Było, minęło (MałaMi)  1/5 (1)

10 min. czytania

Praktycznie wychowała mnie ulica. Bo moje dzieciństwo skończyło się, gdy miałem dwanaście lat. Odkąd pamiętam, zawsze mieszkałem z matką. Ojciec wyprowadził się, gdy miałem cztery lata. Szanowany w mieście pan mecenas mieszkał na sąsiednim osiedlu. Co miesiąc wysyłał jakieś grosze alimentów. Syna nie znał w ogóle. Bo na ile mógł mnie poznać podczas parogodzinnych wizyt, z których i tak się wymigiwał? Mama była zaradną kobietą. Za dnia harowała w fabryce, nocami szyła i haftowała na sprzedaż. Dzięki temu, nie prosząc o nic ojca, jakoś wiązaliśmy koniec z końcem. Żyliśmy skromnie, ale szczęśliwie. Do czasu… Tego pijanego kierowcę, który potrącił idącą poboczem, odwieziono na izbę… Moją matkę do kostnicy…

Zagubiony, rozgoryczony po jej śmierci, musiałem sam sobie radzić z rozdzierającym serce bólem. Nie miałem nikogo bliskiego. Nikogo, do kogo mógłbym się przytulić! Kto dawałby mi schronienie w silnych, ciepłych i bezpiecznych ramionach! Nawet na pogrzebie ojciec stanowczo chwytając mnie za ramię, wyszeptał przez zaciśnięte zęby: „Tylko nie becz!”. A mnie łzy same cisnęły się do oczu. W końcu byłem jeszcze dzieckiem… Miałem tylko dwanaście lat! Zaciśniętymi piąstkami wycierałem lecące łzy i cicho wołałem mamę. Po pogrzebie chciałem wrócić do swojego domu. Do tych ścian, które stanowiły moje schronienie przed zewnętrznym światem i które tak dobrze znałem.

Do domu, w którym obecny był jeszcze zapach gotowanego w dniu śmierci matki bigosu… Tymczasem trafiłem pod opiekę zupełnie obcego mi człowieka. Mojego ojca.

Pozwolił wziąć ze sobą bardzo mało rzeczy. Wszystko bowiem było tylko starymi, nic niewartymi gratami, których nie chciał widzieć w swoim domu. Jego mieszkanie… było zimne i bezosobowe. Przeznaczył dla mnie najmniejszy z trzech pokoi. Zażądał nieskazitelnego porządku. Nie było mowy o jakichkolwiek zabawkach, żołnierzykach czy śmiesznych rysunkach przyklejonych do lodówki.

Sam jeden Pan Bóg wie, ile bezsennych nocy przepłakałem w moim nowym łóżku, ile razy zaciskałem pięści, by nie wyć z tęsknoty za matką! Ojciec kategorycznie zabronił mi o niej mówić. Nie mogłem nawet postawić zdjęcia z jej podobizną na biurku… Trzymałem je więc pod poduszką i zawsze przed snem wpatrywałem się w tę ukochaną, matczyną twarz…

Po paru tygodniach, podczas których ojciec wymagał bezwzględnego posłuszeństwa, przystosowałem się do sztywnych zasad, panujących w jego domu. Nauczyłem się słać łóżko, prasować swoje spodnie, czyścić buty, trzymać porządek na biurku. Chodziłem jak wskazówka w szwajcarskim zegarku. Najlepszą nauczycielką była dla mnie silna ręka ojca. Nie chcę pamiętać, ile razy nią oberwałem… Z pewnością za dużo.

Na szczęście dla mnie, przed zimą wprowadziła się do nas Ulka. Kobieta ojca. Wszyscy na osiedlu wiedzieli, że to dziwka.

Tylko nie on.

Wszyscy mówili, że poleciała na kasę.

Tylko nie on.

