Blondynka według kenaarf  4.4/5 (5)

31 min. czytania

Poniższy tekst publikujemy ponownie na prośbę Autorki.

– Cześć, maleńka! – Długa broda zapleciona w mysi warkoczyk musnęła szyję. Gęste wąsiska podrapały po policzku. – Super, że jesteś. Długo cię nie było. – Zapach tytoniu owionął twarz wysuniętą w oczekiwaniu na soczystego buziaka.

– Hej, Miras. Mam dużo pracy i jakoś czasu mi brakuje. – Czując ciepło mężczyzny, wyciągnęłam przed siebie ręce do powitalnego uścisku. Dopiero wszedł do lokalu, więc mogłam swobodnie przylgnąć do mięśnia piwnego. Za chwilę dostanie swojego pierwszego browca, kufel stworzy barierę, którą ciężko mi będzie ominąć. Przechyliłam lekko tułów do przodu i od razu usłyszałam trzeszczenie skórzanej kurtki. Masywne ramiona rozwierały się, aby przywitać moją wątłą kibić. Uścisk, przyjacielski, bez podtekstów, trwał jak zawsze ulotną chwilę. Poczułam, że Mirek odsuwa się na bezpieczną odległość.

– Słyszałem, że Kazana ma się dzisiaj zjawić. Wiesz coś o tym?

– Ficek wspominał, że ma się pojawić, ale wiesz, jak to z nim jest. Nawet jak się pojawi, to po godzinie będzie tak napruty, że saksofonu nie utrzyma.

– Maleńka, jak zwykle masz rację. – Tym określeniem mógł się do mnie zwracać mężczyzna, przy którym nawet w szpilkach – nota bene, zakładałam je wyjątkowo rzadko – czułam się jak mała dziewczynka.

– A Hanriś jest? Mam z nim sprawę do obgadania. Tegoroczna Bluesada doprowadza mnie już do stanu wrzenia, kupa roboty przy niej – w głosie mężczyzny dało się wyczuć nutkę irytacji.

– Kręci się gdzieś, wiesz, jak to Hanriś, speeda dostał. Kable niepodłączone, brakuje wzmacniacza, wszystko na jego głowie. Broda wpadł na chwilkę i się zmył. Będzie dopiero na jam session – zawiesiłam znacząco głos. Każdy, kto choć trochę był wtajemniczony w życie klubu wiedział, co i jak.

– No tak. Hanriś nie ma łatwo. – Poczułam delikatny ruch powietrza i znajomy dźwięk skórzanego odzienia. Mirek sięgał w stronę baru po piwo, które Ficek postawił przed nami. – Idziesz ze mną na kanapę? Widzę, że loża szyderców powoli się zapełnia.

– Nie, Mirku, dziękuję, na razie potowarzyszę Tomkowi – w odpowiedzi zza baru doleciał mnie ciepły śmiech.

– Przynajmniej ty jedna o mnie się martwisz, inni przychodzą do mnie, jak chcą się napić i znikają.

– To ja nie będę wam przeszkadzał – tubalny śmiech Mirka łaskotał me uszy. Zapach tytoniu powoli się oddalał, jednak ciągle był wyczuwalny, unosił się w powietrzu.

Mimo głosu Hookera zalewającego wnętrze klubu, słyszałam, jak Ficek poruszał się za barem. Ustawiał pokale, przygotowując się do obsługi klientów. Zbierałam myśli. Szykowałam się do zadania pytania. Byłam tu pierwszy raz od pamiętnego wieczoru. Długo składałam zdania. Idiotko – docinałam sobie w myślach. Od kiedy to zastanawiasz się nad tym, co masz powiedzieć? Jestem ponoć bezkompromisowa, szczera do bólu, irytująca. Mimo, że niepełna, jak to kiedyś ujął kolega z pracy – chyba jedyny jego udany żart – to osiągam bez problemu to, co sobie założę. Zawsze realizuję plan w stu procentach. Więc co u licha teraz wyprawiasz? Nabrałam głęboko powietrza.  Teraz albo nigdy.

– Ficek… – zwrócona twarzą do baru, czekałam na odzew.

– Co tam? – jak zwykle czujny głos, dotarł do mnie z lewej strony, gdzie stał ekspres do kawy. Kolejne zdanie wypowiedziane zostało już wprost do mnie: – Jeszcze raz to samo?

– To też. Ale chciałam z tobą pogadać.

– Wiedziałem, że nastanie ten dzień, kiedy i ty postanowisz się przede mną otworzyć. – Tomek jak zwykle żartował, jednak moje wyćwiczone uszy wyłapały w głosie konsternację.

Wiedziałam, co jest powodem zakłopotania. Przychodziłam tu od… właściwie to nie pamiętam, kiedy pojawiłam się w klubie pierwszy raz, ale pamiętam uczucie, gdy po zapoznawczym piwie zrozumiałam, że znalazłam swoje miejsce na ziemi. Od tamtego momentu minęło sporo czasu. Zdążyłam poznać tajemnice właścicieli, bolączki pracowników, wiedziałam, kto z kim sypia, czym zajmują się muzycy grający koncerty w klubie, bo nie ma co ukrywać, z rzępolenia ciężko dziś wyżyć. O mnie natomiast wszyscy wiedzieli tylko tyle, że pracuję i jestem – jak trafnie scharakteryzował wspomniany biurowy wesołek – „niepełna”. To wszystko. Litry wyżłopanego piwa, setki godzin spędzonych na pogawędkach nie rozwiązały mi języka.

Taka jestem. Od zawsze. Nie umiem nawiązywać normalnych relacji społecznych. Od dziecka, trzymana pod kloszem, z przeświadczeniem o swej inności, dążyłam do doskonałości. Czułam się w obowiązku udowadniać sobie i innym, że potrafię. Lubiłam pokazać wszystkim środkowy palec i zaśmiać im się w twarz. Charakter suki bardzo pomagał. Do wszystkiego doszłam sama. Nie na cudzych plecach, nie z pomocą wpływowego kutasa. Byłam wychowywana w przeświadczeniu, że wszystko muszę najlepiej. Rodzice chronili mnie przed wpływem otoczenia; zero randek, zero koleżanek, zero imprez. Chcieli mi w ten sposób oszczędzić przykrości. Szkoda, że nie pomyśleli, iż każde dziecko kiedyś dorasta.

Raz, jeden jedyny, odważyłam się wyjść ze swej skorupy. I co z tego wyszło? Morze przelanych łez i obietnica, że nigdy więcej. Ledwo skończyłam dwudziestkę. Płomienne uczucie, wspólne plany na przyszłość, które legły w gruzach. Absztyfikant stwierdził, że jednak ciężko będzie mu ułożyć sobie życie z taką kobietą jak ja, a jak jeszcze dzieci miałyby się pojawić… O nie, to nie dla niego! I się skończyło. Zainwestowałam w ten związek wszystko, co miałam. Oddałam kretynowi i duszę i ciało. Dzisiaj żyję w przekonaniu, że inwestowanie w uczucia to pieprzony rollercoaster, coś jak gra na giełdzie – wzloty i upadki – nie stać mnie na to.

Od tamtego czasu w moim łóżku toleruję tylko Pchlarza. To jedyny samiec goszczący w mej alkowie. Wolę gościnne występy. Moje łóżko, moje mieszkanie, to mój teren i zdecydowanie bronię dostępu do niego.

Z racji mojego „wybrakowania” staram się czerpać z życia pełnymi garściami, a że dawanie dupy przygodnym facetom uważam za istotny element mojej filozofii życiowej, cóż…

W realizacji mego credo pomagała uroda. Podobno jestem ładna: wysoka tyczka; blond czupryna, na co dzień spięta wysoko w koński ogon, na wyjścia rozpuszczona tak, by włosy łaskotały odsłonięte plecy; brązowe oczy; nos upstrzony piegami. Wszystko to wiem od ludzi. Zabawne, że faceci nie potrafią mnie opisać w jednakowy sposób, każdy robi to inaczej.

Nie ukrywam, znalezienie partnera na jedną noc nie stanowi problemu. Jednak często zadaję sobie pytanie: czy idą ze mną do łóżka, bo jestem ładna; czy może dlatego, że mijając ich na ulicy, nie będę mogła ich rozpoznać. Większość moich kochanków miała żony. Skąd wiem? Ślad po zdjętej obrączce jest jak świeży tatuaż, wyczuwalny pod wrażliwymi opuszkami.

