Pojedynek na wspomnienia  3.5/5 (41)

18 min. czytania

„Wspomnienia ogrzewają człowieka od środka. Ale jednocześnie siekają go gwałtownie na kawałki” – tak o dwoistej naturze reminiscencji pisze Haruki Murakami. A jak do tematu wspomnień podeszli Autorzy Najlepszej Erotyki? Przeczytajcie, oceńcie i skomentujcie!

 


Źródło: Pixabay

Smok Wawelski – Wspomnienia (46% Waszych głosów)

Cześć, babciu – młoda dziewczyna ucałowała staruszkę w policzek. Ta przytuliła ją do siebie, mocno ścisnęła jej dłoń i zrobiła nieco więcej miejsca na łóżku. W ostatnim czasie siedzenie na brzegu szeleszczącego od ceraty materaca było głównym zajęciem kobiety. Wpatrywała się wtedy w widoczny przez otwarte drzwi fragment korytarza. Co jakiś czas pojawiali się na chwilę w tym oknie na świat pielęgniarki i pielęgniarze. Czasem przechodziła stara Hilda, prowadząc przed sobą metalowy balkonik. Wtedy obraz w „telewizorze” wydawał się przesuwać w zwolnionym tempie. Za każdym razem słyszała też grzecznościowe „Dzień dobry, Inge”. Najrzadziej pojawiali się „cywile” – mężczyźni w garniturach lub przynajmniej marynarkach, ubrane schludnie i elegancko kobiety. Czasem były z nimi dzieci – wystrojone niczym do kościoła, zachowujące się, jakby właśnie tam właśnie zmierzały – zbuntowane, niezadowolone, z głowami pełnymi pomysłów na ciekawsze spędzanie niedzieli. Kogo by obchodziły zniedołężniałe babcie i dziadkowie w tej luksusowej „umieralni” – myślała kobieta.

Jej wnuczka – Alexandra – była zaprzeczeniem tego, co widziała na co dzień. Dziewczyna zżyła się z babcią w dzieciństwie. Zresztą, przy każdej wizycie starsza pani wspominała, jak zabierała małą Alex na spacery; jak kręciła karuzelą na placu zabaw i podtrzymywała dziewczynkę, gdy ta próbowała wspinać się na kolorowych drabinkach. To były cudowne wspomnienia – ona, jeszcze młoda Inge, jej kochany Wilhelm i dziecko, które z każdą wizytą wprowadzało do ich życia powiew młodości, tchnienie życia. Teraz zresztą było podobnie. Alexandra miała już co prawda dwadzieścia jeden lat, jednak każde jej odwiedziny w domu pogodnej starości wywoływały uśmiech na twarzy staruszki, dawały sens jej dalszej egzystencji, napawały optymizmem i radością.

– Martin mi się oświadczył – rozpoczęła z ekscytacją dziewczyna. Zacisnęła mocno wargi, jednak oczy zdradzały wielką radość. – Planujemy się pobrać za kilka miesięcy, we wrześniu lub październiku. Ja wolałabym wrzesień, jest jeszcze ciepło, mogłabym mieć lżejszą sukienkę, ale nie wiemy, czy Martin nie będzie jeszcze w Stanach. Mówiłam ci ostatnio, że wysyłają go do Ameryki na trzy miesiące. Nie znamy jeszcze dokładnej daty.

Inge przytuliła mocno wnuczkę. Nawet na chwilę nie puściła jej ręki, od kiedy tylko dziewczyna usiadła na brzegu łóżka.

– Czy on jest aby dla ciebie dobry, kochanie? – staruszka zapytała z matczyną troską.

– Pewnie, babciu. Kochamy się. Zawsze tak pięknie do mnie mówi. A w ostatnie wakacje zabrał mnie na dwa tygodnie na Majorkę. Mówię ci, to była nieziemska wycieczka. Do dzisiaj się po niej nie wyspałam. A… i zobacz, jaki pierścionek dostałam – Alexandra wysunęła dłoń z uścisku babci i uniosła ją, prezentując okazały brylant uwięziony w złocie.

– Cieszę się, kochanie, ale mi chodzi o to, czy cię szanuje? – leciwa kobieta spojrzała nieco uważniej na wnuczkę.

– Tak, babciu, nie martw się, to też. – Alex uśmiechnęła się, jakby chciała dodać nieco otuchy staruszce, zapewnić ją, że jest szczęśliwa. – Jest mi z nim naprawdę dobrze – zakończyła.

– To dobrze, to ważne, może nawet najważniejsze. – Inge kolejny raz chwyciła dłoń dziewczyny i położyła na swoich kolanach.

– A seks? – staruszka zapytała bez ogródek.

– Babciu!!! – dziewczyna niemal wybuchła. Była w tym nutka śmiechu, trochę wstydu, a przede wszystkim zaskoczenia. Przecież to była jej babcia – kobieta, pomagająca jej matce zmieniać pieluchy, trzymająca za rękę, gdy uczyła się chodzić; kobieta, która nauczyła ją tabliczki mnożenia.

– Nie wygłupiaj się, też jestem kobietą, też swoje przeżyłam, a ty jesteś już dużą dziewczynką. Dwie dorosłe kobiety mogą chyba porozmawiać normalnie o seksie.

– No… niby, tak – Alexandra odpowiedziała z pewną dozą niepewności w głosie.

– Zresztą, co mi tu zostało? Mam słuchać opowieści starej Hildy? Jak tylko przyjdzie,trzeba potem cały pokój wietrzyć. Bidulka nie trzyma gazów. Zresztą, od śmierci twojego dziadka to już właściwie tylko opowieści mi zostały.

– Babciu!!! – dziewczyna kolejny raz wybuchła, lecz tym razem gromkim śmiechem.  – Dobrze, już mówię, tylko daruj mi słuchanie o gazach twoich koleżanek. No więc, Martin jest inny. Pamiętasz Christofa? Byłam z nim na… pogrzebie dziadka – nie zdążyła ugryźć się w język. Dopiero po fakcie pomyślała, że wspomniane wydarzenie nie było najlepszym wyborem dla przypomnienia staruszce swojego poprzedniego chłopaka. Przyjrzała się jej uważnie. Badała każdy ruch mięśni jej twarzy, jakby chciała dostrzec reakcję kobiety na faux pas.

