Samotnik (Batavia)  3.6/5 (5)

14 min. czytania
Źródło: Pixabay

Źródło: Pixabay

„Chciałem poddać się próbie pracy bez kresu, bez wytchnienia,

przy skąpym odżywieniu, w atakach żywiołu morza,

      w lęku, w potwornym lęku samotności” ¹

.

Przekleństwo. Bezruch i martwota. Rozpalony dysk skrył się za widnokręgiem. Dobiegł końca kolejny dzień, gdy tropikalne słońce odbiera siły, otępia. Pozostało nieruchome, okropnie duszne powietrze i gładka powierzchnia wokół, niezmącona najlżejszym tchnieniem wiatru. W górze zapalają się kolejne konstelacje gwiazd. Cisza. Mam wrażenie, że siedzę na granatowej tafli szkła, w której odbija się bezchmurne, wyiskrzone po horyzont, nocne niebo. Księżyc srebrną tarczą jaśnieje w mroku. Czasami wydaje mi się, że w ciemniejszych plamach dostrzegam wykrzywioną w szyderczym uśmiechu twarz. Niemy i jedyny świadek mojej bezsilności.

Schodzę pod pokład. Wnętrze przypomina rozgrzany piec hutniczy. Ciało momentalnie pokrywa się kropelkami potu. Najchętniej uciekłbym z powrotem na pokład. Z westchnieniem rezygnacji siadam na koi. Moje nagie pośladki kleją się do obicia. Włączam światło. Mała lampka nad stołem nawigacyjnym rozświetla mrok kabiny. Machinalnie próbuję uruchomić radionadajnik. Bez skutku. Ekranu nie ożywia wewnętrzny blask kontrolek. I tak już od dwóch tygodni.

– Jeszcze to. – Własny głos wydaje mi się obcy. Nienaturalny. – Przestań się nad sobą rozczulać i bierz się do roboty,… leniu – kończę szeptem.

Nic nie robię, najmniejszego ruchu, gestu. Zniechęcony usiłuję zebrać myśli. Wszystko, czego oczekiwałem po tym rejsie, cały entuzjazm i wiara we własne siły ­­­­­­– wszystko to rozsypało się na popiół w zetknięciu z rzeczywistością. Ocean mnie oszukał, poddał zaskakującej próbie. Nie dotrzymałem słowa. – Ta myśl jest jak dotknięcie rozpalonym żelazem. Brutalna prawda przebija się przez zasłonę obojętności. Przymykam  oczy i widzę… odwraca w moją stronę uśmiechniętą twarz… dziwne, czuję zapach… wydaje się znajomy, wciągam powietrze – aromat drzewa sandałowego. Jej ciało wabi, woła ku sobie, jest najważniejszą osobą w moim życiu. Ukochana kobieta. Uchylam powieki wspomnienie ulatuje. Coś we mnie się budzi, iskra energii, narasta wstyd, że…

 Więc schylam się i spod blatu wysuwam skrzynkę z narzędziami. Te kilka ruchów – odpięcie zatrzasków mocowań i postawienie jej pod nogi – sprawia, że czuję się zmęczony. Wyssany z sił przez parne, powietrze kabiny. Zaczynam odkręcać kolejne śrubki mocowania obudowy. Śrubokręt ślizga się w spoconej dłoni. W końcu się udaje i odkładam cały panel na koję. Zaglądam do środka, wypełnionego plątaniną różnokolorowych kabli. W obliczu oporników, kondensatorów i innych nieznanych mi podzespołów jestem bezradny. W tym momencie zdaję sobie w pełni sprawę, że naprawa przekracza moje umiejętności.

Cholera, i co teraz? – zastanawiam się chwilę. Jedyne, co mogę zrobić, to sprawdzić połączenia. Wycieram wilgotne dłonie w leżący na koi koc. Każdy kabelek wyciągam, a złącze oczyszczam z nalotu soli. Czoło mam mokre od potu. Czuję strużkę spływającą przy uchu. Drażni. Trę ramieniem o ucho, nie wypuszczając kabla z dłoni. Mija godzina, nim wpinam ostatni przewód na swoje miejsce i składam radionadajnik w całość. Po raz pierwszy od kilku dni ogarnia mnie zadowolenie. Uśmiecham się pod gęstym zarostem brody i wąsów. Chwytam w palce przełącznik. Sekundę się waham. Chwila prawdy.

– Zrobiłeś, co mogłeś – mówię do siebie. Tłumaczenie ignoranta.

Przekręcam w pozycję „ON”. Nic się nie dzieje. Tyle mordęgi na nic – uświadamiam sobie w pełni porażkę. Zaczyna narastać we mnie gniew. Na upał, na swoją bezsilność, sam już nie wiem na co, więc walę ze złości pięścią w obudowę. Chcę poprawić kolejnym ciosem. Budząc się z letargu, nieśmiało mrugają kontrolki. Zamieram zaskoczony z ręką wzniesioną do kolejnego uderzenia. Zgasły… By zapłonąć za moment mocnym blaskiem. Okrągły, upstrzony cyframi częstotliwości ekran wypełnia blado żółte światło, a z głośnika z narastającym buczeniem dobiegają piski i trzaski. Czuję się, jakbym zdobył Mount Everest. Zerkam na chronometr i w pamięci przeliczam na czas w domu. Tam jest dwudziesta dwadzieścia.

