Walentyna (Miss.Swiss) Brak ocen

16 min. czytania

Wczesnym lutowym popołudniem brnąłem przez nieodśnieżone warszawskie ulice. Byłem wściekły. W nastroju, który od wielu miesięcy stał się niestety często moim udziałem. Spotkanie z klientem niosło perspektywę na nowy kontrakt, z drugiej strony wolałem się nie cieszyć na zapas. Jeszcze nie zdecydował, czy powierzy nam swój projekt. Miałem nadzieję, że udało mi się nie sprawić wrażenia nazbyt zdeterminowanego – jednak prawda wyglądała tak, że mojemu biznesowi przydałoby się każde, nawet najmniejsze zlecenie. Pogrążony w rozmyślaniach, wdepnąłem w brudną breję kałuży. Niech to szlag trafi, trochę lodowatej wody nalało mi się do prawego buta. Zimny dreszcz błyskawicznie wspiął się wzdłuż łydki i uda, aż zadygotałem. Dotarł do… do miejsca, które pewien publicysta gotów był sobie podobno, według niedawnych deklaracji, zamrozić, ja jednak daleki byłem od takiego pomysłu. Wzdrygnąłem się.

Zimno, cholerne zimno i wilgoć. Niestety, mając obie ręce zajęte rozmaitymi sprawunkami, nawet nie mogłem doprowadzić się do porządku.

 

 

Oparłem się jedynie na chwilę o ścianę pawilonu. Dumny napis nad wejściem poinformował mnie, że podpieram swoją osobą Salon Florystyczny „Fleurette“. Znaczy, kwiaciarnię. Ktoś z impetem otworzył drzwi, potrącając mnie boleśnie. Zaaferowany grubas wypadł stamtąd, ściskając w obu dłoniach dwa pokaźne bukiety ciemnoczerwonych róż.

Dla żony i dla kochanki, pomyślałem złośliwie. Nawet nie miałem czasu porządnie go opieprzyć, posłałem za facetem jedynie ciche przekleństwo, którego zapewne nie dosłyszał – wraz z ogromnymi wiechciami usiłował właśnie zmieścić się do brudnej taksówki.

Kwiaciarnie przeżywały prawdziwe oblężenie. Ta, obok której się znalazłem, świeciła całą paletą czerwieni, zupełnie jak dawniej tuż przed pierwszym maja. Wszelkie odmiany karmazynowych i purpurowych róż, do tego brokatowe wstążeczki, kokardki, pluszowe serduszka na druciku, balony z wiadomymi napisami. Spojrzałem na ulicę. Faceci różnych gabarytów brnęli przez zaspy z debilnym, rozanielonym wyrazem twarzy, dzierżąc w dłoniach czerwone łupy – pojedyncze róże bakkara, bukiety wczesnych tulipanów, potężne bomboniery. Jakby ich ktoś zahipnotyzował, stwierdziłem z przerażeniem. Większość faciów to tak naprawdę tchórze, zrobią wszystko dla świętego spokoju. W domciu albo w kawiarni czeka dziewczyna albo co gorsze żona. Niektórzy na pewno liczą na sfinalizowanie od dawna planowanych podrywów. Co bardziej sentymentalni może popełnią dziś nawet błąd swojego życia. Wpadną jak śliwka w kompot. Powodzenia, chłopaki! Byle tylko cena za chwilkę przyjemności nie okazała się zbyt wysoka.

Ech, co tam… byłem takim samym palantem. Poddałem się psychicznie już po pierwszym razie, gdy moja przyjaciółka Lili oznajmiła, że urządza walentynkowe przyjęcie dla znajomych i, co gorsza, nieznajomych singli. Samotnych serc, jak się wyraziła. Czyli świętujemy zaimplantowane święto. Chce ode mnie prezent, domyśliłem się błyskotliwie. Trochę ją już znałem, właściwie pół życia, a od roku świadczyliśmy sobie wzajemnie przyjacielskie usługi pozwalające zachować pogodę ducha i równowagę hormonalną.

Czasem wymagało to ofiar. Pogalopowałem do galerii handlowej i nabyłem jedwabny, biały komplecik w czerwone serduszka. Lepsze to niż banalna, nieświeża czekolada. Byłem z siebie dumny. Odhaczyłem sprawunek na liście spraw do załatwienia.

Tak więc wypadało się zastanowić, na jakim to ja byłem etapie… Wypadałoby – ale wolałem się nie zastanawiać, chyba ze strachu przed wnioskami. W konsekwencji owego braku zastanowienia, zasuwam właśnie jak ostatni błazen na przyjęcie, na które nie mam najmniejszej ochoty, dźwigając zakupy zrobione za własną kasę, z drogim prezentem dla kobiety, z którą sypiam od przeszło roku, ale której nie kocham. Żeby z tego roku nie zrobiło się czterdzieści lat! – jak ostatnio rzucił Maciek, mój szczery kumpel i partner w interesach. Kurwa! Wiedziałem, że może mieć rację. Wszystko przez moje wygodnictwo, wysokie wymagania mojego fiuta, nadmiar roboty w robocie i dźgający czasem w serce żal po Rudej.

Dobra, występowanie jako współgospodarz na durnym przyjęciu to jeszcze nie dramat, ale jednak powinienem zachować socjalistyczną czujność, a ja płynę jak zdechły dorsz z prądem i daję się powoli gotować w związkowym rosołku.