– Tak, pamiętam, wnusiu. To ten wysoki z długimi włosami? – upewniła się Inge. Dziewczyna miała wrażenie, że babcia albo nie dosłyszała jej słów, albo starała się darować niezręczność, nie chcąc wprawiać Alexandryw większe zakłopotanie.

– Tak, on – kontynuowała śmielej. – Christof był taki, taki… nieporadny. Przynajmniej na początku. Potem nauczył się co i jak, ale cały czas miałam wrażenie, że w jakimś stopniu go to wszystko krępuje. A Martin… – dziewczyna przymknęła nieco oczy, wciągnęła głęboko powietrze, jakby chciała zatracić się na chwilę w fantazji, wrócić do przyjemności, jaką dawał jej obecny partner.

– O, widzę, że wygląda to całkiem nieźle – uśmiechnęła się Inge.

– Nawet lepiej niż nieźle. Jest taki męski i pewny siebie. Czasami czuję się, jakby czytał w moich myślach, bo doskonale wie, czego mi w danej chwili potrzeba. I ten jego zarost… Mmmmm, gdy tylko go czuję na sobie, od razu mam gęsią skórkę.

– Nie ma się co dziwić, kochanie. Ile on jest od ciebie starszy? Dwa razy? Na pewno wie, jak sprawić przyjemność kobiecie. Miał czas, by się tego nauczyć.

Alexandrę zakłuło spostrzeżenie babci. Nie wiedziała jednak, czy bardziej dotknęło ją zwrócenie uwagi na różnicę wieku, czy wspomnienie o przeszłości Martina. Dziewczyna zdawała sobie sprawę, że jej partner jest rozwodnikiem, nic więc dziwnego, że miał doświadczenie z innymi kobietami. Zresztą rozmawiali o tym, Alexandra wiedziała o przynajmniej pięciu wcześniejszych kochankach Martina. W tej chwili jednak jej serce i myśli wypełniało uczucie podobne do zazdrości. Ponieważ nie chciała wadzić się z babcią; rozumiejąc, że to spostrzeżenie może wynikać też z nieco wolniejszych już procesów myślowych staruszki, uśmiechnęła się i kontynuowała:

– Pewnie tak, ale dla mnie liczy się tylko to, że to ja na tym korzystam. Nieważne, że nie byłam pierwsza. Chciałabym być ostatnia.

– Tak, kochanie, masz rację. My z twoim dziadkiem mieliśmy to szczęście i nieszczęście, że trafiliśmy na siebie w bardzo młodym wieku. Zakochałam się w nim od razu, choć czasami był tak nieporadny. Urzekła mnie ta jego niezdarność. Długo nie wiedział, jak wyznać mi miłość, choć wiedziałam, że się do tego sposobi. O seksie nie było mowy, to były inne czasy. Rodzice pilnowali, byśmy nawet przypadkiem nie zostali sami w jednym pomieszczeniu. Co nie znaczy, że nie myślałam i nie marzyłam już wcześniej o zbliżeniu z nim. Wiedziałam, skąd się biorą dzieci. Każda dorastająca dziewczyna to wiedziała z grubsza, tyle że często wiedziałyśmy niewiele więcej. Oświadczył mi się, gdy miałam dwadzieścia cztery lata, szybko wzięliśmy ślub i okazało się, że Wilhelm wcale nie był takim fajtłapą, jakiego pokochałam jako nastolatka. Zmienił się, zmężniał, stał się władczy. A mi się to podobało. Lubiłam, kiedy niemal mi rozkazywał. Czułam się wtedy dobrze, otoczona opieką mężczyzny, który widać było, że wie, czego chce, i wie też, co dobre dla mnie. Naszą noc poślubną zapamiętam do końca życia. Był taki stanowczy! Wiedziałam, że mogę mu się oddać, bo on nad wszystkim panuje. Nie musiałam się niczym martwić. Choć stresu było dużo. Dla nas obojga był to pierwszy raz, ja wiedziałam tylko tyle, ile matka z babcią mi zdradziły. Dziadek też nie miał wiele wiedzy, bo i skąd. W tamtych czasach nie było programów telewizyjnych i gazet, które by ci wszystko wytłumaczyły, nie było Internetu. – Inge uśmiechnęła się na koniec.

– To dlaczego zwlekaliście ze ślubem tak długo? Jeśli się kochaliście, to po co było czekać?

– Kochanie, wojna mi go zabrała na pięć długich lat. Przyrzekłam mu miłość, zanim opuścił Monachium. Obiecaliśmy sobie, że zaczekamy, a gdy tylko wróci, to się pobierzemy. Na początku, gdy wygrywaliśmy, byłam pewna, że wróci. Potem… Tylko jego listy dawały mi nadzieję. Ale wrócił i to jest najważniejsze. Wrócił mężniejszy i dojrzalszy. Bez tej młodzieńczej nieporadności. Wojsko go zahartowało. Naszej miłości wyszło to tylko na dobre. Potrafiliśmy kochać się całymi nocami. Nie wiem, jak ja funkcjonowałam następnego dnia.

* * *

7 czerwca 1941 roku, późny wieczór, sobota, okolice Bydgoszczy

– Und wer im Juni…!1 – gromki śpiew rozbrzmiewał w willi z początku wieku. Od pierwszych dni wojny budynek zajmowali żołnierze Wehrmachtu. Tego dnia świętowali dwudzieste drugie urodziny kompana.

– Niech nam żyje Wilhelm! – krzyknął któryś z biesiadników.

– Niech żyje! – pozostali unieśli pełne kufle.

– Nasz drogi Wilhelmie, z okazji twojego święta nie mogliśmy zapomnieć o prezencie. Jesteś dla nas jak brat, kilku z nas zawdzięcza ci życie, długo więc myśleliśmy, co sprawi ci najwięcej przyjemności. Z Helmutem – tu wskazał żołnierza, który leżał pijany na wersalce – stwierdziliśmy, że jest tylko jedna rzecz, na którą tak naprawdę zasługujesz… Dawać mi tu prezent dla Wilhelma! – krzyknął w stronę drzwi do salonu. Dwóch rosłych mężczyzn w mundurach weszło do pomieszczenia. Mocno trzymali szarpiące się trzy młode dziewczyny. Nie miały więcej niż siedemnaście lat. Posiniaczone ramiona, zaczerwienione policzki i podarte sukienki świadczyły o tym, że nie znalazły się tam z własnej woli.

