Zdzisiu się żeni (MRT_Greg) 4/5 (2)

zsz„Ze wsi pochodzisz i na wieś wrócisz” – mówi stare wiejskie przysłowie. No może nie tyle wiejskie co nasze rodzinne. Matula gadali – synuś, będziesz szukał baby to takiej z dużą dupą i dużymi cycami. Żeby urodziła ci dwójkę zdrowych dzieciaczków i spokojnie je wykarmiała. Hm. W sumie gdybym jej posłuchał, to może teraz byłbym szczęśliwym tatusiem, z co najmniej czwórką dobrze wypasionych smarkaczy i z puszką mocnego full przed pięćdziesięciocalową plazmą, czekał aż nasza narodowa formacja wtopi z Etiopczykami dwa do zera. No. To teraz pojechałem z wiejska na całego. Burak i tyle. A, że tak jak matula przykazali się jednak nie stało, to… chyba jednak lepiej jak zacznę od początku.

Plask, plask, plask – uderzanie w pupę słychać było w całym domu. Jęki też. A zasadzie to moje darcie i w dodatku słyszeli je chyba nawet sąsiedzi. Tak oto mój ojciec postanowił mi w ten, może mało delikatny ale za to niezwykle skuteczny sposób, wybić z głowy palenie papierosów.

Od tego dnia pozostała mi trauma; nigdy przy ojcu nie zapaliłem. Zresztą klapsy to i tak była pieszczota w porównaniu z tym, czego doświadczyłem kilka lat później, gdy skorzystawszy z zapalonego traktora, skosiłem pół różanej rabatki mamy, kawałek płotu i szopę sąsiada. Wtedy na moim tyłku i plecach wylądował parciany pas. Nie powiem. Bolało jak cholera. Po tym zdarzeniu ojciec poszedł do baru, skąd wrócił dopiero nad ranem zalany w sztok. Matka przez cała noc zmieniała mi kompresy z zsiadłego mleka. Na traktor więcej nie wsiadłem.

Nasze gospodarstwo nie różniło się wówczas zbytnio od innych sąsiednich. Mieliśmy kilka hektarów pola, niewielki sad i królewskie różane ogrody, jak śmiali się sąsiedzi. Jedyna słabość mojej mamy. Tam spędzała większość swojego wolnego czasu, a że była pełnoetatową kurą domową, więc tak wiele go w końcu nie miała. Prócz wspomnianych mieliśmy jeszcze trochę zwierzaków; stadko kur, kilka prosiaków, dwie kozy, jedną krowę, bliżej nieokreśloną ilość wiecznie parzących się królików, dwa koty i wyleniałego psa. Ach, no i oczywiście był też brat. Specjalnie wymieniam go w kontekście gospodarczego chowu gdyż w tamtych czasach był swoistą hybrydą – krzyżówką wściekłego psa i pospolitego knura. Ani kocie pazury ani psie zęby ani nawet koguci dziób nie przysporzyły mi tyle bólu, co mój kochany braciszek. Ustawicznie znęcający nade mną wyrostek, nie baczył na razy ojca ni narzekania matki. Ot, taka braterska miłość.

Miało to jednak też i swoje plusy. Będąc prawdziwym rozrabiaką i prowodyrem wszelkich szkolnych bójek nie pozwolił bo ktokolwiek inny mi dokuczał. Jeśli tylko zdarzyło się, że ktoś nieopatrznie sprzedał mi kuksańca na wuefie, chwilę potem dostawał tęgi łomot od mojego brata. Podstawówka to były naprawdę fajne czasy. Człowiek ani myślał o problemach świata, przyswajając wiedzę, ba, chłonąc ją jak gąbka, spędzał resztę czasu na zabawach i swawolach. Kopiąc piłkę, biegając po lesie, wspinając się na drzewa, szalałem do upadłego. Pod koniec siódmej klasy nasza klasowa paczka wyraźnie rozdzieliła się na dwie grupy. Chłopcy kopali piłkę, dziewczyny grały w siatkę. Po lekcjach przesiadywałem z kumplami koło baru, czekając aż kolejny piwożłop wywinie orła na dziurawym jak sito chodniku, gubiąc przy tym resztki zasiłku, spod przymrużonych powiek obserwując dziewczyny po drugiej stronie drogi na przystanku. Czasami spotykaliśmy się połowie drogi, mniej więcej na osi jezdni ale potem każdy wracał do swojej grupy. Swoista młodzieńcza harmonia.

Obecność w okolicach baru pozwalała na poznanie wiele ciekawych zwrotów, które potem w kopcu siana pod lasem testowałem na Marzence, koleżance z klasy. Były to między innymi; ciągnięcie śliny, ugniatanie pączka czy najbardziej chyba znane, kino. Koleżanka była równie wyedukowana w nowym słownictwie, co nieraz kończyło się tarmoszeniem źrebaka. W tym to czasie poznałem różnice między dziewczynami i chłopakami i wiedzę tę postanowiłem dalej zgłębiać przy każdej nadarzającej się okoliczności. Bardzo mi w tym pomogły wyjazdy na basen do miejscowości oddalonej od naszej wsi o kilkanaście kilometrów. Podróżowaliśmy najczęściej wynajętym na tę okazję rzężącym pod górkę i rozlatującym się na każdym zakręcie ogórkiem. Może czasem nie zdążaliśmy na zarezerwowaną godzinę za to mieliśmy dość czasu, by się, najdelikatniej to ujmując, poprzytulać.

Lecz tak to już niestety bywa, że co radosne szybko się kończy. I tak skończyła się podstawówka a zaczęło technikum. Wraz z nową placówką pojawiło się kilka innych nowości. Do utartych zwrotów dołączyły kolejne; lizanie patelni i obciąganie. To ostatnie mogło dotyczyć zarówno dziewczyny jak chłopaka, w zależności w której był klasie i na ile podatny na dokuczanie starszaków. Smaku wspomnianych doświadczyć udało mi się nieraz, choć dopiero w ostatnim miesiącu mojej edukacji w tej placówce. Punktem zwrotnym stał się pewien wieczór w trakcie zakończenia zawodów lekkoatletycznych odbywających się co roku w mieścinie. W mroku opuszczonej widowni, po wylizaniu gorącej jak czteropalnikowa kuchnia patelni, wreszcie zakisiłem ogóra. Towarzyszył temu mój ryk rozkoszy i równie głośny, choć nieco przytłumiony przez zarzuconą na twarz spódnicę, ryk bólu mojej partnerki. Skonsternowany ujrzałem swojego fiutka całego skąpanego we krwi i przerażony nie mogłem wydusić ze siebie słowa. Wtedy to poznałem kolejną kobiecą tajemnicę i po raz kolejny zapragnąłem poznawać kolejne. Niestety po miesiącu sukcesywnych nauk doznałem pierwszej w życiu klęski. Moja partnerka uzmysłowiła sobie, że nie ma to jak solidny byczy kark i pała jak trzonek dwufuntowego młota. Właścicielem tychże okazał się kolega z ostatniej klasy, który w zasadzie powinien już dawno zakończyć edukację, tyle że kilka razy powinęła mu się noga. Z tego co wiem, Jola nadal z nim jest, choć trudno powiedzieć, by byli szczególnie blisko. On większość czasu spędza w pierdlu, ona, na zasiłku wychowuje trójkę równie inteligentnych co tatuś bachorków.