Czyżby głosząca pochwałę wolności i niezależności Lili chciała mnie zaanektować przez zasiedzenie? Tej wersji nie można było wykluczyć. Sprytniejsi ode mnie dali się już nabrać na takie numery. Niby tak na chwilę, na jakiś czas spotykamy się; śpimy ze sobą bez zobowiązań; jako przyjaciele chodzimy do kina, na imprezy; gotujemy razem, bo tak jest ekonomiczniej; przenoszę do niej swoje przybory do golenia i swoją szczoteczkę do zębów i… pewnego pięknego dnia ktoś rzuca niby żartem przy stole: jesteście tak długo ze sobą, nie czas, by to sformalizować? I trzask, jest po ptakach! Zatrzymałem się jak wryty przed ciężkimi drzwiami kamienicy, w której mieszkała Lili. Cholera!

Te Lilkowe zarzekania o wolności i seksualnym wyzwoleniu są podejrzanie gorliwe i częste. A przecież w głębi duszy doskonale wiem, że o niczym innym nie marzy, jak tylko o zaobrączkowaniu jakiegoś gościa i tym, by jej łono wypełniło się życiem, jak to, zdaje się pięknie ujął nasz rodzimy polityk. Nie twierdzę, że nie będzie dobrą żoną. Seksu najwyższej próby szczęśliwcowi nie zabraknie na pewno, jest na co spojrzeć i za co złapać. Fajna z niej dziewczyna. Ale nie dla mnie. Machinalnie obróciłem klucze. Kiedy mi je dała? Nawet nie pamiętałem. Lekko wkurzony pchnąłem ciężkie skrzydło drzwi. Po drugiej stronie rozległ się jednocześnie dziwny pisk i okrzyk bólu.

– Proszę uważać! – Młoda dziewczyna rozcierała zaczerwienione czoło. Oberwała frontalnie, na szczęście niezbyt mocno.

– Przepraszam – mruknąłem bez przekonania, wciskając się w ciasny przedsionek kamienicy. To chyba nowa lokatorka. W ciągu roku poznałem kilku sąsiadów Lili, jednak szczupła, niemal trójkątna twarz okolona burzą kasztanowych loków była mi nieznana.

Spojrzała na mnie gniewnie, ale widząc moje naburmuszone spojrzenie, roześmiała się serdecznie.

– Dobrze, że nic nie stało się Lulu, a mój guz do wesela się zagoi – powiedziała wesoło, wciąż pocierając czoło.

Jaka znowu Lulu? Spojrzałem w dół. Coś wisiało u mojej nogawki.

Powiedzmy to jasno. Lubię psy, nawet bardzo. Pod warunkiem, że pies wygląda jak pies, a nie kawał samochodowego futrzaka doczepionego do infantylnej czerwonej kokardki w szkocką kratkę.

– Niech pani… to weźmie. – Ostrożnie podniosłem do góry prawą nogę. Lulu należała do drapieżnych suczek. Z warczeniem zawisła na moich bojówkach, wbijając drobne ząbki w gruby materiał.

– Bardzo pana przepraszam – powiedziała Kasztanowowłosa i roześmiała się w głos.

– Z czego się pani śmieje?! Proszę zabrać psa!

– Już, już… tylko… to tak komicznie wygląda! – Pochyliła się nad moją brudną nogawką, czule przemawiając do zwierzaka. Lulu przestała warczeć i dała się przekonać, że psie smakołyki smakują lepiej niż brudny drelich.

Popatrzyłem na siebie z boku. Nadęty, spocony trzydziestoparolatek, obładowany zakupami, z błyszczącym balonem i psem uwieszonym u nogawki. Nic dziwnego, że babka miała przedni ubaw.

Dziewczyna wstała i z promiennym uśmiechem spojrzała mi prosto w oczy.

– Jeszcze raz bardzo pana przepraszam za Lulu – powiedziała grzecznie. – Spodniom chyba nic się nie stało, ale gdyby stwierdził pan jednak jakieś szkody… – Pogrzebała w torebce i podała mi wizytówkę. – Proszę o telefon.

– W porządku – mruknąłem udobruchany.

Przytrzymała mi część pakunków, abym mógł uporać się z wizytówką i po chwili zniknęła za drzwiami. Lulu obróciła jeszcze wredny pyszczek i pokazała mi cały garnitur ostrych zębów.

Współczułem dziewczynie, że musi spacerować w taką pluchę. Zwierzak będzie schnąć przez trzy dni. Szkoda, swoją drogą, że taka fajna laska oszpeca się posiadaniem wyjątkowo mało dekoracyjnego kundla.

Westchnąłem i ropocząłem wspinaczkę na czwarte piętro. Mocno odczuwałem brak formy. Odkąd spiknąłem się z Lili, wyraźnie zdziadziałem. W jej trzypokojowym mieszkaniu w przedwojennej kamienicy na Mokotowie zawsze było jakieś zajęcie dla mężczyzny. Jeśli się dobrze zastanowić, moimi rękami zrobiła sobie już całkiem niezły remoncik. Położyłem kafelki, postawiłem ściankę działową między salonem a kuchnią i odmalowałem całość. Ostatnio zabrałem się za montaż oświetlenia.

Zdyszany dotarłem w końcu pod biało lakierowane drzwi ozdobione dziś czerwono-różową dekoracją. Czym prędzej wszedlem do mieszkania. Lili była w swoim żywiole. Krzątała się właśnie po kuchni, pokrywając różowym lukrem kruche ciasteczka. Nic oryginalnego. Skrzywiłem się lekko.

– Tak kiczowato będzie?