Jestem wybredna, mam określony typ facetów, którzy mi odpowiadają. Kiedyś, mając dwadzieścia kilka lat, lubiłam starszych panów. Wydawali się mądrzy, jednak to, co brałam za inteligencję, okazywało się jedynie doświadczeniem. Teraz, będąc już po trzydziestce, wolę młodszych. W pracy mam do czynienia z wymuskanymi samcami. Dumnie prężą wypielęgnowane ciała, odziane w markowe ciuchy. Zawsze bardziej zwracałam uwagę na zawartość niż na opakowanie.

Owszem, nie przeczę, iż o wiele milsze są pod palcami napięte mięśnie, ale one są tylko na chwilę, przeminą, zwiotczeją. Istotą atrakcyjności jest dla mnie intelekt. W moim przypadku to raczej zrozumiałe, że wygląd nie ma znaczenia. Zapach, głos, dotyk – to są dla mnie wyznaczniki urody.

Tak samo było tamtego, pamiętnego wieczoru, kilka tygodni temu.

Siedziałam przy barze, na swym stałym miejscu. Wiedziałam, ile kroków dzieli mnie od toalety, znałam rozkład pomieszczenia. Odziana w obcisłą, błękitną kieckę – płaszcz czekał na mnie na zapleczu – zapinaną na zamek umieszczony po lewej stronie. Suknie z zamkiem z tyłu nie sprawdzają się dla samotnych, bo kto miałby mi ją zapiąć. Nawet gdybym ćwiczyła jogę przez resztę życia, dalej nie byłabym w stanie tego dokonać.

Wyprostowana jak struna, chłonęłam otaczające mnie odgłosy. Nie znoszę krzyku. Wyczulona na dźwięki, sama mówię dość cicho, przez co często proszona jestem o powtórzenie wypowiedzi. Im ktoś głośniej mówi, tym bardziej ja zbliżam się do szeptu. Głośno preferuję tylko muzykę. Dlatego uwielbiam koncerty na żywo i dlatego wybrałam Blue Crow na miejsce podrywu – lokal, gdzie czułam się swobodnie, a podboje seksualne inicjowałam z przyjemnością.

„Obserwowałam” słuchem. Wyłapywałam każdy dźwięk, głosy znajomych, brzęk kufli, lejący się strumień piwa. Każdy był słyszalny z osobna, jednak dla mnie stanowiły całość, jak rytm piosenki.

Tamtego wieczoru też tak było. Skrzypnięcie drzwi i powiew zimnego powietrza oznajmiał, że w klubie pojawił się kolejny gość. Obstawiałam, kogo tym razem przywiało. Wydarzenia typu jam session miały to do siebie, że przychodzili na nie wyłącznie muzycy. Czasami zdarzało się, iż jakiś przechodzień zaszedł na piwo, ale szybko odpuszczał. Hermetyczne towarzystwo, rzępolące mieszankę bluesa lub jazzu, szukające natchnienia w kolejnych kuflach piwa. „Nowi” tego nie rozumieli. Nie słuchali, lubili sztampowe kawałki i wszystko co wychodziło poza pewne, ustalone przez nich samych ramy, uznawali za nijakie. Dlatego tak bardzo lubiłam te, w pewien sposób elitarne, spotkania. Pamiętam jedną taką wigilię. Hanriś, buddysta z krwi i kości, nie uznawał katolickich świąt, za co niejednokrotnie zbierał cięgi. Siedzieliśmy wtedy w Blue Crow sami. Już od siedemnastej raczyliśmy się alkoholem. Czas mijał, a hokery przy barze powoli znajdowały kolejnych gości. I tak zebrał się solidny band: elektryczne skrzypce, harmonijka, bas, saksofon, kilka gitar, klawisze. To, co udało im się wtedy zaimprowizować, było niepowtarzalne. Do dnia dzisiejszego noszę w sobie tamtą muzykę.

Ale wróćmy do owego, pamiętnego wieczoru. Chłód powietrza owionął moje odsłonięte ramiona. Drzwi już dawno się zamknęły, jednak ziąb nadal otulał moje ciało. Ktoś nowy – przemknęło mi przez głowę. Skąd wiedziałam? Zabrakło powitań, krzyków, ciepłego pozdrowienia zza baru.

Mimo, że nie przyszłam dzisiaj na polowanie, moje ciało mimowolnie zareagowało na kogoś nowego. Koniuszkiem języka zwilżyłam wargi, przeczesałam palcami włosy, jeszcze dumniej wyprężyłam pierś. Na końcu poprawiłam okulary. Niektóre kobiety mają obsesję na punkcie butów czy torebek, ja kolekcjonuję okulary przeciwsłoneczne. Lato, zima, słońce, deszcz – zawsze są moim nieodzownym wyposażeniem. Nie wstydzę się swojej „niepełności”, a okulary traktuję jako amulet, część siebie, nigdy się z nimi nie rozstaję.

Jedna z pseudo koleżanek w pracy stwierdziła, że przeczę swojej idei. Nie lubię wymuskanych facetów, a sama się dla nich stroję. Poniekąd miała rację. Jednak nawet „pełne” kobiety inaczej podchodzą do wizerunku. Wartość, jaką kobieta odczuwa, patrząc na mężczyznę, jest raczej świadomą antycypacją rozkoszy, niż bezpośrednią przyjemnością widzenia. Mężczyźni postrzegają to zupełnie odmiennie – dla nich samo patrzenie stanowi już niejako namiastkę zaspokojenia, początek prawdziwej, zmysłowej uczty.

Opierając się na swoich pragnieniach i potrzebach, muszę zadbać o ten aspekt. Muszę od początku stanowić obietnicę, pomimo, a właściwie na przekór mojej ułomności. Zdaję sobie sprawę, że wzrok dla większości z nas ma kardynalne znaczenie. Sygnały erotyczne odbierane są przede wszystkim wzrokiem, dlatego zawsze dbałam o swój wizerunek. I chyba wychodziło mi to całkiem dobrze.

Skupiłam się na panującej w klubie kakofonii, chcąc wyłapać obce dla mnie dźwięki. Nozdrza pracowały jak chrapy u konia. Zanim jeszcze usłyszałam chrobotanie hokera tuż przy mnie, poczułam zapach świeżości. Woń szamponu mieszała się z perfumami, wygrywały te drugie. Kompozycja ambry i cywetu. Z przyjemnością wdychałam tę mieszankę. Miałam dosyć standardowego piżma, które było nad wyraz popularne i nudne.

Zapach mężczyzny wzbudzał ciekawość. Mały ognik podniecenia zaczął się tlić głęboko we mnie. Postrzegam świat na innej płaszczyźnie, mam całkowicie odmienną hierarchię zmysłów. Zawsze współczułam ludziom, którzy mnie otaczali. Ich świat jest znacznie uboższy. W moim króluje mnóstwo doznań. Nawet zapach potrafi wywołać całą ich falę.

– Wolne? Mogę się dosiąść? – mimo lekkiej chrypki, głos mężczyzny był ciepły i głęboki. Elektryzował. Na chwilę wstrzymałam oddech. Zapomniałam, jak używać narządu mowy.

– Przepraszam? – początkowo pewny siebie głos teraz zabrzmiał mniej zdecydowanie. Wróciłam dawna ja. Jednak mężczyzna z krwi i kości. Z takimi wiedziałam jak postępować.

– Tak, bardzo proszę – odparłam trochę zbyt wyniośle. Siedziałam sztywno, zwrócona twarzą do baru, nawet nie odwróciłam głowy.

Zanim jeszcze facet zdążył się usadowić, Ficek już podszedł.

– Co dla pana? – Z służbowego tonu barmana starałam się odczytać, kto siedzi obok mnie. Już samo określenie „pan” dawało do myślenia. To był ktoś spoza grona normalnych bywalców. Raczej nie muzyk i raczej nie standardowy koneser bluesowych klimatów. Stawiałam na garnitur i krawat. Cholera, kolejny picuś się trafił, a zapowiadało się tak ciekawie.

– Podwójnego Jima na lodzie poproszę… – chwila zawahania w pięknym głosie. – Może napije się pani ze mną? – Miętowy oddech owionął twarz. Pachniał pastą do zębów.

– Dziękuję, mam wszystko – kontynuowałam odgrywanie nieprzystępnej.

Minęły kolejne minuty. W tym czasie zamówiony drink pojawił się na barze. Słyszałam, jak przesuwa szkło bliżej siebie. Do mych uszu dotarł szelest, a zaraz po nim:

– Łukasz jestem – przerwał ciszę między nami.

– Monika. – Domyślając się, że wyciągnął do mnie dłoń, dodałam: – Nie podam ci ręki na przywitanie, bo niechcący mogłabym cię uderzyć. Jestem niewidoma.