Wracając jeszcze na chwilę do technikum. Moim atutem znów okazał się mój brat, który uczęszczał do tej placówki już od dwóch lat. Notabene – w tym okresie tęgi łomot zmienił się w zdrowy wpierdul. Czas w technikum był chyba jednak najbardziej straconym okresem w moim życiu. Niestety, dopiero po trzech latach uświadomiłem sobie, że różnica między gaźnikiem a cylindrem to wszystko na co mnie stać w poznawaniu tajników motoryzacji. Choć towarzystwo po jakimś czasie stało się tolerancyjne i wyrozumiałe dla chronionego miłością braterską chuderlaka, czułem się nieco wyobcowany. Nawet spotkania na przerwie w kotłowni, gdzie w chmurze nikotynowego dymu, tak gęstego, że można było zawiesić w nim siekierę, rozmawialiśmy o dupach i samochodach a w szczególności o dupach i samochodach, nie pomagały mi stworzyć bliższej więzi z grupą.

Koniec końców w czerwcu pożegnałem technikum a we wrześniu wylądowałem w liceum. Tam spotkałem moją dobrą przyjaciółkę z dzieciństwa. Marzena okazała się być osobą, której bez obaw mogłem się zwierzyć ze wszystkiego, choć na ówczesny czas nie połączyło nas nic więcej, niż przelotny pocałunek. No dobra. Raz namacałem jej cycka, ale że było to tuż po wydostaniu się z technicznych okowów moja propozycja do dalszych ekscesów była najwyraźniej za mało subtelna. Cóż poradzić. Po prostu miałem ochotę znów zakisić ogóra. Nogi na bok, cyce na wierzch i jazda. Skończyło się na siarczystym policzku i nie odzywaniu się przez tydzień. Po tym czasie wszystko niby wróciło do normy, jednak nasza przyjacielska bliskość nabrała nieco dystansu.

Po ukończeniu liceum postanowiłem kontynuować moją naukę i wybrać się na studia. Matka zrobiła wielkie oczy, po czym pokiwała smętnie głową i wróciła do obierania ziemniaków. Ojciec popukał się w czoło i wyszedł z domu bez słowa. Brat roześmiał się, twierdząc że i tak do niczego innego się nie nadaję, postanowił sam dźwigać brzemię dziadkowo, ojcowo, synowskiej tradycji i zaciągnął się do woja. Bardzo dobrze. Do niczego innego się nie nadawał. Ponieważ moje edukacyjne ciągoty spotkały się z mizernym zrozumieniem ze strony rodzicieli, postanowiłem pójść dalej i odciąć się niemal całkowicie od duszącej, wiejskiej pępowiny. I tak oto z niewielkiej podwarszawskiej wiochy wylądowałem w królewskim grodzie. W Krakowie. W zasadzie mogło być to każde inne miasto, jednak słyszałem, już w liceum, że to najlepsze miejsce dla studentów.

Będąc dobry w naukach ścisłych oraz mając podstawy mechaniki udało mi się dostać na wydział robotyki na AGH.

Październik był miesiącem w którym moje życie zaczęło się niemal na nowo. Pierwszy raz zobaczyłem komputer, pierwszy raz z bijącym sercem skorzystałem z tramwaju, ogrom Wawelu i otaczającej go Wisły przywalił moje doznania z siłą tropikalnego huraganu. Nieustający nawet późno w nocy ruch samochodowy, sprawił że przez kilka dni w ogóle nie mogłem zasnąć. W końcu któregoś wieczora po kilku piwach padłem jak kłoda pod mostem dębnickim i dopiero zbudzony nad ranem przez straż miejską wróciłem jak niepyszny do wynajmowanego mieszkania.

Mieściło się ono około pół godziny od centrum miasta w niewielkiej powojennej odrestaurowanej rok wcześniej kamienicy, której większość lokatorów stanowili właśnie studenci. Wiedząc zatem, że nasze pijackie wybryki nikomu nie będą przeszkadzać skwapliwie z tego korzystaliśmy. W ciągu niespełna pół roku wpadłem w ustalony studencki rytm. Zycie zaczynało się po dziewiętnastej a kończyło o piątej nad ranem. Na wykładach spałem jak niemowlę, chuchając nieprzetrawionym alkoholem wprost na ciemnoskórego kolegę, który nijak nie mógł zrozumieć dlaczego mimo jego usilnych starań nigdy nie mógł uzyskać średniej większej niż połowa zapijaczonych białych studentów. Na zajęciach, prócz poznawania tajników budowy automatów budowałem różne zmyślne urządzenia, które potem wykorzystywałem na stancji. Jednym z nich była zrobiona z aluminiowych kształtek fikuśna fajka wodna, do której któregoś wieczora napchaliśmy tyle trawki, że dopiero po jakimś czasie dostrzegliśmy stratę niemal trzech dni. My czyli ja, Michał z informatyki i Jacek z zarządzania.

Niestety w połowie trzeciego rogu Jacek musiał wrócić do domu a Michał zdobył stypendium za granicą. Zostałem sam. No nie tak do końca. Zawsze był ktoś po sąsiedzku z kim można było poszaleć do rana. Byli też znajomi, którzy często nas odwiedzali. Znajomi i rzecz jasna znajome. Tu wspomnieć muszę, że od czasu zamieszkania w mieście moje słownictwo nabrało nowego wydźwięku. Bardziej miejskiego. Nie było już ciągnięcia śliny. Zastąpione pocałunkiem z języczkiem miało w sobie delikatność, której zawsze pragnąłem, choć nie wiedziałem jak nazwać. Zamiast ugniatania pączka było ściskanie piersi i turlanie guziczka, lizanie patelni zastąpiło dużo bardziej subtelne drażnienie łechtaczki a wulgarne obciąganie stało się delikatną masturbacją w wykonaniu partnerki. Nawet kiszenie ogóra znikło gdzieś między rżnięciem a uprawianiem seksu. Tylko wpierdul się nie zmienił, o czym niestety dane mi było się przekonać w trakcie któregoś wieczoru, w klubie na Żelaznej. Zasadniczym jednak plusem była sytuacja nazajutrz, gdy na moich pokiereszowanych żebrach wylądował ciepły okład z młodej piersi.

Półmetek okazał się kolejnym przełomem w mym życiu. W ciągu jednej nocy przestałem grać singla i zacząłem grać w debla. Impreza sama w sobie skończyła się dla mnie równie szybko, jak się zaczęła. Pamiętam tylko wejście na zadymioną salę, asystenta od Geo z kolorowym irokezem na głowie, kilka szybkich szotów na powitanie z każdym ze znajomych, małe piwko, oczojebny, zielony drink i Adaś, który przyniósł zajebiste zioło. Dalej… biała kartka papieru. Obudziwszy się około południa, dna następnego, stwierdziłem z ulgą, że znalazłem się we własnym mieszkaniu. Ulga długo nie trwała. Wanna może i jest wygodna ale jak się spędza w niej co najwyżej godzinę w ciepłej wodzie, a nie pół nocy, ściśnięty z jakąś niewyględną chudziną, z burzą miedzianych włosów, pozlepianych czymś, co wyglądało jak połączenie przemielonego kebaba z sałatką z ogórków. Niemal anorektyczna piękność okazała się koleżanką kolegi znajomego znajomej, która z bliżej nieznanych mi powodów postanowiła przebaletować trudną noc u mnie. Nieciekawa sytuacja miała jednak swój gigantyczny plus – wystarczyło odkręcić kurki i na nasze zmaltretowane ciała spadła kaskada chłodnej wody. To wystarczyło byśmy powolutku doszli do siebie. Wieczór zastał nas w kuchni dłubiących w talerzu. Niestety wstręt do jedzenia był równy temu do picia i nie zamieniając ze sobą ni słowa walnęliśmy się do mojego łóżka.

