Steel City I (Rita) Brak ocen

18 min. czytania

Ron Hammond spróbował powoli otworzyć oczy. Z doświadczenia wiedział, że gwałtownie wpuszczenie światła poranka między zapuchnięte powieki grozi atakiem przeszywającego bólu w czaszce. Przez wąskie szparki stwierdził, że wieczorem zachował niezwykłą przenikliwość umysłu zasłaniając wschodnie okno roletą. Pogratulował sobie z całego serca i przeszedł do kolejnego etapu. W głowie czuł pulsujące ćmienie narastające przy każdej próbie zmiany pozycji.

– Kurwa – stęknął. Przekleństwo z trudem przeszło mu przez suche gardło. To było póki co wszystko, na co było go stać.Język miał suchy jak wiór, a kwaśny odór w ustach skłonił go do wykonania dramatycznego gestu. Mężczyzna drżącym, ale pewnym ruchem sięgnął po stojącą na podłodze butelkę mineralnej, jakby czynił to nie pierwszy raz, zrzucając przy tym telefon komórkowy. Syknął, gdy ten ruch spowodował dodatkowe pulsowanie w skroniach. Opróżnił jednym haustem ponad pół butelki. Beknął. Wstał z łóżka. Jego ruchy były powolne, jakby każda najdrobniejsza czynność sprawiała mu niezwykłą trudność. W zasadzie to wrażenie nie odbiegało daleko od rzeczywistości.

Ron spojrzał w lustro w łazience. Wyglądał jak kupa gówna. I tak właśnie się czuł. Od czterech lat, pięciu miesięcy i czternastu dni. Psycholog policyjny przekonywał, że ból jest potrzebny, ale przejdzie. Że żałoba jest niezbędna. Mówił o etapach – zaprzeczenie, przekupywanie, depresja, zrozumienie.

Pierdolenie.

Ron wiedział, że nie wyszedł jeszcze z pierwszej fazy. Chyba, że od razu przeskoczył do trzeciej i tkwił w niej bez szans na ucieczkę.

Podszedł do łóżka i spod poduszki wyciągnął swojego Glocka. Był przywiązany do swojej broni. Ufał jej i traktował trochę tak, jak dzieci swoje ulubione maskotki. Zapewniała mu poczucie bezpieczeństwa i mógł w miarę spokojnie zasnąć, czując jej twardy kształt pod głową. Czuł moc, mając te 850 gramów metalu w dłoniach.

W ramach porannego rytuału odtworzył przed lustrem scenę z „Taksówkarza”. „You talkin’ to me?” Wyglądało to żałośnie. Z odrazą rzucił ostatnie spojrzenie na swoją podłą fizjonomię, ubrał się i wyszedł.

***

Jak co dzień, Lila Stiles czekała na niego, w swoim samochodzie. Amerykański sedan w byle jakim kolorze. To auto z pewnością nie zwróciłoby niczyjej uwagi. Przekręciła kluczyk w stacyjce i leniwie obserwowała otoczenie. Ron mieszkał w przyjemnej okolicy, w pobliżu Wzgórza Waszyngtona. O tej porze roku, drzewa rosnące wokół domów z czerwonej cegły, przybierały malowniczy rdzawy odcień. Szeregi jednopiętrowych budynków mieszkalnych przedzielone były pasami zieleni, boiskami i placami zabaw. To było piękne, starannie zaplanowane osiedle, idealne dla rodzin z dziećmi. Których ani ona, ani Ron nie mieli.

Z tego miejsca rozpościerał się najbardziej spektakularny widok na Pittsburgh. Co bynajmniej Lilę nie dziwiło – była to również jedna z największych atrakcji turystycznych, więc sezonie letnim ciężko było znaleźć tam chwilę spokoju. Ale już jesienią, tak jak teraz, Stiles lubiła przyjeżdżać na szczyt swoim ukochanym gruchotem, i godzinami gapić się na miasto. Niestety, nieczęsto się to zdarzało. Charakter jej pracy rzadko pozwalał na krajoznawcze wycieczki.

Lila wiedziała, że mimo swojego stanu Ron się nie spóźni. Równo o 8.30 pojawił się w drzwiach i ruszył zdecydowanym krokiem w jej kierunku. Była jego partnerem i chyba tylko ona zdawała sobie sprawę, że z Ronem nie wszystko jest w porządku. Pozostali kumple podziwiali go za nieugiętość, cięty język, lojalność. Za te wszystkie cechy, które sprawiały, że był naprawdę dobrym gliną. Ale najbardziej robiło na nich wrażenie, że po tamtych zdarzeniach nie wziął ani jednego dnia wolnego. Ani jednego. Twardy gość.

– Hej. – Ron ucieszył się na widok kubka ze Starbucksa z parującym czarnym płynem – Nie możesz pić normalnej kawy? – Lila sączyła przez słomkę spienione frapuccino.

– Daj mi spokój. Lepiej spójrz na siebie. O której się położyłeś?

– Nie wiem. Ale czuję się jak gówno.

– I podobnie wyglądasz. Nie mogłeś się chociaż ogolić? – spojrzała na niego z wyrzutem, ale Ron przyzwyczajony był do uszczypliwości ze strony partnerki. Lubił ją, a przede wszystkim znał wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że docinki z jej strony dyktowane są troską o jego marną osobę. – Co nowego? – Zagaił.

– Słyszałeś, co burmistrz wymyślił ostatnio? Nowy plan zwalczania przestępczości wśród gangów. Parodia!