Bez skutku próbuję dostroić się do jakiejkolwiek stacji. Widocznie jestem poza zasięgiem – nachodzi mnie smutna refleksja. Odkładam narzędzia na miejsce i mocuję skrzynkę w uchwytach. Jestem zawiedziony. Spoglądam na wskaźnik stanu akumulatorów. Wskazówka stoi na czerwonym polu. Tyłek z mlaśnięciem odkleja się od koi. Jeszcze tylko włączam światła nawigacyjne i przechodzę na rufę. Uruchamiam silniczek do ładowania akumulatorów. Zastartował z cichym zgrzytem, jakby był równie zmęczony pogodą jak ja. Niechętnie zastukał miarowym rytmem. Dźwięk stężał, nabrał mocy, gdy zaskoczyła prądnica. Lampka nad stołem rozbłysła mocnym blaskiem.

Zabieram z koi koc i, zmęczony jak galernik uwolniony z łańcuchów, wychodzę na pokład. Rozglądam się wokół. Żagle nadal zwisają bez ruchu. Konstatuję, że nic się nie zmieniło. Aż po kres widnokręgu pusto. Rozkładam koc na pokładzie i wyciągam się na nim. Wsuwam rękę pod głowę. Roziskrzone niebo przyciąga wzrok, fascynuje bezmiarem gwiazd. Próbuję odnaleźć znane konstelacje. W takich chwilach zanika poczucie czasu. Powieki coraz bardziej ciążą. Monotonny, miarowy terkot silnika usypia.

* * *

– Cześć, Robert. – Kasia z uśmiechem na twarzy chwyta mnie pod ramię.  – Już wróciłeś.

Ledwie zdążyłem zamknąć drzwi i już była przy mnie. Pochyliłem głowę. Musnąłem podsunięte usta. Coś niezrozumiale zamruczała niezadowolona. Objęła mnie za szyję. Przyciągnęła, przywarła ustami do ust. Dłoń sama powędrowała bezwiednie na pośladek. Uszczypnąłem. Odsunęła się.

 – Świnia. Dlaczego mnie szczypiesz? – Udawane oburzenie. Tak jakbym popełnił niewybaczalną profanację.

Szturcha mnie w ramię i wraca do przerwanego zajęcia.

– Za pół godziny obiad – rzuca od kuchennego blatu.

W tych ciemnobrązowych oczach dostrzegam radość. Kosmyk rudych włosów uparcie spada jej na twarz. Machinalnie powtarzany gest dłoni uzbrojonej w długi nóż, odsuwający go na bok, niczego nie zmienia. Stoję i przyglądam się, jak kroi warzywa. Ostrze zawisa w powietrzu. Nie odwracając się, pyta:

– Kiedy? – W głosie wyraźnie słyszę przestrach.

Milczę. Nie mam odwagi odpowiedzieć. Bez słów rozumie. Moja pasja, marzenie. Wie o mnie wszystko i zdaje sobie sprawę, że ten dzień nadszedł.  Podchodzę i staję za nią, opieram się o pośladki i lekko przyciskam do blatu.   Rękami obejmuję w pasie. W garnku gotuje się woda. Wsuwam dłonie pod bluzkę i przygarniam do siebie. Składam na karku pocałunek – jedno delikatne muśnięcie ust. Ma jedwabiście gładką skórę. Nieznacznie przechyla głowę. Kłęby pary unoszą się w górę.

– Czy będziesz na mnie czekać? – W końcu pada dręczące mnie pytanie. Chcę potwierdzenia, pewności. Czegoś, co da mi wiarę, że mam do kogo wracać.

Odwraca się w objęciach. Pod ciężkim, badawczym spojrzeniem czuję się coraz bardziej niepewnie. Nie wiem, czego się spodziewać. Dostrzegam w jej oczach jawne migotanie strachu, później desperację. Bez słowa wpatruje się we mnie. Coś się zmienia, na usta wpełza uśmiech. Cień przekory wykrzywia kąciki warg. Mruży oczy.

– To zależy od ciebie. Kiedy wypływasz? –  Spojrzenie łagodnieje, chociaż nadal mam wrażenie, że głos drży.

Co to niby miało znaczyć? – próbuję dociec sensu. Kątem oka widzę, że woda w garnku już prawie się wygotowała. Myśl, że wszystko między nami właśnie się kończy, przeraża mnie. Odczuwam dławienie w gardle. Wspina się na palce i całuje mnie w policzek. Chichocze. Dolewa wody do garnka i wraca do krojenia warzyw. Stoję osłupiały, niczego nie rozumiem. Co chciała mi powiedzieć?