Dopiero trzeci dzień stał się dla nas łaskawszy. Od słowa do słowa doszliśmy do tego kto kim jest i jak dostaliśmy się do mieszkania. Monika była studentką czwartego roku chemii na Politechnice Krakowskiej, jedynaczką, na co dzień mieszkającą z rodzicami w willowej Woli Justowskiej. Pasjonowała się fotografiką i aktem. Była bardzo szczupła, jeśli nie powiedzieć chuda, co jednak mi, podobnemu jej gabarytom chuderlakowi, w niczym nie przeszkadzało.

Ba, było wręcz ciekawe, biorąc pod uwagę okoliczności jakie sprzyjały naszemu wspólnemu dalszemu spędzaniu czasu. Tego dnia bowiem, gdy otrzeźwieliśmy na tyle, by można było spokojnie spojrzeć za okno, Monika zadzwoniła do rodziców z niewinnym tekstem, że żyje i nic jej nie jest. Ryk jej ojca słyszałem, nawet będąc w drugim pokoju. Chwilę potem bez słowa wypadła z mojego mieszkania a dwie godziny później stała już pod drzwiami z dwiema pękatymi walizkami i czarną skórzaną torebką, zdobioną złotą nicią. Wpuściłem ją do środka zastanawiając się czy aby na pewno mądrze postępuję. Usiadła na pakunkach i zalała się łzami. Sytuacja była dla mnie groteskowa, więc cóż mogłem zrobić? To co mi wtedy strzeliło do łba zapewne podyktowane było jeszcze resztkami trawy, która nie zdążyła wywietrzeć spomiędzy moich zwojów mózgowych. Złapałem ją za rękę, zaprowadziłem do pokoju gdzie płynnym ruchem zerwałem z jej ramion cienką sukienkę. Na widok jej nagiego, nie okrytego żadną bielizną ciała mój członek zareagował błyskawicznie. Pospiesznie pchnąłem ją na łóżko, po czym sam czym prędzej pozbyłem się odzienia. Moje zamiary były oczywiste, ona jednak nadal leżała zaskoczona, nie mówiąc ani słowa. Zresztą… wtedy były zbędne. W ciągu najbliższej godziny udało się jej zapomnieć o kłótni z rodzicami a niemal sto osiemdziesiąt minut później uznała, że jest to najlepszy kierunek w dalszym rozwoju naszej znajomości. Dziś mogę stwierdzić, że prócz wspomnianych trzech godzin, kolejne cztery miesiące okazały się moimi najszczęśliwszymi choć i najbardziej męczącymi w życiu. Mało tego. Na 2 tygodnie wogóle zapomnieliśmy o studiach, mojej dorywczej pracy, znajomych, imprezach i innych głupotach dnia codziennego. Kochaliśmy się o każdej porze ile sił, w każdej możliwej pozycji, gdzie popadło, nie zważając na sąsiedztwo innych, zapewne zaskoczonych kilkunastodniowymi wrzaskami, jękami i trzeszczeniem mebli. Stos kartonów po pizzy rósł, aż w końcu zawalił cały maleńki korytarzyk wejściowy.

Po jakimś czasie, gdy związek nas zaczął powoli i nieubłaganie przechodzić w kolejną fazę, postanowiłem wraz moją ukochaną pojechać do rodziców. Przybywszy moim sportowym Golfem jedynką z czarnymi paskami na miejsce, omal nie utknąłem zaraz na samym wjeździe w błotnistej kałuży. Podtoczyłem się kilka metrów dalej , na tyle ostrożnie by nie przerysować Audicy brata. Wyskoczyłem z samochodu, obszedłem wóz i otworzyłem Monice drzwi. Przez chwilę zastanawiała się czy wysiadanie z samochodu jest aby na pewno dobrym rozwiązaniem, w końcu znalazła skrawek suchej płaszczyzny i z akrobatycznym susem wyskoczyła z auta. Niestety suchość okazała się złudna. Śliski kawałek trawy sprawił, że tańcząc w breakdancowym rytmie, walczyła o utrzymanie jako takiej pozycji, mając nadzieję, że nie plaśnie na glebę. Mi to jakoś nie przeszkadzało. Z ohydnym mlaśnięciem wyjąłem buta z błota, doskoczyłem do niej i trzymając pod ramię, niemal zaciągnąłem do chałupy.

W międzyczasie dostrzegłem, że zniknął gdzieś typowy dla socjalistycznego budownictwa dach kopertowy zaś jego miejsce zajął typowy dwuspad z wielkim portfenetrem na piętrze. Mogłem się domyślić, że to braciszek postanowił się urządzić nad rodzicami.

Mamę zastałem nieodmiennie w kuchni, pochyloną na garnkiem. Obierała ziemniaki, rzucając łupiny do kosza z żarciem dla kur. Nie wstając spojrzała na nas, zlustrowała solidnie Monikę, po czym utkwiła spojrzenie we mnie.

– Cześć mamo. Poznaj Monikę. To moja dziewczyna.

Mama wybałuszyła oczy, odchrząknęła i napomknęła.

– Chuda jakaś.

Monika oblała się rumieńcem. Szepnąłem jej na ucho, żeby przywitała się z mamą. Niepewnie wyciągnęła rękę przed siebie.

– Dzieńdobry – odrzekła cicho. – Dbam o linię – dodała jakby się tłumacząc.

– O linię? Ha! Dobre sobie. Co wy macie z tymi liniami? Dziewczyna to powinna mieć…

– Mamo – przerwałem jej wiedząc, co zaraz nastąpi – może wystarczy. Chciałbym zostać z Moniką na weekend. Mój pokój jest wolny?

– A co ma nie być. Zawsze był i jest twój.

Uśmiechnięty odwróciłem się w kierunku drzwi, gdy do kuchni wparował ojciec. Spojrzał na mnie, potem na Monikę, zatrzymując dłużej wzrok na okolicach jej piersi, po czym bez słowa wyszedł, po drodze łapiąc za siekierę. Mam rzuciła okiem na podwórze. Przez chwilę obserwowała ojca, jak ten zmierza ku stajni, lecz ujrzawszy, że wchodzi do kurnika, opadła z niechęcią na taboret. Wkrótce potem usłyszeliśmy przenikliwy wrzask kury i ciche łupnięcie. Monika wzdrygnęła się na samą myśl. Ja za to wiedziałem, że ojcu również nie spodobała się moja dziewczyna. Miał taki swój swoisty sposób wyrażania emocji. Wziąłem Monię za rękę i pobiegliśmy do pokoju. Roztrzęsiona przytuliła się do mnie. Czułem, że dalszy pobyt w domu to jednak nie będzie najlepszy pomysł. Mając jednak nadzieję, na choćby małą poprawę wieczorem, postanowiłem za dnia pokazać jej obejście a potem okolicę.

