Dzień zwierząt (Osiem Oceanów) 4.16/5 (15)

Źródło: Pexels

Na tabliczce obok drzwi napisane było, że biuro czynne do 15.00. Moja komórka wskazywała 15.03. Nienawidzę się spóźniać. Nienawidzę urzędów. Mogłem nie wyłazić z domu. Musiałem.

Chciałem.

Raz kozie śmierć. Koty mają łatwiej z tą swoją dziewiątką.

Zapukałem i od razu chwyciłem za klamkę.

W środku nie było nikogo. Dwa biurka, dwa komputery. Szafki i segregatory. Drzwi do kolejnego pomieszczenia, teraz niedomknięte, za nimi szamotanie się i przesuwanie tajemniczych obiektów.

– Dzień dobry – powiedziałem w pustkę.

Po chwili tamte drzwi otworzyły się na oścież i stanęła w nich panna: zdziwiona i zła.

– Ja w sprawie paszportu – wyjaśniłem.

Wgapiła się we mnie, jak w ciele malowane. Miałem dzień zwierząt. Więc zastygłem niczym preriowy piesek z łapami wyciągniętymi przed siebie.

– Jak pan tu wszedł? – zapytała wreszcie.

Spojrzałem w okno, ale byliśmy na trzecim piętrze, więc mój żart byłby dość naciągany. Wskazałem w wejście za plecami.

– Zakładam, że tędy – wyjawiłem z uśmiechem. Nie zadziałał. Kobieta dalej tam stała, jakby zastanawiając się, czy posiada ukryty w torebce rewolwer, a w tym kraju istnieje prawo pozwalające zastrzelić interesenta, który nie zastosował się do zalecanych godzin przyjęć.

– Były otwarte?

– Jestem stomatologiem, nie włamywaczem.

Westchnęła.

– Myślałam, że zamknęłam – powiedziała pod nosem, jakby do siebie. Była chyba jakaś nierozgarnięta, bo zrobiła dwa kroki na środek pokoju, zatrzymała się, prychnęła i zakręciwszy na pięcie, przeszła szybko obok mnie. Usłyszałem zgrzyt zamka. Wydawało mi się, że szepnęła przy tym „Jeszcze inni tu jacyś wlezą”, ale mogłem się mylić.

Wróciła do swojej przestrzeni komputera i szafek, w końcu popatrzyła na mnie, rozłożyła dłonie i padło sakramentalne:

– Już za późno. Nie przyjmujemy.

– To tylko trzy minuty. Bardzo przepraszam, ale dość długo szukałem miejsca do parkowania.

– Proszę pana… Wszelkie wnioski i wydania załatwiamy od siódmej trzydzieści do piętnastej. Po tym czasie mam swoje inne obowiązki. Poza tym… – Spojrzała znacząco ponad moim ramieniem, gdzie domyśliłem się obecności ściennego zegara; nie podążyłem za jej wzrokiem, zdając sobie sprawę z tego, że to przecież nie chodzi o te trzy minuty. – Spóźnił się pan bardziej.

Przybrałem na twarz maskę lukrowanej niewinności. Wypisz, wymaluj: jelonek Bambi.

– Może jednak mogłaby mnie pani przyjąć?

Znów pudło. Urzędniczka miała nieprzejednaną minę. I przestała na mnie patrzeć, jakby już mnie tam nie było, jakbym miał wyparować z jej pokoju po piętnastu sekundach niepatrzenia. Podejrzewałem, że wszystkie urzędniczki mają specjalne szkolenia w tym zakresie – w dodatku opłacane przez pieniądze podatników, nawet ja dorzucałem do tego swój grosik – a może nabierają tego z wiekiem, z każdym przepracowanym w urzędzie dniem.

– Bardzo mi zależy. – Przełamałem ciszę. Podniosła wzrok, zaskoczona, że jednak nie uległem dematerializacji.

– Zapraszam jutro – odparła.

– Jutro nie mogę.

– To pojutrze.

– W sobotę macie otwarte?