Ja w tej kwestii milczałem. Nie moja broszka. Skoro na niej ojciec skupił całą swoją uwagę, ja natychmiast to wykorzystałem. Po lekcjach uciekałem do starych kumpli, na podwórze. Oni zawsze mieli czas i nigdy niczego ode mnie nie chcieli…

Życie powoli toczyło się nowym torem. Skończyłem podstawówkę. Poszedłem do samochodówki. Wbrew woli ojca. Im więcej mi on zabraniał w tamtym czasie, tym bardziej mu się przeciwstawiałem. W końcu chyba zrozumiał, że jego silna ręka nie robi już na mnie żadnego wrażenia. Dał mi spokój…

Na osiedlu często mówiono o mnie „zdolny leń”. Czasem, gdy brakowało kasy, dorabiałem sobie po szkole u osiedlowego mechanika. Lubiłem to i byłem w tym dobry. Dobry też byłem w wielogodzinnym wystawaniu z paczką kumpli pod blokiem. Z nudów robiliśmy różne głupie rzeczy. To wybiliśmy okno w sklepie monopolowym, to ukradliśmy radio z zaparkowanego pod blokiem samochodu. To sklepaliśmy mordę kolesiowi z drugiej dzielnicy… Koneksjami ojca nie zawsze udawało się zatuszować moje wybryki. W końcu założyli mi kartotekę. Trafiłem do policyjnej izby dziecka. Przydzielili mi kuratora. Mnie niczego to jednak nie nauczyło. Wręcz przeciwnie. Trzymały się mnie coraz to nowsze i głupsze pomysły… Za kolejny taki trafiłem do poprawczaka.

W zakładzie poznałem pierwszego prawdziwego przyjaciela. Na imię miał Oleg. Był synem Polki i Rosjanina. Miał siedemnaście lat. Urodził się i wychował w Polsce. Mieszkał z bratem. Siedział za rozbój. Przypuszczam, że gdyby nie ta znajomość, moje życie w ogóle wyglądałoby inaczej.

Po opuszczeniu zakładu ponownie wróciłem do mieszkania ojca. Do osiemnastych urodzin brakowało tylko tygodnia. Wiedziałem, co chcę potem robić. Wystarczyło wytrzymać jeszcze tylko tych parę dni.

Ojcu schodziłem z drogi, jak tylko mogłem. Przypuszczam, że gdyby miał taką możliwość, rozszarpałby mnie na kawałki. Zawiodłem wszystkie jego oczekiwana. Do czego to podobne, żeby syn mecenasa siedział w poprawczaku? Żeby zadawał się z podejrzanym, bądź co bądź, Rosjaninem? Żeby go sąsiedzi na klatce przeklinali za to, że im że się nie kłania? Jedynie z Ulką miałem normalny kontakt. Tak mi się przynajmniej wydawało…

Jak co rano ubrany tylko w jeansy zszedłem do kuchni zrobić sobie śniadanie.

Siedziałem z kubkiem kawy i przeglądałem w gazecie dział sportowy, gdy pojawiła się ubrana w krótki szlafroczek Ulka. Przechodząc obok, położyła dłoń na moim nagim ramieniu i powiedziała:

– Dzień dobry prawie dorosły mężczyzno…

Jej palce podążyły w stronę mojego sutka, a usta musnęły policzek.

Zerwałem się z krzesła. Bez słowa wyszedłem z kuchni. Nie było to bowiem jej normalne zachowanie.

Przez resztę dnia nie wyszedłem ze swojego pokoju. Myślałem o niej. Była cholernie seksowną kobietą. Wszystko we właściwych proporcjach, wszystko na swoim miejscu. Pociągała mnie i odstraszała jednocześnie. Wiedziała, czego pragnie i umiała to zdobyć. Teraz najwidoczniej pragnęła mnie. Mogła mnie mieć…

Tylko zagrała nie tą kartą. Przegrała…

Ta sytuacja miała miejsce we wtorek, do czwartku z Ulką się właściwie nie widziałem. W ów właśnie czwartek zrobiłem coś, z czego zawsze będę dumny. I co, niestety, całkowicie zachwiało moją wiarę w ludzi. A przynajmniej w kobiety. Właśnie kończyłem się golić w łazience, gdy wtargnęła tam Ulka. Miała na sobie tylko komplet bordowej, seksownej bielizny. Bez żadnego skrępowania podeszła do mnie i, kładąc dłoń na moim przyrodzeniu, uwodzicielsko wyszeptała:

– Jesteś już prawie dorosły, pokaż więc swojej mamusi, co potrafisz.

