepuklinowego, powstałego z otrzewnej ściennej, wydostającego się przez pierścień głęboki poza obręb jamy brzusznej – poinstruował.

– Proszę, teraz pani kolej.

Znów poczułam na policzkach rumieniec, ale tym razem bez wahania przystąpiłam do rzeczy. Wyciągnęłam rękę i ostrożnie położyłam ją na ciemno brązowej, pomarszczonej skórze worka mosznowego, w miejscu, w którym spodziewałam się wymacać wejście do kanału. Zaczęłam poruszać palcem, ale nie mogłam zlokalizować choćby najmniejszego zagłębienia. Zawstydziłam się swojej własnej nieudolności. Także i tym razem profesor nie przeoczył doskonałej okazji, by mi dopiec.

– Pani koleżanko, nie wiem, co pani bada, ale na pewno nie jest to kanał pachwinowy. Przypuszczam, że wynik pani badania może być zupełnie odmienny od mojego.

Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Na dodatek najbliższe sekundy pokazały, iż ten stary sprośnik miał rację. Pod wpływem moich poszukiwań penis pacjenta zaczął wyraźnie rosnąć. Jego trzon stawał się coraz grubszy, a zsuwający się napletek ukazał fragment ciemnej, błyszczącej żołędzi. Pulsując i prężąc się coraz dumniej członek przetoczył się na udo, dotykając mojej dłoni i zagradzając drogę do upragnionego kanału.

– A nie mówiłem! Glans penis w pełnej krasie!

Gęba na przeciw mnie rozciągnęła się w triumfalnym uśmiechu.

– Panie notują oczywiście? Chłe, chłe, chłe… – zarechotał ponownie, wielce z siebie zadowolony. Odpowiedziała mu salwa damskich parsknięć i śmiechów.

Świdrujące, małe oczka wwiercały się we mnie bezlitośnie. Chciałam uciec przed tym wzrokiem. Obróciłam nieco głowę i wtedy zobaczyłam błysk… To błyszczała mała przezroczysta kropelka płynąca powoli po twarzy badanego mężczyzny. Jej wilgotny ślad na moment połączył półksiężyc rzęs z kosmykiem czarnych, zakrywających uszy włosów. Szybki ruch głową i błyszcząca smużka zniknęła wytarta o poduszkę. Chyba nikt inny tego nie zauważył. Moje koleżanki skrobały coś zapamiętale w notatnikach. Prawdopodobnie robiły pospieszny “szkic z natury”. Profesor natomiast zaniósł się kolejnym atakiem kaszlu wywołanym wcześniejszą wesołością.

Trudno opisać, co czułam w tej chwili. W głowie kotłowało mi się tysiąc myśli. Najchętniej wyciągnęłabym spod łóżka dużą drewnianą skrzynię, otwarła jej skrzypiące wieko i… wyjęła wielki karabin maszynowy z przyłączoną do niego taśmą połyskujących naboi, by w sekundę zetrzeć uśmiechy z otaczających mnie twarzy. Miałam wielką ochotę dać stojącemu przede mną człowieczkowi w gębę, ale… najzwyczajniej brakowało mi odwagi. Mój własny wstyd ustąpił dojmującemu poczuciu żalu i krzywdy wyrządzonej pacjentowi. Widziałam jak długie, teraz lekko opuszczone rzęsy próbują ukryć to, co mogłyby zdradzić brązowe, błyszczące oczy. Tylko ta jedna łza… Czułam, że wymierzone we mnie żarty i “niewinne” śmiechy koleżanek tak naprawdę zraniły okrutnie kogo innego. Trafiły prosto w serce… lub raczej prosto w młode, męskie ego.

Wypełniająca mnie złość oraz chęć zakończenia tego żałosnego przedstawienia sprawiły, że mój palec nacisnął bardziej stanowczo i wreszcie wsunął się do kanału pachwinowego, znikając prawie w całości pod rozcięgnem mięśnia skośnego brzucha.

– Proszę zakaszleć – powiedziałam miękko, tak jakbym chciała w tych dwóch słowach zawrzeć całą empatię tego świata, usprawiedliwić się i odseparować od otaczającej mnie, bezdusznej masy białych kitlów. Następnie drugą, wolną ręką odsunęłam pulsującą męskość i przycisnęłam lekko do lewego uda. Prawy kanał pachwinowy odnalazłam już bez kłopotu. Kolejne wymuszone kaszlnięcie i było po wszystkim.