Czekałam. Nie wiedząc czemu, lubiłam ten moment. Ta głucha cisza, ta konsternacja, czasami śmiech i przyjęcie mych słów za żart. Byłam ciekawa z jakiego pokroju człowiekiem mam do czynienia.

Delikatny dotyk na mojej dłoni opartej o kufel piwa zdziwił mnie.

– Teraz nie ma mowy o tym, żebyś zrobiła mi krzywdę. Miło mi cię poznać. – Zaskoczył mnie. Drugi raz w krótkim odstępie czasu zabrakło słów. Zazwyczaj w takich chwilach to ja byłam górą, dyktowałam warunki, kierowałam rozmową i wykorzystywałam konsternację rozmówcy. Teraz poczułam się nieswojo. Ciepło na ręce zniknęło.

– Chyba coś nas łączy. – Banalny tekst, który często używany jest przez flirciarzy, zbił mnie z tropu. Niby co ma nas łączyć?

– Przepraszam, ale chyba nie rozumiem – odparłam niepewnie.

– A no tak, przecież mnie nie widzisz. – Nie wiem skąd, ale wiedziałam, że nie żartuje ze mnie, z mojej ślepoty, po prostu próbował na swój sposób wybrnąć z sytuacji. Zaśmiałam się cicho.

– No tak, nie da się ukryć, więc może naprowadzisz mnie na właściwą odpowiedź? –zapytałam wiedziona ciekawością.

– Podaj mi rękę.

– Znamy się zaledwie pięć minut, a ty już prosisz mnie o rękę, masz tupet – zażartowałam, jednocześnie wyciągając dłoń w kierunku rozmówcy.

– Następnym razem postaram się o jakiś pierścionek – zripostował, ujmując za przegub. Przyjemnie było znów poczuć męskie palce. Pokierował dłonią i oparł sobie na klatce piersiowej. Pod opuszkami poczułam fakturę kilku części garderoby jednocześnie: materiał dobrego, wełnianego garnituru krył sztywną koszulę. Na niej spoczywał krawat. Odruchowo złapałam i lekko pociągnęłam.

– I kto tu jest ślepy? Jeżeli masz na myśli krawat, to musisz być równie ślepy jak i ja. Nie zauważyłeś, że garnitur wraz z krawatem zostawiłam dzisiaj w domu? – ironizowałam.

– Garnitur bym odpuścił, ale w samym krawacie z chęcią bym cię zobaczył – flirtował.

Coraz bardziej podobała mi się ta rozmowa. Lubiłam zawoalowane sugestie. Która kobieta tego nie lubi?

– W samym krawacie powiadasz – kontynuowałam temat – i co byś z nim zrobił? Przewiązał mi nim oczy? Znowu błąd w myśleniu.

– Nie traktuj mnie jak idioty, poza tym szkoda zasłaniać choć skrawek twej twarzy. A krawat… Cóż, mógłbym związać nim twoje przeguby.

– Brzmi nader interesująco, ale wystarczy, że jestem ślepa, wiązać się nie dam.

– Mi byś na to pozwoliła – ton głosu świadczył, że mężczyzna doskonale wiedział, co mówi. Był pewny siebie.

– Pewniacha z ciebie – zignorowałam zawoalowany podtekst. – Może powiesz w końcu w czym jesteśmy do siebie podobni? – byłam ciekawa odpowiedzi.

– Nie pasujesz tutaj – odpowiedział dobitnie, z przeświadczeniem, że ma rację.

– A stwierdzenie to motywujesz…? – Słabo. Spodziewałam się czegoś bardziej wyszukanego.

– Po prostu nie pasujesz. Pchnąłem drzwi i od razu dostrzegłem ciebie. Błękit twojej sukienki odznacza się na tle szarości ubioru pozostałych gości. Błyszczysz.

Trywialność tego zdania rozbawiła mnie. Z drugiej strony zastanowiłam się nad tym. Wiem… Nie… jedynie mogę się domyślać, iż znacznie różnię się stylem ubioru od moich znajomych z klubu. U nich dominowały skóry, czerń, ćwieki, rzemyki i temu podobne rzeczy. Ja, odpicowana w eleganckie kiecki, rzeczywiście musiałam się odznaczać na tle tutejszych klubowiczów. Jakoś nigdy wcześniej o tym nie pomyślałam. Nigdy nikt nie dał mi odczuć, że nie pasuję do tego miejsca. Dla tutejszych byłam… sobą. Akceptowali mnie bez względu na to jak wyglądałam. Moja niesprawność nie stanowiła problemu.

Jednym ze stałych bywalców był Rączka. Nie miał dłoni, a potrafił grać na gitarze tak, że w człowieku budziło się milion uczuć. Niejednokrotnie ucinałam sobie z nim pogawędki na temat niesprawności i postrzegania naszych braków przez innych ludzi. W zasadzie niesprawność nie jest tutaj najlepszym określeniem, nie jesteśmy zależni od innych, nie wymagamy stałej opieki, jesteśmy samowystarczalni. To społeczeństwo robiło z nas niepełnosprawnych. Miał podobne odczucia do moich. Tutaj czuł się sobą. Klub dawał poczucie przynależności i bezpieczeństwa. Ludzie nie ignorowali nas i naszych ograniczeń, ale przy tym nie narzucali się, nie starali we wszystkim wyręczać. Rozważając to, co powiedział, trochę się zbulwersowałam.

– Pasuję tu bardziej, niż ci się wydaje. Nie osądzaj ludzi zbyt szybko – wycedziłam.

– Wybacz, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu się wyróżniasz.

Zaczęła mnie drażnić ta rozmowa.

– Jeżeli źle się czujesz w tym miejscu, to wiesz, gdzie są drzwi. – Odwróciłam się do niego bokiem z zamiarem zakończenia dyskusji.

– Mam na ciebie ochotę – usłyszałam szept tuż przy moim uchu. Ciepło oddechu przyjemnie połaskotało. Znowu na chwilę wstrzymałam oddech. Założyłam niesforny kosmyk za ucho, mój nerwowy odruch. Dziwnie ustąpić lauru pierwszeństwa w zdobywaniu i mówieniu wprost, czego chcę.

– U ciebie – odzyskałam rezon. Byłam pewna, że przy tak otwartej propozycji, Łukasz się wycofa.

– Rachunek poproszę – padło ułamek sekundy później. Poczułam, jak odsuwa krzesło i wstaje. – Gdzie twój płaszcz?

– Na zapleczu – odpowiedziałam mechanicznie. Analizowałam wszystko na szybko.

– Gdyby pan był uprzejmy podać płaszcz pani… – Łukasz zwrócił się do Ficka. Ton głosu, zachowanie, wszystko to świadczyło o dominującej naturze. Byłam ciekawa, czy wydawał komendy z przyzwyczajenia, czy może były one kwestią charakteru.

– Monika? – niepewność w głosie barmana świadczyła, że nie bardzo wie, co ma zrobić. On też nie był przyzwyczajony do tego, że dałam się poderwać w tak ekspresowy sposób. Oczywiście bywał świadkiem moich podbojów, widział jak flirtuję z obcymi mężczyznami, ale rozmowę na temat zmiany lokalu zawsze inicjowałam ja. Tomek był niemym obserwatorem moich gierek. Nigdy, ani on, ani nikt inny w klubie nie dał mi odczuć, że robię coś niewłaściwego.

– Wszystko w porządku – odparłam.

Stukot butów Łukasza przesunął się na koniec baru. Widocznie czekał, aż Ficek poda mu moje odzienie. Podchodząc, dotknął mojego ramienia.

– Chodźmy. Chcę cię posmakować. Teraz – wyszeptał, zarzucając mi płaszcz na ramiona. Nie czekając, aż włożę ręce do rękawów, ujął delikatnie za łokieć i poprowadził do wyjścia. Zza baru doleciało nas jeszcze pełne uśmiechu pożegnanie Tomka.

Wyszliśmy na zewnątrz. Wiatr od razu wtargnął pod niezapięty płaszcz. Poczułam gęsią skórkę. Przeszedł mnie dreszcz. W odpowiedzi moje ciało zagarnęło silne ramię. Nawet gdybym chciała, ciężko było by wyswobodzić się z uścisku. Łukasz wolną ręką wydobył telefon z kieszeni. Zamówił taksówkę. Staliśmy w ciszy, czekając na jej przyjazd.

Drobna mżawka przeszkadzała w delektowaniu się ciepłem i bliskością mężczyzny. Wiedziałam, że za chwilę pieczołowicie prostowane włosy pod wpływem wilgoci poskręcają się tuż przy samym karku i skroniach. Założyłam kosmyki za uszy, próbując uratować fryzurę.