– Kiczowato? – Oburzyła się moja przyjaciółka. – Spójrz na ten deser! – Odsłoniła półmisek przykryty folią spożywczą.

Spojrzałem. Spojrzałem drugi raz i… poczułem, że się czerwienię.

Na wściekłoróżowym półmisku pyszniły się fallusy z białego i brązowego marcepanu, w różnych stadiach wzwodu. Bardzo realistyczne. Na czarnej, okrągłej tacy królowały natomiast kobiece organy z czekolady, różowej i białej masy migdałowej oraz galaretki. Pochwy, łechtaczki, piersi różnych kształtów i kolorów. Odsunąłem się i oparłem o ścianę. Lekko mnie mdliło.

– To zamierzasz podać swoim gościom?

– Naszym gościom – poprawiła Lili, chwytając w palce niewielkiego ciemnego fallusika i wpychając go sobie do ust. Schrupała biedaka dwoma kłapnięciami ostrych zębów – Na zaproszeniu umieściłam też ciebie jako gospodarza.

Wolałem nie dociekać, jak wyglądało zaproszenie. Znałem jej kreatywność. Wziąłem głęboki oddech.

– Lilka, to nie jest erotyczne. Prawdę mówiąc, to jest… to jest obrzydliwe! Wygląda jak kolekcja Potwora z Florencji…

Lili spojrzała na mnie surowo.

– Trzeba było coś wymyśleć! Tylko krytykować umiesz! Ludzie tego ode mnie właśnie oczekują, muszę zaskakiwać, muszę mieć nowe pomysły! Rozpakuj zakupy. Zaraz przywiozą rzeźby z lodu. Nie uciekaj nigdzie, bo trzeba będzie im pomóc wnosić.

– Rzeźby z lodu? Słuchaj, to miało być małe, kameralne przyjęcie… Chyba trochę przesadziłaś!

– Nie marudź, Misiek. Zobaczysz, jaka będzie zabawa. Fajne laski, napaleni faceci i dużo dobrego pieprzenia… – zachichotała. Miałem nadzieję, że żartuje. Wspięła się na palce i wsunęła mi język między zęby.

– A teraz szybciutko ci obciągnę, zaraz humor wróci Miśkowi. – Jej wprawne palce już sięgały do suwaka moich dżinsów.

– Nie mam teraz ochoty. – Odsunąłem ją delikatnie.

– Ok. – Natychmiast wróciła do lukrowania ciasteczek.

To była jej metoda na rozwiązywanie problemów. Obciągnąć, rozłożyć nogi. Wypiąć się, ściągnąć majtki. I po krzyku. Szczerze się o nią martwiłem, gdy kompletnie bezrefleksyjnie używała swojego ciała, by mnie nagrodzić, udobruchać, bądź do czegoś zachęcić. Podejrzewałem początki seksoholizmu. Efekt osiągała wprost przeciwny. Traciłem ochotę, czułem zażenowanie i współczucie, a ostatnio pojawiła się jeszcze jedna emocja – chęć natychmiastowej ucieczki. Nie umiałem jej jednak zostawić, wyjść na świnię. A już na pewno nie w święto zakochanych. Mógłbym od razu udać się na emigrację. Jak w banku zostałbym uwieczniony w jednej z powieści Lilki. Taka była cena zbyt bliskiego obcowania ze sztuką.

Trzeba było w ogóle nie wchodzić w ten układ, wyrzucałem sobie chwilami. Niestety, wdepnąłem w gówno i siedziałem w nim po uszy, usiłując jedynie ograniczyć straty. Ech, oby się tak zakochała, pomyślałem smętnie. Niechby ze mną zerwała, nawet gdybym miał następne tygodnie cierpieć na bezseksie.

Wycofałem się do salonu. Okna przysłonięto purpurowymi, pluszowymi kotarami. Na niskich stolikach stały przygotowane do użytku kadzidełka i pakieciki z prezerwatywami. Małe, dyskretne lampki podświetlające wnętrze na różowo, masa miękkich poduch na podłodze i duży, puszysty dywan dopełniały urządzenia wnętrza. Burdel jak się patrzy. Zajrzałem do sypialni, ale widok mojego ulubionego pokoju przemienionego w sex-shop wzmógł we mnie chęć ucieczki. Wybrałem łazienkę jako pomieszczenie, które nie zostało jeszcze poddane transformacji. Wziąłem prysznic, zmieniłem ubrudzone spodnie. Nie miałem ochoty na żadne towarzyskie spotkania, nawet gdybyśmy mieli dziś gościć wszystkie finalistki konkursu Miss Universum. Zrobiło mi się duszno.

– Skoczę po fajki! – krzyknąłem w stronę kuchni, nakładając kurtkę.

– Ach tak? – Lili błyskawicznie pojawiła się w drzwiach, oblizując resztki różowego lukru z łyżki.

– Ale tak normalnie, czy tak jak Jacek?

Jacek był naszym wspólnym kolegą, który zastosował klasyczny chwyt wobec swojej połowicy. Wyszedł po papierosy i odnaleziono go trzy tygodnie później w Poznaniu, w mieszkaniu kochanki. Utrzymywał, że nic nie pamięta, ale wymówki nie uchroniły go przed poważnymi konsekwencjami w życiu osobistym. W każdym razie – podobno rzucił palenie.