– Kasiu, wypływam jutro. – Wyznanie prawdy z trudem przechodzi mi przez krtań. – Czy będziesz…? – Aż boję się dokończyć.

Przez ułamek sekundy się waha. Przez ledwie dostrzegalną chwilę nóż zastyga w bezruchu. Znowu odsuwa kosmyk i zerka na mnie z uśmiechem.

– Będę. – Pomimo uśmiechu głos jest stanowczy i strasznie poważny. – Masz wrócić do mnie. Pamiętaj – po chwili dodaje. – Tylko do mnie. Żeglarzu.

* * *

Otwieram oczy. Wspomnienie ulatuje jak sen. Coś się zmieniło. Nie od razu się orientuję. Tajemnicza, nasączona grozą ciemność przesłoniła gwiazdy. Jeszcze leżę, nie do końca zdając sobie sprawę, co się dzieje wokół mnie. Stukanie o pokład. Wyczulony na zmiany wiatru nie rozpoznaję dźwięku. Wytężam słuch. Dziwny, nieregularny odgłos. Szelest. Czujnie nasłuchuję. Uderzenie w rękę, a po chwili w policzek. Odgłos narasta, przybiera na sile. Po policzku spływa mi kropla. Deszcz. Rosnący w siłę z minuty na minutę. Smaga martwe żagle i bez ustanku uderza o pokład. Bez ostrzeżenia, bez zapowiedzi otwierają się wrota w niebie.

Zrywam się na równe nogi. To może być zwiastun szkwału, a ja mam podniesione wszystkie żagle. Połamie maszt, rozerwie na strzępy płótna.  Pierwsza myśl: zrefować grota. Nie robię jednak nic, zniechęcenie bierze górę nad rozsądkiem, stoję tylko skąpany w potokach wody. Siwa ściana przesłania świat. Dar niebios spłukuje ze skóry osad soli i zdejmuje brzemię upału ze zmęczonego ciała. Ulga nieziemska. Zapominam o niebezpieczeństwie i tańczę z radości, wywijając idiotyczne piruety w strugach ulewy.

– Jesteś wielki, Posejdonie – próbuję wykrzyczeć w mrok.

Głos ginie w monotonnym szumie, gdy po pokładzie spływają strumienie bulgocącej wody. Naraz, jak ucięte nożem, wszystko cichnie. Ostatni ślad deszczu – krople wody spływające z żagli – uderzają z głuchym, nieregularnym pluśnięciem w nadbudówkę. Nad jachtem unosi się mgiełka – to paruje rozgrzany kadłub. Zapada cisza. Jedynie spod pokładu powraca echem miarowy odgłos pracującej prądnicy.

Powietrze staje się rześkie. Koc cały przemókł, więc rozwieszam go na relingu. Wiadro do opłukiwania ciała czerpaną z oceanu wodą jest pełne. Przez chwilę się zastanawiam: Zostawiłem pełne czy puste? Zanurzam dłoń i smakuję. Jest słodka. Dzięki wam, bogowie – rzucam w myśli. Idę do kajuty i wracam z szamponem. Namydlam się cały, od stóp do głów a potem spłukuję ciało deszczówką. Czuję się świeży i wypoczęty. Po raz pierwszy od wielu dni przepełnia mnie chęć działania.

Schodzę na dół, odkładam szampon na miejsce i zerkam na radionadajnik. Nic się nie zmieniło, nadal piszczy i skrzeczy. Ważne, że działa! – cieszę się w myślach. Przekręcam gałkę i ustawiam znaną częstotliwość. Nic. Czekam na sygnał. Cisza. Tylko trzaski i jednostajny szum dobiegają z głośnika. Może się jeszcze dzisiaj odezwie? – rozmyślam. Nadzieja umiera ostatnia.

Pukam palcem we wskaźnik naładowania akumulatorów. Wskazówka zbliża się do zielonego pola. Biorę świeży koc i wracam na pokład. Nie wiem skąd nachodzi mnie refleksja, że sprawdzianem hartu żeglarza nie jest sztorm, lecz cisza. Gdy ogromne, spienione fale oceanu, z wyjącym potępieńczo w olinowaniu wiatrem, rzucają jachtem we wszystkie strony, nie mam czasu myśleć, muszę działać. Wypracowane przez lata żeglowania odruchy pomagają przetrwać. W ciszy łódź zdana jest na łaskę prądów morskich, a umysł zostaje wystawiony na bezpardonową próbę cierpliwości, torturę bezsilności. Do tego morderczy upał. Dopiero w tych warunkach zaczynam rozumieć, czym jest samotność. Czy ja zdaję ten egzamin? – zastanawiam się i nie znajduję jednoznacznej odpowiedzi.

Myśl niespodziewanie przeskakuje i staje mi przed oczami twarz Kasi. Kładę się i zaplatam ręce pod głową, przymykam powieki. Przywołać wspomnienia. Uzmysławiam sobie, że coraz częściej o niej myślę. Zmęczenie bierze górę, znika obraz ukochanej, a ja zapadam w nerwową drzemkę. Wypoczynek żeglarza.