Oparł brodę o moją głowę, jakby chciał ustrzec przez chłodem i wilgocią. Podjechała taksówka.

– Sikorki 7 poproszę – Łukasz podał namiar, który zupełnie nic mi nie mówił.

Zaczęłam się zastanawiać, czy ma partnerkę, żonę, narzeczoną – zwał jak zwał. Czy wskazana lokalizacja jest jego stałym adresem, czy mieszka tam sam. Pierwszy raz interesowały mnie takie szczegóły.

Obcy ludzie często uważali mnie za idiotkę, zwłaszcza mężczyźni. Niejednokrotnie byłam zapraszana na seks do miłych gniazdek małżeńskich, jednak faceci okłamywali, że mieszkają sami. Zapominali o moim węchu, który wykrywał nawet najsłabszy kobiecy zapach. Woń perfum, szamponu, to wszystko było dla mnie wyczuwalne. Udawałam, że wierzę w ich historie. Czuli się bezpiecznie.  A ja… Mnie to mało interesowało. Mogli mieć pięć żon, w danej chwili chodziło tylko o dobrą zabawę. Nie miałam skrupułów, wyrzutów sumienia. Liczył się tylko dobry seks. Nie przeszkadzało, że gniazdko pachnie inną kobietą.

Dotarliśmy na miejsce, odsunęłam swe rozważania na boczny tor. Nigdy nie podchodziłam emocjonalnie do przypadkowo poznanych partnerów, dlaczego więc właśnie teraz miałam się przejmować? Łukasz uiścił rachunek. Wysiadając, złapał mnie za rękę. Prowadził pewnie, nie bałam się potknięcia.

– Trzy stopnie – wyszeptał mi w szyję.

Uśmiechnęłam się mimowolnie. Najwidoczniej mężczyzna nie czuł się skrępowany moim brakiem wzroku. Wcześniej spotykani faceci nie wiedzieli jak się zachować, prowadzili mnie bez słowa. Często śmiałam się w duchu, że są sztywni jak moja laska, której szczerze nienawidziłam.

Zatrzymaliśmy się na chwilę. Dźwięk wystukiwanego kodu na domofonie kłuł uszy.

– Wchodzimy na klatkę. Mieszkam na drugim piętrze.

Szliśmy powoli, starałam się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Ilość schodów, zakręty. Nigdy nie zostawałam na noc. Po skończonej zabawie prosiłam o zamówienie taksówki i dumnie opuszczałam kochanka.

Dotarliśmy. Brzęk kluczy, ich chrobotanie w zamku. Krok w przód. Znalazłam się w jego świecie. Zdjął z ramion płaszcz. Przylgnął do mnie całym ciałem, pocałował w czoło. Chciałam wsunąć palce w wilgotne włosy, nakierować usta na moje. Nie zdążyłam. Uklęknął, zdjął mi czółenka.

– Chcę, żebyś czuła się jak u siebie, bezpiecznie i pewnie – wyszeptał prawie spomiędzy moich kolan. Zaczął opisywać układ mieszkania. Kolejny szok tego wieczoru. Nikt przed nim nie zadał sobie takiego trudu. Zresztą już w drzwiach rzucałam się na faceta. Zrzucaliśmy pospiesznie odzież. Nikt nie musiał tłumaczyć, gdzie co jest. Wiedziona ruchem kochanka, podążałam jego śladem. Łóżko, podłoga, blat stołu. Niepotrzebne były wskazówki.

Tym razem było inaczej. Łukaszowi najwyraźniej się nie spieszyło. Skupiłam się przez chwilę na odgłosach i zapachu mieszkania. Mżawka, która przerodziła się w obfity deszcz, uderzała z głuchym łoskotem o parapet. Słychać było pracującą lodówkę. Zapach… Przede wszystkim perfumy, te same, którymi pachniał teraz. Płyn do płukania, raczej lawendowy i smród oleju. Kotlety były serwowane na obiad – uśmiechnęłam się do siebie. Wdychając głęboko woń domu poszukiwałam tego jednego dowodu, na który mogły się składać perfumy, balsamy, szampony. Nic. Nie wyczułam zapachu kobiety. Czyżby Łukasz mieszkał samotnie?

– Nad czym tak myślisz? – ciepły pomruk wyrwał mnie z zadumy.

– Chyba coś dzisiaj przypaliłeś – odparłam w pierwszym odruchu.

– O matko, ale wstyd. A myślałem, że odpowiednio wywietrzyłem – słychać było jak się uśmiecha. – Masz na coś ochotę?

– Na ciebie – przypomniałam o meritum dzisiejszego wieczoru. Nie było po co odwlekać. Czyż nie tak wyglądały wszystkie moje poprzednie wypady? Ostre pieprzenie, bez zbędnych ceregieli, bez gry wstępnej. Zbliżenie szybkie i intensywne, wyzute z emocji. Czułam tylko pożądanie. Chwila. Czasami już po, udawało mi się jeszcze miło pogawędzić, ale to wszystko, na co było mnie stać. Nie chciałam się zagłębiać w życie przygodnego kochanka. Mówi się, że facet po seksie jest szczery. Coś w tym jest. Dotychczasowi partnerzy po chwilach uniesień zaczynali zwierzać się ze swych codziennych problemów: z żoną, z dziećmi, pracą. Tak naprawdę, gówno mnie to obchodziło. Mogłam podyskutować, ale o czymś znacznie ciekawszym. Wyjątkowo rzadko zdarzali się mężczyźni, którzy potrafili zająć mnie rozmową i zatrzymać u siebie na trochę dłużej.

– Bardziej miałem na myśli coś do picia, na mnie przyjdzie czas. Zresztą kto powiedział, że masz mnie dzisiaj konsumować? Chyba nigdzie ci się nie spieszy? – odpowiedział zupełnie poważnie.

Jak to, kurwa? Pieprzenia nie będzie? Pierwsza myśl przemknęła przez głowę.

– Drinka, mocnego. – Potrzebowałam czegoś na rozluźnienie. Ten mężczyzna wzbudzał we mnie całkiem obce odczucia.

– Zaraz czegoś poszukam, rozgość się. – W trakcie wymiany zdań zaprowadził mnie do pokoju. – Usiądź i daj mi chwilkę.

Zostałam sama. Słyszałam, jak krząta się w kuchni. Skupiona na dźwiękach dochodzących zza ściany, próbowałam rozeznać się trochę w pomieszczeniu. To raczej nie była sypialnia. Zimna SKÓRA kanapy, mały stolik tuż obok, świadczyły, że znajduję się w salonie. Czułam się bezradna. Tego najbardziej nie znosiłam u obcych. Musiałam wytężać wszystkie zmysły. Nie urodziłam się z przestrzenną intuicją. O nie, ktoś, kogo moi rodzice zwykli nazywać bogiem, nie był aż tak dobry i sprawiedliwy. To, co potrafiłam odgadnąć, wyczuć, było jedynie wynikiem ćwiczenia zmysłów, które pełniły rolę kompensacyjną. Zwykłe wyjście do toalety mogło skończyć się potknięciem, wywrotką lub też zdemolowaniem połowy mieszkania. Jakbym nie była sobą, siedziałam sztywno i czekałam. Usłyszałam zbliżające się kroki.

– Proszę, drink dla pani. – Ujął rękę i włożył do niej szkło. Umoczyłam delikatnie usta, smakując alkohol, jakim uraczył mnie właściciel. Gin. Bez dodatków. Na lodzie. Przechyliłam szklankę i wypiłam wszystko jednym duszkiem. Chciałam mieć całą zabawę za sobą. Pragnęłam poczuć jego ciało. Ulżyć swym pragnieniom, odwrócić się i wyjść. Chciałam, żeby było jak zawsze. Taki scenariusz znałam, taki scenariusz sama tworzyłam. Nie lubiłam, gdy ktoś mieszał mi plany.

Wiedząc już, gdzie jest stolik, odstawiłam puste naczynie.

– Strasznie chciało ci się pić – zażartował Łukasz, a po chwili wahania dodał: – Na pewno nic nie widzisz? Szybko orientujesz się w rozkładzie mebli.

Uwagę zbyłam milczeniem. Jak wytłumaczyć osobie widzącej moje zachowanie, wyczucie?

– Przepraszam, nie chciałem… – dodał niepewnie.

– Nie psuj swojego wizerunku banalnymi przeprosinami. Jeszcze pół godziny temu potrafiłeś żartować z mojej ułomności – zbuntowałam się. Nie znosiłam takiego traktowania. Jakbym była przybyszem z innego świata, podchodzono do mnie z rezerwą i za wszystko przepraszano.