– Wiesz, tytuł zobowiązuje. – Wzruszył ramionami i zamilkł. Pittsburgh zdobył ostatnio tytuł „Najbardziej przyjaznego miasta w kraju”. Ron nie wiedział za bardzo, za co.

Styl Hammonda ugrzązł głęboko w latach osiemdziesiątych i żadna siła nie była w stanie go stamtąd wyciągnąć. Wytarta skórzana kurtka pilotka, znoszona czapka z daszkiem z logo Steelersów na przedzie plus jasne dżinsy stanowiły dla gliniarza szczyt mody. Niegdyś zadbany i umięśniony, teraz stanowił zaledwie cień dawnego siebie. Z dawnego wyglądu został mu tylko wzrost – ponad dwa metry, oraz przenikliwe spojrzenie jasnoszarych oczu.

Lila przyglądała mu się ukradkiem, pewnie prowadząc wysłużony wóz. O tej godzinie jechała w zasadzie na wewnętrznym autopilocie. Korki w porze szczytu nie omijały nawet najwspanialszego miejsca do życia, jakim miał być Pittsburgh.

Znali się z Ronem już prawie piętnaście lat i przeszli razem niejedno. Ale to, jak bardzo zmienił się w ostatnich latach, spędzało jej sen z powiek. Zapadnięte policzki porośnięte sztywnym, kilkudniowym zarostem, sine cienie pod oczami i utrata dobrych kilkunastu kilogramów wyraźnie wskazywały, że z jej partnerem nie jest dobrze. Lila pogodziła się już dawno z faktem, że dla Rona nigdy nie będzie nikim więcej, niż przyjaciółką. Starała się więc pełnić swoją rolę najlepiej jak potrafiła, zastępując mu ostatnio żonę, matkę, kucharkę, czasem sprzątaczkę. O roli kochanki nawet nie śniła.

***

Minęli rzekę Monongahela jednym z 446 mostów, które łączyły brzegi Pittsburgha. Posterunek policji, który w całości zajmował Oddział Śledczy znajdował się przy Centre Avenue i był nowoczesnym budynkiem wykończonym cegłą klinkierową. Musiał być reprezentatywny, bo okolica, w jakiej się znajdował do tego zobowiązywała. „Złoty Trójkąt”, zabudowany iglicami wieżowców, leżał pomiędzy dwiema potężnymi rzekami, łączącymi się malowniczo w błękitne wody Ohio River. Na drodze panował wzmożony ruch, ale Lila spokojnie meandrowała pomiędzy trąbiącymi samochodami, by wcisnąć się na docelowy parking. Wysiadając, trzasnęli jednocześnie drzwiczkami i uśmiechnęli się do siebie. Spędzali w swoim towarzystwie stanowczo za dużo czasu.

Przekraczając próg posterunku, wyczuli, że coś się stało. Atmosfera była napięta, wszędzie panowała nienaturalna cisza. Zamiast codziennego rozgardiaszu i energicznego gwaru napotkali niepewne, ukradkowe spojrzenia i nerwowe gesty. Mijane osoby spuszczały wzrok, unikając stalowych oczu Rona. Młoda stażystka upuściła karton pączków, które próbowała zebrać trzęsącymi się dłońmi.

Gruba, czarnoskóra kobieta, w zbyt obcisłej garsonce, zmierzała w ich kierunku zdecydowanym krokiem. Spojrzała na nich surowo i nieznoszącym sprzeciwu głosem rzuciła:

– Ron. Do mojego gabinetu. Natychmiast. – odwróciła się i wskazała im drzwi ze srebrną plakietką z wyraźnym napisem „Kapitan Shaquita Adams, Dowódca Oddziału Śledczego Policji w Pittsburghu” – Lila, ty też.

„O, łaskawa”, pomyślała policjantka, idąc kilka kroków za Ronem. Zastanawiała się, co takiego mogło się wydarzyć, by wytrącić z równowagi spokojną zazwyczaj kapitan. Shaquita Adams była potężna, brzydka jak noc listopadowa, a jej skóra miała odcień hebanu. Białe zęby i lekko przekrwione białka nadawały pełnej twarzy dość upiorny wygląd. Była szorstka w obyciu, ale zadziwiająco uczciwa i sprawiedliwa wobec podwładnych. Czasami nawet błyskała dowcipem, jednak zdarzało się to rzadko. A i humor zazwyczaj był czarny. Jednak, Lila nigdy nie widziała jej tak przejętej.

Prawie nigdy.

Stiles zatrzymała się w pół kroku, a strużka zimnego potu spłynęła wzdłuż kręgosłupa, wywołując nieprzyjemny dreszcz. Ostatni raz widziała Shaquitę w takim stanie dokładnie cztery i pół roku temu. Rozejrzała się uważnie po wypełnionej biurkami sali, a widząc przejęte twarze współpracowników, wiedziała już, że może spodziewać się najgorszego.

– Idziesz? – nieprzyjemny, niski głos przywrócił ją do rzeczywistości.

– Tak, Shaq. Już idę. – podbiegła kilka kroków i zatrzasnęła za sobą drzwi.

***

Ron stał w kącie pokoju z założonymi rękoma. Mimo, że nie wyglądał już tak imponująco, jak kiedyś, to i tak jego postać zdawała się dominować w niedużym pomieszczeniu, wyłożonym aż po sufit ciemną boazerią. Adams przestąpiła nerwowo z nogi na nogę, bujając szerokim zadem. Wyglądała jak wielka czarna kaczka w bordowym wdzianku. Przeszła parę kroków, usiadła przy eleganckim, mahoniowym biurku i przełożyła kupkę papierów z prawej na lewą stronę.