* * *

Światło księżyca wpada przez odsłoniętą firanę. Noc się dopiero zaczyna.  Podparty na łokciu przyglądam się Kasi. W pomieszczeniu panuje półmrok. Ona leży z zamkniętymi oczami. Wiem, że nie śpi, udaje. Przez uchylone okno słychać szum morza, niestrudzenie uderzające o brzeg fale. W głowie rodzi mi się tyle pytań, nad którymi dominuje jedno: czy będzie czekać? Kilka miesięcy znajomości. Próbuję policzyć w pamięci… trzy czy cztery?… Mam wrażenie, że znamy się od zawsze. Jest atrakcyjna, adoratorów nie zabraknie. Ooooo… niespodziewanie uświadamiam sobie to z całą mocą. Cierń zazdrości kłuje mnie w serce. Dostrzegam w kącikach ust dziewczyny błąkający się uśmiech. Zupełnie jakby słyszała moje myśli. Pochylam się i  delikatnie dotykam swoimi ustami jej warg. Wyciąga ręce i zarzuca mi na szyję.

– Zdrajca i uciekinier – mówi cicho, nie otwierając oczu.

– Zdrajca? Dlaczego? – pytam z udawanym zdziwieniem. Chociaż wiem, że chodzi o morze.

Unosi powieki i przygląda mi się uważnie. Wplata mi dłoń we włosy. Zaciska mocno, do bólu. Przyciąga i całuje długo, namiętnie. Ma takie rozkosznie miękkie wargi. Natychmiast topnieją przerażające, ponure myśli o innych mężczyznach. Chcę ją objąć, przytulić…

– Nie! – Powstrzymuje mój zamiar jednym, zdecydowanie brzmiącym słowem. Układa się na brzuchu. – Weź mnie wymasuj, olejek masz na szafce.

Ściąga koszulkę i kładzie się z rękami pod głową. O co chodzi? – zastanawiam się zdezorientowany. Na szafce? Nigdy tu nie stał. Naraz dociera do mnie, że ona to wszystko zaplanowała.

Jest zgrabna, ma pięknie zarysowane, kobiece kształty. Atrakcyjna. Spoglądam na pośladki… ten widok budzi u mnie do życia…

Podnieca mnie. Rozpala do szaleństwa. Chciałbym powiedzieć: chodź, kochaj się ze mną. Coś jednak mnie powstrzymuje. Nie, nie będę psuł planów. Ciągle mnie zadziwia. Niezbyt wysoka, wręcz filigranowa, rudowłosa dziewczyna. Cicha i spokojna. W łóżku zmienia się nie do poznania. Jest zaborcza, zdecydowana. Wszystko się dzieje pod jej dyktando.

Może przyłożyć klapsa? – waham się sekundę. Unoszę dłoń do góry i spostrzegam że cały czas mnie obserwuje. Przyłapany rezygnuję. Nieznacznie porusza głową w geście dezaprobaty, więc już bez słowa klękam przy boku. Biorę flakonik i rozprowadzam gęsty płyn na plecach. Zaczynam ugniatać, wcierać. Raz mocno, raz delikatnie. Przesuwam palce wzdłuż kręgosłupa, kolistymi ruchami docieram coraz wyżej. Rozmasowuję barki, z wyczuciem uciskam kark. Dopiero teraz uświadamiam sobie, jak intensywny ma zapach. Odurza. Próbuję go rozpoznać: Chyba cynamon? Nie, raczej drzewo sandałowe. – Spoglądam na flakonik. Co ona mi tu dała? – zastanawiam się, nie przerywając masażu.

– Jak dobrze – wzdycha. – Rób tak dalej.

No, nie!  – narasta we mnie oburzenie. Oczekiwałem, że powie… coś innego. Przestaję.

– No… dalej – przynagla i nieznacznie unosi głowę, zniecierpliwiona przerwą.

Nabieram kolejną porcję olejku na dłoń i sięgam do łydek. Zgrabne nogi z  lekko zarysowanymi mięśniami. Tenis robi swoje. Ach… jak one się pięknie zaplatają na plecach, szyi…  – rozmarzam się.

Zaczynam mocniej ugniatać. Jest tak kusząco piękna Coraz wyżej, wyżej, aż obłapuję tyłek. Nie, no, kuźwa, nie wytrzymam! Co ona ze mną robi? – Jestem podniecony do bólu. Wsuwam dłoń miedzy pośladki i przesuwam niżej, coraz niżej… A niech mnie! Mam wrażenie, że palce zanurzam w wodzie. Nie pytam o nic, przekładam nogę nad leżącym ciałem i wchodzę w nią powoli. Przytulam się na moment i całuję w kark. Uśmiecha się zadowolona.

– Myślałam, że się nie doczekam – mruczy w poduszkę.