– Zdejmiesz okulary, chcę zobaczyć twoje oczy?

– No rzeczywiście, masz wysublimowane poczucie humoru. Niewidzące oczy mają stanowić atrakcję dzisiejszego wieczoru? To jakiś nowy fetysz?

– Nie drażnij się ze mną. – Ruch powietrza tuż przy policzku i bariera została zdjęta. Niewidzące spojrzenie, rozbiegane gałki oczne, skierowane były w stronę Łukasza. Zawsze tego pilnowałam, gdy tylko zdejmowałam okulary, starałam się zwrócić twarzą do rozmówcy. Teraz czułam jego ciepły oddech.

– Twoje oczy są smutne. Wiesz, brązowe mają w sobie taką tęsknotę. Za czym tęsknisz? – wyszeptał tuż przy moich ustach.

Poczułam się jeszcze bardziej skrępowana, w jakiś sposób obnażona. Za czym tęsknię? W zasadzie miałam wszystko. Dobrą pracę, spełniałam się jako człowiek. Generalnie niczego mi nie brakowało. Nawet wzroku. Przecież nigdy go nie posiadałam, więc nie potrafiłam za nim tęsknić.

– Mam wszystko, czego potrzebuję – odparłam zgodnie z prawdą.

– Nie. Nie oszukasz mnie. Widzę pragnienie i tęsknotę za czymś – dociekliwość w jego głosie, która sprawiała wrażenie przemądrzałości, zaczynała mnie drażnić.

– To ma być jakaś przyspieszona terapia? Znalazł się psychoanalityk – wrogość podkreśliłam głośniejszym tonem.

– Nie robię sobie z ciebie żartów. Rozumiem, nie chcesz o tym mówić – zrezygnował z drążenia tematu.

Zapadła krępująca cisza. Na szybko analizowałam to, co powiedział. Czy rzeczywiście miałam wszystko? Czy moje życie było pełne, zadowalające? A może jednak istniało coś lub ktoś…? Nie, nawet w myślach ciężko było przyznać, że moje życie jest płytkie. Że odhaczanie kolejnych, przygodnych parterów, jest tylko konsekwencją moich zranionych ongiś uczuć. Bardzo pragnęłam móc znowu doświadczać ciepła drugiej osoby, mężczyzny. Jednak nauczyłam się, że życie to nie bajka.

– Wszystko w porządku? – Łukasz przerwał nawał myśli.

– Pocałuj mnie – dążyłam uparcie do sfinalizowania naszego spotkania.

Czułam, że wstrzymał oddech, niepewny jak postąpić. W końcu jego usta odnalazły moje. Smakował wypitym alkoholem. Ciepłe i miękkie wnętrze, delikatny język, który niepewnie badał moje usta. Najpierw ostrożnie muskał końcówką języka, drażnił nerwy na wyczekujących wargach. Dotknęłam jego twarzy. Mocny zarost, silnie zarysowana szczęka. Głęboka blizna tuż pod lewym okiem. Wydawał się być przystojny i seksowny, przynajmniej dla moich palców. Przyciągnęłam go do siebie zachłannie. Nie bacząc na mój pośpiech, kontynuował powolną wędrówkę po nabrzmiałych wargach. Odsunął się, nie zaspokoiwszy moich potrzeb.

– Smakujesz… – zaczął niepewnie. – Jeśli istnieje katalog smaków, to na pewno nie ma w nim twojego. Masz smak tęsknoty, przeszłości. Nie znamy się, ale ten pocałunek dużo mi o tobie mówi. Jest esencją twoich pragnień. Pieczęcią ciebie.

Zatkało mnie. Nikt wcześniej nie rozkładał na czynniki pierwsze mojego smaku ani moich pocałunków. I nie mówił takich sympatycznych bzdetów.

– Nie pokazałam jeszcze prawdziwej siebie. – Powoli wysunęłam dłoń do przodu, w poszukiwaniu jego twarzy. Ponownie przyciągnęłam Łukasza do siebie, chciałam przejąć inicjatywę.

Zaatakowałam wargi zachłannie, pożądliwie. Poddawał się temu. Odwzajemniał moją natarczywość. Odsunęłam się gwałtownie, by zaczerpnąć powietrza. Już miałam przystąpić do aktu drugiego i przejść do sedna dzisiejszego spotkania, jednak słowa zatrzymały mnie w pół ruchu.

– Jesteś fascynująca. Twój pocałunek, hmm, dotyk, kontakt z drugą osobą traktujesz w swój niepowtarzalny sposób.

– I wiesz to wszystko na podstawie jednego tylko pocałunku? – zadrwiłam.

– Jesteś jak otwarta księga i nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy. Jesteś…

– Cicho – przerwałam kolejny wywód. Przysunęłam się do męskiego ciała, chciałam znów poczuć jego ciepło.

– Strasznie niecierpliwa z ciebie kobieta. Zawsze dostajesz to, czego chcesz?

– Zawsze, bez wyjątku – odparłam wyzywająco.

– Dostaniesz wszystko, czego zapragniesz, ale na moich zasadach. Zróbmy to po mojemu. – Uniósł się z miejsca. Brak jego zapachu, ciepła i bliskości wytrąciły mnie z równowagi. Poczułam się opuszczona.

Silna dłoń złapała za mój przegub.

– Kierunek sypialnia – instruował. Pewnie prowadził mnie przez mieszkanie. Wręcz przyklejona do męskich pleców, kroczyłam za nim. Jedną dłoń oparłam na ramieniu przewodnika, drugą błądziłam po sztywnym materiale koszuli. Pod palcami czułam napięte mięśnie. Przesunęłam ręką wzdłuż kręgosłupa. Będąc tuż przy samym krzyżu, poczułam jak Łukasz wstrzymuje oddech. Już miałam zawędrować wyżej, do karku, i tam kontynuować pieszczotę, ale odgłos przełącznika oświetlenia oznajmił, że znaleźliśmy się w kolejnym pomieszczeniu – sypialni.

– Po co to robisz? – zapytałam, kiedy sadzał mnie na łóżku. Zagłębiłam się lekko na miękkim materacu. Ręce szukające oparcia wyczuły chłód pościeli. Satyna?

– Nie bardzo rozumiem.

– Światło, po co nam one?

– Chcę wyrównać szanse – odpowiedź zabrzmiała tajemniczo.

– Chyba żartujesz, nawet blask słońca nie pomoże mi…

– Nie chodzi o ciebie, tylko o mnie – przerwał mój wywód. – Ty masz swój wyczulony dotyk, słuch, węch. Ja muszę polegać przede wszystkim na wzroku. Moje zmysły nie są tak wrażliwe jak twoje. Chcę patrzeć na ciebie. Chcę widzieć emocje w twoich oczach. Chcę obserwować jak się zatracasz, hmm… w przyjemności.

Głos Łukasza krążył gdzieś wokół mnie, przemieszczał się po pokoju. Po chwili dźwięki muzyki zaczęły wlewać się do moich uszu. Nie znałam tego. Wyłapałam kontrabas, gitarę i bębny. Muzyka grała cichutko. Mogłam nasłuchiwać oddechu mężczyzny. Usiadł tuż przy mnie. Czekałam w napięciu na kolejny ruch. Lekko zniecierpliwiona tym, że Łukasz odwlekał moment zbliżenia, próbowałam okiełznać własny temperament. Przystosowanie do nowych sytuacji zazwyczaj nie sprawiało mi problemu, jednak teraz… Miał na tacy mnie, moje ciało. Metaforycznie opisując: mój dzisiejszy mężczyzna zamiast zerwać całe grono jednym ruchem, odrywał kolejno każdy owoc, smakując i delektując się ich smakiem.

Zaczął gładzić nagie ramię, delikatnie i powoli. Zsunął ramiączka sukienki i stanika, aby nic nie przeszkadzało w delikatnej pieszczocie. Czerpiąc przyjemność z dotyku, nie stawiałam oporu, nie ponaglałam, starałam się nie przeszkadzać. Nastawiłam się na branie, na odczuwanie pieszczot. Siedziałam zamroczona muzyką, a dotyk był jej dopełnieniem. Nowością dla mnie było powolne tempo wydarzeń w sypialni. Zachowanie mężczyzny, pozbawione pośpiechu. Przytuliłam policzek do jego dłoni. Wyczuł moje napięcie i chęć jak najszybszego zbliżenia. Stawał się coraz bardziej niecierpliwy. Palce wędrowały po nagim ramieniu. Odnalazły obojczyk i płynnym ruchem przesunęły się w stronę piersi. Rysowały linię stanika. Przestałam słyszeć cokolwiek. Skupiona na doznaniach wyłączyłam się zupełnie. Ani muzyka, ani przyspieszone oddechy nie docierały do mojego umysłu. Brakowało mi jego ciepła, odsłoniętego ciała, pragnęłam już teraz poczuć pod opuszkami rozgrzaną skórę.