– Dla ciebie wszystko co najlepsze, przyjacielu – szepnął do ucha Wilhelma mężczyzna, który zapowiadał prezent. – Weź tę czarną, jest nowa, to córka szewca. Stary ukrywał ją przed nami na strychu. Dopilnowałem, żeby nikt jej przed tobą nie tknął.

– Zum Wohl2, przyjaciele! – Wilhelm uniósł wysoko kufel, a następnie wypił całą jego zawartość. – Życzę wam udanej zabawy, ja idę rozpakować prezent – zaśmiał się na koniec, a pozostali uczestnicy przyjęcia zawtórowali mu gromkimi brawami.

Podszedł do dziewczyn, wskazał przestraszoną szatynkę i spojrzał wymownie na przyjaciela, organizatora imprezy. Ten kiwnął potwierdzająco głową i uniósł kufel, bezgłośnie życząc Wilhelmowi dobrej zabawy.

– Nie, nie! – krzyczała, gdy wziął ją pod ramię, ściskając w miejscu, gdzie znajdował się już duży siniak. Próbowała się wyrywać, ale uderzenie otwartą dłonią w policzek zamroczyło ją na chwilę.

Rzucił omdlałe ciało na śmierdzący materac. Zmysły wróciły wraz z bólem. Nim zdążyła zareagować, Wilhelm rozerwał jej sukienkę i uwolnił dostęp do pleców.

– Nie, błagam, nie! – krzyczała, gdy zdzierał z niej resztki okrycia, razem z majtkami i tym, co zostało z halki. Dziewczyna próbowała uciekać. Drapała materac, jak gdyby chciała wydostać się spod żołnierza.

– Gdzie mi uciekasz, du polnisches Schwein3? Pokażę ci, co to Ordnung. Zobaczysz, jak to jest być z prawdziwym mężczyzną. – Chwycił ją za włosy i szarpnął ku sobie. Zawyła z bólu. Wilhelm trzymał brunetkę mocno jedną ręką, a drugą rozpiął pas, opuścił spodnie i bieliznę, a następnie zwalił się na dziewczynę, przygniatając ją do materaca.

– Nie! – płakała, starając się zrzucić oprawcę z siebie, zaciskać nogi, zrobić cokolwiek, by nie stało się to, co musiało się stać. Była jednak zbyt słaba. Mężczyzna poradził sobie z jej oporem, ułożył się stabilnie między jej pośladkami i pchnął mocno do przodu. Jej krzyk był słyszalny nawet w salonie, w którym trwała zabawa.

– Prost, Wilhelm4! – krzyknął jeden z biesiadników, a reszta, rechocząc, uniosła kufle.

Kłujący ból był nie do zniesienia. Z każdym pchnięciem żołnierza czuła, jakby jej ciało rozrywało się od krocza do wnętrza brzucha. Gwałciciel przygniatał ją swym ciężarem. Dusiła się. Dławiła własnymi łzami. Jednocześnie z każdym natarciem mimowolny chrapliwy jęk wydzierał ostatki tlenu z płuc.

Nie trwało to dłużej niż minutę, nim Wilhelm zakończył inicjację „pary kochanków” przeciągłym stękiem i zalaniem jej zbrukanego wnętrza gorącym nasieniem. Po chwili wstał, ubrał się, napawając widokiem podbitego terytorium. Wilhelm Zdobywca – ktoś by pomyślał.

Wrócił do salonu, gdzie przy wtórze oklasków zakomunikował towarzyszom:

– Polska zdobyta! Jest wasza! – chwycił kufel i wrócił do zabawy. Tymczasem do pokoju, w którym ciągle leżała dziewczyna, ustawiła się już kolejka. Niektórzy żołnierze wchodzili pojedynczo, inni parami lub po trzech. Zabawa trwała do samego rana.

* * *

Zalana krwią, obita dziewczyna ostatkiem sił opuściła willę. Po schodkach zeszła z tarasu na ścieżkę. Jasne kamyczki raniły jej gołe stopy. Okryła się tylko kawałkiem porwanego, zakrwawionego materiału. Tylko tyle zostało z jej ubrania. Nie widziała, co się dzieje dookoła. Wzrok skupiła na linii drzew, gdzieś w oddali. Wiedziała, że musi tam dojść. Zebrała w sobie wszystkie siły, jakie jeszcze posiadała, całe pragnienie życia, ucieczki z tego miejsca, chęć wymazania z pamięci tej przeklętej nocy. Ruszyła chwiejnym krokiem. Nie zauważyła, że zaraz za nią na tarasie pojawił się Wilhelm. Parła do przodu. Nie potrafiła ocenić odległości. Czy przebyła już połowę drogi, czy zrobiła dopiero kilka kroków? Nie wiedziała.

Wilhelm powoli wyciągnął z kabury, zbudowanego z niemiecką precyzją, Walthera P.38 i wycelował. Dziewczyna nie widziała nic – tylko linię drzew, które musiały być coraz bliżej. Musiały! Nim upadła, poczuła tylko ukłucie z tyłu głowy.

1 Niemiecka piosenka urodzinowa, śpiewana – szczególnie dawniej – do toastów: „Und wer im Juni geboren ist stehauf, stehauf, stehauf! Er nehme sein Gläschen an den Mund und trinke es aus bis auf den Grund trinkaus, trinkaus, trinkaus!”. Nazwa miesiąca podlega zmianie w zależności od potrzeb.

2 Na zdrowie! (niem.)

3 Gdzie mi uciekasz, polska świnio! (niem.)

4 Zdrowie Wilhelma! (niem.)


Źródło: Pixabay

MRT_Greg – Czar wspomnień (54% Waszych głosów)

– Za Helę!