– Ach! – Wkurzyła się, że źle obliczyła dni. Mogłem nie pytać. Mogłem delikatnie zasugerować, że pojutrze to akurat sobota. No i mam za swoje. – Zapraszam w poniedziałek – poleciła.

– To już za późno. W poniedziałek lecę do Azji – skłamałem.

Zacisnęła usta. Jej oczy przez krótki moment się uśmiechnęły.

– Widzi pan – wskazała twardo – są pewne zasady, których musimy się trzymać. A gdyby tu każdy tak zaglądał po piętnastej i miał swoje wyjaśnienia, i ciągle by trzeba było robić wyjątki?

– Dziś już nie wejdzie nikt. Zamknięte. Są tylko ja i moja prośba.

– Nie – zadecydowała kategorycznie. Wyciągnęła z szafy zielony segregator, by ostentacyjnie wpinać do niego szpargały leżące na stole.

Może to ten dzień. Może bezlitosna machina biurokratycznej tępoty. Może kolor ścian. A może widok jej włosów skręconych w warkocze, które zaplotła sobie w jedną spiralę na czubku głowy. Może jej spódnica kończąca się przed kolanami. Ciemne rajstopy. Obcasy. Okrągła, zbyt duża, ale jednak kusząca pupa. Może grymas jej ust. A może wilk wewnątrz mnie, co nagle poczuł pragnienie.

Minąłem ladę dla interesantów, co jak szlaban na przejeździe kolejowym, wyznaczała dozwolone i chronione obszary. Zrobiłem dwa kroki bliżej tej pani.

Zamykała właśnie okienka na komputerze. Kątem oka złowiła mój ruch.

– Tu nie można wchodzić – stwierdziła chłodno.

Jeszcze jeden krok. Patrzyłem na jej warkocze. Na białą koszulę wsuniętą w spódnicę, której ściągacz kończył się ponad biodrami. Pod koszulą, na plecach, odznaczał się pasek stanika.

– Tu pan nie znajdzie swojego paszportu – dodała.

Jeszcze bliżej. Tuż obok. By ujrzeć wyraźnie okrągły klips w uchu. Pomadkę na ustach. Szyję, jak plaster nieznanego owocu. Kołnierzyk i guziki. Wcięcie dekoltu. Biust wydymający biały materiał w obiecujących napięciach i nadmiarach.

– Co pan?

Dopiero teraz wyprostowała się i oburzyła, widząc, dokąd dotarłem.

– Musi pan wyjść. – Machnęła podbródkiem w stronę drzwi. Nic sobie z tego nie robiąc, popatrzyłem w dół, podążając trasą wyznaczoną przez guziki koszuli, przez środek płachty czarnej spódnicy, aż do linii złączonych nóg. Wyciągnąłem rękę, palce wylądowały na jednym, a potem drugim kolanie, podjechały wyżej, zaczepiwszy o spódnicę. Dotyk nylonu podsycił wilka.

– Nie może pan… – Zamierzała zrobić krok w tył, lecz trafiła na mebel z półkami obciążonymi masą poszeregowanych dokumentów.

Sunąłem dłonią po nodze, w górę. Złapała mnie za nadgarstek.

– Będę krzyczeć – ostrzegła.

– Mam nadzieję – szepnąłem i drugą ręką przyciągnąłem ją mocno do siebie; przylgnęła całym ciałem, zapachem, lękiem. Szeroko otwarte oczy, przyspieszony oddech, drżenie dłoni. Rozcapierzyłem palce, by jak najintensywniej poczuć jej wielki, miękki pośladek, a wyżej, z przodu, wyczekujące łuki szyi i podbródka.

– Co pan robi? – Wydyszała.

– Zamierzam panią ukarać.

– Już dobrze, znajdę dla pana te dokume…

Zamknąłem jej usta pocałunkiem, krótkim i jakby nie na miejscu, bo po chwili obróciłem jej bezbronne ciałko, przyparłem je do szafki z siłą i bez czułości. W panice złapała się za mebel rękoma, a ja, przytrzymując ją mocno w tym uścisku, wczepiłem palce we włosy, w sploty i krzyżówki warkoczy. Odchyliłem się i spojrzałem w ten obraz. Białą koszulę, wypięty tyłek, głowę przytuloną do frontu szafy.