Nie wytrzymałem. Mocno pchnąłem Ulkę na stojącą pralkę. Podszedłem do niej. Chwyciłem jej brodę pomiędzy swój kciuk i palec wskazujący, zmuszając, aby spojrzała na mnie i z wściekłością w głosie powiedziałem:

– Zapamiętaj sobie, pieprzona dziwko, że nigdy nie byłaś, nie jesteś i nigdy nie będziesz moją matką. Nawet nie waż się z nią porównywać. A teraz zejdź mi z oczu, kurwo, bo o wszystkim powiem ojcu.

Ulka ze łzami w oczach wybiegła z łazienki. Szybko skończyłem się golić. Włożyłem pierwszą z brzegu koszulkę, buty i popędziłem do kumpli. Jak zwykle w tej sytuacji niezawodny był Oleg. Jemu nie musiałem nic tłumaczyć. Wystarczyło, że miałem się z kim napić. Przy kim przeanalizować w głowie swoje zachowanie.

Pamiętam, że wróciłem do domu późno, nieźle zawiany. Wiedziałem, że ojciec się wścieknie. Nic sobie jednak z tego nie robiłem. Wchodząc do swojego pokoju, przez cienkie ściany mieszkania słyszałem namiętne pojękiwanie Ulki i systematyczne skrzypienie łóżka. Puściłem głośniej radio. Otworzyłem okno i, siedząc na parapecie, paliłem papierosa. Jakiś kwadrans później do pokoju gwałtownie wtargnął ojciec. Coś wrzeszczał o ciszy nocnej, o moim zachowaniu, o tym, że znów piłem. Wzruszyłem tylko ramionami i powiedziałem:

– Najlepszy prezent, jaki mi możesz zrobić na osiemnaste urodziny, to oddać klucze do mieszkania matki. Zejdę ci z oczu i przestaniesz mieć problem.

Rano na stole leżał komplet kluczy i biała koperta. W niej była urodzinowa kartka i tysiąc złotych. Wziąłem klucze. Spakowałem niewielki dobytek zgromadzony przez sześć lat mieszkania z ojcem i wyszedłem. Kasą sobie nie zawracałem głowy. Nie była mi ona potrzebna. Właściwie to jej nawet nie wziąłem, bo nie chciałem, by ojciec kiedykolwiek mógł mi coś wypomnieć. Nienawidziłem go całym sercem. Zabrał mi bowiem całe dzieciństwo. Zagrabił je. Bez słowa jakiegokolwiek wyjaśnienia, dlaczego był wobec mnie taki, a nie inny?

Wróciłem do mojego domu. Prawdziwego domu. Nie byłem tu od tamtego dnia, kiedy pochowałem matkę.

Godzinę później rozdzwoniła się moja komórka. Oleg. Zapowiedział się z wizytą. Zaintrygowało mnie jego niecodzienne zachowanie. Zawsze bowiem podjeżdżał pod blok, puszczał strzałę i czekał, aż zejdę. Oleg wiedział, gdzie mnie szukać. Jemu pierwszemu powiedziałem, jakie mam plany na resztę swojego życia. To właśnie on i jego starszy brat, Aleksiej, czekali na mnie, gdy opuszczałem mury poprawczaka. Roztoczyli przede mną bajkową i kolorową wizję przyszłości. Przystałem na to. Aleksiej miał być moim szefem, Oleg – partnerem. Robić mieliśmy różne, niezupełnie zgodne z prawem rzeczy.