Sala zakrzyknęła chórem damsko-męskich głosów. Większość słuchaczy stanowili studenci i studentki, czasem gdzieś w tłumie pojawiała się starsza twarz. No i oczywiście obsługa. Pucułowata, uśmiechnięta kelnerka, skwapliwie polewała kolejną porcję wódeczki. Niczym u szwagra na imieninach, wznieśliśmy kieliszki i, jak na komendę, wychyliliśmy zawartość. Dobrze schłodzona setka wyborowej wchodziła jak woda. Po czwartej przestałem liczyć. Zresztą teraz i tak głowę wypełniały wspomnienia przywołane lekko chrapliwym od papierosów, lecz wciąż melodyjnym głosem mojego kolegi. Wpędzały w nostalgiczną zadumę. Hela – najsłodszy owoc jego młodzieńczej miłości – została w tyle, gdy przełknąwszy zawartość kieliszka, skierował wzrok na mnie.

– Teraz ty!

Uśmiechnąłem się nieznacznie. Obawiałem się, że to powie. Nie byłem takim wytrawnym oratorem jak on, wolałem raczej skrobać coś po cichutku w kącie swojego gabinetu, niż wypowiadać się publicznie. Ten hamulec miałem od młodości i z czasem zaczynał już rdzewieć, jednak nadal w towarzystwie młodych ponętnych dziewcząt stawał kołkiem w gardle. W przeciwieństwie do kutasa, który już od dawna leżał potulnie i spokojnie jak znudzony ślimak. Do dnia dzisiejszego.

* * *

Gdy pięć godzin wcześniej, ubierając powoli kurtkę, zostałem zapytany, dokąd się wybieram, obawiałem się, czy uda mi się w ogóle przekroczyć próg domu.

– Co?!! – córce omal oczy nie wypadły – dokąd?

– Z kumplem idę na piwo – powtórzyłem spokojnie jak gdyby nigdy nic, schylony, wiążąc sznurówki zimowych butów. Wysokie ponad kostki, wzmocnione tak, by solidnie trzymały niemłodą już stopę.

– Tato, chyba nie sądzisz, że wyjdziesz w taką pogodę, w dodatku sam?!

– Nie? No to patrz! – Sięgnąłem po kraciastą czapkę. Naciągnięta na uszy tłumiła lekko jej marudzenie, najważniejsze jednak, że chroniła uszy przed zimnem – Poza tym Dżakarta będzie na mnie czekać na przystanku.

– I co niby macie zamiar robić? Siedzieć, pić piwo i co jeszcze?

– Nie wiem – wzruszyłem wtedy ramionami – pewnie będziemy wspominać stare dzieje a w międzyczasie oglądać się za młodymi dupami.

Z saloniku dobiegł rechot syna.

Córa omal się nie zadławiła ostatnimi moimi słowami. Wychowana przez bogobojną matkę, spełniała katolicką posługę w swojej już rodzinie. Przykładna żona i rodzicielka dwójki pociesznych maluchów, stanowiła wzór przykościelnej społeczności. Tak jak jej matka, świeć panie nad jej duszą. Choć Maria nie była tak zapatrzona w ekumenizm jak córa, potrafiła jednak czasem dać w kość. Nie wspominając o „wyłącznie dla celów prokreacji, mój drogi”. Późniejsze czterdzieści pięć lat walenia konia znudziło mi się do tego stopnia, że gdy usłyszałem w słuchawce propozycję dawno niewidzianego znajomego, długo nie oponowałem.

Tymczasem córa wytaczała najcięższe działa.

– Tato! Przecież wiesz, że w tym wieku grozi ci zawał w każdym momencie. Chyba lepiej, żebyś się jednak oszczędzał.

– Zawał? Wiesz… A nie pomyślałaś, że to może nawet i lepiej? Miałabyś z głowy zdziecinniałego starca, wolna chata, high life, kurwa i heheszki! – po ostatnich słowach przytrzymała się ściany – bo wiesz… mam już dość siedzenia i słuchania, że muszę uważać na to, na tamto, czy wziąłem leki, żebym się nie zaziębił, etc. Dzisiaj mam ochotę pójść do baru, urżnąć się na całego, poderwać jakąś młodą cycatą dupcię i być może nawet pierdolnąć w kalendarz, wciskając palec w jej ciasną cipkę! A jeśli jakimś cudem przeżyję tę noc, to nad ranem w trakcie powrotu do domu, zapewne najebany jak Messerschmitt, odśpiewam Marsyliankę, masturbując się na środku Matecznego!

Otworzyłem zamaszyście drzwi wyjściowe tak, że huknęły o ścianę. Przekroczyłem próg, po czym delikatnie sięgnąłem po klamkę, by zamknąć za sobą drzwi. Córa stała jakby kij połknęła. Byłem pewien, że w całym swoim niewinnym życiu nie usłyszała choćby połowy wulgaryzmów z mojej wypowiedzi. Blada jak ściana, o którą się opierała, spazmatycznie łapała powietrze. Na sekundę nim zamknąłem drzwi, w szparze pojawiła się męska dłoń.

– To może chociaż weź parasol, tato – syn szepnął konspiracyjnie, uchylając nieco drzwi.

Przytaknąłem mu kiwając głową. Uśmiechnąłem się i poklepałem go po ramieniu. Obaj ledwie się powstrzymywaliśmy, by nie wybuchnąć śmiechem.

– Baw się dobrze – rzucił za mną, gdy skierowałem się w stronę windy. Kolejny lęk, który na przestrzeni lat odszedł do lamusa.

* * *

Kiedyś sama myśl o podróży tą metalową puszką w dół tudzież w górę, przyprawiała mnie o mdłości. Z biegiem lat strach zanikał, a całkiem niedawno uznałem, że byłoby całkiem pociesznie, gdyby któregoś razu podczas powrotu ze spaceru, uległa awarii i zatrzymała się między piętrami. Najlepiej gdybym wtedy był w towarzystwie tej ponętnej singielki z siódmego piętra. Była chuda jak szczapa i miała ledwo zarysowane cycuszki, które bezskutecznie próbowała podkreślić ciasnymi podkoszulkami. Chyba była sporstmenką, bo widziałem ją codziennie rano, gdy w pośpiechu wybiegała w stronę Tandety i po godzinie wracała, cała czerwona na twarzy. Czasem widywałem ją w parku obok tamtych terenów handlowych. Niegdyś największy po Stadionie Dziesięciolecia, bazar Europy, teraz obszar przejęty przez zagranicznego właściciela, ukazywał potęgę szklano-stalowego konsorcjum handlowo usługowego. Stojące na parkingach, lśniące ekskluzywną nowoczesnością samochody jednoznacznie podkreślały, która część społeczeństwa odwiedzała to miejsce.