Odmruknąłem niezrozumiale na żarcik Lili i wyszedłem na klatkę schodową. Odruchowo sięgnąłem do kieszeni po rękawiczki i namacałem kawałek papieru. Aha, wizytówka Dziewczyny z Futrzakiem. Przyjrzałem się kartonikowi i aż gwizdnąłem z podziwu. Walentyna? Oryginalne imię. Kojarzyło mi się zawsze z kosmosem. Na dodatek skojarzenie było trafne, bo Walentyna pracowała w Instytucie Fizyki Atomowej. Bomba, jednym słowem. Może mogłaby mnie przechować w tymczasowym schronie przez dzisiejszy wieczór, ale raczej nie miałem po co dzwonić. Moje spodnie miały się dobrze. Lulu nie zdołała przebić się przez solidny drelich. Westchnąłem.

Na dole skrzypnęły ciężkie drzwi, odbiły się od ściany z hukiem, widać otworzono je równie gwałtownie, jak ja to zrobiłem przed godziną. Rozległ się szybki, niecierpliwy stukot obcasów. Ktoś wbiegał po schodach. Piętro niżej brzęknęły upuszczone klucze. Ostrożnie wychyliłem się zza poręczy. Walentyna trzęsącymi się dłońmi usiłowała trafić kluczem do zamka.

Zbiegłem piętro niżej.

– Co się stało?

Podniosła na mnie zapłakane oczy.

– Zgubiłam Lulu!

– Jak to?

– Przestraszyła się takiego ogromnego rottweilera w parku i uciekła! Wszędzie już szukałam! A jest tak zimno i pada! Chciałam zadzwonić do brata, żeby pomógł mi szukać, ale zapomniałam komórki. – Z trudem powstrzymywała się od szlochu. Wolałem ją wprawdzie bez psa, ale rycersko zaproponowałem pomoc.

– Poszukamy razem. Nie martw się. – Nie zareagowała na moją poufałość, więc ująłem ją mocno za łokieć. – Płacz nic nie da. Trza działać.

Poskutkowało, bo otarła łzy i uśmiechnęła się.

– Naprawdę mi pomożesz?

– Jasne. I znajdziemy ją – powiedziałem pewnym głosem. Przynajmniej ominie mnie wnoszenie rzeźb z lodu, pomyślałem uradowany. Na dodatek Lili nie będzie mogła mieć nic przeciwko poszukiwaniom słodkiego pieseczka. Uwielbiała zwierzęta.

Rozpadało się na dobre. Alejki na skwerku zamieniły się w lodowate bajoro. Nie podzieliłem się z Walentyną podejrzeniem, iż Lulu mogłaby się w czymś takim utopić i zostać odkryta dopiero wiosną. Przemierzyliśmy skwer wzdłuż i wszerz, nawołując psa, zaglądając w krzaki i za śmietniki. Zaczęło zmierzchać.

– Pewnie chcesz wrócić do domu – zagadnęła mnie Walentyna zmęczonym głosem. – Nie chcę cię aż tak absorbować,

– Ależ skąd! – skłamałem gładko, szczękając zębami. Nie mogłem wzbudzić w sobie żalu po stracie psa, ale oczywiście nie zostawiłbym jej w takiej chwili. – Sprawdźmy jeszcze teren wokół parku.

Zgodnie skierowaliśmy się w stronę pierwszej uliczki. Nawoływania i zaglądanie w każdy kąt nie przyniosły, niestety, żadnych rezultatów.

Walentyna oparła się o pień potężnego kasztana. Wyglądała żałośnie. Była zmęczona, zapłakana i zmoknięta.

– Zrobimy zaraz ogłoszenia. Obdzwonimy schroniska – powiedziałem raźno. Ech, czego ja bym nie zrobił, byle tylko nie wracać do konsumpcji marcepanowych fiutków.

– Wracajmy – zaproponowała bezbarwnym głosem. Odwróciła się i zaczęła iść w stronę domu. Podreptałem za nią, niepewny, jak należy się zachować. Cholerny kundel.

Byliśmy już prawie przy wejściu, gdy coś śmignęło mi między nogami. Szczur, pomyślałem z niesmakiem. Walentyna z okrzykiem szczęścia rzuciła się ku ulubienicy. Po chwili ubrudzona jak nieboskie stworzenie Lulu i jej pani wymieniały czułości. Sam chciałbym się znaleźć w ramionach kasztanowowłosej dziewczyny, ale wielkodusznie usunąłem się na drugi plan. Otworzyłem im drzwi, odprowadziłem na trzecie piętro.

Dopiero pod drzwiami Walentyna przypomniała sobie o moim istnieniu.

– Nawet ci nie podziękowałam! Tak mi pomagałeś! Wejdziesz na herbatę?

Piętro wyżej rozkręcano właśnie niezłe party. Słyszałem śmiechy i głośną muzykę.

– A, bardzo chętnie. – Skwapliwie przyjąłem zaproszenie i wślizgnąłem się za Walentyną do wąskiego przedpokoju, nim zdążyła się rozmyśleć . Lulu warknęła ostrzegawczo i spojrzała na mnie lodowato spod przekrzywionej kokardki. Jako rasowa kobieta domyśliła się zapewne moich nieczystych zamiarów.

– Rozgość się w dużym pokoju. Ja szybciutko wymyję Lulutka i zaraz zrobię ci doskonałej, angielskiej herbaty.

Zdjąłem przemoczone buty – zdaje się, że będę musiał zainwestować w nową parę. Skarpetki były w nielepszym stanie. Właściwie nadawały się do wyrzucenia. Z łazienki dochodziły niezadowolone pomruki psa i pełen czułości głos Walentyny przemawiającej kojąco do swojej ulubienicy.