Nie czekając na to, co powie profesor przykryłam z powrotem brzuch pacjenta, kończąc tym samym czas na sporządzanie szkiców.

– Dobrze. Przejdźmy dalej – skwitował krótko Puc i przepchnął się w kierunku wyjścia z sali.

Reszta obchodu upłynęła mi jak w transie. Udawałam, że słucham i notuję, ale faktycznie odtwarzałam w myślach całe zdarzenie, raz za razem utwierdzając się w przekonaniu, że ja również nie byłam bez winy. Przecież gdybym od razu szybko i stanowczo przeprowadziła badanie, mogłabym oszczędzić chłopcu tego okropnego upokorzenia. Pobiegłam do łazienki i rozpłakałam się.

Dopiero po dłuższej chwili udało mi się jako tako pozbierać. Godziny mijały, a w mojej głowie kołatała jedna myśl. Już nie pamiętam kiedy, dokładnie wpadłam na ten pomysł.

To głupie! Zrobisz z siebie wariatkę! – ostrzegał głos rozsądku. Wiedziałam jednak, że muszę COŚ zrobić, bo w przeciwnym razie do końca życia nie pozbędę się poczucia winy.

Była mniej więcej druga po południu, kiedy z totalnym mętlikiem w głowie zajrzałam nieśmiało do sali na drugim piętrze. O tej porze przez duże okno wpadało jeszcze sporo światła. Zbyt wiele, by zapalić jarzeniowe lampy, na tyle mało jednak, by wszystko lekko zatarło się w szarej poświacie. A może to moje szkliste oczy rozmazywały obraz? Zamknęłam za sobą drzwi i powoli ruszyłam przed siebie. Pierwsze łóżko stało wolne. Na drugim, na boku, twarzą do mnie leżał starszy mężczyzna. Miał zamknięte oczy i oddychał miarowo. Minęłam go, zrobiłam jeszcze kilka wolniejszych kroków i okrążając trzecie łóżko zbliżyłam się do leżącego na nim pacjenta. Nie spał. Wpatrywał się w jakiś daleki punkt za oknem. Zauważył mnie dopiero, kiedy stanęłam tuż przy nim. Podniósł wzrok, ale jego spojrzenie umknęło zaraz speszone. Wiedziałam, że mnie poznał. Zdjęłam swój biały fartuch. W czasie tej rozmowy nie chciałam być lekarzem, ale… człowiekiem. Powiesiłam go z przesadną dbałością na oparciu stojącego obok krzesła, zyskując kilka cennych sekund.

– Przyszłam żeby… – zająknęłam się. Zdenerwowana z trudem dobierałam słowa – …chciałam cię przeprosić – dokończyłam już płynniej, ale bardzo cicho.

– Za co? – w jego głosie, który zabrzmiał po raz pierwszy wyczułam dystans.

– Za tę niezręczną sytuację dziś rano. Bardzo mi przykro, że tak to wyszło.

– To nie pani wina… – powiedział, jak mi się zdawało bez przekonania.

– Mam na imię Marta. Mów mi proszę po imieniu. Po chwili dodałam:

– No tak, profesor bywa… nieprzyjemny.

Sama nie wiem, czemu użyłam tak delikatnego określenia. Solidarność lekarzy, czy co?

– Tak, “nieprzyjemny” – powtórzył, a w jego głosie wyczułam lekką nutę sarkazmu.

Ty idiotko! Co ty pleciesz? – skarciłam się stanowczo.

– Wiem, że to badanie mogło być dla ciebie przykre… – znów mówiłam nie to co chciałam. – Wiesz, jestem lekarzem… to znaczy będę nim już niedługo, mam nadzieję. Nie ma się czego wstydzić… jesteś przecież pacjentem…

Boszzzzz! Lepiej milcz głupia – jęknęłam w myślach.

– Masz rację, jestem “pacjentem”.

Wypowiedziane z naciskiem ostatnie słowo uświadomiło mi, jak fatalnie zabrzmiało moje tłumaczenie.

– To znaczy bardzo ci współczuję – dodałam szybko.