Widywałem to wszystko z okna mojego mieszkania, w którym od czasu odejścia mojej żony mieszkałem z córką, jej mężem i dwójką dzieciaków. Wolny duchem i ciałem syn, bez żadnych zobowiązań, włóczył się po całym świecie, ani myśląc o ustatkowaniu się, przeto na czas wypoczynku od kolejnej szalonej eskapady, spędzał ten czas w pokoju gościnnym. Wieczór, gdy postanowiłem zerwać z dotychczasowym zgnuśnieniem, zamierzał spędzić na błogim lenistwie przed telewizorem. Jak go znałem, pewnie zdążę wrócić nim się położy. Córa również nie będzie spać. Odmawiając zdrowaśkę podług trzymanego w rękach różańca, toczyć będzie nierówną walkę ze zmęczeniem, spowodowanym całodziennym kuro-domowaniem.

* * *

Tak więc, niepomny jej zmartwienia, a podbudowany słowami syna, ruszyłem ku przeznaczeniu.

Godzinę później człapałem powoli Floriańską, podpierając się parasolem. Śliska kostka wyciskała ostatnie poty z mojego starczego ciała. Dżakarta też nie był szczególnie zachwycony nawierzchnią reprezentacyjnej ulicy Krakowa, jednak tym razem to ja marudziłem bardziej od niego. W końcu, stanąwszy mniej więcej po środku trotuaru stwierdziłem, że dalej nie idę.

– No i w sam raz – mruknął, skręcaj w stronę witryny.

– Pijalnia wódki i wina – odczytałem szyld, po czym rzuciłem w jego kierunku – już, kurde, nie mogłeś wybrać lepszego lokalu?

– Przestań zrzędzić – mruknął rozochocony – chodź, będzie fajnie.

Chcąc nie chcąc podążyłem za nim, a godzinę później cieszyłem się jak dziecko z podjętej mimowolnie decyzji. Po kolejnych trzech siedziałem wygodnie rozpostarty w fotelu, obserwując jak mój przyjaciel ściska chudą lalę, która przysiadła mu na kolanach. Jego kościsty palec znikał między jej pośladkami. Kusa spódniczka, mimo zimowej aury, odsłaniała o wiele za wiele, jednak nie na tyle, by posądzać ją o miejski naturyzm. Właśnie zakończył swoją opowieść i skwitowawszy ją głośnym czknięciem – wzbudzając przy tym kolejną salwę śmiechu – zerknął w moim kierunku.

W przeciwieństwie do niego, siedziałem nieco odosobniony. Wsłuchiwanie się w jego opowieść sprawiało, że sam uciekałem myślami do wspomnień dzieciństwa. Niby wśród stłoczonych wokół gawędziarza ludzi, ja byłem daleko stąd, w miejscu, w którym wszystko się zaczęło.

* * *

Stara wiejska chałupa, kupiona przez moich rodziców, wymagała gruntownego remontu. Dobudowana przez nich dodatkowa część, stanowiła właściwe rozwinięcie, wygodnej i bogatej jak na tamte czasy wiejskiej willi. Sprowadzona aż z Danii dachówka, lśniła ciemną czerwienią gliny, wypalanej przez zagranicznych specjalistów. Ojciec był dyrektorem nowo powstałej firmy, zajmującej się handlem rzadkimi towarami, matka nauczycielka trzymała nade mną pieczę niemal w każdym momencie. Zamożność mojej rodziny oraz surowość mamy, stanowiła przyczynek do wielu moich problemów z trakcie integracji z wiejską młodzieżą i nawet szkolne zabawy, podczas których nie uczestniczyła jako opiekunka, nie pomagały mi w zdobyciu odpowiedniej pozycji.

Jednak mimo tych niedogodności, nim z dzieciaka stałem się nastolatkiem, zdążyłem sobie zjednać kilkoro kolegów i koleżanek, by móc z nimi spędzać wolny czas. Nadal jednak byłem bardziej tym od Tamtych niż jednym z tych.

Bycie zatem outsiderem było niejako wpisane w mój życiorys od najmłodszych lat i wspomnienie dzieciństwa przywoływało prawie zawsze ten sam porządek rzeczy. Nie można jednak sądzić, że było mi z tym źle. Ba! Perfidnie, wielokrotnie wykorzystywałem moją skłonność do robienia rzeczy innych niż wszyscy “normalni” wokół i spowodowany tym mimowolny fakt bycia odludkiem.

Zaczynając od przeczołgania po ściernisku zapatrzonej we mnie onegdaj piegowatej okularnicy. Miała pucułowatą twarzyczkę i ryży koński ogon. Była pośmiewiskiem szkoły, co dla trzynastolatki z małej wsi stanowiło wystarczający powód do zmartwień, by więc zniwelować ryzyko bycia odludkiem, podejmowała szereg szalonych niejednokroć wyzwań.

Owego dnia najwyraźniej uznała, że spełnienie polecenia starszego kolegi pomoże jej w awansie w szkolnej dziecięcej społeczności. Jak bardzo się myliła wiedziałem tylko ja i jej koleżanka, sceptycznie nastawiona do moich fanaberii. Mimo to dołączyła do mojej ofiary i przeraczkowała całe pole wzdłuż i z powrotem, pomstując co raz pod nosem. Szedłem wówczas za nimi, jak urzeczony wpatrując się w kino. Dwa seanse za jednym zamachem. Sporo jak na zakompleksionego prawiczka. Okularnik odpadł na półmetku, Berenika dotrwała do końca. Dotarłszy do ściętych pni wielkich topoli, padła wycieńczona, nie zważając na podwiniętą spódniczkę. Zaraz jednak usiadła i zaczęła rozcierać kolana. Doskoczyłem do niej, ofiarowując wspaniałomyślnie swoją pomoc. Z początku się zrzymała, gdy jednak rozmasowałam jej łydki, pozwoliła mi na większą aktywność.