Oprócz nich w drzwiach pojawił się Anioł… Przynajmniej tak pomyślałem w pierwszej chwili. Młoda kobieta o długich blond włosach, zielonych oczach i drobnej posturze na imię miała Agata. Należała do Aleksieja. A mnie przysłoniła cały świat…

* * *

Niezliczoną ilość bezsennych nocy spędzałem na fantazjowaniu o kochaniu się z Agatą. Wyobrażałem sobie, jak podchodzi do mojego łóżka, chwyta mnie za rękę. Prowadzi do ogrodu. Tam, pod uginającymi się pod słodkim ciężarem gałęziami jabłoni, kładzie mnie na trawie. Sama siada na mnie. Rozpuszcza swoje śliczne, długie włosy. Powoli ściąga z siebie sukienkę. Następnie jej dłonie podążają na ramiona. Palce zsuwają ramiączka biustonosza. Wolno go rozpinają. Odsłaniają piersi. Spragnione pocałunków usta szukają moich ust. Obejmują je. Jej dłonie błądzą po mojej klatce piersiowej. Palce zabawnie wkręcają się w krótkie włoski. Obejmuję jej ramiona. To właśnie od tego miejsca zaczynam poznawać jej ciało. Ramiona. Barki. Łabędzia szyja. Twarz. I znów powoli w dół… Szyja. Barki. Małe, cudowne, słodkie piersi. Płaski brzuch. Tajemniczy trójkąt jasnych włosków. Zgrabne uda…

Teraz to Agata leży w pachnącej trawie. Moje usta poznają smak jej skóry. Zatracają się w pieszczocie piersi. Płaskiego brzucha. Poznają smak jej kobiecości. Wznoszą moją kochankę, mojego Anioła, na wyżyny. A potem przynoszą cudowne ukojenie.

Nasze ciała łączą się w jedno. Ściśle do siebie przylegające. Wspaniale współgrające. Umiejące dostarczyć sobie wzajemnie nieopisanych rozkoszy… A po wszystkim, czule złączone w uścisku, pozwalają na chwilę wytchnienia. Krótką chwilę, kiedy razem jemy jabłka…

To znów siedzę oparty o ścianę, mocno obejmując Agatę. W pokoju pali się mnóstwo świec. Pachnie pomarańczami. Za oknem pada śnieg. Z głośnika cicho sączy się Sinatra. A ja szepczę mojej dziewczynie, jak bardzo ją kocham i co mam ochotę z nią zrobić. Palce pieszczotliwie głaszczą jej ramiona. Mój oddech błąka się po jej szyi. Policzku. Uchu. Niecierpliwe dłonie głaszczą brzuch. Pieszczą piersi. Trącają stojące z podniecenia sutki… A po chwili delikatnie zatapiają się w soczystej kobiecości. Zaczynają się w niej powoli poruszać. Na tyle wolno, że jej łono napiera na moją dłoń. Prosi o pieszczoty. Jak mógłbym odmówić? Poruszam szybciej palcami. I czuję narastające podniecenie. Coraz szybciej. A ta słodka kobieta wije się w moich ramionach. Podnieconym głosem prosi o jeszcze. Przyspieszam. Mój wskazujący palec muska jej źródło kobiecości a usta wyśpiewują najpiękniejszą melodię. Melodię spełnienia.