– Usiądźcie – wskazała im krzesła.

– Do rzeczy, Shaq – wąskie usta Rona, były bardziej zaciśnięte niż zazwyczaj.

– Wolałabym, żebyście usiedli. – ponowiła, tym razem bardziej stanowczo.

Ron wpatrywał się uporczywie w czarne jak węgiel oczy szefowej. Zaciskał szczęki, a pobielałe kostki w zaciśniętych pięściach, świadczyły wyraźnie, że jeszcze chwila a wybuchnie. Adams odpowiedziała równie zdecydowanym spojrzeniem spod ciężkich od tuszu rzęs. Po chwili jednak spuściła wzrok i pokiwała ze zrezygnowaniem głową. Ron nie odpuści, zbyt długo z nim pracowała, by wierzyć w niemożliwe.

– Mów. – powiedział cicho. Tak cicho, że Lila miała wątpliwości czy Adams usłyszała.

Ale Shaquita Adams słyszała aż za dobrze. Zbierała się w sobie, by wydusić jedno, krótkie zdanie. Było jej trudno, ale musiała to zrobić.

– On wrócił.

W ciszy, która zapadła po tych słowach, słychać było syk powoli wypuszczanego powietrza. Obie kobiety spojrzały na Rona, lecz on ich nie widział. Już nic nie było dla niego ważne. Nic, oprócz jednej myśli, która przez ostatnie cztery i pół roku zdążyła zagnieździć się w jego umyśle. „Znaleźć. I zabić.” Bez słowa ruszył w stronę wyjścia, otwierając gwałtownie drzwi, które z hukiem uderzyły o ścianę.

– Ron! Czekaj! – Adams poderwała się z krzesła – Hammond! Wracaj tu!

Detektyw długimi krokami zmierzał ku drzwiom wyjściowym. Twarz miał zaciętą, a nieobecny wzrok utkwiony w jednym, sobie tylko znanym punkcie. Policjanci rozchodzili się w pośpiechu, by umożliwić mu przejście. Patrzyli na niego z lękiem i podziwem zarazem.

– Zostaw go, Shaq. – Stiles położyła dłoń, na ramieniu szefowej.

– A jak zrobi coś głupiego?

Lila popatrzyła na nią z niedowierzaniem, ale widząc autentyczną troskę malującą się na jej twarzy, wstała i zamknęła drzwi. Usiadła naprzeciwko Murzynki, chwyciła ją za ręce, i powiedziała:

– Opowiadaj.

***

Cztery i pół roku wcześniej pierwszy palec został znaleziony w ekskluzywnym centrum handlowym w samym sercu „Złotego Trójkąta”. Po wstępnym przebadaniu, przez kryminalistyków okazało się, że należał do świeżo zaginionej 30 – letniej kobiety, odnoszącej sukcesy prawniczki, niebieskookiej, wysokiej i wysportowanej blondynki. Drugi palec został podrzucony już bezpośrednio na jeden z komisariatów, w foliowym woreczku, który jakiś menel przyniósł za flaszkę wódki. Podobnie było z palcem trzecim, czwartym, piątym i szóstym. Palce były odcinane za życia ofiar. Wszystkie należały do zgrabnych, zadowolonych z siebie i życia blondwłosych piękności. Tak zwanych „low risk victims”, których zwyczajny, bezpieczny styl życia w żaden sposób nie powinien prowokować zbrodni. Nie powinien, a jednak sprowokował. Żadnej z kobiet nie odnaleziono. Po dwóch tygodniach od podrzucenia pierwszego z palców, morderca podkładał drugi. Odcięty po śmierci.

Siódmą ofiarą była Linda Hammond. Żona Rona.

***

– Czy masz pewność, że to on?

– Palec został odcięty tak samo – ostrym, rozgrzanym narzędziem, prawdopodobnie nożem. Cięcie jest gładkie. Dokonane za życia. Palec należy do Julii Waller.

– Blondynki?

Adams przytaknęła. Wszystko się zgadzało.

– Jakieś ślady? – zapytała Lila.

– Oddałam chłopakom do przebadania, ale ze wstępnych ustaleń wynika, że znowu wszystko jest czyste. Żadnych śladów… – Szefowa ze zrezygnowaniem pokiwała głową. Ten zabójca był doskonały. Zbyt doskonały, jak na jej możliwości. Zdawała sobie sprawę, z tego, że sama, nawet z zespołem świetnych fachowców, jakich miała, nie da rady ponownie stawić mu czoła.

– Musiałam zgłosić to federalnym – powiedziała cicho.

– Domyślam się. Mówiłaś już reszcie?

– Nie – zawiesiła głos. – A muszę, bo jutro przyjedzie do nas agent… – przewróciła kilka kartek na biurku, by dostać się do różowego świstka papieru z zapisanym nazwiskiem. – Agent Specjalny A. B. Leigh. Profiler, cokolwiek to znaczy.

– To powiedz jak najszybciej. Wiesz, że nie będą zadowoleni.

– Zrobię to zaraz. Tymczasem, miej oko na Rona. Opiekuj się nim podczas tego śledztwa. Proszę.

***

Deszcz padał już trzecią godzinę. Ciężkie krople lały się pionowo z czarnego nieba. Nabrzmiałe chmury zasnuły całą jego powierzchnię, nie dając gwiazdom i księżycowi rozświetlić nocy. Mrok rozjaśniały jedynie jaskrawe światła latarni, rzucające żółty, niepokojący blask na mokrą ulicę.