W końcu wyszły. Owinięta w żółty, gruby kocyk Lulu została umieszczona w okrągłym kojcu z gąbki. Umościła się w nim tak, by móc mnie mieć na oku. Walentyna z przepraszającym uśmiechem podała mi czysty ręcznik.

– Zmokłeś przeze mnie. Przepraszam. Zaraz dam ci ciepłe skarpetki.

– Naprawdę nie ma sprawy – zbagatelizowałem swoje poświęcenie.

Gorąca kąpiel stóp zrobiła mi doskonale. Szare skarpety z grubej wełny należały podobno do brata Walentyny, pasowały, więc nie zadawałem żadnych pytań.

Rozsiadłem się wygodnie w fotelu i z przyjemnością obserwowałem dziewczynę. Była naturalna. Miła. Fajna. Jest fajna, zdecydowałem. Może pozwoli mi przez chwilę zostać.

Przebrała się w białą, wełnianą sukienkę podkreślającą jej szczupłą figurę. Włosy skręciły się pod wpływem wilgoci, co dodawało jej jeszcze uroku, gdy niecierpliwie odgarniała z czoła uparcie opadające kosmyki. Podała herbatę w starych, porcelanowych filiżankach i talerz z domowymi ciasteczkami. Przyjrzałem się im podejrzliwie, ale nie odkrywszy żadnych niezwykłych kształtów spróbowałem jedno. Smakowało wybornie.

Dziewczyna usadowiła się naprzeciwko mnie.

Piętro wyżej coś łupnęło w podłogę. Oboje odruchowo spojrzeliśmy na sufit.

– Potańcówka – stwierdziła Walentyna tolerancyjnie.

– Mhmmm… – Schowałem się za filiżanką. To musiało być w sypialni Lili.

– Aaaa….aach… – Nieznany osobnik właśnie przeżywał nad nami niezwykłe uniesienia. Usłyszeliśmy miarowy stukot (zidentyfikowałem dźwięk. Znałem go dobrze. To metalowa rama łóżka uderzająca w bok szafy), któremu towarzyszyły aprobujące kobiece jęki. Brzmiały absolutnie jednoznacznie. Trudno było udawać, że ich nie słyszymy. Walentyna uśmiechała się, ale lekki rumieniec zabarwił jej policzki. Wyglądała uroczo.

– Znasz Lili? – zagadała, by pokryć skrępowanie. – To pisarka. Swietna dziewczyna, bardzo serdeczna. Zaprosiła mnie na imprezę, ale przez zamieszanie z Lulu zupełnie wyleciało mi to z głowy.

– Ale chyba nie chcesz do niej iść? – spytałem z niepokojem w głosie. – Tam chyba niezłe balety odchodzą.

– No, wiesz… – zachichotała dziewczyna. – Podobno jej przyjęcia są niesamowite.

– Eee, na pewno przereklamowane – stwierdziłem z przekonaniem. – Jeśli o mnie chodzi, to świetnie czuję się w towarzystwie twoim i… Lulu. – Skinąłem uprzejmie w stronę psiego posłania. Suka odpowiedziała podejrzliwym błyskiem w oku.

– Sama tu mieszkasz? – Zgrabnie skierowałem rozmowę na inne tory. Łóżko na górze przestało chwilowo stukać i miałem nadzieję, że moja rozmówczyni podejmie temat.

Faktycznie, dowiedziałem się najważniejszego. Pomieszkiwała od jakiegoś czasu sama. Po rozstaniu z wieloletnim narzeczonym – niezły musiał być z niego numer: zerwał w Wigilię po otrzymaniu prezentów – Walentyna rzuciła się w wir pracy, robienie doktoratu, a w sercu znalazła miejsce dla Lulu, której poprzedni właściciele wyjechali za granicę.

Nie rozczulała się nad sobą, nawet o zerwaniu opowiadała z dystansem i humorem. Ech, co za miła odmiana. Przyszło mi nawet do głowy, że mógłbym ją pocałować i że byłoby to bardzo przyjemne. I może nawet nie miałaby nic przeciwko temu.

Impreza na górze rozkręcała się wyraźnie, co trudno było zignorować. Muzyka stawała się coraz głośniejsza, tak samo jak i śmiechy oraz głosy gości. Czułem się trochę niewyraźnie. Właściwie powinienem chociaż sprawdzić, co to za ludzie, myślałem.

Niemal w tym samym momencie ostry, kobiecy krzyk przedarł się przez akustyczne tło imprezy. Odpowiedział mu podniesiony męski głos i głuchy odgłos uderzenia. Drugi krzyk przeszedł w rozdzierający jęk i wołanie o pomoc. Poderwaliśmy się jak na komendę i rzuciliśmy do drzwi. O mało nie poślizgnąłem się na posadzce klatki schodowej, sadząc w górę po dwa stopnie naraz. Walentyna pędziła za mną.

Drzwi do mieszkania Lili zastaliśmy uchylone, przedpokój ciemny.

Ostrożnie otworzyłem je szerzej i wszedłem do środka, niemal od razu potykając się o nieznaną parę wtuloną w płaszcze. Gruby mężczyzna z opuszczonymi spodniami przyciskał do muru dość korpulentną rudą piękność. Jej obfity biust podskakiwał przy każdym ruchu spoconego jegomościa. Mimo rozmazanego makijażu i potarganych włosów, rozpoznałem w kobiecie właścicielkę salonu florystycznego „Fleurette“. Byli w środku akcji, o czym świadczył przyspieszony oddech obojga i zadowolone mruczenie kwiaciarki.