I wymierzyłem solidnego klapsa w sam środek prawego pośladka.

Pisnęła.

Drugi klaps. Mocniejszy.

Złapała powietrze. Zamknęła powieki.

– To za niemiłe traktowanie klienta – powiedziałem.

Lewy półdupek wyglądał tak samo apetycznie. I tak samo zasługiwał na karę.

Pisnęła ponownie. I coś zamruczała.

– To za całą biurokrację.

Przytrzymałem dłoń na wypukłości. Wymasowałem miejsce uderzenia. I pacnąłem z całej siły kolejny raz.

– A to za podatki – wskazałem głupio.

Odwróciła się, wyprostowała i uniosła wysoko głowę. Z zaczerwienionymi policzkami.

– Długo będzie mnie pan tak karał?

– Rozepnij koszulę.

– Jesteśmy w budynku, w którym…

– Nikogo już nie ma – przerwałem jej. – Nikt nie przybędzie na pomoc. Rozepnij ją!

Spełniała polecenie, patrząc mi prosto w oczy. Najniżej umiejscowiony guzik pozostał zapięty. Chwyciłem materiał, wyszarpnąłem całość spod ściągacza spódnicy. Rozchylona koszula ukazywała biały, koronkowy stanik, dwie ukryte w nim półkule, wznoszące się i opadające w nerwowym oddechu.

Zrobiłem gwałtowny krok do przodu. Złapałem za boki spódnicy i podciągnąłem ją do góry, aż na biodra. Jak na urzędniczkę pierwszego sortu przystało, ubrała tego dnia pończochy, co przyjąłem z zaskoczeniem i akceptacją. Obsunąłem miseczkę biustonosza. Przyssałem się do zaróżowionego spodka brodawki. Kolanem powiększyłem dystans pomiędzy jej nogami. Przywarłem czterema palcami do materiału majtek, szukając tam znajomych wcięcia, żaru i wilgoci. Całowałem szyję, szepnąłem coś w jej ucho, a ona ustami przypadkiem zaczepiła się o moje zachłanne usta. Moja dłoń pieściła urzędniczego cycka. Potem obnażyła drugą pierś, sprawiedliwie obdarzając i ją uszczypnięciem, a później miętoleniem.

Spojrzeliśmy sobie w oczy. Zapadła cisza. Przez chwilę trwał bezruch. Za chwilę wślizgnąłem się palcami pod materiał majtek. W chętną szparkę. Kobieta jęknęła. Nie zamknęła oczu. Uśmiechnęła się dziwnie.

– Pójdzie pan siedzieć za ten gwałt.

Odsunąłem się. Podniosłem dłoń na wysokość nosa.

– Przynajmniej zapamiętam ten zapach.

Uderzyła mnie w policzek. Raczej dość nieudolnie.

Chwyciłem za pasek u spodni, rozsunąłem zamek błyskawiczny dżinsów. Patrzyła w dół. Zrobiła krok do przodu. Chciała przebiec obok, ale złapałem ją za tułów i rzuciłem na biurko. Przycisnąłem do blatu. Zarzuciłem spódnicę jeszcze wyżej, zsunąłem czarne majtki, wpatrując się w falujący, pełny zadek, w dwie bomby energetyzujące, w dwie bańki termojądrowe, półkule piękne jak życie, w to życie pulsujące pomiędzy nimi, trochę poniżej, w życie śliskie i czułe. I gotowe.

Kiedy w nią wszedłem, już niczego nie broniła, już niczemu nie zaprzeczała. Wskazówki ściennego zegara nie dyktowały żadnych nieistotnych warunków.