Wkrótce moje dłonie błądziły po jej udach, co jakiś czas sięgając nieco wyżej zahaczając o koronkę majteczek. Gdybym wówczas poprawnie odczytał mimikę jej twarzy, czy choćby skonstatował rozchodzący się wokół zapach, rekord Dagmary z siódmej B, która urodziła w trakcie ferii zimowych, byłby zagrożony. Tymczasem płomień rozlewający się po jej twarzy i sięgający do zagłębienia między niewielkimi piersiami, zrzuciłem na karb zmęczenia i upału, jaki wówczas panował. Oddychała ciężko, z roziskrzonymi oczami wpatrując się we mnie. Za każdym kolejnym razem, gdy moja dłoń niby nieopatrznie zsunęła się do wnętrza jej ud, rozkładała mimowolnie nogi. Zerknąłem ukradkiem po sobie. Moja parówa odciśnięta w ciasnych dresach, wyraźnie wskazywała jak się czułem, a gdy ujrzałem jej wilgotne majteczki i uwypuklonego pierożka, momentalnie zaschło mi w ustach.

– Kurwa! Mam dość!

Pojawienie się Celiny zniszczyło atmosferę.W jednej chwili iskrzące między nami napięcie prysło jak bańka mydlana. Berenika zsunęła nogi, wstała, poprawiła spódniczkę i mruknąwszy niewyraźnie słowa pożegnania, pobiegła w stronę domu. Ja również postanowiłem udać się do swojego, pozostawiwszy zaskoczoną koleżankę bez odpowiedzi.

– A tej co? Gdzie idziesz? Hej!

Celina wołała za mną, ja jednak miałem już co innego w głowie. I marzenie to, senne i niewyraźnie, dające jednak nieco ukojenia, zrealizowałem tego wieczoru w łazience przed kąpielą. Leżałem potem w wannie, rozluźniony, obmyślając scenariusz kolejnego spotkania z Bereniką.

Niestety tamtej atmosfery już nie dało się odtworzyć, a niedługo potem moja pierwsza niedoszła kochanka wyprowadziła się z rodzicami do miasta zbyt oddalonego na popołudniowe spotkania po szkole.

Mimo to ten krótki epizod wywarł spory wpływ na moje dalsze przygody z dziewczynami. Ich poznanie postawiłem sobie za punkt honoru, zwłaszcza tajemnicę skrywaną pod nieprzezroczystym materiałem majteczek. Wiadomo – zgrabne półkule kusiły równie mocno. Miałem wówczas nadzieję, iż z oboma miejscami wkrótce się zapoznam.

Pięćdziesiąt pięć lat później siedziałem w pijalni wódki i wina, a Dżakarta, niczym gargulec z Notre Dame, wlepiał we mnie swoje gały podkreślone brązowymi, rogowymi okularami. Mocna wada sprawiała, że wyglądał jak ufoludek. Starcze ciało nie miało już tej mięsistości co niegdyś, jednak jego wigor był zaraźliwy. No i przede wszystkim już dawno temu zaczął spotykać się z młodymi dziewczynami, co tylko wychodziło mu na dobre.

Byłem zaskoczony, ujrzawszy go na przystanku. Sądziłem, że będę musiał mu pomóc podczas wsiadania do autobusu. On zaś, jakby kpiąc sobie ze swojego, niemałego już wieku, wskoczył do środka jak młodzieniaszek.

– Daj spokój – mruknął wtedy – co jak co, ale z komunikacją miejską to ja jestem za pan brat.

– Myślałem, że tylko przelotowymi się zajmowałeś.

– Hm… masz rację. Przelatywanie było moją domeną – nie omieszkał wykorzystać dwuznaczności mojego zapytania – a jak mi się znudziło, to znajdowałem chwilę na miejskiego niskopodłogowca.

– Pewnie siedziałeś za kierownicą i obserwowałeś cycki studentek przez to wielkie lustro nad wejściem.

– Uhm. I zapatrzony w nie, przycinałem drzwiami natrętne zrzędy, włażące z tyłu.

– Wiedziałem, że to twoja wina!

Westchnął ciężko i pokręcił głową. W sumie to trudno mi było określić, w którym momencie stałem się większym zrzędą od niego. Może starość odcisnęła na mnie większe piętno, niż do tej pory sądziłem.

* * *

– To co? – spytał po chwili, dając mi czas na powrót do teraźniejszości – uraczysz nas swoją opowieścią czy będziesz żerował na moich słowach?

– Hej, Dżaki. Może kolega nie ma się czym pochwalić? – lala na kolanach mojego przyjaciela rzuciła kpiącym spojrzeniem w moim kierunku – Albo wena już mu szwankuje.

Cichy chichot, niczym poranna bryza, przemknął przez salę.

– Jemu? – zakrztusił się ze śmiechu.

Odwzajemniłem się, szczerząc zęby w grymasie. Wspomnienie dzieciństwa, zwłaszcza jego rozwiązłej części, dobijało się do drzwi podświadomości. Potrzebowało iskry, by wylać się na zewnątrz. Tylko dla kogo?

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Bardzo ciekawy pojedynek.
Która miniatura lepiej obrazuje wspomnienia?
Obie obrazują wspomnienia, obie całkiem dobrze.

Pierwsza miniatura pokazuje, że nie wszystko złoto co się świeci, a druga ogarnia nam wizję jakiegoś prawie 60 latka i jego ponury zachwyt nad upływającym czasem i tym co się z tym wiąże w wiadomej materii.
Jedne z opowiadań zapewnia mroczną dawkę uderzeniową. Pokazuje, jak najwspanialsze wspomnienia mogą wyglądać od tej drugiej strony, strony, która jest ich konstrukcją, ukrytym mechanizmem zębatym, której wydarzenia składają się na ich istnienie, z której można sobie wcale nie zdawać sprawy i tak czasem jest chyba lepiej, bo prawda pochłonęłaby kolejne ofiary. Czy to znaczy, że lepiej jest żyć w mroku zakłamania? Czy burzyć i palić poukładane obrazy rzeczywistości, by za wszelką cenę stało się zadość sprawiedliwości?
Znalazłem drobne potknięcie stylistyczne w zdaniu o dzieciach i strojeniu się do kościoła, jest tam drobne nadużycie słowa „właśnie”.