Ron szedł szybko, zdecydowanie stawiając krok za krokiem. Strugi deszczu wlewały mu się za postawiony kołnierz skórzanej kurtki i spływały po plecach. Nasunął głębiej bejsbolówkę, co jednak niewiele dało. Wędrował w ulewie wystarczająco długo, by przemoknąć do cna. Chłód jesiennej nocy skutecznie usuwał z jego organizmu resztki spożytego alkoholu. Znów spędził wieczór w barze, gapiąc się w opróżnianą metodycznie butelkę, jak gdyby oczekiwał, że wyleci z niej dżin i odpowie na uporczywie zadawane pytanie. „Kim jest morderca?” Dziś jednak nie dokończył flaszki.

Ulice były puste. Albo, przynajmniej takie zdawały się być, za gęstą zasłoną wodnego całunu. Ron trząsł się z zimna. Targały nim jednocześnie sprzeczne uczucia. Trochę wbrew sobie czuł narastającą ekscytację. Wstydził się tego, ale podniecenie na myśl o nadchodzącym śledztwie było silniejsze od wypełniającej jego serce nienawiści.

Napędzała go energia. Czuł się silny, jak nigdy. Albo po prostu, nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł się podobnie. Miał wrażenie, jakby wszystko nagle stało się możliwe.

Ostatnie cztery i pół roku spędził w letargu. Poruszał się w gęstej mgle wspomnień, a każde jego posunięcie było blokowane przez ograniczającą go lepką substancję. Wszystkie jego myśli krążyły jedynie wokół Lindy. Nie potrafił pogodzić się z tym, że nie dał rady ująć jej zabójcy. Jakby zawiódł w tej ostatniej próbie. W zasadzie jedynej, na jaką go wystawiła. Pogardzał sobą zarówno jako mężczyzną, jak i stróżem prawa.

Nie umiał bez niej żyć. Nie chciał dać jej odejść, wciąż rozdrapując jątrzącą się ranę w swojej obolałej pamięci. Zdjęcie ślubne, przedstawiające uśmiechniętą młodą parę, wciąż stało na stoliku nocnym, przypominając mu jak bardzo był kiedyś szczęśliwy. I jak wiele stracił. Nie potrafił się odnaleźć w rzeczywistości, w której jedyne, co mógł pożegnać, to były jej palce. Szczątki, które nieustannie przypominały mu jak wiele musiała wycierpieć przed śmiercią, której nie potrafił zapobiec.

Teraz jednak, los ponownie dawał mu szansę na schwytanie sprawcy. Wiedział, że musi ją wykorzystać. Następnej już mieć nie będzie. Tego był pewien.

***

Przeszedł już kilkanaście przecznic i zbliżał się pomału do mostu.

Metalowe przęsła ociekały wodą. W dole widział wzburzone wody Monongaheli, niosące ze sobą powyrywane z korzeniami drzewa i połamane gałęzie. Deszcz nie ustawał.

Wsłuchany w monotonny szum płynącej zewsząd wody, wychwycił nagle inny dźwięk. Przeszedł jeszcze kilka kroków, i zyskał pewność. Ktoś za nim szedł. Mógł nawet iść o zakład, że podążała za nim kobieta. Stukot obcasów był wyraźnie słyszalny. Miał charakterystyczny rytm. Lekko nierówny, jakby kobieta utykała. Albo celowo zwalniała, by policjant jej nie zauważył.

Ron odwrócił się, by ujrzeć wysoką postać oblaną jaskrawym światłem latarni. Nieznajoma miała na sobie krótki, czerwony, lakierowany płaszczyk z ogromnym kapturem ukrywającym twarz w cieniu. Długie nogi okryte były skórzanymi kozakami na niebotycznie wysokiej szpilce. Opierała się o barierkę. I najwyraźniej paliła papierosa, bo mimo zacinających w oczy kropel, Ron dostrzegł obłok dymu unoszącego się spod kaptura. Jak udawało jej się utrzymać żar w tej ulewie, pozostawało dla Rona tajemnicą.

„Dziwka”, pomyślał, „dziwka rodem z komiksu”.

Ostre kolory, dramatyczne kontrasty pomiędzy wszechogarniającym mrokiem a rażącym blaskiem latarni i kobieta odziana w wulgarnie hipnotyzujące wdzianko, przywodziły na myśl scenerie z dzieł Franka Millera, z „Sin City” na czele. Może Pittsburgh nie był wymarzonym Miastem Grzechu, ale dla Rona, z jego zrzędliwym pesymizmem, przyznanie miastu tytułu „raju na ziemi” było mocno niezasłużone.

Ron popatrzył przez chwilę na ten odrealniony widok. Spróbował odpalić papierosa, lecz gwałtowny wiatr uporczywie gasił płomień zapalniczki. Wzruszył ramionami, odwrócił się i skierował się w stronę Wzgórza Waszyngtona.

Po kilku krokach, znów usłyszał to irytująco arytmiczne stacatto obcasów na chodniku. Kobieta przyspieszyła. Uderzenia szpilek o bruk były coraz głośniejsze. Lakierowana skóra czerwonego płaszczyka wydawała drażniące, piskliwe odgłosy.

Ron nie zwalniał. Był zaintrygowany nieznajomą, ale nie na tyle, by ją o cokolwiek prosić. Czy zabiegać o jej uwagę.

Adrenalina jednak krążyła w jego żyłach. Poczucie zamknięcia, zakończenia pewnego etapu w jego życiu, przepełniało go energią, która musiała znaleźć ujście. Miał ochotę dać komuś w mordę. Tak po prostu, atawistycznie. Potrzebował się wyżyć, zadać ból.