Zaciska uda. Robi się ciaśniejsza. Obejmuję dłońmi pośladki, miękkie, jędrne. Nasmarowana skóra jest delikatna. Nieśpiesznie się zagłębiam. Westchnęła. Znajduję właściwy rytm i smakuję rozkosz, którą mi ofiarowuje. Zaczyna cichutko pojękiwać.

– Szybciej – dobiega mnie głos.

Z każdym kolejnym pchnięciem jęk rośnie w siłę. Nieznacznie unosi biodra. Widzę ramiona zaciskające się na poduszce. Teraz już krzyczy. Zamieram w bezruchu i czuję, że szczytuje, gwałtownie dygocząc. Daję jej siebie, dochodzę  i opadam zmęczony obok. Obejmuję ramieniem i przysuwam się bliżej. Głowę układa na mojej piersi. Rozgrzane ciało pachnie nieziemsko. Przygarniam ją mocniej.

– Robert, ja się boję – niepewny, urywany głos, ledwo ją słyszę.

Nie rozumiem, dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że mówi o rejsie. Jak mam ją przekonać? Nie znajduję właściwych słów. Tyle razy dyskutowaliśmy. Już dawno temu wyraziła zgodę. Nie wie o moich wątpliwościach, o lęku, że ją utracę. Szukam w głowie sensownych argumentów.

– Jesteś dla mnie najważniejsza, ale każdy żeglarz musi się w życiu poddać próbie. Dla mnie tą próbą jest ten rejs. Sto dni samotności i wiary… – milknę i dodaję – że ty będziesz na mnie czekać.

Dopiero teraz w pełni dociera do mnie znaczenie własnych słów: sto dni samotności. Przecież ten zapach, dzisiejsza noc, musi mi wystarczyć na całą wyprawę! Czy ja nie jestem idiotą?! – kolejny raz zadaję sobie pytanie.

– Będę. – W głosie brzmi niezachwiana pewność. – Co sobotę o dwudziestej będę czekać na wiadomości od ciebie.

Podnosi się i siada mi na brzuchu. Duże, łagodne oczy błyszczą w świetle księżyca. Muska palcami moje krocze. Pobudza.

– Daj słowo, że cię usłyszę co sobotę. – Przełyka nerwowo ślinę. Wargi drżą i nie potrafi tego ukryć, w oczach nabrzmiewają łzy.  –  Bo inaczej cię nie puszczę.

Mówiąc to, zaciska uda na moich biodrach. Nawet nie wie, ile ten gest dla mnie znaczy. Przyciągam ją do siebie. Obejmuję. Całuję pospiesznie, zachłannie włosy, usta. Po raz kolejny uzmysławiam sobie, jak głupim było pytanie: czy będzie czekać? Jednak jestem idiotą i to do potęgi.

– Masz moje słowo. – Próbuję odgarnąć uparcie opadający kosmyk włosów Kasi i dodaję z mocą: – W soboty będziemy rozmawiać.

Nieznacznie się unosi i nadziewa od razu do końca. Głęboki oddech urywa się w połowie. Zastyga z otwartymi ustami. Zaczyna się poruszać. Niespiesznie. Zamyka oczy i odchyla się do tyłu. Dotykam piersi. Sutki są, twarde, nabrzmiałe. Przyspiesza. Rytmiczne uderzenia pośladków o moje biodra wypełniają ciszę. Zatraca się we własnych odczuciach. Gdy przychodzi ten moment, wciąż bez słowa zamiera. Zachłannie łapie powietrze i przytula się. Przesuwam palcem po brzegu ucha i odgarniam włosy. Oddycha głęboko i układa się przy mnie. Zaciska palce na moim ramieniu i zasypia. Delikatnie muskam ustami czoło, a ona niezrozumiale coś mruczy i usiłuje wtulić się mocniej.

Nad ranem, gotowy do wyjścia, staję przy łóżku. Przekręca się na bok. W tym ruchu obnaża biust. Mam wrażenie, że zaraz otworzy oczy i wyciągnie do mnie ramiona. Jej twarz tchnie spokojem w oprawie kapryśnych rudych włosów. Wygląda, jakby o czymś przyjemnym śniła. Odsłonięte piersi unoszą się w miarowym, spokojnym rytmie. Coś ściska mnie w gardle i nie mogę znaleźć słów, by nazwać to uczucie. Wilgotnieją mi oczy. Do zobaczenia, najdroższa – szepczę.

Składam delikatny pocałunek na włosach i jak złodziej wymykam się z domu. Nie chcę pożegnania i łez. Chcę zapamiętać tę noc. Wiem, że zrozumie.

* * *

Cichy, tajemniczy szmer rozstępującej się wody. Mokre płachty żagli wypełnia podmuch wiatru. Zaledwie wyczuwam jego tchnienie, poświst w olinowaniu. Nadal mam zamknięte oczy. Jeszcze nie do końca jestem pewien, czy to sen czy jawa. Słyszę, że ktoś śpiewa kolędę. Przecież jestem sam na pustym oceanie! Oszalałem czy śnię? – idiotyczne złudzenie, a może… – Dostałem udaru?