– Nie potrzebuję współczucia ani litości, pani doktor… Brązowe oczy rzuciły w moją stronę groźne błyski.

Zamilkł, odwrócił głowę i czułam, że nasza rozmowa jest skończona. Nie tak to miało być!

– Nie przyszłam po to żeby użalać się nad tobą… ani żeby się tłumaczyć…

Nic nie powiedział.

– Przyszłam, bo… jestem ci coś winna.

Ostatnie zdanie ledwo przeszło mi przez ściśnięte za zdenerwowania gardło. Na siłę przełknęłam ślinę i usłyszałam jak moje własne “glyp” odbija się echem od pustych ścian sali. Zawstydziłam się jeszcze bardziej.

Teraz albo nigdy.

Pochyliłam się, wsunęłam ręce od dołu pod spódniczkę, chwyciłam za gumkę rajstop i zdecydowanym ruchem pociągnęłam je w dół razem z majtkami, opuszczając prawie do kolan. Chłopak gwałtownie obrócił się w moim kierunku. Patrzył szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami, które teraz wydawały się jeszcze większe i ciemniejsze niż przedtem. Jego twarz pozostawała jednak nieruchoma… Czekał na to, co miało nastąpić. Ujęłam palcami brzeg spódniczki i powoli pociągnęłam ją ku górze. Szara, wełenkowa kurtyna stopniowo odsłaniała jasną skórę moich ud, bioder… wreszcie delikatne krągłości warg i ciemny pasek włosków. Widziałam, jak przeświecające między udami światło kładzie się jasną smugą na zwisającej z wysokiego, szpitalnego łóżka pościeli.

Nie mogłam uwierzyć, że to zrobiłam. A jednak. Poczułam ulgę… spokój, który towarzyszy zawsze temu, co nieodwracalne. Stałam tak, zupełnie nieruchomo, czując na swoim brzuchu świdrujące spojrzenie, bezradna, bezwolna, jak rozebrany publicznie sklepowy manekin.

Nie wiem jak długo… Minutę? A może parę sekund? Z dziwnego odrętwienia wyrwał mnie mój własny, obco brzmiący głos.

– No, chyba jesteśmy kwita…

Podniósł wzrok, spojrzał mi prosto w oczy i po chwili wahania odpowiedział:

– Jeszcze nie…

Niepewnie wyciągnął rękę. Stałam na tyle blisko, że bez trudu mógł mnie dosięgnąć. Drgnęłam, ale nie byłam w stanie się ruszyć. Jakby ktoś przejął kontrolę nad odpowiedzialną za skurcz mięśni siecią nerwowych synapsów, pozostawiając mi jedynie rolę biernego obserwatora własnego ciała.

Jeszcze tylko ciut i jego palce dotkną mojego uda… Poczułam ich ciepło i po plecach przebiegły przyjemne dreszcze. Nie protestowałam, kiedy miękkie opuszki powędrowały wolno w górę, stawiając na baczność armię maleńkich włosków, stacjonującą na moim karku. Dopiero kiedy dotknęły cipki ogarnęła mnie prawdziwa panika. Gwałtowna, niepohamowana i… totalnie paraliżująca.

Palce chłopca lekko drżały. Przesuwały się dalej w górę, delikatnie, muskając moją napiętą, wyczuloną do granic możliwości skórę. Dotarły do ciemnej czuprynki, zawróciły łagodnym łukiem i spoczęły bezceremonialnie na łechtaczce. Stałam z opuszczoną głową, obserwując ich wolne ruchy. Czułam rozlewające się wewnątrz brzucha ciepło, pulsowanie w skroniach, gęsią skórkę na udach… Widziałam jak gładzą moje najczulsze miejsca… Byłam jednocześnie widzem i aktorem. Stałam z boku i zarazem doświadczałam wszystkiego osobiście. To było takie dziwne…

Potem poczułam je między udami. Gładko prześlizgnęły się po falbankach warg. Nawet nie wiem kiedy zrobiłam się tam taka mokra… Wszystko przecież działo się tak szybko. Kilka delikatnych ruchów i moja kobiecość, nie pytając mnie zupełnie o zgodę, zaczęła otwierać się zapraszająco. Chyba właśnie chciałam powiedzieć, że już dość, że wystarczy, kiedy poczułam jak jeden z palców powoli zagłębia się w mojej dziurce. Wstrzymałam oddech a wszelkie myśli zagłuszyło łomoczące dziko serce.