Albo kogoś przelecieć.

Jak w tekście piosenki – szedł szukać kłopotów. A znalazł ją.

Od śmierci Lindy czas wypełniała mu w osiemdziesięciu procentach praca. Pozostałe dwadzieścia przeznaczał na chlanie i sen. Ściągnięte wyrzutami sumienia wodze popędów nie pozwalały mu na szukanie zapomnienia w ramionach przygodnych kobiet. Ale ten padający deszcz, ta przerysowana dziwka, ten żółty most zawieszony nad rwącą rzeką – wszystko to wydawało się tak nierzeczywiste, jakby było snem. Odrzucało na bok moralność i konwenanse. Ron poczuł, że z głośnym hukiem spada maska przyzwoitości, którą nosił na co dzień. Nie był już Ronem Hammondem, uczciwym detektywem z Wydziału Zabójstw w Pittsburghu. Był czterdziestoletnim facetem, który od ponad czterech lat nie miał kobiety.

Najpierw poczuł zapach. Ostrą, duszącą woń markowych perfum, która wdarła mu się w nozdrza i precyzyjnym ciosem powaliła ostatnie bastiony skrupułów. Odwrócił się gwałtownie, by ujrzeć, prawie na wysokości swojej twarzy, wielkie, intensywnie zielone oczy, mrużące się pożądliwie. Dziwka była mulatką, albo inną mieszanką latynosko – karaibskiej krwi. Różowym językiem przesunęła lubieżnie po wydatnych, jaskrawoczerwonych wargach. Miała niezbyt szeroki nos i wysokie kości policzkowe, a jej skóra miała odcień cynamonu. Egzotyczną twarz otaczała burza czarnych jak ta jesienna noc włosów, które, zmoczone deszczem, przylepiały się teraz do jej ust.

Bez słowa przywarła do niego, odbierając oddech i przyprawiając o zawroty głowy. Ron musiał się oprzeć o barierkę, bo kobieta napierała na niego, odcinając jakąkolwiek drogę ucieczki. Dla Rona nie było już odwrotu. Zielone oczy, krwistoczerwone usta i czarne włosy wirowały mu przed oczami, kusząc niczym wąż w rajskim ogrodzie. Odbierając rozum i resztki zdrowego rozsądku.

Mężczyzna zamknął oczy i wciągnął ponownie odurzający aromat, oplatającej go jak bluszcz, kobiety. Przyciągnął ją jeszcze bliżej, tak że czuł gorący, cynamonowy oddech na swoim zmarzniętym policzku. Jedną ręką pociągnął za pasek ściągający płaszczyk w talii.

I westchnął.

Nie miała na sobie nic. Nic poza długimi, ordynarnymi kozakami do połowy uda i tym krótkim wdziankiem, ledwie zakrywającym tyłek. Gęsia skórka pokryła całe jej ciało, tak że wydawało się jeszcze bardziej sprężyste niż w rzeczywistości. Wielkie piersi sterczały dumnie do przodu, prężąc czarne jak heban brodawki. Woda spływała strumyczkami po płaskim, napiętym brzuchu i ściekała prosto na gładkie, wypukłe łono, by sunąć dalej między uda. Miała obłędnie wąską talię i szerokie biodra. Była idealna.

Wyszczerzyła drobne zęby w uśmiechu triumfu. Wiedziała, że ma go w garści.

Ron powolnym gestem dotknął jej skóry, jakby chciał się upewnić, że bezwstydna nieznajoma nie zniknie, nie rozpłynie się w ciężkich kroplach ulewy. Przesunął wierzchem dłoni po jej ustach, rozmazując karminową szminkę. Wielkie zielone oczy wpatrywały się w niego pogardliwie, jakby kobietę bawiła ta niepewność ruchów. Mężczyzna wplótł palce w jej czarne pukle, a ona wygięła szyję w wystudiowanym geście.

Kawałek po kawałku, badał opuszkami jej ciało, czując wzbierające w niej rozdrażnienie. Szczypał sutki, obłapiał wąską kibić i ściskał dużą pupę, sycąc oczy oszałamiającym widokiem. Kiedy wsunął palce między nabrzmiałe fałdki jej sromu, kobieta prychnęła lekceważąco. Była tak mokra i gotowa, że Ron poczuł przezroczysty śluz ściekający aż na jej uda.

– Zerżniesz mnie wreszcie? – wysyczała mu prosto do ucha, przygryzając małżowinę do krwi.

Zaskoczony Ron lewą ręką złapał się za obolały płatek, a drugą wymierzył jej siarczysty cios w policzek. Dziwka zachwiała się na wysokich obcasach, ale spojrzała na niego hardo i uśmiechnęła się z satysfakcją.

– No… wykaż się – z irytującym grymasem na czekoladowej twarzy, rozchyliła szerzej poły wdzianka, podsuwając swoje doskonałe ciało prawie pod nos. – Bądź mężczyzną…

Gliniarz stał w lekkim rozkroku z uniesioną w półgeście dłonią. Pierwszy raz uderzył kobietę.

I wbrew sobie, wcale nie czuł się z tym źle. Ta cynamonowa dziwka aż prosiła się o więcej.

Są takie kobiety, które po prostu lubią igrać z ogniem. Lubią spalać się w żarze, jak ćmy, opalając sobie skrzydełka w płomieniu świecy. Czy spadając w otchłań swoich mrocznych pragnień czują się niczym Ikar, który zaznał absolutu? Tego Ron nie wiedział. Nawet nie starał się analizować pobudek, jakimi kierowała się kobieta.