Otwieram oczy i zrywam się na równe nogi, rozglądam się wokół. Nikogo, pusty horyzont. Piękny, kobiecy alt nadal wypełnia ciszę, a ja stoję osłupiały. Zaczynam się bać, strach jak wrzód rośnie w umyśle. Próbuję… Zwariowałem? – jeszcze nie chcę się poddać brutalnej diagnozie. – Przecież…

Radio!!! – w końcu dociera do mnie oczywista prawda. Zbiegam do kabiny i przy okazji uderzam się w kolano. Łamago, zabij się – rzucam głośno w pustkę, siadając za stołem. Rzut oka na chronometr. Jest trzecia w nocy. Kolęda nie milknie, a ja odczuwam ulgę. Nie oszalałem. Więc dzisiaj zaczęły się święta? – uzmysławiam sobie ze zdziwieniem. W pamięci pojawia się widok białej, ośnieżonej połaci pól. Dom, choinka, prezenty… pocałunki, żarty, opłatek. Coś ściska mnie za gardło. Dwa tygodnie ciszy. Rezygnacja i niechęć, które opanowały mój umysł, ulatują bez śladu. Wyobraźnia podsuwa obraz brązowych oczu pełnych łez i potarganych, miedzianych włosów. Czy nadal czeka? Czy…

Zmieniam częstotliwość. W głośniku charczy i popiskuje. Wywołuję nadbrzeżną radiostację. Czekam zniecierpliwiony, nikt nie odpowiada. Po którejś z kolei próbie coś słyszę, dostrajam i już wyraźnie odbieram głos radiooperatora. Drżę cały, gdy podaję nazwę jachtu, pozycję i proszę o przekazanie informacji, że wszystko w porządku. Zamawiam rozmowę telefoniczną. O dwudziestej będę na nasłuchu. Głos mojego rozmówcy rwie się na kawałki, gubi słowa. Powtarza kilkukrotnie przekazaną wiadomość i ginie w narastającym szumie. Odczuwam zadowolenie i próbuję wyobrazić sobie jej radość. Przestrajam radio na stację nadającą kolędy. Nastawiam głośno i wychodzę na pokład. Ta wiadomość jest moim prezentem pod choinkę – przez chwilę kołacze mi w głowie.

Pod naporem podmuchów łajba nieznacznie kładzie się na burtę. Wiatr tężeje, gdy staję za sterem i sprawdzam kurs. Już nigdy samej cię nie zostawię – obiecuję szeptem i w tej sekundzie zdaję sobie w pełni sprawę, że rejs jest próbą dla nas obojga. Dwie fałdy wody z szumem i bulgotem opływają kadłub, spieniony kilwater niknie w ciemności. Nabieram prędkości. Za rufą nad widnokręgiem rośnie ciemny wał chmur, przesłania gwiazdy. Koniec ciszy, nadchodzi sztorm. Jacht prze naprzód po roziskrzonej gwiazdami powierzchni. Płynę po niebie – znikąd nachodzi mnie myśl. – Do ciebie, Kasiu.

________________________________

¹ Cytat pochodzi z książki Williama Willisa ”Bogowie byli łaskawi”

.

Aby pobrać ebooka z powyższym tekstem w formatach pdf, epub, mobi:

Zajrzyj http---chomikuj.pl-Najlepsza_Erotyka2 (2)

.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

mmmmmmmm…… Dawno nie czytałem czegos tak dobrego. Swietnie oddałes klimat samotnosci tego pół snu.
Po prostu swietne. Czy to tylko opowiadanie czy cykl ?
Jeśli to cykl to „życze silnych wiatrów” 🙂
Dziękuje jak zwykle
https://www.youtube.com/watch?v=QF3sG-_bQko
Cholerne morze – EKT Gdynia ( nie ma na youtube jest slabiutkie „quftry” )
Wesołych Swiat

Dziękuje za komentarz.
Nie, to nie cykl. ;-))

Dziękuję! Wiesz, za co…
A tak poważnie, świetne opowiadanie. Poczułem prawdziwe żeglowanie. I te emocje samotności, wściekłość na brak wiatru… Równocześnie wspomnienia sprzed rejsu…

Pozdrawiam

Hmm…
Twoja ocena ma szczególną wartość.
Jeżeli nie dostrzegłeś niczego niezgodnego z zasadami żeglarstwa, to tym bardziej się cieszę.
Dziękuje za komentarz i pozdrawiam.