Wróciliśmy do domu wieczorem, pogryzieni przez komary, z przemoczonymi butami, po tym jak nieopatrznie wleźliśmy w niewielkie trzęsawisku na skraju lasu i ogólnie zmordowani jak świnia w rui. Kolacji nie jadało się u nas wspólnie, w przeciwieństwie do obiadu, na który się nie załapaliśmy, więc tylko podwędziwszy ze spiżarni kawałek kiełbachy i trochę chleba, udaliśmy się do mojego pokoju. Zmęczenie dało nam się mocno we znaki. Opłukawszy się zimną wodą, legliśmy w łóżku, nie mając siły nawet na drobne pieszczoty.

Nazajutrz rano zbudziłem się, czując że nie ma nikogo obok mnie. Wyszedłem z pokoju i ujrzałem Monikę, jak stoi pod drzwiami do kuchni i nasłuchuje. W sumie to nie musiała być taka ostentacyjna. Wystarczyło bowiem tylko uchylić drzwi do pokoju. Skrzekliwy głos matki i chrypka ojca była słyszalna pewnie nawet i na podwórku.

– Co to w ogóle jest? – narzekała matka – zero cycków, zero dupy. Jak ona ma mu urodzić dzieci? I kto je wykarmi? Przecież nie ja!

– A daj spokój – starał się uspokoić ją ojciec – se wybrał taką, to niech się sam martwi. Ojcowizny na pewno nie dostanie.

– No ale żeby tu przyjeżdżać to jeszcze rozumiem. Ale się nie musiał z tą tyczką obnosić tak po wsi. Co sobie ludzie pomyślą?

– A już daj spokój z ludźmi. Już i tak wszyscy wiedzą, że to odmieniec jakiś.

– Ale to mój syn. Nie może przecież się zmarnować, a ta lafirynda… widziałeś jakie ma trzewiczki? Jakby ktoś je smalcem przejechał, się błyszczą jak psu jajca na wiosnę.

Syknąłem cicho, dając znać Monice. Odsunęła się od drzwi i wróciła z marsową miną.

– Zabierz mnie stąd – powiedziała tylko i usiadła na krześle, czekając, aż się ubiorę.

Wyjechaliśmy bez pożegnania. No może nie tyle my, co ona. Na odchodnym dostałem od mamy ubitą zeszłego dnia kurę. Była tak chuda, jakby od kilku dni nic nie jadła. Tak wyraźny afront zupełnie już dobił moją ukochaną. W drodze do miasta, otworzyła okno i wyrzuciła kurę na pobocze. Nic nie powiedziałem, choć byłem już nieco zły. Rosół zawsze by się z tego jakiś zrobiło.

Od tego czasu nasze relacje jakby nieco ostygły. Widywaliśmy się tylko rano i wieczorem. Łóżko stało się zimne a uśmiech zgasł gdzieś między sierpniem a wrześniem.

W pierwszą sobotę października siedziałem przed ciemnym telewizorem, wpatrując się w wielki zegar na ścianie. Chromowana wskazówka wskazywała grubo po północy. Moniki jednak nadal nie było. Nie było też telefonu a wszelkie moje próby skontaktowania kończyły się; “abonament jest poza zasięgiem”. Stojąca na komodzie fotografia ukazywała dwoje zakochanych w sobie ludzi, skąpanych z promieniach chorwackiego słońca. Światło ulicznej lampy odkrywało jednak tylko męską postać. Kobieta schowana była w cieniu. Nie wiem, o której zasnąłem. Rano na nogach miałem koc a na kocu list. Z drżącym sercem rozerwałem papier. Rzuciwszy spojrzeniem na zawartość wstałem i udałem się do naszej sypialni. Spała z rozrzuconymi włosami, zawinięta w naszą pościel, pochrapując złowrogo. Kwaśny odór alkoholu unosił się w powietrzu.

– Co tam masz? – spytała tego dnia po południu, gdy wreszcie doszła do siebie.

– Żeni się? – odrzekłam, rzucając zaproszenie na stół.

– Kto? – wzruszyła ramionami.

– Mój brachol. Za tydzień wesele.

– To chyba się jednak z większym wyprzedzeniem wysyła? Przecież mogliśmy mieć jakieś plany?

– Może i. Ale nawet jeślibyśmy jakieś mieli, to można by je przełożyć. W końcu ślub brata nie zdarza się co roku.

– Zmieniłbyś plany? A jakbyśmy mieli na przykład wylot do Paryża?

– Zawsze można przesunąć.

Spojrzała na mnie lekko zdegustowana. W głowie jej się nie mieściło, że coś mogłoby być ważniejsze od jej podróży.

Tydzień minął jak z bicza strzelił. Mimo całej sytuacji udało nam się wrócić do jako takiego stanu sprzed wyjazdu do rodziców. Monika po zajęciach biegała po sklepach, szukając kreacji a ja zastanawiałem się, co też takiego musiało się wydarzyć, że tak późno dostałem informację. W sumie to mogłem się domyślić. Rodzice na pewno w odpowiedni sposób zrelacjonowali braciszkowi mój pobyt na ojcowiźnie. A ten nie omieszkał mi dokuczyć. Ale grunt, że w ogóle wysłał zaproszenie. W końcu, może nie przepadaliśmy za sobą, ale… no… byliśmy jednak rodziną.

W piątek wieczór Monika wpadła do mieszkania i z uśmiechem na twarzy pokazała zdobytą od rodziców butelkę chateau d`avignone rocznik 1913. Dokładnie sto lat przed ślubem brachola. Popatrzyłem na nią krzywo i wskazałem na kopertę, leżącą na stole. Spochmurniała. No tak – w jej rodzinie to może by uznano taki wykwintny prezent. Dla mojego brata – ze wsi pochodzisz – to jednak ważna była kasa. W końcu na wesele trochę mamony poszło. Trza się odkuć.

Ta noc ponownie okazała się zimna. Brak zrozumienia jej poniekąd dobrych choć zupełnie nietrafionych intencji, okazał się przysłowiowym gwoździem do trumny.

– A teraz idziemy na jednego! Małego! A teraz idziemy wódkę pić!

Cała sala ryknęła ochoczo gdy po zdecydowanie przydługim acz niezwykle tanecznym kawałku orkiestra postanowiła odpocząć.

Wróciłem do stolika, przy którym samotnie siedziała Monika, obgryzając pęd winogron. Lleżący przed nią talerzyk błyszczał czystością, w przeciwieństwie do sąsiednich, uciapanych nóżką z kurczaka, buraczkami, sałatką łososiową i masą czekoladową z przepysznego murzynka. Niewielki kieliszek przed nią był w trzech czwartych opróżniony. Stojąca nieopodal czerwona Sofia była daleko poza jej kulinarnym marginesem. Nie wspominając o czyściosze, która lała się niemal hektolitrami.