Zapragnął po prostu dać jej to, czego chciała.

Piękne, lśniące od deszczu ciało wiło się przed mężczyzną, jak kobra przed fakirem. Ron z zadowoleniem obserwował jak kobieta mruży oczy, ściskając swoje napięte sutki. Czuł, że zaraz ból zmusi go do rozpięcia rozporka. Jego członek napęczniał z podniecenia i wypełniał spodnie, pulsując tłoczoną w niego krwią. Chciał się już znaleźć w tej ociekającej sokami, gorącej dziurce.

Nie wytrzymał, kiedy nieznajoma odwróciła się do niego tyłem i pochyliła się głęboko do przodu. Przed oczami miał ciemną, czekoladową bułeczkę przeciętą na pół różową szparką. Cała błyszczała i rozchylała się zapraszająco, czekając na przyjęcie jego męskości. Tego było już za wiele.

Ron zdecydowanym ruchem rozpiął rozporek, z którego wyskoczył jak z procy nabrzmiały penis. Mężczyzna popatrzył na swoje przyrodzenie, jakby widział je po raz pierwszy w życiu. Nigdy nie był tak wielki i tak obolały z pożądania. Mulatka chwyciła dłońmi balustradę mostu i wypięła się jeszcze bardziej, chociaż Ron nie wierzył, żeby to było możliwe.

– Bierz mnie! – jak przez mgłę, dotarło do niego wykrzyczane polecenie. Nie dał się dłużej prosić, i mocnym pchnięciem zagłębił się w spragnionej szparce, aż po jądra. Kiedy wilgotna ciemność otuliła ciasno jego członka, musiał chwycić się kurczowo wielkich pośladków, bo bał się, że upadnie. Gładka skóra pod palcami podsunęła mu aż nadto oczywisty pomysł. Zamachnął się z całej siły i uderzył czekoladową półkulę. Wraz z głośnym plaśnięciem, doszło go wyraźne jęknięcie aprobaty.

Więc uderzył drugi raz. I trzeci. Po piątym przestał liczyć, tylko patrzył jak duże pośladki falują w rytm jego ciosów. Przy każdym uderzeniu, mięśnie jej pochwy zaciskały się kurczowo, na wciśniętym głęboko penisie. Cynamonowa skóra pociemniała od zadawanych razów. Ściśnięte słoneczko odbytu pulsowało miarowo. Kobieta jęczała coraz głośniej, a puszczane przez nią soki zalewały mu uda. Więc bił coraz mocniej, coraz szybciej, powoli tracąc nad sobą kontrolę. Okrzyki Mulatki były coraz głośniejsze, jej oszałamiającą twarz wykrzywiał grymas bólu zmieszanego z rozkoszą. Zmęczona ręka zaczęła mrowić. Zwalniał tempo razów, dając pomiędzy uderzeniami chwilę wytchnienia – jej i sobie. Uda kobiety drżały, kiedy wsuwał się w nią brutalnymi sztychami.

Ron powoli wysunął się z chętnej dziurki. Jego penis lśnił od jej soków a purpurowa główka naraz znikła w czekoladowym ciele, kiedy gwałtownym wyrzutem bioder wbił się między rozgrzane pośladki. Krzyknęła głośniej i kolana się pod nią ugięły, gdy sztywny pal forsował jej ciasny tunel. Mężczyzna przytrzymał ją mocniej i unieruchomił silnym chwytem. Teraz już nic nie mogło go powstrzymać. Rżnął ją zapamiętale do wtóru ochoczych westchnięć ze strony Mulatki. Niczym rozpędzona lokomotywa zbliżał się niebezpiecznie do momentu, w którym nie było już odwrotu. Nie bacząc na nic, pchał zawzięcie nabrzmiałą męskość w wąski otwór, niecierpliwie dążąc do spełnienia. Ostatnie ruchy wykonywał już, jak bitewnym szale. Ostro, gwałtownie, zwierzęco posuwał wypiętą dziwkę. Gdy już poczuł, że nadchodzi orgazm wbił się w nią jeszcze brutalniej, wyciskając z uszminkowanych ust ostatni okrzyk rozkoszy. Wtłoczył w nią długo gromadzone nasienie, drżąc w ostatnich podrygach ekstazy. Mięknący powoli członek został wypchnięty przez zaciskające się mięśnie, pozwalając białej śmietance swobodnie wypłynąć na ciemne uda.

Dyszał ciężko, powoli dochodząc do siebie. Deszcz ustawał. Pojedyncze krople uderzały w przymknięte powieki mężczyzny, studząc wzburzone emocje.

Podał rękę Mulatce, i przygarnął ją mocno. Przytulił mokre ciało i chłonął ciepły zapach jej włosów. Kobieta była jednak napięta i z irytacją znosiła te czułe pieszczoty. Sztywnymi rękami odsunęła go od siebie.

– Czy… czy mam ci zapłacić? – rzucił ze zdziwieniem.

Dziwka wybuchła śmiechem. Wyszczerzyła białe zęby i złapała się za brzuch. Śmiała się głośno, złowieszczo, histerycznie.

Ron patrzył na to skonsternowany. I czekał.

– Nie, mój drogi – spokojniejsza, pogłaskała go po policzku. – Już zapłaciłeś.

– Powiedz chociaż, jak masz na imię?

Zawiązała pasek płaszczyka, poprawiła kaptur, ponownie zasłaniając niemal całą twarz, podciągnęła cholewki kozaków i odwróciła się bez słowa. Przeszła parę kroków w tym dziwnym rytmie i zatrzymała się, jakby zastanawiając się nad odpowiedzią na proste pytanie. Skierowała zacienioną twarz w kierunku skonsternowanego Rona.