Proszę, proszę Batavia, czyżbyś w końcu nauczył się grać na flecie…

Jeżeli to delikatna pochwała… To klękajcie narody. ;-))
Pozdrawiam

A pochwała, pochwała – nawet zdecydowana, ale dotycząca formy, nie treści. Od debiutu na NE zrobiłeś kolosalne postępy. Jak mniemam dzięki cierpliwej korektorce. Chwała jej za to 🙂

Widzisz… opowiadanie może robi wrażenie na szczurach lądowych i żeglarzach szuwarowo-bagiennych, ale ja tego po prostu nie kupuję. Żaden żeglarz o zdrowych zmysłach wybierając się na morze nie obieca kontaktu o konkretnej porze… no chyba, że zabiera ze sobą telefon satelitarny lub lubi składać obietnice bez pokrycia. A może miałeś na myśli oceaniczną żeglugę przybrzeżną? 😉
Fakt, że słyszałam o łodziach podwodnych, które ciągnąc za sobą kabel komunikowały się na falach długich, ale na jachtach zwykle anteny montuje się na topie masztu, a że antena musi mieć długość połowy długości fali, dochodzimy do podstawowej wady radiowej komunikacji morskiej (dodajmy UKF): zwykle jest możliwa na odległość mniejszą niż 30 Mm (około 55 km). Na środku morza czy oceanu nijak nie skontaktujemy się radiowo z lądem. Do tego zamawiana rozmowa telefoniczna… miej litość, to nie międzymiastowa w PRL-u! U kogo za przeproszeniem Twój bohater miałby zamawiać rozmowę?!?!?!?

A mycie włosów?!? Poważnie… zachodzę w głowę ilu moich kolegów byłoby na tyle beztroskich, żeby marnować słodką wodę. Póki co żaden nie przychodzi mi do głowy… Ja bym nie umyła. I wiem co mówię, bo wytrzymałam kilkanaście godzin z mokrymi włosami (po zmoczeniu słoną wodą raczej nie schną łatwo) przy temperaturze nieprzekraczającej 10 stopni.

Droga Aniu.
Lubię czytać Twoje komentarze.
Zawsze zastanawiam się co też wyszukasz takiego, co można podważyć, jako nierealne, zmyślone, nieprawdziwe. 😉
Opowiadania tutaj nie są literaturą faktu. To moje zdanie.
Zawsze ocierają się o prawdę, ale każdy autor nagina ją do swoich potrzeb.
Co do łączności, zamawiania rozmów telefonicznych, zasięgu itp…hmm… poczytaj jednak trochę wspomnień samotnych żeglarzy. Nie zaszkodzi…
Mógłbym napisać o propagacji i innych parametrach technicznych, tylko po co?

Kąpiel w deszczówce? Niemożliwa? Naprawdę?
Poczytaj w „Pogoni za słońcem” ten tytuł akurat nasunął mi się jako pierwszy.
Bardzo dziękuję Ci za komentarz i połowiczną pochwałę. ;-))
Pozdrawiam B.

Ty zdecydowanie za dużo czytasz! 😀

Nie wiem jak inni, ale ja tam chętnie posłucham o propagacji… każda okazja jest dobra, żeby się czegoś nauczyć!

„…Kazałem zainstalować radiotelefon „Sailor”, który okazał się pożyteczny, gdyż umożliwił mi przekazywanie wiadomości do domu i otrzymywanie ich stamtąd. Był to normalny model „prosto z półki”; producent określił granice zasięgu nadawania na około 300 mil, lecz niekiedy rozmawiałem z Kapsztadem odległym o 850 mil lub Nowa Zelandią z odległości 1200 mil.” (Alec Rose – Moja „Lively Lady” Wydawnictwo Morskie 1971 r str 40-41)
I tym cytatem kończę dywagacje Aniu na temat zasięgu łączności na morzu.
Pozdrawiam B. 😉

Ja nawet rozumiem, że nie chcesz tu dyskutować o odbijaniu się fal radiowych od jonosfery, ale zwróć proszę uwagę na słowo „przekazywanie”. Jak myślisz, co ono oznacza?

To ciągłe przekonywanie wszystkich, że tylko Ty masz rację…hmm…;-))
Zaczynasz mi się kojarzyć z Corneliusem z opowiadania „Anake” S. Lema. ;-)))

Przecież tylko pytam! 😀

Nieźle sprawdza się jako erotyczna opowieść wigilijna – romantyczna, ale bez różowego lukru trzeciej świeżości. A ze prawdziwa, poświadczy chyba każdy żeglarz i wspinacz 🙂

Miało być lekkie, łatwe i przyjemne do czytania w czasie świąt.
Jeżeli jest realistyczne w odbiorze, to tym bardziej cenię sobie Twój komentarz.
Pozdrawiam.

” Już nigdy samej cię nie zostawię…” – co za kłamstwo.
Bardzo dobry tekst z klimatem. Wyszedł ten samotnik. Opowiadanie nastrojowe.

Wszystko w uczuciach jest kłamstwem i wszystko w uczuciach przemija.
Rozstania niszczą, albo mocniej spajają wzajemne relacje. Tak to już jest w życiu.
Jeżeli uważasz, że pasuje nastrojem do świąt, to cel został spełniony. 😉
Pozdrawiam.

Czy masz zamiar kontynuować cykl ,,bielizna,,?

Nie potrafię udzielić jednoznacznej odpowiedzi.
Na dzisiaj – NIE, ale co przyniesie przyszłość…
Pozdrawiam.