– Dobry wieczór – powiedziała grzecznie Walentyna, zręcznie wymijając parę w wąskim przedpokoju i w ostatniej chwili unikając kontaktu z obnażonymi, owłosionymi pośladkami mężczyzny. Wziąłem głęboki oddech i skierowałem się do kuchni.

Z marcepanowych pyszności nic nie zostało. Nie wiem, czy były smaczne, ale większość z nich po prostu uległa zniszczeniu. Na stole, wśród resztek różowej masy i malinowej galaretki leżała młoda, naga dziewczyna, otoczona trzema napalonymi facetami, gołymi, jak ich pan Bóg stworzył. Jeden z nich zajął miejsce pomiędzy jej szeroko rozłożonymi udami. Przytrzymywał kolana kobiety, zanurzając się w niej miarowo. Wyglądało to na kompletnie beznamiętne posuwanie gumowej lalki. Dziewczyna mruczała cicho, jakby z obowiązku. Marcepan skleił jej włosy, przytrzymywane teraz przez innego napalonego młodzieńca. Trzeci, najmłodszy, może nawet gimnazjalista, sądząc po stanie trądzikowej twarzy, usiłował trafić członkiem w usta kobiety. Ta nie broniła się nawet, otwierała je szeroko, chcąc pochwycić coś, co przypominało chudego szparaga. Poczułem, że obiad podchodzi mi do gardła. Odwróciłem się.

Walentyna była blada jak ściana, z przerażeniem wpatrywała się w scenę beznamiętnego spółkowania.

Bez słowa ująłem ją pod ramię i wyprowadziłem z kuchni.

Niepokoiłem się o Lili. Zajrzeliśmy do salonu. Poduszki i dywan były pozajmowane. Na środku pokoju stały dwie lodowe rzeźby. Przedstawiały młodych mężczyzn sowicie obdarowanych przez naturę. Przed statuami klęczały młode kobiety, ssąc z zapamiętaniem lodowe członki. Otaczający mężczyźni dopingowali je do większego wysiłku. Wszyscy byli na haju, a charakterystyczny zapach marihuany zatykał dech w piersiach. Brudne prezerwatywy poniewierały się na dywanie, uczestnicy imprezy leżeli nieprzytomni na podłodze, bądź podpierali ściany. Dziewczyny z potarganymi włosami, niekompletnie ubrane, kiwały się w rytm ostrej muzyki. Wzrokiem szukałem Lili, ale nie zlokalizowałem jej w pokoju.

– Jakie to smutne – szepnęła Walentyna. Nawet nie zauważyłem, że przyszła za mną.

– Nie ma Lili… – mruknąłem do siebie. Nie słyszałem wprawdzie żadnych krzyków, ale wcale mnie to nie uspokoiło. Pełen najgorszych przeczuć zbliżyłem się do sypialni, jednocześnie powstrzymując gestem dłoni Walentynę, która deptała mi po piętach.

Znalazłem Lilkę. Napastników było dwóch. Właśnie z nią kończyli. Całkiem naga klęczała na łóżku, ze związanymi dłońmi i chustką wepchniętą w usta. Jeden z mężczyzn, postawny, brodaty szatyn trzymał ją jedną dłonią mocno za włosy, drugą brutalnie wciskał swojego członka między śliczne piersi dziewczyny. Drugi klęczał za ofiarą na łóżku, brał ją od tyłu, od czasu do czasu wymierzając solidne razy, czasem szarpiąc za włosy i szczypiąc. Nie wiem, co zrobili dziewczynie przedtem, ale na udach widziałem zaschniętą krew. Lili była przerażona, widziałem to w jej wzroku, gdy zwróciła na mnie oczy. Szlochała bezgłośnie, a po policzkach płynęły łzy. Poczułem falę gorąca i nim zdążyłem się dobrze zastanowić, zobaczyłem przed oczami czerwoną mgłę. Dopadłem do drania z tyłu, wymierzając mu mocny cios w szczękę. Był tak zaskoczony, że wysunął się spomiędzy pupy Lili i bezgłośnie opadł na podłogę. Nie powstrzymał mnie przerażony krzyk Walentyny, choć zarejestrowałem suchy trzask, gdy moja pięść wylądowała na podbródku szatyna. Gdyby mnie nie powstrzymała , zabiłbym gwałciciela. Wszystko potoczyło się szybko. Adrenalina napędzała mnie, gdy wpadłem do salonu i złapałem za włosy młode kurwy robiące loda.

– Wypierdalać stąd! Wszyscy! – ryknąłem. Balangowicze nieporadnie zaczęli zbierać się do wyjścia, podnosić z podłogi. Jeszcze bardziej mnie to rozjuszyło. Dopadłem do najbliższego mężczyzny, kopnąłem go. Wreszcie do nich dotarło. Zaczęli się spieszyć, dziewczyny piszczały, w przerażeniu szukając fragmentów swoich ubrań. W ciągu kilku minut mieszkanie opustoszało.

Wróciłem do Lili. Szlochała, zwinięta w kłębek. Walentyna siedziała przy niej, głaszcząc dziewczynę po włosach i przemywając twarz ręcznikiem. Napastników nie było, wątpiłem zresztą, by ich znała.