Hamując niecierpliwość, powoli i z rozmysłem rozwiązywałam krawat, ściągnęłam marynarkę, drżącymi palcami rozpinałam guziki koszuli. W końcu mogłam poczuć odsłoniętą skórę. Palce błądziły w małej kępce włosów na piersi. Przez przypadek musnęłam ustami jego przedramię. Zapach. Zapach nowego mężczyzny. Pożądania, potu i perfum. Dotknął policzka, usta w ślad za dłonią powędrowały do twarzy. Wargi złączyły się w pocałunku. Najpierw delikatnym niczym suchy powiew na pustyni, ale już po chwili przywarliśmy mocniej. Byłam niepewna, ostrożna. Uczyłam się nowych doznań. Nie chciałam zbyt szybkim gestem zniszczyć nastroju chwili. Wszystko działo się powoli, niby mimochodem, w niepewności. Dłoń Łukasza błądziła po moim ciele, głaskała plecy. Usta znalazły się w zagłębieniu mojej szyi. Język sprawiał, że czułam, iż nie ma już odwrotu. Zanurzył twarz między piersiami uwięzionymi przez stanik. Sięgnął do tyłu i wprawnym ruchem wyzwolił je z niewoli. Ramiączka zsunęły się z ramion.

Silnie zbudowane ciało przylgnęło do mnie. Pod ciężarem odchyliłam się do tyłu, tracąc równowagę. Opadłam na poduszki. Chciałam z powrotem wrócić do wcześniejszej pozycji, do znajomego już zapachu i ciepła. Powstrzymał mnie, chwytając za ramię. Powoli zaczął zdejmować sukienkę. Uniosłam biodra, chcąc mu to ułatwić. Zostałam tylko w skąpych majtkach. Pozbawiona odzienia i bliskości mężczyzny, czułam się jeszcze bardziej naga.

– Przytul mnie – mój głos zabrzmiał jak skomlenie. Błagałam o dotyk.

– Daj nam jeszcze chwilę – wyszeptał.

Pocałunkami wyznaczył sobie drogę do moich ud, gdzie zatrzymał się na moment. Nie była to długa chwila. Oddychałam coraz szybciej, gdy język smakował kobiecość. Zacisnęłam ręce w jego włosach. Czułam zbliżający się orgazm. Gdy nadszedł, przycisnęłam głowę Łukasza do mojego brzucha. Krzyknęłam i odepchnęłam gwałtownie. Szczytowałam długo i intensywnie.

Wyciągnęłam ręce, aby przytulić kochanka. Objęłam powietrze. Słyszałam, jak szamotał się ze spodniami. Znajomy dźwięk przerywanej folii upewnił mnie, iż jestem blisko osiągnięcia celu.

Temu mężczyźnie chciałam oddać nie tylko ciało.

Ciężki, lepki od potu tors przykrył moje piersi. Poddawałam się ciepłym ustom z westchnieniem. Smakowałam go językiem, a dreszcz przyjemności przenikał mnie całą. Na chwilę przytulił głowę do zagłębienia szyi, czoło oparł na rozsypanych włosach. Niski pomruk sączący się do ucha świadczył, że jest mu równie dobrze jak mnie.

Oparł łokcie po obydwu stronach mojej głowy, którą zamknął w uścisku. Palce gładziły wilgotne włosy. Wypchnęłam bezwiednie biodra do przodu, chcąc przyspieszyć moment zbliżenia. Poczułam męskość drgającą między udami. Łukasz uniósł pośladki. Naprężony organ muskał kobiecość. Drażnił samym koniuszkiem unerwione miejsce. Pragnienie, aby mnie wypełnił, spowodowało drżenie całego ciała. Trzęsłam się jak w febrze, nie będąc w stanie kontrolować ruchów.

– Spokojnie maleńka, spokojnie, ciii – ciepły głos uspokajał. Otaczające głowę ramiona jeszcze ściślej mnie objęły.

Każdy nerw wyczekiwał spełnienia. I właśnie wtedy poczułam jak powoli, milimetr po milimetrze, męskość Łukasza zaczyna mnie wypełniać. Obejmowałam go miękką kobiecością. Ścianki pochwy otulały szczelnie intruza. Zacisnęłam bezwiednie mięśnie, blokując tym samym na sekundę dalszą penetrację. Wciąż szepcząc uspokajające słowa, kochanek złożył pocałunek na wilgotnym czole. To dotknięcie pozwoliło mi się zupełnie otworzyć. Żołądź, a chwilę po nim cały, sztywny trzon znalazł bezpieczny azyl. Męskie, owłosione łono dotknęło mojego wypielęgnowanego wzgórka. Zastygliśmy w bezruchu.

Przestałam myśleć, przestałam oddychać. Rozbudzone zmysły pragnęły więcej.

Umięśnione ciało zdawało się mocno prężyć, choć otulał mnie ramionami niczym delikatną laleczkę z chińskiej porcelany. Twarde mięśnie jeszcze mocniej przyległy do mojego ciała. Pasowaliśmy do siebie idealnie. Wypełniał mnie szczelnie, do dna, jednak nie sprawiając bólu czy dyskomfortu. Poruszał się leniwie, wręcz irytująco powoli. Jednak w ruchach była determinacja, pewność i całkowite oddanie.

Ogarnięta ekstazą, wydałam głośny okrzyk. Razem szczytowaliśmy. Łukasz opadł na poduszki tuż przy mnie. Nie wiem nawet, kiedy zasnęliśmy.

Obudził mnie dotyk. Zwinne palce głaskały umęczone ciało. Nie uniosłam powiek, udawałam, że śpię. Chciałam jak najdłużej delektować się obecnością mężczyzny. Obcy a taki bliski. Banalne.

Nasłuchując oddechu tuż przy mojej głowie, układałam kłębiące się myśli. Po uczuciowej klęsce sprzed lat czułam się rozbita. Cały mój świat się zawalił. Nie chciałam nigdy więcej dopuścić do tego, aby ktokolwiek mógł znów zranić mnie w ten sposób.

– Czemu się nie odzywasz? – wyszeptał w blond gęstwinę rozsypaną po poduszce.

– Dlaczego?

– Dlaczego co?

– Dlaczego ja? Czemu wylądowaliśmy w łóżku? Dlaczego chciałeś się ze mną piep… nie, to złe słowo. Dlaczego się ze mną kochałeś w taki sposób. Po co? Czemu?

Cisza. Miarowy rytm oddechu dalej owiewał odsłoniętą szyję. Nie ponaglałam. W oczekiwaniu napięłam całe ciało. Bałam się usłyszeć odpowiedź. Moje myśli, zakazane, były jak głupiutkie zapiski w pamiętniku pensjonarki. Co się ze mną u licha dzieje? Skąd ten sentyment? To nie ja, chyba nie ja.  Kłębiące się wątpliwości owładnęły umysł. Ostatnie lata minęły pod hasłem kobiety oziębłej, zdecydowanie kroczącej przez życie. Dzisiaj pewność została zachwiana.

– W swej niedoskonałości jesteś idealna – odpowiedział w końcu Łukasz.

– To wszystko? Tak po prostu? Wszedłeś to klubu z zamiarem przelecenia kogokolwiek i padło na mnie? Wygodnie jest pieprzyć niewidomą, prawda? – brnęłam dalej.

– Monika – przerwał mi stanowczo – to nie jest tak, jak myślisz.

– Mógłbyś się postarać o bardziej sensowną odpowiedź – wybełkotałam przez ściśnięte gardło. Emocje, które udawało się okiełznąć w trakcie ostatnich lat, teraz wyrwały się spod kontroli.

– Chciałem cię mieć przy sobie już tamtego wieczoru, kiedy widziałem cię po raz pierwszy.

– Że co proszę? – Z wrażenia aż usiadłam.

– Przed wczorajszym wieczorem odwiedziłem Blue Crow tylko raz, w dniu koncertu Dikandy. Byłaś tam wtedy. Pełna wigoru, radości. Urzekłaś mnie. Wczoraj, przychodząc do klubu, liczyłem, że będzie mi dane spotkać cię ponownie. Czy sądzisz, że gdybym ci o tym powiedział, od razu poszłabyś ze mną? Nie sądzę – przerwał na chwilę wywód. Zaplątał palce w moich włosach.