Budzi mnie zapach aromatycznej kawy. Kawy, którą przygotował dla mnie mój Anioł. Schodzę do kuchni. Widzę Agatę. Bosą. Ubraną tylko w moją koszulę. Nie ma na świecie piękniejszego widoku. Uśmiechnięta, zjawiskowa kobieta. Kobieta promieniująca blaskiem. Kobieta, która bez skrępowania siada mi na kolanach. I pochłania mnie w siebie. Otula ciepłym, soczystym wnętrzem. Powoli się porusza. Jej dłonie błądzą po moich włosach, jeszcze mokrych po porannym prysznicu. Usta całują skronie. Powieki. Moje dłonie obejmują jej pośladki. Unoszą je do góry. Opadają pod ich ciężarem w dół. I znów powoli w górę… Niepotrzebne są nam słowa. Doskonale rozumiemy się bez nich… Nasze urwane oddechy, przeciągłe jęki mówią nam wszystko, co chcemy w tym akurat momencie słyszeć. Dla nas świat zewnętrzny się nie liczy. Liczymy się my, to miejsce, ta chwila. Chwila przyjemności.

* * *

Tych fantazji z Agatą w roli swojej kochanki miałem niezliczoną ilość. Praktycznie co noc wymyślałem sobie nową historię. Najgorsze jednak było widzieć Agatę w objęciach Aleksieja. Kochałem go jak brata i jednocześnie nienawidziłem jak ostatniego wroga. Dlaczego miał coś, czego ja tak bardzo pragnąłem?

Zapomnienia szukałem w wódce lub amfie. Piłem i ćpałem, kiedy tylko nie miałem do wykonania roboty. Najczęściej towarzyszył mi, niczego nieświadomy, Oleg.

Ale to Aleksiej pierwszy zauważył, że mam z czymś problem. Że coś mnie przerosło. Z czymś przestałem sobie dawać radę. Nie pytał jednak, co to było. Kazał się nam spakować i zlecił bratu robotę na Wybrzeżu. Potem mieliśmy tydzień wolnego. Sopot latem jest olśniewający. Pogoda była śliczna. Za dnia wylegiwaliśmy się na plaży, nocą szaleliśmy w dyskotekach. Praktycznie co rano budziłem się koło innej panienki. Bez trudu je sobie znajdowaliśmy. Taktyka zawsze była ta sama.

Wchodziliśmy do dyskoteki bądź klubu. Zamawialiśmy po piwie. Z butelką w ręce stawaliśmy pod ścianą i obserwowaliśmy. Skąpo odziane panienki eksponowały w rytm muzyki prawie nagie ciała. Wyginały się zmysłowo. Ocierały o siebie wzajemnie. Zwracały tym na siebie naszą uwagę. Zawsze wybieraliśmy te najłatwiejsze. Gwarancja udanej zabawy… Przyłączaliśmy się do nich. W wolnym tańcu, dłonią błądziłem pod koszulką dziewczyny (jeśli takową miała), machinalnie pieszcząc jej plecy. Jeśli te zabiegi wystarczająco nie omotały „ofiary”, to więziłem ją pomiędzy opartymi o ścianę rękami. Szeptałem jej jakieś puste słowa. Łakomie pożerałem wzrokiem. Palcami dotykałem szyi. To zawsze działało. Po wszystkim panienka była gotowa iść za mną na koniec świata.

Wychodziliśmy wtedy z dyskoteki. Szliśmy do parku, zaparkowanego w pobliżu samochodu lub jechaliśmy do hotelu. To zależało tylko od tego, jak napalona była panienka. To, co działo się potem, nazywałem rżnięciem. Miałem ją, jak chciałem i gdzie chciałem… Myślałem tylko o własnej przyjemności. To, co czuły te dziewczyny, nie miało dla mnie najmniejszego znaczenia. Budziłem się potem koło takiej pustej lalki, niejednokrotnie nie pamiętając jej imienia. Ściemniałem jakiś tekstem: „Słuchaj skarbie, przepraszam, ale muszę już lecieć, jesteś cudowna i na pewno do ciebie zadzwonię.” I wychodziłem. Ulatniałem się niczym kamfora. A wieczorem znajdywałem sobie, w innej dyskotece, nową ofiarę. O Agacie jednak zapomnieć nie umiałem…

Żyłem tak, z dnia na dzień. Nigdy nie myślałem o tym, co będzie jutro. Jutro, jeśli będzie, to będzie. Wcale nie zmartwiłbym się, gdyby go jednak nie było. Dusiłem więc w sobie tę tajemnicę. Zadręczałem się tym uczuciem. I nie potrafiłem znaleźć ukojenia w żadnych kobiecych ramionach!