Podświadomie wiedziałem, że to się tak właśnie skończy. Lili podniosła na mnie zapłakane oczy. Serce ścisnęło mi się z żalu. Była bardzo samotna w pogoni za czułością, żebrząc o uczucie i udając, że ma wszystko gdzieś. Ale nadszedł koniec naszej znajomości. Nie potrafiłem koleżance pomóc. Wiedzieliśmy też oboje, że już nigdy tu nie przenocuję.

Wszedłem do łazienki. W wannie odkryłem jeszcze jedną nagą dziewczynę, ale i ją szybko wyekspediowałem za drzwi.

Mieszkanie wyglądało jak jedno wielkie pobojowisko. Zabrałem swoją szczoteczkę i aparat do golenia.

Nie chciałem być tu ani chwili dłużej.

– Potrzebujecie jeszcze czegoś? – Zajrzałem do sypialni. Lili spała, przykryta czystym kocem.

– Zostanę z nią – powiedziała miękko Walentyna. Dostrzegła szczoteczkę i golarkę. Na pewno domyśliła się prawdy, ale taktownie o nic nie spytała.

– To ja wychodzę.

– Wrócisz?

– Jasne. Skoczę tylko po papierosy.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Nooo… jak Miss takie desery serwuje… to już wiem do kogo się wproszę na podwieczorek z (oczywiście) odrębnym zamówieniem… 😀

Pozostaje mi tylko zapoznać się z tekstem… :p

Greg,
Ty…Ty….Ty…
miłośniku bananów! 😉

Ciii… Nie tak głośno. Jeszcze usłyszą użyszkodnicy pewnego forum i będzie raban… :p

Grzesiu,
Ja niewinnie o bananach, a Ty zaraz o rabanach…

Ja nie wiem,ale zawsze jak widzę ,że Miss Swiss coś nowego zamieściła ,to mam święto…

Straszna historia. Bohater bardzo niesympatyczny, a nawet skurwiel. Nawet jednego wyrzutu sumienia nie poczul. A przeciez gdyby byl na miejscu, Lili nie zostalaby skrzywdzona. Devon

Po pierwsze, droga Miss, przyjmij najserdeczniejsze gratulacje z okazji premiery Twojego 30 tekstu na Najlepszej Erotyce!

Jest to tym większe osiągnięcie, że np. w przeciwieństwie do mnie uprawiasz tematyczny płodozmian, więc Twoje opowieści są znacznie bardziej różnorodne i często zaskakujące. Jestem przekonany, że bez Twoich tekstów Najlepsza Erotyka utraciłaby wiele ze swojej wartości, zarówno literackiej, jak i towarzyskiej. Jesteś jednym z filarów naszej strony i mam nadzieję, że będziesz pełnić tę rolę jeszcze bardzo długo!

Po drugie, wraz z tekstem Miss, Najlepsza Erotyka weszła w okres okołowalentynkowy 🙂 Z okazji międzynarodowego święta zakochanych są u nas zaplanowane dwa opowiadania "okolicznościowe". Powyższe jest jednym z nich. Drugie pojawi się tutaj w czwartek.

Po trzecie… recenzja właściwa. Ale tę napiszę nieco później 😉

Pozdrawiam
M.A.

Tym, którzy mogą nie wiedzieć, podpowiadam, że wcześniejsze epizody z życia Michała i Lili można znaleźć w innych, opublikowanych już opowiadaniach Miss Swiss. Tytuły i linki podaję w kolejności odwrotnej do chronologii (tzn. pierwsze w kolejności opowiadanie jest na samym dole listy).

Pani Johansson http://najlepszaerotyka.blogspot.com/2014/01/pani-johansson.html
Domek nad jeziorem III: Epilog http://najlepszaerotyka.blogspot.com/2013/12/domek-nad-jeziorem-iii.html
Domek nad jeziorem II http://najlepszaerotyka.blogspot.com/2012/12/domek-nad-jeziorem-ii.html
Domek nad jeziorem http://najlepszaerotyka.blogspot.com/2012/10/domek-nad-jeziorem.html

Dobre, ciekawe, fajne opowiadanie. Tylko ilustracja paskudna:-) punkty ujemne za tego fotosa!

Jaskier

Zmieniłam deser na przystawkę…

A mi podobała się zarówno wcześniejsza, jak i obecna ilustracja! Zdjęcia, które wybierasz do swoich opowiadań zawsze mają jakąś specyfikę – której nie sposób pomylić 🙂 Tak jak ta filiżanka kawy do "Pani Johansson"…

Pozdrawiam
M.A.

Nogi są w kabaretkach czy w panierce? Mój wzrok coś osłabł od wrażeń na NE 😉

Witam,

najwyższa pora bym spełnił w końcu swoją obietnicę sprzed kilku dni i dał recenzję "Walentyny". Zacznę od tego, że bardzo się cieszę z faktu, że losy bohaterów znanych już z "Domku nad jeziorem" i "Pani Johansson" są kontynuowane. Nie chciałem, by tamta historia skończyła się w taki sposób, więc raduje mnie możliwość poznania ciągu dalszego. Z drugiej strony, po lekturze "Walentyny" trochę się o tych ludzi boję. Cóż jeszcze przyszykuje im Miss?