– Stałaś kiedyś na polu żyta otulona słońcem?

– Słucham? – Opadłam znowu na rozgrzane naszymi ciałami poduszki.

– Takiego koloru masz włosy. Dojrzałe żyto skąpane w promieniach słońca. Na skroni masz bliznę w kształcie księżyca. Klasyczny sierp. Dotykałaś kiedyś sierpa? Czułaś jego kształt? Przejechałaś palcem po ostrzu? Kiedyś ci go „pokażę”.

Przestań! – krzyczałam w myślach, jednak ani jedno słowo sprzeciwu nie zostało wypowiedziane. W niewidzących oczach wezbrały łzy, przygryzłam dolną wargę.

– Weź mnie – wyjęczałam.

Bez zbędnych słów przywarł do mnie ciałem. Silna dłoń zabłądziła w okolicy uda, fala podniecenia przepłynęła błyskawicznie wzdłuż kręgosłupa. Pieszczota była jak balsam, koiła i łagodziła.

Tym razem dotyk stał się bardziej zdecydowany. Nie traktował mnie już jak kruchej, porcelanowej lalki. Silne ramiona przygarnęły do siebie, uniosły ku górze. Siedząc przede mną, oplótł moimi nogami swoje biodra. Odruchowo uchwyciłam się napiętej szyi. Sekundę później był we mnie. Zastygliśmy bez ruchu, ciesząc się bliskością. Zanurzył twarz między piersi, kolejno smakował gładkość skóry, by po chwili delikatnie szarpiąc, pociągać zębami za stwardniałe sutki. Nadałam tempo zbliżeniu. Opierając ręce o silne ramiona uniosłam biodra, by po chwili opaść znowu i pośladkami uderzyć o uda. Dłonie złapały za barki, przyciskając do siebie. Gwałtowny wdech i znów się uniosłam, powoli, delikatnie, tylko po to, by sekundę później opaść na kochanka z całą mocą. Bawiłam się tak jeszcze kilka minut. Ślizgałam się po nabrzmiałym penisie. Czułam jak wylewające się ze mnie podniecenia oblepia naszą skórę. I zapach… Zapach podniecenia, mój zapach wymieszany z intensywną wonią męskiego potu.

Gwałtowny ruch kochanka spowodował, że członek opuścił moje wnętrze. Poddawałam się męskim ruchom. Kolejne szybkie szarpnięcie spowodowało, że obróciłam się twarzą do pościeli. Włosy lepkie od potu przylegały do skroni. Oparłam ręce na pogniecionym prześcieradle, zaciskając na nim palce. Już chciałam unieść biodra i wyczekiwać pchnięcia, kiedy ciężkie ciało opadło na mnie, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. Jedną ręką złapał przeguby nad moją głową, przyszpilając mnie do materaca. Druga ręka zawędrowała między uda rozchylając je i robiąc miejsce dla penisa. Przycisnęłam brzuch do łóżka, jednocześnie wypinając pośladki, aby ułatwić kochankowi penetrację. Sekundę później moje wargi pochłonęły męskość. Nie panując już nad sobą, wydałam z siebie ciche skomlenie:

– Przeleć mnie. Mocno. Proszę – nie poznawałam własnego głosu.

Łukasz w milczeniu przyśpieszył ruchy. Klatka piersiowa, która jeszcze chwilę temu łaskotała moje plecy, uniosła się. Oparł ciało na wyprostowanych rękach. Pieprzył mnie z całą siłą. Wcisnęłam twarz między poduszki – krzyk, jaki wydobywał się z mojego gardła przerażał mnie samą. Szczytowaliśmy jednocześnie. Momentalnie rozkosz rozlała się po całym ciele, pochwa zaciskała się kurczowo, jakby w rytm miarowych drgań penisa. Legł na mnie, łapczywie łapiąc powietrze.

W ciszy dochodziliśmy do siebie. Gładząc delikatnie mój policzek, powiedział coś, czego nikt inny nigdy mi nie mówił. Słodkie bzdety. Głos miał ni to uroczysty, ni to zamyślony.

– Dostałem więcej niż mogłem oczekiwać. Jesteś kłębkiem wibrujących emocji. Czystych, ciepłych, mokrych. Nie kontrolujesz granic dawania i brania. Wcześniej mogłem się tylko domyślać, że dotyk, emocje, to… pokarm dla twojej duszy. Teraz jestem o tym przekonany. Dziękuję za ciebie, za twoje ciało. Nigdy nie widziałem tak pięknych piersi. Kształtne, jędrne a zarazem miękkie. Doskonale pasujące do moich dłoni. Dziękuję za twój zapach, poznam go wszędzie. Marzę o tym, by mieć go cały czas przy sobie.

Słucham tego z zapartym tchem. Wypowiadał na głos moje odczucia. Pogubiona we własnych myślach, potrzebowałam chwili tylko dla siebie.

– Muszę do łazienki. – Toaleta to jedyne miejsce w obcym mieszkaniu, gdzie człowiek mógł choć na chwilę być sam ze sobą.

– Zaprowadzę cię. – Poczułam jak unosi się z posłania. W jego głosie nie słychać było zawodu, złości.

– Nie trze… – Przypomniałam sobie o ostatnim guzie nabitym w trakcie wędrówki to łazienki. – Dziękuję, będę wdzięczna – dokończyłam.

– Nie spiesz się. – Dotarłszy do toalety, pocałował czubek zmierzwionej czupryny i zamknął za mną drzwi.

Oparłam czoło o zimne kafelki. Centymetr po centymetrze badałam stopami powierzchnię przede mną. Wyciągnęłam dłoń w poszukiwaniu przeszkód. Stopa napotkała opór. Gołymi pośladkami usiadłam na chłodnej desce.

Co ja, kurwa, robię? Mój rozsądek wziął urlop na żądanie albo postanowił zostać dzisiaj w domu. Mężczyzna za drzwiami był dla mnie odkryciem roku. Mało, odkryciem ostatnich kilku lat. Takiego faceta bałam się spotkać, ale czy rzeczywiście? Gdzieś, w głębi marzyłam o tym. Miłość od pierwszego wejrzenia? Śmiechu warte. Takie pojęcie nie ma prawa istnieć w realnym świecie. To idealny materiał na książkę lub film z happy endem. Ale świat fikcji rzadko pokrywa się z realiami. Nauczyłam się twardo stąpać po ziemi i byle czułości nie powinny unosić mnie kilka metrów nad powierzchnią. A jednak.

Nie wiedząc do końca jak postąpić, opuściłam łazienkę. Dotykając ściany, dotarłam, jak mi się wydawało, do sypialni. Stawiałam delikatnie stopy, nasłuchując, co robi Łukasz. Nic. Zmysł słuchu wyłapał jedynie cichą melodię nieznanego utworu.

– Łukasz? – wyszeptałam.

Stanęłam napięta jak struna. Po chwili usłyszałam. Miarowy, głęboki oddech. Mężczyzna spał. Co robić, kurwa, co robić? Cząstka mnie chciała wślizgnąć się do łóżka i położyć obok Łukasza, móc znów poczuć ciepło i umięśnione ciało.

Przyzwyczajenie wzięło górę. Uklękłam w poszukiwaniu rozrzuconej odzieży. Z sukienką poszło łatwo, bielizny nie mogłam odnaleźć. Trudno, jakoś przeżyję rozstanie z majtkami. Przeciągnęłam materiał przez głowę, zapięłam zamek i ruszyłam w stronę korytarza. Odtwarzając w pamięci układ mieszkania, liczbę kroków, dotarłam bez większych przeszkód do przedpokoju. Płaszcz wisiał na wierzchu, poznałam po zapachu. Znowu uklękłam, od razu trafiwszy na swoje pantofelki.

Jeszcze raz nabrałam głęboko powietrza, zastanawiając się, czy postępuję słusznie. Nie było odwrotu. Wymacałam klamkę. Chłód klatki powitał rozgrzane ciało. Znów byłam w swoim świecie. Własne, głęboko skrywane potrzeby mogły, używając metafory, trafić na zakurzoną półkę w najciemniejszym zakamarku mojego serca. Zamówiłam taksówkę. Ostrożnie pokonywałam kolejne stopnie, których ilość już na zawsze miała pozostać w pamięci. Znowu uciekałam. Ale teraz było inaczej. Zamiast wysoko podniesionej głowy, przejmowało mnie poczucie klęski.

Wyszłam na dwór. Ciężkie krople spadały na rozgrzane ciało. Stałam w zimnych strugach deszczu. W nocnej ciszy już z daleka dało się słyszeć warkot silnika.