Musze przyznać, że bracholek nie pożałował kasy. Stoły uginały się od jedzenia. Co chwila wjeżdżało jakieś ciepłe danie. Starszy – nie ja, co od czasu do czasu okazywało się nieco krępujące – co chwila podchodził do stołów i wymieniał puste butelki na świeże, zmrożone. Towarzystwo żarło, piło i hulało na całego. W rogu sali dzieciarnia dokazywała, przekrzykując się wzajemnie. Brała w końcu przykład ze starszyzny. W przeciwległym rogu najstarsze przedstawicielki rodzin, zrzeszone oczywiście w wiejskim kole gospodyń zaintonowały dzieweczkę co to niby poszła do lasu, jednak w połowie zgubiły tekst, co zaraz wykorzystał wujek Rysio dodają swoją wersję piosenki. Było tam coś o studni, co to niby zarosła bo jej się nie używało. Trudno powiedzieć do kogo pił, przecież większość naszych rodzin dawno już była żonata, mężata i co najmniej podwójnie dzieciata. Towarzystwo na chwilę ucichło, gdy do sali weszli młodzi.

– Gorzko, gorzko, gorzko – zakrzyknęli biesiadnicy, wstając od stołów

Młoda, rumieniąc się jak burak, musnęła ustami brata.

Nie pijemy wódki, nie pijemy wódki

Pocałunek był za krótki!

Wujek Rysio był na fali. Brat złapał swoją małżonkę w ramiona, przechylił i zatopił w ustach. Ta objęła go udem i przyciągnęła do siebie. Ręka brachola znalazła się na jej pupie, co zostało skwitowane gromkim;

– Zdrowie państwa młodych! – Wodzirej pojawił się na sali jak duch. A gdy młodzi już odsapnęli a kolejna porcja wódeczki popłynęła do żołądków, dodał – zapraszamy do zabawy!

I zaraz na środek wyskoczyli młodzi. Chwyciłem Monikę za rękę, jednak ani myślała wstać.

– Idź – powiedziała.

Idiotka. Zabawy weselne mają to do siebie, że są parami. Zaraz jednak poczułem uszczypnięcie w tyłek. Obejrzałem się za siebie. Dorota, młodsza siostra Marzeny, koleżanki z dzieciństwa, godnie ją zastępowała. Marzena ponoć miała pojawić się później, miała daleką drogę z Niemiec.

Uśmiechnąłem się. Nie to nie – pomyślałem o Monice – kij ci w oko i kotwica w plecy. Złapałem młodą za rękę i ruszyliśmy na parkiet. Dorota podskoczyła radośnie i zapląsała wokół mnie. Jej włosy owinęły się mi wokół nadgarstka, chciałem wydobyć się z nich, miast tego przyciągnąłem ją do siebie. Jej usta znalazły się na milimetry od moich. Poczułem gorący oddech, słodki jak jabłka w naszym sadzie. Spojrzała mi głęboko w oczy, po czym spłonęła rumieńcem. Ot wiejski podlotek, śliczny i świeży jak jutrzenka.

– Dobra. Proszę państwa. Zabawa nazywa się: Przetaczanie jajka.

Zamarłem. Dobrze wiedziałem o co chodzi. Dorota klasnęła w dłonie i roześmiała się, ja zaś  oglądnąłem się na Monikę. Siedziała jakby kij połknęła, nic nie rozumiejąc. Ja za to doskonale wiedziałem co mnie czeka. Zabaw polegała na przetoczeniu jajka z jednej nogawki do drugiej. Oczywiście sedno sprawy leżało po środku, gdy kurze jajko docierało do krocza. Nie przypominam sobie by kiedykolwiek jakieś jajko dotarło w całości na metę. Wodzirej dał znak i zabawa się zaczęła. Spojrzałem na Dorotkę. Skupiona przesuwała jajko w górę. Cholera, ileż ona ma lat – gubiłem się w myślach. Szybko przeliczyłem w pamięci i wyszło mi, że powinna być już w liceum. Powinna. Dla niej jednak nie miało to znaczenia. Dotarła już do… Kurwa! Oczywiście. Złapała za jajko. Nie to! Ja pierdolę!

– Wyżej – syknąłem przez zęby.

Ona jednak, niepomna na moją uwagę, dalej ściskała moją mosznę, niczym się nie przejmując. Jej dłoń, niby przypadkowo, pochwyciła mojego członka. O żesz w dupę! Nie wytrzymam! Ta mała doskonale wiedziała jakie katusze przeżywam. W końcu nieszczęsne jajko… kurze… wyślizgnęło jej się z dłoni i spadło na podłogę, rozciapując dokumentnie. Zmartwiona przysiadła na piętach. Spojrzała na mnie z dołu i wzruszyła ramionami.

– Wygrywają; Robert i Ilona – Wodzirej wzniósł ręce wygranej pary w górę. – w nagrodę od państwa młodych dostajecie zgrzewkę jajek. A teraz zapraszamy do karuzeli!

Większość towarzystwa czmychnęła w popłochu. Za to wujek Rysio, pełen animuszu wyskoczył na środek sali. Ciotka Mirka próbowała go złapać, ale się jej wyrwał.

– Stary a głupi – słychać było jej narzekania.

Wujek złapał podany mu kij od miotły, przystawił sobie do głowy, drugi koniec oparł na podłodze i jął kręcić się w kółko. Rekord wynosił trzydzieści cztery obroty i znając wujka zamierzał go pobić. Po dwudziestym lekko się zatoczył lecz nie dawał za wygraną. Tuż przed rekordem musiał złapać kij oboma rękoma. Nie dotarł jednak do zapowiadanej czterdziestki. Suchy kij wyskoczył mu spod głowy. Wujek obrócił się wokół własnej osi, dojrzał jak przez mgłę wzniesiony w górę kieliszek wódki – takie było zadanie, by po karuzeli dotrzeć do celu i wypić bombkę – i podążył, jak mu się zdawało, w tamtym kierunku. Po drodze zahaczył o ciotkę Krysię, nadrywając ramiączko jej sukienki, kuzyna Marcina, wbijając mu łokieć w brzuch a następnie szczupakiem poleciał w kierunku kuzynki Marty. Ta nie zdążyła odskoczyć i w tej samej chwili jej sukienka została jednym płynnym ruchem zerwana, odsłaniając mlecznobiałe uda i czarną szczecinę między nogami. Towarzystwo ryknęło śmiechem. Zawstydzona dziewczyna szybko okryła się resztkami odzienia i wybiegła z sali.

Pięć minut później wujek Rysio, już na czworakach, dotarł do stołu i wychylił kieliszek. Wiedząc, co się zaraz po tym wydarzy, Starszy podstawił mu wiaderko. Nie chcą zaś tego oglądać, większość towarzystwa ruszyła na zewnątrz budynku na maszka. Udałem się tam i ja, jednak po drodze złapała mnie Dorota i zaciągnęła w kąt korytarza.

– Wiesz, że tu są ukryte pomieszczenia? – spytała, zaglądając mi w oczy.

Wiedziałem. Ale byłem ciekaw co i na ile ona zna ten dworek.

– Pokaż – szepnąłem równie konspiracyjnie.

Chwyciła mnie za dłoń i pociągnęła w kierunku kuchni. Tuż przed drzwiami stała stara dębowa szafa. Dziewczyna otworzyła drzwi do niej i znikła w głębi. Mebel nie miał tylnej ścianki, a za wiszącymi w środku stęchłymi płaszczami, mającymi prawdopodobnie odstraszyć ciekawskich, prowadziły w górę kamienne schody. Zmarszczyłem brwi. Tej kryjówki sobie nie przypominałem, więc ochoczo podążyłem za młodą.