Z każdą chwilą chłopięca dłoń poczynała sobie śmielej, a ja wpuszczałam jej pieszczoty coraz głębiej i głębiej… Byłam jak w hipnotycznym transie. Nie czułam już przemykających po plecach dreszczy. Ja po prostu cała się trzęsłam! Dygotałam, nie mogąc zapanować nad swoimi emocjami i ciałem. Wydałam z siebie cichy jęk, a zaraz potem opanował mnie strach. Co będzie, jeśli ktoś zauważy!? Rzuciłam pospieszne spojrzenie na sąsiednie łóżko – zajmujący je chory leżał nieruchomo, plecami do mnie. Nie mógł nic widzieć. A drzwi? Przecież ktoś może wejść! Wiedziałam jednak, że to mało prawdopodobne. Salowe szybko uwinęły się tego dnia z obiadem, by móc w spokoju zasiąść do kolejnych odcinków brazylijskiej telenoweli.

Narastające gwałtownie podniecenie zabijało resztki zdrowego rozsądku. Zobaczyłam jak kołdra przykrywająca brzuch chłopca lekko podnosi się do góry. Poczułam kolejny palec w mojej cipce i wiedziałam, że niczego nie mogę i nie chcę już zatrzymać… Wsunęłam rękę pod chłodną biel szpitalnej pościeli. Musnęłam twardy brzuch, wyczułam szorstkość włosów i sięgnęłam dalej w stronę lekko rozchylonych nóg.

Chwilę później w mojej dłoni przesuwał się nabrzmiały, gorący penis… dotykiem odczytywałam jego kształty. Pamiętam przyglądające mi się, brązowe, piękne oczy przysłonięte firaną długich rzęs… rozchylone, zmysłowe usta… nasze splątane, szybkie oddechy… gwałtowny ruch bioder mojego kochanka. Pamiętam jak zacisnęłam uda na jego palcach i wsparta o stalowe łóżko myślałam, że upadnę.

Moje nogi jeszcze lekko się trzęsły, kiedy w pośpiechu zaczęłam naciągać bawełniane majteczki. Próbowałam kłębiące się w głowie strzępki myśli złożyć w jakąkolwiek sensowną całość. Choć jedno spójne zdanie. Bez szans. Targały mną radość, lęk, euforia i niepokój, a wszystko przeplatało niedowierzanie… To było naprawdę???

Nie miałam pojęcia, co powiedzieć.

Przysiadłam na brzegu łóżka, patrząc, jak chłopiec ręką ściera wilgotne plamy ze swojego brzucha. Pochyliłam się i pocałowałam go w usta.

Drżącym z emocji głosem zapytałam:

– Przepraszam, jak masz na imię?

Wiem, że to śmieszne. Właśnie skończyliśmy się kochać, a ja pytam jak ma na imię! Co za kolejność?! Seks, całus i… imię.

– Tomek.

– Jesteś wspaniałym mężczyzną, Tomku – wyszeptałam mu do ucha.

Widziałam wyraźnie, jak próbuje ukryć pojawiający się na twarzy dumny uśmiech i jak stopniowo przegrywa z wypełniającą go radością.

Nasz szalony, spontaniczny seks oprócz niezapomnianych wrażeń dostarczył nam obojgu ogromnej ulgi. Był jak cudowny balsam leczący moje lekarskie poczucie winy i jego zranione, męskie ego. Nigdy nie zapomnę tego popołudnia i tej pojedynczej łzy, która tak wiele nauczyła mnie o zawodzie lekarza.

W następnych dniach widzieliśmy się jeszcze kilkakrotnie. Rozmawialiśmy, żartowaliśmy trochę. Żadne z nas nie wracało jednak do tego, co wydarzyło się w dniu naszego poznania. Dowiedziałam się, że Tomek zawdzięcza swoją ciemną karnację ojcu, który jest Katalończykiem. Opowiadał mi o swojej wielkiej pasji, jaką była gra w tenisa, o częstych podróżach, o szkole… Okazało się, że miał dopiero siedemnaście lat.