Niepokoją mnie również zmiany w psychice Michała. W poprzednich opowiadaniach był dość zgorzkniałym człowiekiem, ale niepozbawionym pewnego uroku. Teraz wychodzi z niego niezła świnia. Ok, rozumiem, że nietypowa relacja z Lili budzi w nim strach przed niechcianą stabilizacją w ramionach właśnie tej dziewczyny. Rozumiem nawet, że dla wygody podtrzymuje układ, o którym wie, że nic z niego nie będzie. Natomiast jego zachowanie w Walentynki jest mocno nie w porządku. Najpierw zostawia Lili z nieznanymi mu zupełnie ludźmi, bo podoba mu się sąsiadka. Potem, gdy już stało się najgorsze, wykazuje energię i odpędza napastników. Ale potem, zamiast zająć się skrzywdzoną przyjaciółką, z którą tyle go łączyło, zostawia ją pod opieką owej sąsiadki i z wyczuwalną ulgą opuszcza jej mieszkanie oraz życie. Dżentelmeni tak nie czynią.

Opowiadanie jak zawsze u Miss jest niezwykle syntetyczne – wiele się tu dzieje na niewielu stronach. Może dlatego kulminacja przychodzi dość niespodziewanie i jest bardzo szybka, wydaje się, że skreślona niecierpliwą dłonią. Ale i tak wywiera bardzo mocny efekt – choćby poprzez kontrast z dość spokojną dotychczasową narracją. Po prostu nagle wybucha bomba i wszystko zaczyna się dziać jakby na przyspieszonych obrotach. Zakończenie ma już charakter niejako notki. Zaledwie kilka zdań, z których dowiadujemy się o rejteradzie Michała. Nawiasem mówiąc, ciekaw jestem, co pomyślała sobie o nim Walentyna. Mam wrażenie, że koncertowo zmarnował szansę na bliższą znajomość. I wcale nie dlatego, że podpadł Lulu.

Ogólnie rzecz biorąc, tekst mi się podobał, choć mniej niż "Pani Johansson". Może w tamtym opowiadaniu była po prostu większa harmonia między różnymi częściami tekstu. Tutaj wyczuwalne jest napięcie między spokojny wstępem i rozwinięciem a pędzącą na złamanie karku kulminacją. Trudno pozbyć się wrażenia, że wszystko to skończyło się zbyt prędko i przydałoby się jeszcze choćby z pół strony więcej. No ale wrażenie tego rodzaju niedosytu towarzyszy mi często – po prostu nie każdy lubi się rozpisywać tak bardzo jak ja 🙂

Trzeba też wspomnieć o solidnej dawce humoru, którymi zaprawione są "spokojniejsze" partie tekstu. Autorka potrafi opisywać swoich bohaterów z pewną ironiczno-żartobliwą sympatią, w której jednak wyczuwalna jest czasem nuta pożałowania. Poprzednio dostało się pretensjonalnej pani Johansson, tym razem – mającej zadatki na nimfomankę Lili. Opisy przygotowań do przyjęcia walentynkowego należą do najzabawniejszych fragmentów opowiadania. Oczywiście po zakończeniu lektury uśmiech znika z ust.

Na koniec krótka refleksja odnośnie fabuły. Poprzednio miałem nadzieję, że Michał zejdzie się ostatecznie z Dorotą. Teraz nie jestem już pewien, że chciałbym takiego zakończenia. Biorąc pod uwagę, jak obszedł się z Lili, może Dorocie należy życzyć kogoś lepszego?

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Nie należy wymagać od partnera traktowanego jak wibrator, jeden z wielu w używanym zestawie zabawek erotycznych, by zachowywał się wg najlepszych, romantycznych (tfu, tfu) wzorców dżentelmena (tfu, tfu).

Odniosłem wrażenie, że Michała i Lili łączył nie tyle "seks bez zobowiązań", co raczej "przyjaźń z benefitami". A zatem można było od niego wymagać, że zachowa się jak przyjaciel. I trochę mnie z dziwiło, że się tak nie zachował. Nie spodziewałem się tego po tym gościu.

Pozdrawiam
M.A.

Ja myślę,ze Michał był już"nieco "zmęczony nadmiarem kobiecości Lili,który manifestowała w każdy możliwy sposób.Lili przegina,jak kopciuszek,który stał się księżniczką.Co oczywiście nie usprawiedliwia jego(Michała) nagłego wyjścia "po papierosy".Ale oczywiscie powinniśmy komentować opwiadanie,nie bohaterów.
A ja z kolei przepraszam za swoje wczorajsze występ(ki)y.

Dlaczego powinniśmy komentować opowiadanie, a nie bohaterów? Dyskusje o postępowaniu bohaterów to połowa przyjemności 🙂 Oczywiście, nie powinniśmy obniżać oceny opowiadania dlatego, że bohater świnia, ale to inna kwestia.

Pozdrawiam
M.A.

Aleksandrze słodki,really? to mogę tu jeszcze pobluźnić bezkarnie?Akurat mam kilka celów ,alem sie zestrachała,ze zbanują.

Ależ bluźnij, ile dusza zapragnie i ślina przyniesie 🙂 Mam nadzieję, że cele się nie obrażą. Ale na pewno banować Cię za to nie będziemy!

M.A.

zu – to nie FF . QQ tu nie ma – możesz jeździć po bohaterach jak po rudej kobyle… (chyba..:p)

PS. Mam nadzieję, że za powyższe autorka nie sprzeda mi kopa tam gdzie moja brzytwa rzadko kiedy goli…

A jeszcze co do grafiki – seksowna postać, podana na talerzu, ma cellulit jak cholera…

Aaa, Grześ, dzięki za wyjaśnienie kwestii. Czyli nie kabaretki ani nie panierka, tylko cellulit. Cholera, wzrok mi słabnie!

Chwila, a skąd Wy, panowie wiecie, co to jest cellulit???

Napisz komentarz