– Aileen.

– Co? – mężczyzna nie dosłyszał.

– Mam na imię Aileen.

***

Podniesione głosy na posterunku, były równie nienaturalne, jak złowroga cisza z poprzedniego dnia. Policjanci i technicy zbijali się w grupki, by w podekscytowaniu omawiać plany na nadchodzące dni. Wszyscy byli zniecierpliwieni, bo samolot, którym mieli przylecieć oczekiwani goście miał godzinę opóźnienia. Co było o tyle irytujące, że sam lot z Waszyngtonu, trwał dokładnie tyle samo.

Lila uporczywie wpatrywała się w Rona, próbując wychwycić zmiany w jego twarzy. Bo to, że dzisiaj był inny niż wczoraj, było dla niej oczywiste. Kiedy podjechała, jak co dzień, swoim starym wozem pod jego dom, czekała około kwadransa, zanim zdecydowała się zadzwonić do niego na komórkę. Przyjaciel, spokojnym tonem, jakby nie było w tym nic dziwnego, poinformował ją, że poszedł do pracy na piechotę.

Zamiast spranego t–shirta Ron miał na sobie dzisiaj, nową, czarną koszulkę polo, która stanowiła w jego mniemaniu szczyt elegancji. Policzki miał gładko ogolone, co sprawiło, że wyglądał dobre kilka lat młodziej. Ale nie to przykuło uwagę Lli, tylko ten blask w jego szarych oczach, którego brakowało przez ostatnie lata. Wzrok Rona był jasny, zdecydowany, pozbawiony matowej mgły, która zwykła zasnuwać mu spojrzenie.

– Jak się dziś czujesz? – zagaiła.

– Dobrze, Lil – uśmiechnął się do partnerki. – Ale zdecydowanie potrzebuję kawy.

– Kupiłam w drodze po ciebie, ale zostawiłam w aucie.

– Chodź mała. Postawię ci w ramach przeprosin ten boski napój z automatu.

Lila roześmiała się. Lura z maszyny ledwo nadawała się do picia, ale przynajmniej miała w sobie kofeinę, a tego oboje z rana potrzebowali. Stojąc przy automacie, prowadzili lekką rozmowę, jakby w powietrzu nie wisiała złowróżbna groza popełnionych zbrodni. Lila cieszyła się tą ulotną chwilą, bo dawno nie widziała Rona, tak pełnego energii.

Wtem detektyw drgnął. Jego twarz stężała.

W ciszy, jaka zapanowała na sali, mężczyzna usłyszał znajomy dźwięk, ale tak nie pasujący do tego miejsca, że zamarł w bezruchu i nasłuchiwał. Jego uszy pozostały głuche na uprzejme słowa powitania, jakie wygłaszała Shaquita, na pozdrowienia wypowiadane przez funkcjonariuszy, na entuzjastyczny gwar, jaki podniósł się na posterunku.

Ron słyszał jedynie nierówne, irytujące uderzenia obcasów o kamienną posadzkę. Kroki były powolne, jakby obliczone na wywołanie właśnie takiego efektu. Mężczyzna stał jak skamieniały, bojąc się poruszyć.

– A to nasz najlepszy detektyw. Inspektor Ron Hammond i jego partnerka Lila Stiles. – chrapliwy głos Adams zabrzęczał mu w uchu, nie wywołując żadnej reakcji.

– Ron – szefowa szturchnęła go w ramię.

– Ron! – krzyknęła mu do ucha.

Detektyw obrócił się powoli, by ujrzeć świdrujące zielone oczy wpatrujące się w niego z uwagą i karminowe usta wykrzywione w drwiącym uśmiechu. Zamiast czerwonego płaszczyka, jej boską figurę sztywno trzymała w ryzach grafitowa garsonka, spod której widać było białą, jedwabną koszulę. Długą, czekoladową szyję zdobił sznur pereł, otulający ją ciasno niczym obroża. Na stopach miała czarne szpilki, na obłędnie wysokim obcasie.

– Agent specjalny Leigh. – kobieta niskim, aksamitnym głosem przedstawiła się – Aileen Barbara Leigh.

Ron głośno przełknął ślinę.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Czyli jednak Vallejo 🙂

tekst super, podoba mi się bardzo. Chropawy, mięsisty, bardzo żywy. Bez wątpienia szykuje nam się kilka bardzo ciekawych serii kryminalnych!

Pozdrawiam, s.

Pastisz, pastisz, słodki pastisz! Przerysowany, także w ten nieco ironiczny sposób przerysowany, komiksowy. Wow! Żywcem wzięty z komiksów dawnych lat. I z detektywistycznych nowelek lat pięćdziesiątych/sześćdziesiątych w miękkiej oprawie za kilkanaście czy kilkadziesiąt centów. Tak to czytam. Więcej komplementów nie powiem, by nie tworzyć wrażenia kółka wzajemnej adoracji.
O jedno proszę. Niech będzie dużo zaskoczeń. Niech to, co sugeruje pierwsza część, wcale się nie stanie. Niech okaże się nieprawdą, że przeczułem zakończenie.

To ile w tym P. jest mostów? To mnie zaskoczyło. A ile jest np. w stolicy pewnego pięknego kraju między Bałtykiem i Tatrami? Takie szczególiki potrafią wkurzyć.

Na Najlepszej Erotyce nastał sezon na kryminały! Do Coyotmana ("Zabójczy układ") i Miss.Swiss ("Manhattan") dołączyła Rita ze swym Stalowym Miastem.