Pomieszczenie u góry było niewiele większe od mojej łazienki w mieszkaniu. Ktoś tu zdołał jednak umieścić sofę, w róg której wyrżnąłem kolanem. Skrzywiłem się i przysiadłem rozcierając bolące miejsce.

– Uderzyłeś się? – spytała – Daj, rozmasuję.

To mówiąc, faktycznie pomasowała moje kolano. A zaraz potem przesunęła dłoń w kierunku mojego krocza.

– Hej! Stop! Tam mnie nie boli – szepnąłem

– Ale zaraz może zacząć – odrzekła ściskając boleśnie moje jądra.

Co za cholerna smarkula. Co za … och… to było nawet przyjemne. Jak dawno nikt mnie nie obmacywał. Siadłem na kanapie, pozwalając by Dorota przejęła całą inicjatywę. Skwapliwie z tego skorzystała, w mgnieniu oka rozpinając mój rozporek i wydobywając na wierzch coraz bardziej sztywnego członka. Przesunęła dłonią po trzonie i ścisnęła główkę.

– Au! – syknąłem – delikatnie.

– Cii – położyła mi palec na ustach.

W ciemności niewiele widziałem, jednak nie miało to żadnego znaczenia. Po chwili poczułem na udach jej gorący oddech a następnie usta, którymi objęła żołądź. Przez chwilę drażniła mnie językiem, po czym nachyliła się jeszcze bardziej, połykając całego. Westchnąłem. Co za cholerna smarkula. Doskonale znała się na rzeczy. Metodycznie nabijała się na mojego członka, szczypiąc uda. Jej włosy łaskotały mnie po podbrzuszu, a wokół rozchodził się coraz mocniejszy zapach jej podniecenia. Odchyliłem głowę do tyłu i zamknąłem oczy, delektując się chwilą. W pewnym momencie przywarła do mnie ustami. Jej język przesunął się po moich jądrach. Tkwiłem tak jakiś czas głęboko w jej gardle aż uświadomiłem sobie, że czas bym i ja się nią zajął.

Uniosłem jej głowę i odsunąłem od siebie. Klapnęła na podłogę, po czym ukląkłem przed nią. Oczy zdążyły się już przyzwyczaić do ciemności, dzięki czemu widziałem zarys jej sylwetki. Siedziała, bawiąc się jakby od niechcenia ramiączkiem sukienki. Niewiele myśląc, zsunąłem je a potem drugie. Mym oczom ukazały się dwa cudne owoce, które postanowiłem natychmiast skosztować. Ścisnąłem jej pierś i zatoczyłem kółko wokół jej sutka. Jęknęła i pogłaskała mnie po głowie. Pogłaskała! To było takie przyjemne. Musiałem się jej zrewanżować. Raz po raz naprzemiennie ściskałem to jedną, to drugą pierś, ssąc i przygryzając jej sutki, aż poczułem jakie się zrobiły twarde. Wtedy szarpnąłem jej sukienkę w dół a ona uniosła biodra do góry, pozwalając mi pozbawić ją odzienia. Przez chwilę szarpałem się z nieznośnym materiałem, gdy zaczepił o jej pantofelki. Przytknąłem palec do jej majteczek. Były mokre, więc po chwili i one dołączyły do sukienki. Przesunąłem językiem po jej brzuchu i dotarłem do szczelinki. Prawdziwy klejnot w koronie. Liznąłem jakby od niechcenia jej wargi. Zadrżała i objęła mnie swymi udami, przyciskając twarz do krocza. Złapałem za jej pupę i przylgnąłem do tej cudnej dziurki a następnie lizałem metodycznie, starając się kontrolować jej rozkosz. Długo to nie mogło trwać. Odepchnęła mnie nogami a potem silnie pchnęła w kierunku sofy.

Zająwszy miejsce przyciągnąłem ją do siebie. Usiadła na mnie okrakiem przytykając swoją cipcię do mojego członka. Spojrzała mi w oczy, takiego pożądania już dawno nie widziałem, po czym, jednym ruchem, nabiła się na całego. Z mego gardła dobył się syk jak z lokomotywy parowej, ona zaś przeciągle jęknęła, po czym szybko ucichła, jakby obawiając się, że usłyszą nas w kuchni na dole. Tam jednak panował taki hałas, że nawet jęk sprężyn kanapy ani nasze coraz głośniejsze westchnienia nie były w stanie dotrzeć. Dorotka podskakiwała na moim członku, z początku powoli, delektując się każdym ruchem a potem przyspieszając aż do galopu. Nabijała się mocno i szybko, jej paznokcie rozorywały mi skórę na ramionach a piersi unosiły się w szalonym hipnotyzującym rytmie. Chwyciłem za jej pośladki i rozsunąłem tak jak rozrywa się świeżą bułeczkę, wciskając palce w jej anus. To sprawiło, że całkiem się zgubiła. Musiałem. Musiałem przejąć. Musiałem przejąć inicjatywę. Uniosłem ją nieco do góry i rozpocząłem swój masaż. Pragnąłem dotrzeć do najgłębszych zakamarków jej ciała, poznać każdą skrywaną tam tajemnicę, obedrzeć ją ze wszelkich śladów niewinności. Chciałem ją po prostu zerżnąć a na końcu wypełnić swym nasieniem aż po brzegi.

Zaskowyczała. Jej dłoń zacisnęła się na piersi. Zadrżała i i na moment uniosła do góry. A potem wbiłem się w nią a ona unieruchomiła mnie w swym wnętrzu. Jakiś skurcz przebiegł przez jej twarz i w tym samym momencie eksplodowałem. Gorący gejzer mej lawy wypłynął niepowstrzymywanym strumieniem, lecz zamiast ugasić ten żar jeszcze bardziej go rozniecił. Zgniotłem w swych dłoniach jej piersi a ona niemal zadusiła mnie swymi drobnymi dłońmi. A potem przytuliła do mnie.

Częstotliwość skurczów powoli malała gdy zdałem sobie sprawę z czyjejś, prócz naszej obecności. Serce mi zadrżało, gdy uświadomiłem sobie co właśnie się stało. Lecz zamiast karcącego krzyku usłyszałem słowa, których kompletnie się nie spodziewałem.

– No proszę, proszę. To ja cię szukam po całym budynku a ty się tu skryłaś. Ładnie to tak?

Dorotka odwróciła głowę, po czym bez żadnego skrepowania odrzekła;

– Jakżeś postanowiła się spóźnić to musiałam się zająć tym wyposzczonym ogierem.

– Marzena? – spytałem retorycznie.

– A co? Myślałeś że twoja laska? Ta idiotka nadal siedzi na sali szukając cię wzrokiem.

– Bądź łaskawa inaczej dobierać słowa. Mówisz o mojej dziewczynie.

– To ty masz dziewczynę? To co ta młoda zdzira robi na twoim fiucie?

– Hej, hej! – Dorotka się oburzyła – tylko nie zdzira, ty…

– No. Dokończ młoda. Ty…

– Ty… lafiryndo!

Marzena ryknęła śmiechem.