Drugie opowiadanie również zionie niemałą zgrozą. Pokazuje, czym może się stać człowiek, jeśli w porę nie wejdzie na ścieżkę wyciszania ambicji i gaszenia rozwiązłej części wspomnień. Wyrywanie młodych pośladków, prędzej czy później musi odejść w zapomnienie, nawet jeśli dysponuje się bardzo grubym… portfelem, bo wtedy, to już nie jest To wyrywanie. Czym prędzej się człowiek taki do tego przed samym sobą przyzna, tym lepiej dla niego.

Obydwa opowiadania dalekie były od wzbudzenia atmosfery relaksu i bezpretensjonalnych refleksji. Dotyczyły ludzi zbyt starych abyśmy mogli się w jakiś sposób utożsamiać z ich ekscytującymi wspomnieniami. Wybór był trudny bo był jak gdyby pomiędzy złem i złem. Ostatecznie wybrałem ten, zawierający treść o której każdy Polak powinien pamiętać i nigdy nie zapominać.

Mam jednak pewną uwagę. Opisane wydarzenia z roku 1941 a więc po przejściu frontu i ustaleniu władz okupacyjnych, nie należały do tak nagminnych jak by się mogło zdawać. Opowiadano mi o przypadku w którym żołnierze Wermachtu zostali osądzeni i rozstrzelani za gwałt na Polce. Pod tym względem Sowiecka okupacja była gorsza. Jednak w tym utworze zapewne chodziło o ukazanie tej samej osoby jako kata dla jednych a kochającego męża dla drugich. Przypadek nie odosobniony, wspomnieć choćby słynną Aufseherin – Kobyłę z Buchenwaldu (Ilse Koch) którą po wojnie przeistoczyła się w dobrotliwą staruszkę która szyła dzieciom ubranka dla lalek.

Pozdrawiam,
Mick

Mick, a kto powiedział, że erotyka ma tylko wzbudzać atmosferę relaksu i bezpretensjonalnych refleksji, czy może tylko podniecenia? Jakże to byłoby nudne. Erotyka bywa mroczna, ciężka, często dzieli duszę siłami pożądania, a ta cierpi w lochach naszych ciał, nurzając się w jękach, albo porywa się na ostateczne rozwiązania. Poza tym, zdolności utożsamiania się z osobami starszymi to kwestia odpowiednio wygimnastykowanej wyobraźni, która, jak dobrze wiemy, nie ma ograniczeń.

Niby prawda. Tylko że odbiór erotyki jest indywidualny i połączony zazwyczaj z preferencjami. Żadko zdaża się osoba przyjmująca całe jej spektrum które postrzega jako pociągające. Można utożsamiać się z ludźmi starszymi, ale po co ? Dla sztuki ? Na starość, przyjdzie jeszcze czas i wtedy raczej będziemy woleli się utożsamiać z młodością.

Po prostu Spodziewałem się przaśnych wspomnień z wakacji przy akompaniamencie Lady Pank lub Papa Dance, ewentualnie Bajm. Lata 80-90 i te sprawy :D. Wydmy Mazurskich jezior i ciepła Pepsi :).

Dwa dobre, choć nie rewelacyjne opowiadania. W każdym bym coś poprawiła ;D
Pierwsze należy do tych, których nie zapomina się łatwo i właśnie dlatego dostało mój głos, choć z drugiej strony gorzej pasuje do tematu, bo jego sednem jest to, o czym bohaterka nigdy się nie dowiedziała, a więc czego wspominać nie może.

Drugie jest znacznie przyjemniejsze, napisane lekko i ze swadą, a jego najlepszą częścią jest właśnie wspomnienie. To z młodości 😉 Bo wyjście z domu w zasadzie też jest wspominane…

Serdecznie pozdrawiam

A.

Dwa dobre opowiadania. Tak zaczęła Ania. Tak zacząłem także ja, ale chyba skończę na tym stwierdzeniu.
Dużo się na Najlepszej Erotyce dzieje ostatnio, jakby pisanie i czytanie wcale tak szybko nie chciało wymierać. Może teraz będzie ginąć trochę wolniej?
Uśmiechy,
Karel

Wybieram drugie opowiadanie, głównie ze względu kilku humorystycznych wrzutek.
W pierwszej miniaturce nie do końca kupiłem połączenie rozmowy wnuczki z babcią, z tematycznym pojedynkiem na wspomnienia. Opisane wspomnienie nie dotyczyło bezpośrednio ani jednej kobiety ani drugiej, wątpię też aby gwałcenie było dobrym sposobem na zbieranie doświadczeń seksualnych…

Erotyka w obu opowiadaniach wypada słabo, pomysły i dobre i zarazem jednak mało odkrywcze. Warsztat na wysokim poziomie.

Witam
Na początku jedno – prawie mnie krew zalała gdy zasrany capcha sie wyrypał po wpisaniu z telefonu komentarza. A wraz z nim komentarz. Miałem odpuścić ale nie będzie jakiś wirtualny zasraniec decydował o moich działaniach.
Tak więc…
Dziękuję za głosy oddane na mój tekst 😉
Wybraliśmy ze Smokiem osoby starsze na bohaterów naszych opowiadań, uważając, że to one mając ich najwięcej, będą bardziej wiarygodne.
Mick – jeśli szukasz wesołych, przaśnych i lekkich opowiastek z Lady Punk grającym gdzieś w podświadomości, to polecam „Przygody Roberta” Chyba nie znajdziesz lepszego przykładu, w dodatku na niejeden wieczór 😉
Wydaje mi się również, iż staraliśmy się oboje, by fabularnie opowiadania były proste bez szczególnie zawiłych mrocznych podtekstów. Przyznam iż nie przepadam szczególnie za tematyka wojenną czyokołowojenną, więc choć bardzo lubię twórczość Smoka, tak tutaj miałem mieszane uczucia. Postanowiłem zatem, wbrew moim dotychczasowym założeniom, wstrzymać się z oddaniem głosu.
A temat był ciekawy. W przygotowaniu miałem inne opowiadanie ale było… zbyt zapętlone, by w zaledwie 2019 słowach oddać ideę pojedynku.
Pozdrawiam
MRT

Witam,

Nie Szukałem :), tylko się spodziewałem że na coś takiego natrafię. I nie potrafię stwierdzić czy to dobrze czy nie że tak się nie stało. Poza tym zdanie to było półżartem.