Kiedy ją pierdoliłem, jej dłonie zaciskały się na krawędziach jasnobrązowego blatu mebla. Zaciskała zęby. Miałem rozchylone usta. Łapy na jej dupie. Jej nogi wykrzywione i zapierające się o podłogę. Czarne jak noc paski zwieńczające pończochy. Zapragnąłem tego dotyku, więc zagarnąłem jej prawą nogę w silnym uścisku. Patrzyłem na jeden z warkoczy, który uwolnił się ze spirali i podskakiwał w zgodnym rytmie wraz z głową. Miała zamknięte oczy, nos przyciśnięty do kartki A4, zapisanej drobnym drukiem w obcej petycji, oświadczeniu, w byle czym. Dyszała. Zaczęła popiskiwać coraz szybciej i głośniej, co podziałało także i na mnie.

Na monitorze komputera wyskoczył jakiś komunikat. Upadł na podłogę segregator. Kobieta pode mną krzyknęła. Chwilę potem zsunęła się z biurka.

Minął chyba kwadrans, zanim padły pierwsze słowa.

Poprawiała włosy. Siedząc na stole, już ubrana i wygładzona, z jedną stopą wbitą pomiędzy moimi nogami, bo siedziałem niżej, na obrotowym fotelu, i trzymałem dłonie na jej łydce i udzie, masując te smukłe rozkosze, ciesząc się z dotyku, pieszczoty nylonu. Dajcie mi swoje nogi, rozkraczcie je tak bezwstydnie, a będę wam służył jak pies. Nie tylko w dni zwierząt.

Ucałowałem jej kolano i wstałem z fotela. Wyszedłem za ladę, przekręciłem zamek w drzwiach. Odwróciłem się jeszcze.

Gasiła komputer. Popatrzyła na mnie, podnosząc brwi.

– To co? – zapytałem. – Za trzy tygodnie, tym razem u mnie?

Uśmiechnęła się.

– W prognozie zapowiadali, że będzie wreszcie ciepło – rzekła. – Może pierwszy plener w tym roku?

Kiwnąłem głową. Przesłałem buziaka.

I już mnie nie było.

wersja 30.08.

*

Tekst pochodzi z zaprzyjaźnionej z nami strony Osiem Oceanów. Polecamy wizytę w tym miejscu!

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wejdź na nasz formularz i wyślij je do nas. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Przeczytałem

To miło, po to tu jesteśmy 🙂

A jak wrażenia z lektury?

Pozdrawiam
M.A.

Też przeczytałam, z prawdziwą przyjemnością 🙂

Udana, krótka historia, sugerująca, że jest częścią czegoś większego 🙂

Kim są dla siebie urzędniczka i petent? Czy faktycznie spotkali się przypadkiem? Czy może prowadzą ze sobą grę, pieprznego roleplaya, by oddawać się cielesnym rozkoszom w miejscach publicznych? Z nutką ryzyka (przytłumioną nieco przez przekręcony w drzwiach klucz)? Autor nie odpowiada na to pytanie, choć sugeruje odpowiedź.

Przyjemny tekst do porannej kawy. Wywołuje gwarantowany uśmiech na ustach Czytelnika 🙂

Pozdrawiam
M.A.

Kochani, co z Wami? “Wgapiła się we mnie, jak w ciele malowane”, “powiedziała pod nosem, jakby do siebie”, “Minąłem ladę dla interesantów, co jak szlaban na przejeździe kolejowym, wyznaczała” – kto tak przecinkuje? Fabularnie niestety kiepsko, przewidywalnie.

“Przecinkuje”. Podoba mi się 🙂

Tytuł przyciągnął ze zwierzęcym magnetyzmem. Przygotowałem się na prawdziwe zwierzynalia, a tymczasem trafiłem do do przyhotelowego zoo. Ogier okazał się małym kotkiem z mokrą foczką u boku. Początek wesoły, nużąc im dalej, a na końcu po prostu zniesmaczył zakończeniem jak wytrysk u prostatowca.
Zerknę zatem do pozostałych opo autora, czy to domena u niego czy akurat tak trafiłem.
Pozdrawiam
MRT

Napisz komentarz

89 + = 98