– Dobrze by było gdybyś jeszcze używała słów, których znaczenie rozumiesz. Przesuń no się i podziel, jeśli jeszcze coś zostało.

Dopiero teraz zauważyłem, że Marzenka nie ma nic na sobie. Stała przez chwilę przede mną taka jak ją pan Bóg stworzył, po czym wypchnęła Dorotkę i nachyliła się nad moim kroczem. Mały ślimaczek nie wyglądał zachęcająco, jednak Marzenka nie dała po sobie poznać, by się tym specjalnie przejęła. Zresztą… pod jej czułym dotykiem mój legionista szybko odzyskał bojowy nastrój. Znów rwał się do akcji.  Marzena polizała swoją dłoń i przejechała nią po swym wygolonym kroczu… Ach jakże cudny to to był widok. Nie samego wulgarnego lizania rzecz jasna, lecz jej zaciśniętych jak u nastolatki warg sromowych, które pod wpływem dotyku rozłożyły się jak egzotyczny kwiat.

Chciałem jej dotknąć lecz odtrąciła moją rękę i dosiadła mnie bez mrugnięcia okiem. Nie dostrzegłem różnicy między cipcią Dorotki a Marzeny. Obie były tak samo ciasne, jakby nigdy w życiu się nie kochały. Na dodatek starsza siostra nie była jeszcze tak mokra i każde jej nabicie przyprawiało mnie o dreszcz. Ale sytuacja zmieniła się dość szybko. Czułem się jakbym miał deja vu, z tym że piersi Marzeny były zdecydowanie dorodniejsze niż u jej młodszej siostry. Ledwo obejmowałem je dłońmi. Ciężar ich ciał też był inny. Marzena wręcz dobijała mnie do sprężyn sofy, podczas gdy Dorotki prawie w ogóle się nie czuło. Ale to nie miało znaczenia. Ujeżdżanie w wykonaniu Marzeny było równie przyjemne i zakończyło się niemal identycznie jak kilkanaście minut wcześniej. Sądziłem, że po pierwszym wytrysku, do Marzenki dostaną się ledwie marne resztki lecz najwyraźniej mój zuch potrafił stanąć na wysokości zadania. A w zasadzie moje dwa zuchy, które pod drugim orgazmie skurczyły się niemal do rozmiaru fistaszków. No – pomyślałem – to na najbliższy miesiąc spokój.

W zasadzie to o takiej sytuacji mogłem kiedyś tylko pomarzyć. Dwie nagie laski, tuż obok mnie, bez żadnych roszczeń i fochania. Jak ze snu. Żeby jednak nie wzbudzić aż nadto podejrzeń musieliśmy się czym prędzej obudzić i dołączyć z powrotem do towarzystwa. Gdy tylko opuściliśmy tajny schowek dziewczyny udały się na zewnątrz budynku, ja zaś skierowałem się do sali. Moniki jednak nie zastałem na jej miejscu. Czyżby poszła potańczyć? – pomyślałem, lecz w tym momencie usłyszałem donośne trąbienie i bełkotliwy acz wyraźnie zdenerwowany głos wujka Rysia.

– Co za chuj?

Poznałem ten dźwięk. Na moment przypomniała mi się historia pewnego bacy, który co rano zabierał do lasu swoje świnie i gwałcił je tam za karę, że nie chciały się prosić. Któregoś ranka bacę zbudził klakson. Świnie siedziały na pace, czekając na wyjazd do lasu… Monika chciała wrócić. Do cichego mieszkania, poobiednich spotkań z panią mamusią i panem tatusiem, do chateau d`avignone rocznk 1913, bezcukrowego tiramisu z bezalkoholowym advocatem i złotych trzewiczków Paco Rabane made in China. Monika chciała bo się Monika nudziła. Nie odezwałem się ni słowem w drodze do domu. Nie odzywałem się, gdy stojąc pod prysznicem obserwowałem krople miękkiej wody, spływające po jej gładkim ciele. Nie powiedziałem ani słowa, gdy położywszy się do łóżka, zawinęła się kołdrą i zasnęła. I nie powiedziałem już nigdy nic więcej.

Na ostatni semestr Monika wyprowadziła się do Paryża. Ja zostałem w Krakowie. Któregoś ranka po prostu wróciłem do mieszkania i zastałem gołe ściany. Ani listu ani nic. Kij w oko i kotwica w plecy, szkoda mi tylko było tego puchatego misia, którego kiedyś wygrałem na loterii w lunaparku. Pluszak był niemal połowy mojego wzrostu i byłby świetną maskotką dla każdego dzieciaka. A pewnie stał się zabawką dla Don Pedro, wrednego jak stado os chihuahuy rodziców Moniki.

W kwietniu, gdy toczyły się moje rozmowy z właścicielem kamienicy, dotyczące mojego stałego zamieszkania (nie miał żadnych przeciwwskazań, chciał tylko przekształcić lokale na bardziej wygodne i nie dla studentów), zawitał do mnie niespodziewany gość. Lekko zaspany otworzyłem drzwi i mym oczom ukazała się Dorotka.

– O! Cześć – spojrzałem na nią zaskoczony.

– Cześć – jej spokój trochę mną zachwiał – masz problem chłopaku.

Otworzyłem usta i już wiedziałem co dalej usłyszę.

– Będziesz ojcem.

Przełknąłem głośno ślinę i przyjrzałem się jej uważniej. Ona jednak zaśmiała się a z mroku korytarza wychyliła się twarz Marzenki.

– A ja mamą – dodała, głaszcząc się po nielichej już wypukłości

Odetchnąłem z ulgą.

– Co ty myślałeś, że ze mną? – Dorotka zaśmiała się i bezczelnie wtryniła do mieszkania – O rety! Ale tu bajzel – usłyszałem głos z kuchni.

– Z nią nie? – wolałem spytać profilaktycznie

Marzena pokręciła głową.

– Który miesiąc? – spytałem

– A oblicz sobie. W końcu ty jesteś ynżynierem.

– Jeszcze nie.

– Ale masz nim być. Nie chce za męża byle chłystka.

– Za męża…?

Stałem, nie wiedząc co zrobić.

– No, a co ty myślałeś? Zrobisz dzidzi i się wywiniesz – Dorotka wróciła z kuchni, gryząc zasuszonego kabanosa – ni ma tak dobrze. Jo bym cię znalazła i na końcu świata, bo Marzenka to by odpuściła…

– A ty… nie…? – spytałem młodą

– Czyś tu zdurniał? – ryknęła śmiechem – Ja to wiem, jak się ruchać i nie zachodzić, a ta głupia puściła się raz i.. złoty strzał chłopaku. Żeś utrafił w dziesiątkę.

– Przestań już – Marzena miała wyraźnie dosyć – Pomóż mi – dodała, patrząc na mnie.

Pomogłem. No jak nie jak tak. Pomogłem załatwić papiery, by przeniosła się z uczelni Berlińskiej do Krakowa, pomogłem przetransportować bagaże, znalazłem klinikę, w której przygotowywała… stop. Przygotowywaliśmy się na nadejście Kacperka. Dorotka, na ile mogła była wciąż z nami. Nie mieliśmy żadnych tajemnic, nasze ciała nie stanowiły dla nas tabu jednak seksik w tajnym schowku podczas wesela brata był naszym pierwszym i ostatnim. W czerwcu postanowiliśmy dłużej już tego nie odkładać i pojechaliśmy do moich rodziców. Pomogłem Marzenie wysiąść z samochodu. Stadko kur rozpierzchło się w popłochu. Na balkonie u góry wietrzyła się pierzyna. Weszliśmy do kuchni, zastając matkę przy ziemniakach.