Dwa lata później dowiedziałem się, że zostanę wujkiem. Cieszyłem się. Naprawdę. Widziałem radość Aleksieja i cieszyłem się razem z nim. I z Agatą. Oleg i ja urządziliśmy nawet przyjęcie z tej okazji.

…Boże, gdybym wiedział, że być może po raz ostatni tańczyłem wtedy z moim Aniołem, zapiłbym się na śmierć… Aleksiej i Agata, wracając do domu, mieli wypadek. W ciężkim stanie walczyli o życie. Potrzebna była krew. Nie wahałem się ani chwili. Oleg też nie.

Dziś, tydzień później, siedząc nad grobem matki, w ręku trzymam kopertę. Znam jej zawartość. Gdzieś w tym szaleńczym pościgu, w zapomnieniu o swojej niespełnionej miłości, nie pamiętałem o zabezpieczeniu. Nie wiem, ile czasu mi zostało. Nikomu o niczym nie powiedziałem. Tylko na tablicy z numerem rejestracyjnym samochodu kazałem napisać: „Za szybcy, by żyć, za młodzi, by umrzeć!”.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Dobre opowiadanie, skłaniające do refleksji. W sam raz na ponury, jesienny wieczór. Użyty język wysokiej klasy, dobrze przemyślana fabuła i ekscytująca nuta tajemnicy.

Całą radość z czytania jak dla mnie burzy jednak zawarta w tekście liczba wielokropków. Może jestem na to zbyt wyczulony, ale moim zdaniem mocno nadużywasz tego znaku interpunkcyjnego. Według mnie opowiadanie zawiera w sobie wystarczający ładunek emocjonalny bez konieczności używania wielokropków w prawie każdym akapicie (czasem nawet trzykrotnie!).

MałaMi, masz pecha.
Twój tekst nie jest zły. Tylko tyle, że w porównaniu z tekstem seamana, opublikowanym dwa dni temu, Twoja opowieść robi mizerne wrażenie.

Nie udało Ci się utrzymać konwencji językowej; matczyna twarz, bezwzględne posłuszeństwo, podwórze, koneksje ojca, ów czwartek, wtargnęła – miesza się ze slangowym językiem ulicy i blokowiska.

Tych niezgrabności stylu i języka jest zresztą więcej. Przykłady zgrzytów:
"Im więcej mi on zabraniał
Tego pijanego kierowcę, który potrącił idącą poboczem
Nie było to bowiem jej normalne zachowanie
W ów właśnie czwartek zrobiłem coś, z czego zawsze będę dumny. I co, niestety, całkowicie zachwiało moją wiarę w ludzi. A przynajmniej w kobiety. Właśnie kończyłem się golić w łazience, gdy wtargnęła tam Ulka
Przy kim przeanalizować w głowie swoje zachowanie.
W niej była urodzinowa kartka i tysiąc złotych"

Nie rozumiem tej tendencji do przekombinowania – zamiast pisać "po ludzku", stosujesz udziwnioną wersję składni. Czy był to zamierzony efekt? Nie znajduję dla niego uzasadnienia.
Więc typowe staranie się, by tekst brzmiał bardziej literacko. To spory błąd.

Trzykropki są (jak mniemam) interpunkcyjnie uzasadnione, ale czy nie można by ich zastąpić inaczej sformułowanym zdaniem?

No i najważniejsze.
Miałaś "po drodze" co najmniej dwie sceny erotyczne i… było jej tyle co kot napłakał.

Kuszenie MILFa zbyłaś kilkoma zdaniami. A to taki potencjał…
Marzenia senne są lekko zabarwione erotycznie, a mogły by być erupcją fantazji młodego buchającego hormonami faceta. Wsadziłaś mu w głowę własne fantazje i wyszło nieprzekonująco.
Opis kolejno zaliczanych dziewcząt – aż się prosi o pikantną scenkę rodzajową.
A u Ciebie ma erotyki za grosz.