Jeśli, tak jak Piszesz, Ustaliliście że nie będzie mrocznych rzeczy, to nie wiem w jakich kategoriach Smok postrzega zbiorowy gwałt z egzekucją ofiary. Fakt, wrażliwość – żecz subiektywna. No ale może taki był pomysł a środki po prostu do niego pasowały.

Ja też często przeklinam przez „captcha” wywaliłem sobie przez to nieudolne zabezpieczenie wiele cennych komentarzy, za to skurczybyk nie miał problemów z przepuszczaniem tych nieco mniej wartościowych. Wniosek: zabezpieczenie to kultywuje zło w człowieku ;).

Pozdrawiam,
Mick

Jejku! Mick! Na portalu bądź co bądź literackim! Popraw tę żecz… 🙄 Nawet mi tel nie chciał przepuścić, co chwila poprawiając 😅
Co do mroczności – to też sprawa subiektywna. Dla mnie tematyka poruszana przez Smoka jest z gruntu zła, której nie powinno się traktować jako wątek do opowiadania, lecz jako przestroga w tworach dokumentalnych. Zaś mroczność kojarzy mi się bardziej z horrorem, którego nota bene w twórczości mojego pojedynkowego konkurenta też nie brakuje 😉

Już się w tej kwestii niczego nie da zrobić. Mogłem zmienić w przeciągu paru minut po opublikowaniu a teraz już będzie straszyć.

Widzę że T-Mobile już wstał …

Grzegorzu, jak zwykle pełen temperamentu. Obyś się nie zmieniał.
Ujawniasz kulisy pojedynku. Założenia dobre. A wyszło jak wyszło.
Wojenny dramat w opowiadaniu Smoka wywołał silne emocje. Ale ja poniewczasie miałem inną refleksję, bardziej ogólną. Żadne to zresztą wymyślanie świata od nowa.
Jak bardzo instrumentalnie i od zawsze traktowana jest historia, aby wywołać pożądane przez wywołującego zachowania innych ludzi.
Historia kryje się w zaułkach, w downtown ujrzysz tylko jej parodię albo fałszywy obraz.
Tedy opowiadanie Smoka można traktować jako wielką metaforę 🙂
Uśmiechy,
Karel

Wiesz… To można też powiedzieć, że niejedna droga prowadzi do Rzymu. I tym samym, łącząc tę metaforę z opowiadaniem Smoka, uzyskać „poradnik młodego jebaki” 🤔😜
Założenia… Następnym razem może uda się podać na początku 😉

Nie zgodzę się z Tobą MRT, w gestii tematów, których nie powinno się traktować jako wątki do opowiadań. Może zrobisz jakąś listę i ją nam przytoczysz? To zupełnie tak, jakbyś zakazał pianiście uderzać w czarne klawisze, albo skrzypaczce zabronił kłaść smyczek na najcieńszej strunie, bo zionie nienawiścią w Twoim subiektywnym odczuciu. Nie podoba mi się też subiektyzowanie pojęcia Mroku. Nie ma niczego bardziej obiektywnego niż głębia prawdziwej ciemności wszyscy w niej czujemy się tak samo, tyle że jedni to kochają, a innych przeraża.

Ło Matko!!! Ale się komentarzy nazbierało. Trzeba nadgonić i wypada od siebie dodać też trzy grosze.

Przede wszystkim chciałem serdecznie pogratulować Gregowi udanej miniaturki i zgarnięcia koszulki lidera. Twoje opowiadanie, choć stylistyką, poetyką i narracją mi odległe przeczytałem z zainteresowaniem i uważam, że to kawał dobrej roboty. Zresztą głosy czytelników tylko potwierdzają ten stan rzeczy. Można więc jasno sobie powiedzieć – Trzymasz poziom!!! I to wysoki :-).

Myślę jednak, że warto tu dodać jeszcze jedną kwestię, bo nie wiem czy dotychczasowa dyskusja poszła w kierunku, mającym odzwierciedlenie w realiach. Słowa Grega o tym, że „staraliśmy się oboje, by fabularnie opowiadania były proste bez szczególnie zawiłych mrocznych podtekstów” nie do końca zostały w pełni zrozumiane. Szczególnie, wbrew temu, co zasugerował Mick, że moja wrażliwość jest na normalnym poziomie :-).
Wydaje mi się – choć mogę się mylić, jakby co to wyprowadź mnie Gregu z błędu – że chodziło o to, że teksty nie są skomplikowane fabularnie (wszak to króciutkie opowiadanka), ale też przez to nie ma w nich miejsca na budowanie mrocznego nastroju poprzez szereg aluzji, dwuznaczności, niedomówień. Moje opowiadanie epatuje przemocą i makabrą (druga jego część), ale nie robi tego w sposób będący jakimkolwiek podtekstem, a po prostu przedstawia to wprost, bez owijania w bawełnę. I taki był mój zamysł. To nie ten rodzaj utworu, nie ta poetyka, nie ta objętość, by budować efekty literackie w sposób skomplikowany/zawiły.

Natomiast bardzo mnie ciekawi Gregu, dlaczego uważasz, że tematyka taka nie powinna stanowić wątku do opowiadania? Wszak literatura jest poza ucieczką w świat fantazji i marzeń także świadectwem naszej rzeczywistości, prezentuje postawy ludzkie, wydarzenia, problemy, które mogą dotyczyć nas samych. Nic nie poradzę na to, że takie zdarzenia miały miejsce w rzeczywistości wojennej, że takie zdarzenia mają miejsce nadal, bez względu na równoleżnik, na którym się znajdujemy.

Ciekawe jest to (astrahując od Waszych komentarzy), że jako czytelnicy potrafimy mocno relatywizować te same wydarzenia i gdyby moje opowiadanie zostało osadzone w realizach kambodżańskich Czerwonych Khmerów czy wojny w Rwandzie z pewnością jego wydźwięk byłby nieco stłumiony.

Tak czy siak dziękuję Gregowi za pojedynek, jeszcze raz gratuluję, a tych, którzy najpierw zajrzęli do komentarzy, zapraszam do przeczytania obu miniatur.

Smok

Niczego nie sugerowałem. Proszę nie ulegać psychozie że ilekroć nie pieję z zachwytu to już muszę mieć najgorsze zamiary.

Napisz komentarz