Autorka postanowiła nas zabrać do "najlepszego miasta do życia w USA", Pittsburgha.

Miasta 446 mostów, podupadłego przemysłu hutniczego (stąd przydomek), dynamicznie rozwijających się nowych technologii. Do tej niezwykłej amerykańskiej metropolii po kilku latach powraca seryjny morderca. Jego tropem ruszają policjanci Wydziału Zabójstw a także ktoś jeszcze…

Widzę tu dwie zasadnicze inspiracje. Pierwszą – w estetyce – to oczywiście "Sin City" Franka Millera, wskazane już przez samą Autorkę. Przerysowane sceny, intensywne i kontrastowe kolory, ulewny deszcz. Rita maluje słowami opisy balansujące na granicy kiczu, lecz założona konwencja całkowicie to tłumaczy.

Drugą inspiracją jest wg mnie serial "Dexter". Gdy przeczytałem o tym, że FBI wysyła do Pittsburgha swojego profilera, miałem silne wrażenie deja vue. Frank Lundy anyone? Ale oczywiście Autorce wprowadza zwrot akcji, który przewraca moje wyobrażenie na temat ciągu dalszego tej historii. Zwrot, trzeba dodać, dobrze napisany.

Tak więc w "najlepszym mieście do życia" rozpoczynają się łowy. Tylko kto na kogo poluje? Moim zdaniem, żadna konfiguracja owego pościgu nie jest wykluczona. A myśliwy szybko może stać się zwierzyną…

Jedno jest pewne – "Steel City" to mój ulubiony tekst Rity. I niemal pewnik do najbliższych Poleceń.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Przede wszystkim dziękuję za komentarze i oceny. Cieszę sie, że się spodobało, bo obawiałam się, że opowiadanie zginie wśród świetnych tekstów o podobnej tematyce, jakie pojawiły się na blogu ostatnio.
Miało być komiksowo, postaci miały być przerysowane, na granicy kiczu. Fajnie, że taka stylistyka przypadła Panom do gustu.
KG, mam nadzieję, że uda mi się Ciebie jeszcze zaskoczyć i sprawić przyjemność lekturą.
Megasie, Seamanie, niestety na kolejne odcinki będziecie musieli poczekać co najmniej miesiąc, ale główna koncepcja jest już w głowie i czeka na wolny czas.
Dziękuję Miss za inspirację, bo to jej Manhattan pchnął mnie do ruszenia konceptu, który leżał już od roku w zakamarkach komputera.
Pozdrawiam gorąco!

Rito,

myślę, że właśnie owa komiksowość i przerysowanie są wielką szansą dla cyklu Stalowego Miasta. No i znacząco odróżniają go od wspomnianego "Manhattanu" Miss, który w najbliższej odsłonie uderzy w mocno realistyczne tony…

Podoba mi się to, jak Wasze teksty dialogując ze sobą, pozostają jednak bardzo odmienne. A jeszcze bardziej podoba mi się to, jak bardzo rozwinęłaś się jako Pisarka od czasu Twoich pierwszych opowiadań. Naprawdę, postęp jest ogromny i bardzo satysfakcjonujący. Ale pisałem to już na okoliczność "Gorąco cz.2" gdzie jest to najbardziej widoczne.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.

Megasie, cieszę się, że widzisz różnicę, bo sama z przyjemnością ją zauważam. Do tej pory na NE zamieściłam 3 teksty pisane na bieżąco i widzę duży postęp w stosunku do rzeczy tworzonych daaawno 🙂
A to wszystko przez Was, kochani Autorzy, bo skoro zostałam dopuszczona do tak szacownego grona, to nie wypada odstawac 😉 Przynajmniej nie za bardzo.

Dopiero dzić mogę na spokojnie skomentować (maksymalną notę wystawiłam już w dniu ukazania się opowiadania).

A więc – bardzo mi się podobało i bardzo jestem ciekawa, co to za ziółko z tej Leigh. Też mam swoją teorię, trochę naciąganą może, ale ciekawa jestem, jak poprowadzisz intrygę i będziesz wodzić czytelników za nos, no i oczywiście, czy ten morderca już się pojawił, czy też jeszcze nie.

Bardzo podobało mi się plastyczne nakreślenie postaci -od razu mam je przed oczami, nawet figurę drugoplanową szefowej. Super location – jak mawiają w różnych reality show – nie znam wprawdzie Pittsburgha, ale mnie zaciekawił.
W każdym razie – droga Rito – nie zostawiaj nas zbyt długo bez dalszego ciągu!

A co do Twojego rozwoju pisarskiego – jest bardzo widoczny. Zawsze mi się podobały Twoje opowiadania, ale ostatnie dwa wciągnęły mnie od pierwszego akapitu i przykuły do komputera. Super. Byle tak dalej.

Rito odnośnie tego co napisałaś wcześniej. Pewnie tak jest, że widzisz różnicę w swoich tekstach wcześniejszych i nowszych (w końcu praktyka czyni mistrza), ale przyznam szczerze już na DE tworzyłaś rzeczy wybijające się z masy opowiadań, które tam były zamieszczone. Jeśli może być lepiej, to super, z wielu powodów, ale przede wszystkim z punktu widzenia Czytelników. Dostaniemy porcje świetnej rozrywki, co jest nie do przecenienia. Steel City zaintrygowało mnie, jest ciekawe, ma swój klimat, całość doprawiona jest Twoim nienagannym stylem. Czekam na dalsze części, kibicując glinom ze Stalowego Miasta.

Napisz komentarz