2,5 tys na 13,5 tys znaków dotyczy erotyki. Widzisz dysproporcję? (zwłaszcza że nie jest to soczysty opis, ale pocięte na kawałki wizje)

I melodramatyczne zakończenie. Banał.

Sumując:
Toporny język, słaba stylistyka, brak erotyki, niewiarygodny bohater.

Dziwne. Zgadzam się ze wszystkimi zarzutami Barmana, ale mimo wszystko mam do tego opowiadania pewną słabość 🙂 I fajnie, że jesteś, MałaMi 🙂
Eileen

PS
W dzisiejszych czasach zarażenie wirusem HIV nie skazuje na śmierć. Można żyć i trzydzieści lat. To nie jest już wyrok.
Wydaje się, że pogubiłaś się w narracji – "Potrzebna była krew. Nie wahałem się ani chwili. Oleg też nie." po co jest ten wtręt? Zaraził się w czasie transfuzji? wyjaśniasz że z powodu nieostrożności i braku gumek..
"w tym szaleńczym pościgu, w zapomnieniu o swojej niespełnionej miłości, nie pamiętałem o zabezpieczeniu" o co kamą?

Barmanie,

odniosłem wrażenie, że narrator zaraził się HIVem podczas szalonego tygodnia na wybrzeżu. A dopiero po tym, jak oddał krew, zbadano ją i fakt zarażenia wyszedł na jaw. Akurat ten fragment fabuły nie budził żadnych moich wątpliwości 🙂

Fakt, że dziś z HIV można żyć 30, a nawet i 40 lat (choć słyszałem, że leki powstrzymujące rozwój choroby mają szkodliwe działanie na inne organy, np.mózg). Ale mimo to wieść o zarażeniu się raczej nie podnosi na duchu…

Pozdrawiam
M.A.

Przy donacji krwi rutynowo badają p/ciała HIV i HCV-tyle ode mnie.Stąd pewnie ten skrót.A co do opowiadania-pech 😉

Ciekawe opowiadanie, trochę klimatem zbliżone do "Złego wychowania" Seamana.

Podoba mi się styl i język, nawet kupuję fabułę… natomiast wydaje mi się, że gdzieś zagubiły się właściwe proporcje. Część biograficzna zajmuje ponad połowę tekstu, zdecydowanie przeciąża całość. Właściwa historia "współczesna" – jest znacznie krótsza. Zakończenie to właściwie kilka zdań zaledwie.

Wszystko to powoduje, że właściwie nie wiadomo, o czym jest ten tekst. O trudnym dzieciństwie bohatera? O tym, jak podrywała go macocha? O miłości do dziewczyny przyjaciela/szefa? O szaleństwach na wybrzeżu? O tym, że należy się zabezpieczać? Jeśli wziąć pod uwagę objętość poszczególnych części, chciałaś opisać głównie młodość narratora. Ale w takim razie nie wiadomo, po co ciąg dalszy.

Sceny erotyczne opisane są tak delikatnie i lirycznie, że aż trudno sobie wyobrazić, że mogły być fantazjami bandziora o grubym karku, a takie właśnie wrażenie sprawia czasem narrator.

Reasumując: fabuła ma potencjał, ale trzeba ją było pociągnąć dłużej. Bardziej skupić się na współczesności. Rozbudować sceny, dialogi, charaktery. Wtedy byłoby z tego bardzo przyzwoite, a może i wybitne opowiadanie. A tak jest – przyczynek, wprawka do czegoś większego. Mam nadzieję, że wkrótce chwycisz znów za pióro i napiszesz nowe opowiadania. Chętnie zobaczyłbym, jak zmieniłaś się jako Autorka przez ten czas.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Napisz komentarz