Nigdy nikomu nie opowiedziałam tej historii. Ani mojej najlepszej kumpeli – Aśce, ani z oczywistych względów Markowi, który wprawdzie nie był wtedy jeszcze moim mężem, ale już spotykaliśmy się regularnie. Kiedy w dniu wypisu z kliniki Tomek poprosił mnie o numer telefonu, podałam my wymyślony naprędce ciąg dziewięciu cyfr.

Ustne kolokwium na koniec praktyki zdałam bez kłopotu. Szczęśliwie dla mnie, nieobecnego akurat profesora zastąpił inny lekarz – niezwykle sympatyczny zresztą pan docent.

.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobry wieczór!

Miło zobaczyć na naszej stronie ten dawny tekst Labii, jeszcze z czasów Dobrej Erotyki – dziś jednak w odświeżonej i udoskonalonej postaci! Historia obdarzonej wielką empatią i równie wielką ofiarnością studentki medycyny wydaje mi się fajnym akcentem na rozpoczęcie tego tygodnia. Ja polubiłem ją od pierwszego wejrzenia (i historię, i studentkę) – mam nadzieję, że Wam również przypadnie do gustu.

Pozdrawiam
M.A.

Fajne opowiadanie. Podobały mi się emocje bohaterki, dobrze, realistycznie opisane. Heh, aż chciałoby się do szpitala 😉
Drażnią niepotrzebne zdrobnienia, to odrobinę psuje odbiór opowiadania. Ale całościowo – bardzo miły tekst na rozpoczęcie dnia. Do kawy albo – ehm – przed obchodem zamiast sto dwudziestego piątego odcinka kolejnego tasiemca.

Pozdrawiam, seaman.

Ciekawa lektura. Tekst napisany lekko i z humorem. Bohaterka-narratorka sympatyczna, podobnie jak i Tomek. Ciut brakuje szerszego kontekstu, ale taka jest uroda opowiadania erotycznego. Na pewno warte rzucenia okiem.

Absent absynt

Po przeczytaniu dwóch tekstów Labii można tylko żałować, że spod jego palców nie wyszło nic więcej. Bardzo lubię jego styl pisania – lekki i przyjemny, pełen humoru.

W takim razie, Kojocie, przyłącz się do naszej akcji namawiania Labii, by wrócił do pisania!

Labio, chcemy kolejnych tekstów! Nie daj się długo prosić!

Pozdrawiam
M.A.

Ja też bardzo lubię styl Labii i nie tracę nadziei, że to nie ostatni jego tekst… Labio, słyszysz? Prosimy o więcej!

Tak realistyczne wprowadzenie i taki surrealistyczny, nieoczekiwany finał. Dwa w jednym i na dodatek dość dobrze z sobą połączone akty.
Przyznam, że zaskakujące opowiadanie, pełne słodkiego, subtelnego uroku, którego czarów jeszcze nie rozgryzłem. Brawo, Autor.

Słiisze, słiisze…
😉

Dziękuję Wam serdecznie za słowa zachęty do dalszego pisania – to bardzo miłe.

Dziękuję też za ciepłe przyjęcie "Praktyki". Opowiedzenie tej historii w przekonujący sposób było dla mnie nie lada wyzwaniem. Trudno uwierzyć by podobne rzeczy działy się w szpitalnych salach… A jednak to właśnie samo życie pisze najbardziej nieprawdopodobne scenariusze. Tak było i tym razem. Co jest prawdą, co fikcją? Nie powiem. 🙂

Alexandrosie – wielkie podziękowania dla Ciebie! Gdyby nie Twoja pomoc, "Praktyka" nie opuściłaby komputerowej "szuflady".

Cała przyjemność po mojej stronie! Lubię poświęcać się w wolnych chwilach archeologii tekstów ze starej DE 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Podobuje mi się. Nienachalne, przemyślane, bardzo sprawnie i lekko napisane. Chętnie przeczytałbym więcej.

W takim razie, Smoku, jest w naszych zbiorach jeszcze jedno opowiadanie Labii:

http://najlepszaerotyka.blogspot.com/2013/04/spij-o-maej-czarnej-i-kamiennym-snie.html

Kto wie, czy nie lepsze nawet 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Wzruszające. Ciepłe. Pogodne.
W czarodziejski sposób zmieniło mój nastrój – dziękuję, Labio.
Potęga Słowa. 😉

Napisz komentarz