– Mamo… – zacząłem

Podniosła ciężko wzrok, lecz zaraz spostrzegła się w temacie.

– Znasz Marzenę. Będziemy mieli dziecko i chcieliśmy wcześniej wziąć ślub.

Mama uśmiechnęła się tak, jak tylko to matki potrafią na widok szczęśliwego syna. W jej oku zakręciła się łza. Wtedy do kuchni z hukiem wpadł ojciec.

– Mieciu! – Matka zawołała do niego – Mieciu! Zdzisiu się żeni! Nas Zdzisiu! Z Marzenką!

Ojciec spojrzał na mnie, przerzucił wzrok na Marzenę, dojrzał nieukrywane już oznaki zaawansowanej ciąży, po czym wyszedł bez słowa, zabierając ze sobą siekierę. Usłyszeliśmy jak człapie po schodach. Matka wstała z taboretu i wyjrzała na podwórze, obserwując męża. Ja również a zaraz za mną Marzenka przysunęliśmy się do okna. Ojciec szedł powoli a koło kurnika nawet jakby zwolnił. Matka położyła dłoń  na piersi i schwyciła się parapetu. Jednak ojciec minął kurnik i udał się wprost do chlewa. Po chwili dobiegł stamtąd łomot, pisk prosiaka i dwa solidne łupnięcia. Matka odwróciła się w moim kierunku, uśmiechnęła i rzekła;

– No.

I wróciła do obierania ziemniaków.

Spojrzałem na Marzenkę. Wtuliła się we mnie, ściskając moją dłoń.

No.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Normalnie Komedia…
Polskie weselisko w krzywym zwierciadle
Ubawiłam się jak rzadko. 🙂
Lily

Kapitalne, uśmiałem się do łez :))))))

Sprawne, utrzymane w konwencji, bez błędów ("uniosła biodra d o góry" to jedyny).
Ale dla mnie ani to śmieszne, ani zabawne. Czytałem to jak napis na butelce płynu do mycia naczyń. A w erotyce chyba jednak nie o to chodzi. (no i wyjdę na hejtera)
Jeśli tekst miał być pastiszem – to sięgając do definicji (… może pełnić rolę żartobliwą jako zabawa literacka lub też stanowić świadectwo sprawności warsztatowej jego twórcy) zmieściłeś się w drugim aspekcie.Po prostu nie mój typ humoru.
5 za sprawność. 2 za nastój.
3,5 w sumie

Już dawno na Najlepszej nie było komedii z prawdziwego zdarzenia.

Podczas lektury może nie wybuchałem śmiechem (w końcu czytałem na telefonie w pracy) ale uśmiechałem się bardzo często i szeroko, zwłaszcza przy fragmentach opisujących młodzieżowy slang. Parę z tym sformułowań znałem, kilka było dla mnie autentycznie nowych. Poczucie humoru Grega, nieco szorstkie i chropawe, przypadło mi do gustu i mam nadzieję, że jeszcze nie raz popełni teksty w tym klimacie.

Historię erotycznych przygód Zdziśka da się streścić w trzech etapach: wyjście z ciemnej i beznadziejnej wsi, zrażenie się do wysublimowanej mieszczki (ach, te wino z Belle Époque!), powrót na wieś idylliczną i bezpretensjonalną. Zapewne dałoby się wycisnąć z tego więcej, ale myślę, że Greg napisał tyle ile należało bez zarżnięcia tematu.

Sceny erotyczne jakoś bardzo mnie nie zafrapowały, ale były miłym dodatkiem do humorystycznej fabuły.

Inspiracje "Weselem" Smarzowskiego widoczne (ale przecież warto wzorować się na mistrzach!).

Ogólnie – całkiem dobre opowiadanie!

Pozdrawiam
M.A.

Szczerze powiedziawszy – nie znam powyższego autora, więc też i nie znam jego dzieła. A inspiracji mojej bliżej filmu "Kogiel-Mogiel". Zresztą, pisząc wypowiedź matki: "…Zdzisiu się żeni! Nas Zdzisiu! Z Marzenką!" niemal słyszałem głos odtwórczynie tejże roli we wspomnianym filmie… 😉 (niestety nie pamiętam nazwiska aktorki…:( )

Cieszę się niezmiernie, że jednak część osób przyjęła powyższe opko z przymrużeniem oka. W wielu sytuacjach traktuję zarówno pisanie opowiadań jak i własne życie jako zabawę, nie przejmując się, że komuś nie odpowiada merytoryka, tematyka czy erotyka. Wszystkich nie zadowolę, nawet jeśli posłużę się marchewką (co ponoć wzmacnia potencję ale… trudno ją przymocować…) a opowiadania wciągające, jak usta doświadczonej panienki lekkich obyczajów, to też nie moja dziedzina. U mnie jest prosto, czasem może prostacko i wulgarnie… jak życie…

Rzekłem 😀

Pozdrówko
MRT

Bardzo mi się podobało. Z humorem i pomysłem. Czytałam w pracy… cały czas się uśmiechając i parsknęłam śmiechem przy świniach (dowcip o świniach) – budząc ogólną, niezdrową ciekawość;). Taką erotykę również lubię. Z dystansem, półżartem, półserio, a jednak między wierszami przemyciłeś kilka życiowych prawd. 5

Pozostaje się zastanowić czy zatem nie należałoby umieścić przy opowiadaniach kolejnej notki, np:

"UWAGA! NE ostrzega – czytanie w pracy, bez konsultacji z autorem, może prowadzić do niekontrolowanych zachowań, mających wpływ na interakcję z otoczeniem…" 😀

Prawdę (niekiedy gorzką), Wiki, wg mnie najlepiej przełyka się z czymś słodkim… Tak miało być 😛

Mnie urzekły w tym opowiadaniu obrazy, które w pewnym sensie tworzą koło, po którym wędruje bohater. Taka bardzo graficzna jest ta opowieść , jak ilustracja.Ekspertem nie jestem w roli czytacza i oceniacza, ale pozostawiło we mnie odczucia harmonii. Zaburza je tylko rys osobowości bohatera – a to ham i prostak jak on mógł się tak zachować wobec swojej partnerki na weselu-dopełnia to obrazu…wieśniaka ;). W moim odczuciu to bardziej opowiadanie o relacjach społecznych, a gdzie ludzie – tam sceny erotyczne i nie tylko.

Hmm… kolejna osoba uplastyczniająca moje pisarstwo… może powinienem zamienić pióro na pędzel…:O

Dziękuję za wpis – harmonijny Zdzisiu w harmonijnym świecie… oj… tego byłoby za dużo 😉 Coś musi zazgrzytać 😀

Pozdrówko
MRT

No.

Pozdrawiam 🙂

M.P.

No, stać Cię na więcej…:P

Dobrze przeczytać czasem coś zabawnego :). A polskie wesela są najlepsze 😀

Napisz komentarz