Dojechałam bezpiecznie do domu.

Od tamtego czasu minęło kilka tygodni. Przez cały czas toczyłam wewnętrzną walkę sama ze sobą. Biłam się z myślami, wyśmiewałam własną głupotę. Zakopałam się w robocie. Zostawałam do późnego wieczora, licząc na to, że nadmiar zajęć pozwoli zapomnieć. Raz, w obcym miejscu, próbowałam znaleźć ukojenie w ramionach mężczyzny. Nie wyszło, nie potrafiłam.

Spotkanie Łukasza zepsuło coś wewnątrz mnie i wyglądało na to, że naprawa potrwa znacznie dłużej niż zakładałam.

Brakowało mi weekendowych wyjść do klubu, jednak myśl, że miałabym pojawić się w miejscu, gdzie zaczęła się moja gehenna, napawała lękiem. W końcu przezwyciężyłam obawy. I tak oto siedziałam przy barze z kuflem piwa w ręku i szukałam odpowiednich słów, aby zacząć rozmowę z Tomkiem.

– O co chodzi, mała? – ponaglił barman.

– Pamiętasz, jak byłam tu ostatnio? – w końcu się przemogłam. – To było dzień po koncercie Big Fat Mamy.

– Oj, Monika, to było już tyle czasu temu. Nie wiem. Powiedz konkretnie, co ci się kołacze w tej blond główce, naprowadź mnie.

– Wyszłam wtedy z facetem – ciągnęłam.

– Oby to pierwszy raz – zaśmiał się.

– Miałam na sobie niebieską sukienkę, facet był w garniturze. Zamówił Jima – nie dokończyłam, Ficek wszedł mi w słowo.

– Niebieska sukienka… Aaa, poczekaj – głos rozmył się. Rozmówca oddalił się od baru. Minęło kilka długich minut.

– Tyle czasu cię nie było, że zupełnie wyleciało mi z głowy. Daj rękę – poprosił, stając z powrotem naprzeciw mnie.

Wysunęłam ostrożnie dłoń. Włożył mi do niej coś lekkiego.

– Co to? – spytałam.

– Paczuszka. Zostawił ją facet, o którego chyba ci chodzi. Powiedział, że to ważne, ale tyle cię nie było, a nikt tutaj nie ma namiaru na ciebie. Strasznie tajemnicza z ciebie babka – żartował.

Ale ja już go nie słuchałam. Ścisnęłam pakunek, próbując wyczuć, z czym mam do czynienia. Małe, kartonowe pudełeczko, skutecznie strzegło sekretu.

– Tomek, zamów mi, proszę, taksówkę.

Chciałam, musiałam być sama, otwierając przesyłkę od Łukasza. Absolutnie nie wiedziałam, czego się spodziewać, jednak sama świadomość, że to od niego, wymagała skupienia, musiałam być sama, bałam się tego, co może znajdować się w środku, bałam się własnej reakcji.

Pakunek palił dłoń. Siłą woli powstrzymałam się przed jego otwarciem już w taksówce. Najszybciej jak mogłam pokonałam podwórko i klatkę schodową. Wpadłam do mieszkania, rzucając po drodze torebkę. Nie zwracając uwagi na pałętającego się między nogami Pchlarza, w płaszczu i w butach usiadłam na kanapie w salonie. Drżącymi palcami rozerwałam papier, dotarłszy do pudełeczka. Rozchyliłam delikatnie wieko, wkładając rękę do środka.

Koronkowy materiał połaskotał wrażliwe opuszki. Miętosiłam go chwilę, poznając fakturę. Majtki. Moje majtki, które zostawiłam u niego. Odruchowo przyłożyłam je do twarzy, próbując wyczuć jakiś zapach. Feeria aromatów uderzyła w nozdrza. Mimo upływu czasu, szczelnie zapakowany materiał wciąż nosił mój zapach.

Zastanawiając się nad sensem przesyłki, upuściłam kartonik, który spadł tuż przy moich stopach. Głuchy odgłos zwrócił moją uwagę – skupiona na bieliźnie zapomniałam, iż coś jeszcze może znajdować się w jego wnętrzu. Tajemnicza rzecz wypadła i potoczyła się po płytkach posadzki. Zerwałam się z miejsca i upadłam na kolana, przeszukując przestrzeń wypolerowanej podłogi.

Palce natrafiły na metaliczny chłód. Szybko obracałam przedmiot. OD RAZU namacałam przyciski. Dyktafon, mp3, ciężko powiedzieć. Doświadczony dotyk wyczuł pojedynczą strzałkę. Palec sam wcisnął. Silny głos Łukasza rozległ się w mieszkaniu:

– Oddaje ci twój zapach, a przynajmniej jego połowę. Wolałbym go mieć na co dzień przy sobie, trzymać w kieszeni i wyciągać w wolnej chwili. Twoja ucieczka jest dla mnie zrozumiała. Może, jak ochłoniesz, zmienisz zdanie. Zadzwoń, proszę. – Podał swój numer.

Tęsknota, żal, smutek. Czy rzeczywiście właśnie to usłyszałam?

Gorące łzy znaczyły ślady na policzkach, zatrzymywały się na chwilę na brodzie i ciężko skapywały na biust skryty pod jedwabnym materiałem bluzki.

Czy tego właśnie chcę? Czy jestem gotowa zaryzykować? Jeszcze nie znałam odpowiedzi na te pytania, ale w tej właśnie sekundzie byłam najszczęśliwszą niewidomą kobietą na ziemi.

Widziałam. Widziałam siebie. Widziałam swoją przyszłość.

Utwór chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody autora zabronione.

Czytelniku, chętnie zamieścimy dobre opowiadania erotyczne na Najlepszej Erotyce. Jeśli stworzyłeś dzieło, które ma nie mniej niż 2000 słów, zawiera ciekawą historię i napisane jest w dobrym stylu, wyślij je na nasz adres ne.redakcja@gmail.com. Każdy tekst, który przypadnie do gustu Redakcji Najlepszej Erotyki, zostanie opublikowany, a autor dostanie od nas propozycję współpracy.

 

Przeczytałeś? Oceń tekst!

Tagi:
Komentarze

Autorka zdecydowała się przypomnieć swoje opowiadanie sprzed 7 lat, więc i ja przywołam swój ówczesny komentarz 🙂

„Bardzo mnie cieszy, że międzyautorski cykl „Blondynka” rozwija się i wzbogaca o coraz to nowe opowiadania. Do „Blondynek” Rity, mojej i Karela dołącza dziś ta wykreowana przez Kenaarf. A jest to osóbka nietuzinkowa. Zapewniam, że zechcecie ją poznać!

Autorka wzięła na swe barki niełatwe zadanie. Postanowiła stworzyć opowiadanie erotyczne z perspektywy niewidomej dziewczyny. Taki pomysł wymusza prowadzenie specyficznej narracji, w której nie ma miejsca na opisy odwołujące się do dominującego (zwłaszcza u mężczyzn) zmysłu wzroku. Główna bohaterka, Monika zna wprawdzie nazwy kolorów (wie, że jest, jakże by inaczej, blondynką, albo że nosi niebieską sukienkę), ale niewiele jej one mówią. Świat poznaje poprzez słuch, powonienie, dotyk. Zapamiętuje układ pomieszczeń, w których jest po raz pierwszy, liczy kroki w korytarzu albo liczbę stopni na schodach. Nie posiadając jednego ze zmysłów, jest szczególnie wyczulona na sygnały, jakie otrzymuje z pozostałych. Wszystko to sprawia niesamowite wrażenie.

Kto inny pewnie by się na tym potknął. Na szczęście Kenaarf świetnie poradziła sobie z tematem. Jej blondynka jest zgorzkniała (bynajmniej nie z powodu swego kalectwa, lecz nieszczęśliwej miłości), cyniczna, traktuje mężczyzn instrumentalnie, jest łowczynią, a nie zwierzyną łowną. Sama określa warunki, na których funkcjonuje w świecie i nie czuje potrzeby, by przed kimkolwiek się tłumaczyć. Lecz w jej spokojne i uporządkowane (nawet jeśli pełne przygód na jedną noc) życie wkroczy tajemniczy nieznajomy… i na długo zburzy jej spokój.

Muszę przyznać, że zazdroszczę Kenaarf zdolności (i odwagi) do poruszania trudnych tematów, łamania tabu, podejmowania niełatwych, literackich wyzwań. Zazdroszcząc, nie przestaję wszakże podziwiać. A jest co, moi Mili, jest co.

Pozdrawiam serdecznie
M.A.”

Napisz komentarz