Jakiś czas temu w komentarzu pod innym tekstem podziękowałam Ci za serca drgnienie… muszę uczynić to ponownie. Piszesz pięknie, z taką nutą nostalgii, która pobudza zmysły i nie pozostawia obojętnym po przeczytaniu tekstu.
Gratuluję i pozdrawiam.

Dziękuje za pochlebny komentarz, który w równej mierze należy się mojej Korektorce. 😉

Pozdrawiam.

Tak, korektorce też gratuluję 😉

Kilka miesięcy. Czasem łatwiej jest wytrzymać sto dni po kilku miesiącach niż sto dni po kilku latach. Niestety nigdy nie ma pewności czy ona będzie czekać, tak jak nie ma pewności czy pozostanie wierna. Jednak wolność jest warta każdej ceny.

Bardzo ładne i nastrojowe opowiadanie. Przyjemnie się czytało. Pozdrawiam.

Wolność czy urzeczywistnienie marzeń?
Czy będzie czekać?
Tego się już nie dowiemy. Możemy się tylko snuć domysły. ;-))
Pozdrawiam.

Trzymasz poziom swoich nastrojowych opowiadań. To różni się sceneria od poprzedniego ale można odnalezc podobny, chwytający za duszę klimat. Nie mnie oceniać oddanie realiów żeglugi – to uczynili już inni, bardziej kompetentni – ale spieszę pogratulować roboty z piórem/klawiaturą.
Nefer

Cóż warte są uczucia bez nutki niepewności Neferze?
Powszednieją i oddalają od siebie.
Rozstania pozwalają uświadomić sobie ile znaczy dla nas partner/ka.
Jeżeli udało mi się to pokazać w opowiadaniu…;-))
Pozdrawiam

Muszę przyznać, Batavio, że trafiłeś tym opowiadaniem w mój nastrój. Końcówka słodka i taka ku pokrzepieniu serc a miłość jak wiatr dmuchający w żagle. Mnie jednak najbardziej podobał się początek. Klimatyczny.

Z pozdrowieniami
NoNickName

Dziękuję.
To bardzo przyjemne uczucie, gdy czytelniczka (tak wymagająca)
postrzega pozytywnie opowiadanie.
Pozdrawiam. B.

Niemożność dodania komentarza ma swoje zalety. Z wielką przyjemnością sięgam po to opowiadanie kolejny raz. Jest przesycone takim żeglarskim klimatem, że aż Ci zazdroszczę. Prawie poczułam na twarzy ten słonawy powiew wiatru. Żeglujesz, prawda? Nie dopuszczam myśli, że można tak pisać o rzeczach, których się nie doświadczyło. Na dodatek, ciężko powiedzieć, co jest tu lepsze, opis rejsu,czy erotyka? Na szczęście nie muszę wybierać, bo wszystkiego mam tutaj pod dostatkiem.
Chylę czoła przed mistrzem, Roksana.

Dziękuję za komentarz Roksano.
Muszę Cie rozczarować, żeglowałem jeden raz w życiu po Jezioraku.
Bardzo dziękuję za uznanie, ale daleko mi do kryterium mistrza.
Pozdrawiam B.

Wyruszyć w daleką podróż, aby odkryć, że chce się i ma po co wrócić. 🙂 Z daleka widać czasem lepiej.
Taaak, dla panów żeglarzy to wyraźnie marzenie – mężczyzna z pasją, który wystawia siebie na próbę, szuka swoich granic, sprawdza siebie. Owszem, w kwestii żeglarstwa jestem profanem i nie rozumiem do końca, po co. Widzę co innego – nie mniejsza to chyba próba dla tej, którą Samotnik „beztrosko” zostawił na brzegu: czy wróci, jaki wróci, czy jest sens, żeby wracał…

A jednak tekst tchnie optymizmem, bo ten „egoista” przeszedł swoją próbę w każdym wymiarze – sprawdził się jako żeglarz i stał się mężczyzną w tym sensie, że odkrył, co jest dla niego najważniejsze. Cokolwiek zastanie po powrocie, będzie walczył o swoje szczęście.

Tekst świetnie napisany, liryczny, opisami szczegółów budujący niepowtarzalny nastrój. Wreszcie pisanie tak naprawdę o martwocie, tym, że nic się dzieje, które buduje napięcie i jest niezwykle wciągające. Autorze, dziękuję. 🙂

L. Teliga podpisywał listy „Teliga i „Opty”” , P. Tangwald zdecydował się bez wahania na rozwód, gdy jego żona postawiła alternatywę: ja albo jacht.
(cytat z „Alec Rose” Julian Czerwiński MM Gdańsk 1970)
To prawdziwi pasjonaci. Jeżeli bohater opowiadania znalazł zrozumienie u partnerki, to ma do kogo wracać. Jeżeli narastającą tęsknotą, rozterkami i walką z samym sobą udało mi się zaintrygować czytelników, to cel został spełniony.
Dziękuje za komentarz. ;-))

Napisz komentarz